Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Iran

Irański racjonalizm – jak to działa?

Brak komentarzy
źródło: wiadomosci.dziennik.pl

źródło: wiadomosci.dziennik.pl

Dlaczego działający w Libanie Hezbollah nie uderza w Izrael? Po co Chaled Meszal, lider Hamasu, ogłasza czasami rozejm w walce z Izraelem? Czemu Iran – mimo różnych możliwości – nie przeprowadza ataków terrorystycznych na terenie Izraela?

Na zaprzyjaźnionym portalu “Polityka Wschodnia” znajdujemy dziś informacje o wypowiedzi generała Hassana Firouzabadiego, który stwierdza, iż celem istnienia Iranu jest anihilacja (co za ładne słowo!) Izraela i porównuje “reżim syjonistyczny” do guza nowotworowego, który należy wyciąć. Od razu przypominają się inne wypowiedzi – w tym wiele zapowiedzi Mahmuda Ahmadineżada pt. co zrobi, gdy złapie Izrael, ale też inne – bardziej urocze – jak propozycja jednego z dowódców Rady Strażników Rewolucji, iż jest gotów wysłać swoich ludzi w ramach misji peacekeeping do Wielkiej Brytanii -  w czasie zeszłorocznych.

Islamska Rewolucja, koncepcja założycielska obecnego Iranu – wbrew zapewnieniom jej twórców – nie wygrała. Dla młodych Irańczyków ważniejszy jest brak perspektyw, wysokie bezrobocie i inflacja, aniżeli wymazanie Izraela z mapy świata. Arabska Rewolucja nie tylko nie idzie w kierunku Islamskiej Rewolucji, a wręcz przeciwko niej, co świetnie pokazuje sytuacja w Syrii. Prezydent Assad to jeden z nielicznych sojuszników Iranu w regionie,, dlatego Teheran go desperacko popiera. Identycznie postępuje, założony w latach 80-tych przez Radę Strażników Rewolucji, Hezbollah.

Iran znajduje się więc w defensywie, a jeszcze dodatkowo “otrzymał” od Unii Europejskiej oraz Stanów Zjednoczonych pakiet sankcji, który powoduje, iż Teheran, w kontaktach z niektórymi państwami, powrócił do epoki wymiany barterowej (Indie), a z innymi przestał w ogóle handlować surowcami (państwa UE). Skorzystać na tym chcą Chiny i Indie, które teraz chętnie renegocjują z Iranem warunki dostaw. Presja na Teheran nigdy nie była tak silna.

To wszystko jest kosztem irańskich starań o … niezależność polityczną i pozycję mocarstwa regionalnego. Tak, to jest celem Iranu, a nie bezwarunkowe zniszczenie Izraela. Izrael jest potrzebny Iranowi z innego powodu – państwo ajatollahów potrzebowało, potrzebuje i będzie potrzebowało wroga ideologicznego. Czy jest na świecie ktoś, kto by do tego celu lepiej się nadawał? Inaczej zagrożenie irańskie odbiera z kolei Izrael – dla niego broń nuklearna w rękach Iranu to potencjalne śmiertelne zagrożenie. Jak jednak – część z nich – ocenia samo zagrożenie Holocaustem? Oddajmy głos izraelskim politykom.

Ehud Barak, Minister Obrony Narodowej, były premier:
“Irańczycy w pełni rozumieją, jakie miałoby to konsekwencje (atak nuklearny na Izrael – dop. PG)). Są radykalni, ale nie są szaleni. Mają całkiem nowoczesny proces podejmowania decyzji i rozumieją rzeczywistość – powiedział w Waszyngtonie Barak, który spotyka się tam z przedstawicielami władz USA.” – 26.02.20120

Konsekwencja ta, co należy przypomnieć i sugeruje Barak, to odpowiedź Izraela. Nuklearna odpowiedź. Wymazanie Izraela z mapy równa się wymazaniu Iranu z mapy. Nie wolno też zapominać o jeszcze jednej kwestii – decydując się na taki atak Irańczycy mogą dokonać Holocaustu jeszcze jednego narodu – palestyńskiego, w którego przecież obronie występują przeciwko Izraelowi. Izrael – ze względów bezpieczeństwa – nie może pozwolić na zdobycie przez Iran broni, ale to polityka, a nie kwestia egzystencji.

Najlepiej o irańskiej racjonalności świadczy inna sytuacja – z początku tego roku. Od samego początku dywagacji na temat konfliktu z Iranem cały świat obawia się blokady cieśniny Ormuz, kluczowej z punktu widzenia światowej gospodarki. Iran straszył, iż zablokuje cieśninę, jeżeli UE nałoży na niego sankcje. Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami nie cofnęły się o krok. Konflikt oznaczał – prawdopodobnie – spektakularną klęskę Iranu, a światu – nawet państwom antyamerykańskim z definicji – ciężko byłoby potępić uwolnienie cieśniny Ormuz. Ucierpiałaby światowa gospodarka, o irańskiej nie mówiąc, bo dla niej byłoby to samobójstwo.

Jak się zakończyła cała historia? Iran nie zablokował cieśniny, przez Ormuz dalej pływają tankowce, sankcje zostały nałożone. Strasznie racjonalne postępowanie jak na wariata, który wie, że nie atakuje się silniejszych, a co najwyżej można ich spróbować przechytrzyć. Tym razem się nie udało, a sprawdzenie kart wykazało blef. Znajdujący się pod presją Iran powrócił również do stołu negocjacyjnego.

Racjonalizm w polityce międzynarodowym nie polega na tym, co się mówi, a na tym co się robi. Cytując klasyka gatunku – czyny, nie słowa.

Guntera Grassa przypadki. Czy wolno krytykować Izrael?

1 komentarz
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Schemat nie jest skomplikowany. W Niemczech – z historycznych powodów – krytyka Izraela nie należy do pożądanych zachowań publicznych. Od razu rodzi wspomnienia Holocaustu, antysemityzmu i pytania o historyczne prawo do ocen. Jeszcze większy problem ma laureat Literackiej Nagrody Nobla, Gunter Grass, który opublikował w “Suddeutsche Zeitung” wiersz pod tytułem “Co musi zostać powiedziane”. Grass, krytykując Izrael, momentalnie został oskarżony o antysemityzm, a temu z kolei zarzutowi towarzyszyło – zgodne z prawdą zresztą – przypomnienie, iż pisarz był członkiem Waffen-SS. Kombinacja tych dwóch faktów oznacza koniec dobrze zapowiadającej się dyskusji. Nie czekali również długo Izraelczycy, którzy – ustami ministra spraw wewnętrznych Eli Yishai z religijnej Partii Szas – ogłosili, iż Gunter Grass jest persona non grata w Izraelu. Swój komentarz dodał też minister spraw zagranicznych Izraela Avigdor Liberman, którego zdaniem egoistyczni tzw. intelektualiści są gotowi poświęcić Żydów calem zwiększenia sprzedaży swoich książek i dla zdobycia uznania.

Nie trzeba być jednak wybitnym intelektualistą, a nawet laureatem Nagrody Nobla, aby odróżniać od siebie krytykę polityki rządu danego państwa od antysemityzmu. Czy każda krytyka poczynań rządu jest dowodem na antysemityzm? Idąc tą drogą – największymi antysemitami są izraelscy opozycjoniści z Partii Pracy i z Kadimy o Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości nie mówiąc Przekonany jestem o tym, że odróżniają te sytuacje od siebie także politycy izraelscy, jednak im nazwanie Grassa antysemitą, przypomnienie mrocznego faktu z przeszłości, a także błyskawiczna reakcja jest najzwyczajniej na rękę, bo zamyka – niewygodną fragmentami – dla nich dyskusję. Proszę teraz znaleźć poważnych polityków, którzy staną w obronie Grassa. Zamiast dyskutować o niuansach polityki bliskowschodniej zajmujemy się biografią Guntera Grassa.

A cóż takiego dowiadujemy się z wiersza? Że Izrael ma broń atomową i jego potencjał nuklearny należy również monitorować? Że – zdaniem autora – zagraża światowemu pokojowi? Że Niemcy – eksportując broń – mogą być współudziałowcami w potencjalnej zbrodni na Irańczykach? Że Izrael zagraża Iranowi?
. O wszystkim tym możemy dyskutować, z częścią poglądów nie zgadzać, ale czy to przejaw antysemityzmu? Wątpię.

Sam co jakiś czas krytykuję politykę izraelską wobec Palestyńczyków. Czy jestem zatem antysemitą, ponieważ już od kilku lat zauważam, iż obecny rząd izraelski, ze względu na swoje zaplecze wyborcze, nie jest zainteresowany osiągnięciem pokoju, o wycofaniu izraelskich osiedli z Zachodniego Brzegu Jordanu nie mówiąc? Zobaczmy jednocześnie, jakie wątki wrzucił pisarz do dyskusji, o których się nie mówi i o których zapominają media.

1. Kwestia izraelskiego i irańskiego programu atomowego
Broń atomowa w posiadaniu Iranu to nic, czego Amerykanie, Europejczycy, a przede wszystkim, Izraelczycy by sobie życzyli. Izrael obecnie posiada monopol na tę broń, co gwarantuje mu gigantyczną przewagę, a w połączeniu z sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi skutkuje absolutną nienaruszalnością. Tylko że … jak to jest, że jedni mogą mieć broń atomową, a inni nie? Nikt rozsądnie myślący nie uzna nigdy, że w przypadku Izraela jest to broń ofensywna – bo nie jest. Izrael potrzebuje broni atomowej jako broni odstraszającej, dzięki której atakujący ma pewność, że o ile nawet nie przegra, to na pewno nie jest w stanie wygrać wojny.

Pytanie brzmi – po co więc broń Iranowi? Aby wymazać Izrael z mapy? Wątpliwe, ponieważ Irańczycy wymazaliby wtedy również Palestyńczyków, a poza nimi – także siebie po błyskawicznym odwecie (tutaj odpowiedź dla Guntera Grassa – po co Izraelowi okręty). Iran potrzebuje broni atomowej, aby ugruntować swoją pozycję, pokazać aspiracje oraz odstraszyć swoich wrogów. Przyczyny pragmatyczne i Grass słusznie porównuje te sytuacje. Jednym się pozwala i ich wspiera, a na drugich nakłada sankcje. Ja rozumiem tego przyczyny, ale czy patrząc z góry – są to reguły równe dla wszystkich?

Sytuacja wynika zatem z kalkulacji interesów – broń atomowa zwiększa możliwości Iranu, zmniejsza manewr Izraela, stąd nastawienie tych państw. Ehud Barak, minister obrony Izraela sam rozsądnie – jakiś czas temu – zauważył, że Iran, nawet jeżeli zdobędzie broń, nie użyje jej. Dla Izraelczyków problem jest jeszcze jeden – ciężko byłoby zaakceptować, iż wrogie mu ideologicznie państwo będzie dysponować tak niebezpiecznym narzędziem.

Z kolei dla Stanów Zjednoczonych pozyskanie takiej broni przez Iran oznacza destabilizację regionu i zwiększenie wpływów Iranu, a także obniżenie bezpieczeństwa Izraela. Dlaczego władze Turcji, Egiptu czy Arabii Saudyjskiej miałyby również nie prowadzić swoich programów atomowych w takiej rzeczywistości?

2. Izrael jako zagrożenie dla pokoju
Z opinią, że Izrael jest zagrożeniem dla pokoju na Bliskim Wschodzie można się zgadzać lub nie, ale nie ulega dyskusji, że to Izrael oficjalnie informuje, że rozważa podjęcie kroków militarnych przeciwko Iranowi, a nie Iran przeciwko Izraelowi. To Iran otoczony jest amerykańskimi wojskami i to w okolicy cieśniny Ormuz kręcą się grupy amerykańskich lotniskowców. W potencjalnej konfrontacji – Irańczycy są bez szans.

Czy to izraelscy naukowcy giną na ulicach Tel Awiwu czy irańscy na ulicach Teheranu?

Osobiście uważam, że dyskusja kto jest wyłącznie winny jest bez sensu, ponieważ konflikt Izraela z Iranem wynika z naturalnych interesów tychże państw. Co więcej – gdyby irańscy przywódcy byli na miejscu izraelskich robiliby to samo i vice versa. Czy Grass jednak nie porusza ciekawiej kwestii – kto kogo tak naprawdę zamierza zaatakować?

3. Niemieckie okręty dla Izraela
Niemcy mają prawo sprzedawać broń, a Izraelczycy kupować, ale czy sprzedając okręty podwodne typu Delfin, które są zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych, nie przesyłają jasnego sygnału – jedne zasady obowiązują wobec Iranu, a inne wobec naszych przyjaciół z Izraela? Można oczywiście dyskutować dlaczego tak jest i czy Niemcy – z historycznych powodów – nie czują się moralnie odpowiedzialni za izraelskie bezpieczeństwo, ale czy podnoszenie tego w dyskusji jest czymś nieakceptowalnym jak argument ad hitlerum?

Z Gunterem Grassem można się nie zgadzać. Co więcej – sam mam pewne wątpliwości czy osoba będąca w przeszłości w Waffen-SS nie powinna sobie darować niektórych przemyśleń – np. nie uważam, aby Izrael chciał wymazać z mapy Irańczyków, ale to potrzebny głos w dyskusji. Takiej, jakiej brakuje i w kwestii, która jest dla nas wszystkich bardzo ważna. Szkoda, że media i tzw. intelektualiści (cytując klasyka: można być intelektualistą i można być ignorantem) zamiast przedyskutować kwestię, skupiają się nie na treści wiersza, a na jego autorze. W imię poprawności politycznej zabiliśmy dyskusję.

Syria-Iran-Afganistan: 3 pytania nurtujące prezydenta Obamę

Brak komentarzy
źródło: foxnews.com

źródło: foxnews.com

W ostatnim czasie Amerykanie znaleźli się na Bliskim Wschodzie i “okolicach” w defensywie. W kontekście wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych to bez różnicy, o ile nie wybuchnie konflikt, nie dojdzie do ludobójstwa w Syrii lub nie powtórzą się masakry, jak ta ostatnia dokonana przez amerykańskiego żołnierza (16 zabitych, 30 rannych – czym to się różni od ataku terrorystycznego?) , gdyż wtedy opinia publiczna za oceanem może zainteresować się tym nieprzewidywalnym regionem, a rywale Obamy – choć nieznający się na polityce międzynarodowej – dostaną wiatru w żagle.

1. Jeżeli już zaatakować Iran to jak to zrobić, aby zaskoczyć Persów?
Barack Obama nie poszedł za głosem Stephen S. Walta i nie stwierdził, że wyklucza opcję militarną w relacjach z Iranem. Żaden polityk – ani amerykański, ani izraelski – nie powie, iż wyklucza takie rozwiązanie, ponieważ spowodowałoby to całkowite zniesienie presji na ajatollahach. Praktycznie jednak nic nie zapowiada amerykańskiej akcji militarnej w następnych tygodniach, a ewentualna operacja przed wyborami raczej zaszkodzi prezydentowi, a nie mu pomoże. Jest jeszcze jedna kwestia – media cały czas (od 8 lat!) mówią o potencjalnym ataku, o tym, że Stany Zjednoczone/Izrael się zbroją, iż już tuż tuż (najczęściej: następna pora roku – na wiosnę, że w lecie, w lecie, że na jesieni, a na jesieni, ze w zimę…) dojdzie do interwencji.

Tylko że jak w takich warunkach zaskoczyć Irańczyków? Cały czas im się powtarza, że mają być gotowi na atak z powietrza, że chcąc-nie chcąc, muszą się z tym liczyć i zabezpieczać. Siłą dotychczasowych operacji izraelskich ukierunkowanych na niszczenie programów atomowych było właśnie zaskoczenie (Osirak w Iraku, Syria niedawno) i względny brak zaawansowanej technologii.

Tymczasem prezydent Obama i Unia Europejska nałożyli mocne sankcje gospodarcze na Iran i Teheran od razu wyraził gotowość powrotu do rozmów. Obamie, z oczywistych względów, bardziej odpowiada rozwiązanie dyplomatyczne, aniżeli ruletka związana z tak kosztowną i ryzykowną operacją wojskową (w tym kontekście zapraszam do artykułu “Iran w ‘ofensywie’ – Teheran pod ścianą”, który pokazuje rzeczywiste pozycje w regionie).

2. Syria – chronić przeciwników Assada kosztem łamania prawa międzynarodowego oraz sporu z Moskwą i Pekinem, czy pozwolić na długotrwałą wojnę domową?
Amerykanie mają też inny problem – Syria. Assad nie został – w przeciwieństwie do Kaddafiego -opuszczony przez Pekin i Moskwę, które dość mają zachodniej ingerencji w Arabską Wiosnę. Chińczycy i Rosjanie, z oczywistych względów, raczej nie występują przeciwko autorytarnym państwom, w których nie ma gwarancji demokratycznych i poszanowania praw mniejszości.

Do bombardowań zachęca republikański senator, były kontrkandydat prezydenta Obamy, John McCain Nie czyniąc nic, Amerykanie doprowadzają do kontynuacji wojny domowej, której skutki są nieprzewidywalne, ale jednocześnie oznaczają dalszą część śmierci niewinnych istnień i katastrofę humanitarną. Assad będzie naśladował taktykę Kaddafiego, która prawie przyniosła skutek (gdyby nie “Świt Odysei” pułkownik zająłby Benghazi i prawdopodobnie przeprowadził rzeź) – fizycznej eksterminacji swoich przeciwników, strzelanie do żałobników,. Lepsza jest taktyka prezydenta Syrii wobec dziennikarzy, którym nie pozwala pracować, w przeciwieństwie do rodu Kaddafich, którzy o swój PR walczyli do końca, będąc z góry na przegranej pozycji.

Obama zatem stanie przed wyborem – przyglądać się kolejnym starciom i narażać na krytykę z powodu śmierci kolejnych cywilów albo zainterweniować, uderzyć w reżim Assada, wesprzeć opozycję, może odwrócić część zwolenników i … narazić się na krytykę z powodu łamania Karty Narodów Zjednoczonych oraz braku zgody Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Już Libia dostarcza nowych problemów, w postaci starć, łamania praw człowieka (czarnoskórzy ludzie w klatkach…) i autonomicznych ambicji przywódców libijskich plemion na wschodzie kraju.

3. Afganistan – jak odwrócić przegraną wojnę o dusze Afgańczyków?
W Afganistanie nie wygrali Brytyjczycy, polegli Sowieci i wiele na to wskazuje, iż na tarczy wrócą również Amerykanie. Oczywiście, oficjalnie będzie się mówiło o wycofaniu i szkoleniu, ale szanse na ustabilizowanie się kraju po wycofaniu należy ocenić na poziomie szans trenera Smudy na poprowadzenie Barcelony po odejściu Guardioli. Sytuacji nie poprawiają problemy z Pakistańczykami, chcącymi zachować swoje wpływy u sąsiadami i niechętnie patrzącymi się na Hamida Karzaia, wcale nie z powodu nepotyzmu, korupcji czy fałszerstw wyborczych (co czwarty głos został sfałszowany!), a ze względu na … potencjalne proindyjskie sympatie. Tego w Islamabadzie się nie wybacza…

Na temat strat i tendencji kompetentnie wypowiedział się Piotr Wołejko w artykule “Afganistan to kosztowna klęska. Raport Davisa”, więc nie będę analizował liczb. Są one jednak druzgocące i dowodzą, iż sprawy nie idą w dobrym kierunku.

Na pewno trendu nie odwrócą takie historie jak ta z ostatnich dni, gdy żołnierze amerykańscy zaczynają strzelać bo bezbronnych cywilów, być może pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzającycb. Nie wiemy też, ile takich przypadków dzieje się bez naszej wiedzy, jest wyciszanych, a ofiary klasyfikuje się jako terrorystów. Słyszałem o podobnych “wypadkach” w Iraku – dowodzą one zarówno demoralizacji – w przypadku jednych, jak i olbrzymiego obciążenia psychicznego, ciągłego życia w strachu – w przypadku drugich. Atmosferę wojny świetnie oddaje reportaż zamieszczony na stronach Interii.pl, obrazujący codzienność Afganistanu.

Barack Obama zaryzykował i wysłał dodatkowych żołnierzy na wojnę, którą na razie – nie tyko w mediach – przegrywa. Zdecydował się jednak na podjęcie dwóch kroków, które są światełkiem w tunelu. Wojsko ma w większym stopniu skupić się na odbudowie kraju, a jednocześnie rozpoczęto również rozmowy z talibami celem zakończenia wojny domowej. Efektów na razie nie ma, ale stratedzy w Pentagonie mają poważny problem, bo nawet jeżeli uda się porozumieć z wrogami, to kto da gwarancję, iż po wycofaniu wojsk będą dalej respektować ustalenia? Poczekali 11 lat, poczekają jeszcze 2-3…. Podobnie postąpił Wietnam Północny po tzw. porozumieniach paryskich. Zabijanie niewinnych cywilów nie spowoduje wzrostu popularności Ameryki w tym kraju, a Afgańczycy nie są gotowi przejąć odpowiedzialności za kraj. Nie pomagają też informacje o paleniu Koranu. Jednym takim zachowaniem można zniweczyć miesiące pracy nad poprawą reputacji w społeczeństwie afgańskim. Co to za różnica dla zabitego, czy do niego strzelał Pasztun czy Amerykanin?

Iran w “ofensywie” – Teheran pod ścianą

5 komentarzy

“Postęp w irańskim programie atomowym”, “Irańskie rakiety dosięgną Europy”, “Ahmadineżad grozi Zachodowi”, “Izrael i Stany Zjednoczone nie wykluczają ataku prewencyjneog na Iran” – tak mniej więcej wyglądają tytuły artykułów prasowych dotyczących Iranu.

Efekt tego jest taki, że artykuły są pisane przez zmanipulowanych dziennikarzy dla zmanipulowanych czytelników. Dominuje obraz Iranu jako kraju rządzonego przez szaleńców z jedną misją – zniszczenia Małego i Wielkiego Szatana, który chowa się pod postaciami Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wyjątkowo wygodny punkt widzenia dla mieszkańców Zachodu, zwłaszcza w połączeniu – z prawdziwymi przecież – informacjami o stosowaniu kary śmierci i nieprzestrzeganiu praw człowieka. Całkiem trzeźwe spojrzenie na sprawę przedstawił wywiad amerykański w Kongresie. Proponuję porównać z artykułem, który opublikowałem 11 stycznia – “Ile kosztuje atak na Iran?”.

Polityka Stanów Zjednoczonych i UE nie dziwi, ponieważ każdy gra we własnym interesie. Amerykanie mają jasno zdefiniowane interesy w regionie i na pewno w ich wizji Bliskiego Wschodu nie ma silnego i niezależnego Iranu, tak samo jak Iran dąży do realizacji swoich marzeń o środku odstraszającym i zwiększeniu presji na Izrael. Izrael z kolei gra na zmaksymalizowanie własnego poczucia bezpieczeństwa, które spadłoby znacząco, gdyby Iran wszedł w posiadanie broni nuklearnej. Wypada powiedzieć, że to nic osobistego – jak uważa większość mieszkańców Europy – a tylko polityka.

Zobaczmy jak Iran szykuje się do ataku na cywilizowany świat…

1. Może atakować w każdym kierunku

źródło: antiwar.com

źródło: antiwar.com

Mapa jest może trochę przesadzona, ale doskonale pokazuje proporcje oraz to, w jakich państwach Stany Zjednoczone mają rozmieszczone swoje wojska i instalacje wojskowe. Jak widać jest to prezent dla ofensywnie usposobionych ajatollahów, gdyż – mówiąc sarkastycznie – w którą stronę nie zaatakują, zawsze trafią na amerykańskich żołnierzy. Iran jest niemalże otoczony przez Stany Zjednoczone. Również w Zatoce Perskiej niepodzielnie rządzi US Army.

Irańczycy mają jeden świetny powód, dla którego nie są gotowi na wojnę czy atak – każdą konfrontację przegrają. Na tym świecie bywa raczej tak, że to silniejszy atakuje słabszego, a nie na odwrót. Zaatakowany Iran odpowie, ale sam nie ma interesu w przejściu konfliktu ze skali werbalno-dyslokacyjnej do militarnej.

W międzyczasie trwa zabawa wywiadów – Izraelczycy załatwili kolejnego irańskiego naukowca, a Teheran odpowiedział nieudanym atakiem na ambasady.

2. Wprowadzenie nowoczesnych metod handlu
Sankcje Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej w końcu dotknęły Iran. Ceny w tym państwie drastycznie poszły w górę - poinformował Reuters. Iran utracił możliwość rozliczania się w dolarach za transakcje, a wiadomo – gaz i ropę należy sprzedać. Sytuacji Teheranu nie ułatwia też embargo UE na irańską ropę, bo to oznacza zmianę struktury eksportu. Co prawda sankcja UE została rozłożona w czasie, aczkolwiek Iran postanowił wcześniejsze zapstrzenia eksportu do części państw - w tym do, ostatnio mocno dostającej po uszach, Grecji, a także do mających potężne problemy Włochów i Hiszpanów.

W związku z tym Iran zdecydował się na kolejne ultranowoczesne i ofensywne zagranie wobec swoich potężnych partnerów handlowych (Chiny, Indie, Turcja) – wymiana towarów za złoto oraz wymiana barterowa. Zwłaszcza ta druga, w warunkach, gdy to nie Iran rozdaje karty, może okazać się szczególnie niekorzystna.

Irańska gospodarka ma poważne problemy od dawna – wysokie bezrobocie, inflacja oraz brak perspektyw dla młodych, a także znaczące jej upaństwowienie. W związku z tym, w końcu udało się nałożyć sankcje, które należy uznać za wywierające potężną presję, a nie jedynie tworzące PR.

3. Kolejny postęp w programie atomowym
Iran ogłosił postęp w swoim programie atomowym, a następnego dnia wydał oświadczenie, że jest gotowy na negocjacje. Trudno ocenić nie będąc ekspertem – postęp może i istotnie był, ale trudno uznać, iż jego zgłoszenia, a następnie pospieszna propozycja powrotu do rozmów, za zwykły przypadek. Iran z różnych powodów stara się być straszniejszy niż jest w rzeczywistości.

Pamiętacie groźbę zablokowania cieśniny Ormuz w razie nałożenia sankcji przez Unię Europejską? Tak, kluczowe pytanie brzmi – kto się wycofał? Sankcje nałożono, a cieśniny Teheran nie zablokował.

Obecnie, dzięki nałożonym sankcjom, Iran znalazł się w ciężkim położeniu i zwiększyła się szansa na skuteczne wywarcie presji. Konfrontacja militarna nie jest oczywiście wykluczona, tak jak przez ostatnie 8 lat, ale jest to ostateczność i niezwykłe ryzyko. Wokół Iranu toczy się gra, w której każdy z uczestników reprezentuje nie interesy świata, a swoje własne. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej dla naszej świadomości.

Napięcie wokół Iranu – stara miłość nie rdzewieje

1 komentarz
źródło: crossed-flag.com

źródło: crossed-flag.com

Co roku na jesień, tak mniej więcej od 2003 roku, pojawia się ten sam temat. Irański program atomowy. Izrael twierdzi, że jest gotowy do ataku, a Iran, że jest przygotowany na obronę, a jego program ma jedynie cel pokojowy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można ocenić, iż sytuacja ta powtórzy się w przyszłym roku, a potem jeszcze w następnym. Zazwyczaj zaczyna się tak samo – od przecieków z raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej stwierdzającej, iż Iran prawdopodobnie pracuje nad skonstruowaniem broni atomowej.

Izrael i Iran – jakie cele?
Dla zrozumienia sytuacji należy przedstawić sytuację strategiczną obydwu państw. Izrael jest izolowany w regionie, a chłodne stosunki łączą go nawet z tymi nielicznymi państwami, z którymi posiada stosunki dyplomatyczne (Jordania, Egipt, Turcja). Najważniejsza dla każdego premiera Izraela jest polityka bezpieczeństwa, a jednym z jej głównych założeń jest monopol na broń atomową. Każdy, kto zdecyduje się zaatakować Izrael w celu jego zniszczenia, musi liczyć się z tym, iż również jego kraj zakończy swoją egzystencję i stanie się niezamieszkaną pustynią.

Iran z kolei potrzebuje broni atomowej wcale nie po to, aby Ahmadineżad mógł wcisnąć przycisk i zniszczyć Izrael. Irańskiej dyplomacji marzy się przywództwo w świecie muzułmańskim i status mocarstwa regionalnego. Zamiast go uzyskać przy pomocy gospodarki, Persowie postawili na siłę militarną. Pozyskanie broni atomowej wzmocniłby pozycję Teheranu w regionie kosztem m.in. Arabii Saudyjskiej, ale także Stanów Zjednoczonych, jednocześnie osłabiając znaczenie przewagi atomowej Izraela. Program atomowy jest więc narzędziem politycznym – stąd też niejednoznaczna polityka Moskwy i Pekinu, które godzą się na nakładanie miękkich sankcji, ale nie chcą topić ajatollahów. Sama Rosja rozgrywa o tyle ciekawą partię, iż z jednej strony, sama pomaga w budowaniu elektrowni atomowych w Iranie, a z drugiej, głosuje za sankcjami i wycofuje się z realizacji kontraktu na dostawę systemów przeciwlotniczych S-300.

Izrael i Stany Zjednoczone – ze względu na swoją pozycję – muszą czynić wszystko, aby Iran nie wszedł w posiadanie broni atomowej, a Iran – ze względu na swoją potencjalną pozycję – stara się takową broń zdobyć albo przynajmniej przekonać wszystkich, iż nad nią pracuje.

Eskalacja konfliktu
Uprzejmości wobec Iranu są wręcz nieustannie. Podejrzane wybuchy, śmierć naukowców pracujących przy programie atomowym czy tajemniczy wirus Stuxnet, który miał zastopować irański program atomowy – tak wyglądał ten rok.

To jednak nic w porównaniu z potencjalnym bombardowaniem. Jedno jest pewne – jeżeli atak nastąpi to na pewno w momencie, gdy nikt się tego nie będzie spodziewał. Izrael, jeżeli poczuje, że zagrożone jest jego bezpieczeństwo i nie ma innego wyboru, dokona ataku. Największy ból Izraelczyków jest jednak inny. Prezydent Obama średnio pali się do wspomagania takiej akcji – a przecież bombowce gdzieś muszą wylądować, a także przez czyjąś strefę lotniczą (Irak?) przelecieć. Ponadto – nie ma żadnej gwarancji, że bombardowanie przyniesie wymierny efekt. Panuje powszechne przekonanie, że ewentualny atak – bardzo kosztowny politycznie – może jedynie wstrzymać prace nad bronią o – mniej więcej – dwa lata. Iran w odpowiedzi zdestabilizowałby – i tak niespokojny – region poprzez swoje działania w Libanie (Hezbolllah), Iraku czy Arabii Saudyjskiej.

Polityka jest więc tutaj decydująca. W zamieszaniu wokół atomowego Iranu największą rolę odgrywają interesy poszczególnych państw i ich pozycja w regionie, a w mniejszym stopniu kwestie pokoju na Bliskim Wschodzie, którego nie chce ani Izrael, ani, Iran. W samej układance najciekawszy – z punktu widzenia Teheranu – jest inny fakt. Przy obecnej technologii i celności (a raczej niecelności) rakiet, wycelowanie w Tel Awiw może się skończyć Holocaustem nie narodu żydowskiego, a palestyńskiego…

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – IV

Brak komentarzy

Dzisiaj dzień wyborów, a my przenieśmy się poza granice naszego państwa i zobaczmy, czym nasi ukochani politycy uraczyli nas w ostatnich tygodniach. Trochę to przykre, że cały czas powtarzają się same osoby, ale taki Władimir Putin czy Silvio Berlusconi, w kwestii międzynarodowych absurdów, to po prostu klasa sama dla siebie.

5. Amerykańscy spadochroniarze niedaleko Ratyzbony (propozycja do notowania!)
Wspólne ćwiczenia amerykańskich i polskich spadochroniarzy w okolicy Ratyzbony. Co ciekawe, ranni zostali tylko amerykańscy żołnierze. Ćwiczono desant z powietrza na okazję misji w Afganistanie. Może lepiej przełożyć wylot?

Rannym życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Polscy internauci mają jednak już swoją opinię na temat potencjalnej przyczyny…

źródło: mistrzowie.org

źródło: mistrzowie.org

4. Dobijanie Kaddafiego w Libii
Już od kilku tygodni czytamy, że godziny dzielą Kaddafiego od poznania się z Allahem, jego ludzie pouciekali, a on sam kontroluje co najwyżej swoje podziemne tunele. Okazuje się jednak, że aż tak kolorowo dla sił rebeliantów i NATO wcale nie jest. Klęska pułkownika rzeczywiście jest kwestią czasu, ale na razie trwają walki o Syrtę. Udało się zdobyć uniwersytet – takie są oficjalne doniesienia.

Inne są mniej korzystne dla sił koalicji. “The Australian” zarzuca przeciwnikom Kaddafiego nawet ludobójstwo. O ile sam zarzut ludobójstwa to prawdopodobnie przesada, o tyle powstaje poważny dysonans poznawczy. Czy siły NATO nie miały przypadkiem chronić cywilów, a nie przyczyniać się do ich śmierci? Czy taki miał być efekt według twórców rezolucji RB ONZ w/s Libii?

Aksjologia jest piękna w dokumentach, ale w rzeczywistości wychodzą interesy. Obie strony konfliktu mają dużo za uszami. Siły Kaddafiego prawdopodobnie dużo więcej, ale czy to oznacza, że Narodowa Rada Przejściowa ma prawo do decydowania, kto może żyć, a kto nie?

3. Irańskie okręty u wybrzeży Stanów Zjednoczonych
Irańczyków należy cenić za konsekwencję. Wiedzą, iż nie wystarczy byle wyskok czy wypowiedź Ahmadineżada, aby wylądować w Przeglądzie Międzynarodowych Absurdów. Tym razem podnieśli poprzeczkę wysoko.

Cytuję za zaprzyjaźnionym blogiem “Dyplomacja”

Marynarka wojenna Islamskiej Republiki Iranu zamierza wysłać okręty wojenne w pobliże atlantyckiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Państwowa agencja prasowa IRNA donosi, iż potrzebna jest widoczna obecność militarna w pobliżu morskich granic „światowej aroganckiej potęgi”, jak określa się w Iranie Stany Zjednoczone.

O tak. Niemalże staje przed oczami kryzys kubański. Tutaj oczywiście nic takiego nie będzie miało miejsca. Ponadto – co wyraźnie zauważa Piotrek u siebie na blogu – za “wysłaniem delegacji” może stać bardziej prozaiczna przyczyna, taka jak przemyt broni czy technologii wojskowych, ale za rozmach Irańczykom należy się miejsce na podium. Podobnie jak wtedy, gdy zaproponowali wysłanie misji Peacekeeping do Wielkiej Brytanii.

A dla Amerykanów? Ewentualna obecność Irańczyków będzie irytująca. Jak brzęczenie muchy, gdy chcemy usnąć.

2. “Nieoczekiwana zamiana miejsc” w Rosji.
W układzie Putin-Miedwiediew wszystko wraca do normy. Putinowi znudziło się premierowanie, a Miedwiediewowi bycie prezydentem. W związku z czym każdy z nich chciałby sobie zmienić swój wpis w CV – Władimir będzie prezydentem, a premierem zostanie Dmitrij.

Niektórzy już zauważają, iż zanosi się na to, że patronat Putina nad Rosją potrwa dłużej niż rządy Breżniewa. Być może jestem niesprawiedliwy i o zamianie zadecydowały inne względy niż to, że realny przywódca wraca do władzy? Może o wystawieniu Putina zadecydował wyjątkowo niski wynik Miedwiediewa w wyborach prezydenckich (ok. 70%) w porównaniu z prezydentem Łukaszenką (ok. 80%)?

Ofiarą zamiany pozostaje ambitny (w kontekście posady premiera), już były, minister finansów Aleksiej Kudrin.

1. Propozycja nazwy zmiany ugrupowania premiera Berlusconiego
Notowanie, już po raz drugi, wygrywa Silvio Berlusconi, włoski premier. Finanse tego kraju lecą na łeb i szyje. Rzym może stać się drugimi Atenami, a tymczasem?

Jak powinno się nazywać jego ugrupowanie polityczne – według żartu Silvio? Tłumacząc na angielsku – Go Pussy. Czytelnikom pozostawiam tłumaczenie na język polski.

Czego nie można odmówić Berlusconiemu to dystansu do siebie, ale także bezczelności. Włoscy opozycjoniści są naturalnie oburzeni, jednak – tak po prawdzie – Włosi sami wyhodowali sobie takiego premiera i od lat przymykali oczy na różnego rodzaju incydenty z jego udziałem. Czy naprawdę “Go Pussy” jako nazwa ugrupowania jest czymś bardziej oburzającym niż uściski z Kaddafim, traktowanie kobiet na zasadzie zabawki, które się opłaca, imprezy bunga-bunga czy – finalnie – uwolnienie nastoletniej dziewczyny znanej z lekkiego sposobu bycia przy pomocy kłamstwa, że jest ona krewną Mubaraka, a przecież Włochy nie chcą skandalu dyplomatycznego?

Zapraszam również do przeczytania poprzednich notowań:
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. II
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. II
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. I

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. III

2 komentarzy
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Można powiedzieć, że z mojego punktu widzenia wakacje rozpoczynają się na nowo, zatem zapraszam do kolejnego wydania “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów”. Dawno nic nie pisałem, więc trochę w międzyczasie się wydarzyło. Notowanie trzecie!

5. Iran prowadzi badania nad bronią atomową.
Co w tym absurdalnego? Oczywiście nic – Iran prawdopodobnie rzeczywiście prowadzi takie działania i izraelsko-amerykański wirus mocno pokrzyżował mu szyki, aczkolwiek zabawne są momenty pojawienia się takiej informacji.

Sezon ogórkowy? Nic się nie dzieje? Media nie mają o czym pisać? Zawsze z pomocą przybędą MAEA i Iran. MAEA wyda oświadczenie, że podejrzewa, iż Teheran prowadzi badania i ma na to dowody, Iran odpowie, że prowadzi badania nad energią atomową tylko do celów pokojowych, a nawet jakby było inaczej, to ich sprawa. Tylko w Izraelu się nie śmieją.

A redaktorzy działów zagranicznych szczęśliwi. Jest temat i to w dodatku nośny. Na koniec tekstu dorzuci się przecież tę samą frazę co od mniej więcej 10 lat – “Izrael i Stany Zjednoczone rozważają bombardowania”.

4. Palestyńczycy “140 państw na 193 poprze nas w ONZ”
Palestyńscy liderzy są przekonani, iż uzyskają dobry wynik w ONZ w kwestii swojego uznania. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy – uznać to ich może, kto tylko chce. Czym innym jest jednak zapowiadany przez nich cel – mianowicie przystąpienie do ONZ, wymagające przejścia i przez Zgromadzenie Ogólne i przez Radę Bezpieczeństwa.

Z tego co wiem, to Amerykanom nadal “zależy na pokoju, ale priorytetem pozostaje bezpieczeństwo Izraela”, co oznacza mniej więcej tyle, że w razie problemu Amerykanie zawetują palestyński wniosek w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Szansą na wygranie głosowanie przez Palestyńczyków jest otrzymanie statusu obserwatora. Rzeczywiście, taką większość w ZO ONZ mogą uzyskać. Tylko że będzie to pyrrusowe zwycięstwo – wszakże Organizacja Wyzwolenia Palestyny otrzymał taki status już w latach siedemdziesiątych. Jeżeli jednak rzeczywiście 140 państw uznałoby Palestynę za niepodległe państwo w jakimś innym trybie lub innej procedurze, byłby to sukces dyplomatyczny Abbasa i spółki. Problem z tym, że takiego sukcesu nie uda się przełożyć w negocjacjach. Sztuka dla sztuki.

Palestyńczycy nie mają pomysłu na pokój i są podzieleni, z kolei obecny izraelski rząd nie chce pokoju. Jeżeli ktoś jest optymistą, to może pora, żeby wytrzeźwiał?

3. “Negocjacje” Ukrainy z Rosją w sprawie gazu
Jednym z pierwszych dealów zawartych po dojściu do władzy przez prezydenta Janukowycza i premiera Azarowa była korekta umowa gazowej.

Wszystko przebiegało sensownie – Rosjanie obniżają cenę gazu (450 dol. za 1000 m3) o około 1/3, a w zamian Ukraińcy przedłużają pobyt Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu. Ukraińcy nie chcą do NATO, a obecni liderzy w szczególności. Rozmowy z pewnością przebiegały w miłej atmosferze, bo obaj panowie lepiej radzą sobie z rosyjskim niż ukraińskim. Obniżenie ceny za przedłużenie czegoś, co przecież i tak istnieje (mówię o bazie floty) wydawało się całkiem niezłym biznesem.

Teraz jednak Ukraińcy są pod ścianą. Dostali klasyczny wybór między dżumą, a cholerą. Z własnej winy, bo przecież poprzednią umowę gazową podpisała Tymoszenko. Świetnie obrazuje to stan elit ukraińskich, które bardziej przejmują się swoimi interesami, aniżeli losem narodu.

Prezydent Miedwiediew przedstawił “opcję wyboru” – albo zostajemy przy stałych cenach gazu, co jest – zwłaszcza dla biednej Ukrainy – olbrzymim problemem gospodarczym albo wpuszczacie nas do swojego systemu przesyłowego, a my obniżamy ceny. Rosjanie zabezpieczają sobie dostawy i uzależniają Kijów. Ciekawe jak do tego ma się perspektywa integracji Ukrainy z Unią Europejską? Miedwiediew zaproponował przecież też przystąpienie do unii celnej, co w zasadzie przekreśliłoby szansę – nawet teoretyczną – na członkostwo

Gratuluję Ukraińcom. Niech wybierają.

2. Chińska “konsekwencja” w/s Libii.
Chińczycy mieli świetną okazję, aby wspomóc Kaddafiego. Wystarczyło zawetować rezolucję 1970 i 1973 RB ONZ. Dzięki temu NATO nie miałoby żadnej podstawy prawnomiędzynarodowej (a i ta jest wątpliwa, jeżeli chodzi o poszczególne aspekty) do rozpoczęcia operacji. Według najnowszych doniesień medialnych, Chińczycy, za pośrednictwem Algierii oraz Republiki Południowej Afryki, mieli dostarczać broń reżimowi. Naturalnie za pieniądze.

Takie niekonsekwencje raczej się Pekinowi nie zdarzają. Warto jednak podkreślić jedną, bardzo ważną rzez, dostawa broni dla reżimu jest równie nielegalna z prawnomiędzynarodowego punktu widzenia, jak dla powstańców ze strony chociażby brytyjskiej. Trudno jednak przypuszczać, aby zarówno Chińczyków, jak i Brytyjczyków, czekały jakieś nieprzyjemności.

Cieszyć za to mogli się chińscy robotnicy w liczbie 30 tysięcy, których w lutym ewakuowano na … Kretę.

1. Berlusconi wyjeżdża z “gównianego kraju”, czyli Włoch.
Z reguły w rankingu zwyciężają osobowości – w pierwszym wygrał Putin, który wyłowił starożytną amforę na głębokości 2 metrów, następnie Sikorski, który chciał pozbawić władzy prezydenta Assada z Syrii przy pomocy Twittera. ( zapraszam do śledzenia mojej skromnej osoby!). Dzisiaj konkurencję w polu zostawia premier Silvio Berlusconi z Włoch.

Premier Włoch był wielokrotnie oskarżany o korupcję, a także o przesadne zamiłowanie do kobiet. Słowa wierność prawdopodobnie w swoim słowniku nie odnotował, a swoich gości – i siebie naturalnie – raczył w swojej rezydencji luksusowymi prostytutkami, młodymi aktoreczkami itd. Serwis “Deser.pl” zebrał listę “kobiet Berlusconiego”.

“Za parę miesięcy odejdę, wyjadę z tego gównianego kraju, który przyprawia mnie o mdłości” – powiedział Silvio. Owszem, jego wiek już jest zdecydowanie emerytalny, jednak pamiętajmy, że jest to prywatna, ale jednak, wypowiedź polityka z wieloletnim doświadczeniem na stanowisku premiera Włoch. On sam ten kraj budował. O jednym jednak jestem pewien – prędzej premier Berlusconi zrezygnuje z Włoch niż z “pomaganiu w karierze” młodym kobietom. Altruista.

Bunga bunga Silvio!

Przegląd międzynarodowych absurdów ostatnich dni

1 komentarz
źródło: koledzyzwojska.pl

źródło: koledzyzwojska.pl

Tym razem nieco bardziej wakacyjnie, dlatego postanowiłem wybrać kilka ostatnich, dość absurdalnych wydarzeń i skomentować je. Kto wie, może z czasem pomyślę o stworzeniu jakiegoś cotygodniowego przeglądu absurdów, bo nie ma co ukrywać, trochę ich ostatnio jest. Na dziś wybrałem cztery absurdy.

1. Dwugłos w sprawie Białorusi
Polska prokuratura wysoko zawiesiła poprzeczkę dla konkurencji z całego świata. Postanowiła przekazać, w ramach pomocy prawnej, informacje swoim białoruskim odpowiednikom, prowadzącym postępowanie przeciwko Alesiowi Bialackiemu.

W praktyce wygląda to tak, że polski wymiar sprawiedliwości pomaga ścigać Białorusinom opozycjonistów popieranych przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Niektórzy powiedzą, że zawalił system – nie, to nieprawda. Ludzie w tym przypadku zawiedli. Tylko w państwie prawa może się zdarzyć, że prokuratura będzie działać wbrew polityce zagranicznej własnego kraju. Wyobrażacie sobie coś takiego w Rosji, na Białorusi, w Chinach? Alternatywą jest ręczne sterowanie prokuraturą z Alei Szucha, co byłoby dla nas dużo bardziej niebezpieczne. Prokuratorzy mają kierować się prawem, w tym zwłaszcza Kodeksem Postępowania Karnego, służąc w jego ramach polskim interesom. Nie na odwrót.

Nawiasem mówiąc gratulacje należą się ministrowi Sikorskiemu, który według “New York Timesa” został już w Polsce premierem. Potęga twittera.

Na marginesie tego tematu warto, aby Polska się zastanowiła – czy chce Łukaszenkę okładać kijem, czy głaskać, bo połączenie tego, w postaci bicia puchowym kijkiem, nie gwarantuje efektów.

2. Iran gotowy wysłać do Wielkiej Brytanii misje peacekeeping
Fasonu nie stracili również Irańczycy, a zwłaszcza dowódca irańskich jednostek paramilitarnych Basidż, Mohammad-Reza Naqdi. To ich udział w czasie “Zielonej Rewolucji” po wyborach prezydenckich w 2009 roku miał dużo wpływ na klęskę protestujących. Paramilitarne oddziały, ślepo wierne “irańskiej rewolucji” rozpędzały manifestacje i bezlitośnie atakowały opozycjonistów w obronie prezydenta Ahmadineżada.

Jedno można więc im otwarcie przyznać – na rozpędzeniu zamieszek na pewno znają się lepiej niż policja w Birningham. Są również nadzwyczaj karni. W czasie wojny iracko-irańskiej wojny (lata 1980-1988) członków Basidż wysyłano na pole minowe, by własnymi nogami sprawdzali, gdzie znajdują się miny nieprzyjaciela. Zindoktrynowani, dumnie szli na pewną śmierć.

Pan Naqdi potępił również działania policji i wyraził rozczarowanie niezmiennym popieraniem “prześladowców” przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Jak zauważył, już rahbar Ali Chamanei przewidział, iż w Europie mogą wybuchnąć podobne protesty, jak w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.

Za dobre serce i rady Irańczykowi należy podziękować. Jedno należy mu przyznać: w swojej propagandzie jest przynajmniej zabawny.

3. Izraelska odpowiedź na głosowanie w ONZ w sprawie przyjęcia Palestyny
Nie jest to o tyle absurdalne, co symptomatyczne. Izrael jasno odpowiedział, że żadnego wniosku do ONZ się nie boi i jeśli tak się mamy bawić to…

oni zatwierdzają plan budowy 1600 mieszkań w Jerozolimie Wschodniej i okolicach.. Szykują się równocześnie do zatwierdzenia budowy kolejnych 2700. Szczególny powód do satysfakcji ma wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden, podczas którego wizyty ogłoszono po raz pierwszy plan rozbudowy, pomimo mocnego – przynajmniej oficjalnie – sprzeciwu “Białego Domu”. To tak na wypadek, gdyby ktoś myślał, że palestyński manewr w ONZ może coś zmienić w obecnej konfiguracji.

4. Władimir “Nurek” Putin
Rozmachu nie można też odmówić rosyjskiemu premierowi. Tym razem “przypadkiem” w czasie nurkowanie odnalazł graeckie amfory.

źródło: wp.pl

źródło: wp.pl

Ten fragment morza był co prawda już wielokrotnie przeszukiwany w przeszłości, ale nie okiem Władimira Putina. Na głębokości kilku metrów odnalazł on drogocenne amfory. Nie mógł tego zrobić niżej, bo było to jego bodajże 3 nurkowanie, a nikt zdrowiem premiera – nawet dla promocji turystyki – ryzykował nie będzie.

Z niecierpliwością czekam na odnalezienie przez premiera Putina zaginionej Atlantydy.

WikiLeaks – poczytaj mi mamo…

7 komentarzy
źródło: mojeopinie.pl

źródło: mojeopinie.pl

Opublikowano kolejne przecieki prosto z pracy amerykańskich dyplomatów, analityków i tak dalej. W większości wywiadów świata trwa pewnie nerwowe odliczanie i błyskawiczny podział nocnych dyżurów na najbliższe tygodnie. Ktoś przecież to wszystko będzie musiał przeczytać.

Cel powstania WikiLeaks nigdy nie stał się jednocześnie równie oczywisty. O ile w przypadku publikowania informacji o naruszeniach praw człowieka czy ofiarach w Iraku, można było jeszcze obronić tezę, że autorom zależało na ujawnieniu prawdy o niegodziwej postawie Amerykanów, a reszta wychodzi przy okazji i w ramach kary, o tyle teraz cel jest tylko jeden. Pisząc brzydko, dosadnie, ale oddając sens: dopier**** Ameryce.

WikiLeaks jest zatem narzędziem w nie wiadomo czyich rękach, które zajmuje się niszczeniem wizerunku Stanów Zjednoczonych. Dla przykładu, brak sympatii Arabii Saudyjskiej do Iranu jest powszechnie znany, podobnie jak “specjalne stosunki” pomiędzy Berlusconim, a Putinem czy korupcja wśród afgańskich urzędników, ale wyobraźcie sobie, jaką strawną pożywkę otrzymali teraz antyamerykańscy politycy. Tu nie chodzi o żadne etyczne pobudki, o transparentność czy prawa człowieka, a jedynie o realizację celu, jakim jest propagandowy atak na Stany Zjednoczone. Czy nikogo nie dziwi, iż WikiLeaks nie zwraca uwagi na to, co robią władze rosyjskie czy chińskie? A czy to nie tam prawa człowieka są łamane w dużo wyraźniejszy i częstszy sposób? Czy z tajnych dokumentów rosyjskich nie dowiedzielibyśmy się równie ciekawych rzeczy, chociażby o naszych politykach?

Po tym wszystkim trudno uznać,że informatorami WikiLeaks są tylko obecni lub byli urzędnicy. Prawdopodobnie któryś z wywiadów państw nieprzychylnych Ameryce uznał, że to doskonała skrzynka kontaktowa.

Szkoda o tyle, że świat wcale na tych przeciekach nie zyskał. Będziemy wiedzieć więcej, od kuchni poznamy mnóstwo smaczków, a pewne informacje – zazwyczaj schowane – przebiją się do świadomości ludzi. W działalności WikiLeaks nie ma jednak realizacji żadnego interesu publicznego. Za to kilku przywódców z pewnością się cieszy, nawet jeśli w dokumentach znajdą się szczere wzmianki o nich, bo Baracka Obamę i dyplomatów amerykańskich czekają ciężkie dni tłumaczenia się oraz walki z demoralizacją, jakie niechybnie pogłębi kolejne ujawnienie dokumentów.

O poprzednim przecieku pisałem w artykule “Kosztowny przeciek”

Gorący sierpień na Bliskim Wschodzie

Brak komentarzy
źródło: politykaglobalna.pl

źródło: politykaglobalna.pl

Hamas, Hezbollah, rząd Izraela, rząd Iranu, Fatah, rząd turecki i samotny jeździec, rzucający granatami (według innej wersji: petardami)  w konwój Mahmuda Ahmadineżada. Na Bliskim Wschodzie jest nadal gorąco i nie zapowiada się na ochłodzenie. Najciekawsze wydarzenia przedstawię pobieżnie, z krótkim komentarzem.

Niespokojne granice Izraela
Tylko w tym tygodniu mieliśmy do czynienia z dwoma “incydentami”, które kosztowały życie kilku ludzi. Pierwszy z nich polegał na wystrzeleniu kilku rakiet z terytorium Egiptu. Izrael o atak oskarża Hamas.

Czy Hamas mógł przeprowadzić taką operację? Oczywiście, ale nie potrzebuje tego robić z terytorium Egiptu, bo nie uda się przecież przekonać Izraelczyków, że ataku dokonali Egipcjanie. Póki co, transport z i do Strefy Gazy nie jest rzeczą trudną, gdyż nadal funkcjonują podziemne tunele. Wątpliwe jednak, by Hamas decydował się na tak bezsensowne ostrzeliwanie (które w dodatku nie spowodowało żadnych izraelskich strat), bo Izrael w rewanżu zawsze bombarduje podziemne tunele. Nie można zatem wykluczyć, iż z Egiptu strzelała jakiś inna skrajna islamska organizacja albo powiązane z Hamasem i działające w Egipcie, Bractwo Muzułmańskie.

Drugim wydarzeniem było starcie na granicy libańsko-izraelskiej, w wyniku której zginęło 3 żołnierzy libańskich i jeden izraelski. Naturalnie, obie strony uważają się za niewinne i nagle okazało się, że armia libańska ma “obrońcę” w postaci Hassana Nasrallaha, lidera Hezbollahu. Jest on “gotowy” przyjść z pomocą biednym żołnierzom. To dość zabawne, zważywszy na to, iż Hezbollah skutecznie paraliżuje państwo i nieraz pokazywał armii libańskiej, ile jest w zupełności warta – chociażby wtedy, gdy w ramach pokazu siły zablokował Bejrut czy nie wykazał jakiegokolwiek zainteresowania rozbrojeniem. Pomimo tego, iż było to prawdopodobnie największe starcie od czasów ostatniej wojny libańskiej, ani armia izraelska, ani armia libańska, ani Hezbollah, na nowe rozdanie kart nie będą mieć ochoty. Izraelowi nadal wypomina się dużą liczbę ofiar cywilnych, armia libańska w czasie takiej wojny mogłaby tyko potwierdzić swoją beznadziejność, a Hezbollah, wbrew swoim zapowiedziom, wie, iż ewentualne starcie polegać będzie na ciągłym bronieniu się, walce partyzanckiej, używaniu żywych tarcz oraz liczeniu poległych bojowników i zniszczonej broni. Znamienne jest, iż Hezbollah nie zaatakował Izraela nawet w czasie “Płynnego Ołowiu”. Być może Iran “trzyma” Partię Boga na inną okazję.

Stany Zjednoczone mają plan ataku, a Izrael ćwiczy w Rumunii
Po tym, jak Mahmud Ahmadineżad ogłosił, że Iran “gwiżdże” na sankcje (zapraszam do lektury artykułu “Irański poker: sankcje nie rozwiązują problemu“) do łask powróciły spekulacje dotyczące ataku prewencyjnego na Teheran. Generał David Petraeus potwierdził, iż Amerykanie mają opracowany plan takiej operacji.

Cóż to jednak za rewelacja? Przecież to, że Amerykanie mają taki plan, nikogo nie zdziwi, a na pewno nie Irańczyków. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ewentualny atak lotniczy się powiedzie, a nawet jeśli, czy uda się zlikwidować lub powstrzymać na jakiś czas irański plan atomowy. Pytanie również, ile taki atak kosztowałby Waszyngton? Problemy w Iraku i Afganistanie, akcje Hezbollahu, terroryzm w islamskich krajach przychylnych Ameryce, kompletny upadek poparcia, i tak niskiego, pośród islamskiej opinii publicznej a także – w ostateczności – blokada cieśniny Ormuz. Każdy z amerykańskich planów musi te czynniki wziąć pod uwagę.

Tymczasem Mahmud Ahmadineżad zaproponował Barackowi Obamie spotkanie w cztery oczy w czasie sesji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Panowie mogliby się poznać i spróbować rozwiązać kilka problemów w niedoskonałych przecież relacjach amerykańsko-irańskich. Nie wiadomo, czy prezydent Stanów Zjednoczonych przyjmie wyzwanie, jednak zgadzając się na taką prywatną rozmowę, nic nie ryzykuje. Po pierwsze, we wrześniu mają być wznowione rozmowy dotyczące irańskiego programu atomowego, a po drugie – Barack Obama potrzebuje sukcesu. W pokojowym procesie bliskowschodnim nie idzie mu tak, jak należy, może więc rozwiązaniem byłoby “change” w sprawie Iranu? W najgorszym przypadku z odrazą wyjdzie po 15 minutach. Amerykańscy prezydenci spotykali się już z gorszymi indywidualnościami.

Nie próżnuje też Izrael, który lata sobie po Rumunii. Tu i ówdzie spostrzec można izraelskie samoloty. Doszło nawet do katastrofy. “Sunday Times” donosi, że Izraelczycy trenowali potencjalny atak na Iran. Dlaczego jednak w Rumunii? Powód może być prozaicznie prosty – Turcja zablokowała swoją przestrzeń dla izraelskich samolotów wojskowych. Pogarszające się stosunki pomiędzy tymi państwami opisywałem w artykule “Stosunki izraelsko-tureckie: czy kłotnia skończy się rozwodem?”. Jeżeli izraelskie lotnictwo ma coś ćwiczyć, to właśnie atak na swoich perskich przyjaciół.

Śledztwo ONZ w/s “flotylli wolności”
Udało się również porozumieć w sprawie rozpoczęcia przez Organizację Narodów Zjednoczonych śledztwa w sprawie ataku na “flotyllę wolności”. Przewodniczącym zespołu zostanie były premier Nowej Zelandii, Goeffrey Palmer, a w jego skład wejdzie również ustępujący prezydent Kolumbii, Uribe, oraz przedstawiciele Izraela i Turcji. Nawet jeśli uda się uzgodnić wspólny raport, wątpliwe, by oznaczał on jakieś poważniejsze konsekwencje dla Izraela. W razie niekorzystnego obrotu wydarzeń, swojego człowieka zawsze można wycofać, a nawet jeśli coś pójdzie nie tak, ogłoszenie niekorzystnego dla Izraela raportu nie rodzi żadnych skutków prawnych. Zespół pracuje na swoje alibi.

Tak jak wspomniałem powyżej, to tylko pobieżny skrót wydarzeń. Na Bliskim Wschodzie non stop coś się dzieje, tak jak wczoraj, gdy ktoś w amatorski sposób chciał zranić (zabić?) Ahmadineżada. Został już schwytany i nie zazdroszczę mu, bo nie sadzę, by jego pobyt w areszcie należał do najprzyjemniejszych. Trwają również przymiarki do rozmów izraelsko-palestyńskich, ale trwa to już od kilku miesięcy i jeżeli chodzi o konkrety nie wygląda na to, by coś poszło do przodu.

Na Bliskim Wschodzie zatem bez zmian. Incydenty, starcia i możliwa eskalacja konfliktu niemal wszędzie – taka jest tam codzienność.

 123Starsze artykuły