Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Stany Zjednoczone

Iran w “ofensywie” – Teheran pod ścianą

4 komentarzy

“Postęp w irańskim programie atomowym”, “Irańskie rakiety dosięgną Europy”, “Ahmadineżad grozi Zachodowi”, “Izrael i Stany Zjednoczone nie wykluczają ataku prewencyjneog na Iran” – tak mniej więcej wyglądają tytuły artykułów prasowych dotyczących Iranu.

Efekt tego jest taki, że artykuły są pisane przez zmanipulowanych dziennikarzy dla zmanipulowanych czytelników. Dominuje obraz Iranu jako kraju rządzonego przez szaleńców z jedną misją – zniszczenia Małego i Wielkiego Szatana, który chowa się pod postaciami Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wyjątkowo wygodny punkt widzenia dla mieszkańców Zachodu, zwłaszcza w połączeniu – z prawdziwymi przecież – informacjami o stosowaniu kary śmierci i nieprzestrzeganiu praw człowieka. Całkiem trzeźwe spojrzenie na sprawę przedstawił wywiad amerykański w Kongresie. Proponuję porównać z artykułem, który opublikowałem 11 stycznia – “Ile kosztuje atak na Iran?”.

Polityka Stanów Zjednoczonych i UE nie dziwi, ponieważ każdy gra we własnym interesie. Amerykanie mają jasno zdefiniowane interesy w regionie i na pewno w ich wizji Bliskiego Wschodu nie ma silnego i niezależnego Iranu, tak samo jak Iran dąży do realizacji swoich marzeń o środku odstraszającym i zwiększeniu presji na Izrael. Izrael z kolei gra na zmaksymalizowanie własnego poczucia bezpieczeństwa, które spadłoby znacząco, gdyby Iran wszedł w posiadanie broni nuklearnej. Wypada powiedzieć, że to nic osobistego – jak uważa większość mieszkańców Europy – a tylko polityka.

Zobaczmy jak Iran szykuje się do ataku na cywilizowany świat…

1. Może atakować w każdym kierunku

źródło: antiwar.com

źródło: antiwar.com

Mapa jest może trochę przesadzona, ale doskonale pokazuje proporcje oraz to, w jakich państwach Stany Zjednoczone mają rozmieszczone swoje wojska i instalacje wojskowe. Jak widać jest to prezent dla ofensywnie usposobionych ajatollahów, gdyż – mówiąc sarkastycznie – w którą stronę nie zaatakują, zawsze trafią na amerykańskich żołnierzy. Iran jest niemalże otoczony przez Stany Zjednoczone. Również w Zatoce Perskiej niepodzielnie rządzi US Army.

Irańczycy mają jeden świetny powód, dla którego nie są gotowi na wojnę czy atak – każdą konfrontację przegrają. Na tym świecie bywa raczej tak, że to silniejszy atakuje słabszego, a nie na odwrót. Zaatakowany Iran odpowie, ale sam nie ma interesu w przejściu konfliktu ze skali werbalno-dyslokacyjnej do militarnej.

W międzyczasie trwa zabawa wywiadów – Izraelczycy załatwili kolejnego irańskiego naukowca, a Teheran odpowiedział nieudanym atakiem na ambasady.

2. Wprowadzenie nowoczesnych metod handlu
Sankcje Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej w końcu dotknęły Iran. Ceny w tym państwie drastycznie poszły w górę - poinformował Reuters. Iran utracił możliwość rozliczania się w dolarach za transakcje, a wiadomo – gaz i ropę należy sprzedać. Sytuacji Teheranu nie ułatwia też embargo UE na irańską ropę, bo to oznacza zmianę struktury eksportu. Co prawda sankcja UE została rozłożona w czasie, aczkolwiek Iran postanowił wcześniejsze zapstrzenia eksportu do części państw - w tym do, ostatnio mocno dostającej po uszach, Grecji, a także do mających potężne problemy Włochów i Hiszpanów.

W związku z tym Iran zdecydował się na kolejne ultranowoczesne i ofensywne zagranie wobec swoich potężnych partnerów handlowych (Chiny, Indie, Turcja) – wymiana towarów za złoto oraz wymiana barterowa. Zwłaszcza ta druga, w warunkach, gdy to nie Iran rozdaje karty, może okazać się szczególnie niekorzystna.

Irańska gospodarka ma poważne problemy od dawna – wysokie bezrobocie, inflacja oraz brak perspektyw dla młodych, a także znaczące jej upaństwowienie. W związku z tym, w końcu udało się nałożyć sankcje, które należy uznać za wywierające potężną presję, a nie jedynie tworzące PR.

3. Kolejny postęp w programie atomowym
Iran ogłosił postęp w swoim programie atomowym, a następnego dnia wydał oświadczenie, że jest gotowy na negocjacje. Trudno ocenić nie będąc ekspertem – postęp może i istotnie był, ale trudno uznać, iż jego zgłoszenia, a następnie pospieszna propozycja powrotu do rozmów, za zwykły przypadek. Iran z różnych powodów stara się być straszniejszy niż jest w rzeczywistości.

Pamiętacie groźbę zablokowania cieśniny Ormuz w razie nałożenia sankcji przez Unię Europejską? Tak, kluczowe pytanie brzmi – kto się wycofał? Sankcje nałożono, a cieśniny Teheran nie zablokował.

Obecnie, dzięki nałożonym sankcjom, Iran znalazł się w ciężkim położeniu i zwiększyła się szansa na skuteczne wywarcie presji. Konfrontacja militarna nie jest oczywiście wykluczona, tak jak przez ostatnie 8 lat, ale jest to ostateczność i niezwykłe ryzyko. Wokół Iranu toczy się gra, w której każdy z uczestników reprezentuje nie interesy świata, a swoje własne. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej dla naszej świadomości.

Piekło w Syrii – drogi wyjścia

Brak komentarzy
źródło: crossed-flag.com

źródło: crossed-flag.com

Kolejne ofiary, kolejne ofiary, weto w RB ONZ, kolejne ofiary, kolejne ofiary, weto w RB ONZ. Tak mniej więcej od kilku miesięcy wygląda sytuacja w Syrii. Prezydent Bashar a;-Assad doszedł do tego samego wniosku, co Kaddafi – albo oni mnie zabiją albo ja ich. W przypadku Kaddafiego sprawdziło się to pierwsze, Assad robi wszystko,a by sprawdziła się druga możliwość tej alternatywy rozłącznej.

W tym właśnie momencie pojawia się największy dylemat Zachodu. Jeżeli wkroczy do akcji NATO, bez zgody Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, wielu będzie podnosić (zgodnie z prawdą), iż uczyniono to niezgodnie z prawem międzynarodowym i naruszono zasadę suwerenności. Z kolei jednak, gdy Assad doprowadzi do rzezi – każdy zapyta – a gdzie był Zachód?

W jeszcze innej pozycji są Chińczycy i Rosjanie. Rosjanie nie chcą dopuścić do powtórki z rozrywki i drugiego “Świtu Odysei” (operacja NATO w Libii). Pamiętają również, że już poprzednio, wraz z Kaddafim, przepadły miliardy dolarów na kontrakty zbrojeniowe, co prawda zrekompensowane wzrostem ceny surowców. A Assad, zwłaszcza teraz, kupuje dużo i chętnie, nie posiadając przy tym takiej bazy surowców. W dodatku, będąc wyizolowanym, staję się zależny od Kremla. Co więcej, Rosjanie dzierżawią od Syryjczyków port w Tartu. Dlatego Rosjanie tak chętnie zgodzą się na rolę “mediatora” – to pozwoliłoby zadbać o utrzymanie swoich interesów. Nie chcą jednak, aby ONZ dała wolną rękę Zachodowi. Chińczycy z kolei nie godzą się na obwinianie za przemoc tylko Assada (chcą potępienia wszystkich źródeł przemocy – w tym protestantów i powoli rosnąca w siłe “armię opozycji” – Free Syrian Army), a jeszcze krytyka łamania praw człowieka w ustach chińskiego dyplomaty byłaby niemałym zaskoczeniem.

Prawo międzynarodowe w relacji z prawami człowieka ma to do siebie, że nie zawsze to, co zgodne z prawami człowieka jest jednocześnie zgodne z prawem międzynarodowym, a to co jest zgodne z prawem międzynarodowym, nie zawsze jest zgodne z prawami człowieka. Mówiąc inaczej – często to, co można by uznać za słuszne z punktu widzenia Europejczyka jest zupełnie niezgodne z prawem.

Nie wolno też zapominać, że prezydent Assad ma zwolenników, nie tylko na arenie międzynarodowej, ale również wewnątrz kraju. Wojsko, choć zdarzają się dezercje, jest jednak karne, służby specjalne również są zdyscyplinowane. Po stronie syryjskiego rządu opowiedział się też Hezbollah działający w sąsiednim Libanie Można sobie jedynie wyobrażać, co czeka protestantów, którzy są zatrzymywani przez ludzi Assada.

Co może uratować sytuację?
Liga Państw Arabskich, wraz z Turcją, już nałożyły sankcję na rząd syryjski. Misję obserwatorów LIPA należy uznać za porażkę, ponieważ nie zapobiegła rozlewowi krwi, a nie zmieniła tez sposobu postrzegania sytuacji w Syrii przez świat. Opozycja jest obecnie niezdolna do samodzielnego wygrania z Assadem – potrzebuje miesięcy oraz pęknięcia, wśród wspierających Assada, Alawitów.

Kilka dni po wecie w Damaszku zameldował się Siergiej Ławrow wraz z szefem SWR, Michaiłem Fradkowem. Jak chwali się rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zostali owacyjnie przyjęci przez tysiące zwolenników prezydenta Assada. Rosjanom – jak zwykle – zależy na swoich interesach, a nie na Assadzie, ale to Assad – na tę chwilę – może zapewnić gwarancję realizacji rosyjskich interesów, zwłaszcza przy dużej niechęci protestujących wobec Moskwy i chwilowym fiasku planu “Mediator”. Sam Assad, jako bliskowschodni polityk, jest już skończony. Zarówno z punktu widzenia swoich obywateli, jak również państw Ligi Państw Arabskich, której plan pokojowy zakłada ustąpienie Assada. Wojnę domową już de facto mamy, a – jeżeli nie wydarzy się nic nieoczekiwanego – spodziewać się należy eskalacji konfliktu, ponieważ opozycja może liczyć na wsparcia LPA, Turcji i Zachodu, a los Assada nie będzie obojętny dla Moskwy.

Jest kilka możliwych pomysłów na rozwiązanie konfliktu. Najprostszy z nich to rezygnacja Assada i negocjacje wspierane przez ONZ. To jednocześnie jednak – z punktu widzenia syryjskiego prezydenta – najgorsze wyjście, dlatego bez poparcia Chin i Rosji dla tego pomysłu, nie należy się spodziewać postępu.

Kolejny z nich to interwencja wojskowa. O tyle prostsza, iż wojska syryjskie są bardziej zajęte tym, co się dzieje wewnątrz i ich morale nie jest zbyt wysokie. Nie mówiąc o tym, że technologicznie nie jest to poziom NATO. Rzecz jednak w tym, ze taka operacja to olbrzymie koszty dla Turcji czy też Ligi Państw Arabskich, która nigdy wcześniej w tego operacje się nie bawiła. Kraje Unii Europejskiej również nie palą się do tego rozwiązania, więc cały ciężar zostanie przesunięty w stronę Białego Domu i prezydenta Obamy. Oczywiście, w przypadku działań Stanów Zjednoczonych/NATO w grę wchodziłaby raczej operacji podobna do tej w Libii – bombardowania + udział służb specjalnych. Tylko że tym razem nie należy oczekiwać mandatu od Organizacji Narodów Zjednoczonych, a poza tym, trzeba liczyć się z pomocą Rosjan dla Assada. Taka interwencja będzie też niezgodna z prawem międzynarodowym.

Sam prezydent Assad musi zdawać sobie sprawę z nieubłaganej dynamiki Arabskiej Wiosny. Dyktatorzy prędzej -jak Ben Ali czy Mubarak – lub później – jak Kaddafi czy Salreh, muszą odejść. Prezydent Assad trzyma się na razie mocno i niezorganizowana opozycja nie jest w stanie rzucić mu rękawicy – potrzebuje na to miesięcy i organizacji. Zagranicznym wywiadom pozostaje jeszcze jedno wyjście – zabicie Assada. Podobnego rozwiązania próbowano już w przypadku Kaddafiego. Efektem mogłoby być skłonienie Alawitów do rozmów, bo będą musieli zdać sobie sprawę z tego, że jeżeli przegrają – a tego wykluczyć nie można – wszyscy będą mieli w pamięci snajperów na dachach, a chętnych do sądzenia nie zabraknie.

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – IV

Brak komentarzy

Dzisiaj dzień wyborów, a my przenieśmy się poza granice naszego państwa i zobaczmy, czym nasi ukochani politycy uraczyli nas w ostatnich tygodniach. Trochę to przykre, że cały czas powtarzają się same osoby, ale taki Władimir Putin czy Silvio Berlusconi, w kwestii międzynarodowych absurdów, to po prostu klasa sama dla siebie.

5. Amerykańscy spadochroniarze niedaleko Ratyzbony (propozycja do notowania!)
Wspólne ćwiczenia amerykańskich i polskich spadochroniarzy w okolicy Ratyzbony. Co ciekawe, ranni zostali tylko amerykańscy żołnierze. Ćwiczono desant z powietrza na okazję misji w Afganistanie. Może lepiej przełożyć wylot?

Rannym życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Polscy internauci mają jednak już swoją opinię na temat potencjalnej przyczyny…

źródło: mistrzowie.org

źródło: mistrzowie.org

4. Dobijanie Kaddafiego w Libii
Już od kilku tygodni czytamy, że godziny dzielą Kaddafiego od poznania się z Allahem, jego ludzie pouciekali, a on sam kontroluje co najwyżej swoje podziemne tunele. Okazuje się jednak, że aż tak kolorowo dla sił rebeliantów i NATO wcale nie jest. Klęska pułkownika rzeczywiście jest kwestią czasu, ale na razie trwają walki o Syrtę. Udało się zdobyć uniwersytet – takie są oficjalne doniesienia.

Inne są mniej korzystne dla sił koalicji. “The Australian” zarzuca przeciwnikom Kaddafiego nawet ludobójstwo. O ile sam zarzut ludobójstwa to prawdopodobnie przesada, o tyle powstaje poważny dysonans poznawczy. Czy siły NATO nie miały przypadkiem chronić cywilów, a nie przyczyniać się do ich śmierci? Czy taki miał być efekt według twórców rezolucji RB ONZ w/s Libii?

Aksjologia jest piękna w dokumentach, ale w rzeczywistości wychodzą interesy. Obie strony konfliktu mają dużo za uszami. Siły Kaddafiego prawdopodobnie dużo więcej, ale czy to oznacza, że Narodowa Rada Przejściowa ma prawo do decydowania, kto może żyć, a kto nie?

3. Irańskie okręty u wybrzeży Stanów Zjednoczonych
Irańczyków należy cenić za konsekwencję. Wiedzą, iż nie wystarczy byle wyskok czy wypowiedź Ahmadineżada, aby wylądować w Przeglądzie Międzynarodowych Absurdów. Tym razem podnieśli poprzeczkę wysoko.

Cytuję za zaprzyjaźnionym blogiem “Dyplomacja”

Marynarka wojenna Islamskiej Republiki Iranu zamierza wysłać okręty wojenne w pobliże atlantyckiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Państwowa agencja prasowa IRNA donosi, iż potrzebna jest widoczna obecność militarna w pobliżu morskich granic „światowej aroganckiej potęgi”, jak określa się w Iranie Stany Zjednoczone.

O tak. Niemalże staje przed oczami kryzys kubański. Tutaj oczywiście nic takiego nie będzie miało miejsca. Ponadto – co wyraźnie zauważa Piotrek u siebie na blogu – za “wysłaniem delegacji” może stać bardziej prozaiczna przyczyna, taka jak przemyt broni czy technologii wojskowych, ale za rozmach Irańczykom należy się miejsce na podium. Podobnie jak wtedy, gdy zaproponowali wysłanie misji Peacekeeping do Wielkiej Brytanii.

A dla Amerykanów? Ewentualna obecność Irańczyków będzie irytująca. Jak brzęczenie muchy, gdy chcemy usnąć.

2. “Nieoczekiwana zamiana miejsc” w Rosji.
W układzie Putin-Miedwiediew wszystko wraca do normy. Putinowi znudziło się premierowanie, a Miedwiediewowi bycie prezydentem. W związku z czym każdy z nich chciałby sobie zmienić swój wpis w CV – Władimir będzie prezydentem, a premierem zostanie Dmitrij.

Niektórzy już zauważają, iż zanosi się na to, że patronat Putina nad Rosją potrwa dłużej niż rządy Breżniewa. Być może jestem niesprawiedliwy i o zamianie zadecydowały inne względy niż to, że realny przywódca wraca do władzy? Może o wystawieniu Putina zadecydował wyjątkowo niski wynik Miedwiediewa w wyborach prezydenckich (ok. 70%) w porównaniu z prezydentem Łukaszenką (ok. 80%)?

Ofiarą zamiany pozostaje ambitny (w kontekście posady premiera), już były, minister finansów Aleksiej Kudrin.

1. Propozycja nazwy zmiany ugrupowania premiera Berlusconiego
Notowanie, już po raz drugi, wygrywa Silvio Berlusconi, włoski premier. Finanse tego kraju lecą na łeb i szyje. Rzym może stać się drugimi Atenami, a tymczasem?

Jak powinno się nazywać jego ugrupowanie polityczne – według żartu Silvio? Tłumacząc na angielsku – Go Pussy. Czytelnikom pozostawiam tłumaczenie na język polski.

Czego nie można odmówić Berlusconiemu to dystansu do siebie, ale także bezczelności. Włoscy opozycjoniści są naturalnie oburzeni, jednak – tak po prawdzie – Włosi sami wyhodowali sobie takiego premiera i od lat przymykali oczy na różnego rodzaju incydenty z jego udziałem. Czy naprawdę “Go Pussy” jako nazwa ugrupowania jest czymś bardziej oburzającym niż uściski z Kaddafim, traktowanie kobiet na zasadzie zabawki, które się opłaca, imprezy bunga-bunga czy – finalnie – uwolnienie nastoletniej dziewczyny znanej z lekkiego sposobu bycia przy pomocy kłamstwa, że jest ona krewną Mubaraka, a przecież Włochy nie chcą skandalu dyplomatycznego?

Zapraszam również do przeczytania poprzednich notowań:
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. II
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. II
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. I

Przesuwanie pionków na przykładzie Libii

2 komentarzy

Premiera Wielkiej Brytanii, Dawida Camerona, a także prezydenta Francji, Nicolasa Sarkozy’ego przywitano w Trypolisie entuzjastycznie. Sarkozy mógł wyczytać “merci”, a Cameron “thank you”. Jednocześnie obaj otrzymali zapewnienie o wdzięczności narodu libijskiego od przewodniczącego Narodowej Rady Libijskiej (używam sformułowania zaczerpniętego z polskich mediów – angielska wersja to National Transition Council) Mustafy Abdula Jalila. Siły Kaddafiego się jeszcze bronią, ale straciły kontrolę nad państwem po ponad półrocznej wojnie domowej.

Bohaterscy opozycjoniści?
Sama osoba Mustafy Abdula Jalila pokazuje, że moralność w polityce jest jedynie narzędziem. Przypomnijmy, że uzasadnieniem dla interwencji w Libii było zabijanie cywilów przez reżim pułkownka Kaddafiego. Kontekstem zaś: Arabska Wiosna (chociaż właściwie to mamy już prawie jesień, a całość zaczęła się w zimę) Ludów. Około lutego Kaddafi wyczuł, że znajduje się w poważnych opałach. Próbował nawet wspierać – jako jeden z ostatnich – sądzonego obecnie w Kairze Hosniego Mubaraka. Sam – po obaleniu Ben Alego w Tunezji i wydarzeniach na kairskim Placu Tahrir – stał się celem. Zdecydował się na krwawe stłumienie swoich przeciwników, niewątpliwie łamiąc prawa człowieka i zabijając niewinnych ludzi. Równocześnie część jego najbliższych współpracowników zaczęła się od niego odwracać – w tym Mustafa Abdul Jalil, minister sprawiedliwości w latach 2007-2011. Obecny przyjaciel Sarkozego i Camerona, który stanął na czele opozycji w Benghazi.

Pytane brzmi, czy przyjmując optykę zaproponowaną przez Francuzów i Brytyjczyków, Jalil jest kryształowym opozycjonistą? Trudno wszakże przypuszczać, aby pełniący swoją funkcję przez 4 lata Jalil przez 4 lata był libijskim Konradem Wallenrodem, walczącym z reżimem od środka na stanowisku, na którym odpowiada się m.in. za prowadzenie procesów … opozycji. Naturalnie, teraz pojawiają się już informacje o heroizmie Jalila z lat 2007-2011, jednak trzeba dużo dobrej woli, aby uznać ich pojawienie się za przypadkowe. Identycznie jak nikt przesadnie nie nagłaśnia raportu Amnesty International, w którym owszem, podkreśla się zbrodnie reżimu Kaddafiego, ale zauważa, iż opozycjoniści również częstokroć nie byli zainteresowani przestrzeganiem praw człowieka.

Tu właśnie obserwujemy przestawianie pionków. Libia, ze względu na swoje położenie oraz zasoby surowców naturalnych, była, jest i będzie łakomym kąskiem dla państw. Nowe libijskie władze – podobnie jak w Iraku – będą dzielić swoje zasoby i tym, którzy zasłużyli (a niektórzy twierdzą, że w tym gronie znajduje się też Polska) otrzymają swój kawałek tortu. Jalilowi i jego ludziom w rządzeniu bardzo pomogą miliardy dolarów zgromadzone przez Kaddafiego i spółkę na zagranicznych kontach, zamrożonych na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Czy to gra o zasady? Nie, to gra o pieniądze i interesy. Nadarzyła się okazja, aby Kaddafiego pozbawić władzy, to ją wykorzystano.

Jak przesunąć pionki przy aprobacie społeczeństwa?
Do przesunięcia opozycji do władzy potrzebnych było spełnienie kilku warunków. Trzeba pamiętać o tym, że europejscy i amerykańscy politycy – w przeciwieństwie do np. rosyjskich czy chińskich – są ograniczeni opinią własnego społeczeństwa. Dlatego nikomu nie spieszyło się do inwazji lądowej, niepopularnej “formy” od czasów Iraku i Afganistanu. Obecne społeczeństwa potrzebują nie tyle wiary w to, że interwencja jest w interesie ich państwa, ale także tego, aby była ona w “słusznej sprawie”. Politycy za “słuszną sprawę” mogą uznać ropę czy gaz, ale dla przeciętnego mieszkańca “Zachodu” będzie to opowiedzenie się za słabszym, gnębionym przez totalitarnego potwora, który nie przestrzega żadnych zasad i w przeciwieństwie do nas – naturalnie – nie dysponuje kręgosłupem moralnym. Dlatego w miesiąc zmienił się cały PR Muammara Kaddafiego i jego syna, Saifa, przedstawiając ich jako bezwzględnych zabójców (którymi w sumie są), a gloryfikując opozycję z Benghazi (zapominając o tym, że w części to byli pomocnicy Kaddafiego).

Później wiadomo – należało się postawić w obronie słabszego i pokrzywdzonego, zanim przegra. Warte podkreślenia jest, iż “Świt Odysei” ruszył niemal w ostatniej chwili, gdy ten “niepopierany i niepopularny” Kaddafi już prawie zgładził rebeliantów. NATO, a głównie Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi uratowali opozycję, a potem wyposażyli ich w broń, przeszkoli wywiadowczo i wojskowo, a także wysyłali swoje służby specjalne do wspomagania operacji opozycjonistów. Inaczej nie mieliby żadnych szans na zwycięstwo. Najlepsze (a może typowe?) jest w tym, jak notorycznie ignorowano prawo międzynarodowe – według doniesień prasowych broń dla reżimu – przez pośrednictwo Algierczyków – sprzedawali m.in. Chińczycy.

A to oznacza, że embargo na broń do Libii, uchwalone przecież przez Radę Bezpieczeństwa, łamały – i to w dwie strony – państwa głosujące za jego przyjęciem.

Międzynarodowe szachy zawsze wymagają strategii, a bardzo często również ignorowania lub łamania obowiązujących norm prawnych. Każdy przecież chce wygrać swoją partię i nie liczy się styl, lecz wynik.

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. III

2 komentarzy
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Można powiedzieć, że z mojego punktu widzenia wakacje rozpoczynają się na nowo, zatem zapraszam do kolejnego wydania “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów”. Dawno nic nie pisałem, więc trochę w międzyczasie się wydarzyło. Notowanie trzecie!

5. Iran prowadzi badania nad bronią atomową.
Co w tym absurdalnego? Oczywiście nic – Iran prawdopodobnie rzeczywiście prowadzi takie działania i izraelsko-amerykański wirus mocno pokrzyżował mu szyki, aczkolwiek zabawne są momenty pojawienia się takiej informacji.

Sezon ogórkowy? Nic się nie dzieje? Media nie mają o czym pisać? Zawsze z pomocą przybędą MAEA i Iran. MAEA wyda oświadczenie, że podejrzewa, iż Teheran prowadzi badania i ma na to dowody, Iran odpowie, że prowadzi badania nad energią atomową tylko do celów pokojowych, a nawet jakby było inaczej, to ich sprawa. Tylko w Izraelu się nie śmieją.

A redaktorzy działów zagranicznych szczęśliwi. Jest temat i to w dodatku nośny. Na koniec tekstu dorzuci się przecież tę samą frazę co od mniej więcej 10 lat – “Izrael i Stany Zjednoczone rozważają bombardowania”.

4. Palestyńczycy “140 państw na 193 poprze nas w ONZ”
Palestyńscy liderzy są przekonani, iż uzyskają dobry wynik w ONZ w kwestii swojego uznania. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy – uznać to ich może, kto tylko chce. Czym innym jest jednak zapowiadany przez nich cel – mianowicie przystąpienie do ONZ, wymagające przejścia i przez Zgromadzenie Ogólne i przez Radę Bezpieczeństwa.

Z tego co wiem, to Amerykanom nadal “zależy na pokoju, ale priorytetem pozostaje bezpieczeństwo Izraela”, co oznacza mniej więcej tyle, że w razie problemu Amerykanie zawetują palestyński wniosek w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Szansą na wygranie głosowanie przez Palestyńczyków jest otrzymanie statusu obserwatora. Rzeczywiście, taką większość w ZO ONZ mogą uzyskać. Tylko że będzie to pyrrusowe zwycięstwo – wszakże Organizacja Wyzwolenia Palestyny otrzymał taki status już w latach siedemdziesiątych. Jeżeli jednak rzeczywiście 140 państw uznałoby Palestynę za niepodległe państwo w jakimś innym trybie lub innej procedurze, byłby to sukces dyplomatyczny Abbasa i spółki. Problem z tym, że takiego sukcesu nie uda się przełożyć w negocjacjach. Sztuka dla sztuki.

Palestyńczycy nie mają pomysłu na pokój i są podzieleni, z kolei obecny izraelski rząd nie chce pokoju. Jeżeli ktoś jest optymistą, to może pora, żeby wytrzeźwiał?

3. “Negocjacje” Ukrainy z Rosją w sprawie gazu
Jednym z pierwszych dealów zawartych po dojściu do władzy przez prezydenta Janukowycza i premiera Azarowa była korekta umowa gazowej.

Wszystko przebiegało sensownie – Rosjanie obniżają cenę gazu (450 dol. za 1000 m3) o około 1/3, a w zamian Ukraińcy przedłużają pobyt Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu. Ukraińcy nie chcą do NATO, a obecni liderzy w szczególności. Rozmowy z pewnością przebiegały w miłej atmosferze, bo obaj panowie lepiej radzą sobie z rosyjskim niż ukraińskim. Obniżenie ceny za przedłużenie czegoś, co przecież i tak istnieje (mówię o bazie floty) wydawało się całkiem niezłym biznesem.

Teraz jednak Ukraińcy są pod ścianą. Dostali klasyczny wybór między dżumą, a cholerą. Z własnej winy, bo przecież poprzednią umowę gazową podpisała Tymoszenko. Świetnie obrazuje to stan elit ukraińskich, które bardziej przejmują się swoimi interesami, aniżeli losem narodu.

Prezydent Miedwiediew przedstawił “opcję wyboru” – albo zostajemy przy stałych cenach gazu, co jest – zwłaszcza dla biednej Ukrainy – olbrzymim problemem gospodarczym albo wpuszczacie nas do swojego systemu przesyłowego, a my obniżamy ceny. Rosjanie zabezpieczają sobie dostawy i uzależniają Kijów. Ciekawe jak do tego ma się perspektywa integracji Ukrainy z Unią Europejską? Miedwiediew zaproponował przecież też przystąpienie do unii celnej, co w zasadzie przekreśliłoby szansę – nawet teoretyczną – na członkostwo

Gratuluję Ukraińcom. Niech wybierają.

2. Chińska “konsekwencja” w/s Libii.
Chińczycy mieli świetną okazję, aby wspomóc Kaddafiego. Wystarczyło zawetować rezolucję 1970 i 1973 RB ONZ. Dzięki temu NATO nie miałoby żadnej podstawy prawnomiędzynarodowej (a i ta jest wątpliwa, jeżeli chodzi o poszczególne aspekty) do rozpoczęcia operacji. Według najnowszych doniesień medialnych, Chińczycy, za pośrednictwem Algierii oraz Republiki Południowej Afryki, mieli dostarczać broń reżimowi. Naturalnie za pieniądze.

Takie niekonsekwencje raczej się Pekinowi nie zdarzają. Warto jednak podkreślić jedną, bardzo ważną rzez, dostawa broni dla reżimu jest równie nielegalna z prawnomiędzynarodowego punktu widzenia, jak dla powstańców ze strony chociażby brytyjskiej. Trudno jednak przypuszczać, aby zarówno Chińczyków, jak i Brytyjczyków, czekały jakieś nieprzyjemności.

Cieszyć za to mogli się chińscy robotnicy w liczbie 30 tysięcy, których w lutym ewakuowano na … Kretę.

1. Berlusconi wyjeżdża z “gównianego kraju”, czyli Włoch.
Z reguły w rankingu zwyciężają osobowości – w pierwszym wygrał Putin, który wyłowił starożytną amforę na głębokości 2 metrów, następnie Sikorski, który chciał pozbawić władzy prezydenta Assada z Syrii przy pomocy Twittera. ( zapraszam do śledzenia mojej skromnej osoby!). Dzisiaj konkurencję w polu zostawia premier Silvio Berlusconi z Włoch.

Premier Włoch był wielokrotnie oskarżany o korupcję, a także o przesadne zamiłowanie do kobiet. Słowa wierność prawdopodobnie w swoim słowniku nie odnotował, a swoich gości – i siebie naturalnie – raczył w swojej rezydencji luksusowymi prostytutkami, młodymi aktoreczkami itd. Serwis “Deser.pl” zebrał listę “kobiet Berlusconiego”.

“Za parę miesięcy odejdę, wyjadę z tego gównianego kraju, który przyprawia mnie o mdłości” – powiedział Silvio. Owszem, jego wiek już jest zdecydowanie emerytalny, jednak pamiętajmy, że jest to prywatna, ale jednak, wypowiedź polityka z wieloletnim doświadczeniem na stanowisku premiera Włoch. On sam ten kraj budował. O jednym jednak jestem pewien – prędzej premier Berlusconi zrezygnuje z Włoch niż z “pomaganiu w karierze” młodym kobietom. Altruista.

Bunga bunga Silvio!

Rozgrywka w ONZ-ecie o Palestynę

Brak komentarzy
źródło: radioislam.org

źródło: radioislam.org

We wrześniu głosowany może być wniosek o przyjęcie Palestyny w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wokół niego trwa obecnie rozgrywka na Bliskim Wschodzie. Między Palestyńczykami i Izraelczykami nie ma obecnie oficjalnych rozmów, a rząd Izraela, zgodnie ze swoim programem, rozbudowuje osadnictwo na Zachodnim Brzegu Jordanu. Impuls do rozmów próbował nadać Barack Obama, ale skutkiem tego było przytrzaśnięcie drzwiami palca i jego spuchnięcie (opisywałem to w artykule “Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było”, a także opowiadałem w telewizji Polsat News). W międzyczasie doszło do zbliżenia Fatahu z Hamasem, co z kolei zaowocowało deklaracją izraelską wypowiedzianą przez premiera Netanjahu, że Abbas będzie rozmawiał albo z Hamasem albo z Izraelem, a także amerykańskimi groźbami odcięcia pomocy finansowej.

“Łabędzi śpiew” Palestyńczyków w ONZ?
Teraz przenosimy się na salony – do Nowego Jorku, gdzie swoją siedzibę ma Organizacja Narodów Zjednoczonych. To właśnie tam, 21 września, miałoby dojść do głosowania w/s przyjęcia Palestyny w poczet członków organizacji. Tak, miałoby, bo oficjalnie wniosku jeszcze nie ma, a jego złożenie u w gruncie rzeczy obrazuje bezradność Palestyńczyków z dwóch powodów.

Po pierwsze, prezydent Abbas może się nawet nie mylić, gdy mówi o 122 państwach uznających Palestynę, ale głosowania i tak nie wygra. O ile sprawa w Zgromadzeniu Ogólnym jest otwarta, o tyle rzut oka do Karty Narodów Zjednoczonych przekonuje nas, że Palestyna we wrześniu nie zostanie członkiem tej organizacji. Zgodnie z art. 4 KNZ decyzję o przyjęciu do organizacji podejmuje Zgromadzenie Ogólne na zalecenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Takie zalecenie wydawane jest większością 9 głosów i wymaga zgody wszystkich stałych członków tego organu, a więc także Amerykanów. W przypadku pojawienia się takiego wniosku, weto Waszyngtonu to oczywistość. Skoro wcześniej zawetowali projekt rezolucji o potępieniu rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jodanu (14 głosów “za”, 1 “przeciwko”), to tym bardziej zrobiliby tak w przypadku wniosku o przyjęcie Palestyny do ONZ.

Po drugie, nawet przejście takiego wniosku nic nie oznacza. Palestyna nie będzie funkcjonować jako państwo bez porozumienia pokojowego z Izraelem. Wiedż o tym  zarówno Abbas, jak i Netanjahu – ewentualny wniosek jest ze strony prezydenta Autonomii Palestyńskiej głosem rozpaczy a nie przenikliwym pomysłem na okiwanie Izraelczyków, strzelenie im bramki i rozpoczęcia drugiej połowy meczu pod nazwą “niepodległa Palestyna”. Palestyńczycy nie dysponują odpowiednio mocną gospodarką, aparat państwowy przeżarty jest korupcją, istnieje nadal spór o Jerozolimę, problem uchodźców a państwo podzielone na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy. Palestyna obecnie jest zależna od Izraela, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej.

Izraela ewentualne złożenie wniosku na pewno nie ucieszy, bo – jeśli doszłoby do głosowania w Zgromadzeniu ONZ – w bezwzględnej liczbie głosów, przegra. Świat jest też coraz bardziej zniecierpliwiony sabotowaniem rozmów przez obecny rząd izraelski i werbalnie da temu upust. Nie jest znana treść wniosku (jak już pisałem – jeszcze nie wpłynął), więc do końca nie wiadomo, czego będą domagać się Palestyńczycy. Jedyne co mogą wywalczyć, to niewiążąca rezolucja ZO ONZ, która będzie miała wymiar propagandowy i zostanie przez Izrael po prostu zignorowana. Pod koniec lipca m.in. w sprawie wniosku mieli spotkać się prezydenci Izraela i Palestyny – Szymon Peres i Mahmud Abbas. Według doniesień medialnych, spotkanie w ostatniej chwili zablokował Benjamin Netanjahu.

A co na to Polska?
Zaciekawiony stanowiskiem Polski wysłałem zapytanie do biura rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Polski.

Polskie oficjalne stanowisko prezentuje się w następujący sposób:

“Uważamy, że w tej kwestii Unia Europejska powinna zająć wspólne stanowisko. Jako Prezydencja będziemy wspierać wysiłki WP C. Ashton w celu wypracowania kompromisu – gdyż po traktacie lizbońskim to na Europejską Służbę Działań Zewnętrznych spoczywa odpowiedzialność za kreowanie europejskiej polityki zagranicznej oraz wypracowanie wspólnego stanowiska państw członkowskich”

Pięknie sformułowane, ale nic z tego nie wynika. To, że Unia Europejska stara się (i warto podkreślić to słowo) prowadzić aktywną politykę na Bliskim Wschodzie nie oznacza, że my mamy nie mieć własnego zdania. Sytuacja jest o tyle ciekawsza, że państwa UE wcale nie mają w tej sprawie jednakowego stanowiska. Dla przykładu, Niemcy i Francuzi/Brytyjczycy mogą zagłosować odmiennie. Wspólne stanowisko UE może – chociaż oczywiście nie musi – okazać się bajką już na samym starcie. Tym bardziej powinniśmy mieć swoje zdanie jako państwo sprawujące prezydencję. Czas pokaże na ile UE będzie jednolita, bo prawdą jest, że jeżeli ma się liczyć w tej grze, to musi być spójna wewnętrznie. Obecnie przepisy Traktatu Lizbońskiego co podkreślałem wielokrotnie, nie gwarantują możliwości prowadzenia skutecznej, wspólnej polityki zewnętrznej. Na zmiany się również nie zanosi ze względu na partykularne interesy poszczególnych członków. Catherine Ashton tańczy tak, jak im Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy zagrają, a nie na odwrót.

Jedno jest jednak pewne. Wszyscy woleliby głosowania w Organizacji Narodów Zjednoczonych uniknąć.

Co łączy bin Ladena, Wali Karzaia i Muammara Kaddafiego?

Brak komentarzy
źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Trzy postacie – pierwsza, legendarny lider al-Kaidy, odpowiedzialny za ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku, druga, “król Kandaharu”, przyrodni brat prezydenta Afganistanu, Hamida Karzaia, trzecia, przywódca – ciężko powiedzieć aktualny, były czy przyszły – Libii. Każdy z nich wyznaje islam.  Łączy ich mianowicie to, że każdy z nich padł ofiarą zamachu na swoje życie. Bin Laden i Karzai – skutecznego, Kaddafi ocalał, ale za to stracił syna, Saifa al-Araba.

W Afganistanie mamy do czynienia z pewnymi zmianami. Tak naprawdę śmierć bin Ladena – wbrew sugestiom amerykańskich polityków – nie wpłynęła na położenie taktyczne Amerykanów w tym kraju. Wręcz zainicjowała wycofywanie amerykańskich wojsk, co nie może cieszyć prezydenta Karzaia, który swoją władzę zawdzięcza przecież Waszyngtonowi i sfałszowanym wyborom prezydenckim (co 4 głos!). Jedyna rozsądna taktyka, jaką przyjąć mogą Amerykanie i ich afgańscy sojusznicy brzmi – dogadać się z rebeliantami. Nie ze wszystkimi się da, ale przynajmniej z odpowiednią ich częścią – za zapomnienie przewin, pieniądze, bezpieczeństwo i udział w polityce. Seks, władza, pieniądze.

Tymczasem sami Talibowie również zmienili strategię na bardziej medialną. Współczesnego widza nie przeraża kolejny news o trzech zabitych Amerykanach/Brytyjczykach i dwóch rannych Polakach, nie mówiąc już o afgańskich policjantach czy cywilach, bo ich traktuje się jako statystykę. Za to informacja o zabiciu miejscowych liderów czy potężnego polityka – żyjącego ponoć z handlu narkotykami i łapówek – z rodziny prezydenta, momentalnie wzbudza zainteresowanie. Przy okazji obnaża się słabość afgańskiego państwa i przemawia do wyobraźni: w jakim stopniu nowe służby oraz wojsko mogą być zinfiltrowane przez wrogów rządu?

Zabójstwo Wali Karzaia z jednej strony, a bin Ladena z drugiej pokazuje, że obie strony stosują na wojnie zasadę – cel uświęca środki. Nie powinno to dziwić, jednakże to, co odróżnia te sytuacje – podobnie ma się to z Kaddafim – jest PR. W naturalny sposób Europejczycy nie będą popierali islamskich radykałów, którzy chcą zamykać kobiety w domu, nakazać noszenie tradycyjnego stroju islamskiego i zakazać im edukacji, jednakże ci sami światli Europejczycy częstokroć popierają ataki samolotów (w tym bezzałogowych), które przecież nie zawsze trafiają w bojowników, a ewentualną śmierć cywilów uznaje się za “wkalkulowane ryzyko”. Zabicie Kaddafiego (”przez przypadek” – oczywiście) byłoby niezgodne z prawem międzynarodowym, ale to nie budzi kontrowersji, gdyż mogłoby to zakończyć wojnę domową w Libii i brutalne rządy pułkownika. To w końcu wolno zabijać, czy też nie? Odpowiedź jest prosta. Nas nie można, my możemy. Taką moralność proponuje nam obecnie większość polityków z państw NATO (a także ich wrogów) i część mediów. Naszych liderów nie można zabijać, bo to niezgodne z normami prawa międzynarodowego, obcych można, bo to samoobrona i konieczność zapobiegnięcia tragedii humanitarnej.

Metody rozprawiania się z wrogiem od tysięcy lat nie zmieniły się i jedną z nich jest jego fizyczna eliminacja. Zapewne będzie tak przez kolejnych setki lat. Warto więc te poszczególne przypadki rozpatrywać pod względem interesu.

Taktycznie rzecz biorąc, zabicie Kaddafiego byłoby świetnym pomysłem, bo mogłoby znacząco skrócić czas trwania wojny domowej w Libii. Saif al-Islam Kaddafi byłby też bardziej skłonny do ewentualnych rozmów niż jego ojciec.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie Wali Karzaia było Talibom potrzebne, bo pokazało słabość afgańskiego państwa i możliwości rebeliantów w momencie, gdy Hamid Karzai układa się z częścią swoich wrogów.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie bin Ladena było świetnym ruchem. Pakistańczykom co prawda zaszkodziło, ale Amerykanie “osiągnęli sprawiedliwość”, a sam prezydent Obama – kilka punktów procentowych (pomimo, że każdy prezydent na jego miejscu wydałby ten sam rozkaz z takim samym skutkiem). Dało też pretekst do wycofania się z twarzą z niezwykle kosztownej operacji.

Nie mieszajmy jednak do tego prawa międzynarodowego i moralności, bo na wojnie wszyscy parzą się na to w ostatniej kolejności. Metody często są identyczne, inne są sprawy, o które walczą poszczególne strony i PR, który decyduje o poparciu lub jego braku dla działań poszczególnych państw.

Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było…

1 komentarz
źródło: businessinsider.com

źródło: businessinsider.com

Niemało zamieszania wywołała wypowiedź Baracka Obamy na temat przyszłych granic niepodległej Palestyny. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że podstawą porozumienia powinny być granice z 1967 roku.  Media i część polityków usilnie starali się znaleźć w tym możliwy przełom w konflikcie bliskowschodnim. Minął miesiąc i co się okazało?

Po pierwsze, Barack Obama po chwili “sprostował” swoje wystąpienie zaznaczając, że mówiąc o granicy z 1967 roku, nie miał na myśli Jerozolimy i to jest zupełnie osobna kwestia. Gdyby przyjąć opcję z powrotem do 1967 roku, oznaczałoby to utrzymanie przez Izrael Jerozolimy Zachodniej, ale oddanie Jerozolimy Wschodniej, wraz ze Starym Miastem (i 180 tysiącami Izraelczyków tam zamieszkujących).

Po drugie, w związku z pierwszym, nie ma więc tutaj żadnej rewolucji, ani nawet ewolucji. Granice z 1967 to baza do rozmów pokojowych od wielu lat i prezydent nie powiedział nic sensacyjnego. O tych granicach mowa już w Rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 242 z … 1967 roku. Jeżeli niepodległa Palestyna ma powstać, to w jakich innych granicach?

Po trzecie, znowu premier Netanjahu pokazał, jak potężną siłą dysponuje izraelska dyplomacja. Benjamin Netanjahu tym różni się od Baracka Obamy, że nie ma wrogów w Kongresie. Proszę zobaczyć obrazki z filmu, który umieszczam poniżej. Oklaski na stojąco na powitanie. Po uzyskaniu poparcia Kongresu premier Izraela mógł być spokojny, że nic złego ze strony prezydenta Obamy go nie spotka. Jednym zdaniem – amerykańska polityka wobec Izraela nie zmieni się.

Po czwarte, nadal nie ma jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków, gdyż proces pojednania jeszcze się nie powiódł. Obecnie między Hamasem, a Fatahem trwają przepychanki wokół osoby nowego (starego) premiera Fajada. Zakładając jednak, że uda się je przezwyciężyć, to co dalej, skoro Izrael wykluczył rozmowy z Hamasem, a Hamas do rozmów z Izraelem też – mówiąc bardzo dyplomatycznie – nie kwapi? Jak można mówić o pokoju, gdy dwie strony nawet ze sobą nie rozmawiają? Hamas – co na dzień dzisiejszy wydaje się mało prawdopodobne – musiałby uznać prawo Izraela do istnienia oraz wyrzec się terroryzmu, a Izrael uznać polityków Hamasu za przedstawicieli narodu palestyńskiego, z którymi trzeba rozmawiać. Brzmi prawdopodobnie a.d. 2011?

Po piąte, wiadome jest, że jeżeli ma dojść do podpisania pokoju, to większość, jeśli nie prawie wszystkie, osiedla z Zachodniego Brzegu Jordanu trzeba będzie ewakuować. Myśląc poważnie o porozumieniu, należałoby wstrzymać dalszą rozbudowę osiedli z pragmatycznego powodu. Więcej osadników to większy problem przy ewakuacji dla rządu izraelskiego. Co innego, gdyby obecna koalicja nie chciała się dogadywać – wtedy takie zamrożenie rozbudowy byłoby politycznym ciosem dla rządu premiera Netanjahu, który jest wśród osadników popularny.

źródło: gaza.haimbresheeth.com

źródło: gaza.haimbresheeth.com

Jak zatem widać niewiele się zmieniło. Dużo słów, mało czynów. Prezydent Obama tylko potwierdził, że podobnie jak jego poprzednicy, jest bezradny.

Mógłbym napisać – a nie mówiłem?

——-
Witam Czytelników po sesji, wracam do pisania i zapraszam do czytania. W następnym tekście zajmę się polską prezydencją, która już tuż, tuż.

Gates krytykuje Polaków w/s Libii. Zły i dobry policjant

Brak komentarzy
źródło: usembassywarsaw.wordpress.com

źródło: usembassywarsaw.wordpress.com

Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych, Robert Gates skrytykował m.in. Polskę za niedostateczny – jego zdaniem – udział naszych sił w czasie operacji w Libii. Czy nie przypomina to czegoś? Amerykanie, pod wpływem różnych czynników, decydują się na określone działania, bez wytyczania celów, a następnie okazuje się, że sytuacja wcale się nie poprawiła?

Polska ma prawo wysłać swoje siły, ale nie ma takiego obowiązku. Jeżeli będzie to korzystne z punktu naszej racji stanu – czemu nie wspomóc operacji NATO? O tym, dlaczego nie należy wysyłać wojsk do Libii, pisałem pierwszy raz pod koniec marca. Podsumowując w jednym zdaniu – to droga operacja, do której nie bardzo jesteśmy przygotowani i z której nie osiągniemy zysków.

Chciałbym też zwrócić uwagę na coś innego – mianowicie na to, że Amerykanie bawią się z nami w złego i dobrego policjanta. Dobry prezydent Obama przyjeżdża, podkreśla polskie osiągnięcia transformacji, jak zwykle szepnie coś o liderze Europy Środkowo-Wschodniej oraz zachęci – oficjalnie – do promowania demokracji. Tymczasem jego administracja (+ republikański senator John McCain) krytykuje Polaków za brak zaangażowania w Libii, odwołując się do wspólnych potrzeb i wartości.

W tym temacie uzupełnić należy jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, nie bardzo mielibyśmy, czym latać nad Libią, a wynika to z niepełnego wyposażenia F-16, za co odpowiedzialni są … Amerykanie.

Odpowiedź na zapytanie posła Ludwika Dorna

“Odpowiedź sekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej – z upoważnienia ministra -na zapytanie nr 8318 w sprawie terminu osiągnięcia przez polskie samoloty F-16 pełni zdolności bojowych

Szanowny Panie Marszałku! Odpowiadając na zapytanie pana posła Ludwika Dorna w sprawie terminu osiągnięcia przez polskie samoloty F-16 pełni zdolności bojowych (SPS-024-8318/10), uprzejmie proszę o przyjęcie następujących wyjaśnień.
Kwestia wyposażenia i oprogramowania samolotów F-16 w system obrony indywidualnej AIDEWS (Advanced Integrated Defensive Electronic Warfare Suite) była jednym z tematów rozmów prowadzonych podczas ostatniego przeglądu programu F-16 PMR XVI (Program Management Review) w listopadzie 2010 r. W trakcie ich trwania strona amerykańska przedstawiła harmonogram wdrażania i modernizacji systemu AIDEWS, z którego wynika, że uzyskanie pełnej zdolności operacyjnej przez system, co oznacza dostarczenie i implementację ostatecznej wersji oprogramowania systemu wraz z certyfikowaną bazą danych, nastąpi w maju 2013 r.
Samoloty F-16 będą posiadały pełne możliwości bojowe w zakresie obrony indywidualnej z chwilą zaimplementowania ostatecznej wersji oprogramowania systemu AIDEWS wraz z certyfikowaną bazą danych zagrożeń, co zgodnie z deklaracjami strony amerykańskiej nastąpi w maju 2013 r.
Od tego momentu samoloty F-16 będą posiadały zdolność wykonywania zadań w potencjalnych rejonach operacji w warunkach zagrożenia, zgodnie z wymaganiami celu Sił Zbrojnych A 3114: Samoobrona statków powietrznych, oraz będą spełniały wymagania określone dla statków powietrznych wydzielanych do Sił Wysokiej Gotowości NATO.
Do tego czasu samoloty F-16 wydzielane do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego będą posiadały ograniczenia w zakresie obrony indywidualnej wynikające z niepełnych możliwości użycia systemu AIDEWS, w tym m.in. braku możliwości emitowania zakłóceń aktywnych, a system wyrzutni tiar i dipoli będzie wykorzystywany w trybie ręcznym.
Przedstawiając powyższe wyjaśnienia, wyrażam nadzieję, że uzna je Pan Marszałek za wystarczające.
Łączę wyrazy szacunku i poważania
Sekretarz stanu
Czesław Piątas
Warszawa, dnia 26 stycznia 2011 r.”

Polski – w przededniu przejęcia prezydencji w Radzie Unii Europejskiej – nie stać na to, żeby prowadzić uległą politykę, czy to na Wschód, czy na Zachód. Jeżeli Warszawa, w ramach sprawowania prezydencji, zaangażuje się w pośrednictwo, mediacje, negocjacje itp w sprawie wydarzeń w Afryce Północnej, jej wiarygodność będzie dużo mniejsza w przypadku udziału militarnego. Z kolei zwiększy się ona, gdy Polacy pokażą, iż potrafią prowadzić samodzielną politykę i wspierać akcje unijne poprzez przykładowe – choć symboliczne – zgłoszenie naszych oficerów do operacji humanitarnej EUFOR Libia.

Po drugie, wojna domowa trwa w Libii od lutego. Jeżeli dojdzie do jej zakończenia – a na razie się na to nie zanosi – i trzeba będzie rozpocząć budowanie demokracji, a udział w tym brać mieliby Polacy, to lepiej byśmy nie byli zaangażowani militarnie w tym regionie. Nasza prezydencja nie uniknie konfliktu libijskiego. To zagrożenie, ale też wielka szansa. Jeżeli to Polacy pomogą w rozwiązaniu problemu Francuzów i Włochów, prestiż i pozycja naszej dyplomacji w Unii Europejskiej momentalnie wzrosną. Gdyby nie udało się tego zrobić, mielibyśmy do czynienia z utrzymaniem statusu quo. Najgorsze, co można by zrobić, to nie tylko nie popchnąć sprawy do przodu, ale jeszcze grzecznie wykonywać polecenia innych. Naszą zaletą powinna być zdolność do rozmów i budowania koalicji, a nie źle rozumiana pokorność.

Panie Gates, jeśli chce Pan naszego zaangażowania militarnego w Libii, czekamy na przedstawienie oferty w tej sprawie, a także wysłąnie planu pokojowego, chociażby zakładającego kompromisy. Odnoszę wrażenie, że desperackie próby upolowania “przypadkowym” nalotem NATO Kaddafiego są przejawem desperacji i braku koncepcji, a nie dalekosiężnej wizji.

 1234567Starsze artykuły