Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Irak

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Interwencja amerykańska w Iraku – garść statystyk

Brak komentarzy

Przy okazji spotkania dyskusyjnego Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa warto zebrać w jednym miejscu podstawowe statystyki dotyczące Iraku, bo dają one obraz amerykańskiej interwencji i sytuacji w tym kraju. Nie jest on oczywiście czarno-biały, jak to sugerują zarówno zwolennicy lub przeciwnicy interwencji. Przedstawię statystyki dotyczące zabitych w Iraku. Sama wojna kosztowała do tej pory 740 miliardów dolarów (źródło)

Zabici w Iraku
Szacunki wahają się między 100 tysiącami, a milionem (!). Amerykańskie dane, które wyciekły do Wikileaks mówią o 109 tysiącach zabitych, z czego 66 tysięcy zakwalifikowano jako cywilów, resztę przyporządkowano jako “wrogów”.

Problemów z tą statystyką jest kilka. Po pierwsze, dotyczy to okresu od 1 stycznia 2004 do grudnia 2009 (z pominięciem maja 2004 i grudnia 2009), ,czyli nie obejmują całego okresu stacjonowania, po drugie, opierają się na oficjalnych statystykach. Jak powszechnie wiadomo, “administracja” iracka do najsprawniejszych nie należy i dużo przypadków śmierci mogło nie zostać po prostu zarejestrowanych.

Przykład (źródło: Altair):

“Analitycy zwracają uwagę na liczne braki w ujawnionej dokumentacji. Nie odnotowują one na przykład żadnych cywilnych ofiar zaciętych walk w Faludży w dwóch okresach 2004. Według Iraq Body Count, między kwietniem a listopadem zginęło tam 1226 – 1362 cywilów.

Wątpliwości budzi też kwalifikowanie ofiar w dokumentach Pentagonu. Śmierć wielu cywilów jest klasyfikowana jako straty bojowe. W najbardziej znanym przypadku z 2007, gdy amerykański śmigłowiec ostrzelał grupę ludzi na ulicach Bagdadu, zabijając m.in. 2 dziennikarzy agencji Reuters, wszystkich zabitych zaklasyfikowano jako enemy.”

Jak już psiałem powyżej, organizacje pozarządowe wskazują na o wiele większą liczbę zabitych. Na pewno z czasem uda się to uporządkować.

Strona “casualties.org” prowadzi “monitoring” zabitych żołnierzy koalicji w Iraku i Afganistanie. W Iraku zginęło do tej pory ponad 4700 żołnierzy koalicji (głównie Brytyjczycy, ale też Polacy), w tym 4427 Amerykanów.

Irak za Saddama

Ustalenie powyższych danych (poza całkowitą liczbą zabitych osób w czasie wojny) nie było zbyt problematyczne. Dane te należy traktować szacunkowo i uznać za mniej więcej wiarygodne. Gorzej ze znalezieniem innej statystyki – zabitych przez Saddama Husajna w czasie jego rządów (lata 1979-2003). To jest dopiero wolna amerykanka – dane od kilkudziesięciu tysięcy do dwóch milionów (!). Tak naprawdę nie znalazłem żadnego wiarygodnego szacunku.

Oczywiste jest, że Saddam Hussajn był okrutnym dyktatorem, który nie wahał się masowo mordować swoich obywateli, wcześniej ich brutalnie torturując. Pod tym względem to rzeczywiście postęp, bo Amerykanom zdarza się zamordować cywilów, ale nie w takich ilościach i – poza przypadkami zwyrodnialców – nie czynią tego specjalnie. Nie można Waszyngtonu rozgrzeszyć za cywilne ofiary wojny, ale należy uczciwie zaznaczyć, że to nie amerykańskie wojska podkładają bomby na bazarach. Jednocześnie nie można zapominać o przestępstwach, jakie oczywiście popełniają amerykańscy żołnierze, takie jak gwałt, kradzież, a niekiedy torturowanie czy zabijanie – tego usprawiedliwić w żaden sposób nie można. Sprawców należy surowo ukarać.

Podaje dane dotyczące czasów Hussajna  za “New York Timesem” i Human Right Watch

Zabici w wojnie iracko-irańskiej po stronie irackiej: według szacunków Irakijczyków – 500 tysięcy osób (Irańczycy swoje straty szacują na ponad 300 tysięcy)

Wojnę bezsensownie prowadził oczywiście Saddam, ale robienie mu z tego “wyrzutu” przez Amerykanów, jest nie na miejscu. Iracki dyktator użył przeciwko Irańczykom broni chemicznej, co nie wywołało reakcji na Zachodzie, a sami politycy amerykańscy jak najbardziej wspierali świeckiego prezydenta w walce z “fundamentalistami”, grożącymi islamską rewolucją.

Również jedynie szacunkowe może być liczba prześladowanych szyitów i Kurdów. Ponownie, statystyki są różne – w linkowanym tekście autor nieśmiało sugeruje – ale bez podania źródła – że było to 200 tysięcy.  Poza “codziennym” terrorem, trzeba wziąć pod uwagę okrutne tłumienie powstań Kurdów i szyitów. W 1988 użyto brutalnych środków przeciwko Kurdom, w tym gazu musztardowego i Sarinu. Według organizacji broniących praw człowieka, zamordowano kilkadziesiąt tysięcy osób. W 1991 roku, po przegraniu przez Irak I wojny w Zatoce Perskiej, wybuchły powstania szyitów i Kurdów. Również zostało krwawo stłumione. Human Right Watch szacuje, że zabitych zostało minimum 20 tysięcy Kurdów i 60 tysięcy szyitów.

W wypadku tłumienia powstań celowo podałem najniższe ze znalezionych danych. Liczba ofiar brutalnych i dyktatorskich rządów Saddama Husajna nie jest do tej pory precyzyjnie oszacowana i do różnych danych należy podchodzić z dystansem.

Kosztowny przeciek

1 komentarz
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

“Wyciek” ponad 91 tysięcy dokumentów dotyczących sytuacji w Afganistanie to dzieło kogoś, kto bardzo chce zaszkodzić Stanom Zjednoczonym. Jak można sobie wyobrazić, to równoważność kilkuset grubych książek , materiały o objętości odpowiadającej kilkudziesięciu moim sesjom egzaminacyjnym, na dwóch kierunkach. Całość trafiła nie tylko do WikiLeaks, ale uroczy donosiciel poinformował niemiecki “Der Spiegiel”, brytyjski “Guardian” i amerykański “New York Times”.  Spragnionych lektury – zapraszam tutaj.

Miltion Friedman mawiał, że nie ma darmowych lunchów. Identycznie jest z przeciekami – ten będzie niezwykle kosztowny. Nie trzeba czytać tak olbrzymich zasobów, aby dojść do wniosku, że Amerykanie są w poważnych tarapatach. Obama jest zakładnikiem własnych deklaracji dotyczącej wycofania wojsk i innych, pacyfistycznych, kampanijnych haseł. Amerykanie ciągle tracą nie tylko miliardy dolarów (polecam licznik “live”), ale również żołnierzy – łącznie 1115 według danych BBC z 5 lipca. Kończy się cierpliwość amerykańskich sojuszników, którzy najchętniej już dawno zawinęliby się do domu. Amerykanie ponadto są jeszcze osłabieni awanturą wokół generała McChrystala, a ich “partnerem” w Afganistanie jest Hamid Karzai, który sfałszował 1/4 głosów w czasie wyborów prezydenckich. Demokratyczną mentalnością, podobnie jak charyzmą, nie grzeszy. O samym prezydencie Karzaiu pisałem w artykule “Syzyfowa praca w Afganistanie”.

Przeciek jest kolejnym i skoordynowanym ciosem w amerykańską administrację. To nie skan jednego dokumentu, znalezionego na śmietniku, to też nie efektowna sprzedaż kilku papierków dla mediów przez jakiegoś podstarzałego i sfrustrowanego pracownika, który chce zarobić na swoją emeryturę. Tysiące dokumentów ujawniła osoba (lub grupa osób) dysponująca szerokim dostępem do różnego rodzaju materiałów i otwarcie sprzeciwiająca się amerykańskiej polityce wobec Afganistanu.

Dokumenty potwierdzają oceny porównujące sytuację w Afganistanie do tej z Wietnamu, a także wiele rzeczy, o których piszą przecież media, a władze niechętnie się do tego odnoszą – o problemach z cywilami, nielojalności Afgańczyków, czy pakistańskiej i irańskiej pomocy dla grup, które umownie nazywa się talibami. Wszystko to, co można podsumować zdaniem “o czym nie powinno się mówić, o tym powinno się milczeć”. Wartość tych materiałów z pewnością docenią też analitycy z wywiadów m.in. rosyjskiego i chińskiego, bo to istna skarbnica wiedzy operacyjnej na temat sposobów działań Amerykanów w Afganistanie. Opublikowane materiały na pewno ułatwią im pracę.  Teraz okazało się, że Amerykanie mają również wroga wewnętrznego, który dokumentuje ich działania i nie zawaha się przed wykorzystaniem opinii publicznej  na całym świecie. Dlatego przecież poza WikiLeaks, poinformowano trzy poczytne gazety z różnych krajów, które łączy to, iż posiadają w Afganistanie spory kontyngent.

Opinia, że Stany Zjednoczone nie dają sobie rady nie jest zatem nowa – różnica polega teraz na wykazaniu “samoświadomości” Amerykanów w tej kwestii. Nie ma też co ukrywać – publikacja ponad 90 tysięcy tajnych dokumentów, to zwyczajna kompromitacja amerykańskiej władzy, demonstrująca nie tyko niemoc, ale również demoralizację. Wszystkie te informacje dotrą nawet do tego kręgu odbiorców, których zbytnio wojna w odległej Azji nie interesuje.  Przeciek podważa również zaufanie własnych żołnierzy, nie tylko amerykańskich, do państwa i oddaje za darmo mnóstwo bezcennych informacji, za które talibowie powinni wysłać podziękowania – naturalnie zaraz po zakończeniu wnikliwej lektury.

Jednym z możliwych scenariuszy jest “afganizacja” (na wzór “wietnamyzacji”). Presja na Obamę będzie się zwiększać, a on sam stanie przed dramatycznym pytaniem – co będzie więcej kosztowało, wycofanie się czy dalsze prowadzenie wojny? Na razie zadanie opanowania Afganistanu otrzymał człowiek od misji specjalnych, generał Petraus, który poradził sobie w Iraku i od samego początku zaczął posługiwać się marchewką w postaci afgańskich złóż naturalnych. Sama “afganizacja” to olbrzymie ryzyko – w Wietnamie się nie powiodła, a Amerykanie zaraz po wycofaniu opuścili swojego sojusznika, odmawiając mu wszelkiej pomocy. Kongres nawet wydał w tej sprawie administracji zakaz! Nie widać żadnych przekonujących argumentów na udowodnienie tezy, że władze afgańskie poradzą sobie bez Amerykanów, a historia – w końcu nauczycielka życia – uczy, że rzeczywistość może okazać się okrutna. W dłuższej perspektywie czasu nie ma jednak innego wyjścia.

Utrata Afganistanu byłaby niezwykle dotkliwa, bo natychmiast przełożyłaby się na sytuację w Pakistanie i Iraku. Byłby to również dotkliwy propagandowo cios dla amerykańskiej polityki zagranicznej, a także wiatr w plecy dla dżihadystów. Skoro pokonali “wielkiego szatana”, to kto ich zatrzyma? Z punktu widzenia Polski lepiej jednak, żeby to państwa NATO wygrały wojnę, dlatego ze szkodliwego przecieku nie ma, co się cieszyć.

Zakon Teorii Spiskowej – jak to działa?

1 komentarz
a to pewnie leci papierowy szybowiec? źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Tekst dotyczący zamachów z 11 września 2001 roku wzbudził wiele kontrowersji wśród czytelników mojego bloga w wielu miejscach internetu (np. 72 komentarze na salonie24). Na pierwszy rzut oka widać niezły rozstrzał – albo tekst został uznany za uczciwe i sprawiedliwe postawienie sprawy ataków terrorystycznych, albo napiętnowany jako kłamstwo i propagandę przez ludzi związanych z Zakonem Teorii Spiskowej (ZTS). Jak można spostrzec awansowali, bo otrzymali ode mnie duże literki. Także po kolei…

W co wierzy Zakon?
Członkowie Zakonu są przekonani, że cały świat jest opanowany przez spiskowców. W ich ręku są rządy, media i wielkie koncerny. Wyzwanie rzuciła im garstka internautów z całego świata, przy pomocy serwisu YouTube. Ludzie żyją w Matrixie, a ich egzystencja jest w 100% manipulowane przez “nich” – i tutaj padają różne nazwiska polityków (z reguły amerykańskich), finansistów, kostmiów etc. Jakie są przykładowe tezy?

1) Za World Trade Center stoi CIA
2) w Strefie 51 Amerykanie trzymają kosmitów i korzystają z ich technologii
3) kulą ziemską rządzi tzw. rząd światowy, a lokalni politycy są tylko ich marionetkami – w tym kontekście warto wspomnieć o masonach/Żydach
4) media służą jedynie do ogłupiania ludzi, szczególnie telewizja, a pracują w nich kukiełki

I tak dalej. Generalnie Orwell połączony z “Planetą małp”.

Przyczyny nierzetelnego dziennikarstwa
Jednym z największych osiągnięć demokratycznych społeczeństw jest wolność słowa. To właśnie dzięki niej Zakon Teorii Spiskowych może się rozwijać. Szybko można sobie wyobrazić, co stałoby się ze spiskowcami w Chinach, Korei Północnej, czy Birmie i ile osób by się o tym dowiedziało. Wymyślanie kolejnych tez, tak niezbędnych do dalszego trwania Zakonu, wymaga dostępu do informacji, komentarzy, analiz, zdjęć a to oferują media, fundacje, ośrodki badawcze, stowarzyszenia i władze. Procesy zachodzą więc w ramach społeczeństwa obywatelskiego i gdyby ono nie istniało, nie byłoby Zakonu.

Media służą często za źródło nieprawdziwej propagandy. Wymienię dwie rzeczy, którymi zajmowałem się szerzej – kwestia świńskiej grypy oraz przedstawienia irańskiego programu atomowego.  Gdy piętnowałem medialne bzdury, wyrastające jak grzyby po deszczu, krytykowałem “demokratyczność” ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego czy ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, w oczach Zakonu Teorii Spiskowej byłem poważany.  Odsłaniałem “wady” systemu. Kiedy jednak podważyłem jeden z dogmatów, okazało się, iż albo jestem głupi, albo kupiony przez Siły Zła.

Problem jednak w tym, że owszem, jestem przekonany, iż zdarzają się publikacje na zamówienie czy teksty sponsorowane, ale w większości wszelkie błędy mediów wynikają z dwóch rzeczy – ignorancji dziennikarzy oraz chęci “zabłyśnięcia”  np. inteligentnym tytułem w stylu “Iran może zaatakować Europę” lub “Świńska grypa może spowodować nawet kilka milionów zgonów”. To prawda, że w interesie firm farmaceutycznych jest podgrzewanie atmosfery, ale gdyby dziennikarze mniej słuchali specjalistów WHO mających powiązania z w/w firmami, a więcej typowego lekarza z przychodni, sprawdzali śmiertelność zwykłej i nowej grypy, tematu by nie było, a ja nie miałbym o czym pisać To często też psychologia. Większą klikalność będzie miał tytuł “Lekarze uspokajają”, czy “Kolejne ofiary niebezpiecznego wirusa”?

Żaden spisek, to skomplikowana gra interesów, gdzie najwięcej zyskuje najsilniejszy. Istotnie też mainstream jest często opanowany przez kretyńskie tematy i jeszcze głupsze tezy, które dla życia człowieka mają znikome znaczenia, ale zapewniają mediom np. oglądalność.

Wolność Kalego
W związku z moimi publikacjami, kilkukrotnie zdarzyło się, iż dostałem prośbę o przedrukowywanie moich artykułów na portalach mających wolność w adresie internetowym. Jeżeli działają non-profit, nie widzę przeszkód dla publikacji. Częstymi czytelnikami tego typu serwisów, odcinających się od mainstreamu, oficjalnych mediów (etc), są właśnie członkowie Zakonu Teorii Spiskowych. W końcu mają swój folwark, na którym mogą pisać “najprawdziwszą prawdę” i wzajemnie się w niektórych, schizofrenicznych poglądach, utwierdzać. Dyskutować mało kto z nimi tam chce, więc szybko zyskują na pewności siebie. Zresztą sam chwilę zastanawiałem się, czy podjąć dyskusję, po tym, jak zostałem obrzucony błotem po publikacji na temat 11 września, w jednym z takich serwisów.

Wracając do meritum, członków Zakonu mało kto dopuszcza do głównych mediów. Ich tłumaczenie jest bardzo proste – media, sterowane przez nie wiadomo kogo, boją się prawdy. Czują się dyskryminowani i uważają, iż “system” narusza ich wolność słowa.

Zobaczmy jednak, co się dzieje, gdy na ich folwarku ktoś napisze coś niezgodnego z “najprawdziwszą prawdą”. Czy różnią się czymkolwiek od tych, których tak zażarcie krytykują?

Czyżby zatem siły zła dotarły również na ich folwark, w mojej osobie? A może ktoś się pod pana Patyka Gorgola podszył, a jego zamknął w piwnicy, względnie w Strefie 51, wraz z kosmitami?

Jeżeli nie, to logiczne jest, iż musiał być przez kogoś sponsorowany? Żydzi? Masoni? George W. Bush? Klawiatura wszystko zniesie. To naruszenie moich dóbr osobistych, ale tak mnie rozbawiło, iż szkoda czasu na dochodzenie moich praw.

“Co za pacan to napisał brak dowodów chyba ktoś wykupił tą stronę? I robi wódę nam z mózgów.”

Jak w Matrixie. Ostatnia oaza prawdy i wolności zostaje zaatakowana. Czy bohaterski Zakon odeprze atak? Czy stronę internetową, która działa non-profit i nie jest oficjalnie zarejestrowana, można wykupić?

W obronę zostałem wzięty przez autorów serwisu. Słusznie zauważyli oni, iż drukują różnych autorów o różnych poglądach. Przyznać muszę, iż rzeczywiście ma to miejsce. Inny serwis “wolnościowy” przedrukował 95% moich artykułów, ale tego nie wziął. Obrońcy prawdy!

Karawana jedzie dalej…

“Istnieje różnica między “różnicą poglądów” a “propagowaniem kłamstwa”, gdyby redakcja nie wiedziała.”

Tak jest. Nagle okazuje się, że wolność słowa to pojęcie względne. Jeśli nas dyskryminują – to zamach, propaganda i manipulacja, jeżeli my to robimy, to obrona prawdy. Standard PRL-u albo Kalego.

“jasne… w takim razie staje się tym samym śmietnikiem i musi liczyć się z tym, że będzie traktowana jak śmietnik… wybór należy do redakcji, albo dopuszczać do głosu osoby, których jedynym celem jest powiedzenie, jak bardzo kochają kłamstwo i fałsz, i jak śmieszy ich zdrowy rozsądek albo próbować kształtować platformę dla interesujących, dojrzałych i światłych opinii…”

Zakon Teorii Spiskowych i jego kwintesencja. Chcemy czytać poglądy, ale tylko te słuszne. Przecież identycznie to wyglądało w partii komunistycznej. Wszelkie odchylenia były jak najbardziej karane. Mentalność ludzi jednak nie zmienia się tak szybko.

“(…)dlatego nikt z nas nie postuluje ukarania pana Gorgola za swoje poglądy ale poddajemy pod rozwagę, czy ewidentne kłamstwo jakie on propaguje szkodzi interesowi społeczności czy ją wzmacnia i rozwija”

Dziękuję bardzo. Kamień spadł mi z serca, że nie pójdę do więzienia. Dzięki temu możliwa będzie nadal moja ewentualna kariera w palestrze. Do tego wątku pozwolę sobie powrócić niebawem…

“Nie mówiąc o tym, że jest wielkim nieporozumieniem publicznie oskarżać domniemanych czy wyobrażonych sprawców przestępstwa bez udowodnienia winy, a nawet bez rozpoczęcia rozprawy sądowej. A ten artykuł to właśnie czyni.”

Jak zatem rozumiem, powinienem oczekiwać od prawników al-Qaidy pozwu o naruszenie ich dóbr osobistych?

W tym miejscu warto wspomnieć o dwóch kwestiach. Po pierwsze, tych Arabów bardzo chętnie Amerykanie postawiliby przed sądem, ale albo nie żyją (co jest dość logiczną konsekwencją wlecenia samolotem w wieże), albo ukrywają się. Druga sprawa jest taka, że ten pan nie czytał mojego tekstu, gdyż właśnie jak ognia unikałem przesądzania, kto dokładnie stoi za zamachami. Argumentowałem jedynie, że za tymi aktami terrorystycznymi nie stoją Amerykanie.

“Jeśli mamy stanowić społeczeństwo odpowiedzialne i demokratyczne, naszym moralnym obowiązkiem jest uczenie się eliminowania fałszu i piętnowanie ślepej demagogii propagandowej, której jedynym celem jest ośmieszanie ludzi myślących i próbujących krytycznie oceniać rzeczywistość. Klub klakierów zachodu, reprezentowany przez Pana Gorgola tworzy po prostu filozoficzną podstawę dla bezmyślnego konsumeryzmu, którego główną cechą jest wiara w sprawiedliwość władców imperium.”

Hehe, dokładnie jak na wiecu komunistycznej lub faszystowskiej partii. Trochę propagandy, potem włożyć w usta osoby krytykowanej coś, czego nie powiedziała i do przodu. Każdy, kto uważa inaczej, jest “niemyślący” i nie potrafi “krytycznie oceniać rzeczywistości”. Argument na poziomie, że jeżeli ktoś nie piętnuje homoseksualizmu, to sam z pewnością jest gejem.

Wyśledzić i napiętnować chama!
Uderzmy więc w samego autora heretyckiego tekstu.

“(…)Patryk Gorgol jest studentem II roku Wydziału Prawa i Stosunków Międzynarodowych UW i jak sam piszę o sobie…”Fotki odmładzają mnie o kilka miesięcy. Muszę dbać o swój PR”. Te słowa wiele tłumaczą… Patryk jest niewątpliwie ambitnym, inteligentnym i zdolnym człowiekiem, ale nie różni się wcale od większości swoich kolegów i koleżanek, którzy dla osiągnięcia sukcesu stają się typowymi hipokrytami i konformistami już na etapie studiów (…)”

Hipokryta i konformista – tylko dlatego, że napisałem tekst, który światopoglądowo nie pasuje członkom Zakonu. W sumie to łatwo się pogubić, bo nie wiem, czy jestem głupi, hipokrytą, konformistą, czy może sprzedawczykiem, która czeka na przelew od prawdziwych zamachowców z 11.09.01r?

Jak jednak członkowie Zakonu chcą wyśledzić światowy spisek, gdy nawet z mojej strony internetowej nie potrafią przepisać, co studiuje? Nie ma takiego czegoś jak II rok Wydziału Prawa i Stosunków Międzynarodowych.

“W ten sposób kształci się na uniwersytecie warszawskim przyszłych ekspertów prawa międzynarodowego, którzy nie widzą nic nienormalnego w masakrowaniu narodów azjatyckich na podstawie wyimaginowanego zagrożenia i nieudowodnionych oskarżeń kierowanych w stosunku do kilku niezidentyfikowanych osób.”

Tak jest! Tylko nie wiem, czy ktoś z naszej dwójki nie ma problemów z czytaniem. W moim tekście wyraźnie zaznaczyłem, iż interwencja w Iraku była, w mojej ocenie, niezgodna z prawem międzynarodowym i służyła głównie celom strategicznym Stanów Zjednoczonych. Ponownie wypada mi tylko zachęcić, by przed napisaniem komentarza, zaznajomić się z poglądami autora tekstu.

I jeszcze wmieszać do tego edukacje, system i Matrix wychodzi.
Kilka “niepodważalnych” dowodów spisku
Zakon Teorii Spiskowej zawsze ma setki tez i jeszcze większą liczbę “dowodów” na ich potwierdzenie. W praktyce, pomimo obalenia większości z nich, używają ich w każdej dyskusji, w nadziei, iż adwersarz o tym nie wie. Jako, iż członkowie Zakonu występują stadnie, wspólnie walczą o “najprawdziwszą prawdę”. Odsyłam do strony, na której wyjaśnia się niemal wszystkie wątpliwości dotyczące 11.09. Tłumaczyć z angielskiego mi się po prostu nie chce. Przepraszam.

“Na oficjalnej stronie internetowej FBI, gdzie znajduje się list gończy za Osamą Bin Ladenem wśród wszystkich zarzutów, jakie ciążą na tym człowieku nie ma oskarżenia o związek z zamachami 11 września. Dlaczego? Dlatego że, jak informuje FBI, “nie istnieje żaden dowód łączący Osamę Bin Ladena z zamachami 11 września”. KROPKA.”

Prawda, na liście zarzutów nie ma organizacji zamachów 11.09.01 roku. Nie jest to jednak odpowiedź na mój tekst, bo ja w swoim tekście nie lansowałem tezy, jakoby to konkretnie bin Laden za tym wszystkim stał. Zajmowałem się udziałem amerykańskim.

Jednakże sam bin Laden do organizacji tych zamachów się przyznał w 2004 roku. Odpowiedź Zakonu jest prosta – taśma jest nieautentyczna. Czekam na dowody.

Sam powyższy komentarz jest jednak uroczy na swój sposób. Przecież w opinii Zakonu cały amerykański rząd wziął udział w tym spisku, a za zamachami stoi George W. Bush z ekipą jastrzębi, CIA i inni. Wśród tych wszystkich wrednych, oszukańczych służb jest tylko jedna sprawiedliwa. FBI! Teraz pytanie za 100 punktów. Czy prezydent ma wpływ na FBI? Kto wie, może w agencji skutecznie tropi spiski agent Mulder?

Taka to jest dyskusja z Zakonem. Powiesz im, że sądy oddaliły wniosek, to odpowiedzą ci, że sądy są przecież kontrolowane. A FBI w takim razie nie?

“Można jeszcze tylko dodać, że plany najazdu na Afganistan były już w przygotowaniu 11 września i jak krótko później oficjalnie oświadczyła Condoleezza Rice, dowody łączące Osamę Bin Ladena z zamachami 11 września zostaną przedstawione narodowi amerykańskiemu w “stosownym czasie”.”

Przecież każe dziecko wie, że surowce naturalne, produkowane w Afganistanie, mają wręcz bezcenną wartość. Tylko dlaczego ci Amerykanie czekali aż miesiąc z interwencją, skoro plany mieli już gotowe przed 11.09.01r? Po co wysyłali jakieś ultimatum do talibów – a jeszcze któryś z nich wymyśliłby, że je spełni i klops?

“O planach strategicznych dla Ameryki pisał nie tylko Brzeziński. W roku 1998, w listopadowym numerze magazynu „Foreign Affairs” ukazał się artykuł pt. „Catastrophic Terrorism. Tackling the New Danger” („Katastroficzny terroryzm. Stając przed nowym niebezpieczeństwem”). Zawierał racjonalną analizę korzyści, jakie niosą ze sobą „okoliczności zagrożenia zewnętrznego”, o których rok wcześniej pisał Brzeziński. „Jeśli podłożone pod WTC w 1993 r. środki byłyby ładunkami nuklearnymi… – spekulowali autorzy artykułu nawiązując do dokonanego kilka lat wcześniej zamachu w WTC – trudno jest opisać horror i chaos, jakie zdarzenie to by spowodowało. Taki akt katastroficznego terroryzmu byłby wydarzeniem przełomowym w historii Ameryki. Wywołane straty ludzkie i materialne nie miałyby sobie równych w warunkach pokoju i zachwiałyby fundamentalnym poczuciem bezpieczeństwa Ameryki (…) Podobnie jak Pearl Harbor zdarzenie to wyznaczyłoby wyraźną linię podziału na przeszłość i przyszłość. Stany Zjednoczone mogłyby zareagować drakońskimi środkami, ograniczając wolności obywatelskie, zezwalając na zwiększenie inwigilacji obywateli, zatrzymywanie podejrzanych i stosowanie śmiertelnej przemocy.” Współautorem tego tekstu był Philip Zelikow, późniejszy członek administracji George’a W. Busha i przewodniczący rządowej komisji powołanej do zbadania przyczyn katastrofy 11 września 2001 r.”

Nawet tego nie sprawdzam. Zakładam, że cały komentarz jest w 100% prawdziwy.

Czego on jednak dowodzi? Niczego, to żaden dowód, a jedynie trafna analiza zmian, które zajdą w przypadku zamachu terrorystycznego.

Skomentuje jeszcze jedną, pojawiającą się hipotezę. Jedenasty wrzesień został wymyślony, by G.W. Bush mógł zaatakować Irak.

To dlaczego w samoloty nie zapakowano od razu Irakijczyków i nie sfabrykowano ich rozmów z Saddamem? Cóż to byłby za wyborny pretekst. Po co było wkraczać do Afganistanu, jak można było zaatakować od razu? Skoro Collin Powell mógł kłamać w ONZ w kwestii broni masowego razenia, to nie mógłby tego zrobić w/s udziału Iraku bezpośrednio po 11/09?

Amerykanie, przejmując Irak, skorzystali jedynie z okazji. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie było 11.09, i tak wymyślono by broń masowego rażenia i wkroczono do tego kraju. W tym przypadku 11.09 był jedynie okolicznością sprzyjającą. Pokazuje to zresztą reakcja Francji i Niemiec na inwazję.

To, że Amerykanie skorzystali z okazji, by zrealizować swoje interesy, nie jest żadnym dowodem na to, iż to oni stoją za zamachem. Tak zrobiłoby każde państwo. Na tym polega umiejętność (lub jej brak) prowadzenia polityki zagranicznej.

Ostatnia wątpliwość
Jedna rzecz nie daje mi jednak spokoju. Jeżeli Zakon Teorii Spiskowej występuje przeciwko prawdziwym władcom świata, którzy posiadają miliardy dolarów, miliony żołnierzy i technologie kosmitów, to czemu nie zamkną im serwisu YouTube, a członków Zakonu w więzieniu? Przecież to byłaby dla nich dziecinna igraszka, a media przedstawiłyby to wydarzenie, jako aresztowanie seryjnych morderców. Albo szaleńców.

11/09 – odczarować zakon teorii spiskowej

Brak komentarzy
źróło: rosetta.null-zero.com

źróło: rosetta.null-zero.com

Po wydarzeniach z dnia 11.09.2001r, poza powszechnym strachem przed terroryzmem i zwiększeniem nastrojów antyislamskich, szybko pojawiły się koncepcje, że za atakiem nie stoją ludzie Osamy bin Ladena z al-Qaidy. Całą zabawę, z dość dużym fajerwerkami, mieli zorganizować pracownicy CIA, a o wszystkim wiedzieć miał prezydent George W. Bush.

Takie bzdury, wypowiadane przez Mahmuda Ahmadineżada, mogą jedynie śmieszyć. Sam Ahmadineżad wie, kto dokonał tego zamachu, a Iran – o czym się nie mówi – jest jednym z państw, które potępiło ataki i zaproponowało swoją pomoc. Amerykanie z Irańczykami współpracować nie zamierzali i błyskawicznie Teheran trafił na “oś zła”, wraz z Irakiem i Koreą Północną. Wypowiedzi Ahmadineżada służą głownie propagandzie – to świadome przekręcanie prawdy.

Gorzej jednak, jeśli w samej Ameryce powstają ruchy, który święcie wierzą w to, iż zamach na “dwie wieże” to robota amerykańska. Produkuje się specjalne filmy, publikuje artykuły, wynajduje relacje, które mogłyby świadczyć o innym, niż oficjalny, przebiegu wydarzeń. Nasuwa się historyczna analogia do organizacji ekologicznych i pacyfistycznych działających na Zachodzie w latach 70-80-tych, sponsorowanych przez komunistyczne wywiady (KGB, Stasi), które działały w interesie Związku Radzieckiego.

Kto zorganizował zamachy 11/09 według spiskowców?

Odpowiedź jest banalnie prosta. CIA, prezydent Bush i jastrzębie z jego środowiska, naturalnie – bo jakżeby inaczej – z pomocą państwa Izrael. Cele operacji miały być oczywiste. Po pierwsze, stworzenie pretekstu dla powstania instytucji antydemokratycznych, mających wykorzystywać histerię do ograniczenia wolności. Jeden z moich dyskutantów, pan Maciej Jachowicz, był łaskaw napisać, iż sytuacja w Ameryce przypomina tą z Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Konkluzja nasuwa się tylko jedna: pan Maciej nie był ani w Ameryce, ani w NRD. Każdy Amerykanin znalazłby się w objęciach “systemu” – w skrócie, bracia Wachowscy mogą być z siebie dumni, gdyż niektórzy zaczęli widzieć świat jako “Matrix”.  Drugim celem było wykorzystanie pretekstu (tj. rzekomego ataku 11/09) do zaatakowania Afganistanu oraz Iraku.

Uczciwie trzeba napisać, iż w/w cele, są konsekwencjami ataku z 11/09. W Ameryce rzeczywiście uchwalono bardziej restrykcyjne prawo (np. Patriot Act) i społeczeństwo “straciło” trochę wolności, jednak demokracja nie została w żaden sposób zagrożona. O ile operacje w Afganistanie można traktować jako naturalną odpowiedź za ataki z września 2001 roku, o tyle inwazja na Irak, z pogwałceniem prawa międzynarodowego, była amerykańską samowolą, obliczoną nie na walkę z terroryzmem, a na realizację amerykańskich (i izraelskich) interesów strategicznych.

Słabe punkty teorii spiskowej
Podstawowym mankamentem teorii spiskowej jest brak jakichkolwiek dowodów potwierdzających tezę. Pojawiają się głównie “pytanie”, “wątpliwości”, a tezy są jedynie oparte na słabych poszlakach w stylu “World Trade Center powinno inaczej się rozpadać”, “samolot wyglądał, jakby miał rakietę” itd. Z częścią tych “kontrowersji” rozprawia się na swoim blogu lukasmaster. Zajmę się głównie rzeczami związanymi z organizacją zamachu.

Całą operację mieliby przygotować Amerykanie, którzy nie są w stanie zatuszować faktu torturowania więźniów oraz posiadania tajnych więzień CIA w Europie. To jak dopiero zorganizować kontrolowane wysadzenie dwóch wież tak, by nikt się nie zorientował? Mowa o 3 tysiącach zabitych. Przecież Amerykanie – gdyby podjęli się takiej roboty – zwyczajnie by ją zepsuli, tak jak nie byli w stanie w przeszłosci zabić Fidela Castro, czy teraz dopaść Osamę bin Ladena.

Zorganizowanie ataku na WTC wymagałoby zaangażowania setek albo nawet tysięcy specjalistów. Do przygotowania ładunków, do rozmieszczenia ich, do ukrycia dowodów, do sabotowania późniejszego śledztwa itd. I w 2010 roku żaden z nich nie puściłby pary z ust? Nikogo nie ruszyłoby sumienie? Nikt w testamencie nie zechciałby ujawnić prawdy? Dlaczego teoria spiskowa opiera się ciągle jedynie na wątpliwościach i nie tworzy całości? Czy wyznawcy teorii spisku wyznają zasadę – osławioną przez pewnego polityka – iż brak dowodu jest dowodem na to, iż dowody takie mogą istnieć albo zostały zniszczone?

Co więcej, “amerykańscy” organizatorzy mieliby przeprowadzić taką operację w celu utrzymania władzy. Jak widzimy w 2010 roku, George W. Busha i jego ekipy w Białym Domu już nie ma. Nadzieją miłośników spiskowej teorii było dojście do władzy Baracka Obamy, który ujawnić miał całą prawdę! Niestety, Barack Obama – a trudno go posądzić o sympatię do Busha – nie tylko nie wyjawił “całej prawdy”, a jeszcze kontynuuje politykę byłego prezydenta. Jaki z tego wniosek? Odpowiedź jest oczywista. Sam Obama również uczestniczył w spisku, w końcu należy do klasy politycznej! Dowód? Proszę bardzo – Obama początkowo wspierał iracką politykę Busha, a później nawoływał do zmniejszenia kontyngentu, a nie jego wycofania. Co prawda niczego to nie dowodzi (oprócz zmienności poglądów Obamy), ale brzmi przecież nieźle, a luki w teorii spiskowej trzeba przecież jakoś łatać. Pojawia się jednak kolejna, jeszcze większa – skoro wiedział o tym też Obama, to co z koncepcją, według której o całej tajnej operacji wiedzieli tylko nieliczni?

Co z czwartym samolotem, w którym rozgrywała się walka między pasażerami, a terrorystami (czyli podstawionymi amerykańskimi agentami?)? Telefony pasażerów do bliskich również były nagraną ściemą, mającą tworzyć mit? Czemu nie posłużyć się pustym samolotem? Co z czarnymi skrzynkami? Też zostały sfałszowane? Dlaczego samolot spadł w tak niespektakularnym miejscu?

Dlaczego strażacy nie natrafili na ślady ładunków wybuchowych, jeśli budynki (wieże WTC i Pentagon) miały być wysadzone? Czyżby oni też byli zaangażowani w spisek? Wcześniejsza próba ataku na World Trade Center była amerykańską próbą generalną, wymyśloną przez administrację Billa Clintona? Kto zaatakował w Londynie i Madrycie? Czy wycofanie wojsk hiszpańskich, efekt zamachu terrorystycznego w Hiszpanii, nie był skrajnie niekorzystny dla Amerykanów?

Słabe punkty teorii spiskowej można mnożyć bez końca, rozpatrując kolejne aspekty. Szkoda czasu.

Jak było naprawdę?
Najciemniej bywa pod latarnią. Wywiad amerykański nie funkcjonuje prawidłowo i w jego historii aż roi się od spektakularnych wpadek – jedną z nich są ataki z dnia 11.09.2001. Podobnie było z Pearl Harbor. Pomimo istnienia mnóstwa ostrzeżeń, nie zapobiegnięto zamachowi, który na długie lata zdeterminował politykę amerykańską. Niektórzy twierdzą, iż celowo, tylko czy radzieckich rakiet na Kubie Centralna Agencja Wywiadowcza też specjalnie nie zauważała, aż do krytycznego momentu?

Ameryka musiała określić swoje cele po 11/09 i sam atak terrorystyczny posłużył jej do realizacji swoich interesów strategicznych, w tym do zabezpieczenia olbrzymich ilości surowców naturalnych w Iraku. Trzeba też zaznaczyć, iż w wyniku tych wojen zginęło więcej niż 3 tysiące cywilów, ofiary ataków terrorystycznych z września 2001 roku. Potężna Ameryka wykorzystała prawo do reakcji na swoją korzyść – tak jednak zrobiłby każdy rozważny polityk, zwłaszcza że w 2010 roku Stany Zjednoczone nie mają już takiej swobody, co widać po indolencji wobec Iranu.

Do 2001 roku terroryzm – z punktu widzenia społeczeństw zachodnich – głównie kojarzył się z konfliktem izraelsko-palestyńskim. Atak z 2001 roku rozpowszechnił postulaty fundamentalistów oraz zwiększył ich znaczenie w świecie islamskim. Terroryści osiągnęli swój cel – na stałe pozbawili Zachód poczucia bezpieczeństwa.

Rok Obamy – cz.3. Irak, Afganistan i Chiny

Brak komentarzy
http://www.topnews.in

http://www.topnews.in

Przyszedł czas na trzecią, ostatnią część podsumowywania rocznego urzędowania Baracka Obama na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zapraszam również do zapoznania się z pierwszą i drugą częścią. Kwestiami, które wezmę pod uwagę tym razem są: Irak i Afganistan, stosunki z Chinami i różne kwestie na pograniczu PR-u. Doskonale wiem, iż przedstawione przeze mnie zagadnienia nie wypełniają w całości tematu. Są one w moim mniemaniu najistotniejsze. Do dyskusji zapraszam w komentarzach, również na tematy, których nie poruszałem.

Irak i Afganistan – niezapłacone rachunki za poprzednika

Na dzień dzisiejszy koszt wojny w Afganistanie i Iraku wynosi, łącznie, prawie 955 miliardów dolarów. Ile wydaje amerykański budżet wg wyliczeń National Priorities Project , można zobaczyć dzięki tej aplikacji. W 2009 roku Amerykanie „na Irak” miesięcznie wydawali średnio 7,3 mld $, co jednak jest postępem, gdyż w 2008 roku suma ta wynosiła średnio 12 mld $. W przypadku Afganistanu wydawano średnio 3,6 mld $ miesięcznie, ale są to informacje sprzed wydania decyzji o wysłaniu żołnierzy Łatwo sobie policzyć, że dziesiątki tysięcy następnych żołnierzy znacząco zwiększą koszty.

Irak stabilizuje się. Taktyka podzielenia władzy przez Amerykanów zaczęła zdawać egzamin. Zamachy nadal są stałym elementem bagdadzkiej ulicy, ale obecnej sytuacji nie można porównywać z czasami działalności Armii Mahdiego pod przewodnictwem Muktady as-Sadra?Wojska amerykańskie ostatecznie z kraju wycofać mają się do końca 2011 roku, ale za bezpieczeństwo w miastach ponownie odpowiedzialni są – przynajmniej oficjalnie – wyłącznie Irakijczycy. Barack Obama decyzji o rozpoczęciu wojny nie podejmował, nie prowadził jej również. Jego decyzje jednakże sytuacji w tym kraju nie zdestabilizowały, co jest dużym plusem. Czas, by Irak „zaczął się spłacać”, chociaż to akurat będzie ciężkie, jeśli wziąć pod uwagę, iż Amerykanie wydali dotąd ok. 700 mld $. Rozpoczęły się pierwsze przetargi na pola naftowe, a premier Iraku zgłosił akces tego kraju do rurociągu Nabucco. Za kilka, kilkanaście lat może się okazać, że interwencja w Iraku była dobrą decyzją strategiczną. Przed Irakijczykami i pomagającymi im Amerykanami nadal mnóstwo roboty. To dopiero początek drogi.

Inaczej wygląda to w Afganistanie. Barack Obama miał do wyboru dwie drogi. Całkowite wycofanie żołnierzy z tego kraju i jednoczesne spisanie go na straty, co byłoby bliskie jego filozofii przedstawianej w czasie kampanii wyborczej, albo dosłanie dodatkowych żołnierzy. Ponownie, to nie prezydent Obama podejmował decyzję o interwencji i nie on ją prowadził. Mimo to, będzie zmuszony wypić to piwo. Decyzja o wysłaniu kolejnych żołnierzy jest niekorzystna, bo oznacza kontynuację wojny, w której Amerykanie nie opracowali jeszcze skutecznej strategii. Jakby tego było mało – zaprzepaścili zaufanie społeczne, jakimi zostali obdarzeni przez Afgańczyków w 2001 roku. Dla nich różnica między talibem, a żołnierzem amerykańskim jest niewielka. Obama już wie, ze walcząc z cywilami nie wygra tej wojny. Gdyby wycofał żołnierzy byłoby jeszcze gorzej, bo rządu Karzaia daleko poza Kabul nie sięgają, a przełożenie miałoby to również na wzmocnienie sił antyrządowych w Pakistanie. To zbyt cenny region, aby go poświęcić. Wysłanie kolejnych żołnierzy to przykra konieczność, która może – ale nie musi – stać się punktem zwrotnym. Krytycy zarzucają Obamie, iż powinien albo wycofać wojska, albo wysłać ich dwa razy więcej.

Kto inny stworzył te problemy, ale z tym, jak sobie z nimi poradzi, rozliczany będzie prezydent Obama. Zadania są ekstremalnie trudne, ale nikt nie obiecywał, iż prezydentura w Stanach Zjednoczonych to przyjemna praca. Jak dotąd w Iraku zginęło ponad 4 tysiące amerykańskich żołnierzy. W Afganistanie – około tysiąca.

Chiny – śmiertelny uścisk

Barack Obama, podobnie jak jego poprzednik, nie potrafi rozwiązać problemu deficytu handlowego. Z drugiej strony, Chiny nadal są największym wierzycielem Amerykanów. Chińska Republika Ludowa i Stany Zjednoczone jadą na tym samym wózku i jeśli jedno z niego spadnie, to pociągnie ze sobą drugiego, a przy okazji również światową gospodarkę. Przed wizytą w Pekinie, Barack Obama odmówił spotkania Dalajlamie. Sposób, w jaki nowy prezydent traktuje Chiny wskazuje na to, iż Amerykanie czują się uzależnieni od Pekinu, chociaż w istocie ten stosunek jest dwustronny.

Barack Obama nawet nie próbuje poruszać takiego tematu jak „prawa człowieka”. Nie zapowiada się tez na zmniejszenie deficytu handlowego. Chiny przejmują również Afrykę, udzielając kredytów (czasem je umarzając), inwestując i handlując. Roczne obroty z państwami Czarnego Lądu osiągnęły sumę 100 miliardów dolarów. Afryka staje się również zapleczem surowcowym dla Chin. Pekin ma niezwykle dużo zalet, jeśli chodzi o formę płatności. Może to robić przy pomocy twardej waluty, niekiedy podrzucając coś na boku, albo przy pomocy towaru bardzo szanowanego, zwłaszcza np. w Sudanie, tj. broni. W przeciwieństwie do instytucji finansowych, Chińczycy nie pytają o prawa człowieka, reformy i nie sprawdzają, na co zostały wydane pożyczone pieniądze.

Prezydent Obama nie realizuje żadnej sensownej strategii wobec Chin, pozwalając im na rozszerzanie swoich wpływów w Afryce i Azji. Nie tak te relacje widział Richard Nixon, gdy nawiązywał stosunki z Państwem Środka na początku lat 70-tych

Przebłyski geniuszu PR-owego

Obamie nie można zarzucić, iż nie próbuje zmieniać stylu uprawienia polityki międzynarodowej. W istocie, rozmawia z Rosjanami i Chińczykami w łagodniejszym tonie. Energicznie realizuje też hasło “multilateralizmu” w odniesieniu do Iranu i konfliktu bliskowschodniego między Izraelem, a Palestyną. Na razie to przypomina pięknie grającą drużynę, która ma jeden mankament – nie potrafi strzelać bramek. Jesteśmy w “połowie pierwszej połowy” kadencji prezydenta, więc do końca meczu pozostało dużo czasu. Efektowne zagrania PR-owe, takie jak list do Miedwiediewa, negocjacje rozbrojeniowe czy przemówienie kairskie, są dobrze odbierane przez opinię publiczną, ale mają sens tylko, jeśli prowadzą do odpowiednich skutków. Inaczej są pustymi gestami. Nagrodę Nobla też prezydent Obama otrzymał na kredyt, którego, jak dotąd, nie spłaca.

Należy docenić pomoc amerykańską dla Haiti, ale Obama czyni to, co zrobiłby każdy amerykański prezydent na jego miejscu. Prezydent, korzystając ze swojej naturalnej charyzmy, próbuje przypominać bohatera z hollywoodzkich filmów, o dzielnym przywódcy, kierującym pomocą dla bratniego narodu. Obama jest politykiem XXI wieku i dlatego pokonał Johna McCaina. Nie potrafił przy tym poradzić sobie z jednym problemem – jak uporać z mitem cudotwórcy, który wytworzył i uwierzyli w niego ludzie? Upływający czas działa na jego niekorzyść.

Na niskie notowania sztab Obamy reaguje, stosując kolejne ciekawe zabiegi marketingowe. Problem w tym, że produkt już został wylansowany, teraz nabywca musi się przekonać o jego użyteczności. Na to ma jeszcze 3 lata.

Obama w Kairze – a może frytki do tego?

4 komentarzy

Warto zapoznać się z przemówieniem Baracka Obamy wygłoszonym w Kairze. Jest długie, ale jednocześnie ciekawe. Ludzie,odpowiedzialni za jego napisanie zasługują na medal. Barack Obama nie po raz pierwszy od początku swojej kadencji wykonuje bardzo obiecujące gesty. Zasługuje na szansę, ale zamiast bezgranicznej wiary, proponuję surowszą ocenę jego dotychczasowych dokonań.

Słowa nie mają mocy czynów. Niestety. jak na razie prezydent Stanów Zjednoczonych przypomina kandydatkę na Miss World. Dużo się uśmiecha, jest charyzmatyczny (to jego talent), dla każdego ma miłe słowo, a jego marzeniami są pokój na świecie, skuteczna walka z głodem i rozbrojenie. Niewątpliwie oczaruje tym jury, ale mimo wszystko ważniejsze są efekty działań, a tych jak na razie brak.

Prezydent Obama nie urzęduje długo, zasługuje więc na jeszcze odrobinę cierpliwości. Po prawie 6 miesiącach prezydentury nie widać na poziomie faktów żadnego przełomu. Zapowiedzi, zagrania PRowe i wystąpienia są bardzo dobre i składają się na olbrzymi kredyt zaufania, jakim dysponuje Obama. Nie bez znaczenia jest kontrast wobec George W. Busha, który miał nadzieje, że „przyjdzie taki czas, gdy ludzkość wkroczy do układu słonecznego”.

Prezydent w swoim wystąpieniu skupił się na takich aspektach, jak Afganistan, Irak, konflikt izraelsko-arabski, napomknął również o demokracji, równouprawnieniu kobiet w państwach muzułmańskich i biznesie.

Konkrety jednak wyglądaja miernie. Przenalizujmy kwestie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Można powiedzieć, ze Obama „Ameryki nie odkrył”. Wszystko, co powiedział, padało już wcześniej, ale w mniej atrakcyjnej formie, chociaż to podobno ona w znacznej części znamionuje sztukę. W Kairze prezydent podkreślał prawo do własnego państwa – i Izraelczyków i Palestyńczyków. Przypomniał we wzruszający sposób historię tych narodów i zapowiedział starania na rzecz pokoju. Skrytykował też izraelskie osadnictwo na ziemiach palestyńskich, mając na myśli Zachodni Brzeg Jordanu. Jak w romantycznym filmie – tylko happy endu brakuje.

Administracja amerykańska naciska na premiera Izraela, Benjamina Netanjahu, by ten podjął rozmowy pokojowe. Problemy są jednak dwa. Pierwszy jest taki, że przywódca Likudu raczej nie zdaje się Amerykanom ustępować, a drugi jest taki, że choćby nawet bardzo chciał, to nie ma z kim rozmawiać, bo na Zachodnim Brzegu rządzi Fatah, a w Strefie Gazy Hamas. Nie widać żadnych symptomów poprawy, a przecież uznanie prawa do istnienia państwa palestyńskiego to nie autorski projekt Obamy. Cóż jest zatem przełomowego w tezie, że Izrael i Palestyna powinny pokojowe obok siebie istnieć? Czym się to różni od niegdyśniejszych wizji Szymona Peresa, Icchaaka Rabina czy Billa Clintona, a nawet oficjalnych deklaracji Mahmuda Abbasa, czy – w niektórych okresach – Jasera Arafata? Powiem więcej – pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych Organizacja Wyzwolenia Palestyny oficjalnie mówiła o możliwości wspólistnienia Palestyńczyków i Żydów w ramach jednego państwa.

Król jest nagi. Amerykanie mogą wpłynąć na Izrael, ale tego nie robią. Nie stosują magicznej i zbawczej mocy dolarów, z których tak szeroko korzysta państwo żydowskie. Obecnie istnieje oficjalna różnica stanowisk. Izrael nie ma nic przeciwko osiedlaniu się na Zachodnim Brzegu Jordanu swoich obywateli, Amerykanie owszem. Zobaczymy, czy Waszyngton będzie w stanie wyegzekwować swój postulat. Gorzej, jeśli znowu okaże się, że to ogon kręci psem. Przez same słowa nikt jeszcze pokoju nie zawarł. Na Bliskim Wschodzie, jak mało gdzie, liczą się konkretne działania, a tych do tej pory zupełnie brak.

Jakkolwiek wielkim zwolennikiem demokracji bym nie był, tak trudno nie skomentować uwagi Obamy, że żadne państwo nie powinno narzucać drugiemu systemu politycznego. To ciekawa deklaracja, szczególnie w konkteście oficjalnej doktryny Busha mówiącej o „szerzeniu demokracji”. Jak jednak nazwać amerykańskie działania w Iraku i Afganistanie? Przecież właśnie demokratyzacja tych krajów w jakimś sensie determinuje sytuację polityczną w tych państwach. Wynika to m.in. z niemal kompletnego braku tradycji demokratycznych. Nie dziwią problemy Afganistanu i Iraku, bo są to państwa etnicznie podzielone. Dopiero jakiś czas temu Amerykanie zaczęli rozumieć, jak prowadzić politykę w Iraku, ale deklaracja Obamy o „partnerskich” stosunkach nie brzmi poważnie. Partnersko to my zremisowalismy z „Lwami Mezopotamii” w meczu piłkarskim. Irak niewątpliwie będzie borykał się jeszcze wiele lat z typowymi problemami młodych demokracji, takimi jak korupcja, czy nietpowymi, takimi jak wybuchanie bomb. Jeśli zapowiedzi Obamy się sprawdzą i dojdzie do wycofania wojsk i rząd iracki przetrwa, to będzie znaczyło, że operacja zakończyła się sukcesem. Prezydent z gracją oczywiście pominął kwestię ropy i gazu mówiąc, że nie interesują Ameykanów irackie zasoby naftowe, w co mimo jak najlepszej wiary, trudno uwierzyć. Obama, wyciągając rękę do świata islamskiego, zdaje sobie sprawę, że w większości to nie ssą państwa demokratyczne, dlatego taka deklaracja nie jest przypadkowa. Zresztą, Fahdowie, Mubarakowie czy Allijewowie, to znani przyjaciele Stanów Zjednoczonych.

Barack Obama potwierdził również irańskie prawo do pokojwego rozwijania programu atomowego i propozycję swoich rozmów. Kolejny sympatyczny gest, jednak trzeba usiąść do rozmów. Tutaj należy rozgrzeszyć prezydenta, gdyż będzie to możliwe dopiero po wyborach w Iranie, po których możliwy będzie prawdziwy „change”. Do tego tańca potrzeba też dwojga i zobaczymy, czy Barack Obama będzie w stanie przekonać Iran do zmiany swojego stanowiska.

Ciekawe jest stwierdzenie prezydenta, że nie może być tak, że jedno państwo ma prawo do broni atomowej, a inne nie. Sprytne. Może rzeczywiście tak nie powinno być, ale tak właśnie jest! Przecież Izrael dysponuje bronią atomową i jest to najpotężniejszy z arsenału izraelskich odstrszaczy. Obama nawołuje do rozbrojenia, ale są to po raz kolejny tylko słowa, bo nie przekona Izraela, by ten pozbył się swoich głowic
. Chociażby dlatego, że to jeden z fundamentów jego bezpieczeństwa. To właśnie zniwelowanie tej strategicznej różnicy jest jedną z przyczyn determinacji irańskiej.

Na koniec przemówienia znalazło się dużo miejsca dla biznesu. Kolejne piękne deklaracje, ale biznesmani co prawda kierują się polityką, ale przede wszystkim interesuje ich zysk. Zawsze na koniec przemówienia należy wspomnieć o czymś, co łączy ludzi, czyli pieniądzach.

Wystąpienie Baracka Obamy zwiększy jego kredyt zaufania. Czas jest jednak nieubłagany i w końcu ktoś zacznie rozliczać prezydenta z jego obietnic i deklaracji. Kiedyś w/w kredyt przecież trzeba będzie zacząć spłacać.
Obamie należy życzyć powodzenia, bo spełnienie jego ambitnych deklaracji jest w interesie niemal całego świata. Pytanie brzmi, ile w tym wszystkim jest czystej Reapolitik i budowania swojej pozycji wokoł hasła „change”, a ile prawdziwego wizjonerstwa męża stanu? Do tej pory głównym sukcesem Obamy jest oszukanie 3 nastoletnich piratów i uwolnienie kapitana statku w Zatoce Adeńskiej. Administracja bardzo plącze się też przy okazji tarczy antyrakietowej, Polakom obiecując jej wybudowanie, a z Rosjanami negocjując wycofanie się z projektu. Interesy państw światwa są z reguły ze sobą sprzeczne i polityka „dla każdego coś miłego” nie ma szans powodzenia. Prawdziwe wyzwania dopiero przed prezydentem Stanów Zjednocoznych. Oglądaliśmy tylko rozgrzewkę.

- Licytacja o tarczę antyrakietową
- Nabucco: szansa czy marzenie?
- “Change” w sprawie Iranu