Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Stany Zjednoczone

Zabawa w chowanego z Kim Dzong Ilem

1 komentarz

Kim Dzong Il po raz kolejny kpi sobie ze świata. Po wystrzeleniu „satelity”, którego nie ma (może jest niewidzialny?), a był testem rakiety Taepondong II, postanowił wyrzucić obserwatorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) z elektrowni atomowej w Jongbion. Pretekstem jest protest przeciwko rezolucji RB ONZ. Takie oburzenie dziwi, bo w/w rezolucję najlepiej podsumują trzy wyrazy: słowa, słowa, słowa. Chińczycy i Rosjanie nie zgodzili się mocniejsze ustalenia. Kim Dzong Il znowu pobawi się z mocarstwami w kotka i myszkę lub chowanego.

Czy naprawdę świat nie może sobie proadzić z jednym z najbiedniejszych państw świata? Może, ale nie chce. Wbrew pozorom Kim Dzong Il nie jest odbierany jako realne zagrożenie. „Walka” z nim to z kolei świetne narzędzie PR. Poza tym – skrótowo mówiąc – upadek komunizmu w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej byłby olbrzymim wstrząsem dla tamtego regionu świata. Korea Południowa i Ameryka, próbując jednoczyć Koreę, musiałyby zainwestować setki miliardów dolarów w zupełnie nierentowną gospodarkę folwarku Kim Dzong Ila. Japończycy i Chińczycy bardzo baliby się nowego państwa z ogromnym potencjałem. Zjednoczona Korea byłaby projektem bardziej kosztownym niż przyłączenie NRD do RFN. Chociażby z tego względu, że Niemiecka Republika Demokratyczna, w porównaniu z Koreą Północną, to był niemal raj na ziemi. Inwestycje we wschodnie landy jeszcze się nie zwróciły i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobią.

Wracamy jednak do Azji – łatwo wyobrażam sobie zachodnich inwestorów uciekająćych do specjalnie utworzonych stref ekonomicznych w byłej już wtedy Korei Północnej. Koszt produkcji byłby – ze względu na tanią siłę roboczą – jeszcze niższy niż w Chinach. Takie połączenie być może świetnie wykorzystaliby również Koreańczycy z południa. Tego z kolei obawiają się Chiny, dzięki którym Korea Północna może egzystować. Po co Pekinowi potencjalny rywal polityczny? Sama Korea Południowa też raczej nie pali się do zjednoczenia, bo takiego projektu mogłąby nie wytrzymać potężna przecież gospdoarka tego kraju. Co zrobić z indoktrynowani ludźmi i wszechpotężnym wojskiem? Istnieją oczywiśćie rozwiązania pośednie, ale w gruncie rzeczy prawie wszystkim graczom zależy na utrzymaniu statusu quo.

Usunięcie Kim Dzong Ila nie byłoby trudne. Tylko w aktualnej sytuacji nie wiadomo, czy jeden dyktator nie zostałby zastąpiony drugim, jeszcze gorszym. Oglądając północnokoreańskie parady zastanawiam się, na ile to efekt sprawnej propagandy, a ile jest w tym faktycznej, orwellowskiej, wiary tych ludzi. Większość podróżujących do KRL-D uważa zachowanie tych ludzi za autentyczne, chociaż faktem jest, iż turystom pokazuje się tylko wybrane miejsca – w tym wspaniałe budowle, wzniesione zapewne kosztem wielu tysięcy ludzi. Systemy komunistyczne uwielbiają pokazywać wspaniałe dzieła, zbudowane na śmierci ludzkiej. O tym przecież „przewodnik” będący przyzwoitką ze slużb bezpieczeństwa raczej nie wspomni.

Ponad pół roku spokoju. Tyle dostał świat od KRL-D w zamian za skreślenie z listy państw popierających terroryzm przez Waszyngton i dostawy humanitarne. „Gospodarka” północnokoreańska, znajdująca się gdzieś w XIX wieku pod względem zaawansowania technologicznego w rolnictwie, istnieje tylko dzięki pomocy humanitarnej i jej odcięcie/zwiększenie jest jednym z głównych argumentów państw negocjująćych z Koreą Północną. Żarty o niezwykłym głodzie może byłyby zabawne, gdyby nie były prawdziwe. Dopiero teraz powstają prawdziwe publikacje na temat tego, jak wyglądała konfiskata zbiorów w całym ZSRR w latach trzydziestych, a i często można spotkać homo sovieticus twierdzących nadal, że np. Wielki Głód, to antyradziecka propaganda i nie ma dowodów na to, że radzieckie dowództwo doprowadziło do niego celowo.

Krążą legendy o zamiłowaniu Kim Dzong Ila i jego ferajny do luksusowych aut i zegarków. Wiara w skuteczność rzekomego embarga to rzeczywista kpina. Chińczycy – po znajomości – dostarczają estabilishmentowi wszystkiego, czego potrzebuje. Ten kontrast, pomiędzy bogactwem państwowej wierchuszki, w tym wojska, oraz biedą typowych Koreańczyków, najlepiej opisuje filozofie istnienia tego państwa. Niepokorni znikają na zawsze w obozach, których standard zatrzymał się na czasach stalinizmu. Wrogiem partii wszakże zostać bardzo łatwo.

Nic się nie zmieni. „Nuklearne” zamieszanie wobec KRL-D to tylko przykrywka. Komuniści, chociaż nieobliczalni, wiedzą, że po przekroczeniu pewnej granicy zostaną zniszczeni. Kim Dzong Il chodzi też na pasku Hu Jintao. Dlatego Koreańczycy mogą sobie grać w chowanego, testować rakiety, nawet robić próbę atomową, a potem chować się za Chinami. Prężenie muskuł jest bardzo potrzebne ze względu na wewnętrzną proapgandę. Legendarna już agencja KCNA przecież musi donosić o kolejnym sukcesie Wielkiego Wodza Kim Dzong Ila, syna boskiego Kim Ir Sena, nad dekadenckim i zepsutym zachodem. Korea Północna przypomina kuturystę zbudowanego na sterydach. Wygląda groźnie, ale jego organizm jest już naprawdę zniszczony, a w dodatku może się okazać, że jego realna siła jest śmiesznie mała (popularny jednostrzałowiec). Komunistyczny system istnieje w głównej mierze dzięki Chinom i ONZ, a nie swojej samowystarczalności. Jeśli Koreańczycy z północy mają jakikolwiek instynkt samozachowawczy, to nie zrobi nic, co mogłoby naprawdę zdenerwować Amerykanów, Japończyków czy Chińczyków, bo to oznaczałoby prawdziwy koniec.

Więcej na temat Korei Północnej:
- Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyrku

Polska na szczycie NATO – 100% amatorstwa – odpowiedzi na komentarze

8 komentarzy

Mój ostatni tekst na temat NATO wzbudził wiele kontrowersji wśród czytelników. Głównie na salonie24, niepoprawnych oraz Polityce Globalnej. Pozwolę odnieść się do kilku z nich, które uważam za najistotniejsze. Na swoim blogu postaram się czasami w takiej formie odpowiadać na Wasze uwagi. Interesuje mnie Wasza (nawet krytyczna) opinia na temat mojego tekstu, bo przecież człowiek uczy się przez całe życie. Nie znoszę jednak argumentów niemerytorycznych, a tych ostatnio jest coraz więcej.

Poniedziałkowy tekst był pewnym wyłomem na moim blogu, gdyż zająłem się częśćiowo sprawami krajowymi, pomimo iż staram się pisać głównie o polityce międzynarodowej, z rzadka odnosząc się do sytuacji w Polsce. Inaczej jest oczywiście z tekstami traktująćymi o historii. Do rzeczy…

DoktorNo napisał: „Najśmieszniejsze jest to, że żadnej ofensywy dyplomatycznej w sprawie Sikorskiego nawet nie było…”.

Tak, polski rząd oficjalnie nie zabiegał o poparcie polskiego ministra na staoowisko Sekretarza Generalnego NATO. Tylko, że Rasmussen też nie był kandydatem lansowanym przez… Rasmussena (jako premiera Danii). Raczej wyłonił się z szeregu nieformalnych konsultacji. Rząd źle rozgrywał sprawę, bardzo nieudolnie. Łukasz Warzecha sugeruje, że ta niefrasoboliwość to element gry Tuska przeciwko Sikorskiemu. Trudno się z tym zgodzić, jeśli wziąć pod uwagę, że promocją kandydaury zajmowałby się głównie MSZ, a w nim, mimo wszystko, szefem jest Radosław Sikorski. Minister musiałby być po prostu głupi, żeby się tak dawać rozgrywać. Światowa gra jeszcze nie jest dostępna dla Polaków.

Nagle z ciemności wyłonił się Andrzej Wilczkowski. Pan Andrzej, bez zbędnego owijania w bawełnę zaczał atakować mnie za bezzasadne – jego zdaniem – skrytykowanie postawy prezydenta.

Pan Andrzej uderza z grubej rury

1. Ile państw należy do NATO?

Panie Andrzeju. Google, wikipedia, PWN, ewentualnie można sprobować policzyć. Sprawdza pan, czy odróżniam NATO od NAFTy?

Pytanie numer dwa jest prawdopodobnie lepsze niż to pierwsze.

2.. Dlaczego mielibyśmy być jedynym Państwem – nie muzułmańskim – które zapragnęło coś “ugrać”, i co to miało być to “coś”. Kandydatury pana Silorskiego nie biorę pod uwagę – bo sam słyszałem jak publicznie się zarzekał – że nie kandyduje. Niemcy mówią Ein Mann – ein Wort. Fakt – że równie publicznie pan premier wypowiedział się, że prezydent poparł nie tego kandydata. To znaczy – którego miał poprzeć?

Zapewne to nie będzie dżentelmeńskie, ale chciałbym odpowiedzieć pytaniem na pytanie: czy poza Turcją w skład Sojuszu wchodziło wtedy jakieś inne państwo muzułmańskie? Może coś przeoczyłem, ale wydaje mi się, że nie. Nie mogło być zatem innego państwa niemuzułmańskiego, które mogłoby się wstrzymać z poparciem duńskiego premiera.

O tym „czymś” już pisałem. Podzielam pańskie wątpliwości w tym względzie, że w tych sugestiach/instrukcjach nie było napisane, co miałby osiągnąć prezydenta w ramach negocjacji. Nie zmienia to faktu, że Lech Kaczyński pospieszył się z poparciem Rasmussena. Można było ten jeden dzień spokojnie przeczekac. Nie wygrywa ten, kto nic nie robi. To samo pisałem w poniedziałek, więc czemu te wszystkie pytaina kieruje Pan do mnie?

3. Czy jeśli wszystkie kraje – z wyjątkiem Turcji zgadzały się na Rasmussena to złym wyjściem miałoby być tym razem przyłączenie się do ogólnego zdania – zwłaszcza, jeśli nie zgłosiło się oficjalnie własnego kandydata?

Na to pytanie odpowiedziałem już wyżej oraz w moim tekście. Turcy popłynęli pod wiatr i wygrali. O tym jednak niżej…

4. Kto ujawnił w Posce te żałosnne “sugestie dla prezydenta”, które oskarżają Obamę o postępowanie niedemokratyczne?

J/w. Poza tym tekst – pomimo że śmieszny – nie mówił o tym, że Obama postępuje niedemokratycznie, a dotyczył procedury wyboru, która taka właśnie bylaby (w ocenie MSZ-u).

Naprawdę. To prezydent próbował ratować prestiż rządu twierdząc – że nic od rządu nie dostał.

Bohater.

Andygo

Panie Patryku, mysli Pan dokladnie tak, jak chcą mainstreamowe media. Polecam artykul Warzechy w RP – jest gdzies nizej – podany w poscie Mony.

Dokładnie, mainstreamowo twierdzę, że skompromitował się zarowno rząd, jak i prezydent. Kiedy w końcu ktoś zrozumie, że tu nie chodzi o rozgrywki partyjne, a o polską rację stanu, która została naruszona w imię prywatnych rozgrywek dwóch (albo trzech) prawdopodobnie niedowartościowanych facetów?

Na niepoprawnych w komentarzach udzielała się tez pani Aleksandra, która jako jedyna z komentujących się nie próbuje zrzucać winy jedynie na rząd i dostrzega tragikomedię, jako tworzy dziecinne spory dzieci z piaskownicy (tudzież osiedlowego boiska). Pani Aleksandor, nie, staram się nie podporządkowywać autorytetom, kiedy uznaje takie postępowanie za słuszne. W każdym razie – czasami warto posłuchać.

Z niepoprawnych uciekam na Politykę Globalną.

Zacznę od komentarza pana MaSza. To bardzo kompetentny człowiek i wie, o czym pisze. Bardzo cenię sobie wiedzę tego komentatora.

Turcja była jednak w lepszej pozycji przetargowej. Nie sądzę, aby argument o karykaturach Mahometa w duńskiej prasie i nieodpowiedniej wg. Muzułmanów reakcji premiera Danii w tamtym czasie był istotny. To taki argument dla prasy i PR. Ale bardzo skuteczny, zmuszający “przeciwnika” do ustępstw, szczwególnie gdy Turcja poprzez swoje położenie geograficzne jest strategicznie ważna dla NATO. Sądzę, że kluczowym i najistotniejszym elementem tej układanki jest WEJŚCIE TURCJI DO UE. Dwa kraje najsilniej popierające kandydaturę Rasmussena: Francja i Niemcy są jednocześnie najbardziej krytyczne wobec Turcji w UE. W konsekwencji podczas negocjacji USA z Turcją Obama zgodził się wydać oświadczenie, że USA popiera dążenie Turcji do wejścia to UE. Mimo, że USA nie ma formalnie głosu w tej sprawie, takie stanowisko nie jest zupełnie bez znaczenia, stanowi po prostu dodatkowy punkt dla Turcji.

Oczywiście, Turcy byli w dużo lepszej sytuacji, co wiąże się chociażby z jej znaczeniem geopolitycznym. Poza tym Turcy po prostu umieją się targować z Amerykanami. Pamiętajmy, że oficjalnie Turcy nic nie dostali, w praktyce otrzymują stanowiska i poparcie amerykańskie w/s UE. Zastanawiam się nad czymś innym. Czy pozycja w NATO ma takie duże znaczenie, w momencie, w którym (teoretycznie) nasz głos ma taką samą wagę, jak turecki? Dlaczego z nami ktoś miałby się nie konsultować? Turcy są wązni, ale nie jestem przekonany co do tego, czy to kluczowy gracz NATO.

Jeśli zaś codzi o karykatury Mahometa – tak, to powód jedynie PRowy, ale taki, który można doskonale sprzedać. Ja powiedziałbym na miejscu Rasmussena to samo – karykatury były niepotrzebne i mogą kogoś urażać, ale pojawiły się w ramach wolności słowa. Często mam wrażenie, że muzułmanie to świetni aktorzy, zresztą, pewnie dużo osób targująćych się w czasie wakacji w Turcji się ze mną zgodzi.

Pozostaje jeszcze kwestia Turcji w Unii Europejskiej. Amerykanie wydali oświadczenie, co było symboliczne, ale umówmy się – oni nie mają w UE nic do powiedzenia. O ile się nie mylę, to Nicolas Sarkozy nagle nie zmienił zdania. Nie sądzę, aby w zamian za nieblokowanie Rasmussena Francja i Niemcy zobowiązały się bezwarunkowo poprzeć tureckie wejście do UE. To byłoby zdecydowanie za dużo.

Osobny temat to kolejny spektakularny przykład łamania tajności wewnętrznych strategii rządu w Polsce. Nie rozumiem dlaczego w sytuacjach gdy poufne lub wręcz tajne dokumenty wyciekają do prasy, prokuratura wprawdzie często wszczyna śledztwo, ale nie słyszałem o ani jednym przypadku gdy urzędnik-idiota, który takie dokumenty przekazał dziennikarzom (sadzę, że często jako przysługę, a nie koniecznie za pieniądze) został skazany na odsiadkę bez zawieszenia! Jeśli za łapówki wsadzani są do więzienia, symetrycznie powinno być za łamanie tajemnicy państwowej.

Przeklajam, bo zgadzam się w 100%.

Piotr Wołejko
„Patryk: pamiętam te transporty pod amerykańską banderą przez Morze Kaspijskie I wiele innych rzeczy, mniejszych bądź większych numerów. Stare dzieje.”

Stare czasy, szkoda, że nie wrócą. Pamiętam, że jednocześnie miałem robić manewry w ciesnienie Ormuz i puścić cynk Amerykanom, że tam płyną wirówki.

Piotrze, MaSz. Wybaczcie mi, ale nie będę odnosił się do Waszych uwag dot. Obamy, Iranu i tarczy.

Ostatni komentująćy: pan Artur Wieczorek

Przykro mi czytac takie komentarze bo pokazuja ogolnie panujace schematy myslenia nie tylko polskiego rzadu jale tez zwyklych ludzi jak Pan – liczy sie interes Polski (cokolwiek to znaczy) a obsadzanie KLUCZOWYCH SWIATOWYCH STANOWISK to GRA. GRA w ktorej kazdy reprezentuje swoje interesy i handluje zeby ugrac dla siebie. Czekam na politykow dla ktorych “racja stanu” bedzie znaczyla wiecej niz “moj osobisty interes” ale takze wiecej niz “interes mojego kraju”. W tej sytuacji Rasmussen byl dobrym, jedynym i popieranym przez Polske kandydatem. Nie jestem fanem prezydenta Kaczynskiego ale uwazam ze zrobil to co powinien byl zrobic – poparl jedynego, dobrego kandydata a nie robil cyrkow zeby “uGRAc cos dla siebie”. Z calym szacunkiem – niech Pan wraca do swoich gier. Na pewno swietnie sie Pan tam sprawdza. Ale swiat to nie gra. Dyplomacja to nie jest i nigdy nie bedzie gra o sumie zerowej – my versus oni. Bo kazdy kraj to miliony ludzi o ktorych interesach trzeba pamietac. Nie chcialbym, zeby istotne decyzje w moim imieniu byly podejmowane przez ludzi, ktorzy reprezentuja tak zasciankowe myslenie.

Bardzo pięknie pan pisze, ale mylnie pan zakłada, że dla mnie nie liczy się interes Polski. Ja nie chciałem, żeby polski rząd& prezydent ugrywali coś dla siebie, ale dla nas w ramach NATO. Czy pan tego chce, czy nie, to na tym polega polityka, a w szczególności międzynarodowa. To przykre, ale argumenty ze sfery aksjologicznej tutaj niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, a ich znaczenie jest naprawdę niskie. Często piszę na temat historii i wtedy zajmuje się wartościami. Krytykuje zachodnie rządy za sprzedanie nas w Jałcie, nawołuje Niemców do rozliczenia się ze swoją przeszłością itd.

Rozumiem doskonale pana argumetnację, jest ona bardzo piękna, ale nie odnosi się do realiów. Pan zobaczy, Turcy odstawili – jak to pan nazywa – cyrk i otrzymali z tego tytułu granty. Wcale nie mówię, że trzeba było Rasmussena blokować. Sam uważam go za dobrego kandydata. Zwracam jednak uwagę, że przeciągając wybór można było sprawdzić, czy Polska otrzymałaby to legendarne „coś” w ramach rekompensaty. Duński premier i tak zostałby wybrany, nie widzę innego wyjscia, ale nic bysmy nie ryzykowali czekając jeszcze jeden dzień.

Wie pan, Zachód też z nami nie postepował tak, jak należy. Nikt z nami nie konsultował wyboru Sekretarza Generalnego, chociażby kurtuazyjnie. To tez jest w porządku? Przypominam, że nikt tutaj nie mówi o realizowaniu swojego osobistego interesu, a o realnych, przyjaznych rozmowach. Właśnie amatorszczyzna, o której pisze, opiera się głównie na tym, że głowni polscy politycy potraktowali sprawę wyboru SG NATO jako prywatny, polityczny folwark. To jest problem.

Dyplomacja to oczywiście nie jest gra o sumie zerowej na zasadzie my versus oni, ale postępując standardowo i przymilając się, zawsze będziemy od naszych sojuszników dostawać dużo mniej, niż sami dajemy. Proszę zauważyć, że ja nie mówię o blokowaniu Rasmussena, a o dyskusji. Słyszał pan o rozmowach na temat kryterów doboru kandydata? Były jakieś merytoryczne rozmowy w czasie szczytu? Nie. To czysta polityka. Pana wizja jest piękna, ale taka polityka poniosła fiasko w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Przyjaźń tak, ale uczciwa. Przecież Anders Fogh Rasmussen mógłby w dyskusji wszystkich ostatecznie do siebie przekonać. Polska gra zatem wcale nie byłaby pozbawiona elementów aksjologicznych, których kompletne nieposzanowanie mi pan zarzuca.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich komentujących.

“Polska na szczycie NATO – 100% amatorstwa”

Dopaść “Iwana Groźnego”

2 komentarzy

 Prokuratura w Monachium zarzuca Iwanowi Demianiukowi udział w zabójstwie 29 tysięcy europejskich Żydów. Rozstrzygnięcia, czy Demianiuk to osławiony „Iwan Groźny” chcą doknać Niemcy. To oni wydali nakaz aresztowania 88-letniego Ukraińca. Już niebawem może dojść do ekstradycji. Na mocy wyroku sądowego mogą jej żądać Niemcy, Polacy lub Ukraińcy. Przez długi okres czasu żadne z tych państw, pomimo amerykańskich zapytań, nie chciało sądzić Demianiuka. W końcu Niemcy skorzystali z „furtki prawnej”, jaką otworzył fakt, że Demianiuk był straznikiem obozu w Flossenburgu, który położony był na terenie Niemiec. To będzie bardzo symboliczny proces.

Iwan Demianiuk to jednak żaden wysoki dygnitarz NSDAP, RSHA, ani „gruba ryba” totalitarnego systemu nazistwoskiego. To „jedynie” były strażnik obozów koncentracyjnych – m.in. w Sobiborze, Treblince i Majdanku. Był na tyle małym trybikiem tej zabójczej maszyny, że Sąd Najwyższy Izraela uchylił wydany na niego wyrok śmierci, gdyż nie mógł bezsprzecznie stwierdzić, że Demianiuk to „Iwan Groźny”. Pseudonim pochodzi od sposobu traktowania więźniów obozów koncentracyjnych. Ukrainiec był wobec nich niezwykle okrutny. Sam koordynował też akcje wysyłania Żydów do komór gazowych. Udowodnienie winy Demianiukowi, po 64 latach (!), ma symbolizować, że nazistów dosięga również karcąca ręka sprawiedliwości. W dodatku niemiecka. Trzeba pochwalić naszych zachodnich sasiadów, bo Instytut Pamięci Narodowej nie chciał zająć się tą sprawą i umorzył śledztwo. 

To przerażające, ale Demianiuk nie jest największym zbrodniarzem nazistowskim. „Jedynie” wykonywał polecenia i dodawał do tego swój niekwestionowany sadyzm. Jego proces jest możliwy, gdyż pojawiły się nowe dowody potwierdzające jego tożsamość i fakt, że był straznikiem. Ukrainiec tak naprawdę będzie listkiem figowym sprawiedliwości, bo osoby odpowiedzialne za nazistowskie zbrodnie nie zostały należycie rozliczone po II wojnie światowej. Oczywiście, był proces norymberski i inne rozstrzygnięcia, jednak miały one wymiar raczej propagandowy niż realny. Większość ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo Żydów, Polaków, obywateli ZSRR itd., nigdy nie usłyszało zarzutów. Przecież decyzji o zagazowaniu Żydów nie podejmowal Demianiuk, a Himmler z Hitlerem w Berlinie, a trzeba przypomnieć, że przechodziła ona przez ręce tysięcy Niemców na wielu szczeblach. Rozliczenie ich, tuż po wojnie, byłoby dla Republiki Federelnej Niemiec zbyt kosztowne. Szczególnie, że część z tych osób, jak w przypadku przemysłu, gdzie masowo wykorzystywano pracowników przymusowych, a nazywając rzecz po imieniu – niewolników, było potrzebnych do odbudowy niemieckiej gospodarki.  

Pomimo tego, rozliczenie każdego zbrodniarza, nawet tak niskiego w obozowej hierarchii, jest w XXI wieku bardzo ważne. Jednym z powodów jest medialność tej sprawy. Ludzie, poznając jego historię, dowiadują się, jak wyglądała rzeczywistość obozowa i zyskują pojęcie na temat skali ludobójstwa. Europa nie może zatracić tej szczególnej wrażliwości. Jako symbol, „Iwan Groźny” nadaje się idealnie do rozliczenia. Chodzi tutaj o rozstrzygnięcie dziejowe. To, czego próbują uniknąć Rosjanie w/s Katynia. Przyznaja się do masowych zabójstw polskich oficerów i inteligencji, ale nie nazwą tego ludobójstwem. Nie można zapominać o tym, że okrucieństwo nazizmu i komunizmui jest bardzo zbliżone pod względem stopnia. Dwa systemy totalitarne różniły się ideologią i podejściem do gospodarki, ale nie brutalnością radzenia sobie z wrogami – prawdziwymi lub domniemanymi.

Dotychczasowa linia obrony Iwana Demianiuka opierała się na teorii, że do 1942 roku służyl w Armii Czerwonej, a potem znalazł się w niemieckiej niewoli. Jednym z kluczowych dowodów oskarżenia ma być legitymacja strażnika Demianiuka i – co naturalne – zeznania ocalałych. Autentyczność dokumentu została potwierdzona. Problemem jest jego stan zdrowia i polityczność sprawy. Trudno wyobrazić sobie skalę kompromitacji niemieckiego i amerykańskiego systemu sprawiedliwości, gdyby oskarżonemu coś się przyrafiło w czasie lotu do Monachium. 

Ciężko w dzisiejszych czasach wyobrazić sobie tak bezwzglednego mordercę. Najgorsza jest jednak świadomość, że „Iwan Groźny” nie był jedynym okrutnym strażnikiem w obozach koncentracyjnych, a może być – bo to jeszcze nic pewnego – jednym z nielicznych rozliczonych. Po II wojnie światowej, o czym się raczej nie mówi, nazistowskie know-how zostało wykorzystane przez supermocarstwa w czasie zimnej wojny. O możliwych eksperymentach osławionego „doktora” Mengele mówi się do dziś, w dużej części ze znakiem zapytania, bo pozamykane są jeszcze archiwa . Śmierć części najwyższych członków dowództwa niemieckiego do dziś budzi poważne kontrowersje i sprzeczności. Tezę, że ewentualny proces Demianiuka będzie ostatecznym rozliczeniem II wojny światowej i holocaustu uznać można za chwytliwą, ale nieprawdziwą. Zbrodniarzy nikt już nie rozliczy. Na to jest już za późno.

Więcej na tematy związane z historia

- Pawelka & Steinbach – duety do mety

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

Licytacja o tarczę antyrakietową

3 komentarzy

rwa licytacja w sprawie tarczy antyrakietowej. Prowadzą ją Amerykanie. Prawdopodobnie czekają na moment, w którym Rosjanie zaproponują takie warunki, że będą mogli ogłosić – „sprzedane”. Tak naprawdę jednak gra nie jest jednak skończona. Zgodnie z tym, co pisałem kiedyś – taka sytuacja jest komfortowa dla Baracka Obamy. Może on wybierać wśród ofert, osłabiać pozycję negocacyjną swoich parnterów/przeciwników, sprawdzać blefy. Kontroluje sytuację. W rozgrywce o tarczę, co w sumie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, głównym rozgrywająćym są Amerykanie. Administracja amerykańska zrobi bilans zyskow i strat, a następnie zdecyduje się na któreś rozwiązanie w kwestii tarczy antyrakietowej.

Ostatnio w „Kommiersancie” i „New York Timesie” pojawiły się informacje odnośnie amerykańskiej propozycji – „Iran za tarczę”. Najprawdopodobniej jest to kontrolowany przeciek Tłumaczenie jest teoretycznie bardzo proste. Jeśli zniknie problem programu atomowego Iranu, to nie będzie podstawy do powstania tarczy antyrakietowej. Gdzie tu jednak sens? Projekt „gwiezdnych wojen” powstał za Reagana, czyli długo przed tym, zanim irański program atomowy zaczął stanowić jakikolwiek problem. Co więcej, wszyscy oficjalnie wiedzieli, że ten projekt skierowany jest przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Przyjmijmy nawet, że istotnie, irańskie rakiety stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa amerykańskiego i udaje się zlikwidować problem. Co w takim razie z rakietami np. północnokoreańskimi? Nagle stały się mniej groźne i omżna je zignorować? Nie, tak naprawdę to nigdy nie były zagrożeniem. Czasami odnoszę wrażenie, że amerykańska Sekretarz Stanu naprawdę wierzy w to, że tarcza skierowana jest przeciwko ajatollahom. Według mnie w istocie wygląda to tak, że nowy prezydent Stanów Zjednocznych mówi do Rosjan: „ok, możemy wstrzymać projekt, który w was uderza, ale w zamian….”. Jeśli do tego dodamy, że Amerykanie coraz mniej chętnie będą patrzyli się na wydawanie kolejnych miliardów dolarów na projekt, którego pozytywnych skutków de facto nie odczują, a w momencie, w którym szaleje mityczny „kryzys gospodarczy”. Obama musi też patrzeć na słupki wyborcze.

Rosjanie wspomagają technologicznie irański program atomowy, ponadto dostarczają Persom uzbrojenie i głosują za nimi w RB ONZ. W Radzie Iran wspomagają tez Chińczycym ale sojusz irańsko-chiński jest mniej ścisły. Rosjanie mają więc niezbędne środki wpływu by przekonać (lub przymusić) Iran do uspokojenia się. Szczególnie, że Irańczycy są skłonni do układania się z Amerykanami. Problem jednak w tym, że to prawdopodobnie dla Amerykanów za mało. Iran jest problemem wyolbrzymionym, bardziej prestiżowym i dotyczącym Izraela. Dla Stanów Zjednoczonych Iran nie jest prawdziwym zagrożeniem. Amerykanów w tym przypadku może bardziej interesować pomoc rosyjska w Pakistanie i Afganistanie. Moskwa może bardzo ułatwić tranzyt.. Rosjanie mają więc, co rzucić na wagę. 

Polacy i Czesi zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Państwe te skomplikowały sobie stosunki z Rosją, a teraz mogą zostać wystawione do wiatru przez Amerykanów. Zasada „nic o nas bez nas” po raz kolejny okazałaby się pustym frazesem. Polska stała się przedmiotem negocjacji. Nasza dyplomacja zostałaby zdradzona, a Patrioty pełniłyby funkcję prezentu na pocieszenie.. Patrioty bez bazy może zwiększają nasze możliwości obronne, ale nie zmieniają położenia strategicznego. Ich pozyskanie będzie jedynie symboliczne, bo militarnie – pomimo swojego zaawansowania – pozostaną bez znaczenia. Nie jestem i nie byłem wielkim zwolennikiem tarczy. Uważam, że jest ona dużo bardziej potrzebna Stanom Zjednoczonym aniżeli Polakom, ale skoro umowa została podpisana, to powinna zostać zrealizowana. Wymaga tego minimum szacunku wobec swoich sojuszników. Inaczej po raz kolejny ziści się zasada, w którą Polakom zawsze ciężko było uwierzyć – w polityce liczą się interesy, a nie sentymenty. Barack Obama wybierze w interesie amerykańskim, Polska ma dla niego znaczenie trzeciorzędne. Wcale nie oznacza to rezygnacji z tarczy, bo ten projekt ogranicza rosyjskie pole manewr, pokazuje jak NATO i Stany Zjednoczone całkowicie dominują była sowiecką strefę wpływów, poza tym jest on już naprawdę bliski ukończenia. Rosjanie dostali alternatywną propozycję – „wykupienia” tarczy. Taka skomplikowana forma haraczu.

Robiąc interesy z Amerykanami trzeba pamiętać, że przede wszystkim dla nich najważniejsze są własne korzyści. Są bardzo elastyczni, kiedy trzeba mówią o sojuszach, o bliskich relacjach, o pomocy finansowej i militarnej oraz demokracji i prawach człowieka. Piękne słowa muszą mieć jednak odzwierciedlenie w faktach. Kiedy Amerykanie wyczuwają, że istnieje lepsze rozwiązanie, nie mają nawet chwili zawahania. Dlatego właśnie teraz trwa licytacja. Obama musi ustalić swoje priorytetowe cele w polityce zagranicznej. Na razie postępuje bardzo ostrożnie. Bardzo słusznie – z amerykańskiego punktu widzenia – prowadzi grę, w wyniku której uzyska jak najwięcej korzyści. Amerykanie nie prowadzą altruistycznej polityki zagranicznej. O wszystkim decydują interesy, najczęściej ubrane w piękne słowa-klucze. Musimy zmienić nasze podejście do Amerykanów na bardziej pragmatyzne.

 

Więcej na temat tarczy antyrakietowej i Iranu

"Rozgrywka o tarczę antyrakietową"
 

"O rosyjskim blefie"

"Change w sprawie Iranu"

Syn miałby uczyć ojca dzieci robić?

Brak komentarzy

 Departament Stanu zarzuca nam rasizm, antysemityzm, korupcję i inne nadużycia. Komedia. Kto to mówi? Czyżby nastoletni syn miał uczyć ojca dzieci robić? Myślę, że równie dobrze polski MSZ mógłby pokazać raport według którego powyższe zarzuty odnosiłyby się jedynie do Stanów Zjednoczonych. Amerykanie znowu wskazują sobie, co jest dobre, a co złe. Każą sprzątać innym w pokoju, gdy u nich bałagan jest większy.

Polski antysemityzm to jest jeden wielki mit. Owszem, zdarzają się w Polsce incydenty na tym te i Polacy nie mogą być z tego dumni. Więcej takich przypadków ma miejsce w Europie i… Stanach Zjednoczonych. Dlaczego więc mamy być szczególnie naznaczeni? Żaden naród nie ma tyle drzewek w Yad Yashem, co Polacy. Trzeba więc wyprowadzić ogólny wniosek. Antysemityzm nie jest zjawiskiem narodowym, a ogólnoświatowym. W każdym państwie są ludzie, którzy nie lubią Żydów. Nawet w samym Izraelu (!) istnieje grupa radykałów religijnych, która uważa, że obecne państwo Izrael nie powinno istnieć. Oskarżanie Polaków o antysemityzm to wyjątkowa hipokryzja, bo historia pamięta jak Europa wypędzała Żydów, którzy uciekli …do Polski. Podczas II wojny światowej Polacy częstokroć ryzykowali życie, gdy państwo Vichy wysyłało Żydów do obozów koncentracyjnych. 

Wracająć jednak do samych Stanów Zjednoczonych. Dane z 2004r. (źródło: znak.org)

„Żydowska Liga Przeciwko Zniesławieniom alarmuje, że w USA nastąpił znaczący wzrost akcji antysemickich. Ale jednocześnie nastąpił niewielki spadek liczby Amerykanów wyznających antysemickie poglądy.

Według raportu Ligi Przeciwko Zniesławieniom (Anti-Defamation League), w roku 2004 zanotowano najwięcej akcji antysemickich od 9 lat. Raport wyszczególnia ponad 1800 takich przypadków, w większości z użyciem siły i łamania prawa. Najwięcej antysemickich incydentów zanotowano w Nowym Jorku, New Jersey, Kalifornii i na Florydzie. Niepokój budzi wzrost antysemityzmu w amerykańskich szkołach.

Według sondaży, 15 proc. Amerykanów uważa, że Żydzi odgrywają zbyt wielką rolę w USA. Z kolei jedna trzecia Amerykanów sądzi, że amerykańscy Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela niż Stanów Zjednoczonych. Instytut Badań Antysemityzmu przy uniwersytecie w Tel Awiwie, wymienia Stany Zjednoczone wśród państw o największym wzroście antysemityzmu. (IAR)”

Takie chwalebne lda Stanów Zjednoczonych są te statystyki? Może są nieprawdzwe? Sprawdźmy więc inne, z Tel-Awiwu*

Niestety dla Departamentu Stanu. Według nich Polska znajduje się gdzieś w końcówce Europy, daleko za m.in. Francją. Za to zwraca uwagę wysoka pozycja Stanów Zjednoczonych, Rosji, Kanady i właśnie Francji.

*ciekawy jest rozrzut w liczbach między informacjami podawanymi przez oba źródła. 

„Raport podkreśla, że jednym z powodów przepełnienia polskich więzień jest nadużywanie przez sądy aresztu przedprocesowego” (za dziennik.pl)

Amerykański Dep. Stanu osiągnał szczyt hipokryzji w tym momencie. Czy to nie Amerykanie bezprawnie przetrzymywali na Kubie w Guantanamo podejrzewanych o terroryzm ? W Polsce tak, areszt jest nadużywany, trzeba się uderzyć w pierś. Szkoda, że nie wypomina nam tego jeszcze Kim Dżong Il i Aleksander Łukaszenka.

"Rząd nie wprowadza skutecznie w życie przepisów antykorupcyjnych. Panuje przekonanie, że korupcja jest akceptowana zarówno w sferach rządowych, jak i w samym społeczeństwie" 

Coś pisałem o szczycie? Cofam to. To jest prawdziwy Mont Everest. Diagnoza jest dość trafna. Problem korupcji rzeczywiście u nas istnieje. Na szczeblu lokalnym i centralnym. To kolejna spuścizna komunizmu, widoczna również za naszą wschodnią granicą. Czy jednak w Ameryce jest dużo lepiej? U nas przy pomocy korupcji załatwia się z reguły drobne sprawy, winne najczęściej jest złe prawo, które daje urzędnikom zbyt wielkie uprawnienia. W Ameryce, jak to Ameryce, chłopaki mają rozmach. Sprzedają stanowisko senatora po Baracku Obamie, lobbyści trzymają kongresmanów w ręce licząc ich w dziesiątkach, prywatne firmy sponsorują kampanie polityczne (jednego i drugiego kandydata naraz – takie zabezpieczenie), a miliardy dolarów pomocy dla banków „gdzieś tam” znikają w księgowości. Na pewno więc to Polacy mają problem z korupcją? Podam jeszcze tylko przykład seksafery. U nas dotyczyła ona posla i prawdopodobnie byłego wicepremiera. W Ameryce problem ten jest bardziej „taśmowy”. Sprawa Billa Clintona już pokazuje nam, kto jest zdecydowanym liderem w naszym starciu. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że w Stanach Zjednoczonyh o seksafery wywróciło się kilku bardzo poważnych polityków, a ekskluzywne agencje towarzyskie mają listę swoich klientów-polityków, to zostaliśmy właśnie zdeklasowani. 

Czasami trzeba więc spojrzeć do swojego gniazda, zanim zacznie się uczyć latać pisklęta z innego Stany Zjednoczone wcale nie są ideałem, jeśli chodzi o powyższe kwestie. Do innych zarzutów nie chciałem się odnosić, ale są równie bezsensowne. 

 

Rozgrywka o tarczę antyrakietową

1 komentarz

 Coraz bardziej komplikuje się sprawa amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Amerykanie przystąpili do kolejnej fazy rozgrywki – sondują, czy bardziej opłaca im się inwestycja w projekt, czy jej zaniechanie. W roli podbijająego stawkę występuje Rosja, w grze jest głównie Afganistan i Iran, a w my i Czesi jesteśmy traktowani jako przedmiot rozmów. Nie omżna zapomnieć też o rosyjskich zapowiedziach zainstalowania Iskanderów w Obwodzie Kaliningardzkim.

Tarcza antyrakietowa może przynieść Stanom Zjednoczonym największą z możliwych korzyści. Trwałe przejęcie inicjatywy strategicznej w Europie. Nie bez powodu w 1972r podpisano porozumienie ABM o „ nieograniczonym czasowo ograniczeniu rozwoju, testowania i rozmieszczania systemów antybalistycznych”. W 2001r umowę wypowiedziały Stany Zjednoczone. Na czym polega problem systemów antybalistycznych? Jedna z popularnych koncepcji głosiła, iż – w czasie zimnej wojny – żadne z supermocarstw nie odważy się zaatakować drugiego, gdyż skończyłoby się to wzajemnym zniszczeniem siebie i przy okazji świata. Skuteczny system antyrakietowy daje przewagę uderzenia, a w najgorszym przypadku więcej czasu na reakcję. Dlatego w latach siedemdziesiątych uznano, iż są one zwyczajnie zbyt niebezpieczne dla świata.

Realia się jednak zmieniły, a wraz z nimi zdanie amerykańskie. Rosjanie nie mają technologicznych możliwości ścigania się z Amerykanami. Co prawda administracja amerykańska mówi przede wszystkim w kontekście tarczy antyrakietowej o „zagrożeniu irańskim”, ale rosyjski niedźwiedź może jest stary, ale nie głupi. Pamiętam jak kilka lat temu rosyjscy dziennikarze myśleli, że polski dyplomata żartuje, gdy jako pierwszy wspominał o Iranie. Niedoszły zart stał się wersją oficjalną. Tylko, jak w takim razie wyjaśnić, dlaczego Amerykanie zaczęli pracę nad tarczą antyrakietową na długo przed uznaniem Iranu za państwo „osi zła”? Uznajmy na moment, że Amerykanie mówią prawdę. Co pomyślelibyśmy o polityku, który inwestuje dziesiątki miliardów dolarów w projekt, który skierowany jest przeciwko tzw. państwom bandyckim. Państwa te nie dysponują rakietami zdolnymi do poważnego rażenia Stanów Zjednoczonych, a – co najważniejsze – najprawdopodobniej nigdy nie odważą się takiej rakiety wystrzelić, bo amerykańska riposta byłaby dla nich zabójcza, jak 15 sekund dla Duńczyków na Mistrzostwach Świata w piłce ręcznej.. Dziesiąki miliardów dolarów wydano by po to, aby postraszyć Kim Dzong Ila (może stąd ten podejrzewany zawał?) czy Radę Strażników Rewolucji? Zarówno Stany Zjednczonne, jak i ich sojuszników (np. Izrael) mogą przecież bardzo skutecznie bronić konwencjonalne systemy. Inaczej jednak należy oceniać ten projekt, gdyby założyc, iż jest to instrument poszerzania wpływów, a raczej zmniejszanie możliwości rosyjskich. Stąd nerwowe reakcje Moskwy. Polepszenie sytuacji wobec państw bandyckich to efekt pozytywny, ale niezamierzony. Amerykanie wiedzą, że buisness is buisness i nie ma co inwestować tylu pieniędzy w budowę dywizji czołgów, które mają stawić czoło jednemu Fiatowi 126p.

Projekt tarczy antyrakietowej nie jest jednak idealny. Po pierwsze, cena. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych ma wątpliwości, czy w dobie kryzysu powinien inwestować miliardy dolarów w niepewny biznes. Po drugie: badania przewidują, że tarcza będzie skuteczna, ale tak naprawdę nie odpowiada ona współczesnym zagrożeniom np. terrorystycznym. Do przenoszenia broni maswoego rażenia w XXI wieku nikt nie potrzebuje przecież rakiety balistycznej. Po trzecie, Amerykanie boją się, iż powstaną rakiety zdolne do omijania tarczy, a wtedy te miliardy dolarów zostaną wydane na marne. Ich wartość będzie porównywalna z tymi z Zimbabwe. Pierwszym celem potencjalnego rosyjskiego ataku będą przecież elementy bazy zainstalowane w Europie. Po czwarte, projekt tarczy antyrakietowej to również polityczne konsewkencje i międzynarodowe reperskusje.

O tym, że Barack Obama będzie rozgrywał kwestię tarczy antyrakietowej pisałem już wcześniej. Teraz czeka na ofertę. O możliwych rozmowach pisałem tak: „Spójrzmy na to od strony amerykańskiej. Demokraci celowo unikają jasnego określenia swojego stanowiska w/s tarczy antyrakietowej już teraz. Pozwala im to na rozdawanie kart Polakom i Rosjanom. Tak naprawdę w ich interesie jest utrzymanie obecnego stanu rzeczy (wszystko zgodnie z umową), ale zawsze warto się z ruskimi potargować. Może zaproponują coś ciekawego np. w kwestii Azerbejdżanu albo Iranu? Ekipa Baracka Obamy celowo wypuszcza sygnały sondujące. W najgorszym wypadku mogą powiedzieć Polakom, że „everything is ok”, ale musimy troszkę renegocjować kwestię tarczy. Tego polski rząd (i prezydent) boją się najbardziej. Stąd nieporozumienie na linii prezydent-elekt-Kancelaria Prezydencka RP.. Panika mogłaby pokazać naszą niestabilność. W razie czego jestem pewien, że bez bazy amerykańskiej w Polsce da się wytrzymać. Trzymajmy się obecnego kursu.”

Co zatem mają Rosjanie do zaoferowania dla Baracka Obamy? Okreslmy jasno. Nawet, jeśli baza antyrakietowa powstanie, to i tak rozmowy z Rosjanami dadzą nowemu prezydentowi bardzo dużo wiedzy o Federeacji Rosyjskiej. Obama podgląda tym samym ich karty.

Rosjanie trzymają w ręku Iran, a Iran to klucz do obencej sytuacji na w Palestynie i Iraku, a w jakimś stopniu też w Pakistanie. Rosjanie są w stanie wymusić na Teheranie zmianę kursu. Moskwa ma możliwość zablokowania irańskiego programu atomowego. Ostatecznie może też wystapić jako medaitor. Irański „change” to też potencjalny pretekst do zaniechania budowy tarczy antyrakietowej. Stabilizacja w tamtym regionie świata jest Waszyngotnowi bardzo potrzebna. Rosjanie mogą to zaoferować. 

Rosjanie mogą wycofać pomysł zainstalowania Iskanderów. Tylko, że to kiepski blef, w związku z tym nie będę się rozpisywał. Są marnym atutem. 

Jest też Afganistan i Pakista
n. Rosyjska pomoc w tamtym rejonie świata byłaby nieoceniona. Jest również pewnie ze sto innych ustępstw, jakie może poczynić Moskwa. Poczekajmy na rozwój wydarzeń, no los tarczy wcale nie jest przesądzony. Teraz do gry wkracza polityka na najwyższym poziomie.

Na koniec zostawiłem fragment, który pokazuje, że z Moskwą gra się bardzo trudno:

„Iwanow zaprzeczył też, jakoby Rosja wywarła na Kirgistan presję w sprawie zamknięcia amerykańskiej bazy w tym państwie, udzielając mu kredytu w wysokości 2 mld dolarów.’Nie ma związku pomiędzy zamknięciem bazy USA a rosyjską pożyczką dla Kirgistanu, który ma poważne problemy gospodarcze’ – oświadczył Iwanow.”

Na pewno. 
 

Warto przeczytać:

O rosyjskim blefie

Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyryku

“Change” w sprawie Iranu?

2 komentarzy

 W ostatnim czasie ponownie głośno było na temat Iranu. Z dwóch względów. Interwencji Izraela w Strefie Gazy oraz zapowiedzi Obamy dotyczących zmiany polityki Stanów Zjednoczonych wobec Teheranu. Co ciekawe, okoliczności ułożyły się w taki sposób, że Iran odnosi korzyści. Ajatollahowie, wbrew obiegowej opinii, prowadzą bardzo rozważną politykę zagraniczną i pozycja Iranu umacnia się. Mahmud Ahmadineżad odzykał szansę na reelekcję. Wspólnota międzynarodowa jest nadal bezradna wobec – wyimaginowanego lub też nie –wojskowego programu atomowego. Dlatego właśnie Barack Obama postanowił zastosować inne metody polityczne wobec Iranu. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. 

Najpierw zajmę się rolą Iranu w czasie konfliktu w Strefie Gazy. Prasa i komentatorzy rozpisywali się na temat sojuszu hamasowsko-irańskiego. W praktyce oznaczało to tyle, że Palestyńczycy mieli dysponować bronią, którą dostarczać mieli Irańczycy. Jeśli zaś chodzi o kwestie polityczne, to Iran – chociaż niezbyt to było oryginalne – potępił żydowską interwencję i trochę pogroził. Na tym udział Tehearanu się de facto kończy. Co prawda pojawiały się wesołe nowinki na temat potencjalnych rajdów piratów wynajętych przez Persów (debka.com!), ale jak to mówią w starym i mało śmiesznym dowcipie – fantastyka piętro wyżej/ Iran nie zrobił też nic, aby militarnie wspomóc, co piszę z ironią, sunnickich braci. Wiązało się to z prostą kalkulacją. Atak z powietrzna, bądź rakietowy, na Izrael, nie dość, że prawdopodobnie byłby nieskuteczny, to jeszcze doprowadziłby do potężnego odwetu. Irańczycy więc nie chcieli, ale też za bardzo nie mogli, zaryzykować.

Osiągnęli zatem to, co było realne. Mahmud Ahmadineżad na całym zamieszaniu zgromadził duży kapitał polityczny wewnąrz kraju. Walki Izraela z Hamasem było bardzo korzystne z propagandowego punktu widzenia. O Iranie niemal kompletnie przestało się mówić w kontekście programu atomowego. Czytało się wprawdzie opinie wg których „militarna klęska Hamasu będzie czułym uderzeniem w Teheran”, jednak Iran widocznie jest nieczuły, w związku z czym nic nie odczuł. Irańczycy przyjęli realistyczną wersję polityki na czas konfliktu. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że dostawa paru rakiet nie zmieni sytuacji strategicznej Haamasu. Iran dużo niebezpieczniejszy jest w Libanie, gdzie sponsoruje i kontroluje szyicki Hezbollah. Stopień zażyłości i identyfikacji z tą organizacją jest dużo większy, niż w stosunku do Hamasu. Tragedii nie ma. Irańscy decydenci na pewno w tej kwestii byli realistami, dlatego udało im się uniknąć strat. Co zaś się tyczy Hamasu, to w czasie izolacji, jaka go niewąpliwie czeka, uzależni się jeszcze bardziej od irańskich pieniędzy. O ile Teheran nadal będzie chciał łożyć na dziecko, które lubi się niepotrzebnie awanturować i bije z silniejszymi od siebie. Hamas jest skazany na Teheran, ale Teheran nie jest skazany na Hamas. W dodatku marna to miłość, raczej kiepskie zauroczenie

Możliwa jest również „nowa jakość” w kwestii stosunków (a raczej ich braku) między Stanami Zjednoczonymi, a Iranem. Warto podkreslić, że to Amerykanie, a nie Irańczycy zmieniają swoje podejście w tym przypadku. Nowy prezydent występuje w roli dobrego policjanta. Ryzykuje, bo władze Iranu wcale nie muszą tańczyć do tej samej muzyki, co on, ale ta inwestycja może się spłacić.I rańczycy wiedzą, że lepszego partnera do rozmów już nie będzie. Jeżeli usztywnią swoje stanowisko – osiągną tyle, co nasi na Euro2008.. Jeżeli uealstycznią – mogą uzyskać wiele korzystnych, szczególnie gospodarczo, rozwiązań. Barack Obama od razu potwierdził prawo Iranu do posiadania legalnego cywilnego programu atomowego. Tak naprawdę to niewielki postęp faktyczny w stosunku do Busha, ale w ustach nowego prezydenta brzmi to naprawdę nieźle. Należy też wziąć pod uwagę, że zaufanie Irańczyków do nowego prezydenta jest bezspornie wyższe. Obama stawia jeszcze dwa warunki, po pierwsze – zaprzestanie wspierania terrorystów, a po drugie – powstrzymanie się od gróźb wobec Izraela. O ile ten pierwszy punkt jest bardzo płynny, bo inna jest koncepcja terroryzmu wg Waszyngtonu, a inna wg Teheranu, o tyle spełnienie tego drugiego nie powinno być tak trudne, jak się to wydaje. Iran bardziej niż destabilizowania Iraku czy Libanu, potrzebuje teraz nowoczesnych technologii i wsparcia gospodarczego. Dlatego propozycje uczestnictwa w WTO i inwestycji zagranicznych muszą brzmieć atrakcyjnie. Do tego dochodzi ewentualny udział w gazociągu Nabucco w perspektywie paru lat. O ile Irańczycy będą w stanie w tej sprawie sprzeciwić się Rosji. Nie będąc jednak uzależnionym od tego kraju, tak jak wygląda to teraz, jest to o wiele bardziej prawdopodobne. 

Na razie jednak nie oczekiwałbym szybkiego przełomu. Bardzo możliwe, że dojdzie do rozmów, ale zaufanie trzeba zdobywać stopniowo. Iran musi też określić, jakie są jego cele i zbadać, czy to nie blef. Obecna sytuacja polityczna nie bardzo również sprzyja oficjalnym rozmowom, bo Amerykanie oficjalnie wsparli Izrael, a w Iranie wybory zbliżają się wielkimi krokami. Istnieje jednak pewne pole, na którym można negocjować. Trudno jednak przypuszczać, by Iran np. nagle odciął się od Hezbollahu. Chodzi o to, by rozmawiać na jednocześnie ważne tematy, ale również takie, gdzie istnieje szansa porozumienia. Iranowi porozumienie gospodarcze z Zachodem może się opłacać, nawet kosztem programu atomowego. Mogą zresztą, w zamian za kontrolę, zażyczyć sobie nowoczesnych technologii z zakresu pokojowego programu atomowego. Irańczycy z czasem przestaliby traktować Amerykanów jak wrogów (i vice versa). Na pewno bardzo pozytywnie wpłynęłoby to na Irak. Puzzle zaczęłyby się układać. Tylko, że to optymistyczny scenariusz, a w dodatku raczej na lata, niż miesiące. Trzeba jednak zauważyć impuls. 
 

O rosyjskim blefie

1 komentarz

Jeżeli kogoś zdziwiło, iż tuż po wyborach w Stanach Zjednoczonych Dmitrij Medwiediew, prezydent Federacji Rosyjskiej ogłosił, iż w przypadku powstania tarczy antytakietowej zainstaluje w obwodzie kaliningradzkim rakiety Iskander, to pora rozwiać tę iluzję. To był bardzo przemyślany ruch. Rosjanie podbijają stawkę, ale taka deklaracja jest dla Obamy bardzo korzystna, bo otrzymuje tym samym większą elastyczność w/s tarczy antyrakietowej. Zawsze będzie mógł dojść do porozumienia z prezydentem Medwiediewem czy premierem Putinem. Szczególnie, że opinia jego demokratycznych doradców może różnić się od poglądów republikańskich. W najbardziej niekorzystnej sytuacji znajdują się Polacy, bo stajemy się legendarnym przedmiotem polityki zagranicznej. Nowy prezydent będzie mógł świetnie wykorzystywać fakt, iż nie jest G.W. Bushem.

Spójrzmy na to od strony amerykańskiej. Demokraci celowo unikają jasnego określenia swojego stanowiska w/s tarczy antyrakietowej już teraz. Pozwala im to na rozdawanie kart Polakom i Rosjanom. Tak naprawdę w ich interesie jest utrzymanie obecnego stanu rzeczy (wszystko zgodnie z umową), ale zawsze warto się z ruskimi potargować. Może zaproponują coś ciekawego np. w kwestii Azerbejdżanu albo Iranu? Ekipa Baracka Obamy celowo wypuszcza sygnały sondujące. W najgorszym wypadku mogą powiedzieć Polakom, że „everything is ok”, ale musimy troszkę renegocjować kwestię tarczy. Tego polski rząd (i prezydent) boją się najbardziej. Stąd nieporozumienie na linii prezydent-elekt-Kancelaria Prezydencka RP.. Panika mogłaby pokazać naszą niestabilność. W razie czego jestem pewien, że bez bazy amerykańskiej w Polsce da się wytrzymać. Trzymajmy się obecnego kursu.

Z kolei Rosjanie i tak planowali zainstalowanie Iskanderów. Nie oszukujmy się, w razie wojny pierwsza fala uderzeniowa pójdzie właśnie na Polskę. Jesteśmy w powietrzu bez żadnych szans, nawet z naszymi „Jastrzębiami”. O ile Amerykanie są zabezpieczni na wypadek ataku rakietowego, o tyle Polacy są na pierwszej linii lotu tychże (i bombowców). Baza antyrakietowa jest pierwszą instalacją, którą będą chcieli zniszczyć Rosjanie. Żadne Patrioty nie będą w stanie zapewnić jej (ani Warszawie) stuprocentowej ochrony na wypadek zmasowanego ataku rakietowego. Tarcza daje Amerykanom niezbędne kilkanaście/kilkadziesiąt minut w przypadku konflitu. Wracając jednak do naszych moskiewskich przyjaciół, wymowa tych rakiet byłaby bardziej propagandowa niż faktyczna. Putin z Medwiediewem muszą zareagować na tarczę, ale nie potrafią zatrzymać tego projektu za pomocą politycznych roszad Chcą więc postraszyć Iskanderami. Pytanie, czy Obama się na to nabierze? Rosjanie mają nadzieje na nowe rozdanie, a Amerykanie mogą kokieteryjnie dowiedzieć się, co w zamian zaoferuje Wladimir Putin? Generalnie trzeba jednak pamiętać, że tarczy antyrakietowa jest przede wszystkim w interesie amerykańskim. Obama rezygnując z niej, pozbawiłby siebie niezwykle silnego (i drogiego) argumentu. W XXI wieku byłoby to bardzo nierozsądne. Na pewno oszczędności można poszukać w innym miejscu.

Rosjanie, po konflikcie kaukaskim, są odbierani dużo bardziej poważnie. Faktycznie zaś w kwestii tarczy są bezradni. Dzałanie Moskwy wobec Tblisi pokazało, że z Rosją trzeba umieć postępować. Saakaszwili przesadził, ale projekt tarczy jest amerykański co daje mu olbrzymi parasol bezpieczeństwa. Dalszym zadaniem Polaków i Amerykanów powinna być walka o prozachodnią Ukrainę. Sprawę Krymu Moskwa rozgrywa bardzo sprytnie. Śmiałości dodaje Putinowi świadomość, że już w Abchazji i Osetii Południowej Zachód pokazał, że nie potrafi pomóc swoim sojusznikom. Różnica polega na tym, że Krym może być projektem typowo rosyjskim, a Abchazja i Osetia Płd. są wynikiem bardzo złych i nieprzemyślanych decyzji Saakaszwilego, gdy dał się podpuścić jak małe dziecko.

A Iskanderów się nie bójmy. Na pewno ładnie wyglądają. 

Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyrku

Brak komentarzy

Korea Północna została skreślona z listy państw popierających terroryzm. Jest to efekt “procesu pokojowego” w ramach rozmów sześciostronnych, w których biorą udział Koreńczycy z północy, Koreańczycy z południa, Amerykanie, Rosjanie, Japończycy i Chińczycy.

Zastanówmy więc się: co takiego wpłynęło na rząd amerykański, by zdecydować się na taki krok? Czy Kim Dzong Il (a raczej faktyczny decydent – Hu Jintao) odrzucił pomysł bycia atomowym szantażystą? Na razie tak. Wbrew pozorom władze pólnocnokoreańskie nie mają dużego wyboru. Tym razem mamy do czynienia z polityką marchewki. Korea Północna potrzebuje nie akceptacji Zachodu, a pomocy, szczególnie żywnościowej. Legendarna stała się już anegdotka o “zupie z trawy” – przysmaku Koreańczyków. Tak naprawdę Kim został chwlowo przyparty do ściany. Niezależnie od swoich intencji, jest uzależniony zupełnie od Chińskiej Republiki Ludowej. Zarówno, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, jak i wewnętrzną. Być może Pekin przestał mieć ochoty na sponsoring. Panna niezbyt nadobna, ale i kapryśna.

Do zmian w KRL-D nie dochodzi, bo nikt – z możnych świata -tego nie chce. Ludzie traktowani są przerażająco okrutnie, kraj jest politycznie i technologicznie w XIX wieku, panuje głód.. Z drugiej strony mamy władzę, która ściąga najnowcoześniejsze auta, zegarki etc, a jak wiadomo – luksus kosztuje. Niezwykły kontrast, typowy dla krajów totalitarnych. Krajem de facto rządzi armia. Jedyny ośrodek, który nie ma żadnych problemów z dopływem gotówki, chociaż też pojawiały się już plotki, że przez jakiś czas żołnierze nie dostawali żołdu. Z relacji uciekinierów wynika, iż obozy północnokoreańskie są dużo gorsze od chińskich. Kim Dzong Il i jego towarzysze nie zamierzają zmienić nic. Problemy z dostawą elektryczności wykorzystują podwójnie – odcinając zarówno oszczedzają, jak i łapią na gorącym uczynku tych szczęsśliwców, którzy mają odtwarzacz kaset video i oglądają “nielegalne materiały”. O internecie nawet nie chce wspominać. Państwo nie posypało się głównie dzięki armii i pomocy Chińczyków. Każde społeczeństwo komunistyczne potrzebuje wrogów – oczywiście jest nim dekadencki zachód z Ameryką na czele.

Na utrzymaniu statusu quo zależy bardzo zarówno Amerykanom, Chińczykom, Japończyom oraz Koreańczykom z  południa. Dlaczego? Czyżby nie chcieli zjednocznej Korei? Oczywiście, że nie chcą. Lepiej udawać, że się kopie z koniem niż się z nim rzeczywiście kopać. Zjednoczona Korea byłaby olbrzymim problemem geopolitycznym i gospodarczym. Po pierwsze, ktoś w biedną pólnoc musiałby wpakowac kilkaset miliardów dolarów, a tego rachunku nikt, nawet Seul, nie chce płacićl. Po drugie, niechybnie spowodowoać by to musiało przebudzenie się Japonii, dla której pojawiłby się rywal w Azji. To samo dotyczy Chin, które dla ratowania własnej skóry (siła robocza w KRL-D jest tańsza niż w ChRL!) celowo destabilizowałyby sytuację. Amerykanie, w momencie, w którym mają olbrzymie problemy, nie jest potrzebny jeszcze jeden. Zwłaszcza, że mogłoby to oznaczać wycofanie wojsk amerykańskich nie tylko z Korei Południowej, ale również – całkowicie – z Okinawy. Waszyngton nieoczekiwanie znalazłby się w defensywie. Zjednoczona Korea byłaby geopolityczną puszką Pandory. Nikt nie chce jej otworzyć, bo oznacza koszty i nieoczekiwane skutki oraz zburzenie statusu quo. Wyobrażam sobie szybki exodus Koreańczyków z pólnocy – na południe. Nie sądzę, by to wszystko było tak proste do ogarnięcia gospodarczo. Zjednoczenie Niemiec to przy tym pestka. Nie mówiąc już o takich technicznych detalach, jak ustrój polityczne, wdrażanie administracji na pólnocy, rozgrzeszenie zbordniarzy itd.

Łatwo więc wyobrazić sobie zapoczątkowanie zmian w Phenianie. Trudno jednak przewidzieć skutki takiego “reformowania”. Dlatego wokół Korei toczy się nieustannie gra polityczna. Zachód boi się chaosu w Korei Pólnocnej. Władze trzymają się dzięki despotycznym metodom i pomocy międzynarodowej. Ktoś jednak będzie musiał “zrobić ten pierwszy krok”, bo gospodarka komunistyczna nie jest wieczna. Chińczycy mogą próbować reformować, Zachód liczy, iż do zmian dojdzie na drodze zorganizowanego odwrotu. Kim Dzong Il nie jest nieśmiertelny (pojawiały się już pogłoski o jego śmierci). Nie wiadomo nic o następcy, prawdopodobnie władze przejmą wojskowi. Skreślenie KRL-D z listy państw wspierających terroryzm umożliwia zwiększenie pomocy gospodarczej, w zamian Koreańczycy są bardziej ulegli w kwestii zakładów jądrowych. Jestem pewien, iż mocno w tej sprawie naciskał Pekin.

Jak wyżej napisałem – wszystko jest tutaj pokręcone. Reżim potrzebuje pomocy humanitarnej, a Zachód “sukcesu”. Republikanie przedstawią to jako swój wkład w denuklearyzację półwyspu. Pytanie, za ile znowu pojawi się problem Korei? Mocarstwa utrzymują obecny reżim za cenę spokoju. Z drugiej strony jest potencjalny chaos, do którego nikt nie chce dopuścić, gdyż Koreańczycy mają naprawdę ciekawe technologie, które mogliby sprzedać na czarnym rynku. Tylko ludzi się oszukuje, że niby jakieś zmiany zachodzą w ramach “procesu pokojowego”. To jeszcze nie koniec zamieszania wokół Phenianu. Może jednak oznaczać chwilowy spokój. Władze reżimu są wszakże bardzo przywiązane do luksusów, a kilka dolarów na konta zagraniczne można (a nawet należy) wyprowadzić. Pekin nadal będzie sponsorem tej imprezy, ale już nie indywidualnym.  W końcu jednak znowu Phenian postanowi coś ugrac i ogłosi, iż z tymi umowami jest mały problem…i tak w kółko.

Możliwy powrót Imperium – pierwsze symptomy

Brak komentarzy
"Jeśli NATO przyjmie dla Gruzji plan na rzecz członkostwa (tzw. MAP), Rosja zerwie wszelką współpracę i kontakty z sojuszem" – oświadczył stały przedstawiciel Rosji przy Pakcie Północnoatlantyckim Dmitrij Rogozin w wywiadzie dla francuskiego "Le Monde". Samego Rogozina trudno traktować poważnie. To typ nacjonalisty i radykała. Przy okazji tarczy antyrakietowej był uprzejmy przypomnieć Polsce, jaki był jej los, gdy stała na linii konfrontacji w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Rogozin w kwestii tarczy mógł wypowiadać jedynie własne zdanie, Siergiej Ławrow – jak na Ministra Spraw Zagranicznych przystało – był delikatniejszy. Rogozin trafił na czołówki gazet, nie dzięki swojej pozycji, a retoryce. Co z tego, że sobie pogadał, skoro liczą się czyny, a nie słowa?

Tym razem może być inaczej. Po pierwsze – to nie był luźny wywiad dla zachodnich gazet, a oficjalne stanowisko. Jest to sygnał dla Europy od rządzącego estabilishmentu – MAP dla Gruzji = zerwanie stosunków NATO-Rosja. Dmitrij Rogozin jest stałym przedstawicielem Rosji przy Sojuszu Północnoatlantyckim, dlatego tym razem należy potraktować poważnie jego zapowiedzi, a jedoncześnie przyznać Gruzji MAP. Sojusz musi pokazać, że jest zdolny do czegoś więcej, niż politycznych deklaracji. Rosjanie – w swoim mniemaniu – wracają do gry. Jeżeli okaże się, że odwaga jest dobrem niedostępnym dla zachodnich przywódców, to znajdziemy się w nieprzyjemnej sytuacji, gdy Rosja może nakazywać nam, co mamy robić. Nawet jeśli Rosjanie zerwą stosunki z NATO, to nic to praktycznie nie zmieni. To mała konsekwencja. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to sonda, mająca sprawdzić, na ile Sojusz Północnoatlantycki jest skonsolidowany. Rosjanie mówią: "sprawdzam". Taka prowokacja w radzieckim stylu. Nawet jeśli Gruzja dostanie MAP, to Rosjanie mają już przygotowane następne ruchy. NATO, jeśli nie chce zupełnie stracić twarzy, musi MAP przyznać, chociaż szczerze wątpię, by Gruzja spełniała wojskowe kryteria.

O ile Rosjanie wkalkuliwali już sobie, że za cenę uzyskania Osetii Południowej i Abchazji, mogą przyspieszyć proces integracji Gruzji z NATO (dlatego m.in.niszczą infrastrukturę wojskową), o tyle z Ukrainą nie jest to takie przesądzone. Czy to przypadek, że teraz doszło do rozłamu w obozie "Pomarańczowych"? Gruzińskie społeczeństwo jest nastawione obecnie antyrosyjsko, ukraińskie – nie. Tam nadal istenieje Partia Regionów, a po ostatnich wydarzeniach wzrastają szanse Janukowycza w wyborach prezydenckich. Rosja ma realne instrumenty oddziaływania na Kijów. Zresztą – obecna sytuacja jest ewidentnym ukaraniem Wiktora Juszczenki za jego progruzińską postawę. To przecież Tymoszenko oskarżała go wcześniej o dążenie do porozumienia z Partią Regionów, „co byłoby przekreśleniem dziedzictwa pomarańczowej rewolucji”. Jak się okazało – Moskwa (i Janukowycz) świetnie rozgrywają różnice interesów między prezydentem, a panią premier. Wszystko idzie, jak po sznurku, co widać po oświadczeniach europejskich państw. Mówią one, że Ukraina nie zostanie przyjęta do NATO (ani nie dostanie MAPu), dopóki sytuacja polityczna będzie tam niestabilna. Bez porozumienia w obozie pomarańczowych – będzie to raczej niemożliwe, bo trudno przypuszczać, by krok w kierunku Europy zrobił przywódca opozycji – Wiktor Janukowycz. Architektem kryzysu jest Julia Tymoszenko, która w ten sposób chce ogranicza znaczenie Juszczenki. W tej grze interesów wszystko idzie po myśli Moskwy. Tymoszenko popełnia błąd, bo wkrótce uświadomi sobie, że stanowisko prezydenta, który ma ograniczone kompetencje, nie jest już takie kuszące, jak wcześniej.

Unia Europejska zamierza wysłać do Gruzji siły policyjne. Pokazuje to, jak bardzo Gruzja nie poradziła sobie w tym konflikcie. Wprowadzenie tych formacji nie poprawi położenia politycznego Tblisi, a jedynie usankcjonuje zmiany i ograniczy możliwości rosyjskie. Wysłanie ich w momencie, w którym mają się wycofać wojska rosyjskie, jest reakcją zachowaczą. Pozwala Unii wyjść z całego konfliktu z twarzą. Teraz należy tylko oczekiwać na to, jak Bruksela sypnie euro na odbudowę. O tym, że na terytorium tzw. Gruzji właściwej można umieścić siły międzynarodowe, a na terytorium Abchazji i Osetii Południowej nie, pisałem już wcześniej. Nie należy jednak tego oceniać w kategorii sukcesu, a bardziej na zasadzie standardowej procedury, która spowoduje, iż Gruzja "więcej już nie straci". Amerykanie obiecali miliard dolarów, jednak w czasie konfiltku ukazana została ich kompletna bezradność. To kolejny argument pokazujący, że z Rosją należy się liczyć.

W samej Gruzji w końcu ujawniają się róznice poglądów. Uważana za kandydata na przyszłego prezydenta, Nina Burdżandze, twierdzi, iż ostrzegała Saakaszwilego przed konfrontacją z Moskwą. Wbrew pozorom, pojawienie się różnic poglądów, dowodzi tego, że sytuacja się uspokaja. Teraz należy zadać sobie jedno pytanie – czy dojdzie do usunięcia Saakaszwilego? Na razie ma poparcie Amerykanów, o czym zapewniał go wiceprezydent Cheney.

Dick Cheney odwiedził również Azerbejdżan. Jak się okazało, tamtejszy dyktator ostudził swój optymizm odnośnie projektu Nabucco. Lekcja gruzińska jest bardzo droga. Ilham Allijew nie chce wchodzić w konflikt z Moskwą. Nie przekonały go nawet zapewnienie wiceprezydenta o bezwzględnym poparciu. Waszyngton traci wiarygodność – to też jest efekt wojny gruzińsko-rosyjskiej. Allijew mięknie za to w stosunku do Moskwy. Znacznie bardziej eksploatowany będzie rurociąg Baku-Noworosyjsk. Rosja może też znacząco wpływać na destabilizację w regionie za pomocą Górskiego Karabachu. Allijew zrozumiał, że jego sytuacja pogorszyła się. Cheney poniósł bardzo prestiżową kleskę. Kolejny nieprzyjemny symptom.

Na Federację Rosyjską jest sposób. Ma jeden, niebywale czuły punkt, gospodarkę. Jeśli Europa i Stany Zjednczone spowodują, że potencjalny konflikt skończy się dla Rosjan potężnym kryzysem gospodarczym, Moskwa nie zaryzykuje. Pozoronie mała, jak na skalę Federacji, wojna potężnie uderzyła w moskiewską giełdę. Pieniądz rządzi światem i czasami można to wykorzystać w dobrą stronę. Szkoda, że wszyscy – prócz siły zwanej wolnym rynkiem – o tym zapomnieli. Jeżeli ktoś chce nie dopuścić do ZSRR-bis, to musi działać w tym stylu.

 Nowsze artykuły1234567