Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Iran

Iran w “ofensywie” – Teheran pod ścianą

4 komentarzy

“Postęp w irańskim programie atomowym”, “Irańskie rakiety dosięgną Europy”, “Ahmadineżad grozi Zachodowi”, “Izrael i Stany Zjednoczone nie wykluczają ataku prewencyjneog na Iran” – tak mniej więcej wyglądają tytuły artykułów prasowych dotyczących Iranu.

Efekt tego jest taki, że artykuły są pisane przez zmanipulowanych dziennikarzy dla zmanipulowanych czytelników. Dominuje obraz Iranu jako kraju rządzonego przez szaleńców z jedną misją – zniszczenia Małego i Wielkiego Szatana, który chowa się pod postaciami Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wyjątkowo wygodny punkt widzenia dla mieszkańców Zachodu, zwłaszcza w połączeniu – z prawdziwymi przecież – informacjami o stosowaniu kary śmierci i nieprzestrzeganiu praw człowieka. Całkiem trzeźwe spojrzenie na sprawę przedstawił wywiad amerykański w Kongresie. Proponuję porównać z artykułem, który opublikowałem 11 stycznia – “Ile kosztuje atak na Iran?”.

Polityka Stanów Zjednoczonych i UE nie dziwi, ponieważ każdy gra we własnym interesie. Amerykanie mają jasno zdefiniowane interesy w regionie i na pewno w ich wizji Bliskiego Wschodu nie ma silnego i niezależnego Iranu, tak samo jak Iran dąży do realizacji swoich marzeń o środku odstraszającym i zwiększeniu presji na Izrael. Izrael z kolei gra na zmaksymalizowanie własnego poczucia bezpieczeństwa, które spadłoby znacząco, gdyby Iran wszedł w posiadanie broni nuklearnej. Wypada powiedzieć, że to nic osobistego – jak uważa większość mieszkańców Europy – a tylko polityka.

Zobaczmy jak Iran szykuje się do ataku na cywilizowany świat…

1. Może atakować w każdym kierunku

źródło: antiwar.com

źródło: antiwar.com

Mapa jest może trochę przesadzona, ale doskonale pokazuje proporcje oraz to, w jakich państwach Stany Zjednoczone mają rozmieszczone swoje wojska i instalacje wojskowe. Jak widać jest to prezent dla ofensywnie usposobionych ajatollahów, gdyż – mówiąc sarkastycznie – w którą stronę nie zaatakują, zawsze trafią na amerykańskich żołnierzy. Iran jest niemalże otoczony przez Stany Zjednoczone. Również w Zatoce Perskiej niepodzielnie rządzi US Army.

Irańczycy mają jeden świetny powód, dla którego nie są gotowi na wojnę czy atak – każdą konfrontację przegrają. Na tym świecie bywa raczej tak, że to silniejszy atakuje słabszego, a nie na odwrót. Zaatakowany Iran odpowie, ale sam nie ma interesu w przejściu konfliktu ze skali werbalno-dyslokacyjnej do militarnej.

W międzyczasie trwa zabawa wywiadów – Izraelczycy załatwili kolejnego irańskiego naukowca, a Teheran odpowiedział nieudanym atakiem na ambasady.

2. Wprowadzenie nowoczesnych metod handlu
Sankcje Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej w końcu dotknęły Iran. Ceny w tym państwie drastycznie poszły w górę - poinformował Reuters. Iran utracił możliwość rozliczania się w dolarach za transakcje, a wiadomo – gaz i ropę należy sprzedać. Sytuacji Teheranu nie ułatwia też embargo UE na irańską ropę, bo to oznacza zmianę struktury eksportu. Co prawda sankcja UE została rozłożona w czasie, aczkolwiek Iran postanowił wcześniejsze zapstrzenia eksportu do części państw - w tym do, ostatnio mocno dostającej po uszach, Grecji, a także do mających potężne problemy Włochów i Hiszpanów.

W związku z tym Iran zdecydował się na kolejne ultranowoczesne i ofensywne zagranie wobec swoich potężnych partnerów handlowych (Chiny, Indie, Turcja) – wymiana towarów za złoto oraz wymiana barterowa. Zwłaszcza ta druga, w warunkach, gdy to nie Iran rozdaje karty, może okazać się szczególnie niekorzystna.

Irańska gospodarka ma poważne problemy od dawna – wysokie bezrobocie, inflacja oraz brak perspektyw dla młodych, a także znaczące jej upaństwowienie. W związku z tym, w końcu udało się nałożyć sankcje, które należy uznać za wywierające potężną presję, a nie jedynie tworzące PR.

3. Kolejny postęp w programie atomowym
Iran ogłosił postęp w swoim programie atomowym, a następnego dnia wydał oświadczenie, że jest gotowy na negocjacje. Trudno ocenić nie będąc ekspertem – postęp może i istotnie był, ale trudno uznać, iż jego zgłoszenia, a następnie pospieszna propozycja powrotu do rozmów, za zwykły przypadek. Iran z różnych powodów stara się być straszniejszy niż jest w rzeczywistości.

Pamiętacie groźbę zablokowania cieśniny Ormuz w razie nałożenia sankcji przez Unię Europejską? Tak, kluczowe pytanie brzmi – kto się wycofał? Sankcje nałożono, a cieśniny Teheran nie zablokował.

Obecnie, dzięki nałożonym sankcjom, Iran znalazł się w ciężkim położeniu i zwiększyła się szansa na skuteczne wywarcie presji. Konfrontacja militarna nie jest oczywiście wykluczona, tak jak przez ostatnie 8 lat, ale jest to ostateczność i niezwykłe ryzyko. Wokół Iranu toczy się gra, w której każdy z uczestników reprezentuje nie interesy świata, a swoje własne. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej dla naszej świadomości.

Napięcie wokół Iranu – stara miłość nie rdzewieje

1 komentarz
źródło: crossed-flag.com

źródło: crossed-flag.com

Co roku na jesień, tak mniej więcej od 2003 roku, pojawia się ten sam temat. Irański program atomowy. Izrael twierdzi, że jest gotowy do ataku, a Iran, że jest przygotowany na obronę, a jego program ma jedynie cel pokojowy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można ocenić, iż sytuacja ta powtórzy się w przyszłym roku, a potem jeszcze w następnym. Zazwyczaj zaczyna się tak samo – od przecieków z raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej stwierdzającej, iż Iran prawdopodobnie pracuje nad skonstruowaniem broni atomowej.

Izrael i Iran – jakie cele?
Dla zrozumienia sytuacji należy przedstawić sytuację strategiczną obydwu państw. Izrael jest izolowany w regionie, a chłodne stosunki łączą go nawet z tymi nielicznymi państwami, z którymi posiada stosunki dyplomatyczne (Jordania, Egipt, Turcja). Najważniejsza dla każdego premiera Izraela jest polityka bezpieczeństwa, a jednym z jej głównych założeń jest monopol na broń atomową. Każdy, kto zdecyduje się zaatakować Izrael w celu jego zniszczenia, musi liczyć się z tym, iż również jego kraj zakończy swoją egzystencję i stanie się niezamieszkaną pustynią.

Iran z kolei potrzebuje broni atomowej wcale nie po to, aby Ahmadineżad mógł wcisnąć przycisk i zniszczyć Izrael. Irańskiej dyplomacji marzy się przywództwo w świecie muzułmańskim i status mocarstwa regionalnego. Zamiast go uzyskać przy pomocy gospodarki, Persowie postawili na siłę militarną. Pozyskanie broni atomowej wzmocniłby pozycję Teheranu w regionie kosztem m.in. Arabii Saudyjskiej, ale także Stanów Zjednoczonych, jednocześnie osłabiając znaczenie przewagi atomowej Izraela. Program atomowy jest więc narzędziem politycznym – stąd też niejednoznaczna polityka Moskwy i Pekinu, które godzą się na nakładanie miękkich sankcji, ale nie chcą topić ajatollahów. Sama Rosja rozgrywa o tyle ciekawą partię, iż z jednej strony, sama pomaga w budowaniu elektrowni atomowych w Iranie, a z drugiej, głosuje za sankcjami i wycofuje się z realizacji kontraktu na dostawę systemów przeciwlotniczych S-300.

Izrael i Stany Zjednoczone – ze względu na swoją pozycję – muszą czynić wszystko, aby Iran nie wszedł w posiadanie broni atomowej, a Iran – ze względu na swoją potencjalną pozycję – stara się takową broń zdobyć albo przynajmniej przekonać wszystkich, iż nad nią pracuje.

Eskalacja konfliktu
Uprzejmości wobec Iranu są wręcz nieustannie. Podejrzane wybuchy, śmierć naukowców pracujących przy programie atomowym czy tajemniczy wirus Stuxnet, który miał zastopować irański program atomowy – tak wyglądał ten rok.

To jednak nic w porównaniu z potencjalnym bombardowaniem. Jedno jest pewne – jeżeli atak nastąpi to na pewno w momencie, gdy nikt się tego nie będzie spodziewał. Izrael, jeżeli poczuje, że zagrożone jest jego bezpieczeństwo i nie ma innego wyboru, dokona ataku. Największy ból Izraelczyków jest jednak inny. Prezydent Obama średnio pali się do wspomagania takiej akcji – a przecież bombowce gdzieś muszą wylądować, a także przez czyjąś strefę lotniczą (Irak?) przelecieć. Ponadto – nie ma żadnej gwarancji, że bombardowanie przyniesie wymierny efekt. Panuje powszechne przekonanie, że ewentualny atak – bardzo kosztowny politycznie – może jedynie wstrzymać prace nad bronią o – mniej więcej – dwa lata. Iran w odpowiedzi zdestabilizowałby – i tak niespokojny – region poprzez swoje działania w Libanie (Hezbolllah), Iraku czy Arabii Saudyjskiej.

Polityka jest więc tutaj decydująca. W zamieszaniu wokół atomowego Iranu największą rolę odgrywają interesy poszczególnych państw i ich pozycja w regionie, a w mniejszym stopniu kwestie pokoju na Bliskim Wschodzie, którego nie chce ani Izrael, ani, Iran. W samej układance najciekawszy – z punktu widzenia Teheranu – jest inny fakt. Przy obecnej technologii i celności (a raczej niecelności) rakiet, wycelowanie w Tel Awiw może się skończyć Holocaustem nie narodu żydowskiego, a palestyńskiego…

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – IV

Brak komentarzy

Dzisiaj dzień wyborów, a my przenieśmy się poza granice naszego państwa i zobaczmy, czym nasi ukochani politycy uraczyli nas w ostatnich tygodniach. Trochę to przykre, że cały czas powtarzają się same osoby, ale taki Władimir Putin czy Silvio Berlusconi, w kwestii międzynarodowych absurdów, to po prostu klasa sama dla siebie.

5. Amerykańscy spadochroniarze niedaleko Ratyzbony (propozycja do notowania!)
Wspólne ćwiczenia amerykańskich i polskich spadochroniarzy w okolicy Ratyzbony. Co ciekawe, ranni zostali tylko amerykańscy żołnierze. Ćwiczono desant z powietrza na okazję misji w Afganistanie. Może lepiej przełożyć wylot?

Rannym życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Polscy internauci mają jednak już swoją opinię na temat potencjalnej przyczyny…

źródło: mistrzowie.org

źródło: mistrzowie.org

4. Dobijanie Kaddafiego w Libii
Już od kilku tygodni czytamy, że godziny dzielą Kaddafiego od poznania się z Allahem, jego ludzie pouciekali, a on sam kontroluje co najwyżej swoje podziemne tunele. Okazuje się jednak, że aż tak kolorowo dla sił rebeliantów i NATO wcale nie jest. Klęska pułkownika rzeczywiście jest kwestią czasu, ale na razie trwają walki o Syrtę. Udało się zdobyć uniwersytet – takie są oficjalne doniesienia.

Inne są mniej korzystne dla sił koalicji. “The Australian” zarzuca przeciwnikom Kaddafiego nawet ludobójstwo. O ile sam zarzut ludobójstwa to prawdopodobnie przesada, o tyle powstaje poważny dysonans poznawczy. Czy siły NATO nie miały przypadkiem chronić cywilów, a nie przyczyniać się do ich śmierci? Czy taki miał być efekt według twórców rezolucji RB ONZ w/s Libii?

Aksjologia jest piękna w dokumentach, ale w rzeczywistości wychodzą interesy. Obie strony konfliktu mają dużo za uszami. Siły Kaddafiego prawdopodobnie dużo więcej, ale czy to oznacza, że Narodowa Rada Przejściowa ma prawo do decydowania, kto może żyć, a kto nie?

3. Irańskie okręty u wybrzeży Stanów Zjednoczonych
Irańczyków należy cenić za konsekwencję. Wiedzą, iż nie wystarczy byle wyskok czy wypowiedź Ahmadineżada, aby wylądować w Przeglądzie Międzynarodowych Absurdów. Tym razem podnieśli poprzeczkę wysoko.

Cytuję za zaprzyjaźnionym blogiem “Dyplomacja”

Marynarka wojenna Islamskiej Republiki Iranu zamierza wysłać okręty wojenne w pobliże atlantyckiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Państwowa agencja prasowa IRNA donosi, iż potrzebna jest widoczna obecność militarna w pobliżu morskich granic „światowej aroganckiej potęgi”, jak określa się w Iranie Stany Zjednoczone.

O tak. Niemalże staje przed oczami kryzys kubański. Tutaj oczywiście nic takiego nie będzie miało miejsca. Ponadto – co wyraźnie zauważa Piotrek u siebie na blogu – za “wysłaniem delegacji” może stać bardziej prozaiczna przyczyna, taka jak przemyt broni czy technologii wojskowych, ale za rozmach Irańczykom należy się miejsce na podium. Podobnie jak wtedy, gdy zaproponowali wysłanie misji Peacekeeping do Wielkiej Brytanii.

A dla Amerykanów? Ewentualna obecność Irańczyków będzie irytująca. Jak brzęczenie muchy, gdy chcemy usnąć.

2. “Nieoczekiwana zamiana miejsc” w Rosji.
W układzie Putin-Miedwiediew wszystko wraca do normy. Putinowi znudziło się premierowanie, a Miedwiediewowi bycie prezydentem. W związku z czym każdy z nich chciałby sobie zmienić swój wpis w CV – Władimir będzie prezydentem, a premierem zostanie Dmitrij.

Niektórzy już zauważają, iż zanosi się na to, że patronat Putina nad Rosją potrwa dłużej niż rządy Breżniewa. Być może jestem niesprawiedliwy i o zamianie zadecydowały inne względy niż to, że realny przywódca wraca do władzy? Może o wystawieniu Putina zadecydował wyjątkowo niski wynik Miedwiediewa w wyborach prezydenckich (ok. 70%) w porównaniu z prezydentem Łukaszenką (ok. 80%)?

Ofiarą zamiany pozostaje ambitny (w kontekście posady premiera), już były, minister finansów Aleksiej Kudrin.

1. Propozycja nazwy zmiany ugrupowania premiera Berlusconiego
Notowanie, już po raz drugi, wygrywa Silvio Berlusconi, włoski premier. Finanse tego kraju lecą na łeb i szyje. Rzym może stać się drugimi Atenami, a tymczasem?

Jak powinno się nazywać jego ugrupowanie polityczne – według żartu Silvio? Tłumacząc na angielsku – Go Pussy. Czytelnikom pozostawiam tłumaczenie na język polski.

Czego nie można odmówić Berlusconiemu to dystansu do siebie, ale także bezczelności. Włoscy opozycjoniści są naturalnie oburzeni, jednak – tak po prawdzie – Włosi sami wyhodowali sobie takiego premiera i od lat przymykali oczy na różnego rodzaju incydenty z jego udziałem. Czy naprawdę “Go Pussy” jako nazwa ugrupowania jest czymś bardziej oburzającym niż uściski z Kaddafim, traktowanie kobiet na zasadzie zabawki, które się opłaca, imprezy bunga-bunga czy – finalnie – uwolnienie nastoletniej dziewczyny znanej z lekkiego sposobu bycia przy pomocy kłamstwa, że jest ona krewną Mubaraka, a przecież Włochy nie chcą skandalu dyplomatycznego?

Zapraszam również do przeczytania poprzednich notowań:
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. II
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. II
Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. I

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. III

2 komentarzy
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Można powiedzieć, że z mojego punktu widzenia wakacje rozpoczynają się na nowo, zatem zapraszam do kolejnego wydania “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów”. Dawno nic nie pisałem, więc trochę w międzyczasie się wydarzyło. Notowanie trzecie!

5. Iran prowadzi badania nad bronią atomową.
Co w tym absurdalnego? Oczywiście nic – Iran prawdopodobnie rzeczywiście prowadzi takie działania i izraelsko-amerykański wirus mocno pokrzyżował mu szyki, aczkolwiek zabawne są momenty pojawienia się takiej informacji.

Sezon ogórkowy? Nic się nie dzieje? Media nie mają o czym pisać? Zawsze z pomocą przybędą MAEA i Iran. MAEA wyda oświadczenie, że podejrzewa, iż Teheran prowadzi badania i ma na to dowody, Iran odpowie, że prowadzi badania nad energią atomową tylko do celów pokojowych, a nawet jakby było inaczej, to ich sprawa. Tylko w Izraelu się nie śmieją.

A redaktorzy działów zagranicznych szczęśliwi. Jest temat i to w dodatku nośny. Na koniec tekstu dorzuci się przecież tę samą frazę co od mniej więcej 10 lat – “Izrael i Stany Zjednoczone rozważają bombardowania”.

4. Palestyńczycy “140 państw na 193 poprze nas w ONZ”
Palestyńscy liderzy są przekonani, iż uzyskają dobry wynik w ONZ w kwestii swojego uznania. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy – uznać to ich może, kto tylko chce. Czym innym jest jednak zapowiadany przez nich cel – mianowicie przystąpienie do ONZ, wymagające przejścia i przez Zgromadzenie Ogólne i przez Radę Bezpieczeństwa.

Z tego co wiem, to Amerykanom nadal “zależy na pokoju, ale priorytetem pozostaje bezpieczeństwo Izraela”, co oznacza mniej więcej tyle, że w razie problemu Amerykanie zawetują palestyński wniosek w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Szansą na wygranie głosowanie przez Palestyńczyków jest otrzymanie statusu obserwatora. Rzeczywiście, taką większość w ZO ONZ mogą uzyskać. Tylko że będzie to pyrrusowe zwycięstwo – wszakże Organizacja Wyzwolenia Palestyny otrzymał taki status już w latach siedemdziesiątych. Jeżeli jednak rzeczywiście 140 państw uznałoby Palestynę za niepodległe państwo w jakimś innym trybie lub innej procedurze, byłby to sukces dyplomatyczny Abbasa i spółki. Problem z tym, że takiego sukcesu nie uda się przełożyć w negocjacjach. Sztuka dla sztuki.

Palestyńczycy nie mają pomysłu na pokój i są podzieleni, z kolei obecny izraelski rząd nie chce pokoju. Jeżeli ktoś jest optymistą, to może pora, żeby wytrzeźwiał?

3. “Negocjacje” Ukrainy z Rosją w sprawie gazu
Jednym z pierwszych dealów zawartych po dojściu do władzy przez prezydenta Janukowycza i premiera Azarowa była korekta umowa gazowej.

Wszystko przebiegało sensownie – Rosjanie obniżają cenę gazu (450 dol. za 1000 m3) o około 1/3, a w zamian Ukraińcy przedłużają pobyt Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu. Ukraińcy nie chcą do NATO, a obecni liderzy w szczególności. Rozmowy z pewnością przebiegały w miłej atmosferze, bo obaj panowie lepiej radzą sobie z rosyjskim niż ukraińskim. Obniżenie ceny za przedłużenie czegoś, co przecież i tak istnieje (mówię o bazie floty) wydawało się całkiem niezłym biznesem.

Teraz jednak Ukraińcy są pod ścianą. Dostali klasyczny wybór między dżumą, a cholerą. Z własnej winy, bo przecież poprzednią umowę gazową podpisała Tymoszenko. Świetnie obrazuje to stan elit ukraińskich, które bardziej przejmują się swoimi interesami, aniżeli losem narodu.

Prezydent Miedwiediew przedstawił “opcję wyboru” – albo zostajemy przy stałych cenach gazu, co jest – zwłaszcza dla biednej Ukrainy – olbrzymim problemem gospodarczym albo wpuszczacie nas do swojego systemu przesyłowego, a my obniżamy ceny. Rosjanie zabezpieczają sobie dostawy i uzależniają Kijów. Ciekawe jak do tego ma się perspektywa integracji Ukrainy z Unią Europejską? Miedwiediew zaproponował przecież też przystąpienie do unii celnej, co w zasadzie przekreśliłoby szansę – nawet teoretyczną – na członkostwo

Gratuluję Ukraińcom. Niech wybierają.

2. Chińska “konsekwencja” w/s Libii.
Chińczycy mieli świetną okazję, aby wspomóc Kaddafiego. Wystarczyło zawetować rezolucję 1970 i 1973 RB ONZ. Dzięki temu NATO nie miałoby żadnej podstawy prawnomiędzynarodowej (a i ta jest wątpliwa, jeżeli chodzi o poszczególne aspekty) do rozpoczęcia operacji. Według najnowszych doniesień medialnych, Chińczycy, za pośrednictwem Algierii oraz Republiki Południowej Afryki, mieli dostarczać broń reżimowi. Naturalnie za pieniądze.

Takie niekonsekwencje raczej się Pekinowi nie zdarzają. Warto jednak podkreślić jedną, bardzo ważną rzez, dostawa broni dla reżimu jest równie nielegalna z prawnomiędzynarodowego punktu widzenia, jak dla powstańców ze strony chociażby brytyjskiej. Trudno jednak przypuszczać, aby zarówno Chińczyków, jak i Brytyjczyków, czekały jakieś nieprzyjemności.

Cieszyć za to mogli się chińscy robotnicy w liczbie 30 tysięcy, których w lutym ewakuowano na … Kretę.

1. Berlusconi wyjeżdża z “gównianego kraju”, czyli Włoch.
Z reguły w rankingu zwyciężają osobowości – w pierwszym wygrał Putin, który wyłowił starożytną amforę na głębokości 2 metrów, następnie Sikorski, który chciał pozbawić władzy prezydenta Assada z Syrii przy pomocy Twittera. ( zapraszam do śledzenia mojej skromnej osoby!). Dzisiaj konkurencję w polu zostawia premier Silvio Berlusconi z Włoch.

Premier Włoch był wielokrotnie oskarżany o korupcję, a także o przesadne zamiłowanie do kobiet. Słowa wierność prawdopodobnie w swoim słowniku nie odnotował, a swoich gości – i siebie naturalnie – raczył w swojej rezydencji luksusowymi prostytutkami, młodymi aktoreczkami itd. Serwis “Deser.pl” zebrał listę “kobiet Berlusconiego”.

“Za parę miesięcy odejdę, wyjadę z tego gównianego kraju, który przyprawia mnie o mdłości” – powiedział Silvio. Owszem, jego wiek już jest zdecydowanie emerytalny, jednak pamiętajmy, że jest to prywatna, ale jednak, wypowiedź polityka z wieloletnim doświadczeniem na stanowisku premiera Włoch. On sam ten kraj budował. O jednym jednak jestem pewien – prędzej premier Berlusconi zrezygnuje z Włoch niż z “pomaganiu w karierze” młodym kobietom. Altruista.

Bunga bunga Silvio!

Przegląd międzynarodowych absurdów ostatnich dni

1 komentarz
źródło: koledzyzwojska.pl

źródło: koledzyzwojska.pl

Tym razem nieco bardziej wakacyjnie, dlatego postanowiłem wybrać kilka ostatnich, dość absurdalnych wydarzeń i skomentować je. Kto wie, może z czasem pomyślę o stworzeniu jakiegoś cotygodniowego przeglądu absurdów, bo nie ma co ukrywać, trochę ich ostatnio jest. Na dziś wybrałem cztery absurdy.

1. Dwugłos w sprawie Białorusi
Polska prokuratura wysoko zawiesiła poprzeczkę dla konkurencji z całego świata. Postanowiła przekazać, w ramach pomocy prawnej, informacje swoim białoruskim odpowiednikom, prowadzącym postępowanie przeciwko Alesiowi Bialackiemu.

W praktyce wygląda to tak, że polski wymiar sprawiedliwości pomaga ścigać Białorusinom opozycjonistów popieranych przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Niektórzy powiedzą, że zawalił system – nie, to nieprawda. Ludzie w tym przypadku zawiedli. Tylko w państwie prawa może się zdarzyć, że prokuratura będzie działać wbrew polityce zagranicznej własnego kraju. Wyobrażacie sobie coś takiego w Rosji, na Białorusi, w Chinach? Alternatywą jest ręczne sterowanie prokuraturą z Alei Szucha, co byłoby dla nas dużo bardziej niebezpieczne. Prokuratorzy mają kierować się prawem, w tym zwłaszcza Kodeksem Postępowania Karnego, służąc w jego ramach polskim interesom. Nie na odwrót.

Nawiasem mówiąc gratulacje należą się ministrowi Sikorskiemu, który według “New York Timesa” został już w Polsce premierem. Potęga twittera.

Na marginesie tego tematu warto, aby Polska się zastanowiła – czy chce Łukaszenkę okładać kijem, czy głaskać, bo połączenie tego, w postaci bicia puchowym kijkiem, nie gwarantuje efektów.

2. Iran gotowy wysłać do Wielkiej Brytanii misje peacekeeping
Fasonu nie stracili również Irańczycy, a zwłaszcza dowódca irańskich jednostek paramilitarnych Basidż, Mohammad-Reza Naqdi. To ich udział w czasie “Zielonej Rewolucji” po wyborach prezydenckich w 2009 roku miał dużo wpływ na klęskę protestujących. Paramilitarne oddziały, ślepo wierne “irańskiej rewolucji” rozpędzały manifestacje i bezlitośnie atakowały opozycjonistów w obronie prezydenta Ahmadineżada.

Jedno można więc im otwarcie przyznać – na rozpędzeniu zamieszek na pewno znają się lepiej niż policja w Birningham. Są również nadzwyczaj karni. W czasie wojny iracko-irańskiej wojny (lata 1980-1988) członków Basidż wysyłano na pole minowe, by własnymi nogami sprawdzali, gdzie znajdują się miny nieprzyjaciela. Zindoktrynowani, dumnie szli na pewną śmierć.

Pan Naqdi potępił również działania policji i wyraził rozczarowanie niezmiennym popieraniem “prześladowców” przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Jak zauważył, już rahbar Ali Chamanei przewidział, iż w Europie mogą wybuchnąć podobne protesty, jak w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.

Za dobre serce i rady Irańczykowi należy podziękować. Jedno należy mu przyznać: w swojej propagandzie jest przynajmniej zabawny.

3. Izraelska odpowiedź na głosowanie w ONZ w sprawie przyjęcia Palestyny
Nie jest to o tyle absurdalne, co symptomatyczne. Izrael jasno odpowiedział, że żadnego wniosku do ONZ się nie boi i jeśli tak się mamy bawić to…

oni zatwierdzają plan budowy 1600 mieszkań w Jerozolimie Wschodniej i okolicach.. Szykują się równocześnie do zatwierdzenia budowy kolejnych 2700. Szczególny powód do satysfakcji ma wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden, podczas którego wizyty ogłoszono po raz pierwszy plan rozbudowy, pomimo mocnego – przynajmniej oficjalnie – sprzeciwu “Białego Domu”. To tak na wypadek, gdyby ktoś myślał, że palestyński manewr w ONZ może coś zmienić w obecnej konfiguracji.

4. Władimir “Nurek” Putin
Rozmachu nie można też odmówić rosyjskiemu premierowi. Tym razem “przypadkiem” w czasie nurkowanie odnalazł graeckie amfory.

źródło: wp.pl

źródło: wp.pl

Ten fragment morza był co prawda już wielokrotnie przeszukiwany w przeszłości, ale nie okiem Władimira Putina. Na głębokości kilku metrów odnalazł on drogocenne amfory. Nie mógł tego zrobić niżej, bo było to jego bodajże 3 nurkowanie, a nikt zdrowiem premiera – nawet dla promocji turystyki – ryzykował nie będzie.

Z niecierpliwością czekam na odnalezienie przez premiera Putina zaginionej Atlantydy.

WikiLeaks – poczytaj mi mamo…

7 komentarzy
źródło: mojeopinie.pl

źródło: mojeopinie.pl

Opublikowano kolejne przecieki prosto z pracy amerykańskich dyplomatów, analityków i tak dalej. W większości wywiadów świata trwa pewnie nerwowe odliczanie i błyskawiczny podział nocnych dyżurów na najbliższe tygodnie. Ktoś przecież to wszystko będzie musiał przeczytać.

Cel powstania WikiLeaks nigdy nie stał się jednocześnie równie oczywisty. O ile w przypadku publikowania informacji o naruszeniach praw człowieka czy ofiarach w Iraku, można było jeszcze obronić tezę, że autorom zależało na ujawnieniu prawdy o niegodziwej postawie Amerykanów, a reszta wychodzi przy okazji i w ramach kary, o tyle teraz cel jest tylko jeden. Pisząc brzydko, dosadnie, ale oddając sens: dopier**** Ameryce.

WikiLeaks jest zatem narzędziem w nie wiadomo czyich rękach, które zajmuje się niszczeniem wizerunku Stanów Zjednoczonych. Dla przykładu, brak sympatii Arabii Saudyjskiej do Iranu jest powszechnie znany, podobnie jak “specjalne stosunki” pomiędzy Berlusconim, a Putinem czy korupcja wśród afgańskich urzędników, ale wyobraźcie sobie, jaką strawną pożywkę otrzymali teraz antyamerykańscy politycy. Tu nie chodzi o żadne etyczne pobudki, o transparentność czy prawa człowieka, a jedynie o realizację celu, jakim jest propagandowy atak na Stany Zjednoczone. Czy nikogo nie dziwi, iż WikiLeaks nie zwraca uwagi na to, co robią władze rosyjskie czy chińskie? A czy to nie tam prawa człowieka są łamane w dużo wyraźniejszy i częstszy sposób? Czy z tajnych dokumentów rosyjskich nie dowiedzielibyśmy się równie ciekawych rzeczy, chociażby o naszych politykach?

Po tym wszystkim trudno uznać,że informatorami WikiLeaks są tylko obecni lub byli urzędnicy. Prawdopodobnie któryś z wywiadów państw nieprzychylnych Ameryce uznał, że to doskonała skrzynka kontaktowa.

Szkoda o tyle, że świat wcale na tych przeciekach nie zyskał. Będziemy wiedzieć więcej, od kuchni poznamy mnóstwo smaczków, a pewne informacje – zazwyczaj schowane – przebiją się do świadomości ludzi. W działalności WikiLeaks nie ma jednak realizacji żadnego interesu publicznego. Za to kilku przywódców z pewnością się cieszy, nawet jeśli w dokumentach znajdą się szczere wzmianki o nich, bo Baracka Obamę i dyplomatów amerykańskich czekają ciężkie dni tłumaczenia się oraz walki z demoralizacją, jakie niechybnie pogłębi kolejne ujawnienie dokumentów.

O poprzednim przecieku pisałem w artykule “Kosztowny przeciek”

Gorący sierpień na Bliskim Wschodzie

Brak komentarzy
źródło: politykaglobalna.pl

źródło: politykaglobalna.pl

Hamas, Hezbollah, rząd Izraela, rząd Iranu, Fatah, rząd turecki i samotny jeździec, rzucający granatami (według innej wersji: petardami)  w konwój Mahmuda Ahmadineżada. Na Bliskim Wschodzie jest nadal gorąco i nie zapowiada się na ochłodzenie. Najciekawsze wydarzenia przedstawię pobieżnie, z krótkim komentarzem.

Niespokojne granice Izraela
Tylko w tym tygodniu mieliśmy do czynienia z dwoma “incydentami”, które kosztowały życie kilku ludzi. Pierwszy z nich polegał na wystrzeleniu kilku rakiet z terytorium Egiptu. Izrael o atak oskarża Hamas.

Czy Hamas mógł przeprowadzić taką operację? Oczywiście, ale nie potrzebuje tego robić z terytorium Egiptu, bo nie uda się przecież przekonać Izraelczyków, że ataku dokonali Egipcjanie. Póki co, transport z i do Strefy Gazy nie jest rzeczą trudną, gdyż nadal funkcjonują podziemne tunele. Wątpliwe jednak, by Hamas decydował się na tak bezsensowne ostrzeliwanie (które w dodatku nie spowodowało żadnych izraelskich strat), bo Izrael w rewanżu zawsze bombarduje podziemne tunele. Nie można zatem wykluczyć, iż z Egiptu strzelała jakiś inna skrajna islamska organizacja albo powiązane z Hamasem i działające w Egipcie, Bractwo Muzułmańskie.

Drugim wydarzeniem było starcie na granicy libańsko-izraelskiej, w wyniku której zginęło 3 żołnierzy libańskich i jeden izraelski. Naturalnie, obie strony uważają się za niewinne i nagle okazało się, że armia libańska ma “obrońcę” w postaci Hassana Nasrallaha, lidera Hezbollahu. Jest on “gotowy” przyjść z pomocą biednym żołnierzom. To dość zabawne, zważywszy na to, iż Hezbollah skutecznie paraliżuje państwo i nieraz pokazywał armii libańskiej, ile jest w zupełności warta – chociażby wtedy, gdy w ramach pokazu siły zablokował Bejrut czy nie wykazał jakiegokolwiek zainteresowania rozbrojeniem. Pomimo tego, iż było to prawdopodobnie największe starcie od czasów ostatniej wojny libańskiej, ani armia izraelska, ani armia libańska, ani Hezbollah, na nowe rozdanie kart nie będą mieć ochoty. Izraelowi nadal wypomina się dużą liczbę ofiar cywilnych, armia libańska w czasie takiej wojny mogłaby tyko potwierdzić swoją beznadziejność, a Hezbollah, wbrew swoim zapowiedziom, wie, iż ewentualne starcie polegać będzie na ciągłym bronieniu się, walce partyzanckiej, używaniu żywych tarcz oraz liczeniu poległych bojowników i zniszczonej broni. Znamienne jest, iż Hezbollah nie zaatakował Izraela nawet w czasie “Płynnego Ołowiu”. Być może Iran “trzyma” Partię Boga na inną okazję.

Stany Zjednoczone mają plan ataku, a Izrael ćwiczy w Rumunii
Po tym, jak Mahmud Ahmadineżad ogłosił, że Iran “gwiżdże” na sankcje (zapraszam do lektury artykułu “Irański poker: sankcje nie rozwiązują problemu“) do łask powróciły spekulacje dotyczące ataku prewencyjnego na Teheran. Generał David Petraeus potwierdził, iż Amerykanie mają opracowany plan takiej operacji.

Cóż to jednak za rewelacja? Przecież to, że Amerykanie mają taki plan, nikogo nie zdziwi, a na pewno nie Irańczyków. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ewentualny atak lotniczy się powiedzie, a nawet jeśli, czy uda się zlikwidować lub powstrzymać na jakiś czas irański plan atomowy. Pytanie również, ile taki atak kosztowałby Waszyngton? Problemy w Iraku i Afganistanie, akcje Hezbollahu, terroryzm w islamskich krajach przychylnych Ameryce, kompletny upadek poparcia, i tak niskiego, pośród islamskiej opinii publicznej a także – w ostateczności – blokada cieśniny Ormuz. Każdy z amerykańskich planów musi te czynniki wziąć pod uwagę.

Tymczasem Mahmud Ahmadineżad zaproponował Barackowi Obamie spotkanie w cztery oczy w czasie sesji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Panowie mogliby się poznać i spróbować rozwiązać kilka problemów w niedoskonałych przecież relacjach amerykańsko-irańskich. Nie wiadomo, czy prezydent Stanów Zjednoczonych przyjmie wyzwanie, jednak zgadzając się na taką prywatną rozmowę, nic nie ryzykuje. Po pierwsze, we wrześniu mają być wznowione rozmowy dotyczące irańskiego programu atomowego, a po drugie – Barack Obama potrzebuje sukcesu. W pokojowym procesie bliskowschodnim nie idzie mu tak, jak należy, może więc rozwiązaniem byłoby “change” w sprawie Iranu? W najgorszym przypadku z odrazą wyjdzie po 15 minutach. Amerykańscy prezydenci spotykali się już z gorszymi indywidualnościami.

Nie próżnuje też Izrael, który lata sobie po Rumunii. Tu i ówdzie spostrzec można izraelskie samoloty. Doszło nawet do katastrofy. “Sunday Times” donosi, że Izraelczycy trenowali potencjalny atak na Iran. Dlaczego jednak w Rumunii? Powód może być prozaicznie prosty – Turcja zablokowała swoją przestrzeń dla izraelskich samolotów wojskowych. Pogarszające się stosunki pomiędzy tymi państwami opisywałem w artykule “Stosunki izraelsko-tureckie: czy kłotnia skończy się rozwodem?”. Jeżeli izraelskie lotnictwo ma coś ćwiczyć, to właśnie atak na swoich perskich przyjaciół.

Śledztwo ONZ w/s “flotylli wolności”
Udało się również porozumieć w sprawie rozpoczęcia przez Organizację Narodów Zjednoczonych śledztwa w sprawie ataku na “flotyllę wolności”. Przewodniczącym zespołu zostanie były premier Nowej Zelandii, Goeffrey Palmer, a w jego skład wejdzie również ustępujący prezydent Kolumbii, Uribe, oraz przedstawiciele Izraela i Turcji. Nawet jeśli uda się uzgodnić wspólny raport, wątpliwe, by oznaczał on jakieś poważniejsze konsekwencje dla Izraela. W razie niekorzystnego obrotu wydarzeń, swojego człowieka zawsze można wycofać, a nawet jeśli coś pójdzie nie tak, ogłoszenie niekorzystnego dla Izraela raportu nie rodzi żadnych skutków prawnych. Zespół pracuje na swoje alibi.

Tak jak wspomniałem powyżej, to tylko pobieżny skrót wydarzeń. Na Bliskim Wschodzie non stop coś się dzieje, tak jak wczoraj, gdy ktoś w amatorski sposób chciał zranić (zabić?) Ahmadineżada. Został już schwytany i nie zazdroszczę mu, bo nie sadzę, by jego pobyt w areszcie należał do najprzyjemniejszych. Trwają również przymiarki do rozmów izraelsko-palestyńskich, ale trwa to już od kilku miesięcy i jeżeli chodzi o konkrety nie wygląda na to, by coś poszło do przodu.

Na Bliskim Wschodzie zatem bez zmian. Incydenty, starcia i możliwa eskalacja konfliktu niemal wszędzie – taka jest tam codzienność.

Kosztowny przeciek

1 komentarz
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

“Wyciek” ponad 91 tysięcy dokumentów dotyczących sytuacji w Afganistanie to dzieło kogoś, kto bardzo chce zaszkodzić Stanom Zjednoczonym. Jak można sobie wyobrazić, to równoważność kilkuset grubych książek , materiały o objętości odpowiadającej kilkudziesięciu moim sesjom egzaminacyjnym, na dwóch kierunkach. Całość trafiła nie tylko do WikiLeaks, ale uroczy donosiciel poinformował niemiecki “Der Spiegiel”, brytyjski “Guardian” i amerykański “New York Times”.  Spragnionych lektury – zapraszam tutaj.

Miltion Friedman mawiał, że nie ma darmowych lunchów. Identycznie jest z przeciekami – ten będzie niezwykle kosztowny. Nie trzeba czytać tak olbrzymich zasobów, aby dojść do wniosku, że Amerykanie są w poważnych tarapatach. Obama jest zakładnikiem własnych deklaracji dotyczącej wycofania wojsk i innych, pacyfistycznych, kampanijnych haseł. Amerykanie ciągle tracą nie tylko miliardy dolarów (polecam licznik “live”), ale również żołnierzy – łącznie 1115 według danych BBC z 5 lipca. Kończy się cierpliwość amerykańskich sojuszników, którzy najchętniej już dawno zawinęliby się do domu. Amerykanie ponadto są jeszcze osłabieni awanturą wokół generała McChrystala, a ich “partnerem” w Afganistanie jest Hamid Karzai, który sfałszował 1/4 głosów w czasie wyborów prezydenckich. Demokratyczną mentalnością, podobnie jak charyzmą, nie grzeszy. O samym prezydencie Karzaiu pisałem w artykule “Syzyfowa praca w Afganistanie”.

Przeciek jest kolejnym i skoordynowanym ciosem w amerykańską administrację. To nie skan jednego dokumentu, znalezionego na śmietniku, to też nie efektowna sprzedaż kilku papierków dla mediów przez jakiegoś podstarzałego i sfrustrowanego pracownika, który chce zarobić na swoją emeryturę. Tysiące dokumentów ujawniła osoba (lub grupa osób) dysponująca szerokim dostępem do różnego rodzaju materiałów i otwarcie sprzeciwiająca się amerykańskiej polityce wobec Afganistanu.

Dokumenty potwierdzają oceny porównujące sytuację w Afganistanie do tej z Wietnamu, a także wiele rzeczy, o których piszą przecież media, a władze niechętnie się do tego odnoszą – o problemach z cywilami, nielojalności Afgańczyków, czy pakistańskiej i irańskiej pomocy dla grup, które umownie nazywa się talibami. Wszystko to, co można podsumować zdaniem “o czym nie powinno się mówić, o tym powinno się milczeć”. Wartość tych materiałów z pewnością docenią też analitycy z wywiadów m.in. rosyjskiego i chińskiego, bo to istna skarbnica wiedzy operacyjnej na temat sposobów działań Amerykanów w Afganistanie. Opublikowane materiały na pewno ułatwią im pracę.  Teraz okazało się, że Amerykanie mają również wroga wewnętrznego, który dokumentuje ich działania i nie zawaha się przed wykorzystaniem opinii publicznej  na całym świecie. Dlatego przecież poza WikiLeaks, poinformowano trzy poczytne gazety z różnych krajów, które łączy to, iż posiadają w Afganistanie spory kontyngent.

Opinia, że Stany Zjednoczone nie dają sobie rady nie jest zatem nowa – różnica polega teraz na wykazaniu “samoświadomości” Amerykanów w tej kwestii. Nie ma też co ukrywać – publikacja ponad 90 tysięcy tajnych dokumentów, to zwyczajna kompromitacja amerykańskiej władzy, demonstrująca nie tyko niemoc, ale również demoralizację. Wszystkie te informacje dotrą nawet do tego kręgu odbiorców, których zbytnio wojna w odległej Azji nie interesuje.  Przeciek podważa również zaufanie własnych żołnierzy, nie tylko amerykańskich, do państwa i oddaje za darmo mnóstwo bezcennych informacji, za które talibowie powinni wysłać podziękowania – naturalnie zaraz po zakończeniu wnikliwej lektury.

Jednym z możliwych scenariuszy jest “afganizacja” (na wzór “wietnamyzacji”). Presja na Obamę będzie się zwiększać, a on sam stanie przed dramatycznym pytaniem – co będzie więcej kosztowało, wycofanie się czy dalsze prowadzenie wojny? Na razie zadanie opanowania Afganistanu otrzymał człowiek od misji specjalnych, generał Petraus, który poradził sobie w Iraku i od samego początku zaczął posługiwać się marchewką w postaci afgańskich złóż naturalnych. Sama “afganizacja” to olbrzymie ryzyko – w Wietnamie się nie powiodła, a Amerykanie zaraz po wycofaniu opuścili swojego sojusznika, odmawiając mu wszelkiej pomocy. Kongres nawet wydał w tej sprawie administracji zakaz! Nie widać żadnych przekonujących argumentów na udowodnienie tezy, że władze afgańskie poradzą sobie bez Amerykanów, a historia – w końcu nauczycielka życia – uczy, że rzeczywistość może okazać się okrutna. W dłuższej perspektywie czasu nie ma jednak innego wyjścia.

Utrata Afganistanu byłaby niezwykle dotkliwa, bo natychmiast przełożyłaby się na sytuację w Pakistanie i Iraku. Byłby to również dotkliwy propagandowo cios dla amerykańskiej polityki zagranicznej, a także wiatr w plecy dla dżihadystów. Skoro pokonali “wielkiego szatana”, to kto ich zatrzyma? Z punktu widzenia Polski lepiej jednak, żeby to państwa NATO wygrały wojnę, dlatego ze szkodliwego przecieku nie ma, co się cieszyć.

Irański poker: sankcje nie rozwiązują problemu

1 komentarz

źródło: topnews.in

Nałożone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ sankcje to jedynie listek figowy, bo nie przenoszą one nawet o milimetr punktu równowagi. To nadal rozgrywka pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską, a Iranem, chronionym przez Rosję i Chiny. Sankcje są zbyt słabe, by powstrzymać Iran przed wybudowaniem bomby atomowej oraz jednocześnie zbyt mocne, by je zignorować. Tym razem bowiem nie skończyło się jedynie na potępieniu, a rezolucja zakłada m.in. inspekcję statków płynących do Iranu,  rozszerzenie “czarnej listy” firm irańskich o kolejne, mające związki z Radą Strażników Rewolucji, a także zakaz sprzedaży ciężkiego uzbrojenia do Iranu. Nie są to nadzwyczaj ostre środki, aczkolwiek Teheran powinien je odczuć. W poprzednim tekście na temat Iranu (“Irański poker: kto i o co gra?”) opisywałem interesy poszczególnych państw, teraz przyszedł czas na  przeanalizowanie sytuacji, jaka powstała w wyniku nałożenia sankcji.

Problemy z treścią rezolucji
Od początku w sprawie Iranu ścierały się dwa stanowiska – “amerykańsko-europejskie”, które zakładało jak najsurowsze potraktowanie Teheranu, co miałoby zmusić władze irańskie do rozmów, oraz “chińsko-rosyjskie”, które pomimo wielu różnic, sprowadza się do wspólnego mianownika – jest nim łagodzenie na drodze negocjacji charakteru sankcji. Wydanie rezolucji przeciwko Iranowi było zwłaszcza dla Amerykanów sprawą honoru, bo wraz z początkiem roku minęło ultimatum, jakie Waszyngton postawił Iranowi w sprawie jego programu atomowego. Teheran ultimatum amerykańskie zignorował, czego logiczną konsekwencją powinna być kolejna runda sankcji. Amerykanie grali więc o swoją twarz.

Próbowano również, w różnej konfiguracji, rozmawiać z Iranem. W rozmowach brali udział m.in. Amerykanie, Rosjanie i Francuzi. W pewnym momencie doszło nawet do parafowania umowy dotyczącej wzbogacania uranu. Jej efektem byłoby przejęcie uranu i przesłanie Iranowi gotowego paliwa do reaktora. Brzmiało to nieźle – Iran dostaje paliwo, a państwa biorące udział w rozmowach przejmują tyle uranu, że daje im to pewność, iż z pozostałej części, ajatollahowie bomby nie wyprodukują. Teheran, robiąc przy okazji dużo szumu, najpierw próbował zmienić warunki umowy, a gdy to się nie udało, zrezygnował z jej podpisania.

Wspominam o tym nie przez przypadek, bo Brazylia i Turcja porozumiały się z Iranem w/s przejęcia 1200 kg uranu i wymianie go na paliwo do reaktora w Teheranie. Zaproponowany przez te państwa plan nie zyskał jednak aprobaty Zachodu i nie zapobiegł nałożeniu sankcji. W odpowiedzi, Brazylia i Turcja głosowały przeciwko uchwaleniu rezolucji, a z samego porozumienie nic nie wyjdzie, jeśli nie dogada się Iran z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, a na to się w tej chwili nie zanosi. Ciekawostką jest fakt, iż Liban wstrzymał się od głosu, prawdopodobnie ze względu na wpływy Hezbollahu, który posiada tam “państwo w państwie”.

Ostatecznie 9 czerwca doszło do uchwalenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, nakładającej sankcje na Iran.

Jest cios, nie ma nokautu
Barack Obama podkreślał, iż nałożone sankcje są “najostrzejsze w historii”. Ma rację pod tym względem, iż są to pierwsze sankcje, które w poważniejszy sposób dotykają Iran (a to już czwarta rezolucja!), jednakże Teheran mocno trzyma się na nogach, a Mahmud Ahmadineżad dyplomatycznie stwierdził, iż jego kraj “gwiżdże na sankcje” i będzie prowadzić swój program atomowy nadal. Nie jest przy tym gołosłowny, bo Iran nadal wzbogaca uran do 20%, ostatnio tworząc w tym celu kolejny zakład, który próbowano ukryć przez ONZ.

Zaraz po uchwaleniu rezolucji Stany Zjednoczone i Unia Europejska nałożyły własne sankcje. Daleko jednak Iranowi do przerażenia. O ile np. skuteczne zmuszenie koncernów do zaprzestania kontaktów z Teheranem, na pewno wpłynie negatywnie na irańską gospodarkę, jednak Persowie sobie poradzą, płacąc więcej komuś innemu – np. Chińczykom czy Rosjanom. Wyżej wymienione sankcje byłyby skuteczne, gdyby UE i Stany Zjednoczone były głównymi partnerami handlowymi, a tak przecież nie jest. Jeśli chodzi o eksport (dane CIA Factbook) to pierwsze trzy miejsca zajmują Chiny, Japonia i Indie. Lepiej – z punktu widzenia sankcji nałożonych przez UE – wygląda to z irańskim importem, bo trzecie miejsce, po Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Chinach, z 9% udziałem zajmują Niemcy, a niewiele dalej znajdują się Włosi i Francuzi. Warto też przypomnieć, ze na takich sankcjach np. dotyczących transportu czy bankowości, nie traci tylko Iran, ale także przedsiębiorca, świadczący poprzednio określone usługi. Amerykanie, wobec braku oficjalnych kontaktów gospodarczych, zastosowali nieco inną taktykę – gnębią firmy współpracujące z Iranem proponując im, że albo będą się bawić z nimi, albo z Teheranem. Jednocześnie uderzają w firmy powiązane z Radą Strażników Rewolucji, którzy poza władzą, kochają również pieniądze.

Sama rezolucja została napisana w wygodny dla każdej strony sposób – ktoś, kto będzie chciał działać przeciwko Iranowi, odnajdzie w niej podstawę prawną, a ktoś, komu jest to obojętne – pozostanie bierny. Nawet złamanie rezolucji ONZ nie będzie czymś niebezpiecznym, bo mało prawdopodobne będzie uchwalenie kary, gdyż wymagałoby kolejnych negocjacji i rezolucji RB ONZ. Doskonałą wykładnię prawną pokazali Rosjanie, którzy w przeciągu kilku dni najpierw ogłosili, iż rezolucja nie oznacza fiaska realizacji kontraktu na dostawę do Iranu systemu S-300, by następnie zmienić zdanie i stwierdzić coś całkowicie odmiennego. Nie ulega wątpliwości, że jeżeli narodowy interes Chin i Rosji będzie ważniejszy, państwa te również będą gwizdać na sankcje.

Brak progresu
Optymistycznie na temat rezolucji wyrażał się “The Economist” słusznie zaznaczając, iż wywrze ona nacisk na Iran i jest najlepszym obecnie rozwiązaniem. Konstatacja jest jednak realistyczna – niezależnie od wartości rezolucji, przed zdobyciem bomby przez Iran świata nie uchroni.

Wątpliwe również, by Iran przejął się oburzeniem światowej opinii, której stanowisko zostało wyrażone w rezolucji. Irańczycy odczują sankcje, jednak są one zbyt mało dotkliwe, by spowodować zmianę ich stanowiska. Mają one jeszcze jedną wadę – irańskie władze mogą doskonale je wykorzystać w ramach swojej polityki wewnętrznej. Irańska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie, a sam system gospodarczy jest niezwykle nieudolny, czego skutkiem jest wysoka inflacja, bezrobocie i absolutny brak perspektyw dla młodych ludzi, stanowiących większość w tym kraju. Sytuacja się nie poprawi, ale władzom łatwiej będzie wskazać “winnego”.

Irański poker – kto i o co gra?

1 komentarz
źródło: alinpoker.pl

źródło: alinpoker.pl

Spór wokół irańskiego programu atomowego media przedstawiają w koncepcji czarno-białej. Zły, zacofany reżim, rządzony przez despotę (Ahmadineżad) nad którym stoi schorowany wariat (Chamanei) dąży do uzyskania śmiercionośnej broni masowego rażenia, by dokończyć dzieła holocaustu, zbombardować amerykańskie bazy n Bliskim Wschodzie, a na końcu – zaatakować Europę. Przeciwstawić temu zagrożeniu stara się grupa odpowiedzialnych państw – w skrócie, Stany Zjednoczone + Unia Europejska, które powstrzymują jednocześnie Izrael od ataku powietrznego na Iran. W charakterze wiecznie niezadowolonych dam zostały obsadzone Rosja z Chinami.

Taki uproszczony obraz z łatwością trafia do ludzi, a w serwisie Onetu czy WP dobrze sprzedają się tytuły w stylu „Iran gotowy do ataku na Europę”. Jak to mawia jeden z polityków – „ciemny lud to kupi”.

Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej złożona i rozbija się o rywalizację o pozycję na Bliskim Wschodzie, jeśli nie na świecie, jak w przypadku Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Rosji i Chin.

Najwięcej do zyskania w całej grze ma Iran. Jeżeli wybuduje broń atomową, zniweluje przewagę strategiczną Izraela oraz zostanie najpotężniejszym graczem w skłóconym świecie muzułmańskim, kosztem m.in. Egiptu i Królestwa Arabii Saudyjskiej, czyli naturalnych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Już teraz Irańczycy starają się przedstawiać jako obrońcy sprawy palestyńskiej, forując przy tym Hamas. Tak silny Iran byłby skuteczniejszy w mieszaniu w sprawach wewnętrznych Arabii Saudyjskiej i Iraku, a może nawet Afganistanu. Nawet jakby Teheran nie chciał wyprodukować broni atomowej, to – przynajmniej na razie – w jego interesie jest sprawianie wrazenia, jakby “coś bylo na rzeczy”. Wzrost potęgi politycznej Iranu zupełnie nie jest na rękę Amerykanom, a szczególnie Izraelowi, który ze swojego monopolu atomowego zrobił kluczowe, choć ciche, narzędzie polityki bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie. Amerykanie znaleźliby się w defensywie, podobnie jak zaraz po II wojnie światowej Brytyjczycy. Jakby tego było mało, Iran to ogromne zasoby surowców mineralnych, które przecież zawsze można by zagospodarować inaczej…

Jak zatem widać, najwięcej do stracenia mają Amerykanie i Izrael. Stany Zjednoczone walczą o swoją (i izraelską) pozycję w regionie. Dla Izraela Iran silny, ofensywny i z autorytetem oznacza kolejne problemy w Palestynie i potencjalne – ze strony Syrii, Libanu, a może nawet Egiptu. „Syjonistyczny reżim” traci monopol i o ile ajatollahowie wiedzą, iż samobójstwem byłoby atakowanie przy pomocy broni atomowej Izraela, o tyle łatwo wyobrazić sobie spadek respektu dla potęgi militarnej „małego szatana”. Gra z dwóch stron jest warta świeczki Izrael i Stany Zjednoczone nie stają przed zagrożeniem militarnym – jak głosi oficjalna wersja – ale politycznym. Dlatego Izrael jest zdolny zrobić wszystko i zaryzykować, byle utrzymać swoją przewagę.

Jeszcze inaczej sprawę widzi Unia Europejska, zwłaszcza Niemcy i Francja. Unia Europejska dąży do stabilizacji sytuacji w tamtym regionie i słusznie kalkuluje, iż irańska broń atomowa z jednej strony, a z drugiej, izraelski atak lotniczy, mogłyby otworzyć puszkę Pandory, co byłoby niekorzystne dla interesów UE (w tym Niemiec i Francji) w tamtym regionie. Poza tym Unii Europejskiej zależy na tym, by odgrywać istotną rolę na arenie międzynarodowej, jako podmiot kształtujący stosunki międzynarodowe. Stąd otwarta krytyka poczynań izraelskich (blokada Strefy Gazy) oraz intensywne działania w sprawie Iranu. Doskonale to widać na podstawie ostatniej decyzji o nałożeniu dodatkowych sankcji. UE potrzebuje też Iranu, chociażby ze względu na wspomniane wcześniej zasoby surowcowe oraz potencjał gospodarczy, ale zbyt silny i atomowy Iran nie jest czymś, czego europejscy przywódcy życzyli sobie w pierwszej kolejności. Na razie relacje handlowe są na tyle nieistotne, iż nałożenie sankcji Europę nie zaboli.

Ciekawą partię rozgrywają Rosjanie. Z jednej strony głośno deklarują, iż Iran powinien się wytłumaczyć ze swoich działań i nie ma prawa do posiadania broni atomowej, a z drugiej dostarczają Teheranowi niezbędnych technologii m.in. do budowy reaktora atomowego oraz chronią przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Rosjanie sprytnie wykorzystują też kwestie niezrealizowanie kontraktu na dostawę systemu S-300, co jakiś czas stwierdzając, że jest to niemożliwe (jak teraz), a innym, że dlaczego mieliby nie zrealizować legalnej, podpisanej zgodnie z prawem, umowy? Moskwa uważa Iran za przeciwwagę dla interesów amerykańskich na Bliskim Wschodzie i interesującego sojusznika. Wzrost jego znaczenia należy jednak zdecydowanie kontrolować tak, by nie stał się samodzielnym mocarstwem, zdolnym do działania bez oglądania się na Rosję. Kreml nie życzyłby sobie na pewno, by Iran żył zbyt blisko z Unią Europejską, gdyż np. wciągnięcie Persów do projektu Nabucco byłoby dla Gazpromu niemiłym, zimnym prysznicem. Normalizacja stosunków między UE/Stanami Zjednoczonymi, a Iranem nie jest w interesie Moskwy i dlatego Rosja będzie się starała trzymać ich od siebie jak najdalej, a do tego świetnie nadaje się spór polityczny.

Najlogiczniejsi są Chińczycy, dla których biznes to biznes. Po pierwsze, oznacza to chęć stabilizacji sytuacji w regionie tak, by różne niepokoje nie wpływały negatywnie na chiński handel, a po drugie, ochronę Iranu przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa, ze względu na fakt, iż Persowie są drugim co do wielkości źródłem gazu i ropy dla Chin (15% konsumpcji). Pekin sam sobie w stopę strzelać nie będzie i nie zgodzi się na żadne mocniejsze akcje wobec Iranu, dopóki nie zostaną zagwarantowane jego warte miliardy dolarów interesy. Chińczycy twierdzą zatem, iż będą namawiać do stosowania wszystkich dostępnych pokojowych metod rozwiązywania sporu, dopóki tylko będzie istniała chociażby „1-procentowa szansa” na powodzenie takich działań. Nie chcieliby przecież – cytując Stefana „Siarę” Starzewskiego z „Killerów-2” – „urwać kurze złote jaja”.

Każdy z głównych uczestników rozgrywki wokół Iranu ma wyraźnie zaznaczone interesy i cele, do których dąży, instrumentalnie traktując przy tym interesy społeczności międzynarodowej. Nie ma w tym przypadku ani dobrych, ani złych, a wszystkie te podmioty – może ze wyjątkiem Unii Europejskiej – nie zawahają się złamać prawa międzynarodowego, jeśli jego interesy będą tego wymagały. Partia Pokera trwa dalej…

W następnym tekście poruszę kwestie ostatnich sankcji RB ONZ wobec Iranu, a także tych nałożonych indywidualnie przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską.

Więcej na podobny temat:
- Bliski Wschód – fakty i mity
- Zlecenie na Iran – jak to się robi w Onecie?

 123Starsze artykuły