Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Iran

Izrael vs Iran – kto kogo zaatakuje?

2 komentarzy

W filmie „Jutro nie umiera nigdy” agent brytyjskego wywiadu i miłośnik pięknych kobiet, niejaki James Bond, zmaga się z medialnym magnatem, Elliotem Carverem. Carver chce doprowadzić do wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, na czym jego koncern zarobiłby miliardy dolarów. Współczesne media także na konflikcie irańsko-izraelskim próbują zarobić, zaogniając atmosferę. O tyle dobrze, że przynajmniej nie pragną wywołać wojny, którą odczułby cały świat.

Rozumowanie części dziennikarzy i publicystów (Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, Eli Barbur, ludzie związani z Fundacją Europa 21) jest proste – gdy tylko Iran zdobędzie broń atomową, od razu zaatakuje Izrael. Co więcej, jest to główny cel strategiczny tego państwa, dlatego nie można wykluczyć izraelskiego ataku prewencyjnego na irańskie obiekty związane z programem jądrowym – jako konieczną samoobronę. Media bezustannie podgrzewają atmosferę – a to sugerując, że Iran dąży do „wymazania Izraela z mapy”, innym razem pisząc, że anonimowe źródło zbliżone do Ministerstwa Obrony nie wyklucza, że Izrael uderzy prewencyjnie na Iran. Ja nie wykluczam, że za 50 lat będę chodził po Marsie, chociaż raczej w to wątpię. Żaden polityk izraelski nie przyzna się nigdy oficjalnie, że Izrael rezygnuje z opcji militarnej, bo nałożyłby sobie na szyje polityczną linę. Nie oznacza to jednak, że wyśle zaraz kilkadziesiąt myśliwców nad terytorium Iranu. Irańscy i izraelscy politycy prowadzą przemyślaną politykę zagraniczną, która jest interesującą rozgrywką, a nie chaotycznym biciem się na maczugi.

Ta medialna wojna trwa już od kilku lat. Ile mogą Amerykanie i Żydzi w Iranie, pokazują nieudane próby zatrzymania programu atomowego tego państwa, a ile może Iran w Izraelu, obrazuje interwencja w Strefie Gazy. Irańczycy nie wspomogli Hamasu, ani bezpośrednio (np. militarnie), ani pośrednio (nasyłając Hezbollah). Mahmud Ahmadineżad ograniczył się do groźnych pomrukiwań. W tym momencie to wojna pozycyjna, a wrogość izraelsko-irańska jest wykorzystywana przez rządy tychże państw do celów ideologicznych oraz media, gdyż tytuł „zbliża się wojna” jest bardzo „catchy”.

Opcja militarna, ani z jednej, ani z drugiej strony, nie rozwiązuje żadnego problemu, tworząc równocześnie mnóstwo nowych. Atak Izraela na Iran nie gwarantuje zniweczenia programu atomowego, jak w przypadku Iraku. Prawdopodobnie Izrael jest w stanie go jedynie przedłużyć, bo Teheran swoje instalacje kryje głęboko pod ziemią i zabezpiecza się przed potencjalnym atakiem. Jakie byłyby konsekwencje takiego nalotu, który nie daje pewności powodzenia? Iran, w przeciwieństwie do innych państw, dysponuje środkami odwetowymi. Po pierwsze – natychmiastowe zdestabilizowanie sytuacji w Palestynie, Mahmud Abbas i jemu podobni umiarkowani politycy byliby skończeni. Iran dysponuje również “Hezbollahem”, który znacznie uprzykrzyłby życie Izraelowi na północy. Teheran może się również zdecydować na zablokowanie cieśniny Ormuz, co spowodowałoby wzrost ceny baryłki ropy do około 300 dolarów. Iran w zanadrzu ma jeszcze opcje saudyjska (atak powietrzny na złoża?) i iracką (powrót do sytuacji sprzed 2-3 lat). Pytanie – co po nalocie? Wkroczenie wojsk amerykańskich, wojna i Afganistan w wersji super hardcore? Jak zachowają się Rosjanie i Chińczycy, których interesy zostaną naruszone? Co ze światową gospodarką? Te wszystkie niewiadome powodują, że zwolennikiem opcji militarnej nie będzie raczej laureat pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama. Stany Zjednoczone nie tylko straciłyby twarz, ale po raz kolejny okazałoby się, że to ogon kręci psem.

Teraz przeanalizujmy drugą możliwość. Iran atakuje Izrael przy pomocy broni atomowej. Jeśli robi to z terytorium Iranu, to używa do tego celu rakiet. Sytuacja staje się dramatyczna zarówno dla Żydów, jak i Irańczyków. Istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że izraelski system przeciwrakietowy Arrow, a jeśli nie on, to amerykańska „nowa tarcza antyrakietowa”, poradzi sobie z zagrożeniem, a lata oraz miliardy dolarów przeznaczone na projekt atomowy okazały się bezużyteczne. Teraz można sobie wyobrazić izraelsko-amerykańską ripostę, bo przecież nikt już Iranu bronić nie będzie, łącznie z Chinami i Rosją. Jeszcze gorszy los czeka Iran w drugim przypadku, jeśli rakieta dosięgnęłaby celu – wtedy nie tylko ajatollahowie zniknęliby z powierzchni ziemi, ale i cały Teheran. Posiadanie broni atomowej ma sens do momentu, w której jej się użyje.

Tutaj pojawia się najważniejsza wątpliwość. Czy Chamanei’emu oraz Ahmadineżadowi zależy na samobójczej wojnie atomowej? Nie, ich polityka zagraniczna oparta jest na bardzo racjonalnych przesłankach, które zapoczątkował już szach Pahlavi, za którego czasów zaczęły się pierwsze prace nad programem jądrowym. Uzyskanie broni nuklearnej znacznie zwiększyłoby prestiż Teheranu oraz zniwelowałoby, przynajmniej w jakiejś części, przewagę strategiczną Izraela w tym regionie świata. Jakby nie patrzeć – to Izrael obecnie posiada monopol atomowy na Bliskim Wschodzie i rozdaje tym samym karty, będąc w dodatku pod parasolem amerykańskim.

W czasach zimnej wojny istniał system wzajemnego zastraszania, który zagwarantował pokój. Nie uważam, że posiadanie broni atomowej przez Iran byłoby korzystną sytuacją, ale nie przeceniałbym zagrożenia. Atak na Izrael najzwyczajniej w świecie Iranowi się nie opłaca, a ideologia niech pozostanie jednym z instrumentów polityki zagranicznej. Bardziej prawdopodobny jest prewencyjny atak Izraela na obiekty irańskie, ale – jak wykazałem wyżej – byłby on bardzo kosztowny i niezwykle ryzykowny, a korzyści z niego mogłyby być zerowe. W jakimś stopniu obie strony trzymają się w szachu.

Obecny Iran boryka się z olbrzymimi problemami gospodarczymi, gaz importuje, zamiast eksportować, bezrobocie szaleje, a rozbudowany sektor państwowy generuje straty. Nie można również zapominać o zacofanej infrastrukturze i coraz większym niezadowoleniu młodych ludzi. Iran stanie się potężny dopiero wtedy, gdy jego gospodarka zacznie wykorzystywać swój potencjał, a jest to bardzo mało prawdopodobne bez pomocy Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Iran, chcąc osiągnąć pozycję mocarstwową, musi pogodzić się z faktem, że współpraca z Zachodem to konieczność, a to oznacza ustępstwa. Optymalny plan zakłada, że Iran zrezygnowały z programu jądrowego, ale na to Persowie mogą być po prostu zbyt dumni.

Politycy izraelscy działają racjonalnie. Ich obawy są zrozumiałe, ale coraz trudniej będzie im zahamować pędzący pociąg o nazwie „irański program atomowy”. Tu nie chodzi o zagrożenie egzystencji, a o zmniejszenie przewagi strategicznej Izraela w regionie i spadek prestiżu. Działania Izraela są oczywiste z punktu widzenia interesu narodowego, ale to samo należy powiedzieć o Iranie. Chłodnej analizy jest dużo więcej niż niektórym się może wydawać. Izrael zaatakuje Iran tylko wtedy, gdy jego interesy będą bardzo poważnie zagrożone lub – jak w przypadku Iraku – uda się zminimalizować ryzyko fiaska operacji.

W filmie „Sierżant Bilko” tytułowy bohater, hazardzista, ustawił walkę bokserską. Umówił się z jednym bokserem, ale zapłacił nie temu, co trzeba. W efekcie obaj walczyli tak, żeby siebie nie uderzyć. Przypomina to aktualną relację Izraela z Iranem. Obie strony robią groźne miny, ale żadna z nich na razie nie decyduje się na wyprowadzenie ciosu. Medialne wieści o wojnie wydają się przesadzone.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle

I pozamiatane…

1 komentarz

Kolejna rewolucja lub – uczciwiej pisząc – prawie rewolucja zakończyła się porażką. Zanim się zaczęła. Teheran już nie powstanie, system polityczny się nie zmieni, a Mahmud Ahmadineżad utrzyma swoją prezydenturę. Co prawda takie rozumowanie nie wydaje się niczym sensacyjnym, jednakże część komentatorów popłynęła z prądem i uwierzyła, że władza ajatollahów w Iranie to domek z kart, który można przewrócić przy pomocy Twittera.

W murze, co trzeba przyznać, powstała dziura, której zalatanie będzie niemal niemożliwe. Iran będzie coraz bardziej prozachodni i konserwatyści będą musieli za kilka lat odpuścić. Ten moment zdecydowanie jeszcze nie nadszedł. To nieprzyjemne, ale im gorsza jest sytuacja gospodarcza Iranu, tym lepiej dla demokratycznych poglądów w tym kraju.

Trzeba przyznać, że Ali Chamenei postępował rozsądnie. Zdecydowany wobec demonstrantów, nie dopuścił przy tym do ich rzezi. Musawiemu zabrakło determinacji i charyzmy. Media przeceniły również poparcie dla reformatorów, bo poza bananową częścą Teheranu, zabrakło większych protestów. Rada Strażników Konstytucji już orzekła, że wyniki są wżne, a liczenie 10% głosów nie przyniosło zmian. „Ostudzająco” na kreowanych na potencjalnych liderów opozycji – Rafsandżaniego i Chatamiego – wpłynęło też aresztowanie członków ich rodzin.

Jeśli rewolucja (kontrrewolucja?) miałaby wybuchnąć, miałoby to miejsce w zeszłym tygodniu. Pomimo tego, że iranskie władze blokują media, to niewątpliwie słyszelibyśmy ogigantycznych proestach czy manifestacjach. Pomysl Mir Hosejna Musawiego zakładająy ogłoszenie strajku generalnego chyba też nie wypalił. Zresztą – miałby sens tylko wtedy, gdyby zastrajkowali pracownicy z sektora naftowego i gazowego. Musawi wydaje się być pogodzony z porażką, zresztą – nie oczekiwałbym, by na czele (kontr)rewolucji stanął funkcjonariusz systemu. Wolność tak, ale reglamentowana. Wbrew temu, co się mówi, to był bardziej pozór wyboru. Podkreślał to chociażby Barack Obama.

To właśnie prezydent Stanów Zjednoczonych może okazać się zwycięzcą tych wyborów. Nie dał się sprowokować do flirtu z irańską „opozycją” i będzie chciał doprowadzić do rozmów z Ahmadineżadem. Ten oczywiście będzie się kilka miesięcy fochał, ale w końcu doceni amerykańskie niemieszanie się w wewnętrzne sprawy Teheranu. Może się okazać, że nie zawsze skuteczna jest polityka Chucka Norrisa i „Strażnika Teksasu”. Cisza amerykańska, jakże wymowna w kontekście przemówienia kairskiego, jest elementem chłodnej kalkulacji. Administracja oszacowała, że nie ma szans na realne zmiany w Iranie, po co więc marnować zdobyte wcześniej żetony do gry?

Kwestią sporną będzie oczywiście rozstrzygnięcie problemu, czy wybory były sfałszowane? Ja przychylam się do opinii, że wynik był prawdopodobnie poprawiony o kilka-kilkanaście procent. Raczej nie warto wierzyć „newsom”, jakby stary-nowy prezydent uzyskał 12% głosów. Dotarcie do prawdy będzie niemal niemożliwe.

Opozycja odpuściła – przede wszystkim zabrakło jej armat. Mówiło się dużo o poparciu dla Musawiego, o zakulisowych „zagrywkach” Rafsandżaniego i nic z tego nie wyszło. W mediach pojawiały się nawet informacje, że wojsko zamierza przejść na stronę protestujących, ale były to czyste, poparte tylko myśleniem życzeniowym, spekulacje. To, że wojsko do kogoś nie strzeało może oczywiście oznaczać, że przechodzi na jego stronę, ale z reguły jest to przesłanka sugerująca, że generałowie nie dostali i nie wydali takich rozkazów. Niektórym trudno w to uwierzyć, ale system islamski w Iranie ma legitymizację, nawet wśród zwolenników Mira Hosejna Musawiego.

Wybory, wybory i po wyborach. Ahmadineżad jako prezydent to smutna koniecznośćć i beznadziejna polityka gospodarcza polegająca na marnotrawieniu budżetowych pieniędzy. W Iranie powstał zalążek społeczeństwa obywatelskiego. Teraz od reformatorów zależy, czy rozwiną swoją działalność. Muszą skierować do ludzi konkretną ofertę. Musawi nie przedstawił żadnych poważnych propozycji ekonomicznych. Młodzi ludzie chcą pracować i rozwijać się, a to jest możliwe, owszem, ale na razie poza Iranem. A jest to przecież kraj o niesamowitym potencjale.

Szczególnie, że w tle rozgrywa się poważniejsza gra – o stanowisko rahbara po śmierci Alego Chameneia….

Więcej o Iranie:
- Teheran – ta ostatnia środa
- Papierowa rewolucja
- Irańska reglametnacji demokracji

Teheran – ta ostatnia środa

1 komentarz

W środę Rada Strażników Konstytucji ostatecznie zdecyduje w/s ważności wyborów. Prawdopodobny werdykt wydaje się oczywisty. Ciężko przypuszczać, by Rada Strażników sprzeciwiła się Alemu Chameneiowi, przywódcy duchowo-politycznemu Iranu, który już w piątek ogłosił, że wybory odbyły się w sposób prawidłowy, a nowym-starym prezydentm został Mahmud Ahmadineżad. Jeśli w Iranie ma dojść do jeszcze poważniejszych zamieszek – to raczej wtedy. Wbrew życzeniowemu myśleniu części komentatorów, w dużo lepszej sytuacji znajduje się drużyna Rewolucji Islamskiej, która jedynie musi wykorzystać rzut karny. Opozycja nie ma prawdziwych liderów, jej program jest niejednolity, a, jeśli tego mało, brakuje jej jednej, spójnej organizacji.

Na razie protesty ograniczają się głównie do Teheranu. Żarty się skończyły. Ali Chamenei, być może z racji swojego wieku, nie ma poczucia humoru i już pojawiają się pierwsze sygnały, że nie zawaha się użyć siły. Stara się tego unknąć, gdyż wie, iż oznaczałoby długofalowe wzmocnienie opozycji i mnóstwo innych problemów. Jeśli jednak poczuje się zagrożony – wojsko, policja i wierni ochotnicy z Basidż niewątpliwie ruszą do akcji. Opozycjoniści pozbawieni są wsparcia z zewnątrz – Barack Obama wręcz dodaje, że między Ahmadineżadem, a Musawim nie ma wielkiej różnicy światopoglądowej i że funkcjonują w ramach jednego systemu politycznego. Najciekawsze jest to, że ma rację, bo Musawi jest człowiekiem tego systemu politycznego – raczej nie podważa władzy Chameneia.

Kim jest Mir Hosejn Musawi? Bardziej liberalnym kandydatem estabilishmentu, czy reformatorem? Rozstrzygnie się to w dwóch momentach. Wczoraj na Facebooku ogłosił pomysł strajku generalnego – on pokaże realne poparcie dla byłego premiera. O ile nie wierzę w 63% Ahmadineżada, o tyle równie mało prawdopodobnie wygląda taki wynik Musawiego. Drugim testem prawdy będzie reakcja po werdykcie Rady Strażników. Jeśli będzie ona, co jest niemal pewne, negatywna, to stanie przed ciężkim wyborem: rzucić rękawice Alemu Chameneiowi albo zrezygnować i zaapelować do swoich zwolenników o powrót do smutnej, irańskiej rzeczywistości, w której ludzie młodzi nie widzą dla siebie perspektyw. Nie wiadomo też, czy wszyscy ci ludzie, nakręceni wydarzeniami ostatnich dni, rozejdą się w takim przypadku. Mir Hosejn Musawi nie jest antyislamskim rewolucjonistą, ani urodzonym liderem. Nie jestem przekonany, czy ma kontrolę nad tłumem swoich zwolenników. Każda następna zabita osoba wzmacnia determinację demonstrantów.

Jeżeli dojdzie do konfrontacji, będzie ona krwawa. Nie wiadomo również, jak zachowa się bierna, jak na razie, większość mieszkańców. Warto też pamiętać, że zwolennicy Ahmadineżada to nie Yeti, o którym nikt nie widział, ale za to dużo osób słyszało, a prawdziwa siła polityczna. Państwo islamskie trzyma się przy tym bardzo dobrze, jego fundamenty pozostają nienaruszone. Co więcej, wśród protestujących istnieje pewien podział – na ludzi sprzeciwiających się rządom islamskim i na tych, którym po prostu nie podoba się wynik wyborów i uważają, że zostały one sfałszowane.

Musawi, nieoczekiwanie, znalazł się na pozycji rozgrywającego. Sam nie podważa idei państwa islamskiego, a nawet jest jego integralną częścią, ale wśród jego zwolenników zaczynają pojawiać się poglądy antysystemowe. Dopóki wszyscy idą w stronę unieważnienia wyborów, panuje spokój. Co jednak się stanie, gdy te drogi rozejdą się? Jak wielka będzie determinacja protestujących i najważniejsze pytanie – czy nie dojdzie do wydarzeń przypominających tych z 1989 roku z Pekinu, gdzie na protestujących studentów wysłano czołgi?

Ali Chamenei jest zdecydowany, ale nie wydaje się entuzjastą takiego rozwiązania. Podejmie taką decyzję tylko wtedy, jeśli uzna, że demonstracje są niebezpieczne dla jego zwierzchniej władzy. Taki dylemat pojawi się po werdykcie Rady Strażników Konstytucji. Na razie ajatollahowie kontrolują sytuację – protesty są ograniczone, media mają uniemożliwoną swobodę działania, a część opozycjonistów (w tym brata Chatamiego i córkę Rafsandżaniego – to zapewne element szantażu) i dziennikarzy najzwyczajniej w świecie aresztowano.

Jeśli w Iranie ma się wydarzyć coś nieoczekiwanego, to po środzie. Już niebawem okaże się, czy Musawi to prawdziwy lider czy wydmuszka, bo Chamenei jednostrzałowcem ewidentnie nie jest. Konserwatyści trzymają się mocno, a guberantor Teheranu nie wydaje zgody na demonstracje. Ludzie na ulicach ryzykują więc bardzo wiele, ale co zrobią, jeśli Musawi pogodzi się z wynikami wyborów?

Wydaje się przy tym, że skala tego wszystkiego trochę władze zaskoczyła. Obecnie słyszymy jeszcze apele o spokój i rozwagę. Już jednak list szefa policji do Musawiego, w którym ten pierwszy zapowiada stłumienie protestów, pokazuje, że gra wkroczyła w decydująca fazę. Siły są nierówne. Niezależnie od tego irańskie społeczeństwo jest coraz bardziej prozachodnie. W murze powstała pewna dziura, której już nie uda się wypełnić.

- Papierowa rewolucja
- Irańska reglamentacja demokracji
- Obama w Kairze – a może frytki do tego?
- “Change” w sprawie Iranu?

Papierowa rewolucja

Brak komentarzy

Najważniejsze w całym zamieszeniu wokół wyboru prezydenta Iranu nie są same wyniki, a fakt, że w tym kraju tworzy się coraz silniejsze społeczeństwo obywatelskie. Już teraz oszacowanie jego sił jest bardzo ciężkie, bo prawdziwy wybuch niezadowolenia wystąpi dopiero w przypadku odrzucenia wyborczych protestów Mira Hosejna Musawiego. Sam kandydat reformatorów to nie jest żaden rewolucjonista, ani nawet demokrata. Jeśli Ahmadineżada uznać za Władysława Gomułkę, to Musawi jest Mieczysławem Rakowskim. Obaj funkcjonują w ramach jednego systemu politycznego, chociaż ich poglądy są w wielu aspektach rozbieżne. Jeśli komuś jeszcze mało, to nad prezsydentem stoi duchowo-polityczny przywódca Ali Chamenei i to on rozdaje znaczone karty.

Wyboru prezydenta dokona właśnie Ali Chamenei. Może albo uznać wyniki wyborów albo – przy użyciu swoich wpływów – spowodować powtórzenie wyborów. Wszelkie fałszerstwa musiały mieć co najmniej jego cichą zgodę. Trwa kalkuacja zysków – Chamenei wie, że może stłumić protesty, ale odbędzie się to olbrzymim kosztem i spowoduje długoterminowo niekorzystne z jego punktu widzenia skutki – społeczeństwo obywatelskie będzie się coraz bardziej rozwijać, a on tracić popularność. Iran to nie Chiny, chociaż często media nam próbują to wmówić. Czy wyobrażacie sobie posty na Twitterze z Pekinu czy Szanghaju? Drugą możliwością jest przyznanie się do sfałśzowania wyborów i wysłanie Ahmadineżada na polityczną emeryturę. Na razie działania Chameneia wskazują na to, że będzie stał za obecnym prezydentem. Wyraża zadowelenie z wyników i przebiegu wyborów, a o zaognianie atmosfery oskarża siły zewnętrzne.

Ahmadineżad dysponuje realnym poparciem (chociaż ostatnio doklejali mu też ludzi w Photoshopie – cóż, PR), choćby dlatego, że jego rząd na biedniejszych terenach stosował politykę rozdawnictwa w ramach nielegalnej kampanii wyborczej. W dodatku dysponował wsparciem islamskiego estabilishmentu, a jego biografia według kombinacji „od zera do bohatera” powoduje, iż w jakiś sposób jest bohaterem biedniejszej i wiejskiej części społeczeństwa. Prezydent Iranu żyje skromnie i religijnie, eksponuje swoje pochodzenie. Tylko, czy jego poparcie sięga ponad 60% w I turze wyborów prezydenckich? Łatwiej mimo wszystko uwierzyć w świętego Mikołaja.

Jakby Ahmadineżad uzyskał np. 40-45% to wynik ten uznałbym za prawdopodobny. Już jednak poprzednio pisałem o tym, że 4 lata temu też pojawiały się oskarżenia o fałszowanie wyborów przez ludzi Ahmadineżada przy cichej zgodzie Chameneia. „Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Elektorat musiałby się neisamowicie przetasować, by urna głosiła takie wyniki. Do rozstrzygnięcia jest kwestia, czy wybory zostały sfałszowane czy „jedynie” poprawione. Reelekcje w pierwszej turze wygrywa się z reguły w czasach prosperity, a irańska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie i obarczany jest tym Ahmadineżad. „Gospodarka, głupcze!” – powiedział mąż obecnej Sekretarz Stanu Stanów Zjednoczonych. Ahmadineżad lekcji nie odrobił, zajmował się głównie straszeniem Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz programem atomowym, co raczej 63% by mu w pierwszej turze nie dało. Dla wyborców, a zwłaszcza młodzieży do 30 roku życia, któa stanowi 60% mieszkańców, najważniejsze są perspektywy rozwoju, a raczej ich brak. Jego wynik, przy tak wysokiej frekwencji, brzmi zatem nieprawdopodobnie, bo czy wyborcy Chatamiego (byłego prezydenta, tzw. reformatora, który udzielił poparcie Musawiemu) z 1997 i 2001 roku masowo przeszliby na stronę konserwatystów? Co takiego atrakcyjnego proponuje Ahmadineżad, by wygrać w I turze z taką przewagą?

Sytuacji nie zmienia decyzja o ponownym przeliczeniu głosów. Co to za odmiana, jeśli prawdą okażą się informacje o wymianie urn do głosowania? Ponowne przeliczenie głosów da podobny rezultat. To zatem pozorne ustępstwo.

Dziwny jest też hurraoptymizm wobec Mira Hosejna Musawiego. Resztki rozsadku zachowuje Barack Obama mówiąc, że między Musawim, a Ahmadineżadem nie ma wcale takiej różnicy światopoglądowej, jak to się może wydawać. Mir Hosejn Musawi był premierem Iranu w czasach wojny z Irakiem. Nie będę wypisywał wzajemnych okrucieństw, ale przebieżki więźniów politycznych (czy „jednostki” Basidż) po polu minowym raczej nie odbywałyby się przy sprzeciwie Musawiego. Co więcej, „liberalny” kandydat (ex-kandydat?) obecnie jest dyrektorem Irańskiej Akademii Sztuk oraz członkiem Najwyższej Rady Rewolucji Kulturalnej. Niesamowicie antyestabilishmentowy człowiek…

Sama reakcja Stanów Zjednoczonych jest bardzo ciekawa – Obama celowo unika zaangażowania i czeka na rozwój wydarzeń. Nie chce zmarnować pospieszną deklaracją szansy na rozmowy z Iranem. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wszelkie deklaracje byłyby jedynie pustymi słowami, a mogłyby się też okazać pocałunkiem śmierci.

Irańskie społeczeństwo rośnie w siłe i to jest bardzo pozytywny proces. Mamy też do czynienia z kolejną internetową rewolucją. Musawi jest dzieckiem rewolucji, ale islamskiej. Wykorzystuje pragnienia społeczeństwa. Warto przy tym zauważyć, że nikt nie podważa zasad ustrojowych kraju, a jedynie piętnuje sposób wybierania prezydenta. Niezależnie od wszelkich innych okoliczności trzeba przypomnieć, że reformatorzy (zwani też reformistami) borykali się z różnymi formami dyskryminacji wyborczej.

Prawdziwie nerwowe dni w Islamskiej Republice Iranu dopiero się zaczynają. Władze starają się odciąć media od relacjonowania sytuacji. Może to oznaczać albo jej osłabienie i chęć odetchnięcia (bo nie zastosowano pełnego arsenału dzialań ograniczająćych swobodę) albo przygotowanie do wielkiej rozprawy….

- Irańska reglamentacja demokracji
- Obama w Kairze – a może frytki do tego?
- “Change” w sprawie Iranu?

Irańska reglamentacja demokracji

1 komentarz

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Iranu podało, że na drugą kadencję wybrany został Mahmud Ahmadineżad. Reformatorzy, głównie zwolennicy Mir Hosejna Musawiego, uważają, że wybory zostały sfałszowane. Na ulicach trwają zamieszki i trudno przewidzieć, jak się to wszystko zakończy.

To bardzo znamienne, że frekwencja wyniosła ponad 80%.. W Iranie uprawnionych do głosów jest 46 milionów osób, czyli do urn poszło około 37 milionów osób. Frekwencja nie dlatego jest ważna, by pokazać, jak mocno zaangażowani są Irańczycy w wyborach i pożartować z ilości osób głosujących w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Obóz reformatorów, skazywany na porażkę, zmobilizował swoich zwolenników. W Iranie ludzie poniżej 30 roku życia to ponad połowa mieszkańców. Właśnie wśród nich Hosejn Musawi cieszył się poparciem i według zasady „w młodości siła”  prowadził kampanię pod tym kątem.

Reformatorzy szacowali, że ich szansa na zwycięstwo pojawi się, gdy do urn pójdzie minimum 30 milionów osób. Zagłosowało kilka milionów więcej. Wnioski mogą być zatem dwa – albo irańska „opozycja” zupełnie nie umie liczyć albo coś z tymi wyborami rzeczywiście było nie w porządku.

Zastanawiałbym się raczej nad stopniem fałszerstw. Protesty miałyby sens, gdyby zmanipulowano 15% głosów, czyli prawie 6 milionów głosów. Jeśli ktoś się łudzi, że takie oszustwo udałoby się zrobić bez spostrzeżeń i bez pozostawania śladu, to pora obudzić się ze snu. Teraz jest czas na zbieranie dowodów

Ahmadineżada popierali ludzie starsi, biedniejsi i z obszarów wiejskich. Najbardziej istotne jest poparcie islamskiego estabilshimentu i Alego Chameneia, który zaapelował o głosowanie na obecnego prezydenta. Reformatorzy liczyli na ludzi młodych, zniechęconych irańską rzeczywistością.

Życie w Iranie to nie bajka – rosnące bezrobocie, wysoka (ponad 25%) inflacja i brak perspektyw dla młodych ludzi. W gospodarce rządzi wszechobecne państwo, a na Iran nałożone są nadal międzynarodowe sankcje. Głównym tematem nie były stosunki ze Stanami Zjednoczonymi czy program atomowy, a właśnie kwestie z okolic gospodarki. Tak już jest, że ponura codzienna rzeczywistość jest dla ludzi ważniejsza niż stosunki międzynarodowe. Świetnie to było widać w Stanach Zjednoczonych, gdy podczas prawyborów Barack Obama i Hillary Clinton mieli problem z podaniem nazwiska prezydenta Miedwiediewa.

Ahmadineżad niemal hurtowo kupował głosy najbiedniejszych rozdając im wysoką, jak na warunki tego kraju, pomoc i sprzedając za bezcen lub oddając worki ziemniaków. Wszystko w ramach państwa, jako oficjalny program. Reformatorzy do prowadzenia kampanii używali na szeroką skalę Internet, a zwłaszcza Facebooka. W pewnym momencie władze stwierdziły, że dość tej innowacji i postanowiły Faceebooka, przynajmniej tymczasowo, zamknąć. Wskaźniki gospodarcze prezydentury Ahmadineżada są niekorzystne. To kolejny argument przemawiający przeciwko niemu. Żaden kandydat nie potrafił tego wykorzystać i nie przedstawił kompleksowego programu naprawy gospodarki irańskiej. W grze liczyło się tylko 2 osoby – Mahmud Ahmadineżad i Mir Hosejn Musawi.

Oskarżenie o sfałszowanie wyborów nie pojawiły się po raz pierwszy. Już 4 lata temu Ali Rafsandżani, ówczesny kontrkandydat Ahmadineżada, miał rozważać rezygnację ze startowania w drugiej turze, ze względu na fałszerstwa. Do dalszego prowadzenia kampanii przekonał go Ali Chamenei – prawdziwy przywódca kraju. Bez jego akceptacji i namaszczenia nie tylko trudno zostać prezydentem, ale przede wszystkim nie da się prowadzić polityki zagranicznej. Nie można przeceniać roli prezydenta w Iranie. Nawet najbardziej reformatorki kandydat nie przeprowadzi żadnych zmian bez zgody Rady Strażników oraz Ali Chameneia. Cały aparat państwowy sprzyjał Ahmadineżadowi i raczej teraz, pod wpływem zamieszek, do zmian nie dojdzie. Ahmadineżad nie jest znienawidzonym przez cały naród dyktatorem. Ma poparcie, ale trudno ocenić jego wysokość. Reformatorzy liczyli na ewentualne zwycięstwo w drugiej turze. Kwestia sporna jest tylko to, czy Ahmadineżad nie ma przesadnie wysokiego wyniku.

Protestujących ludzi szkoda, bo rzeczywistości nie zmienią. Bardzo prawdopodobne, że wybory zostały sfałszowane (albo ich wynik został  poprawiony), ale rządzić będzie i tak ten, który ma poparcie duchowego przywódcy kraju. Musawi też zresztą kandydatem na rewolucjonistę nie jest – był premierem w latach 1981-1989.  W Iranie siły polityczne funkcjonują w ramach państwa islamskiego kontrolowanego przez Radę Strażników. To system demokracji kontrolowanej, stosowany też w Egipcie, gdzie kombinuje się ze składem parlamentu czy Azerbejdżanie, w którym prezydent też „poprawił” sobie wynik. Wielbiciele makijażu.

Druga kadencja kontrowersyjnego prezydenta może pójść w różnym kierunku. Realna jest dalsza polityka konfrontacji, ale niewykluczone, że po wyborach zmieni koncepcję i zacznie rozmawiać z administracją Baracka Obamy. Wyraźnie taką propozycję akcentował prezydent Stanów Zjednoczonych podczas swojego przemówienia w Kairze.

Temperament kampanii wyborczej i wyborców (475 osób, w tym 42 kobiety zgłosiło swoją kandydaturę na stanowisko prezydenta!) pokazuje, że w Iranie istnieje społeczeństwo obywatelskie i to może zaprocentować w przyszłości. Na razie jest to demokracja reglamentowana (np. Rada Strażników wydaje zgodę na startowanie w wyborach), ale teherańska ulica staje się coraz bardziej liberalna. Wybór Ahmadineżada też ma z demokracją bardzo dużo wspólnego. 

Obama w Kairze- a może frytki do tego
Change” w sprawie Iranu

Obama w Kairze – a może frytki do tego?

4 komentarzy

Warto zapoznać się z przemówieniem Baracka Obamy wygłoszonym w Kairze. Jest długie, ale jednocześnie ciekawe. Ludzie,odpowiedzialni za jego napisanie zasługują na medal. Barack Obama nie po raz pierwszy od początku swojej kadencji wykonuje bardzo obiecujące gesty. Zasługuje na szansę, ale zamiast bezgranicznej wiary, proponuję surowszą ocenę jego dotychczasowych dokonań.

Słowa nie mają mocy czynów. Niestety. jak na razie prezydent Stanów Zjednoczonych przypomina kandydatkę na Miss World. Dużo się uśmiecha, jest charyzmatyczny (to jego talent), dla każdego ma miłe słowo, a jego marzeniami są pokój na świecie, skuteczna walka z głodem i rozbrojenie. Niewątpliwie oczaruje tym jury, ale mimo wszystko ważniejsze są efekty działań, a tych jak na razie brak.

Prezydent Obama nie urzęduje długo, zasługuje więc na jeszcze odrobinę cierpliwości. Po prawie 6 miesiącach prezydentury nie widać na poziomie faktów żadnego przełomu. Zapowiedzi, zagrania PRowe i wystąpienia są bardzo dobre i składają się na olbrzymi kredyt zaufania, jakim dysponuje Obama. Nie bez znaczenia jest kontrast wobec George W. Busha, który miał nadzieje, że „przyjdzie taki czas, gdy ludzkość wkroczy do układu słonecznego”.

Prezydent w swoim wystąpieniu skupił się na takich aspektach, jak Afganistan, Irak, konflikt izraelsko-arabski, napomknął również o demokracji, równouprawnieniu kobiet w państwach muzułmańskich i biznesie.

Konkrety jednak wyglądaja miernie. Przenalizujmy kwestie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Można powiedzieć, ze Obama „Ameryki nie odkrył”. Wszystko, co powiedział, padało już wcześniej, ale w mniej atrakcyjnej formie, chociaż to podobno ona w znacznej części znamionuje sztukę. W Kairze prezydent podkreślał prawo do własnego państwa – i Izraelczyków i Palestyńczyków. Przypomniał we wzruszający sposób historię tych narodów i zapowiedział starania na rzecz pokoju. Skrytykował też izraelskie osadnictwo na ziemiach palestyńskich, mając na myśli Zachodni Brzeg Jordanu. Jak w romantycznym filmie – tylko happy endu brakuje.

Administracja amerykańska naciska na premiera Izraela, Benjamina Netanjahu, by ten podjął rozmowy pokojowe. Problemy są jednak dwa. Pierwszy jest taki, że przywódca Likudu raczej nie zdaje się Amerykanom ustępować, a drugi jest taki, że choćby nawet bardzo chciał, to nie ma z kim rozmawiać, bo na Zachodnim Brzegu rządzi Fatah, a w Strefie Gazy Hamas. Nie widać żadnych symptomów poprawy, a przecież uznanie prawa do istnienia państwa palestyńskiego to nie autorski projekt Obamy. Cóż jest zatem przełomowego w tezie, że Izrael i Palestyna powinny pokojowe obok siebie istnieć? Czym się to różni od niegdyśniejszych wizji Szymona Peresa, Icchaaka Rabina czy Billa Clintona, a nawet oficjalnych deklaracji Mahmuda Abbasa, czy – w niektórych okresach – Jasera Arafata? Powiem więcej – pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych Organizacja Wyzwolenia Palestyny oficjalnie mówiła o możliwości wspólistnienia Palestyńczyków i Żydów w ramach jednego państwa.

Król jest nagi. Amerykanie mogą wpłynąć na Izrael, ale tego nie robią. Nie stosują magicznej i zbawczej mocy dolarów, z których tak szeroko korzysta państwo żydowskie. Obecnie istnieje oficjalna różnica stanowisk. Izrael nie ma nic przeciwko osiedlaniu się na Zachodnim Brzegu Jordanu swoich obywateli, Amerykanie owszem. Zobaczymy, czy Waszyngton będzie w stanie wyegzekwować swój postulat. Gorzej, jeśli znowu okaże się, że to ogon kręci psem. Przez same słowa nikt jeszcze pokoju nie zawarł. Na Bliskim Wschodzie, jak mało gdzie, liczą się konkretne działania, a tych do tej pory zupełnie brak.

Jakkolwiek wielkim zwolennikiem demokracji bym nie był, tak trudno nie skomentować uwagi Obamy, że żadne państwo nie powinno narzucać drugiemu systemu politycznego. To ciekawa deklaracja, szczególnie w konkteście oficjalnej doktryny Busha mówiącej o „szerzeniu demokracji”. Jak jednak nazwać amerykańskie działania w Iraku i Afganistanie? Przecież właśnie demokratyzacja tych krajów w jakimś sensie determinuje sytuację polityczną w tych państwach. Wynika to m.in. z niemal kompletnego braku tradycji demokratycznych. Nie dziwią problemy Afganistanu i Iraku, bo są to państwa etnicznie podzielone. Dopiero jakiś czas temu Amerykanie zaczęli rozumieć, jak prowadzić politykę w Iraku, ale deklaracja Obamy o „partnerskich” stosunkach nie brzmi poważnie. Partnersko to my zremisowalismy z „Lwami Mezopotamii” w meczu piłkarskim. Irak niewątpliwie będzie borykał się jeszcze wiele lat z typowymi problemami młodych demokracji, takimi jak korupcja, czy nietpowymi, takimi jak wybuchanie bomb. Jeśli zapowiedzi Obamy się sprawdzą i dojdzie do wycofania wojsk i rząd iracki przetrwa, to będzie znaczyło, że operacja zakończyła się sukcesem. Prezydent z gracją oczywiście pominął kwestię ropy i gazu mówiąc, że nie interesują Ameykanów irackie zasoby naftowe, w co mimo jak najlepszej wiary, trudno uwierzyć. Obama, wyciągając rękę do świata islamskiego, zdaje sobie sprawę, że w większości to nie ssą państwa demokratyczne, dlatego taka deklaracja nie jest przypadkowa. Zresztą, Fahdowie, Mubarakowie czy Allijewowie, to znani przyjaciele Stanów Zjednoczonych.

Barack Obama potwierdził również irańskie prawo do pokojwego rozwijania programu atomowego i propozycję swoich rozmów. Kolejny sympatyczny gest, jednak trzeba usiąść do rozmów. Tutaj należy rozgrzeszyć prezydenta, gdyż będzie to możliwe dopiero po wyborach w Iranie, po których możliwy będzie prawdziwy „change”. Do tego tańca potrzeba też dwojga i zobaczymy, czy Barack Obama będzie w stanie przekonać Iran do zmiany swojego stanowiska.

Ciekawe jest stwierdzenie prezydenta, że nie może być tak, że jedno państwo ma prawo do broni atomowej, a inne nie. Sprytne. Może rzeczywiście tak nie powinno być, ale tak właśnie jest! Przecież Izrael dysponuje bronią atomową i jest to najpotężniejszy z arsenału izraelskich odstrszaczy. Obama nawołuje do rozbrojenia, ale są to po raz kolejny tylko słowa, bo nie przekona Izraela, by ten pozbył się swoich głowic
. Chociażby dlatego, że to jeden z fundamentów jego bezpieczeństwa. To właśnie zniwelowanie tej strategicznej różnicy jest jedną z przyczyn determinacji irańskiej.

Na koniec przemówienia znalazło się dużo miejsca dla biznesu. Kolejne piękne deklaracje, ale biznesmani co prawda kierują się polityką, ale przede wszystkim interesuje ich zysk. Zawsze na koniec przemówienia należy wspomnieć o czymś, co łączy ludzi, czyli pieniądzach.

Wystąpienie Baracka Obamy zwiększy jego kredyt zaufania. Czas jest jednak nieubłagany i w końcu ktoś zacznie rozliczać prezydenta z jego obietnic i deklaracji. Kiedyś w/w kredyt przecież trzeba będzie zacząć spłacać.
Obamie należy życzyć powodzenia, bo spełnienie jego ambitnych deklaracji jest w interesie niemal całego świata. Pytanie brzmi, ile w tym wszystkim jest czystej Reapolitik i budowania swojej pozycji wokoł hasła „change”, a ile prawdziwego wizjonerstwa męża stanu? Do tej pory głównym sukcesem Obamy jest oszukanie 3 nastoletnich piratów i uwolnienie kapitana statku w Zatoce Adeńskiej. Administracja bardzo plącze się też przy okazji tarczy antyrakietowej, Polakom obiecując jej wybudowanie, a z Rosjanami negocjując wycofanie się z projektu. Interesy państw światwa są z reguły ze sobą sprzeczne i polityka „dla każdego coś miłego” nie ma szans powodzenia. Prawdziwe wyzwania dopiero przed prezydentem Stanów Zjednocoznych. Oglądaliśmy tylko rozgrzewkę.

- Licytacja o tarczę antyrakietową
- Nabucco: szansa czy marzenie?
- “Change” w sprawie Iranu

Licytacja o tarczę antyrakietową

3 komentarzy

rwa licytacja w sprawie tarczy antyrakietowej. Prowadzą ją Amerykanie. Prawdopodobnie czekają na moment, w którym Rosjanie zaproponują takie warunki, że będą mogli ogłosić – „sprzedane”. Tak naprawdę jednak gra nie jest jednak skończona. Zgodnie z tym, co pisałem kiedyś – taka sytuacja jest komfortowa dla Baracka Obamy. Może on wybierać wśród ofert, osłabiać pozycję negocacyjną swoich parnterów/przeciwników, sprawdzać blefy. Kontroluje sytuację. W rozgrywce o tarczę, co w sumie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, głównym rozgrywająćym są Amerykanie. Administracja amerykańska zrobi bilans zyskow i strat, a następnie zdecyduje się na któreś rozwiązanie w kwestii tarczy antyrakietowej.

Ostatnio w „Kommiersancie” i „New York Timesie” pojawiły się informacje odnośnie amerykańskiej propozycji – „Iran za tarczę”. Najprawdopodobniej jest to kontrolowany przeciek Tłumaczenie jest teoretycznie bardzo proste. Jeśli zniknie problem programu atomowego Iranu, to nie będzie podstawy do powstania tarczy antyrakietowej. Gdzie tu jednak sens? Projekt „gwiezdnych wojen” powstał za Reagana, czyli długo przed tym, zanim irański program atomowy zaczął stanowić jakikolwiek problem. Co więcej, wszyscy oficjalnie wiedzieli, że ten projekt skierowany jest przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Przyjmijmy nawet, że istotnie, irańskie rakiety stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa amerykańskiego i udaje się zlikwidować problem. Co w takim razie z rakietami np. północnokoreańskimi? Nagle stały się mniej groźne i omżna je zignorować? Nie, tak naprawdę to nigdy nie były zagrożeniem. Czasami odnoszę wrażenie, że amerykańska Sekretarz Stanu naprawdę wierzy w to, że tarcza skierowana jest przeciwko ajatollahom. Według mnie w istocie wygląda to tak, że nowy prezydent Stanów Zjednocznych mówi do Rosjan: „ok, możemy wstrzymać projekt, który w was uderza, ale w zamian….”. Jeśli do tego dodamy, że Amerykanie coraz mniej chętnie będą patrzyli się na wydawanie kolejnych miliardów dolarów na projekt, którego pozytywnych skutków de facto nie odczują, a w momencie, w którym szaleje mityczny „kryzys gospodarczy”. Obama musi też patrzeć na słupki wyborcze.

Rosjanie wspomagają technologicznie irański program atomowy, ponadto dostarczają Persom uzbrojenie i głosują za nimi w RB ONZ. W Radzie Iran wspomagają tez Chińczycym ale sojusz irańsko-chiński jest mniej ścisły. Rosjanie mają więc niezbędne środki wpływu by przekonać (lub przymusić) Iran do uspokojenia się. Szczególnie, że Irańczycy są skłonni do układania się z Amerykanami. Problem jednak w tym, że to prawdopodobnie dla Amerykanów za mało. Iran jest problemem wyolbrzymionym, bardziej prestiżowym i dotyczącym Izraela. Dla Stanów Zjednoczonych Iran nie jest prawdziwym zagrożeniem. Amerykanów w tym przypadku może bardziej interesować pomoc rosyjska w Pakistanie i Afganistanie. Moskwa może bardzo ułatwić tranzyt.. Rosjanie mają więc, co rzucić na wagę. 

Polacy i Czesi zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Państwe te skomplikowały sobie stosunki z Rosją, a teraz mogą zostać wystawione do wiatru przez Amerykanów. Zasada „nic o nas bez nas” po raz kolejny okazałaby się pustym frazesem. Polska stała się przedmiotem negocjacji. Nasza dyplomacja zostałaby zdradzona, a Patrioty pełniłyby funkcję prezentu na pocieszenie.. Patrioty bez bazy może zwiększają nasze możliwości obronne, ale nie zmieniają położenia strategicznego. Ich pozyskanie będzie jedynie symboliczne, bo militarnie – pomimo swojego zaawansowania – pozostaną bez znaczenia. Nie jestem i nie byłem wielkim zwolennikiem tarczy. Uważam, że jest ona dużo bardziej potrzebna Stanom Zjednoczonym aniżeli Polakom, ale skoro umowa została podpisana, to powinna zostać zrealizowana. Wymaga tego minimum szacunku wobec swoich sojuszników. Inaczej po raz kolejny ziści się zasada, w którą Polakom zawsze ciężko było uwierzyć – w polityce liczą się interesy, a nie sentymenty. Barack Obama wybierze w interesie amerykańskim, Polska ma dla niego znaczenie trzeciorzędne. Wcale nie oznacza to rezygnacji z tarczy, bo ten projekt ogranicza rosyjskie pole manewr, pokazuje jak NATO i Stany Zjednoczone całkowicie dominują była sowiecką strefę wpływów, poza tym jest on już naprawdę bliski ukończenia. Rosjanie dostali alternatywną propozycję – „wykupienia” tarczy. Taka skomplikowana forma haraczu.

Robiąc interesy z Amerykanami trzeba pamiętać, że przede wszystkim dla nich najważniejsze są własne korzyści. Są bardzo elastyczni, kiedy trzeba mówią o sojuszach, o bliskich relacjach, o pomocy finansowej i militarnej oraz demokracji i prawach człowieka. Piękne słowa muszą mieć jednak odzwierciedlenie w faktach. Kiedy Amerykanie wyczuwają, że istnieje lepsze rozwiązanie, nie mają nawet chwili zawahania. Dlatego właśnie teraz trwa licytacja. Obama musi ustalić swoje priorytetowe cele w polityce zagranicznej. Na razie postępuje bardzo ostrożnie. Bardzo słusznie – z amerykańskiego punktu widzenia – prowadzi grę, w wyniku której uzyska jak najwięcej korzyści. Amerykanie nie prowadzą altruistycznej polityki zagranicznej. O wszystkim decydują interesy, najczęściej ubrane w piękne słowa-klucze. Musimy zmienić nasze podejście do Amerykanów na bardziej pragmatyzne.

 

Więcej na temat tarczy antyrakietowej i Iranu

"Rozgrywka o tarczę antyrakietową"
 

"O rosyjskim blefie"

"Change w sprawie Iranu"

“Change” w sprawie Iranu?

2 komentarzy

 W ostatnim czasie ponownie głośno było na temat Iranu. Z dwóch względów. Interwencji Izraela w Strefie Gazy oraz zapowiedzi Obamy dotyczących zmiany polityki Stanów Zjednoczonych wobec Teheranu. Co ciekawe, okoliczności ułożyły się w taki sposób, że Iran odnosi korzyści. Ajatollahowie, wbrew obiegowej opinii, prowadzą bardzo rozważną politykę zagraniczną i pozycja Iranu umacnia się. Mahmud Ahmadineżad odzykał szansę na reelekcję. Wspólnota międzynarodowa jest nadal bezradna wobec – wyimaginowanego lub też nie –wojskowego programu atomowego. Dlatego właśnie Barack Obama postanowił zastosować inne metody polityczne wobec Iranu. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. 

Najpierw zajmę się rolą Iranu w czasie konfliktu w Strefie Gazy. Prasa i komentatorzy rozpisywali się na temat sojuszu hamasowsko-irańskiego. W praktyce oznaczało to tyle, że Palestyńczycy mieli dysponować bronią, którą dostarczać mieli Irańczycy. Jeśli zaś chodzi o kwestie polityczne, to Iran – chociaż niezbyt to było oryginalne – potępił żydowską interwencję i trochę pogroził. Na tym udział Tehearanu się de facto kończy. Co prawda pojawiały się wesołe nowinki na temat potencjalnych rajdów piratów wynajętych przez Persów (debka.com!), ale jak to mówią w starym i mało śmiesznym dowcipie – fantastyka piętro wyżej/ Iran nie zrobił też nic, aby militarnie wspomóc, co piszę z ironią, sunnickich braci. Wiązało się to z prostą kalkulacją. Atak z powietrzna, bądź rakietowy, na Izrael, nie dość, że prawdopodobnie byłby nieskuteczny, to jeszcze doprowadziłby do potężnego odwetu. Irańczycy więc nie chcieli, ale też za bardzo nie mogli, zaryzykować.

Osiągnęli zatem to, co było realne. Mahmud Ahmadineżad na całym zamieszaniu zgromadził duży kapitał polityczny wewnąrz kraju. Walki Izraela z Hamasem było bardzo korzystne z propagandowego punktu widzenia. O Iranie niemal kompletnie przestało się mówić w kontekście programu atomowego. Czytało się wprawdzie opinie wg których „militarna klęska Hamasu będzie czułym uderzeniem w Teheran”, jednak Iran widocznie jest nieczuły, w związku z czym nic nie odczuł. Irańczycy przyjęli realistyczną wersję polityki na czas konfliktu. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że dostawa paru rakiet nie zmieni sytuacji strategicznej Haamasu. Iran dużo niebezpieczniejszy jest w Libanie, gdzie sponsoruje i kontroluje szyicki Hezbollah. Stopień zażyłości i identyfikacji z tą organizacją jest dużo większy, niż w stosunku do Hamasu. Tragedii nie ma. Irańscy decydenci na pewno w tej kwestii byli realistami, dlatego udało im się uniknąć strat. Co zaś się tyczy Hamasu, to w czasie izolacji, jaka go niewąpliwie czeka, uzależni się jeszcze bardziej od irańskich pieniędzy. O ile Teheran nadal będzie chciał łożyć na dziecko, które lubi się niepotrzebnie awanturować i bije z silniejszymi od siebie. Hamas jest skazany na Teheran, ale Teheran nie jest skazany na Hamas. W dodatku marna to miłość, raczej kiepskie zauroczenie

Możliwa jest również „nowa jakość” w kwestii stosunków (a raczej ich braku) między Stanami Zjednoczonymi, a Iranem. Warto podkreslić, że to Amerykanie, a nie Irańczycy zmieniają swoje podejście w tym przypadku. Nowy prezydent występuje w roli dobrego policjanta. Ryzykuje, bo władze Iranu wcale nie muszą tańczyć do tej samej muzyki, co on, ale ta inwestycja może się spłacić.I rańczycy wiedzą, że lepszego partnera do rozmów już nie będzie. Jeżeli usztywnią swoje stanowisko – osiągną tyle, co nasi na Euro2008.. Jeżeli uealstycznią – mogą uzyskać wiele korzystnych, szczególnie gospodarczo, rozwiązań. Barack Obama od razu potwierdził prawo Iranu do posiadania legalnego cywilnego programu atomowego. Tak naprawdę to niewielki postęp faktyczny w stosunku do Busha, ale w ustach nowego prezydenta brzmi to naprawdę nieźle. Należy też wziąć pod uwagę, że zaufanie Irańczyków do nowego prezydenta jest bezspornie wyższe. Obama stawia jeszcze dwa warunki, po pierwsze – zaprzestanie wspierania terrorystów, a po drugie – powstrzymanie się od gróźb wobec Izraela. O ile ten pierwszy punkt jest bardzo płynny, bo inna jest koncepcja terroryzmu wg Waszyngtonu, a inna wg Teheranu, o tyle spełnienie tego drugiego nie powinno być tak trudne, jak się to wydaje. Iran bardziej niż destabilizowania Iraku czy Libanu, potrzebuje teraz nowoczesnych technologii i wsparcia gospodarczego. Dlatego propozycje uczestnictwa w WTO i inwestycji zagranicznych muszą brzmieć atrakcyjnie. Do tego dochodzi ewentualny udział w gazociągu Nabucco w perspektywie paru lat. O ile Irańczycy będą w stanie w tej sprawie sprzeciwić się Rosji. Nie będąc jednak uzależnionym od tego kraju, tak jak wygląda to teraz, jest to o wiele bardziej prawdopodobne. 

Na razie jednak nie oczekiwałbym szybkiego przełomu. Bardzo możliwe, że dojdzie do rozmów, ale zaufanie trzeba zdobywać stopniowo. Iran musi też określić, jakie są jego cele i zbadać, czy to nie blef. Obecna sytuacja polityczna nie bardzo również sprzyja oficjalnym rozmowom, bo Amerykanie oficjalnie wsparli Izrael, a w Iranie wybory zbliżają się wielkimi krokami. Istnieje jednak pewne pole, na którym można negocjować. Trudno jednak przypuszczać, by Iran np. nagle odciął się od Hezbollahu. Chodzi o to, by rozmawiać na jednocześnie ważne tematy, ale również takie, gdzie istnieje szansa porozumienia. Iranowi porozumienie gospodarcze z Zachodem może się opłacać, nawet kosztem programu atomowego. Mogą zresztą, w zamian za kontrolę, zażyczyć sobie nowoczesnych technologii z zakresu pokojowego programu atomowego. Irańczycy z czasem przestaliby traktować Amerykanów jak wrogów (i vice versa). Na pewno bardzo pozytywnie wpłynęłoby to na Irak. Puzzle zaczęłyby się układać. Tylko, że to optymistyczny scenariusz, a w dodatku raczej na lata, niż miesiące. Trzeba jednak zauważyć impuls. 
 

 Nowsze artykuły123