Patryk Gorgol

Wpisy z tagu polityka międzynarodowa

Obama w Kairze – a może frytki do tego?

4 komentarzy

Warto zapoznać się z przemówieniem Baracka Obamy wygłoszonym w Kairze. Jest długie, ale jednocześnie ciekawe. Ludzie,odpowiedzialni za jego napisanie zasługują na medal. Barack Obama nie po raz pierwszy od początku swojej kadencji wykonuje bardzo obiecujące gesty. Zasługuje na szansę, ale zamiast bezgranicznej wiary, proponuję surowszą ocenę jego dotychczasowych dokonań.

Słowa nie mają mocy czynów. Niestety. jak na razie prezydent Stanów Zjednoczonych przypomina kandydatkę na Miss World. Dużo się uśmiecha, jest charyzmatyczny (to jego talent), dla każdego ma miłe słowo, a jego marzeniami są pokój na świecie, skuteczna walka z głodem i rozbrojenie. Niewątpliwie oczaruje tym jury, ale mimo wszystko ważniejsze są efekty działań, a tych jak na razie brak.

Prezydent Obama nie urzęduje długo, zasługuje więc na jeszcze odrobinę cierpliwości. Po prawie 6 miesiącach prezydentury nie widać na poziomie faktów żadnego przełomu. Zapowiedzi, zagrania PRowe i wystąpienia są bardzo dobre i składają się na olbrzymi kredyt zaufania, jakim dysponuje Obama. Nie bez znaczenia jest kontrast wobec George W. Busha, który miał nadzieje, że „przyjdzie taki czas, gdy ludzkość wkroczy do układu słonecznego”.

Prezydent w swoim wystąpieniu skupił się na takich aspektach, jak Afganistan, Irak, konflikt izraelsko-arabski, napomknął również o demokracji, równouprawnieniu kobiet w państwach muzułmańskich i biznesie.

Konkrety jednak wyglądaja miernie. Przenalizujmy kwestie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Można powiedzieć, ze Obama „Ameryki nie odkrył”. Wszystko, co powiedział, padało już wcześniej, ale w mniej atrakcyjnej formie, chociaż to podobno ona w znacznej części znamionuje sztukę. W Kairze prezydent podkreślał prawo do własnego państwa – i Izraelczyków i Palestyńczyków. Przypomniał we wzruszający sposób historię tych narodów i zapowiedział starania na rzecz pokoju. Skrytykował też izraelskie osadnictwo na ziemiach palestyńskich, mając na myśli Zachodni Brzeg Jordanu. Jak w romantycznym filmie – tylko happy endu brakuje.

Administracja amerykańska naciska na premiera Izraela, Benjamina Netanjahu, by ten podjął rozmowy pokojowe. Problemy są jednak dwa. Pierwszy jest taki, że przywódca Likudu raczej nie zdaje się Amerykanom ustępować, a drugi jest taki, że choćby nawet bardzo chciał, to nie ma z kim rozmawiać, bo na Zachodnim Brzegu rządzi Fatah, a w Strefie Gazy Hamas. Nie widać żadnych symptomów poprawy, a przecież uznanie prawa do istnienia państwa palestyńskiego to nie autorski projekt Obamy. Cóż jest zatem przełomowego w tezie, że Izrael i Palestyna powinny pokojowe obok siebie istnieć? Czym się to różni od niegdyśniejszych wizji Szymona Peresa, Icchaaka Rabina czy Billa Clintona, a nawet oficjalnych deklaracji Mahmuda Abbasa, czy – w niektórych okresach – Jasera Arafata? Powiem więcej – pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych Organizacja Wyzwolenia Palestyny oficjalnie mówiła o możliwości wspólistnienia Palestyńczyków i Żydów w ramach jednego państwa.

Król jest nagi. Amerykanie mogą wpłynąć na Izrael, ale tego nie robią. Nie stosują magicznej i zbawczej mocy dolarów, z których tak szeroko korzysta państwo żydowskie. Obecnie istnieje oficjalna różnica stanowisk. Izrael nie ma nic przeciwko osiedlaniu się na Zachodnim Brzegu Jordanu swoich obywateli, Amerykanie owszem. Zobaczymy, czy Waszyngton będzie w stanie wyegzekwować swój postulat. Gorzej, jeśli znowu okaże się, że to ogon kręci psem. Przez same słowa nikt jeszcze pokoju nie zawarł. Na Bliskim Wschodzie, jak mało gdzie, liczą się konkretne działania, a tych do tej pory zupełnie brak.

Jakkolwiek wielkim zwolennikiem demokracji bym nie był, tak trudno nie skomentować uwagi Obamy, że żadne państwo nie powinno narzucać drugiemu systemu politycznego. To ciekawa deklaracja, szczególnie w konkteście oficjalnej doktryny Busha mówiącej o „szerzeniu demokracji”. Jak jednak nazwać amerykańskie działania w Iraku i Afganistanie? Przecież właśnie demokratyzacja tych krajów w jakimś sensie determinuje sytuację polityczną w tych państwach. Wynika to m.in. z niemal kompletnego braku tradycji demokratycznych. Nie dziwią problemy Afganistanu i Iraku, bo są to państwa etnicznie podzielone. Dopiero jakiś czas temu Amerykanie zaczęli rozumieć, jak prowadzić politykę w Iraku, ale deklaracja Obamy o „partnerskich” stosunkach nie brzmi poważnie. Partnersko to my zremisowalismy z „Lwami Mezopotamii” w meczu piłkarskim. Irak niewątpliwie będzie borykał się jeszcze wiele lat z typowymi problemami młodych demokracji, takimi jak korupcja, czy nietpowymi, takimi jak wybuchanie bomb. Jeśli zapowiedzi Obamy się sprawdzą i dojdzie do wycofania wojsk i rząd iracki przetrwa, to będzie znaczyło, że operacja zakończyła się sukcesem. Prezydent z gracją oczywiście pominął kwestię ropy i gazu mówiąc, że nie interesują Ameykanów irackie zasoby naftowe, w co mimo jak najlepszej wiary, trudno uwierzyć. Obama, wyciągając rękę do świata islamskiego, zdaje sobie sprawę, że w większości to nie ssą państwa demokratyczne, dlatego taka deklaracja nie jest przypadkowa. Zresztą, Fahdowie, Mubarakowie czy Allijewowie, to znani przyjaciele Stanów Zjednoczonych.

Barack Obama potwierdził również irańskie prawo do pokojwego rozwijania programu atomowego i propozycję swoich rozmów. Kolejny sympatyczny gest, jednak trzeba usiąść do rozmów. Tutaj należy rozgrzeszyć prezydenta, gdyż będzie to możliwe dopiero po wyborach w Iranie, po których możliwy będzie prawdziwy „change”. Do tego tańca potrzeba też dwojga i zobaczymy, czy Barack Obama będzie w stanie przekonać Iran do zmiany swojego stanowiska.

Ciekawe jest stwierdzenie prezydenta, że nie może być tak, że jedno państwo ma prawo do broni atomowej, a inne nie. Sprytne. Może rzeczywiście tak nie powinno być, ale tak właśnie jest! Przecież Izrael dysponuje bronią atomową i jest to najpotężniejszy z arsenału izraelskich odstrszaczy. Obama nawołuje do rozbrojenia, ale są to po raz kolejny tylko słowa, bo nie przekona Izraela, by ten pozbył się swoich głowic
. Chociażby dlatego, że to jeden z fundamentów jego bezpieczeństwa. To właśnie zniwelowanie tej strategicznej różnicy jest jedną z przyczyn determinacji irańskiej.

Na koniec przemówienia znalazło się dużo miejsca dla biznesu. Kolejne piękne deklaracje, ale biznesmani co prawda kierują się polityką, ale przede wszystkim interesuje ich zysk. Zawsze na koniec przemówienia należy wspomnieć o czymś, co łączy ludzi, czyli pieniądzach.

Wystąpienie Baracka Obamy zwiększy jego kredyt zaufania. Czas jest jednak nieubłagany i w końcu ktoś zacznie rozliczać prezydenta z jego obietnic i deklaracji. Kiedyś w/w kredyt przecież trzeba będzie zacząć spłacać.
Obamie należy życzyć powodzenia, bo spełnienie jego ambitnych deklaracji jest w interesie niemal całego świata. Pytanie brzmi, ile w tym wszystkim jest czystej Reapolitik i budowania swojej pozycji wokoł hasła „change”, a ile prawdziwego wizjonerstwa męża stanu? Do tej pory głównym sukcesem Obamy jest oszukanie 3 nastoletnich piratów i uwolnienie kapitana statku w Zatoce Adeńskiej. Administracja bardzo plącze się też przy okazji tarczy antyrakietowej, Polakom obiecując jej wybudowanie, a z Rosjanami negocjując wycofanie się z projektu. Interesy państw światwa są z reguły ze sobą sprzeczne i polityka „dla każdego coś miłego” nie ma szans powodzenia. Prawdziwe wyzwania dopiero przed prezydentem Stanów Zjednocoznych. Oglądaliśmy tylko rozgrzewkę.

- Licytacja o tarczę antyrakietową
- Nabucco: szansa czy marzenie?
- “Change” w sprawie Iranu

Czy Kim Dzong Il jest hardcorem?

Brak komentarzy

Kolejna próba nuklearna Korei Północnej w niczym nie poprawia jej sytuacji strategicznej. Towarzysze z północy mogą ostentacyjnie demonstrować swoją siłę, jednocześnie nadal będąc tzw. jednostrzałowcem niezdolnym do realnej konfrontacji politycznej lub militarnej. Kraj o bardzo szerokich drogach, po których nie jeżdzą samochody, prowadzi absurdalną politykę zagraniczną, której głównym celem jest pozyskanie pomocy gospodarczej od świata. Koreańczycy robią bardzo dużo hałasu, a później chowają się za plecami starszego kolegi (w tej roli obsadzone są Chiny). Najwspanialszy i najmądrzejszy powoli staje się dla Pekinu obciążeniem. Zamiast zmienić nieudolny system, Koreańczycy tkwią w nim nadal z uporem godnym prawdziwych hardcorowców.

Korea Północna może rozwijać się na polu militarnym, ale nadal będzie przypominać boksera kategorii piórkowej rywalizującego z mistrzami świata wagi ciężkiej. Może go okładać ciosami, ale jak go mocno zdenerwuje, to jeden lewy sierpowy rozstrzygnie sprawę. Najciekawsza jest motywacja Phenianu. Progam atomowy jest jedyną kartą, jaką są w stanie grać, a celem jest w tym przypadku pomoc gospodarcza, czyli sponsorowanie systemu, który tak świetnie opisał kiedyś George Orwell. Świat to akceptuje, bo za Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczna stoją Chińczycy, a spektakularne wydarzenia w Korei Północnej byłyby dla świata zbyt kosztowne. Wątpliwe też, by Kim Dzong Il i jego wesoła spółka szykowali jakiekolwiek reformy. Dogmatycy nie pójdą drogą chińską, ani nawet wietnamską. Oni odkryli już raj na ziemi.

Obecna sytuacja na półwyspie korańskim to doskonały sprawdzian da administracji Baracka Obamy. Na razie prezydent Stanów Zjednoczonych porusza się głównie na polu werbalnym – potępia, sskarża i ostrzega. Komuniści ewidentnie go lekceważą, bo niebezpiecznie zrobi się dla nich dopiero wtedy, gdy możliwe będzie przegłosowanie dotkliwej rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa, czyli wtedy, gdy opuszczą ich Chińczycy. Najmocniejsze potępianie przy pomocy RB ONZ nie ma aż tak dużego znaczenia, bo to są tylko słowa, a Koreańczycy są na tyle bezczelni, że żądają od Organizacji Narodów Zjednoczonych… przeprosin. Z drugiej strony zastanówmy się, co można zabrać państwu, które praktycznie nic nie ma? Od lat politycy mają jeden problem – ewentualne sankcje uderzyłyby głównie w ludność cywilną. W dodatku świat obawia się, że rozdrażniony dyktator zrobi poświąteczną wyprzedaż technologii jądrowej. Sponsorując Koreę Północną, tolerując jej ekscesy i kontrolując przy pomocy MAEA, w jakiś sposób ogranicza się te możliwości. To prowizoryczne rozwiązanie. Korea Północna chce więcej, Kim Dzong Il rozpędził się, ale zapomniał, że w przodzie znajduje się tylko przepaść. W normalnym państwie już dawno doszłoby do zmiany władzy, ale w kraju, gdzie rządzi wojsko, a społeczeństwo jest koniecznym i nieprzyjemnym dodatkiem, to raczej niemożliwe. Ewentualna zmiana przywództwa możliwa jest tylko w obrębie estabilishmentu.

Z wielką uwagą całej sytuacji przygląda się Iran. Teheran może ocenić, w jaki sposób i czy skutecznie działa nowa amerykańska administracja. Przypadek KRL-D jest zresztą cięższy i mimo wszystko mniej kontrowersyjny. Jeśli Obama nie wybuduje sojuszu antykoreańskiego, to tym bardziej nie uda się mu tego dokonać w stosunku do Persów, z którymi bardziej opłaca mu się rozmawiać. Jak na razie działania administracji sprowadzają się do słow, nie czynów. Trwają rozmowy na temat nowej rezolucji RB ONZ, która miałąby nałożyć nowe sankcje na KRL-D. Japończycy mają dość marchewki i chcą posługiwać się głównie kijem. Kim Dzong Il rozgrywa w tym momencie swój największy atut – nieprzewidywalność (lub szaleństwo – jak kto woli).

Kolejne zamieszanie wokół połwyspu koreańskiego doskonale pokazuje skostniałość obecnego kształtu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Podjęcie jakiejkolwiek decyzji wymaga konsensusu, a to najczęściej uderza w interes jednego ze stalych członków. Efektem jest wetownie rezolucji. Innym razem dochodzi do wojny, którą później Waszyngton próbuje przy pomocy ONZ zalegitymizować. Rada Bezpieczeństwa jest fasadą, z nadprezentacją Europy.

Ostatnie wydarzenia nasuwają pytanie, czy świat jest zdeterminowany by cokolwiek zrobić z Kim Dzong Ilem? To raczej wątpliwe, ponieważ nikt nie chce wsadzć kija w mrowisko. Tutaj występuje dziwna zbieżność między światem, a dyktatorem. Jedna i druga strona dążą do izolacji KRL-D.

Sprawę trzeba postawić jasno – Kim jest nieprzewidywalny i może stanowić potencjalne zagrożenie, ale pierwszy raz, gdy użyje np. rakiet przeciwko Amerykanom, będzie jednocześnie jego ostatnim ruchem. Skończy się wtedy folwark zwierzęcy. Korea Północna robi bardzo dużo hałasu, ale wynika on bardziej z desperacji, niż niezwykłych perspektyw tego państwa. Próba jądrowa, a następnie testy rakiet, były policzkiem wymierzonym Amerykanom, Japończykom i Koreańczykom z południa. Ciekawe, czy dadzą się bezkarnie obrażać? Jak do tej pory Kim Dzong Ilowi uchodziło to na sucho. Klucz do rozwiązania tej zagadki znajduje się w Pekinie.

- Zabawa w chowanego z Kim Dzong Ilem
- Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyrku

Pakistański Jarmark Europa

Brak komentarzy

W dolnie Swat trwają walki pomiędzy rządem pakistańskim, a talibami. Nic nie zapowiada jednak trwałego ustabilizowania sytuacji w tym kraju. Najtrafniejsze byłoby scharakteryzowanie położenia Pakistanu przy pomocy słowa „katastrofa”, ale warto podkreślić, że mogło – i może – być dużo gorzej.

Stan gospodarki Pakistanu jest fatalny – większość ludzi żyje w nędzy, inflacja wynosi ponad 25%.. Islambad co prawda dostał pożyczkę z Międzynarodowego Funduszu Walutowego w wysokości 7,5 mld dolarów, ale po pierwsze, to za mało, a następnej pożyczki już nie dostaje (niechętnie się pożycza komuś, kto będzie miał problemy z oddaniem), a po drugie, trudno, by gospodarka tak niestabilnego wewnętrznie państwa działała bez zarzutu. Jakby tego było mało, od 2 maja liczba zarejestrowanych uchodżców z terenów objęych walkami, wynosi prawie 1,5 miliona ludzi (!) – dane UNHCR. Prezydent Zardari charakteryzuje to jako „katastrofę humanitarną” i prosi świat o pomoc. Na razie nie mamy jeszcze jednego elementu układanki – mianowicie nie wiemy, ilu cywilów zginęło w czasie walk wojska z talibami. Mediów w tamte rejony nie dopuszczono, według uchodżców z Mingory (miasto w dolinie Swat), wojsko kontynuuje ostrzeliwanie i robi to bardzo intensywnie, co ma fatalne skutki dla żywotności mieszkańców. Armia pakistańska informuje też, że talibowie i bojownicy Al-Qaidy zamierza bronić się w miastach przy użyciu starej, sprawdzonej strategii – żywych tarcz.

Siły rządowe odnoszą na razie umiarkowane sukcesy w dolinie Swat. Nie powinno to nikogo dziwić, gdyż armia pakistańska jest nowoczesna, posiada silne lotnictwo i uzbrojone różnymi – z reguły chińskimi podróbkami rosyjskiego sprzętu – gadżetami wojska lądowe. W operacji wykorzystywane są helikoptery, walczą dobrze wyszkoleni komandosi. Przeciętny talib może przeciwstawić temu popularnego AK-47 i starej daty moździerze . Technologiczna róznica, jak między angielską Premiership i polską Ekstraklasą. Dlaczego zatem rząd nie może pokonać talibów i raz na zawsze załatwić problem?

Slyszałem kiedyś taką wizję przyszłości. Wladimir Putin wraz z potężną armią Federacji Rosyjskiej zajmuje całą Europę. Patrzy na mapę, dumny ogląda swoje zdobycze – Berlin, Paryż, Londyn, Warszawa… właśnie. Spostrzega jeden, niewielki czerwony punkt. Pyta ministra obrony z oburzeniem
- Siergiej, co to jest? Zajęliśmy całą Europę, pokonałem siły NATO, co to za kropka mi tu wyskakuje? – krzyczy oburzony.
- A, to Wietnamczycy skutecznie bronią się od lat na Stadionie Dziesięciolecia. (polecam również ten skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju)

Niegdyś dziennikarze „Wprost” postanowili kupić nowoczesny karabin używany w niemieckich tajnych służbach. Na ś.p. Jarmarku Europa znalezienie kontrahenta zajeło im ponoć 15 minut.

Podobnie jest z pograniczem afgańsko-pakistańskim zamieszkałym przez Pasztunów. Nie ma żadnej realnej jurysdykcji, a granica między tymi państwami jest zwyczajną fikcją. Prawo swoje, rzeczywistość swoje. To wylęgarnia terrorystów, w pełni kontrolowana przez struktury plemienne. Talibowie mają tutaj swoją bazę. Wojsko pakistańskie może wygrać w dolinie Swat (po np. krwawych walkach w mistach), ale Pakistan nie będzie w stanie zdobyć kontroli nad pograniczem, znajdującym się przecież w innym rejonie kraju. Niejasne są również interesy pakistańskiego wywiadu, którego stosunek do talibów bywa bardzo ambiwalentny. Z jednej strony oficjalnie ich zwalcza, z drugiej – o czym było głośno w mediach – konsultuje się z nimi, przesyla broń i czerpie korzyści z uprawy opium. Wszystko poza kontrolą władz centralnych. Talibowie są w jakiś sposób towarem eksportowym Pakistanu. Jak na Jarmarku, tylko że na obszarze tysięcy kilometrów kwadratowych.

Pakistańskie wojsko ma też problem z innego powodu. Dominuje w prawie każdym elemencie, ale talibowie doskonale znają teren, są w stanie prowadzić walkę partyzancką, a większość żołnierzy pakistańskich pochodzi z terenów nizinnych, w związku z czym nie potrafią walczyć w górach – a tam bronią i chowają się islamiści. Rozwiązaniem byłoby korzystanie z miejscowych rekrutów, gdyby nie fakt, że część z nich dezerteruje lub przechodzi na stronę talibów. Nie chcą walczyć przeciwko „swoim”. Związek Radziecki nie miał wystarczająco dużej miotły, by tam posprzątać. Amerykanie i Pakistańczycy też raczej nie mają. Zresztą, w latach 80-tych istnienie niestabilnego pogranicza tym państwom w ogóle nie przeszkadzało…

Starcia będą się więc przeciągać w nieskończoność, bo talibowie chcą wziąć „wszystko albo nic”. Nie interesują ich formuły pośednie. Nie mają przy tym sił, by być równorzędnym rywalem dla wojska. Jeżeli Pakistan się samoistnie nie rozpadnie, nowy Talibistan nam nie grozi. Przede wszystkim Pakistan musi podnieść się gospodarczo, bo jak wiadomo, bieda radykalizuje społeczeństwo. Cywilny rząd bez poparcia nie utrzyma się. Władze może przejąć wojsko.

O to, by Pakistan przetrwał zatroszczą się niewątpliwie Amerykanie. Chcą, czy nie – muszą się opiekować Pakistanem , bo jest on kluczem do Afganistanu. Państwowości Pakistanu nic więc nie grozi. Tak jak nie ma ryzyka – przynajmniej na razie – przejecia przez terrorystów arsenału nuklearnego Wojna z talibami może okazać się grą w chowanego – talibowie będą znikać w góach i pojawiać się zajmując kolejne wioski, do momentu kolejnej ofensywy. I tak w kółko. Prezydent Zardari nie będzie przecież w stanie obstawić całego kraju wojskiem. Wojna na wyczerpanie. Można sobie też wyobrazić, jak krwawe mogą okazać się walki w miastach.

Tak jak nierealne jest błyskotliwe zwycięstwo talibów, którzy nawet nie mają jednolitego dowództwa, tak tryumf prezydenta Zardariego też taczej nie wchodzi w grę. Problem talibański rozwiązałby tylko wtedy, gdyby podprząkował sobie pogranicze i przywódców plemiennych. U bumachera postawiłym więcej pieniędzy na to, że Polacy wygrają turniej Euro 2012. Prezydentowi brakuje siły, argumentów – w tym siłowego i autorytetu.

Celem minimum ofensywy armii jest zepchnięcie talibów na pogranicze. Pasztunów i nikt tak nie będzie w stanie kontrolować. Jeśli Zardari chce osiągnąć swój cel, to musi być zdeterminowany i konsekwentny. Stabilność tamtego regionu świata jest w rękach Islambadu. O ile nie ma szans na pokój z talibami, o tyle nie można z góry przekreślać rozmów z przywódcami plemiennymi. Prawo prawem, ale to oni mają rzeczywistą władzę. Nie da się ignorować interesów 15 milionów Pasztunów.

Przepędzenie talibów z doliny Swat, byłoby doraźnym i propagandowym sukcesem. Nie bardzo zmieniłoby taktyczne położenie Pakistanu i Stanów Zjednoczonych. Talibowie mogą bardzo szybko powrócić na tamte terytoria, jak to miało miejsce dotychczas. Jeśli udałoby się rozwiązać problem pogranicza, wtedy możliwa jest stabilizacja. Interesy Amerykanów, Pakistańczyków i Pasztunów (po dwóch stronach granicy) nie pokrywają się, dlatego obecny stan będzie się przedłużał, z przerwami na taktyczne przegrupowanie sił. Barack Obama wybiera już tylko mniejsze zło.

Wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu i zabranie pomocy Pakistanowi skończyłoby się prawdziwą katastrofą, nie tylko humanitarną. Już raz Waszyngton tak zrobił – w 1973 roku.. W Wietnamie. Dwa lata później Wietnam Pólnocny zdobył Sajgon.

Inne artykuły na podobny temat
- Pakistańscy mistrzowie negocjacji
- Sępy nad trumną polskiego geologa
- Indie w ogniu – demokracja w defensywie

Polska na szczycie NATO – 100% amatorstwa – odpowiedzi na komentarze

8 komentarzy

Mój ostatni tekst na temat NATO wzbudził wiele kontrowersji wśród czytelników. Głównie na salonie24, niepoprawnych oraz Polityce Globalnej. Pozwolę odnieść się do kilku z nich, które uważam za najistotniejsze. Na swoim blogu postaram się czasami w takiej formie odpowiadać na Wasze uwagi. Interesuje mnie Wasza (nawet krytyczna) opinia na temat mojego tekstu, bo przecież człowiek uczy się przez całe życie. Nie znoszę jednak argumentów niemerytorycznych, a tych ostatnio jest coraz więcej.

Poniedziałkowy tekst był pewnym wyłomem na moim blogu, gdyż zająłem się częśćiowo sprawami krajowymi, pomimo iż staram się pisać głównie o polityce międzynarodowej, z rzadka odnosząc się do sytuacji w Polsce. Inaczej jest oczywiście z tekstami traktująćymi o historii. Do rzeczy…

DoktorNo napisał: „Najśmieszniejsze jest to, że żadnej ofensywy dyplomatycznej w sprawie Sikorskiego nawet nie było…”.

Tak, polski rząd oficjalnie nie zabiegał o poparcie polskiego ministra na staoowisko Sekretarza Generalnego NATO. Tylko, że Rasmussen też nie był kandydatem lansowanym przez… Rasmussena (jako premiera Danii). Raczej wyłonił się z szeregu nieformalnych konsultacji. Rząd źle rozgrywał sprawę, bardzo nieudolnie. Łukasz Warzecha sugeruje, że ta niefrasoboliwość to element gry Tuska przeciwko Sikorskiemu. Trudno się z tym zgodzić, jeśli wziąć pod uwagę, że promocją kandydaury zajmowałby się głównie MSZ, a w nim, mimo wszystko, szefem jest Radosław Sikorski. Minister musiałby być po prostu głupi, żeby się tak dawać rozgrywać. Światowa gra jeszcze nie jest dostępna dla Polaków.

Nagle z ciemności wyłonił się Andrzej Wilczkowski. Pan Andrzej, bez zbędnego owijania w bawełnę zaczał atakować mnie za bezzasadne – jego zdaniem – skrytykowanie postawy prezydenta.

Pan Andrzej uderza z grubej rury

1. Ile państw należy do NATO?

Panie Andrzeju. Google, wikipedia, PWN, ewentualnie można sprobować policzyć. Sprawdza pan, czy odróżniam NATO od NAFTy?

Pytanie numer dwa jest prawdopodobnie lepsze niż to pierwsze.

2.. Dlaczego mielibyśmy być jedynym Państwem – nie muzułmańskim – które zapragnęło coś “ugrać”, i co to miało być to “coś”. Kandydatury pana Silorskiego nie biorę pod uwagę – bo sam słyszałem jak publicznie się zarzekał – że nie kandyduje. Niemcy mówią Ein Mann – ein Wort. Fakt – że równie publicznie pan premier wypowiedział się, że prezydent poparł nie tego kandydata. To znaczy – którego miał poprzeć?

Zapewne to nie będzie dżentelmeńskie, ale chciałbym odpowiedzieć pytaniem na pytanie: czy poza Turcją w skład Sojuszu wchodziło wtedy jakieś inne państwo muzułmańskie? Może coś przeoczyłem, ale wydaje mi się, że nie. Nie mogło być zatem innego państwa niemuzułmańskiego, które mogłoby się wstrzymać z poparciem duńskiego premiera.

O tym „czymś” już pisałem. Podzielam pańskie wątpliwości w tym względzie, że w tych sugestiach/instrukcjach nie było napisane, co miałby osiągnąć prezydenta w ramach negocjacji. Nie zmienia to faktu, że Lech Kaczyński pospieszył się z poparciem Rasmussena. Można było ten jeden dzień spokojnie przeczekac. Nie wygrywa ten, kto nic nie robi. To samo pisałem w poniedziałek, więc czemu te wszystkie pytaina kieruje Pan do mnie?

3. Czy jeśli wszystkie kraje – z wyjątkiem Turcji zgadzały się na Rasmussena to złym wyjściem miałoby być tym razem przyłączenie się do ogólnego zdania – zwłaszcza, jeśli nie zgłosiło się oficjalnie własnego kandydata?

Na to pytanie odpowiedziałem już wyżej oraz w moim tekście. Turcy popłynęli pod wiatr i wygrali. O tym jednak niżej…

4. Kto ujawnił w Posce te żałosnne “sugestie dla prezydenta”, które oskarżają Obamę o postępowanie niedemokratyczne?

J/w. Poza tym tekst – pomimo że śmieszny – nie mówił o tym, że Obama postępuje niedemokratycznie, a dotyczył procedury wyboru, która taka właśnie bylaby (w ocenie MSZ-u).

Naprawdę. To prezydent próbował ratować prestiż rządu twierdząc – że nic od rządu nie dostał.

Bohater.

Andygo

Panie Patryku, mysli Pan dokladnie tak, jak chcą mainstreamowe media. Polecam artykul Warzechy w RP – jest gdzies nizej – podany w poscie Mony.

Dokładnie, mainstreamowo twierdzę, że skompromitował się zarowno rząd, jak i prezydent. Kiedy w końcu ktoś zrozumie, że tu nie chodzi o rozgrywki partyjne, a o polską rację stanu, która została naruszona w imię prywatnych rozgrywek dwóch (albo trzech) prawdopodobnie niedowartościowanych facetów?

Na niepoprawnych w komentarzach udzielała się tez pani Aleksandra, która jako jedyna z komentujących się nie próbuje zrzucać winy jedynie na rząd i dostrzega tragikomedię, jako tworzy dziecinne spory dzieci z piaskownicy (tudzież osiedlowego boiska). Pani Aleksandor, nie, staram się nie podporządkowywać autorytetom, kiedy uznaje takie postępowanie za słuszne. W każdym razie – czasami warto posłuchać.

Z niepoprawnych uciekam na Politykę Globalną.

Zacznę od komentarza pana MaSza. To bardzo kompetentny człowiek i wie, o czym pisze. Bardzo cenię sobie wiedzę tego komentatora.

Turcja była jednak w lepszej pozycji przetargowej. Nie sądzę, aby argument o karykaturach Mahometa w duńskiej prasie i nieodpowiedniej wg. Muzułmanów reakcji premiera Danii w tamtym czasie był istotny. To taki argument dla prasy i PR. Ale bardzo skuteczny, zmuszający “przeciwnika” do ustępstw, szczwególnie gdy Turcja poprzez swoje położenie geograficzne jest strategicznie ważna dla NATO. Sądzę, że kluczowym i najistotniejszym elementem tej układanki jest WEJŚCIE TURCJI DO UE. Dwa kraje najsilniej popierające kandydaturę Rasmussena: Francja i Niemcy są jednocześnie najbardziej krytyczne wobec Turcji w UE. W konsekwencji podczas negocjacji USA z Turcją Obama zgodził się wydać oświadczenie, że USA popiera dążenie Turcji do wejścia to UE. Mimo, że USA nie ma formalnie głosu w tej sprawie, takie stanowisko nie jest zupełnie bez znaczenia, stanowi po prostu dodatkowy punkt dla Turcji.

Oczywiście, Turcy byli w dużo lepszej sytuacji, co wiąże się chociażby z jej znaczeniem geopolitycznym. Poza tym Turcy po prostu umieją się targować z Amerykanami. Pamiętajmy, że oficjalnie Turcy nic nie dostali, w praktyce otrzymują stanowiska i poparcie amerykańskie w/s UE. Zastanawiam się nad czymś innym. Czy pozycja w NATO ma takie duże znaczenie, w momencie, w którym (teoretycznie) nasz głos ma taką samą wagę, jak turecki? Dlaczego z nami ktoś miałby się nie konsultować? Turcy są wązni, ale nie jestem przekonany co do tego, czy to kluczowy gracz NATO.

Jeśli zaś codzi o karykatury Mahometa – tak, to powód jedynie PRowy, ale taki, który można doskonale sprzedać. Ja powiedziałbym na miejscu Rasmussena to samo – karykatury były niepotrzebne i mogą kogoś urażać, ale pojawiły się w ramach wolności słowa. Często mam wrażenie, że muzułmanie to świetni aktorzy, zresztą, pewnie dużo osób targująćych się w czasie wakacji w Turcji się ze mną zgodzi.

Pozostaje jeszcze kwestia Turcji w Unii Europejskiej. Amerykanie wydali oświadczenie, co było symboliczne, ale umówmy się – oni nie mają w UE nic do powiedzenia. O ile się nie mylę, to Nicolas Sarkozy nagle nie zmienił zdania. Nie sądzę, aby w zamian za nieblokowanie Rasmussena Francja i Niemcy zobowiązały się bezwarunkowo poprzeć tureckie wejście do UE. To byłoby zdecydowanie za dużo.

Osobny temat to kolejny spektakularny przykład łamania tajności wewnętrznych strategii rządu w Polsce. Nie rozumiem dlaczego w sytuacjach gdy poufne lub wręcz tajne dokumenty wyciekają do prasy, prokuratura wprawdzie często wszczyna śledztwo, ale nie słyszałem o ani jednym przypadku gdy urzędnik-idiota, który takie dokumenty przekazał dziennikarzom (sadzę, że często jako przysługę, a nie koniecznie za pieniądze) został skazany na odsiadkę bez zawieszenia! Jeśli za łapówki wsadzani są do więzienia, symetrycznie powinno być za łamanie tajemnicy państwowej.

Przeklajam, bo zgadzam się w 100%.

Piotr Wołejko
„Patryk: pamiętam te transporty pod amerykańską banderą przez Morze Kaspijskie I wiele innych rzeczy, mniejszych bądź większych numerów. Stare dzieje.”

Stare czasy, szkoda, że nie wrócą. Pamiętam, że jednocześnie miałem robić manewry w ciesnienie Ormuz i puścić cynk Amerykanom, że tam płyną wirówki.

Piotrze, MaSz. Wybaczcie mi, ale nie będę odnosił się do Waszych uwag dot. Obamy, Iranu i tarczy.

Ostatni komentująćy: pan Artur Wieczorek

Przykro mi czytac takie komentarze bo pokazuja ogolnie panujace schematy myslenia nie tylko polskiego rzadu jale tez zwyklych ludzi jak Pan – liczy sie interes Polski (cokolwiek to znaczy) a obsadzanie KLUCZOWYCH SWIATOWYCH STANOWISK to GRA. GRA w ktorej kazdy reprezentuje swoje interesy i handluje zeby ugrac dla siebie. Czekam na politykow dla ktorych “racja stanu” bedzie znaczyla wiecej niz “moj osobisty interes” ale takze wiecej niz “interes mojego kraju”. W tej sytuacji Rasmussen byl dobrym, jedynym i popieranym przez Polske kandydatem. Nie jestem fanem prezydenta Kaczynskiego ale uwazam ze zrobil to co powinien byl zrobic – poparl jedynego, dobrego kandydata a nie robil cyrkow zeby “uGRAc cos dla siebie”. Z calym szacunkiem – niech Pan wraca do swoich gier. Na pewno swietnie sie Pan tam sprawdza. Ale swiat to nie gra. Dyplomacja to nie jest i nigdy nie bedzie gra o sumie zerowej – my versus oni. Bo kazdy kraj to miliony ludzi o ktorych interesach trzeba pamietac. Nie chcialbym, zeby istotne decyzje w moim imieniu byly podejmowane przez ludzi, ktorzy reprezentuja tak zasciankowe myslenie.

Bardzo pięknie pan pisze, ale mylnie pan zakłada, że dla mnie nie liczy się interes Polski. Ja nie chciałem, żeby polski rząd& prezydent ugrywali coś dla siebie, ale dla nas w ramach NATO. Czy pan tego chce, czy nie, to na tym polega polityka, a w szczególności międzynarodowa. To przykre, ale argumenty ze sfery aksjologicznej tutaj niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, a ich znaczenie jest naprawdę niskie. Często piszę na temat historii i wtedy zajmuje się wartościami. Krytykuje zachodnie rządy za sprzedanie nas w Jałcie, nawołuje Niemców do rozliczenia się ze swoją przeszłością itd.

Rozumiem doskonale pana argumetnację, jest ona bardzo piękna, ale nie odnosi się do realiów. Pan zobaczy, Turcy odstawili – jak to pan nazywa – cyrk i otrzymali z tego tytułu granty. Wcale nie mówię, że trzeba było Rasmussena blokować. Sam uważam go za dobrego kandydata. Zwracam jednak uwagę, że przeciągając wybór można było sprawdzić, czy Polska otrzymałaby to legendarne „coś” w ramach rekompensaty. Duński premier i tak zostałby wybrany, nie widzę innego wyjscia, ale nic bysmy nie ryzykowali czekając jeszcze jeden dzień.

Wie pan, Zachód też z nami nie postepował tak, jak należy. Nikt z nami nie konsultował wyboru Sekretarza Generalnego, chociażby kurtuazyjnie. To tez jest w porządku? Przypominam, że nikt tutaj nie mówi o realizowaniu swojego osobistego interesu, a o realnych, przyjaznych rozmowach. Właśnie amatorszczyzna, o której pisze, opiera się głównie na tym, że głowni polscy politycy potraktowali sprawę wyboru SG NATO jako prywatny, polityczny folwark. To jest problem.

Dyplomacja to oczywiście nie jest gra o sumie zerowej na zasadzie my versus oni, ale postępując standardowo i przymilając się, zawsze będziemy od naszych sojuszników dostawać dużo mniej, niż sami dajemy. Proszę zauważyć, że ja nie mówię o blokowaniu Rasmussena, a o dyskusji. Słyszał pan o rozmowach na temat kryterów doboru kandydata? Były jakieś merytoryczne rozmowy w czasie szczytu? Nie. To czysta polityka. Pana wizja jest piękna, ale taka polityka poniosła fiasko w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Przyjaźń tak, ale uczciwa. Przecież Anders Fogh Rasmussen mógłby w dyskusji wszystkich ostatecznie do siebie przekonać. Polska gra zatem wcale nie byłaby pozbawiona elementów aksjologicznych, których kompletne nieposzanowanie mi pan zarzuca.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich komentujących.

“Polska na szczycie NATO – 100% amatorstwa”

Rozmówki palestyńsko-palestyńskie i izraelsko-izraelskie

2 komentarzy

 Chaos i zamieszanie – to żywioł, w którym doskonale odnajdują się dwie partie o jakże różnym programie politycznym – Hamas i Nasz Dom Izrael. Obecnie toczą się negocjacje w sprawie powołania koalicyjnego rządu palestyńskiego oraz koalicyjnego rządu izraelskiego. Ich sukces nie musi jednak wcale oznaczać czegokolwiek dobrego dla Bliskiego Wschodu. Dziś mamy 15 marca. Nadal nie mogę się doszukać zwycięzcy interwencji izraelskiej w Strefie Gazy. Nawet wystrzeliwania rakiet nie udało się zatrzymać, chociaż te, które teraz lecą na południowy Izrael, nie robią to z aprobatą Hamasu.

Negocjacje palestyńsko-palestyńskie pokazują, jak niewielka jest różnica pomiędzy słowem „przyjaciel”, a „wróg”. Jeszcze niedawno czytaliśmy o tym, jak to zwolennikom al-Fatahu przestrzeliwane są kolana w Gazie. W końcu jednak udało się nakłonić Hamas i Fatah, by usiedli do negocjacji w/s wspólnego rządu. Bardzo naciskają na to państwa arabskie. Rozmowy toczą się – nieprzypadkowo zresztą – w Kairze. Co tak bardzo mogło połączyć Palestyńczyków? Odpowiedź zapewne jest równie złośliwa, co prosta. Na odbudowę Strefy Gazy rózni sponsorzy (w tym Stany Zjednoczone, Unia Europejska i Arabia Saudyjska) mają przeznaczyć łącznie 4,5 miliarda dolarów. Sami Amerykanie – zapewne w ramach obiecywanych oszczędności – podarować chcą 900 milionów. Problem Hamasu polega na tym, że nikt im tych pieniędzy fizycznie nie da. Fatah z kolei na terytorium Strefy Gazy nie ma żadnej realnej władzy. Aby zdobyć dostęp do tych środków, wzajemnie się potrzebują. A później to już będzie z górki. Ciekawe, ile z tych miliardów dolarów zostanie wydanych na odbudowę, a ile w przedziwny sposób zniknie? Hulaj duszo, piekła nie ma. Bogactwo palestyńskich dygnitarzy przy nędzy przeciętnego mieszkańca Strefy Gazy. Nie twierdzę, że Palestyńczycy nie używaliby tych pieniędzy i w dobrych celach – odbudowywanie mieszkań, szpitali, pomoc humanitarna. Nawet większość z tej kwoty trafiłaby w odpowiednie sektory. Jestem jednak przekonany, że przy takim poziomie bałaganu i korupcji, jaki panuje w Autonomii Palestyńskiej, to wiele milionów dolarów zostanie zmalwersowancy na zasadzie podziału łupów. Jest więc o czym negocjować. 

Nikt nie zastanawia się nad czymś innym – czy odbudoywanie Strefy Gazy, przed podpisaniem pokoju, ma jakikolwiek sens? Co będzie, jeśli Palestyńczycy odbudują, a Żydzi zbombardują w ramach kolejnej wojny z Hamasem? Społeczność międzynarodowa wyłoży pieniądze? Może to nowoczesny sposób radzenia sobie z kryzysem gospodarczym? Sprytne.

Na końcu tego naprawdę ciemnegu tunelu jawi się iskierka nadziei. Istnieje szansa, że Hamas będzie zmuszony uznać izraelskie prawo do istnienia. To byłby przełom. Tzw. kwartet madrycki naciska Mahmuda Abbasa, by nie podpisywał umowy koalicyjnej bez zapewnienia o uznaniu Izraela. Ciekawe, czy Hamas byłby skłonny na takie „ustępstwo” i np. zmianę swojego statutu. Jeśli nowy rząd palestyński spełniłby ten postulat, to możliwy byłby powrót do procesu pokojowego. Piłeczka znalazłaby się ponownie po stronie izraelskiej….

…a Izrael postawił na prawicę. Rząd formuje Benjamin Netanjahu, przywódca Likudu. Znajduje się jednak między młotem, a kowadłem. Jego przyszła koalicja może rozlecieć się w każdym momencie. Dlatego początkowo próbował rozmawiać z Kadimą. Nie udało się, więc Netanjahu musi porozumieć się z Naszym Domem Izrael, Partią Szas, Zjednocznym Judaizmem Tory i Ha-Beit Ha-Jehudi . Łącznie dałoby to 61 głosów. Dokładnie tyle, ile potrzebuje Netanjahu. Nie muszę chyba nikogo przekonywać na temat niestabilności takiej koalicji. Partia Pracy do niej nie wejdzie. Arabscy posłowie Knessetu raczej też się do tego nie palą  

Nowym ministrem spraw zagranicznych prawdopodobnie zostanie Avigdor Lieberman. Polityk ten znany jest ze swoich bardzo ostrych wypowiedzi na temat Palestyńczyków. Trudno uznać go za zwolennika procesu pokojowego, zwłaszcza, gdy proponuje wszystkim arabskim obywatelom Izraela podpisanie deklaracji lojalności. Do ciekawszych jego propozycji należy również oferrta bezwzględnej separacji Żydów od Arabów. Premier Netanjahu przy nim wygląda naprawdę umiarkowanie. Sam Lieberman postawił bardzo twarde warunki, bo wie, że bez niego nie powstanie rząd. Ciekawe, czy obaj panowie będą równie radykalni, jak w czasach opozycji.

Przyszły rząd izraelski będzie miał z miejsca przypiętą łatkę „radykalnego”. Będzie również poddany stałemu naciskowi Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych, który – jeśli wierzyć prasie – bardzo dąży do wznowienia procesu pokojowegu. Może to przynajmniej częściowo ograniczyć jego radykalizm. Historia już robiła takie psikusy – w przypadku Menachema Begina, który wynegocjował porozumienie pokojowe z Egiptem, czy Ariela Szarona, który jednostronnie wycofał Izrael ze Strefy Gazy. Na pewno jednak elastyczność nie jest największą zaletą Netanjahu, a co dopiero Liebermana. 

Mamy więc taką egzotyczną koalicję i co dalej? Likud będzie musiał się bardzo nagimnastykować, zeby pogodzić posiadający elementy postulatów świeckiego państwa program Naszego Domu Izrael z życzeniami religijnej parti Szas. Chociażby sprawa ślubów cywilnych, których wprowadzenia chce Lieberman. Zarówno Szas jak i Zjednoczony Judaizm Tory głosowaliby przeciwko. Większość, opierająca się na przewafze jednego głosu, będzie bardzo chwiejna, a jeśli dodamy do tego takie różnice programowe, to nie zazdroszczę liderowi Likudu tej codziennej gimnastyki. Koalicja z Kadimą byłaby dużo stabilniejsza i lepiej widziana za granicą.

Nowy rząd – jeśli powstanie – nie będzie mógł liczyć nawet na odrobinę kredytu zaufania ze strony Palestyńczyków. Izraelczycy również stracili nadzieje na pokój. Przynajmniej tymczasowo. Zagłosowali tak, jakby chcieli iść na wojnę. W sumie nikt nie ma wielkich oczekiwań, więc w tym przypadku można się będzie tylko mile zaskoczyć. 

Więcej na temat Bliskiego Wschodu

- Izrael: kto w końcu wygrał wybory

- "Change" w sprawie Iiranu

- Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?

- Porażka w Strefie Gazy

Pawelka & Steinbach – duety do mety

2 komentarzy

 „Trzeba przypomnieć o tym, że Polska napadła w 1920 roku na Rosję i zagarnęła te tereny. Później musiała zwrócić je Stalinowi” – powiedzial w debacie telewizyjnej Rudi Pawelka, założyciel Powiernictwa Pruskiego. Nie należy oczywiście z tego powodu rozdzierać szat czy zrywać stosunków dyplomatycznych z Niemicami. Pawelka w Niemczech nie znaczy wszakże wiele. Mój niepokój budzi jednak to, że w niemieckich mediach pojawiają się wypowiedzi, których zgodność z realiami historycznymi jest co najmniej wątpliwa. Niemcy, choć przykro mi, że muszę ich dyskryminować, mają niezwykle nikłe prawo do wypowiadania się na tematy historyczne w taki sposób. Tak naprawdę z taką tezą nie spotykam się po raz pierwszy, bo powstała przecież ona na wschodzie, ale w ustach niemieckich brzmi to niezwykle podle. 

Jeśli uznać, że wojna polsko-bolszewicka zaczęła się w kwietniu 1920 i skończyła w październiku to tak, .cynicznie można twierdzić, że Polska zaatakowała bolszewikow, a potem zagarnęła tereny przez nich zajmowane. Ignorancja przecież nie jest bolesna. Niektórzy pozwalają sobie na takie frywolne historyczne zabawy. Mówienie o wojnie, w oderwaniu od jakichkolwiek faktów fałszuje historię. Rozumowanie Pawelki przypomina tezę ZSRR, dla którego wojna rozpoczęła się w czerwu 1941. Nie można rozpatrywać wojny polsko-bolszewickiej w tak tendencyjny sposób, bo teza o biednej III Rzeszy, która padła ofiarą napaści Francji, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Stanów Zjednoczonych, zbliża się nieuchronnie. Nie chodzi przecież w tym wszystkim o nas, ale o przyszłe pokolenia. Niemiecka młodzież po prostu musi być w 100% świadoma dziedzictwa, jakie jej zostało w spadku. Nie będzie to takie oczywiste, jeśli coraz popularniejsze będą wypowiedzi podobne do tych Rudiego Pawelki czy członków NDP. Ostatnim hitem jest krytyka Polski z dodaniem, że nie potrafimy kontynuować pięknej karty, którą rozpoczęli polscy biskupi wysyłając list „Wybaczymy i prosimy o wybaczenie” w listopadzie 1965. Ktoś w Berlinie chyba zapomniał o tym, że odpowiedź na ten list była bardzo niezadowalająca i nic nie mówiła o granicy na oOdrze i Nysie Łużyckiej. Polski episkopat był bardzo rozczarowany, a władze PRL-u rozpoczęły propagandową nagonkę pt. „Nie przebaczymy”, a rezolutni nieznani sprawcy dopisywali „Katynia”. Polscy biskupi wyprzedzili swoje czasy, niemieccy jeszcze nie dorośli. Stać ich było jedynie na polityczną poprawność. Erika Steinbach głosowała przeciwko uznaniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, mentalnie do dziś jeszcze żyje przed 1989r.

Rozprawmy się najpierw z mitem o polskim ataku na bolszewików i zagarnięciem jego terytoriów. Większość ludzi, jakich znam, reaguje emocjonalnie i raczej odnosi się do bitwy warszawskiej. Na sprawę trzeba jednak spojrzeć w szerszej perspektywie. Wojna polsko-bolszewicka wybuchła w 1919 roku, była wojną – z polskiego punktu widzenia – o kształtowanie się granic. W międzyczasie w Rosji bolszewickiej trwała wojna „czewronych” z „białymi”, zachodnie państwa posiadały na terenach przyszłego ZSRR siły interwencyjne. Politycy przewidywali, że komuniści zostaną obaleni. Nie chcę podejmować polemiki w stylu, kto pierwszy do kogo strzelił i gdzie. Faktem jest, że na terenach, na których toczyły się walki, bolszewików miało nie być na mocy pokoju brzeskiego, w których zrzekli się tych ziem I nie obchodzi mnie, że był to pokój taktyczny. Zrzekli się? Tak. Mieli prawo do tej ziemi? Nie. Maszerowali na zachód? Tak. Konfrontacja o ziemie dawnej, przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, była nieunikniona. W tym momencie mógłbym już skończyć swoje rozmyślania, bo jakie ziemie zabrali Polacy, skoro bolszewicy sami się ich zrzekli? Oczywiście, teoretycznie „anulowali” jednostronnie ten pokój, jednak nie można mówić o „własności” Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Białorusi itd. 

Polską kontrofensywe w 1919 roku zatrzymał sam Józef Piłsudski. Uważał, że łatwiej będzie mu walczyć z „czerwonymi” niż „białymi”. Nie chicał pomagać Denikonowi w wygraniu wojny domowej. Ten zresztą „łaskawie” zapowiedział, że zgodzi się na Polskę w graniach z 1815 roku. Piłsudski wybierał więc między dżumą, a cholerą. Postanowił zawiesić działania na froncie wschodnim. Taktycznie pomógł więc komunistom. Tutaj dochodzimy do momentu, do którego odnosi się wypowiedź Rudiego Pawelki, który twierdził, że to Polacy zaatakowali i zagarnęli ziemie w 1920 roku. Jak można mówić o wojnie polsko-bolszewickiej pisząc tylko o 1920 roku? W historii II wojny światowej też chce brać pod uwage tylko rok 1945 i dywanowe naloty na Drezno?

Bolszewicy – po wygraniu wojny domowej – zaczęli koncentrować swoje siły przeciwko Polsce. Polacy musieli zatem zaatakować wojska bolszewickie, zanim one zaatakowałyby Polskę. Plany komunistycznej ofensywy zresztą nikogo nie dziwiły. Lenin i jego towarzysze dużo mówili o przyszłym tryumfie światowego proletariatu. Liczył, iż uda się dokonać przewrotu w Niemczech. Czy w tym kontekście można mówić o tym, że Polacy bezpodstawinie zaatakowali Armię Czerwoną? Bez zartów. Polacy opanowali prawobrzeżną Ukrainę, ale po uporządkowaniu wojsk inicjatywę przejęli bolszewicy. Celem taktycznym Piłsudskiego było zapewnienie Polsce bezpieczeństwa przy pomocy koncepcji federacyjnej, stąd układ z Petlurą. Bolszewicy chcieli doprowadzić do światowej rewolucji – po trupie Polski. Resztę układanki już pewnie wszyscy pamiętają – wojska bolszewickie zostają odparte dopiero pod Warszawą, komuniści uciekają w popłochu. Zostaje zawarte zawieszenie broni, a później Pokój ryski. Idąc na Warszawę komuniści mówili jasno, że ich celem jest połączenie się z niemieckimi towarzyszami. Polska odmieniła więc bieg historii i mówienie o zagarnięciu „rosyjskich ziemi” jest po prostu bzdurą. Nasze prawa do nich były co najmniej takie same, jak bolszewickie. Inna sprawa, że fatalnie potraktowaliśmy prawo do samostanowienia innych narodów. Teza o tym, że te ziemie zostały ZSRR po prostu zwrócone też jest kosmiczna. Pokój ryski jasno określał granice, a Związek Radziecki bez pardonu i skrupułów odebrał nam polskie Wilno i Lwów. Tak, odebrał, a nie my mu zwróciliśmy. 

Można mówić, że te niemieckie wypowiedzi są marginalne i nic nie znaczą. Jasne, ale pojawiają się regularnie. Rozumiem oburzenie Władysława Bartoszewskiego. Media niemieckie zupełnie zapominają, ze jeszcze niedawno Erika Steinbach apelowała, żeby nie rozszerzzać UE o Polskę i Czechy, dopóki nie wynagrodzą one szkód wypędzonym. Kwestionowała również nasze demokratyczne zdobycze. Trudno posądzić Bartoszewskiego o antyniemieckie fobie. Jego stosunek do Niemców należy określić jako przyjazny, a mowa przecież o byłym więźniu Auschwitz. Steinbach żeruje na tragedii ludzkiej. Tak jak w przypadku wojny polsko-bolszewickiej. Nie można wypędzeń rozpatrywać bez odniesienia się do II wojny światowej. Jeśli ktoś został wysiedlony, to przykro mi z tego powodu, ale nic dla niego nie mogę zrobić. Ze swojej strony z kolei nie domagam się odszkodowań wojennych. Nie czuję się zatem zobowiązany wobec Niemców. Być może demonizujemy Steinbach, ale nie możemy pozwalać, by ktoś próbował zmienić naszą historię. Pamiętajmy o ofiarach niemieckich, ale nie one są tutaj najważniejsze. Wypędzenia to przecież następstwo polityki Hitlera, a nie spełnienie polskiego marzenia narodowego, co zresztą szefowa Związku Wypędzonych sugeruje. Kto tu kogo demonizuje?

Więcej na tematy historyczne

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię

Szczególnie gorąco polecam również tekst Piotra Cywińskiego z "Rzeczpospolitej"

 

 

Licytacja o tarczę antyrakietową

3 komentarzy

rwa licytacja w sprawie tarczy antyrakietowej. Prowadzą ją Amerykanie. Prawdopodobnie czekają na moment, w którym Rosjanie zaproponują takie warunki, że będą mogli ogłosić – „sprzedane”. Tak naprawdę jednak gra nie jest jednak skończona. Zgodnie z tym, co pisałem kiedyś – taka sytuacja jest komfortowa dla Baracka Obamy. Może on wybierać wśród ofert, osłabiać pozycję negocacyjną swoich parnterów/przeciwników, sprawdzać blefy. Kontroluje sytuację. W rozgrywce o tarczę, co w sumie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, głównym rozgrywająćym są Amerykanie. Administracja amerykańska zrobi bilans zyskow i strat, a następnie zdecyduje się na któreś rozwiązanie w kwestii tarczy antyrakietowej.

Ostatnio w „Kommiersancie” i „New York Timesie” pojawiły się informacje odnośnie amerykańskiej propozycji – „Iran za tarczę”. Najprawdopodobniej jest to kontrolowany przeciek Tłumaczenie jest teoretycznie bardzo proste. Jeśli zniknie problem programu atomowego Iranu, to nie będzie podstawy do powstania tarczy antyrakietowej. Gdzie tu jednak sens? Projekt „gwiezdnych wojen” powstał za Reagana, czyli długo przed tym, zanim irański program atomowy zaczął stanowić jakikolwiek problem. Co więcej, wszyscy oficjalnie wiedzieli, że ten projekt skierowany jest przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Przyjmijmy nawet, że istotnie, irańskie rakiety stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa amerykańskiego i udaje się zlikwidować problem. Co w takim razie z rakietami np. północnokoreańskimi? Nagle stały się mniej groźne i omżna je zignorować? Nie, tak naprawdę to nigdy nie były zagrożeniem. Czasami odnoszę wrażenie, że amerykańska Sekretarz Stanu naprawdę wierzy w to, że tarcza skierowana jest przeciwko ajatollahom. Według mnie w istocie wygląda to tak, że nowy prezydent Stanów Zjednocznych mówi do Rosjan: „ok, możemy wstrzymać projekt, który w was uderza, ale w zamian….”. Jeśli do tego dodamy, że Amerykanie coraz mniej chętnie będą patrzyli się na wydawanie kolejnych miliardów dolarów na projekt, którego pozytywnych skutków de facto nie odczują, a w momencie, w którym szaleje mityczny „kryzys gospodarczy”. Obama musi też patrzeć na słupki wyborcze.

Rosjanie wspomagają technologicznie irański program atomowy, ponadto dostarczają Persom uzbrojenie i głosują za nimi w RB ONZ. W Radzie Iran wspomagają tez Chińczycym ale sojusz irańsko-chiński jest mniej ścisły. Rosjanie mają więc niezbędne środki wpływu by przekonać (lub przymusić) Iran do uspokojenia się. Szczególnie, że Irańczycy są skłonni do układania się z Amerykanami. Problem jednak w tym, że to prawdopodobnie dla Amerykanów za mało. Iran jest problemem wyolbrzymionym, bardziej prestiżowym i dotyczącym Izraela. Dla Stanów Zjednoczonych Iran nie jest prawdziwym zagrożeniem. Amerykanów w tym przypadku może bardziej interesować pomoc rosyjska w Pakistanie i Afganistanie. Moskwa może bardzo ułatwić tranzyt.. Rosjanie mają więc, co rzucić na wagę. 

Polacy i Czesi zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Państwe te skomplikowały sobie stosunki z Rosją, a teraz mogą zostać wystawione do wiatru przez Amerykanów. Zasada „nic o nas bez nas” po raz kolejny okazałaby się pustym frazesem. Polska stała się przedmiotem negocjacji. Nasza dyplomacja zostałaby zdradzona, a Patrioty pełniłyby funkcję prezentu na pocieszenie.. Patrioty bez bazy może zwiększają nasze możliwości obronne, ale nie zmieniają położenia strategicznego. Ich pozyskanie będzie jedynie symboliczne, bo militarnie – pomimo swojego zaawansowania – pozostaną bez znaczenia. Nie jestem i nie byłem wielkim zwolennikiem tarczy. Uważam, że jest ona dużo bardziej potrzebna Stanom Zjednoczonym aniżeli Polakom, ale skoro umowa została podpisana, to powinna zostać zrealizowana. Wymaga tego minimum szacunku wobec swoich sojuszników. Inaczej po raz kolejny ziści się zasada, w którą Polakom zawsze ciężko było uwierzyć – w polityce liczą się interesy, a nie sentymenty. Barack Obama wybierze w interesie amerykańskim, Polska ma dla niego znaczenie trzeciorzędne. Wcale nie oznacza to rezygnacji z tarczy, bo ten projekt ogranicza rosyjskie pole manewr, pokazuje jak NATO i Stany Zjednoczone całkowicie dominują była sowiecką strefę wpływów, poza tym jest on już naprawdę bliski ukończenia. Rosjanie dostali alternatywną propozycję – „wykupienia” tarczy. Taka skomplikowana forma haraczu.

Robiąc interesy z Amerykanami trzeba pamiętać, że przede wszystkim dla nich najważniejsze są własne korzyści. Są bardzo elastyczni, kiedy trzeba mówią o sojuszach, o bliskich relacjach, o pomocy finansowej i militarnej oraz demokracji i prawach człowieka. Piękne słowa muszą mieć jednak odzwierciedlenie w faktach. Kiedy Amerykanie wyczuwają, że istnieje lepsze rozwiązanie, nie mają nawet chwili zawahania. Dlatego właśnie teraz trwa licytacja. Obama musi ustalić swoje priorytetowe cele w polityce zagranicznej. Na razie postępuje bardzo ostrożnie. Bardzo słusznie – z amerykańskiego punktu widzenia – prowadzi grę, w wyniku której uzyska jak najwięcej korzyści. Amerykanie nie prowadzą altruistycznej polityki zagranicznej. O wszystkim decydują interesy, najczęściej ubrane w piękne słowa-klucze. Musimy zmienić nasze podejście do Amerykanów na bardziej pragmatyzne.

 

Więcej na temat tarczy antyrakietowej i Iranu

"Rozgrywka o tarczę antyrakietową"
 

"O rosyjskim blefie"

"Change w sprawie Iranu"

 Nowsze artykuły12