Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Izrael

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Napięcie wokół Iranu – stara miłość nie rdzewieje

1 komentarz
źródło: crossed-flag.com

źródło: crossed-flag.com

Co roku na jesień, tak mniej więcej od 2003 roku, pojawia się ten sam temat. Irański program atomowy. Izrael twierdzi, że jest gotowy do ataku, a Iran, że jest przygotowany na obronę, a jego program ma jedynie cel pokojowy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można ocenić, iż sytuacja ta powtórzy się w przyszłym roku, a potem jeszcze w następnym. Zazwyczaj zaczyna się tak samo – od przecieków z raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej stwierdzającej, iż Iran prawdopodobnie pracuje nad skonstruowaniem broni atomowej.

Izrael i Iran – jakie cele?
Dla zrozumienia sytuacji należy przedstawić sytuację strategiczną obydwu państw. Izrael jest izolowany w regionie, a chłodne stosunki łączą go nawet z tymi nielicznymi państwami, z którymi posiada stosunki dyplomatyczne (Jordania, Egipt, Turcja). Najważniejsza dla każdego premiera Izraela jest polityka bezpieczeństwa, a jednym z jej głównych założeń jest monopol na broń atomową. Każdy, kto zdecyduje się zaatakować Izrael w celu jego zniszczenia, musi liczyć się z tym, iż również jego kraj zakończy swoją egzystencję i stanie się niezamieszkaną pustynią.

Iran z kolei potrzebuje broni atomowej wcale nie po to, aby Ahmadineżad mógł wcisnąć przycisk i zniszczyć Izrael. Irańskiej dyplomacji marzy się przywództwo w świecie muzułmańskim i status mocarstwa regionalnego. Zamiast go uzyskać przy pomocy gospodarki, Persowie postawili na siłę militarną. Pozyskanie broni atomowej wzmocniłby pozycję Teheranu w regionie kosztem m.in. Arabii Saudyjskiej, ale także Stanów Zjednoczonych, jednocześnie osłabiając znaczenie przewagi atomowej Izraela. Program atomowy jest więc narzędziem politycznym – stąd też niejednoznaczna polityka Moskwy i Pekinu, które godzą się na nakładanie miękkich sankcji, ale nie chcą topić ajatollahów. Sama Rosja rozgrywa o tyle ciekawą partię, iż z jednej strony, sama pomaga w budowaniu elektrowni atomowych w Iranie, a z drugiej, głosuje za sankcjami i wycofuje się z realizacji kontraktu na dostawę systemów przeciwlotniczych S-300.

Izrael i Stany Zjednoczone – ze względu na swoją pozycję – muszą czynić wszystko, aby Iran nie wszedł w posiadanie broni atomowej, a Iran – ze względu na swoją potencjalną pozycję – stara się takową broń zdobyć albo przynajmniej przekonać wszystkich, iż nad nią pracuje.

Eskalacja konfliktu
Uprzejmości wobec Iranu są wręcz nieustannie. Podejrzane wybuchy, śmierć naukowców pracujących przy programie atomowym czy tajemniczy wirus Stuxnet, który miał zastopować irański program atomowy – tak wyglądał ten rok.

To jednak nic w porównaniu z potencjalnym bombardowaniem. Jedno jest pewne – jeżeli atak nastąpi to na pewno w momencie, gdy nikt się tego nie będzie spodziewał. Izrael, jeżeli poczuje, że zagrożone jest jego bezpieczeństwo i nie ma innego wyboru, dokona ataku. Największy ból Izraelczyków jest jednak inny. Prezydent Obama średnio pali się do wspomagania takiej akcji – a przecież bombowce gdzieś muszą wylądować, a także przez czyjąś strefę lotniczą (Irak?) przelecieć. Ponadto – nie ma żadnej gwarancji, że bombardowanie przyniesie wymierny efekt. Panuje powszechne przekonanie, że ewentualny atak – bardzo kosztowny politycznie – może jedynie wstrzymać prace nad bronią o – mniej więcej – dwa lata. Iran w odpowiedzi zdestabilizowałby – i tak niespokojny – region poprzez swoje działania w Libanie (Hezbolllah), Iraku czy Arabii Saudyjskiej.

Polityka jest więc tutaj decydująca. W zamieszaniu wokół atomowego Iranu największą rolę odgrywają interesy poszczególnych państw i ich pozycja w regionie, a w mniejszym stopniu kwestie pokoju na Bliskim Wschodzie, którego nie chce ani Izrael, ani, Iran. W samej układance najciekawszy – z punktu widzenia Teheranu – jest inny fakt. Przy obecnej technologii i celności (a raczej niecelności) rakiet, wycelowanie w Tel Awiw może się skończyć Holocaustem nie narodu żydowskiego, a palestyńskiego…

Na marginesie o uwolnieniu Gilada Szalita

Brak komentarzy
źródło: wiadomosci.gazeta.pl

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

Gilad Szalit spędził 5 lat na terytorium Strefy Gazy – jego stan zdrowia po szczęśliwym powrocie uznany został za stabilny, lecz – jak można się domyślać – “więzień” siedział w zamkniętych pomieszczeniach i promienie słońca nie docierały do niego zbyt często. Uwolnienie sierżanta (a w chwili porwania – kaprala) Szalita kosztowało jednak bardzo drogo – uwolnienie 1027 więźniów.

Pozwolę sobie na kilka uwag związanych  z tym wydarzeniem.

1. Cena za wolność Szalita jest olbrzymia, bo premier Netanjahu nie tylko zmniejsza bezpieczeństwo Izraela w sposób bezpośredni, ale również – w rozgrywce palestyńsko-palestyńskiej – wzmacnia Hamas

Jak Mahmud Abbas ma się przebić ze swoimi pokojowymi pomysłami, gdy Izrael ustępuje tylko pod wpływem argumentu siły? Hamas znowu będzie królował na tzw. palestyńskiej ulicy. Rachunek na przyszłość te jest nieprzyjemny. Skoro tyle można uzyskać poprzez porwania to dlaczego Hamas miałby nie ponowić takiej operacji?

2. Jednocześnie trzeba pamiętać o drugim aspekcie tej sprawy. Jeżeli politycy izraelscy myślą o pokoju to więźniów palestyńskich, w tym część skazaną za terroryzm, musieliby i tak wypuścić. O tyle szkoda, że “wynegocjował” to Hamas, a nie Fatah. Znowu potwierdziła się teza, że obecny rząd Izraela potrzebuje Hamasu, a Hamas rządu izraelskiego. W tym duecie obie strony są w stanie nie tylko utrzymać, ale nawet umocnić swój stan posiadania.

Pierwszych uwolnionych więźniów witało – według szacunków BBC – około 100 tysięcy mieszkańców Strefy Gazy. Bohaterowie wracają z wojny dzięki negocjacjom Hamasu. Taki będzie przekaz.

3. Należy bezwzględnie potępić wszelkie akty terroryzmu, a zwłaszcza te, których wynikiem jest śmierć cywilów.

Nie wolno jednak zapominać, że ta zasada musi działać w dwie strony. Palestyński bojownik z Brygad al-Kassam zabijający izraelską 9-letnią dziewczynkę powinien zostać oceniany tak samo jak izraelski żołnierz zabijający 9-letniego chłopca. Taki żołnierz, podobnie jak bojownik, powinni znaleźć się w więzieniu, a czy tak jest – pozostawiam swobodę oceny Czytelnikowi.

Do czego jednak zmierzam – tak, na liście ponad 1000 więźniów znajdują się terroryści odpowiedzialni za śmierć cywilów – to prawda. Zachęcam jednak do obejrzenia listy osób przeznaczonych do zwolnienia w wyniku umowy na stronie Al-Jazeery.

Uwagę zwraca, że niczym szczególnym nie było otrzymać wyrok dożywocia (czy nawet kilkukrotnego dożywocia) mając około 20 lat Wyroki były niezwykle surowe, a wina części skazanych – wcale nie taka oczywista.

4. Premier Netanjahu uznał, że uwolnienie Szalita jest mu teraz potrzebne dla celów swojej polityki. Postawa izraelskiego rządu bardzo ewoluowała – od “żadnych rozmów z terrorystami” do pragmatycznego dealu, który obserwujemy.

Jeżeli jednak Netanjahu chciałby go wcześniej uwolnić to z pewnością na takich samych warunkach mógł to uczynić około 2 lat temu.

Izraelski rząd zademonstrował jednak coś innego – dla niego liczy się życie każdego swojego człowieka i uwolnienie Szalita może podbudować Izraelczyków i ich wiarę w państwo, które nie zostawia swoich obywateli w potrzebie. Czy będzie to trochę przerysowana wizja? Być może, ale tak ludzie będą to odbierać. W obecnej sytuacji jest to społeczeństwu potrzebne – wokół Arabska Wiosna, w Egipcie zmiana władzy,  zimna wojna z Turcją itd.

5. Wymiana Szalita na 1027 palestyńskich więźniów była również jednym pytań w debacie Republikanów w Stanach Zjednoczonych. Michele Bachmann została zapytana czy Amerykanie postąpiliby podobnie?. Odpowiedziała, że “żadnych negocjacji z terrorystami”.

Nowojorska rozgrywka izraelsko-palestyńska

Brak komentarzy
źródło: aljazeera.net

źródło: aljazeera.net

Mahmud Abbas ogłosił decyzję – Palestyna złoży na ręce Sekretarza Generalnego ONZ, Ban Ki-Moona, wniosek o przyjęcie w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pierwotnie taki wniosek miał być złożony 20 września, ale Palestyńczycy grają na czas i złożą go nieco później – czekając do końca na odpowiadającą im ofertę, wiedząc że po głosowaniu w/s członkostwa – na 100% przegranym – wcale nie obudzą się w lepszym świecie.

W Nowym Jorku znajduje się też prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, oraz premier Izraela, Benjamin Netanjahu. Obama zapowiedział już publicznie zawetowanie wniosku palestyńskiego w RB ONZ, co przesądza o jego losie. Jednocześnie ani Izraelczykom, ani Amerykanom nie zależy na dojściu do głosowania, bo cały świat będzie krytykował Waszyngton – podobnie jak w przypadku potępienia izraelskiego osadnictwa na Bliskim Wschodzie, poprzednim razem, gdy 14 państw głosowało “za”, a Amerykanie “przeciwko”.

Proponowane wyjście z impasu?
Oficjalna propozycja amerykańska i izraelska brzmi: wróćmy do rozmów, ale bez warunków wstępnych. Z medialnego punktu widzenia – brzmi to co najmniej nieźle. Pokazuje chęć rozmów i to natychmiast. Równocześnie trwa izraelsko-amerykańska ofensywa dyplomatyczna mająca na celu maksymalnie zmienić wynik głosowania w taki sposób, aby to nie tylko amerykańska postawa zapobiegła przyjęciu Palestyny do ONZ.

Tylko że Abbas – zgadzając się na powrót do bezpośrednich rozmów – nie uzyskuje nic, poza dialogiem, który przecież – oficjalnie czy też nie – trwa od kilkudziesięciu lat. Warunek wstępny Palestyńczyków zakłada wstrzymanie rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Jerozolimie Wschodniej, które w istocie jest szantażem. Izrael najpierw zainstaluje osadników, a potem powie, że oni już tam są i trudno o ich ewakuację. Polityka faktów dokonanych – bardzo skuteczna. Warunek palestyńskich – z racjonalnego punktu widzenia – wcale nie jest zaporowy, a jest rzeczywistym minimum, takim jak na przykład to,  że na czas rozmów zbrojne ramię Fatahu nie będzie atakować Izraelczyków.

Fatah (partia Mahmuda Abbasa) już teraz znajduje się w nie najlepszej sytuacji, a różne patologie władzy obecne w Palestynie wzrostowi poparcia nie służą-  zwłaszcza w czasie Arabskiej Wiosny. Nawet jeśli przegra głosowanie, ma szanse wzmocnić swoją pozycję, gniew kierując w stronę Izraela i Stanów Zjednoczonych. Jeśli się wycofa i w ramach bezpośrednich rozmów dostanie to samo co zwykle – czyli nic + następne izraelskie osiedla, to z pewnością za wygranego wśród swoich rodaków uchodził nie będzie. A sam proponował już Izraelczykom m.in. rezygnację z nierealnego prawa Palestyńczyków do powrotu.

Abbas zatem może odpuścić tylko wtedy, gdy uzyska odpowiednie gwarancje ustępstw izraelskich, a na to z kolei – również z powodów politycznych – pójść nie zamierza reprezentujący mocno prawicowy elektorat, w tym osadników, premier Netanjahu. Jego wyborcy nie chcą pokoju z Izraelem, na pewno nie w granicach z 1967 roku, a z własnych domów – czyli osławionych już osiedli – również się nie mają ochoty wyprowadzać.

A Amerykanie?
Sytuację mogliby uratować Amerykanie. Co prawda cały prestiż Waszyngtonu wyparował wraz z interwencją w Afganistanie i Iraku, ale mają oni ważne argumenty mogące przekonać Izraelczyków i Palestyńczyków do pokoju – amerykańskie, oryginalne dolary. Izrael otrzymuje, w różnej formie, pomoc o wysokości kilku miliardów dolarów. Autonomia Palestyńska również finansuje się m.in. z pieniędzy amerykańskich. Między Izraelem, a Stanami Zjednoczonymi istnieje też strategiczny sojusz wojskowy.

Amerykanie mają zatem możliwość pociągania za odpowiednie sznurki. Robią to jednak jedynie w jedną stronę – Palestyńczycy nieraz stawali przed groźbami odcięcia strumienia pieniędzy. O analogicznym przypadku w stosunku do Izraela nie słyszałem.

Nie wygląda jednak na to, aby Obama miał rozplanowaną grę – wszakże sam proponował granice z 1967 jako podstawę rozmów, a teraz się z tego wycofuje. Wielokrotnie oficjalnie potępiał również rozbudowę osadnictwa i zachęcał do jej zaprzestania – już tego nie robi. Naciska zatem na ustępstwa na Abbasa, czyli słabszego zawodnika, który nie dysponuje wpływowym lobby na Kapitolu. To on ma oszczędzić Ameryce nieprzyjemności związanych z wetowaniem, w tym wykorzystaniu go przez antyamerykańskie ugrupowania na Bliskim Wschodzie.

Na odsiecz Palestyńczykom – przynajmniej oficjalnie – ruszyła Arabia Saudyjska. Ustami księcia Turkiego al-Faisala zapowiedzieli, że w razie amerykańskiego weta dojść może do kryzysu na linii Waszyngton-Rijad.

Trzeba pamiętać, że tzw. Arabska Wiosna wręcz naturalnie jest propalestyńska, a zatem i antyizraelska. Doskonale widać to przy okazji wydarzeń w Egipcie, gdzie niszczy się gazociągi prowadzące do Izraela, demonstruje przed ambasadą czy otwiera – wcześniej zamkniętą – granicę ze Strefą Gazy. Saudyjczycy – chcąc, nie chcąc – muszą ostentacyjnie demonstrować poparcie dla Palestyńczyków, chociażby względu na niepokoje oraz oficjalną linię państw muzułmańskich (w tym Turcji). Trudno jednak oczekiwać, by w wyniku weta doszło do zerwania przyjaznych stosunków amerykańsko-saudyjskich.

To co teraz?
Aż do głosowania Mahmud Abbas poddawany będzie olbrzymiej presji. Różne scenariusze są otwarte. Jeżeli Amerykanie chcą pokoju – muszą przekonać premiera Netanjahu, aby na czas rozmów powstrzymał izraelskie osadnictwo. Proszę wyobrazić sobie – jesteśmy na etapie problemów ze wznowieniem rozmów, a co dopiero o rozwiązaniu olbrzymiej liczby problemów (osadnictwo izraelskie, granice, status Jerozolimy, woda na Zachodnim Brzegu itd).

Najbardziej optymistyczny, aczkolwiek mało prawdopodobny, scenariusz zakłada, że Obama i Netanjahu mają gotowe propozycje dla Abbasa i nie ujawniają ich, nie chcąc ich spalić. O ile te prezydenta Obamy są czasami sensowne, o tyle zawsze – w razie konfliktu ze stanowiskiem Izraela – wycofuje się z nich. Bezpośrednie rozmowy mają sens tylko wtedy, gdy idą za nimi konkretne propozycje, a nie tylko przystawki.

Obama i Netanjahu mają rację, gdy podkreślają, że faktycznie niepodległa Palestyna może powstać tylko na drodze negocjacji, a nie jednostronnych wniosków do ONZ, aczkolwiek obie strony mogą dojść do porozumienia jedynie w razie dwustronnych, olbrzymich ustępstw. Chęci do nich, zwłaszcza po stronie obecnego rządu, brakuje – zgodnie zresztą z głosami wyborców, którzy taki układ polityczny w Izraelu popierają. Palestyńska polityka w Nowym Jorku pokazuje tylko ich bezradność.

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. III

2 komentarzy
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Można powiedzieć, że z mojego punktu widzenia wakacje rozpoczynają się na nowo, zatem zapraszam do kolejnego wydania “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów”. Dawno nic nie pisałem, więc trochę w międzyczasie się wydarzyło. Notowanie trzecie!

5. Iran prowadzi badania nad bronią atomową.
Co w tym absurdalnego? Oczywiście nic – Iran prawdopodobnie rzeczywiście prowadzi takie działania i izraelsko-amerykański wirus mocno pokrzyżował mu szyki, aczkolwiek zabawne są momenty pojawienia się takiej informacji.

Sezon ogórkowy? Nic się nie dzieje? Media nie mają o czym pisać? Zawsze z pomocą przybędą MAEA i Iran. MAEA wyda oświadczenie, że podejrzewa, iż Teheran prowadzi badania i ma na to dowody, Iran odpowie, że prowadzi badania nad energią atomową tylko do celów pokojowych, a nawet jakby było inaczej, to ich sprawa. Tylko w Izraelu się nie śmieją.

A redaktorzy działów zagranicznych szczęśliwi. Jest temat i to w dodatku nośny. Na koniec tekstu dorzuci się przecież tę samą frazę co od mniej więcej 10 lat – “Izrael i Stany Zjednoczone rozważają bombardowania”.

4. Palestyńczycy “140 państw na 193 poprze nas w ONZ”
Palestyńscy liderzy są przekonani, iż uzyskają dobry wynik w ONZ w kwestii swojego uznania. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy – uznać to ich może, kto tylko chce. Czym innym jest jednak zapowiadany przez nich cel – mianowicie przystąpienie do ONZ, wymagające przejścia i przez Zgromadzenie Ogólne i przez Radę Bezpieczeństwa.

Z tego co wiem, to Amerykanom nadal “zależy na pokoju, ale priorytetem pozostaje bezpieczeństwo Izraela”, co oznacza mniej więcej tyle, że w razie problemu Amerykanie zawetują palestyński wniosek w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Szansą na wygranie głosowanie przez Palestyńczyków jest otrzymanie statusu obserwatora. Rzeczywiście, taką większość w ZO ONZ mogą uzyskać. Tylko że będzie to pyrrusowe zwycięstwo – wszakże Organizacja Wyzwolenia Palestyny otrzymał taki status już w latach siedemdziesiątych. Jeżeli jednak rzeczywiście 140 państw uznałoby Palestynę za niepodległe państwo w jakimś innym trybie lub innej procedurze, byłby to sukces dyplomatyczny Abbasa i spółki. Problem z tym, że takiego sukcesu nie uda się przełożyć w negocjacjach. Sztuka dla sztuki.

Palestyńczycy nie mają pomysłu na pokój i są podzieleni, z kolei obecny izraelski rząd nie chce pokoju. Jeżeli ktoś jest optymistą, to może pora, żeby wytrzeźwiał?

3. “Negocjacje” Ukrainy z Rosją w sprawie gazu
Jednym z pierwszych dealów zawartych po dojściu do władzy przez prezydenta Janukowycza i premiera Azarowa była korekta umowa gazowej.

Wszystko przebiegało sensownie – Rosjanie obniżają cenę gazu (450 dol. za 1000 m3) o około 1/3, a w zamian Ukraińcy przedłużają pobyt Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu. Ukraińcy nie chcą do NATO, a obecni liderzy w szczególności. Rozmowy z pewnością przebiegały w miłej atmosferze, bo obaj panowie lepiej radzą sobie z rosyjskim niż ukraińskim. Obniżenie ceny za przedłużenie czegoś, co przecież i tak istnieje (mówię o bazie floty) wydawało się całkiem niezłym biznesem.

Teraz jednak Ukraińcy są pod ścianą. Dostali klasyczny wybór między dżumą, a cholerą. Z własnej winy, bo przecież poprzednią umowę gazową podpisała Tymoszenko. Świetnie obrazuje to stan elit ukraińskich, które bardziej przejmują się swoimi interesami, aniżeli losem narodu.

Prezydent Miedwiediew przedstawił “opcję wyboru” – albo zostajemy przy stałych cenach gazu, co jest – zwłaszcza dla biednej Ukrainy – olbrzymim problemem gospodarczym albo wpuszczacie nas do swojego systemu przesyłowego, a my obniżamy ceny. Rosjanie zabezpieczają sobie dostawy i uzależniają Kijów. Ciekawe jak do tego ma się perspektywa integracji Ukrainy z Unią Europejską? Miedwiediew zaproponował przecież też przystąpienie do unii celnej, co w zasadzie przekreśliłoby szansę – nawet teoretyczną – na członkostwo

Gratuluję Ukraińcom. Niech wybierają.

2. Chińska “konsekwencja” w/s Libii.
Chińczycy mieli świetną okazję, aby wspomóc Kaddafiego. Wystarczyło zawetować rezolucję 1970 i 1973 RB ONZ. Dzięki temu NATO nie miałoby żadnej podstawy prawnomiędzynarodowej (a i ta jest wątpliwa, jeżeli chodzi o poszczególne aspekty) do rozpoczęcia operacji. Według najnowszych doniesień medialnych, Chińczycy, za pośrednictwem Algierii oraz Republiki Południowej Afryki, mieli dostarczać broń reżimowi. Naturalnie za pieniądze.

Takie niekonsekwencje raczej się Pekinowi nie zdarzają. Warto jednak podkreślić jedną, bardzo ważną rzez, dostawa broni dla reżimu jest równie nielegalna z prawnomiędzynarodowego punktu widzenia, jak dla powstańców ze strony chociażby brytyjskiej. Trudno jednak przypuszczać, aby zarówno Chińczyków, jak i Brytyjczyków, czekały jakieś nieprzyjemności.

Cieszyć za to mogli się chińscy robotnicy w liczbie 30 tysięcy, których w lutym ewakuowano na … Kretę.

1. Berlusconi wyjeżdża z “gównianego kraju”, czyli Włoch.
Z reguły w rankingu zwyciężają osobowości – w pierwszym wygrał Putin, który wyłowił starożytną amforę na głębokości 2 metrów, następnie Sikorski, który chciał pozbawić władzy prezydenta Assada z Syrii przy pomocy Twittera. ( zapraszam do śledzenia mojej skromnej osoby!). Dzisiaj konkurencję w polu zostawia premier Silvio Berlusconi z Włoch.

Premier Włoch był wielokrotnie oskarżany o korupcję, a także o przesadne zamiłowanie do kobiet. Słowa wierność prawdopodobnie w swoim słowniku nie odnotował, a swoich gości – i siebie naturalnie – raczył w swojej rezydencji luksusowymi prostytutkami, młodymi aktoreczkami itd. Serwis “Deser.pl” zebrał listę “kobiet Berlusconiego”.

“Za parę miesięcy odejdę, wyjadę z tego gównianego kraju, który przyprawia mnie o mdłości” – powiedział Silvio. Owszem, jego wiek już jest zdecydowanie emerytalny, jednak pamiętajmy, że jest to prywatna, ale jednak, wypowiedź polityka z wieloletnim doświadczeniem na stanowisku premiera Włoch. On sam ten kraj budował. O jednym jednak jestem pewien – prędzej premier Berlusconi zrezygnuje z Włoch niż z “pomaganiu w karierze” młodym kobietom. Altruista.

Bunga bunga Silvio!

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – II

3 komentarzy
źródło: wiadomosci.gazeta.pl

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

W Polsce trwa kampania wyborcze, której można zarzucić wszystko, ale nie to, że jest merytoryczna. Prosty przekaz, bez żadnych komplikacji, przepychanki, a co tam w świecie międzynarodowym? Co najmniej stara się dorównać. Przedstawiam subiektywny ranking międzynarodowych absurdów – część druga.

4. Hamas zrywa nieformalne zawieszenie broni.
Od kilku dni trwa wymiana przyjemności pomiędzy Izraelem, a Hamasem i ugrupowaniami radykalnymi ze Strefy Gazy i Półwyspu Synaj.

Absurdalne jest to dlatego, że ciężko już się połapać, nawet w tych nieformalnych rozejmach, bo wzajemne ataki trwają non stop. A to rakieta poleci na południowy Izrael, a to Izraelczycy zbombardowali podziemne tunele, a to autobus. Jeżeli coś powstrzymywało Hamas przed atakami, to nieuchronność izraelskiej odpowiedzi oraz niszczenie podziemnych tuneli. Zwracam uwagę na to, że sytuacja taktyczna tego ugrupowania zmieniła się dzięki otworzeniu granicy z Egiptem.

Na Bliskim Wschodzie zatem bez zmian, absurdalna wojna trwa i może dojść do eskalacji. Szkoda, że życiem płacić za to mogą cywile z jednej i drugiej strony..

Hamas za swoją postawą uplasował się na 4 miejscu w notowaniu. Ma mniejsze szanse na wygranie wojny z Izraelem niż ja na zagranie w kadrze Franciszka Smudy na Euro 2012 w ataku z “Adamiak Zofią”. A może jednak rozejm, przecież nieformalny, przetrwa? Na pewno sensu nie ma atakowanie silniejszego, nawet pomimo umocnienia się Hamasu. Już nie mówiąc o zerowych szansach – w razie eskalacji – na rozmowy pokojowe, których nie ma nawet wtedy, gdy jest względnie spokojnie.

3. Żel do pielęgnacji włosów powodujący bezpłodność
A na trzecim miejscu Izraelczycy i najnowsza myśl izraelskiego przemysłu chemicznego. Żel powodujący bezpłodność, który miał być rozprowadzany na egipskim rynku celem pogorszenia sytuacji demograficznej Egiptu.

Trudno ocenić wiarygodność tej historii, bo nie wiadomo co jest głupsze. To, że ktoś w Izraelu łudził się, że w taki sposób zagrozi rozwojowi demograficznemu Egiptu czy to, że może to być bajeczka wymyślona przez Egipcjan, których o przesadną sympatię do Izraela przecież nikt nie podejrzewa.

Tego prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy, ale zasłużone trzecie miejsce – za pomysł dla izraelskiego wywiadu albo, za kreatywność w wymyślaniu historii, dla Egipcjan.

2. Julia Tymoszenko przed sądem w Kijowie
Wydarzenia z Bliskiego Wschodu są jednak dystansowane przez naszych wschodnich sąsiadów z Ukrainy. Przed sądem postawiona została Julia Tymoszenko.

Cóż, nie jestem ukraińskim konstytucjonalistą, więc nie będę się wypowiadał na temat zgodności z prawem oskarżeń, aczkolwiek kontakty Tusk-Kaczyński do niemal wzór do naśladowania, w porównaniu z relacjami na linii Tymoszenko-Juszczenko i Tymoszenko-Janukowycz.

W tej sprawie absurdalne jest niemal wszystko. Tymoszenko zarzuca się, że podpisała zbyt wysoki kontrakt z Rosjanami. Juszczenko stwierdził, że Rosjanie chcieli sprzedawać gaz po 250 $ za 1000 m3 gazu, a ukraińska premier podpisała po 450 w zamian za poparcie w kampanii wyborczej. Tymoszenko z Juszczenką zdradzali się już wzajemnie w każdą stronę – każde z nich pod rękę z Janukowyczem.

O ukraińskich wyborach pisałem wyczerpująco w artykule “Odszedł Wiktor, niech żyje Wiktor!” i przyznać trzeba, że Rosjanie nie grali tylko z Janukowyczem. Jako ludzie roztropni, wspierali obie strony, dzięki czemu mieli gwarancje znalezienia się w wygranej ekipie po ogłoszeniu wyników.

Jedno jednak trzeba podkreślić – umowa Tymoszenko z Rosjanami rzeczywiście jest droga, czego dowodem jest chociażby fakt, iż Moskwa błyskawicznie obniżyła cenę o 1/3 zmianie prezydenta i premiera na Ukrainie, w zamian za przedłużenie stacjonowania rosyjskiej floty w Seawastopolu. Czy jednak Julia Tymoszenko wolała “przepłacić z rosyjskim poparciem” niż zapłacić mniej, ale przedstawiać to jako swój sukces?

Absurdalności całej sprawie dodają dwa kolejne elementy – rozpaczliwe żądania Tymoszenko o zapewnienie tłumacza z języka rosyjskiego w momencie, gdy jej … pierwszym językiem jest rosyjski, a także jeszcze większy komizm sytuacji, gdy premier Azarow i prezydent Janukowycz mają problem z płynnym mówieniem po ukraińsku…

Premier Tymoszenko zawsze może jednak liczyć na ukraińskie feministki z organizacji FEMEN, a wiadomo, jak one protestują, to mężczyźni w Polsce będą się cieszyć, bo dziewczyny mają jedną, konsekwentną zasadę przy swoich demonstracjach (świetnie pasujące słowo) – inaczej niż topless nie występują.

1. Minister Sikorski wzywa do ustąpienia i straszy Hagą prezydenta Assada.
Wszystkich jednak zostawił w polu nasz minister spraw zagranicznych, który zaadoptował Twittera do prowadzenia polskiej polityki zagranicznej. Inni ministrowie, np. szwedzki Carl Blidt, informują o działaniach MSZ, a u nas jak zwykle po ułańsku – my najpierw wyślemy informacje przez PRYWATNE konto Sikorskiego, a potem pomyślimy nad notą dyplomatyczną.

Samo nawoływanie Assada do rezygnacji jest pustym gestem, także w wykonaniu Baracka Obamy czy Catherine Ashton. Prezydent Assad, podobnie jak Kaddafi, odejdzie dopiero wtedy, gdy zostanie do tego zmuszony, a raczej “ćwierkanie” go do tego nie przekona – m.in. dlatego, że nie prowadzi konta w tym serwisie. Jakby minister Sikorski wysłał list/notę etc w imieniu polskiego MSZ, a następnie poinformował o wysłaniu nawet na swoim prywatnym koncie – byłoby w porządku, ale tak, to sami wystawiamy się na śmiech połączony z płaczem – podobnie jak w sprawie białoruskiego opozycjonisty, gdzie również Sikorski przepraszał na Twitterze, po polsku, naród białoruski, w imieniu Polski. Aby być sprawiedliwym, należy pochwalić podrzucanie przez niego artykułów z zagranicznej prasy na temat naszego kraju.

Merytorycznie “wypowiedź” Sikorskiego również się nie broni. Jeżeli Assad miały stanąć – zgodnie z prawem międzynarodowym – przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, Syria musiałby przyjąć w przeszłości Statut Rzymski. Niestety, Syria podpisała go, lecz nie ratyfikowała, a w związku z tym, jurysdykcji MTK nie podlega – podobnie jak Libia. W praktyce, w takich sytuacjach, stosowano są specjalne, Międzynarodowe Trybunały, ale czy pomysł taki uzyska niezbędną akceptację wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ? Halo, Moskwa? Na razie mocno w to wątpię.

Chyba że Radosław Sikorski chciałby się zobaczyć z z Bashirem al-Assadem w Hadze na kawie, ale mam wrażenie, że nie to miał na myśli.

Mniej formy, a więcej treści.

Przegląd międzynarodowych absurdów ostatnich dni

1 komentarz
źródło: koledzyzwojska.pl

źródło: koledzyzwojska.pl

Tym razem nieco bardziej wakacyjnie, dlatego postanowiłem wybrać kilka ostatnich, dość absurdalnych wydarzeń i skomentować je. Kto wie, może z czasem pomyślę o stworzeniu jakiegoś cotygodniowego przeglądu absurdów, bo nie ma co ukrywać, trochę ich ostatnio jest. Na dziś wybrałem cztery absurdy.

1. Dwugłos w sprawie Białorusi
Polska prokuratura wysoko zawiesiła poprzeczkę dla konkurencji z całego świata. Postanowiła przekazać, w ramach pomocy prawnej, informacje swoim białoruskim odpowiednikom, prowadzącym postępowanie przeciwko Alesiowi Bialackiemu.

W praktyce wygląda to tak, że polski wymiar sprawiedliwości pomaga ścigać Białorusinom opozycjonistów popieranych przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Niektórzy powiedzą, że zawalił system – nie, to nieprawda. Ludzie w tym przypadku zawiedli. Tylko w państwie prawa może się zdarzyć, że prokuratura będzie działać wbrew polityce zagranicznej własnego kraju. Wyobrażacie sobie coś takiego w Rosji, na Białorusi, w Chinach? Alternatywą jest ręczne sterowanie prokuraturą z Alei Szucha, co byłoby dla nas dużo bardziej niebezpieczne. Prokuratorzy mają kierować się prawem, w tym zwłaszcza Kodeksem Postępowania Karnego, służąc w jego ramach polskim interesom. Nie na odwrót.

Nawiasem mówiąc gratulacje należą się ministrowi Sikorskiemu, który według “New York Timesa” został już w Polsce premierem. Potęga twittera.

Na marginesie tego tematu warto, aby Polska się zastanowiła – czy chce Łukaszenkę okładać kijem, czy głaskać, bo połączenie tego, w postaci bicia puchowym kijkiem, nie gwarantuje efektów.

2. Iran gotowy wysłać do Wielkiej Brytanii misje peacekeeping
Fasonu nie stracili również Irańczycy, a zwłaszcza dowódca irańskich jednostek paramilitarnych Basidż, Mohammad-Reza Naqdi. To ich udział w czasie “Zielonej Rewolucji” po wyborach prezydenckich w 2009 roku miał dużo wpływ na klęskę protestujących. Paramilitarne oddziały, ślepo wierne “irańskiej rewolucji” rozpędzały manifestacje i bezlitośnie atakowały opozycjonistów w obronie prezydenta Ahmadineżada.

Jedno można więc im otwarcie przyznać – na rozpędzeniu zamieszek na pewno znają się lepiej niż policja w Birningham. Są również nadzwyczaj karni. W czasie wojny iracko-irańskiej wojny (lata 1980-1988) członków Basidż wysyłano na pole minowe, by własnymi nogami sprawdzali, gdzie znajdują się miny nieprzyjaciela. Zindoktrynowani, dumnie szli na pewną śmierć.

Pan Naqdi potępił również działania policji i wyraził rozczarowanie niezmiennym popieraniem “prześladowców” przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Jak zauważył, już rahbar Ali Chamanei przewidział, iż w Europie mogą wybuchnąć podobne protesty, jak w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.

Za dobre serce i rady Irańczykowi należy podziękować. Jedno należy mu przyznać: w swojej propagandzie jest przynajmniej zabawny.

3. Izraelska odpowiedź na głosowanie w ONZ w sprawie przyjęcia Palestyny
Nie jest to o tyle absurdalne, co symptomatyczne. Izrael jasno odpowiedział, że żadnego wniosku do ONZ się nie boi i jeśli tak się mamy bawić to…

oni zatwierdzają plan budowy 1600 mieszkań w Jerozolimie Wschodniej i okolicach.. Szykują się równocześnie do zatwierdzenia budowy kolejnych 2700. Szczególny powód do satysfakcji ma wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden, podczas którego wizyty ogłoszono po raz pierwszy plan rozbudowy, pomimo mocnego – przynajmniej oficjalnie – sprzeciwu “Białego Domu”. To tak na wypadek, gdyby ktoś myślał, że palestyński manewr w ONZ może coś zmienić w obecnej konfiguracji.

4. Władimir “Nurek” Putin
Rozmachu nie można też odmówić rosyjskiemu premierowi. Tym razem “przypadkiem” w czasie nurkowanie odnalazł graeckie amfory.

źródło: wp.pl

źródło: wp.pl

Ten fragment morza był co prawda już wielokrotnie przeszukiwany w przeszłości, ale nie okiem Władimira Putina. Na głębokości kilku metrów odnalazł on drogocenne amfory. Nie mógł tego zrobić niżej, bo było to jego bodajże 3 nurkowanie, a nikt zdrowiem premiera – nawet dla promocji turystyki – ryzykował nie będzie.

Z niecierpliwością czekam na odnalezienie przez premiera Putina zaginionej Atlantydy.

Rozgrywka w ONZ-ecie o Palestynę

Brak komentarzy
źródło: radioislam.org

źródło: radioislam.org

We wrześniu głosowany może być wniosek o przyjęcie Palestyny w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wokół niego trwa obecnie rozgrywka na Bliskim Wschodzie. Między Palestyńczykami i Izraelczykami nie ma obecnie oficjalnych rozmów, a rząd Izraela, zgodnie ze swoim programem, rozbudowuje osadnictwo na Zachodnim Brzegu Jordanu. Impuls do rozmów próbował nadać Barack Obama, ale skutkiem tego było przytrzaśnięcie drzwiami palca i jego spuchnięcie (opisywałem to w artykule “Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było”, a także opowiadałem w telewizji Polsat News). W międzyczasie doszło do zbliżenia Fatahu z Hamasem, co z kolei zaowocowało deklaracją izraelską wypowiedzianą przez premiera Netanjahu, że Abbas będzie rozmawiał albo z Hamasem albo z Izraelem, a także amerykańskimi groźbami odcięcia pomocy finansowej.

“Łabędzi śpiew” Palestyńczyków w ONZ?
Teraz przenosimy się na salony – do Nowego Jorku, gdzie swoją siedzibę ma Organizacja Narodów Zjednoczonych. To właśnie tam, 21 września, miałoby dojść do głosowania w/s przyjęcia Palestyny w poczet członków organizacji. Tak, miałoby, bo oficjalnie wniosku jeszcze nie ma, a jego złożenie u w gruncie rzeczy obrazuje bezradność Palestyńczyków z dwóch powodów.

Po pierwsze, prezydent Abbas może się nawet nie mylić, gdy mówi o 122 państwach uznających Palestynę, ale głosowania i tak nie wygra. O ile sprawa w Zgromadzeniu Ogólnym jest otwarta, o tyle rzut oka do Karty Narodów Zjednoczonych przekonuje nas, że Palestyna we wrześniu nie zostanie członkiem tej organizacji. Zgodnie z art. 4 KNZ decyzję o przyjęciu do organizacji podejmuje Zgromadzenie Ogólne na zalecenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Takie zalecenie wydawane jest większością 9 głosów i wymaga zgody wszystkich stałych członków tego organu, a więc także Amerykanów. W przypadku pojawienia się takiego wniosku, weto Waszyngtonu to oczywistość. Skoro wcześniej zawetowali projekt rezolucji o potępieniu rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jodanu (14 głosów “za”, 1 “przeciwko”), to tym bardziej zrobiliby tak w przypadku wniosku o przyjęcie Palestyny do ONZ.

Po drugie, nawet przejście takiego wniosku nic nie oznacza. Palestyna nie będzie funkcjonować jako państwo bez porozumienia pokojowego z Izraelem. Wiedż o tym  zarówno Abbas, jak i Netanjahu – ewentualny wniosek jest ze strony prezydenta Autonomii Palestyńskiej głosem rozpaczy a nie przenikliwym pomysłem na okiwanie Izraelczyków, strzelenie im bramki i rozpoczęcia drugiej połowy meczu pod nazwą “niepodległa Palestyna”. Palestyńczycy nie dysponują odpowiednio mocną gospodarką, aparat państwowy przeżarty jest korupcją, istnieje nadal spór o Jerozolimę, problem uchodźców a państwo podzielone na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy. Palestyna obecnie jest zależna od Izraela, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej.

Izraela ewentualne złożenie wniosku na pewno nie ucieszy, bo – jeśli doszłoby do głosowania w Zgromadzeniu ONZ – w bezwzględnej liczbie głosów, przegra. Świat jest też coraz bardziej zniecierpliwiony sabotowaniem rozmów przez obecny rząd izraelski i werbalnie da temu upust. Nie jest znana treść wniosku (jak już pisałem – jeszcze nie wpłynął), więc do końca nie wiadomo, czego będą domagać się Palestyńczycy. Jedyne co mogą wywalczyć, to niewiążąca rezolucja ZO ONZ, która będzie miała wymiar propagandowy i zostanie przez Izrael po prostu zignorowana. Pod koniec lipca m.in. w sprawie wniosku mieli spotkać się prezydenci Izraela i Palestyny – Szymon Peres i Mahmud Abbas. Według doniesień medialnych, spotkanie w ostatniej chwili zablokował Benjamin Netanjahu.

A co na to Polska?
Zaciekawiony stanowiskiem Polski wysłałem zapytanie do biura rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Polski.

Polskie oficjalne stanowisko prezentuje się w następujący sposób:

“Uważamy, że w tej kwestii Unia Europejska powinna zająć wspólne stanowisko. Jako Prezydencja będziemy wspierać wysiłki WP C. Ashton w celu wypracowania kompromisu – gdyż po traktacie lizbońskim to na Europejską Służbę Działań Zewnętrznych spoczywa odpowiedzialność za kreowanie europejskiej polityki zagranicznej oraz wypracowanie wspólnego stanowiska państw członkowskich”

Pięknie sformułowane, ale nic z tego nie wynika. To, że Unia Europejska stara się (i warto podkreślić to słowo) prowadzić aktywną politykę na Bliskim Wschodzie nie oznacza, że my mamy nie mieć własnego zdania. Sytuacja jest o tyle ciekawsza, że państwa UE wcale nie mają w tej sprawie jednakowego stanowiska. Dla przykładu, Niemcy i Francuzi/Brytyjczycy mogą zagłosować odmiennie. Wspólne stanowisko UE może – chociaż oczywiście nie musi – okazać się bajką już na samym starcie. Tym bardziej powinniśmy mieć swoje zdanie jako państwo sprawujące prezydencję. Czas pokaże na ile UE będzie jednolita, bo prawdą jest, że jeżeli ma się liczyć w tej grze, to musi być spójna wewnętrznie. Obecnie przepisy Traktatu Lizbońskiego co podkreślałem wielokrotnie, nie gwarantują możliwości prowadzenia skutecznej, wspólnej polityki zewnętrznej. Na zmiany się również nie zanosi ze względu na partykularne interesy poszczególnych członków. Catherine Ashton tańczy tak, jak im Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy zagrają, a nie na odwrót.

Jedno jest jednak pewne. Wszyscy woleliby głosowania w Organizacji Narodów Zjednoczonych uniknąć.

Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było…

1 komentarz
źródło: businessinsider.com

źródło: businessinsider.com

Niemało zamieszania wywołała wypowiedź Baracka Obamy na temat przyszłych granic niepodległej Palestyny. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że podstawą porozumienia powinny być granice z 1967 roku.  Media i część polityków usilnie starali się znaleźć w tym możliwy przełom w konflikcie bliskowschodnim. Minął miesiąc i co się okazało?

Po pierwsze, Barack Obama po chwili “sprostował” swoje wystąpienie zaznaczając, że mówiąc o granicy z 1967 roku, nie miał na myśli Jerozolimy i to jest zupełnie osobna kwestia. Gdyby przyjąć opcję z powrotem do 1967 roku, oznaczałoby to utrzymanie przez Izrael Jerozolimy Zachodniej, ale oddanie Jerozolimy Wschodniej, wraz ze Starym Miastem (i 180 tysiącami Izraelczyków tam zamieszkujących).

Po drugie, w związku z pierwszym, nie ma więc tutaj żadnej rewolucji, ani nawet ewolucji. Granice z 1967 to baza do rozmów pokojowych od wielu lat i prezydent nie powiedział nic sensacyjnego. O tych granicach mowa już w Rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 242 z … 1967 roku. Jeżeli niepodległa Palestyna ma powstać, to w jakich innych granicach?

Po trzecie, znowu premier Netanjahu pokazał, jak potężną siłą dysponuje izraelska dyplomacja. Benjamin Netanjahu tym różni się od Baracka Obamy, że nie ma wrogów w Kongresie. Proszę zobaczyć obrazki z filmu, który umieszczam poniżej. Oklaski na stojąco na powitanie. Po uzyskaniu poparcia Kongresu premier Izraela mógł być spokojny, że nic złego ze strony prezydenta Obamy go nie spotka. Jednym zdaniem – amerykańska polityka wobec Izraela nie zmieni się.

Po czwarte, nadal nie ma jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków, gdyż proces pojednania jeszcze się nie powiódł. Obecnie między Hamasem, a Fatahem trwają przepychanki wokół osoby nowego (starego) premiera Fajada. Zakładając jednak, że uda się je przezwyciężyć, to co dalej, skoro Izrael wykluczył rozmowy z Hamasem, a Hamas do rozmów z Izraelem też – mówiąc bardzo dyplomatycznie – nie kwapi? Jak można mówić o pokoju, gdy dwie strony nawet ze sobą nie rozmawiają? Hamas – co na dzień dzisiejszy wydaje się mało prawdopodobne – musiałby uznać prawo Izraela do istnienia oraz wyrzec się terroryzmu, a Izrael uznać polityków Hamasu za przedstawicieli narodu palestyńskiego, z którymi trzeba rozmawiać. Brzmi prawdopodobnie a.d. 2011?

Po piąte, wiadome jest, że jeżeli ma dojść do podpisania pokoju, to większość, jeśli nie prawie wszystkie, osiedla z Zachodniego Brzegu Jordanu trzeba będzie ewakuować. Myśląc poważnie o porozumieniu, należałoby wstrzymać dalszą rozbudowę osiedli z pragmatycznego powodu. Więcej osadników to większy problem przy ewakuacji dla rządu izraelskiego. Co innego, gdyby obecna koalicja nie chciała się dogadywać – wtedy takie zamrożenie rozbudowy byłoby politycznym ciosem dla rządu premiera Netanjahu, który jest wśród osadników popularny.

źródło: gaza.haimbresheeth.com

źródło: gaza.haimbresheeth.com

Jak zatem widać niewiele się zmieniło. Dużo słów, mało czynów. Prezydent Obama tylko potwierdził, że podobnie jak jego poprzednicy, jest bezradny.

Mógłbym napisać – a nie mówiłem?

——-
Witam Czytelników po sesji, wracam do pisania i zapraszam do czytania. W następnym tekście zajmę się polską prezydencją, która już tuż, tuż.

Pojednanie palestyńsko-palestyńskie? Porozumienie Fatahu z Hamasem

Brak komentarzy
źródło: onejerusalem.com

po lewej: Mahmud Abbas, po prawej: Chaled Meszal źródło: onejerusalem.com

Fatah i Hamas zawarły wstępne porozumienie, kończące wojnę palestyńsko-palestyńską. Zakłada ono dymisje rządów na Zachodnim Brzegu Jordanu (Fatahu) oraz Strefie Gazy (Hamas), a następnie powołanie wspólnego gabinetu “bezpartyjnych” “fachowców” (cudzysłów celowy, gdyż zapewne nie będą oni ani bezpartyjni, an nie będą fachowcami). Stanowisko prezydenta zachować ma Mahmud Abbas, a wybory odbędą się w przeciągu roku.. Oczywiście, są to jedynie przecieki. Ostateczny kształt porozumienia poznamy prawdopodobnie w przyszłym tygodniu Oficjalnie zostanie podpisane w środę. Wielką niewiadomą pozostaje jego trwałość.

Egipt wchodzi do gry?
Porozumienie osiągnięto w Egipcie, gdzie doszło do tajnych spotkań, których organizację i przebieg ułatwiały władze tego państwa. Po odejściu Mubaraka nastąpiła modyfikacja polityki zagranicznej Kairu względem Izraela. Nie musi to wcale wynikać ze zmiany priorytetów, co zresztą jest dość wątpliwe, ale z konieczności utrzymania popularności. Oznacza to niekoniecznie otwartą współpracę z Izraelem i wojnę z Hamasem, prowadzoną przecież przez byłego prezydenta w sojuszu ze swoim żydowskim sąsiadem. W kwietniu tego roku Egipcjanie zatrzymali budowę podziemnego muru na granicy ze Strefą Gazy, który miał uniemożliwić przemyt, z którego żyło terytorium kontrolowane przez Hamas. O tym projekcie pisałem szczegółowo w artykule “Kolejny ‘mur’ na Bliskim Wschodzie”.

Mówiąc wprost, nowy egipski rząd nie będzie próbował zatrzymać przemytu i tym samym sprawia Hamasowi uroczy prezent. Nie ostatni jednak, gdyż Egipcjanie zapowiadają, iż na dniach, na stałe, otworzą przejście graniczne w Rafah. W tym momencie żółta lampka ostrzegawcza zapaliła się w Jerozolimie, a swój kolor zmieniła na czerwony po przeciekach w/s porozumienia palestyńsko-palestyńskiego.

Egipt w tym konflikcie popierał umiarkowanego Abbasa. Stąd koncepcja “podziemnego muru” czy zamknięcie granicy. Kair uważał Hamas za zagrożenie z dwóch powodów. Pierwszym z nich są niepodważalne powiązania pomiędzy Hamasem, a nieżyczliwym zarówno wobec Egiptu, jak i Izraela, Iranem. Drugim związki Hamasu z Bractwem Muzułmańskim, uważanym przez ekipę Mubaraka za śmiertelne zagrożenie.

Tymczasowy rząd dokonał modyfikacji polityki, wspierając pojednanie wśród Palestyńczyków oraz przestając postrzegać Hamas jako śmiertelne zagrożenie również dla Egiptu. Decyzje wydają się sensowne, szczególnie ze względów PR-owych. Egipska ulica nie przepada za Izraelem, a jej siła nie będzie teraz lekceważona, nawet przez faktycznie rządzące dalej w Państwie Faraonów wojsko. Kair odzyskuje jednocześnie inicjatywę jako gracz w tamtym regionie.

Jak porozumienie może wpłynąć na bliskowschodni proces pokojowy?
Oczywiście, niebawem może okazać się, iż pojednanie jest kruche, a Fatah i Hamas ponownie mogą pogrążyć się w wojnie, kontynuując tym samym podział Palestyńczyków na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy nie tylko pod względem geograficznym, ale również politycznym. Trzeba pamiętać, że w tej wojnie domowej ginęli ludzie, zaś wzajemnym oskarżeniom nie było końca. Porównując, można by uznać stosunki Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim za wzorowe. Przyjmijmy jednak, że porozumienie utrzyma się. Cóż to będzie oznaczać?

Bliskowschodni proces pokojowy jest obecnie trupem, a nieżywego przecież nie można zabić, dlatego porozumienie nie wpłynie negatywnie na rozmowy izraelsko-palestyńskie. Ich przecież oficjalnie obecnie nie ma. W sprawie podziału wśród Palestyńczyków zawsze możliwe były tylko trzy możliwości. Albo Fatah pokona ostatecznie Hamas albo Hamas pokona Fatah albo, co wydawało się najbardziej prawdopodobne, dojdzie do porozumienia i podziału władzy. Innego rozstrzygnięcia problemu braku jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków po prostu nie ma.

Koalicyjne władze nie zostaną jednak uznane przez … Izrael, który uważa – skądinąd słusznie – że ciężko rozmawiać z kimś, kto nawołuje do całkowitego zniszczenia państwa żydowskiego. Premier Netanjahu wyraził już elastyczność izraelskiego stanowiska w tej kwestii stwierdzając, że Fatah będzie miał pokój z Izraelem albo z Hamasem. Radykałowie również nie przebierają nogami do oficjalnych rozmów z ‘reżimem syjonistycznym”. Hamas uznawany jest przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone za organizację terrorystyczną. Dopóki nie uzna Izraela oraz nie wyrzeknie się terroryzmu (jak swego czasu, chociaż nie do końca szczerze, Jaser Arafat), nie będzie negocjacji pokojowych. Małym światełkiem w bardzo długim tunelu są deklaracje o możliwym uznaniu granic z 1967 roku.

Na społeczność międzynarodową Palestyńczycy nie mogą liczyć. Rezolucję o osadnictwie izraelskim zawetowali w Radzie Bezpieczeństwa, co nikogo nie dziwi, Amerykanie. Przez Zgromadzenie Ogólne można by przeprowadzić inną rezolucję, nawołującą do uznania Palestyny za niepodległe państwo, ale to będzie tylko zalecenie lub opinia, niewiążące państwa. Na przegłosowanie mocnej rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa nie ma żadnych szans – Waszyngton nie pozwoli skrzywdzić Izraela, zwłaszcza w okolicach wyborów prezydenckich za oceanem. Trzeba tez pamiętać o realiach. Izrael panuje militarnie w regionie. Wniosek z tego jest taki, że jeżeli Abbas poważnie myśli o pokoju, może go osiągnąć tylko poprzez porozumienie z Izraelczykami. Ci z kolei na zainteresowanych rozmowami nie wyglądają.

Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu Jordanu są też uzależnieni od zagranicznych pieniędzy, w tym z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, spływających na konto Autonomii Palestyńskiej. Mowa o kilkuset milionach dolarów rocznie. Obama, o czym pisał “Newsweek”, groził odcięciem tej pomocy. Podobne głosy pojawiły się po pojawieniu się informacji o porozumieniu z Hamasem. Pomoc dla Palestyńczyków przyznaje wszakże Kongres. W tym miejscu należy jednak zadać pytanie – skoro nie Fatah, to kogo w Palestynie mają wspierać państwa zachodnie? Z drugiej strony, będzie to wyglądać przekomicznie, jeśli dostęp do pieniędzy unijnych i amerykańskich uzyska, uznawany przez nie za organizację terrorystyczną, Hamas.

Niewiadomą jest również wynik wyborów. Ciekawe, czy obejmą one również urząd prezydenta. Mahmud Abbas, lider Fatahu, piastuje to stanowisko już ponad przewidywany przez prawo czas trwania swojej kadencji. Przypomnijmy też, iż ostatnie, demokratyczne wybory parlamentarne wygrał Hamas. Trudno przewidzieć, czy pompowany zachodnimi pieniędzmi Fatah zdoła tym razem pokonać swoich radykalnych przeciwników. Jeżeli wyniki będą podobne do tych z 2006 roku, oznaczać to będzie, że pokój niekoniecznie jest dla Palestyńczyków najważniejszy.

 1234567Starsze artykuły