Patryk Gorgol

Wpisy z tagu polityka międzynarodowa

Bliskowschodni proces pokojowy: ofensywa Abbasa?

Brak komentarzy
źródło: konflikty.wp.pl

źródło: konflikty.wp.pl

Rozmowy bliskowschodnie nadal stoją w miejscu – Izrael, pomimo amerykańskich zachęt (patrz: “Co jeszcze Stany Zjednoczone mogą dać Izraelowi?”), nie postanowił o przedłużeniu moratorium na rozbudowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Nawet uczynienie tego kroku nie gwarantowałoby powrotu do rozmów, gdyż Palestyńczycy uważają, że moratorium musi objąć jeszcze ich przyszłą stolicę, Jerozolimę Wschodnią, a Izraelczycy mają w tym względzie zupełnie inny pogląd, jako iż również nie wyobrażają sobie swojej stolicy poza Jerozolimą. Stanowisko Mahmuda Abbasa usztywniło się dodatkowo po rozmowach z prezydentem Egiptu, Hosnim Mubarakiem.

Izraelczycy od początku nie traktują poważnie tych rozmów, gdyż obecnemu układowi rządzącemu nie zależy specjalnie na pokoju, a Netanjahu nie wykazywał dotychczas ambicji by wejść do historii jako premier doprowadzający do porozumienia. Takie niekonstruktywne stanowisko ma jeden plus – izraelski polityk może, ale nie musi. Na razie jednak – przede wszystkim – nie chce.

Kto chce i kto może?
Abbas może i chce, ale nie może. Po pierwsze, jak pisałem wyżej, nie jest traktowany poważnie przez stronę izraelską, a po drugie, dysponuje ograniczoną władzą. W Strefie Gazy rządzi niepodzielnie Hamas i zbija kapitał na polityce izraelskiej. Prezydent Autonomii Palestyńskiej z kolei chętnie przeszedłby do historii, ale nie ma partnera do rozmów, ani niezbędnej siły w samej rozgrywce wewnątrz Palestyńczyków.

Abbas zatem robi co może. Jego propozycja dotycząca zrezygnowania z “historycznych praw” (czyt. prawa do powrotu) w zamian za gwarancję powstania niepodległego państwa omawiałem w artykule “Abbas gra va banque”. W końcu jednak padły dwa konkrety, które muszą zostać zaakceptowane przez obie strony:
1) Izrael nie pozwoli Palestyńczykom wrócić na terytorium swojego państwa, bo to byłoby dla niego samobójstwo i palestyńskie władze to rozumieją;
2) Palestyna musi dostać własne państwo.

Propozycja Abbasa przeszła bez echa, ale na pewno została przez izraelskich polityków odnotowana. Ustępstwo pozorne, bo i tak Palestyńczycy, chcąc pokoju, muszą z tego postulatu zrezygnować, ale bardzo istotne. W zamian jednak nic Palestyńczycy nie dostali – nawet przedłużenia moratorium. Abbas jest w tej wygodnej pozycji, że gdyby był cynikiem i nie chciał pokoju, a jego gesty były jedynie na pokaz, to polityka izraelska i tak by go uwiarygodniła.

Rozwiązać Autonomię Palestyńską?
Teraz Mahmud Abbas zaproponował, by w razie fiaska rozmów pokojowych i dalszej rozbudowy osiedli, rozwiązać struktury Autonomii Palestyńskiej.. Taktyka taka oczywiście nie doprowadziłaby do powstania państwa palestyńskiego, ale utrudniłaby życie Izraelowi.

Wątpliwe aby Abbas zdecydował się na taki krok, bo to oznaczałoby utratę władzy i setek milionów dolarów subwencji, dofinansowań itd, jakie otrzymuje OWP od państw muzułmańskich, Ligi Państw Arabskich, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Fatah, rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu byłby bardzo niepocieszony. Abbas już trochę ponad rok temu odgrażał się, że nie zostanie dłużej prezydentem, jeżeli nie zmieni się podejście Izraela do rozmów pokojowych i … nic się nie zmieniło.

Takie “rozwiązanie” jednak byłoby niezwykle niekorzystne dla Izraela, bo musiałby przejąć odpowiedzialność – w tym militarną – za Zachodni Brzeg Jordanu. Proszę bardzo, teraz trzeba byłoby zorganizować nową administrację, przekonać Palestyńczyków do wzięcia w niej udziału i zmarginalizować elementy radykalne. Niemożliwe – a jednocześnie pozostaje problem Strefy Gazy zarządzanej przez Hamas. Od razu pojawiłby się kolejny problem – co zrobić z tymi milionami wykluczonych Palestyńczyków? Dyskryminować, czy może realizować skrajnie niekorzystną dla Izraela politykę “jedno państwo – dwa narody” co przejawiałoby się w dopuszczeniu do współrządzenia Palestyńczyków? Na to Izrael, broniący żydowskiego charakteru swojego państwa, nie pozwoli – pozostanie dyskryminacja i państwo apartheidu. Abbas nie grozi na poważnie, ale nieśmiało pyta: to może lepiej jednak się dogadać?

Hamas zmienia stanowisko?
Tymczasem światełko w tunelu pojawiło się od strony Hamasu. Ismail Hanije, zapewne inspirowany tajnymi konsultacjami, ogłosił, że Hamas jest gotowy “zaakceptować Palestynę z 1967 roku”. Brzmi to nieco komicznie, bo w 1967 roku nie było Palestyny – Strefa Gazy była pod władzą Egiptu, a Zachodni Brzeg Jordanu – dzisiejszej Jordanii, ale to pozytywna wiadomość, bo mniej więcej takie same oczekiwania ma Fatah. Nie wiadomo, czy Hanije utrzyma długo tę rewolucją zmianę stanowiska, ale w takim przypadku – jest pole do porozumienia pomiędzy Fatahem, a Hamasem. Oczywiście, o ile obie organizacje dogadają się w kwestii podziału pieniędzy i stanowisk.

Naturalnie nie znaczy to, że Hamas zaraz będzie chciał podpisać pokój, bo nie wolno zapominać o jego bardzo ciepłych relacjach z Teheranem, a także większą radykalnością. Ciężko wyobrazić sobie ustępstwa Hamasu w wielu miejscach, ale z drugiej strony – Organizacja Wyzwolenia Palestyna, w tym Arafat, przez dziesięciolecia sponsorowała terrorystów, a stała się partnerem w rozmowach pokojowych. Hamas wyraził gotowość do zaakceptowania pokoju (oczywiście obwarował to zgodą wyrażoną w referendum, czyli de facto swoją zgodą) na innych warunkach niż zniszczenie Izraela, a to jest znaczący postęp.

Na końcu wypada się więc jedynie zastanowić, czy Abbasowi starczy sił (a także pieniędzy i stanowisk) na osiągnięcia porozumienia palestyńsko-palestyńskiego przy utrzymaniu swojej mocnej pozycji? Sam Izrael zresztą nadal jest niechętny konstruktywnym rozmowom i deklaracja w stylu “z Hamasem nigdy nie będziemy rozmawiać” też specjalnie by nikogo nie mogła dziwić.

“im polnischen Vernichtungslager” – prawda leży po środku

1 komentarz
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Z mocnym akcentem polskie media poinformowały o tym, iż Niemcy z tygodnika “FOCUS” fałszują historię i ogłaszają, że obóz zagłady w Bełżcu, był “polskim obozem”.  Redakcja ponadto podtrzymuje to kłamstwo, gdyż nie chce sprostować błędu oraz zgadza się jedynie “ubolewać” i wydrukować list od czytelników.  O tym wszystkim informują kolejno: Gazeta.pl, Gadu-gadu.pl, Newsweek.pl, Wprost.pl, Onet.pl, Interia.pl i zapewne wiele innych mediów, których nie sprawdziłem. Ton pod tytułem: rewizjoniści z RFN atakują, niemal jak za czasów PRL-u. “Najinteligentniej do tematu podszedł serwis “wpolityce.pl”, który w tytule pyta, “czy to już kolejny etap?”. Do połowy sierpnia jestem w Berlinie, ale po tej lekturze mogę tylko ze zdenerwowaniem rozglądać się po ulicy, czy w kierunku granicy polskiej nie wyjeżdżają jakieś czołgi,a na ulicach nie rozpoczęły się już pierwsze łapanki skierowane przeciwko polskim pracownikom.

W ciekawy sposób na temat “polskich obozów zagłady” pisał Thomas Urban w “Forum” Zacytuję (za portalem Polityka.pl) fragment z jego niezwykle interesującego artykułu:

“Niewiele skuteczniejsza była do tej pory akcja „przeciwko polskim obozom”, którą polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zainicjowało w 2004 r. i którą sążnistymi artykułami wspiera „Rzeczpospolita”. Akcja polega na monitorowaniu całej prasy światowej w poszukiwaniu sformułowania „polskie obozy” na określenie obozów założonych przez Niemców w okupowanej Polsce. Jeśli taka fraza zostanie znaleziona, redakcja otrzymuje od polskiej ambasady list protestacyjny i jest piętnowana przez „Rzeczpospolitą” jako „fałszerz historii”, bo sformułowanie „polskie obozy” sugeruje podobno, że Polacy są odpowiedzialni za Holocaust. Jednak w wielu językach, także w niemieckim, pojęcie to można rozumieć w kategoriach wyłącznie geograficznych. W rzeczywistości nie ma ani jednego przykładu w prasie światowej i mediach niemieckich, aby na Polaków zrzucano odpowiedzialność za obozy zagłady.

Także pod względem statystycznym temat praktycznie nie istnieje. Kwerenda w elektronicznym archiwum niemieckiej prasy ponadregionalnej wykazała, że w około 10 tysiącach artykułów o obozach koncentracyjnych, opublikowanych w latach 2004-2009, inkryminowane sformułowanie ukazało się sześć razy. Pięć z tych tekstów przedstawia Niemców jako sprawców, a Żydów, Polaków i inne narodowości jako ofiary. Określenie jest więc ewidentnie użyte w znaczeniu geograficznym. Szósty artykuł omawia konflikt na terenie Palestyny. Czyli innymi słowy: tylko 0,01 procent niemieckich publikacji o obozach w ostatnich pięciu latach nie podaje expressis verbis, że założyli je Niemcy. Tymczasem akcja „przeciwko polskim obozom” sugeruje polskiej opinii publicznej, że chodzi o zjawisko masowe. Nawiasem mówiąc, niemieccy redaktorzy naczelni zalecili podwładnym, aby kategorycznie unikali określenia „polskie obozy” ze względu na jego dwuznaczność.(…)”

Czy jednak można się w 100% zgodzić z niemieckim autorem?

Będąc aktualnie w Berlinie momentalnie udałem się do kiosku i wspomniany numer gazety kupiłem. Przejrzałem i znalazłem jedną, krótką notkę na temat Bełżca. Wersja internetowa niewiele różni się od tej papierowej, więc do niej odsyłam. Spójrzmy na fakty.

Redaktor Urban tłumaczy, że przymiotnik “polski” ma znaczenie tylko geograficzne, bo w samym tekstach taki jest właśnie kontekst. Zgoda, z punktu widzenia kogoś znającego historię, nie ulega wątpliwości. Dla kogoś jednak, kto nie zna historii, interpretacja nie jest tak oczywista i może on uznać, że chodzi o “polskie obozy koncentracyjne”. Polacy są nadwrażliwi, ale po co wprowadzać dwuznaczność, skoro można napisać wprost, że mowa o obozie położonym w Polsce i żadnych protestów nie będzie?

Sam omawiany tekst również w rzetelny sposób przedstawia historię. Napisane jest, że oskarżony był SS-mannem, co samo w sobie wyklucza jakikolwiek udział Polaków, bo jak wiadomo, Polska nie miała żadnej własnej dywizji SS. Nikt z Niemcami nie chciał kolaborować. Autor artykułu zauważa też, że 88-letni Samuel K. pochodzi z Prus Wschodnich oraz brał udział w “Akcji Reinhard”, w ramach której zabijał i pomagał w zabijaniu Żydów. Dla tych, którym jest jeszcze mało, pojawiła się jeszcze informacja, że robił to na terytorium Generalnej Guberni, położonej w okupowanej Polsce. Po lekturze tego tekstu nie mam wątpliwości, że nikt winy za ludobójstwo na Polaków zrzucać nie zamierza.

Niemcy powinni jednak powstrzymać się od używania tej konstrukcji, bo nie prowadzi to do niczego dobrego, a osoby zupełnie nieznające historii (np. kilkuletnie dzieci), może rzeczywiście niechcący wprowadzić w błąd. Brakuje mi też w tekście jakiegoś zaznaczenia, że to były niemieckie obozy, a Samuel K. jest obywatelem Republiki Federalnej Niemiec. Owszem, pojawia się informacja, że jest to nazista, pochodzący z Prus Wschodnich, ale wyraz przymiotnik “niemiecki” nie pada ani razu w artykule. Nie twierdzę, że to próba zakłamywania historii, bo tak nie jest, ale w tych kilku akapitach brakuje mi typowo niemieckiej precyzyjności. Czemu można napisać, że obóz był położony w Polsce/był polski, a nie można, że w Bełżcu zabijali Niemcy, co w sumie jest oczywiste dla przeciętnego mieszkańca naszego sąsiada, czytającego ze zrozumieniem ten tekst?

Prawda w tym przypadku jest po środku. Polacy mogli się powstrzymać od siania paniki – np. króluje w tym nowy serwis, wpolityce.pl: “I do diaska: co niemieccy redaktorzy – a więc nie zwykli przechodnie – mają w głowach, co wiedzą o wojnie, i co myślą w sercu, skoro coraz częściej piszą „polskie obozy koncentracyjne?” – to chyba pisało jakieś dziecko. Z drugiej strony, Niemcy widząc naszą wrażliwość, mogliby poważniej podchodzić do tej drażliwej kwestii.

P.S. Te same uwagi odnoszą się do drugiego tekstu na ten temat, tego z obrazka. W gazecie go nie znalazłem

Irański poker: sankcje nie rozwiązują problemu

1 komentarz

źródło: topnews.in

Nałożone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ sankcje to jedynie listek figowy, bo nie przenoszą one nawet o milimetr punktu równowagi. To nadal rozgrywka pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską, a Iranem, chronionym przez Rosję i Chiny. Sankcje są zbyt słabe, by powstrzymać Iran przed wybudowaniem bomby atomowej oraz jednocześnie zbyt mocne, by je zignorować. Tym razem bowiem nie skończyło się jedynie na potępieniu, a rezolucja zakłada m.in. inspekcję statków płynących do Iranu,  rozszerzenie “czarnej listy” firm irańskich o kolejne, mające związki z Radą Strażników Rewolucji, a także zakaz sprzedaży ciężkiego uzbrojenia do Iranu. Nie są to nadzwyczaj ostre środki, aczkolwiek Teheran powinien je odczuć. W poprzednim tekście na temat Iranu (“Irański poker: kto i o co gra?”) opisywałem interesy poszczególnych państw, teraz przyszedł czas na  przeanalizowanie sytuacji, jaka powstała w wyniku nałożenia sankcji.

Problemy z treścią rezolucji
Od początku w sprawie Iranu ścierały się dwa stanowiska – “amerykańsko-europejskie”, które zakładało jak najsurowsze potraktowanie Teheranu, co miałoby zmusić władze irańskie do rozmów, oraz “chińsko-rosyjskie”, które pomimo wielu różnic, sprowadza się do wspólnego mianownika – jest nim łagodzenie na drodze negocjacji charakteru sankcji. Wydanie rezolucji przeciwko Iranowi było zwłaszcza dla Amerykanów sprawą honoru, bo wraz z początkiem roku minęło ultimatum, jakie Waszyngton postawił Iranowi w sprawie jego programu atomowego. Teheran ultimatum amerykańskie zignorował, czego logiczną konsekwencją powinna być kolejna runda sankcji. Amerykanie grali więc o swoją twarz.

Próbowano również, w różnej konfiguracji, rozmawiać z Iranem. W rozmowach brali udział m.in. Amerykanie, Rosjanie i Francuzi. W pewnym momencie doszło nawet do parafowania umowy dotyczącej wzbogacania uranu. Jej efektem byłoby przejęcie uranu i przesłanie Iranowi gotowego paliwa do reaktora. Brzmiało to nieźle – Iran dostaje paliwo, a państwa biorące udział w rozmowach przejmują tyle uranu, że daje im to pewność, iż z pozostałej części, ajatollahowie bomby nie wyprodukują. Teheran, robiąc przy okazji dużo szumu, najpierw próbował zmienić warunki umowy, a gdy to się nie udało, zrezygnował z jej podpisania.

Wspominam o tym nie przez przypadek, bo Brazylia i Turcja porozumiały się z Iranem w/s przejęcia 1200 kg uranu i wymianie go na paliwo do reaktora w Teheranie. Zaproponowany przez te państwa plan nie zyskał jednak aprobaty Zachodu i nie zapobiegł nałożeniu sankcji. W odpowiedzi, Brazylia i Turcja głosowały przeciwko uchwaleniu rezolucji, a z samego porozumienie nic nie wyjdzie, jeśli nie dogada się Iran z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, a na to się w tej chwili nie zanosi. Ciekawostką jest fakt, iż Liban wstrzymał się od głosu, prawdopodobnie ze względu na wpływy Hezbollahu, który posiada tam “państwo w państwie”.

Ostatecznie 9 czerwca doszło do uchwalenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, nakładającej sankcje na Iran.

Jest cios, nie ma nokautu
Barack Obama podkreślał, iż nałożone sankcje są “najostrzejsze w historii”. Ma rację pod tym względem, iż są to pierwsze sankcje, które w poważniejszy sposób dotykają Iran (a to już czwarta rezolucja!), jednakże Teheran mocno trzyma się na nogach, a Mahmud Ahmadineżad dyplomatycznie stwierdził, iż jego kraj “gwiżdże na sankcje” i będzie prowadzić swój program atomowy nadal. Nie jest przy tym gołosłowny, bo Iran nadal wzbogaca uran do 20%, ostatnio tworząc w tym celu kolejny zakład, który próbowano ukryć przez ONZ.

Zaraz po uchwaleniu rezolucji Stany Zjednoczone i Unia Europejska nałożyły własne sankcje. Daleko jednak Iranowi do przerażenia. O ile np. skuteczne zmuszenie koncernów do zaprzestania kontaktów z Teheranem, na pewno wpłynie negatywnie na irańską gospodarkę, jednak Persowie sobie poradzą, płacąc więcej komuś innemu – np. Chińczykom czy Rosjanom. Wyżej wymienione sankcje byłyby skuteczne, gdyby UE i Stany Zjednoczone były głównymi partnerami handlowymi, a tak przecież nie jest. Jeśli chodzi o eksport (dane CIA Factbook) to pierwsze trzy miejsca zajmują Chiny, Japonia i Indie. Lepiej – z punktu widzenia sankcji nałożonych przez UE – wygląda to z irańskim importem, bo trzecie miejsce, po Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Chinach, z 9% udziałem zajmują Niemcy, a niewiele dalej znajdują się Włosi i Francuzi. Warto też przypomnieć, ze na takich sankcjach np. dotyczących transportu czy bankowości, nie traci tylko Iran, ale także przedsiębiorca, świadczący poprzednio określone usługi. Amerykanie, wobec braku oficjalnych kontaktów gospodarczych, zastosowali nieco inną taktykę – gnębią firmy współpracujące z Iranem proponując im, że albo będą się bawić z nimi, albo z Teheranem. Jednocześnie uderzają w firmy powiązane z Radą Strażników Rewolucji, którzy poza władzą, kochają również pieniądze.

Sama rezolucja została napisana w wygodny dla każdej strony sposób – ktoś, kto będzie chciał działać przeciwko Iranowi, odnajdzie w niej podstawę prawną, a ktoś, komu jest to obojętne – pozostanie bierny. Nawet złamanie rezolucji ONZ nie będzie czymś niebezpiecznym, bo mało prawdopodobne będzie uchwalenie kary, gdyż wymagałoby kolejnych negocjacji i rezolucji RB ONZ. Doskonałą wykładnię prawną pokazali Rosjanie, którzy w przeciągu kilku dni najpierw ogłosili, iż rezolucja nie oznacza fiaska realizacji kontraktu na dostawę do Iranu systemu S-300, by następnie zmienić zdanie i stwierdzić coś całkowicie odmiennego. Nie ulega wątpliwości, że jeżeli narodowy interes Chin i Rosji będzie ważniejszy, państwa te również będą gwizdać na sankcje.

Brak progresu
Optymistycznie na temat rezolucji wyrażał się “The Economist” słusznie zaznaczając, iż wywrze ona nacisk na Iran i jest najlepszym obecnie rozwiązaniem. Konstatacja jest jednak realistyczna – niezależnie od wartości rezolucji, przed zdobyciem bomby przez Iran świata nie uchroni.

Wątpliwe również, by Iran przejął się oburzeniem światowej opinii, której stanowisko zostało wyrażone w rezolucji. Irańczycy odczują sankcje, jednak są one zbyt mało dotkliwe, by spowodować zmianę ich stanowiska. Mają one jeszcze jedną wadę – irańskie władze mogą doskonale je wykorzystać w ramach swojej polityki wewnętrznej. Irańska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie, a sam system gospodarczy jest niezwykle nieudolny, czego skutkiem jest wysoka inflacja, bezrobocie i absolutny brak perspektyw dla młodych ludzi, stanowiących większość w tym kraju. Sytuacja się nie poprawi, ale władzom łatwiej będzie wskazać “winnego”.

Izraelska “interwencja humanitarna”

Brak komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

“Twój dzień, Twoja woda’ – głosiło kiedyś hasło reklamowe jednego z napojów. Podobny slogan przyświecał zarówno twórcom pomysłu “przełamania” blokady z pomocą dla Strefy Gazy, jak i Izraelczykom, którzy ów samoistny konwój postanowili zatrzymać z charakterystycznym dla siebie rozmachem.

“Złaoał Kozak Tatarzyna…”
Konwój z pomocą humanitarną płynął z wód cypryjskich, prowadzono był przez jednostkę turecką i miał na pokładzie 10 ton różnego rodzaju materiałów. Zapomniano tylko o jednym – zgodzie Izraela. Izraelczycy od razu zapowiedzieli, iż ewentualny transport zablokują, bo utrzymują blokadę Strefę Gazy.

Działa ona w taki sposób, iż Izrael blokuje transport morski (jak widać na załączonym obrazku), lądowy (pilnuje granic) i powietrzny. Prowadzi skrupulatne kontrole dostarczanej pomocy i jednocześnie dba, by nie było jej zbyt dużo. Palestyńczycy z Gazy ratują się przy pomocy tuneli wykopanych pod granicą z Egiptem. Transportowane jest tamtędy wszystko, od samochodów, urządzenia budowlane, po viagrę, żywność i broń. Złote lata mogą skończyć się już niebawem, jeśli powstanie budowany przez Egipcjan “podziemny mur” (pisałem o nim tutaj). Hamas nawet zaprzestał/ograniczył ostrzeliwanie Izraela, gdyż powoduje to bombardowanie podziemnych tuneli. Strefa Gazy blokowana jest od 3 lat. Izrael tłumaczy, iż to represja wobec Hamasu, a Hamas utrzymuje się u władzy, bez problemu wykorzystując nastroje antyizraelskie.

W wyniku akcji izraelskich komandosów śmierć poniosło kilkanaście osób. Czy jednak wina Izraela jest tak oczywista, jakby się to mogło wydawać?

Nie ulega wątpliwości, iz Izrael wiedział o transporcie. Pewne jest, iż nie musiał decydować się na operacje komandosów. Wystarczyło nie przepuścić statków (zgodnie z zapowiedzią), utrzymać blokadę i byłoby po kłopocie. To znaczy, podniosłoby się larum, że Izraelczycy nie przepuścili samozwańczego konwoju z pomocą humanitarną, ale Jerozolima mogłaby odpowiedzieć, iż określiła, na jakich warunkach przepuści transport (uprzednia konfiskata i sprawdzenie transportu), poza tym, to jej wody terytorialne, a polityka izraelska w tym zakresie to żadna nowość. Netanjahu dodałby, to co teraz, czyli o prawdziwych lub też nie, związkach ludzi z konwoju z terrorystami z Hamasu oraz że Izrael nie może pozwolić na to, by transportowano nieznane mu towary, – potencjalnie np. broń. Palestyńczycy, Turcy i ich przyjaciele pokrzyczeliby, ale nic wielkiego by tego nie wynikło. Konwój zostałby zawrócony.

Teraz juz tak łatwo nie będzie. Catherine Ashton zażądała “międzynarodowego śledztwa” (na które przecież Izrael prawdopodobnie się nie zgodzi), śmierć poniosła określona liczba osób, która zginąć wcale nie musiała, a Izrael tym razem “delikatnie” się pospieszył. Błyskawicznie pojawią się kolejne oświadczenia potępiające to wydarzenie. Nikt poważnie tez nie będzie traktował sugestii, iż zabito terrorystów lub osoby z nimi powiązane.

Zauważyć jednak trzeba, iż sposób wysyłania “humanitarnego konwoju” budzi poważne wątpliwości. Po pierwsze, obecność jednostki tureckiej raczej świadczy o tym, iż była to – cytując klasyka – “akcja zorganizowana”. Taktyka prosta – konwój płynie, Izrael go zawraca, podnosi się międzynarodowy krzyk o zawróceniu konwoju, a Turcy mówią o kolejnym ciosie w niegdyś tak wspaniałe stosunki izraelsko-tureckie. Teraz to dopiero będzie zadyma, bo sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ankara już mówi o wydarzeniu, które będzie miało “niewyobrażalne skutki” dla wzajemnych stosunków. Pachnie prowokacją.

Warto tez zaznaczyć, iż nie trzeba mieć trzycyfrowego IQ, ażeby zrozumieć, że Izrael priorytetowo traktuje kwestie swojego bezpieczeństwa, co znaczy, że ten konwój miał w założeniu nie dotrzeć do celu. Z punktu widzenia interesów Izraela przepuszczenie konwoju z “nieznaną zawartością” byłoby totalną kompromitacją. Blokada była dla wszystkich oczywista i jeśli ktoś uważał, że ją ominie lub wystarczy jednostki izraelskiego marynarki wojennej informacją, iż to konwój z pomocą humanitarną, to powinien uczyć dzieci tabliczki mnożenia, a nie zajmować się konfliktem bliskowschodnim. Obecna polityka izraelska wobec Strefy Gazy i postępowanie tamże Hamasu doprowadziło do sytuacji katastrofy humanitarnej.

Jednym zdaniem – to była planowana prowokacja, która wymknęła się spod kontroli. Organizatorzy nie przewidzieli skutków, a Izraelczycy przesadzili, nawet jak na swoje standardy.

Co teraz? To co zwykle…
Reakcje na wydarzenie nie są w żaden sposób zdumiewające. Netanjahu wyraził ubolewanie z powodu całego zajścia, być może Izrael przyjmie na siebie jakąś odpowiedzialność finansową. Turcy konsekwentnie dążą do ochłodzenia stosunków z Izraelem, kosztem wzmacniania kontaktów z Iranem. Mahmud Abbas potępia atak i ogłasza trzydniową żałobę narodową, a Hamas – jak niemal co dzień – wzywa do walki z “małym szatanem”. Syria chce zwołać nadzwyczajny szczyt Ligi Państwa Arabskich.

Prawdopodobnie również Barack Obama niedługo wypowie się o całej sytuacji i skrytykuje operację izraelskich komandosów, co jednak – poza sferą werbalną – nie zakończy się żadnymi konkretami. Światowa “opinia publiczna” i tak o samym Izraelu ma fatalne zdanie, od czasów interwencji w Strefie Gazy. Nie oczekiwałbym, że Izrael poniesie jakiekolwiek konsekwencje.

Kolejny szalony dzień minął na Bliskim Wschodzie…

Bliski Wschód: ani milimetr do przodu

Brak komentarzy
źródło: politykaglobalna.pl

źródło: politykaglobalna.pl

No, he can’t – tak na razie należy podsumować osiągnięcia Baracka Obamy na Bliskim Wschodzie. Bez cienia ironii trzeba jednak odnotować, iż identyczne 0 na swoim koncie może zapisać George W. Bush. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych nie można odmówić determinacji (a przynajmniej jej demonstrowania), aczkolwiek niewiele z tego wynika dla kwestii pokoju na Bliskim Wschodzie. Do tej pory Obamie nie udało się doprowadzić do tzw. proximity talks, które w uproszczeniu wyglądałyby tak, iż Amerykanie rozmawialiby z Izraelczykami, a potem z Palestyńczykami, robiąc za kanał transmisyjny.

Przekonywanie do rozmów jest jakie jest, bo tutaj nikt nic nowego nie wymyśli, a pole do manewru jest niewielkie. Prawdopodobnie oferta na stole wygląda tak: Izrael wypuści część więźniów politycznych, zlikwiduje część punktów kontrolnych pomiędzy Izraelem, a Zachodnim Brzegiem Jordanu, przekaże władzom palestyńskim więcej odpowiedzialność na tymże terytorium i może skończy z prześladowaniem administracyjnym w Jerozolimie. W zamyśle amerykańskim – zrównoważyć to ma decyzję o wybudowaniu domów w Jerozolimie Wschodniej, ogłoszonej w czasie wizyty wiceprezydenta Bidena.

Pierwsze informacje o możliwości powstania takiej oferty mają już około miesiąca. Do tej pory nie widać entuzjastycznych reakcji ze strony palestyńskiej, bo w żaden sposób nie zmienia to stanowiska Izraela wobec osadnictwa na Zachodnim Brzegu Jordanu i Jerozolimie Wschodniej. Przypomnę: Izrael uznaje Jerozolimę za swoją stolicę, takie same zamiary wobec niej, w swoim przyszłym państwie, mają Palestyńczycy. Niepokój Palestyńczyków nie dotyczy tej jednej, konkretnej decyzji, a polityki, jaką się za nią kryje.

O tym, co działo się przed 1967 rokiem można powiedzieć dużo złego. W skrócie: Jerozolima Zachodnia była pod kontrolą izraelską, a Jerozolima Wschodnią: jordańską. Smutnym faktem jest, iż doszło do wypędzenia żydów ze wschodniej części miasta i muzułmanów z zachodniej. Należy to obustronnie potępić. Wszystko zmieniło się po wojnie sześciodniowej, wygranej przez Izrael, który zajął całą Jerozolimę, ale również Zachodni Brzeg Jordanu. Od 1967 roku rozpoczęło się izraelskie osadnictwo.

W efekcie, w Jerozolimie Wschodniej (i okolicach) mieszka obecnie 190 (dane UE) tysięcy osadników oraz 210 tysięcy Palestyńczyków, którzy są prześladowani administracyjnie – m.in. burzy im się domy (tysiąc w czasie ostatnich 10 lat – dane ONZ), nie wydaje pozwolenia na budowę, a około 50 tysięcy domów jest zagrożonych wyburzeniem (ponownie: ONZ). Status Jerozolimy jest olbrzymią przeszkodą dla osiągnięcia pokoju i upór Izraelczyków oraz Palestyńczyków, uważających ten obszar za serce swojego państwa, nie dziwi. Trudno odmówić protestom palestyńskim zasadności, bo Izrael – krok po kroku – dąży do zmian demograficznych w Jerozolimie Wschodniej, co doskonale można wykazać podając, iż w 1967 roku nie było tam żadnego Izraelczyka, a teraz stanowią oni blisko połowę ludności.

Według nieoficlanych doniesień, premier Netanjahu odrzucił kolejną prośbę prezydenta Stanów Zjednoczonych, by powstrzymał rozbudowę osiedli w Jerozolimie Wschodniej. Bezsilność Baracka Obamy uderza w oczy, bo Izrael robi co chcę, nie oglądając się na Waszyngton. Zwłaszcza, iż za kilka miesięcy skończy się 10-miesięczny okres wstrzymania rozbudowy osiedli na całym Zachodnim Brzegu Jordanu, co może oznaczać kolejny zgrzyt. BBC podaje, iż w 121 legalnych osiedlach na Zachodnim Brzegu Jordanu żyje 280 tysięcy Izraelczyków, a do tego doliczyć należy także Izraelczyków mieszkających w tzw. “dzikich” osiedlach, a jest ich ponad 100. Sprawę komplikuje też fakt, iż ci ludzie są w większości wyborcami obecnie rządzącej Izraelem koalicji.

Sam Izrael w kwietniu zdołał się jeszcze raz poróżnić ze Stanami Zjednoczonymi, wycofując się z konferencji na temat bezpieczeństwa nuklearnego. Izrael posiada kilkaset głowic nuklearnych, o których “nikt nie wie”, a ewentualne podniesienie tej kwestii przez Egipt i przychylną Iranowi,przynajmniej oficjalnie, Turcję, byłoby rządowi izraelskiemu bardzo nie na rękę. Swoją drogą, należy dodać, iż premier Netanjahu niewiele stracił, bo w kwestii Iranu nie udało się ustalić nic, a Chińczykom udało się nie zmienić stanowiska w żadnej z omawianych przez przywódców kwestii.

Proces pokojowy zatem, jak stał w miejscu, tak stoi.

W następnym tekście: pogarszające się stosunki izralesko-tureckie.
———–
Zapraszam do ściągnięcia prezentacji dotyczącej głównych problemów w procesie pokojowym. Została ona wyświetlona podczas spotkania dyskusyjnego “Pokój na Bliskim Wschodzie – szansa czy marzenie”, które miałem przyjemność moderować, z udziałem pana Konstantego Geberta i Jarosława Kociszewskiego.

Dla ciekawych, w facebookowym profilu Kącika Dyplomatycznego (na który serdecznie zapraszam – już prawie 100 osób śledzi bloga) znajdują się zdjęcia z tego wydarzenia

Zlecenie na Iran – jak to się robi w Onecie?

4 komentarzy

źródło: airpower.at

Od kilku dni w sprawie Iranu ukazują się kolejne „piorunujące” informacje. Codziennie rano spoglądam w niebo, gdyż obawiam się, że poza śniegiem, spadną gdzieś na Polskę rakiety. Wielkie zagrożenie dla Europy” – czytam wyboldowany tytuł newsa na samej górze portalu Onet. Nadchodzi nowa epoka lodowcowa? – zapytałem sam siebie w myślach. Nie, okazało się, że Iran przeprowadził kolejne testy rakietowe.

Zupełnie przypadkiem dzień wcześniej do mediów „wyciekła” (te zbiegi okoliczności) informacja, że powstał dokument według którego Iran oszukuje świat i prowadzi program atomowy, którego celem jest pozyskanie broni nuklearnej. W/w portal również zakwalifikował tę informację jako najistotniejszą tego dnia. Po prostu sensacja – jednym z celów Iranu może być zdobycie broni atomowej. Zaskakujący wniosek, kompletnie rewolucjonizujący dyskusję na ten temat! „Zachodnie źródła dyplomatyczne ujawniły w poniedziałek, że istnieje tajny dokument, z którego wynika, że Iran pracował nad zbudowaniem broni nuklearnej już w 2007 roku” – tłumaczy portal. JUŻ w 2007 roku! A to wszystkich Persowie zrobili w balona, bo jak dotąd zarzucano im, że działali od 2003, a jeszcze inni zauważają, że już szach Pahlavi rozpoczął program atomowy i raczej nie myślał tylko o jego cywilnym aspekcie.

Nie ulega wątpliwości, że plan testowania zapalnika neutronowego wskazuje na ambicje posiadania broni atomowej. Na razie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej musi zbadać wiarygodność tego dokumentu. Nie jest jednak sensacyjną informacją, że Iran może prowadzić program atomowy dla celów wojskowych. Teheran się do tego nie przyznaje, ale nie dostrzegam również specjalnego zaprzeczania. Mahmud Ahmadineżad nieraz wyraźnie sugerował, że Iran wejdzie kiedyś w posiadanie broni nuklearnej. Po co więc straszyć Iranem, podobnie jak kiedyś stonką ziemniaczaną? News jest efektem tłumaczenia Bezrefleksyjne wstawienie tekstu przez największy portal w Polsce świadczy albo o niesamowitej ignorancji albo o tym, że niektórzy zaczęli pić na długo przed początkiem imprezy sylwestrowej.. Iran jest zagrożeniem dla pokoju, podobnie jak Izrael, ale powyższy news nie jest żadnym przełomem, a sieje tylko panikę i niepotrzebnie straszy. Portal ma z tego xyz kliknięć więcej, kosztem jakiejkolwiek rzetelności, bo jakby na samej górze pojawił się porządny tekst analizujący sytuacje i wyjaśniający istotę problemu, sam bym napisał maila z gratulacjami i świątecznymi życzeniami dla redakcji.

Następnego dnia redaktorzy postanowili kontynuować cykl irański i tym razem donieśli o „Wielkim zagrożeniu dla Europy”, ponownie boldując wiadomość i wstawiając ja na samą górę. Czemu jednak się ograniczać? Tytuł mógłby być bardziej chwytliwy np. „Czy grozi nam irańska apokalipsa?” lub „Iran w każdej chwili może zaatakować Europę”. Okazało się, iż Iran przeprowadził kolejne próby rakietowe. Tym razem testowana była rakieta Sajil-2 o deklarowanym przez ministra obrony Iranu, Ahmeda Vahidi, zasięgu 2 tysięcy kilometrów.

Nowe, „wielkie zagrożenie” nie brzmi znajomo? Owszem! Irańczycy od dawna testują rakietę Shabab-3, która również ma mieć zasięg 2 tysięcy kilometrów. Poniżej znajduje mapka z zasięgiem tych rakiet.

źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Teraz zastanówmy się, czy jest to „wielkie zagrożenie” Trudno znaleźć powód, dla którego Iran miałby zaatakować np. Grecję. Oficjalnie, Ahmadineżad z Chamaneiem twierdzą, iż rakiety są w stanie dosięgnąć Izrael i bazy amerykańskie na Bliskim Wschodzie i mogą ich użyć, jeśli będą zagrożeni. Tylko, że wydając rozkaz ataku, obaj panowie podpisaliby na siebie wyrok śmierci. Co więcej skuteczność, irańskiej myśli technicznej jest co najmniej wątpliwa – rakiety są bardzo nieprecyzyjne i połowa z nich spada kilka kilometrów od celu. To, że ajataollahowie posiadają rakiety, których zasięg wynosić ma 2 tysiące kilometrów nie oznacza, że tak jest w rzeczywistości. Zakładając nawet, że zapowiedzi irańskie dotyczące zasięgu są prawdziwe, to tytułowanie newsa „Wielkim zagrożeniem dla Europy” świadczy o zwyczajnym braku kompetencji. Trzeba zauważyć że Iran już wcześniej posiadał rakiety o podobnych osiągach. A arsenał chiński i rosyjski nie są w takim razie wielkim zagrożeniem? Ponownie straszy się ludzi, zamiast wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Iran nie ma żadnego interesu w atakowaniu Europy identycznie, jak Chiny i Rosja.

„Irańska armia już we wrześniu przeprowadziła testy rakiet dalekiego zasięgu. Wywołały one falę krytyki ze strony państw zachodnich, które ostrzegły Teheran przed pogorszeniem wzajemnych stosunków i nałożeniem kolejnych sankcji” – idzie za ciosem portal. Plus za napisanie o wrześniowych testach, ale naturalnie zapomniano dodać, że sprawdzany był inny model rakiety (Shabab-3). Mały szczegół, a cieszy. Drugie zdanie to totalne pustosłowie, bo Iran straszony jest „pogorszeniem wzajemnych stosunków i nałożeniem kolejnych sankcji” przy okazji wszelkich wydarzeń związanych z działalnością tego państwa. Dopóki Chiny i Rosja nie poprą sankcji – nie będzie ich. Koniec i kropka.

Z niecierpliwością czekam na kontynuację sagi pt. „Iran na Onecie” z nowymi, sensacyjnymi wątkami i szybkim zwrotem akcji. Nikt nie wymaga od newsmanów, żeby byli specjalistami od irańskiego programu atomowego, ale nie mogą się zachowywać jak propagandyści Stanów Zjednoczonych i Izraela.

Więcej na podobny temat:
- Izrael i Iran – a było tak pięknie
- Nie lekceważymy Iranu

Mistrzowie Negocjacji znad Wisły, a Amerykanie

Brak komentarzy

źródło: http://www.wp.mil.pl

Polacy nie potrafią negocjować z dwoma państwami – Stanami Zjednoczonymi i Rosją. Pierwsi ogrywają nas przy pomocy zaschniętej marchewki, a drudzy używają kija. Premier Tusk i minister spraw zagranicznych Sikorski, wydają się tego nie zauważać, do obrony stosunków polsko-amerykańskich posługując się głównie PRem. Rząd kompletnie nie radzi sobie też z rozmowami z Rosjanami np. w kwestiach gazowych. Z drugiej strony mamy prezydenta, któremu przez cały czas wydaje się, że jest Rycerzem Okrągłego Stołu, który niesie dziejową sprawiedliwość. Jego brat i lider polskiej opozycji uważa, że tylko Stany Zjednoczone mogą nas uchronić przed niebezpieczeństwem, które prawdopodobnie w XXI wieku już nie istnieje.

Niedobrze – jakby mógł rzec Marcin Najman po kilku sekundach walki z Mariuszem Pudzianowskim. O ile do stylu uprawiania polskiej polityki zagranicznej nie można mieć pretensji, bo wygląda profesjonalnie, o tyle jej wyniki wymagają poprawki. Polski rząd zdaje na razie egzamin z funkcjonowania w Unii Europejskiej, ale siłę będziemy mieć dopiero wtedy, gdy uda się przekonać, że nasze bezpieczeństwo energetyczne jest bezpieczeństwem energetycznym UE. Obecny rząd większą wagę przykłada do polityki wewnątrz Europy, za co należą mu się pochwały. Partycypujemy w podziale stanowisk, jesteśmy w „europejskiej grze”, a nawet potrafimy zablokować niekorzystne dla nas rozwiązania, jak w przypadku zmniejszenia emisji CO2.

Nie wszędzie jednak jest tak kolorowo. W kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi nastawieni jesteśmy na altruistyczne dawanie, a premier Tusk z prezydentem Kaczyńskim, zgodnie jak nigdy, wysyłają kolejnych polskich żołnierzy do Afganistanu, wydając kolejne miliony złotych z naszej kieszeni. Problemem nie jest samo wysłanie wojsk, ale fakt, iż w zamian otrzymujemy tyle, ile dałby nam ZSRR za czasów PRL-u – czyli deklaracje o pięknej przyjaźni. W końcu podpisano układ SOFA (Status of Forces Agreement), który ma regulować, na jakich zasadach będą stacjonować amerykańscy żołnierze w Polsce. Brakuje na razie terminów i konkretów. Polska utrzymała (a nie uzyskała) pierwszeństwo jurysdykcyjne, którego może się jednak zrzec. Skoro zapisano to w umowie, to można domniemywać, iż Polska będzie się w mniej ważnych kwestiach zrzekać tego prawa na korzyść strony amerykańskiej. Amerykanie otrzymali również przywileje podatkowe.

Wśród naszych polityków błyskawicznie powstała dyskusja – czy to dobra umowa, czy zła? Podział jest tradycyjny – koalicja uważa porozumienie za dobre, bo Polska utrzymała pierwszeństwo jurysdykcyjne, a opozycja – w tym BBN – za złe, gdyż spór o ten aspekt przedłużył rozmowy. Moim prywatnym faworytem jest Witold Waszczykowski, który prawdopodobnie za jak najszybsze porozumienie z Amerykanami oddałby duszę i jeszcze dopłacił. Ocena samego porozumienia nie może być sprowadzana do dwóch aspektów (jurysdykcji i przywilejów podatkowych). Na razie to jedynie porozumienie ramowe, dotyczące standardowych kwestii.

Dziwna wydaje się zbieżność przyspieszenia rozmów z decyzją o wysłaniu kolejnych żołnierzy do Afganistanu. Polacy są przez Amerykanów zwyczajnie wykorzystywani, a władze państwowe robią dobrą minę do złej gry. Uczciwie trzeba przyznać, że wysłanie żołnierzy to również zysk, bo wzmacnia naszą pozycję w NATO. Pozwala również na lepsze zabezpieczenie prowincji Ghazni, w której stacjonują nasi żołnierze. Polscy żołnierze nie jadą jednak na wycieczkę krajobrazowa, a na regularną wojnę, o czym oficjalnie mówił ostatnio Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych, Robert Gates. Jeżeli zdarzyłoby się, że w zamian za 600 polskich żołnierzy dostaliśmy jakieś drobne ustępstwa w kwestii Patriotów (np. że druga z rzędu Bateria stacjonująca rotacyjnie na ziemi polskiej, będzie uzbrojona) i układu SOFA, to byłaby to kompromitacja. Chyba, że nasi politycy mają inny genialny plan. Skoro, według plotek, w prowincji Ghazni ukrywa się Osama bin Laden, to czemu go nie złapać? To dopiero były hit!

W Polsce zastanawiamy się nad tym, czy bateria Patriotów, zdolna do obrony obszaru wielkości powiatu, będzie uzbrojona, czy nie? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, gdy – po pierwsze – i tak nie zwiększy ona polskiego bezpieczeństwa, a po drugie, obsługiwać będą ją i tak Amerykanie? Jeżeli chcemy mieć własne Patrioty to musimy je, podobnie jak np. Japończycy, kupić. Obecnie zatem problem tej baterii istnieje zupełnie równolegle do kwestii polskiego bezpieczeństwa. Minimalne ustępstwa amerykańskie, dotyczące uzbrojenia stacjonującej baterii nie poprawiają naszej sytuacji. Oczywiście, to wspaniale, jeśli polscy żołnierze zostaną przeszkoleni, jak funkcjonuje ten nowoczesny system i pod tym względem rotacyjne stacjonowanie Patriotów odbędzie się z korzyścią dla naszego wojska.

Koszty stacjonowania wojsk w Afganistanie są zatem niewspółmierne do zysków i nie rokują pozytywnie. Łatwo można policzyć, że jeżeli – według najniższych danych – rok stacjonowania kosztuje Polskę 400 milionów złotych (nie licząc kosztu zakupu sprzętu), a najwyższych, sięgających łącznie miliarda złotych, to nie wysyłając takiej misji moglibyśmy sobie taką baterią po jakimś czasie kupić na własność.
Żołnierze w Afganistanie nabędą bezcennego doświadczenia, ale Polska, podobnie jak w Iraku, nie otrzyma żadnych prezentów od swojego sojusznika. Tym dziwniejsze wydaje się, że polskie elity tak bezproblemowo przystają na kolejną amerykańską propozycję. Dlaczego Niemcy i Francuzi nie chcą zwiększyć swoich misji i wziąć odpowiedzialności za walkę z terroryzmem? U nich, ze względu na strukturę społeczeństwa, problem zagrożenia fundamentalizmem arabskim jest poważniejszy, niż w Polsce.

Naturalnie, nie jesteśmy Turcją, ani Izraelem, które mogą sobie pozwalać nieraz na bezczelne zagrania wobec Stanów Zjednoczonych. Państwa te, często odmawiając spełniania życzeń amerykańskich, osiągają swoje cele. Polska, pomimo tego, iż nie jest mocarstwem, posiada zasoby, które Amerykanom mogą się przydać. Utrzymując zatem stosowne proporcje, może trzeba czasem Amerykanom odmówić. Nawet po to, by w zamian za określone korzyści, później zmienić stanowisko. Dyplomacja między sojusznikami w XXI wieku nie opiera się na idealistycznych przesłankach. To gra interesów, w której niekiedy racja moralna może mieć znaczenie, ale z reguły jest tylko narzędziem (np. II wojna w Zatoce Perskiej). Nie odgrywamy wielkiego znaczenia w polityce światowej, ale w sojuszach możemy być istotnym ogniwem. Jeżeli nie będziemy się sami szanować, to kto będzie to robił?

Więcej na podobny temat:
- Afgańska podróż za jeden uśmiech
- Syzyfowa praca w Afganistanie

Syzyfowa praca w Afganistanie

3 komentarzy
źródło: easterncampaign.wordpress.com

źródło: easterncampaign.wordpress.com

W dniu 19 listopada 2009 roku zaprzysiężony na drugą kadencję został Hamid Karzai. Będzie piastował urząd prezydenta Afganistanu przez następne 5 lat. Nic nie wskazuje na to, by okazał się prawdziwym mężem stanu i doprowadził do stabilizacji sytuacji w swoim kraju. Już sam sposób, w jaki wygrał wybory, może budzić niesmak.

Demokracja made in America?
Głównym przeciwnikiem Karzaia był dr Abdullah Abdullah, minister spraw zagranicznych Afganistanu w latach 2001-2006. W przeszłości mudżahedin walczący ze Związkiem Radzieckim. Należał również do głównych współpracowników Ahmada Masuda, legendarnego dowódcy wojskowego z wojny w Afganistanie z lat 80-tych oraz przywódcy walczącego z talibami Sojuszu Północnego.

Tegoroczne wybory prezydenckie pokazały po raz kolejny, że demokracja jest jedynie fasadą. Amerykanie, mimo oficjalnego kultu demokracji, zamykają oczy. Wybory należało przeprowadzić, a ich wiarygodność jest bez znaczenia, gdyż wygrał prawidłowy kandydat. To nic nowego w polityce amerykańskiej – podobnie dzieje się w Azerbejdżanie i Egipcie, państwach zaprzyjaźnionych ze Stanami Zjednoczonymi. Larum podnosi się dopiero, gdy wątpliwości pojawią się wobec wyborów w takim kraj jak np. Iran. Tylko jaka jest różnica między „poprawianiem” wyników w Iranie, a Afganistanie?

Niezależna Komisja Wyborcza ogłosiła 16 września wstępne wyniki I tury wyborów. Według nich Hamid Karzai uzyskał 54,6%, głosów, żaś Abdullah Abdullah 27,8%. Oznaczałoby to już w pierwszej turze wybrany zostałby dotychczasowy prezydent. Natychmiast pojawiły się oskarżenia o fałszerstwa – Unia Europejska zakwestionowała ważność 1,5 miliona głosów, czyli mniej więcej co czwartą kartę wyborczą. Pracownik Organizacji Narodów Zjednocoznych, Peter Galbraith, został wyrzucony z pracy za forsowanie zbyt stanowczego stanowiska względem fałszowania wyborów w Afganistanie. Pierwotne wyniki wyborów zostały uznane przez Stany Zjednoczone, późniejsze wypowiedzi administracji były już bardziej wstrzemięźliwe.

Ostatecznie 20 października Niezależna Komisja Wyborcza opublikowała oficjalne wyniki. Hamid Karzai uzyskał 49,67%, a Abdullah Abdullah – 30,59%. Komisja ds. Skarg wyborczych rozpatrzyła okołó 2,5 tysiąca skarg wyborczych. Na tej podstawie, Niezależna Komisja Wyborcza unieważniła tysiące głosów oddanych na obecnego prezydenta. Zarzucono m.in. dorzucanie głosów do urny, wielokrotne głosowanie, głosowanie przez nieletnich, a podejrzenie budził fakt rejestracji nadspodziewanie dużej liczby ludności (zwłaszcza kobiet) w porównaniu z poprzednimi wyborami. Co ciekawe, kwestionowano głosy oddane zarówno na Karzaia (1,1 miliona), jak i Abullaha (300 tysięcy). „Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Ogłoszono, iż II tura wyborów prezydenckich odbędzie się 7 listopada. Początkowo kandydaci zgodzili się na takie rozwiązanie, jednak później Abdullah Abdullah swój udział w wyborach uzależnił od spełnienia dwóch warunków. Odwołania przewodniczącego Niezależnej Komisji Wyborczej, Azizullaha Lubina oraz trzech ministrów, którzy jego zdaniem nie dotrzymali zasady bezstronności aparatu państwa w czasie wyborów – spraw wewnętrznych, oświaty i spraw etnicznych. Warunki Abdullaha nie zostały spełnione, co spowodowało rezygnację ze startu w drugiej turze. Wybory stały się farsą – komisja wyborcza miała do wyboru dwa rozwiązania, albo przeprowadzić wybory z jednym kandydatem albo ogłosić zwycięstwo Karzaia. Zdecydowano się na to drugie, by nie narażać wyborców na niebezpieczeństwo represji ze strony talibów. W czasie pierwszej tury zginęło 9 cywilów.

Trudno uznać Abdullaha Abdullaha za modelowego przedstawiciela demokratycznego sposobu myślenia, ale nie ulega wątpliwości, że przynajmniej jego pierwszy warunek był zasadny. Skoro doszło do fałszerstw na tak olbrzymią skalę, to logiczną konsekwencją powinna być dymisja przewodniczącego Niezależnej Komisji Wyborczej, który przecież był odpowiedzialny za organizację wyborów. Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Organizacja Narodów Zjednoczonych zaakceptowały bezboleśnie taki rozwój sytuacji, co pozwala sklasyfikować Afganistan jako tzw. demokrację kontrolowaną. Abdullah postąpił racjonalnie. Ze względów etnicznych, jako Tadżyk, był w dużo gorszej sytuacji, niż Pasztun Karzai, co równałoby się prawie pewnej porażce w wyborach. Ponadto nie można wykluczyć, że ponownie doszłoby do nieprawidłowości. Rezygnując zwrócił przynajmniej uwagę świata na to „jak to się robi” w Afganistanie. Jego szanse i tak były tylko teoretyczne.

Syzyfowa praca
Nowego-starego prezydenta czeka nieprawdopodobnie cięzkie wyzwanie. Określenie sytuacji Afganistanu jako tragicznej byłoby łagodnym określeniem na to, co dzieje się w tym kraju. Rząd kontroluje tylko część kraju i utrzymuje się tylko i wyłącznie dzięki obecności sił NATO.

Afganistan to biedny kraj z PKB per capita wynoszącym 800 dolarów. Średnia życia mieszkańców wynosi 44 lata. Społeczeństwo afgańskie jest bardzo młode – średnia wieku mieszkańca to prawie 18 lat. Aż 42% społeczeństwa żyje poniżej granicy ubóstwa. Notuje się za to zdecydowany postęp w dostępie do podstawowych programów służby zdrowia i alfabetyzacji kraju.

Największą i zaraz naturalną przeszkodą w rozwoju kraju jest toczona od 30 lat wojna, w której nie ma zwycięzcy. Początkowo wydawało się, iż operacja afgańska zakończy się szybkim sukcesem. Wspierany przez Amerykanów Sojusz Północny błyskawicznie wygrał wojnę z wojskami mułły Omara. Afgańczycy uważali Amerykanów za wyzwolicieli – talibowie wprowadzili restrykcyjne prawo, m.in. burzyli szkoły i ograniczali prawa kobiet. Amerykanie nie wykorzystali poparcia, nie szanowali również życia cywilów. Doprowadziło to do spadku zaufania. Od kilku lat liczba ataków na wojska NATO stale wzrasta. Zwycięstwo z talibami będzie możliwe tylko, jeśli ludność cywilna poprze siły NATO. Amerykanie, w ostatnim czasie, zmienili taktykę w Afganistanie. Zamiast burzyć, zajmują się budowaniem. Tylko czy nie za późno?

Afgański rząd próbuje porozumieć się z władcami plemiennymi. To strategia budowania społeczeństwa od dołu. Hamid Karzai apelował nawet do „braci talibów” o rozmowy, jednak muła Omar oświadczył, że to pułapka, zaś Amerykanie dążą do kolonizacji Afganistanu. Samego Karzaia uważają za amerykańską marionetkę. Odnotować jednak należy, że zdarzają się już pierwsze przypadki złożenia broni przez rebeliantów. Na razie to wyjątek od reguły. Plan bardzo przypomina ten z Iraku, gdzie obecnie jest spokojniej. Brak uwzględnienia specyfiki kulturowej Afganistanu był największym błędem taktycznym Amerykanów. Teraz starają się go naprawić.

Jest jeden ranking, w którym Afganistan znajduje się na podium. To drugie miejsce od końca pod względem korupcji według Transparency International Afgańczycy przegrali tylko z Somalią, którą uznać można za państwo-widmo. Barack Obama naciskał na Karzaia, by ten ograniczył korupcję, ale prezydent Afganistanu nie dysponuje narzędziami niezbędnymi do zwalczania tego procederu. Poza tym, nie chce tego zrobić, gdyż oznaczałoby to duże kłopoty z administracją oraz przeciwstawienie się potężnemu lobby narkotykowemu. Brat prezydenta oskarżany jest o czerpania dochodu z narkobiznesu. Jeden z ministrów Karzaia – według doniesień „Washington Post” – został oskarżony o wzięcie od Chińczyków 30 milionów dolarów łapówki za ustawienie przetargu na kopalnie miedzi. Karzai nie ma autorytetu do walki z patologiami.

Studnia bez dna
Nic nie zapowiada, by wojna w Afganistanie miała się zakończyć. Amerykanie stoją przed nieprzyjemnym wyborem – wycofać się szybko z Afganistanu przesądzając losy rządów Karzaia albo dosłać dodatkowych żołnierzy, których misja nie będzie ani łatwa, ani przyjemna. Barack Obama zdecydował się na to drugie wyjście, ale nie ma gwarancji powodzenia operacji. Strata Afganistanu mogłaby być dla Stanów Zjednoczonych nie tylko prestiżową porażką, którą porównać można by było do Wietnamu. Taka sytuacja doprowadziłaby również do destabilizacji sytuacji w Pakistanie oraz Iraku.

Jak dotąd w Afganistanie zginęło około 850 żołnierzy amerykańskich. Organizacja badawcza badająca wydatki rządu federalnego, National Priorities Project , ocenia, iż wojna w Afganistanie kosztowała dotychczas 228 miliardów dolarów. Aktualnie rząd amerykański wydaje około 3,6 mld dolarów miesięcznie n wojnę w Afganistanie, a zwiększenie kontyngentu spowoduje wzrost kosztów. Niewątpliwie, nie jest to najlepiej ulokowana inwestycja.

Prezydent Stanów Zjednoczonych podkreśla, że gdy tylko będzie taka możliwość, wycofa wojska z Afganistanu. Na razie zdecydował o wysłaniu dodatkowych żołnierzy, co czyni z niego bezpośredniego kontynuatora polityki prezydenta Busha. Nie wiadomo również, kiedy (i czy w ogóle) rząd afgański uzyska na tyle silną pozycję, by Amerykanie mogli się wycofać bez narażania prezydenta na bezsenne noce. Hamid Karzai nie daje takich gwarancji. Nie radzi sobie z korupcją w swoim najbliższym otoczeniu, nie dysponuje autorytetem, a jego legitymacja społeczna również budzi wątpliwości. Trzeba jednak zaznaczyć, że z zadaniem, jakie przed nim postawiono, mógłby nie poradzić sobie nawet Herakles, dla którego łatwiejsze byłoby sprzątanie stajni Augiasza, aniżeli próba ustabilizowania sytuacji w Afganistanie.

Więcej na podobny temat:
- Afgańska podróż za jeden uśmiech

Artykuł ukaże się w czasopiśmie “Notabene”

Izrael vs Iran – kto kogo zaatakuje?

2 komentarzy

W filmie „Jutro nie umiera nigdy” agent brytyjskego wywiadu i miłośnik pięknych kobiet, niejaki James Bond, zmaga się z medialnym magnatem, Elliotem Carverem. Carver chce doprowadzić do wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, na czym jego koncern zarobiłby miliardy dolarów. Współczesne media także na konflikcie irańsko-izraelskim próbują zarobić, zaogniając atmosferę. O tyle dobrze, że przynajmniej nie pragną wywołać wojny, którą odczułby cały świat.

Rozumowanie części dziennikarzy i publicystów (Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, Eli Barbur, ludzie związani z Fundacją Europa 21) jest proste – gdy tylko Iran zdobędzie broń atomową, od razu zaatakuje Izrael. Co więcej, jest to główny cel strategiczny tego państwa, dlatego nie można wykluczyć izraelskiego ataku prewencyjnego na irańskie obiekty związane z programem jądrowym – jako konieczną samoobronę. Media bezustannie podgrzewają atmosferę – a to sugerując, że Iran dąży do „wymazania Izraela z mapy”, innym razem pisząc, że anonimowe źródło zbliżone do Ministerstwa Obrony nie wyklucza, że Izrael uderzy prewencyjnie na Iran. Ja nie wykluczam, że za 50 lat będę chodził po Marsie, chociaż raczej w to wątpię. Żaden polityk izraelski nie przyzna się nigdy oficjalnie, że Izrael rezygnuje z opcji militarnej, bo nałożyłby sobie na szyje polityczną linę. Nie oznacza to jednak, że wyśle zaraz kilkadziesiąt myśliwców nad terytorium Iranu. Irańscy i izraelscy politycy prowadzą przemyślaną politykę zagraniczną, która jest interesującą rozgrywką, a nie chaotycznym biciem się na maczugi.

Ta medialna wojna trwa już od kilku lat. Ile mogą Amerykanie i Żydzi w Iranie, pokazują nieudane próby zatrzymania programu atomowego tego państwa, a ile może Iran w Izraelu, obrazuje interwencja w Strefie Gazy. Irańczycy nie wspomogli Hamasu, ani bezpośrednio (np. militarnie), ani pośrednio (nasyłając Hezbollah). Mahmud Ahmadineżad ograniczył się do groźnych pomrukiwań. W tym momencie to wojna pozycyjna, a wrogość izraelsko-irańska jest wykorzystywana przez rządy tychże państw do celów ideologicznych oraz media, gdyż tytuł „zbliża się wojna” jest bardzo „catchy”.

Opcja militarna, ani z jednej, ani z drugiej strony, nie rozwiązuje żadnego problemu, tworząc równocześnie mnóstwo nowych. Atak Izraela na Iran nie gwarantuje zniweczenia programu atomowego, jak w przypadku Iraku. Prawdopodobnie Izrael jest w stanie go jedynie przedłużyć, bo Teheran swoje instalacje kryje głęboko pod ziemią i zabezpiecza się przed potencjalnym atakiem. Jakie byłyby konsekwencje takiego nalotu, który nie daje pewności powodzenia? Iran, w przeciwieństwie do innych państw, dysponuje środkami odwetowymi. Po pierwsze – natychmiastowe zdestabilizowanie sytuacji w Palestynie, Mahmud Abbas i jemu podobni umiarkowani politycy byliby skończeni. Iran dysponuje również “Hezbollahem”, który znacznie uprzykrzyłby życie Izraelowi na północy. Teheran może się również zdecydować na zablokowanie cieśniny Ormuz, co spowodowałoby wzrost ceny baryłki ropy do około 300 dolarów. Iran w zanadrzu ma jeszcze opcje saudyjska (atak powietrzny na złoża?) i iracką (powrót do sytuacji sprzed 2-3 lat). Pytanie – co po nalocie? Wkroczenie wojsk amerykańskich, wojna i Afganistan w wersji super hardcore? Jak zachowają się Rosjanie i Chińczycy, których interesy zostaną naruszone? Co ze światową gospodarką? Te wszystkie niewiadome powodują, że zwolennikiem opcji militarnej nie będzie raczej laureat pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama. Stany Zjednoczone nie tylko straciłyby twarz, ale po raz kolejny okazałoby się, że to ogon kręci psem.

Teraz przeanalizujmy drugą możliwość. Iran atakuje Izrael przy pomocy broni atomowej. Jeśli robi to z terytorium Iranu, to używa do tego celu rakiet. Sytuacja staje się dramatyczna zarówno dla Żydów, jak i Irańczyków. Istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że izraelski system przeciwrakietowy Arrow, a jeśli nie on, to amerykańska „nowa tarcza antyrakietowa”, poradzi sobie z zagrożeniem, a lata oraz miliardy dolarów przeznaczone na projekt atomowy okazały się bezużyteczne. Teraz można sobie wyobrazić izraelsko-amerykańską ripostę, bo przecież nikt już Iranu bronić nie będzie, łącznie z Chinami i Rosją. Jeszcze gorszy los czeka Iran w drugim przypadku, jeśli rakieta dosięgnęłaby celu – wtedy nie tylko ajatollahowie zniknęliby z powierzchni ziemi, ale i cały Teheran. Posiadanie broni atomowej ma sens do momentu, w której jej się użyje.

Tutaj pojawia się najważniejsza wątpliwość. Czy Chamanei’emu oraz Ahmadineżadowi zależy na samobójczej wojnie atomowej? Nie, ich polityka zagraniczna oparta jest na bardzo racjonalnych przesłankach, które zapoczątkował już szach Pahlavi, za którego czasów zaczęły się pierwsze prace nad programem jądrowym. Uzyskanie broni nuklearnej znacznie zwiększyłoby prestiż Teheranu oraz zniwelowałoby, przynajmniej w jakiejś części, przewagę strategiczną Izraela w tym regionie świata. Jakby nie patrzeć – to Izrael obecnie posiada monopol atomowy na Bliskim Wschodzie i rozdaje tym samym karty, będąc w dodatku pod parasolem amerykańskim.

W czasach zimnej wojny istniał system wzajemnego zastraszania, który zagwarantował pokój. Nie uważam, że posiadanie broni atomowej przez Iran byłoby korzystną sytuacją, ale nie przeceniałbym zagrożenia. Atak na Izrael najzwyczajniej w świecie Iranowi się nie opłaca, a ideologia niech pozostanie jednym z instrumentów polityki zagranicznej. Bardziej prawdopodobny jest prewencyjny atak Izraela na obiekty irańskie, ale – jak wykazałem wyżej – byłby on bardzo kosztowny i niezwykle ryzykowny, a korzyści z niego mogłyby być zerowe. W jakimś stopniu obie strony trzymają się w szachu.

Obecny Iran boryka się z olbrzymimi problemami gospodarczymi, gaz importuje, zamiast eksportować, bezrobocie szaleje, a rozbudowany sektor państwowy generuje straty. Nie można również zapominać o zacofanej infrastrukturze i coraz większym niezadowoleniu młodych ludzi. Iran stanie się potężny dopiero wtedy, gdy jego gospodarka zacznie wykorzystywać swój potencjał, a jest to bardzo mało prawdopodobne bez pomocy Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Iran, chcąc osiągnąć pozycję mocarstwową, musi pogodzić się z faktem, że współpraca z Zachodem to konieczność, a to oznacza ustępstwa. Optymalny plan zakłada, że Iran zrezygnowały z programu jądrowego, ale na to Persowie mogą być po prostu zbyt dumni.

Politycy izraelscy działają racjonalnie. Ich obawy są zrozumiałe, ale coraz trudniej będzie im zahamować pędzący pociąg o nazwie „irański program atomowy”. Tu nie chodzi o zagrożenie egzystencji, a o zmniejszenie przewagi strategicznej Izraela w regionie i spadek prestiżu. Działania Izraela są oczywiste z punktu widzenia interesu narodowego, ale to samo należy powiedzieć o Iranie. Chłodnej analizy jest dużo więcej niż niektórym się może wydawać. Izrael zaatakuje Iran tylko wtedy, gdy jego interesy będą bardzo poważnie zagrożone lub – jak w przypadku Iraku – uda się zminimalizować ryzyko fiaska operacji.

W filmie „Sierżant Bilko” tytułowy bohater, hazardzista, ustawił walkę bokserską. Umówił się z jednym bokserem, ale zapłacił nie temu, co trzeba. W efekcie obaj walczyli tak, żeby siebie nie uderzyć. Przypomina to aktualną relację Izraela z Iranem. Obie strony robią groźne miny, ale żadna z nich na razie nie decyduje się na wyprowadzenie ciosu. Medialne wieści o wojnie wydają się przesadzone.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle

Nagroda Nobla na kredyt

2 komentarzy

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Barackowi Obamie stało się już obiektem żartów i kpin. Tylko, czy kogoś to tak naprawdę powinno dziwić? Jeśli prześledzimy decyzje Komitetu Noblowskiego na przestrzeni ostatnich 108 lat, to zorientujemy się, że nie jest to najgorsza decyzja w historii. Na pewno również nie najlepsza.

W dwudziestoleciu międzywojennym nagrodzeni zostali trzej ministrowie spraw zagranicznych. Brytyjski, Joseph Austen Chamberlain w 1925 roku, a w 1926 – polityk francuski, Aristide Briand i jego odpowiednik z Niemiec, Gustaw Stresemann.. Za Traktat z Locarno. Cóż takiego zrobili ci panowie dla pokoju?

Traktaty podpisane w Locarno (1925 rok), w dużym skrócie, gwarantowały granice francusko-niemiecką i niemiecko-belijską, czyli potwierdziły ustalenia traktatu wersalskiego co do zachodnich granic Republiki Weimarskiej. Nie zagwarantowano przy tym żadnych innych granic – ani niemiecko-czechosłowackiej, ani polsko-niemieckiej itd. Mocarstwa zachodnie pozostawiły zatem w tej sprawie otwartą furtkę. Oficjalny ton niemieckich polityków brzmiał więc mniej więcej tak: granice zachodnie ustaliliśmy, ale zawsze możemy porozmawiać o granicy wschodniej, bo ustalenia wersalskie były w tej kwestii niesprawiedliwe. Traktat z Locarno stał się jednym z punktów zaczepiania dla tematu rewizji granicy. Od tej chwili mieliśmy w Europie niemieckie granice zagwarantowane przez mocarstwa zachodnie oraz te, których utrzymanie nie było takie oczywiste. Łatwo wyobrazić sobie, jak przełożyło się to na koncepcje prowadzenia niemieckiej polityki zagranicznej i zwiększenie presji na państwa, których granice nie zostały dodatkowo potwierdzone.

Traktat z Locarno również znacząco wzmocnił pozycję Niemiec. Zaowocował m.in. wstąpieniem do Ligi Narodów. Na tej podstawie III Rzeszę budował Adolf Hitler, który bez problemu naruszył granicę niemiecko-czechosłowacką i niemiecko-polską. Historia może się tylko zaśmiać nad decyzją Komitetu Noblowskiego, bo wspomniane umowy raczej przybliżały wojnę i konfrontację niż im zapobiegały.

W 1929 roku nagrodę dostał Frank Kelogg, Sekretarz Stanu USA z pakt Kelloga-Brianda, w którym wyrzekano się wojny jako instrumentu polityki zagranicznej. Dokument, bardzo idealistyczny i zamknięty w sferze aksjologii, nie zakładał żadnych sankcji. Podpisało go kilkadziesiąt państw, w tym Niemcy, Włochy i Japonia. Okazało się, że był warty tyle, ile papier zużyty na jego wydrukowanie, co pokazały inwazje Japonii na Mandżurię i Włoch na Abisynię. Nagroda bardzo podobna dla tej Baracka Obamy – za deklarowane chęci.

W 1973 roku Pokojową Nagrodę Nobla przyznano Henry’emu Kissingerowi oraz Le Buc Tho. Za podpisane w Paryżu „porozumienie pokojowe”. Tak naprawdę ciągle trwała wojna, ale Amerykanie wycofywali swoje wojska głosząc koniec konfliktu. Wietnamczyk nie był jednak aż takim hipokrytą i nagrody nie przyjął. Sajgon, stolica Wietnamu Południowego, został ostatecznie zdobyty w 1975 roku i od tego czasu w całym Wietnamie rządzą komuniści. W 2007 roku nagrodę otrzymał Al Gore i Międzynarodowy Zespół do Spraw Zmiany Klimatu. Skoro Al Gore mógł zostać laureatem, to czemu nie Barack Obama?

Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych aktywnie uczestniczył w olimpijskiej kampanii Chicago. Przegrał z Rio de Janeiro, więc może Nobel jest w tym przypadku nagrodą pocieszenia?

W sprawie „wizji świata wolnego od zbrojeń” ciężko uznać zasługi tegorocznego laureata Nagrody Nobla. Oficjalnie głosi taką koncepcję, ale sam w nią nie wierzy. Jeśli Nobel jest efektem negocjacji amerykańsko-rosyjskich, to czemu nie otrzymał go również Dmitrij Miedwiediew? Należy jednocześnie pamiętać, że jednymi z najbliższych sojuszników amerykańskich są Izrael, który – co jest tajemnicą poliszynela – dysponuje bronią atomową oraz Pakistan, który oficjalnie ją posiada. Oba te kraje zdobyły ją w sposób nielegalny i nic nie będzie w stanie ich nakłonić do pozbycia się tego strategicznego złotego jajka. Co więcej, Amerykanie podpisali umowę z Indiami, która de facto sankcjonuje posiadanie przez ten kraj broni nuklearnej. Likwiduje wszelkie ograniczenia indyjsko-amerykańskie, które zostały nałożone po uzyskaniu przez New Delhi tego środka. Zakłada wymianę cywilnymi technologiami jądrowymi. Amerykanie, co jest niejako koniecznością, liczą na rozwinięcie kontaktów polityczno-gospodarczych z Indiami, państwem o niezwykłym potencjale.

W sprawie nierozprzestrzeniania broni atomowej można wspomnieć jedynie o – jak na razie nieskutecznych – próbach wpłynięcia na Iran i pewną zmianę rozumowania na takie, które dopuszcza rozmowy z Teheranem. Efektów na razie brak.

Barack Obama dał nadzieję milionom ludzi w Ameryce i na świecie na zmiany. Zmienił kurs amerykańskiej polityki zagranicznej, ale po pierwsze – na razie wszelkie pokojowe deklaracje kończą się na słowach, a po drugie – fundamentalne założenia amerykańskiej polityki zagranicznej są nadal takie same. Za oceanem Jimmy Fallon żartuje, że Obama odbierze Nobla zaraz po tym, jak skończy wojny w Afganistanie i Iraku. Obama ma do czynienia z tym, co każdy polityk głoszący w czasie kampanii idealistyczne koncepcje – z rzeczywistością.

Fakty wyglądają tak: w Iraku i Pakistanie jest niestabilnie, w Afganistanie trwa wojna. Amerykanie w swoim kraju borykają się z największym kryzysem gospodarczym od 80 lat, a pakiety pomocowe Obamy pomogły, owszem – ale głównie menadżerom, zadłużając kolejne pokolenia. Na Bliskim Wschodzie nadal bez zmian. Trudno oczekiwać, by na izraelskim premierze, Netanjahu i na Hamasie, nagroda zrobiła jakiekolwiek wrażenie. Iran z rozwagą prowadzi swoją politykę zagraniczną i radzi sobie z coraz mocniejszymi naciskami. Obama zmienił koncepcję tarczy antyrakietowej, kierując ja głównie tam, gdzie są interesy Izraela – przeciwko Teheranowi.

Nie można wykluczyć, a nawet należy życzyć, Obamie, by w przyszłości zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Na razie powoli zmienia klimat międzynarodowy na mniej konfrontacyjny, jest dużo łagodniejszy od prezydenta Busha. Nagroda przydzielona została za starania, a nie efekty.

Tylko że, jak pokazuję wyżej, nie jest to najgorszy wybór, jakiego można było dokonać. Istniała jeszcze jedna możliwość – nie przyznanie tej nagrody nikomu, co było już praktykowane. Prezydent Stanów Zjednoczonych ma jeszcze 3 lata, by pokazać, że Komitet Noblowski postąpił słusznie, dając mu nagrodę na kredyt i wzmacniając tym samym jego międzynarodową pozycję. W kolekcji Baracka Obama brakuje już chyba tylko Paszportu Polsatu.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle
- Wyreżyserowany spektakl – Obama w Moskwie

 12Starsze artykuły