Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Bliski Wschód

Guntera Grassa przypadki. Czy wolno krytykować Izrael?

1 komentarz
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Schemat nie jest skomplikowany. W Niemczech – z historycznych powodów – krytyka Izraela nie należy do pożądanych zachowań publicznych. Od razu rodzi wspomnienia Holocaustu, antysemityzmu i pytania o historyczne prawo do ocen. Jeszcze większy problem ma laureat Literackiej Nagrody Nobla, Gunter Grass, który opublikował w “Suddeutsche Zeitung” wiersz pod tytułem “Co musi zostać powiedziane”. Grass, krytykując Izrael, momentalnie został oskarżony o antysemityzm, a temu z kolei zarzutowi towarzyszyło – zgodne z prawdą zresztą – przypomnienie, iż pisarz był członkiem Waffen-SS. Kombinacja tych dwóch faktów oznacza koniec dobrze zapowiadającej się dyskusji. Nie czekali również długo Izraelczycy, którzy – ustami ministra spraw wewnętrznych Eli Yishai z religijnej Partii Szas – ogłosili, iż Gunter Grass jest persona non grata w Izraelu. Swój komentarz dodał też minister spraw zagranicznych Izraela Avigdor Liberman, którego zdaniem egoistyczni tzw. intelektualiści są gotowi poświęcić Żydów calem zwiększenia sprzedaży swoich książek i dla zdobycia uznania.

Nie trzeba być jednak wybitnym intelektualistą, a nawet laureatem Nagrody Nobla, aby odróżniać od siebie krytykę polityki rządu danego państwa od antysemityzmu. Czy każda krytyka poczynań rządu jest dowodem na antysemityzm? Idąc tą drogą – największymi antysemitami są izraelscy opozycjoniści z Partii Pracy i z Kadimy o Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości nie mówiąc Przekonany jestem o tym, że odróżniają te sytuacje od siebie także politycy izraelscy, jednak im nazwanie Grassa antysemitą, przypomnienie mrocznego faktu z przeszłości, a także błyskawiczna reakcja jest najzwyczajniej na rękę, bo zamyka – niewygodną fragmentami – dla nich dyskusję. Proszę teraz znaleźć poważnych polityków, którzy staną w obronie Grassa. Zamiast dyskutować o niuansach polityki bliskowschodniej zajmujemy się biografią Guntera Grassa.

A cóż takiego dowiadujemy się z wiersza? Że Izrael ma broń atomową i jego potencjał nuklearny należy również monitorować? Że – zdaniem autora – zagraża światowemu pokojowi? Że Niemcy – eksportując broń – mogą być współudziałowcami w potencjalnej zbrodni na Irańczykach? Że Izrael zagraża Iranowi?
. O wszystkim tym możemy dyskutować, z częścią poglądów nie zgadzać, ale czy to przejaw antysemityzmu? Wątpię.

Sam co jakiś czas krytykuję politykę izraelską wobec Palestyńczyków. Czy jestem zatem antysemitą, ponieważ już od kilku lat zauważam, iż obecny rząd izraelski, ze względu na swoje zaplecze wyborcze, nie jest zainteresowany osiągnięciem pokoju, o wycofaniu izraelskich osiedli z Zachodniego Brzegu Jordanu nie mówiąc? Zobaczmy jednocześnie, jakie wątki wrzucił pisarz do dyskusji, o których się nie mówi i o których zapominają media.

1. Kwestia izraelskiego i irańskiego programu atomowego
Broń atomowa w posiadaniu Iranu to nic, czego Amerykanie, Europejczycy, a przede wszystkim, Izraelczycy by sobie życzyli. Izrael obecnie posiada monopol na tę broń, co gwarantuje mu gigantyczną przewagę, a w połączeniu z sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi skutkuje absolutną nienaruszalnością. Tylko że … jak to jest, że jedni mogą mieć broń atomową, a inni nie? Nikt rozsądnie myślący nie uzna nigdy, że w przypadku Izraela jest to broń ofensywna – bo nie jest. Izrael potrzebuje broni atomowej jako broni odstraszającej, dzięki której atakujący ma pewność, że o ile nawet nie przegra, to na pewno nie jest w stanie wygrać wojny.

Pytanie brzmi – po co więc broń Iranowi? Aby wymazać Izrael z mapy? Wątpliwe, ponieważ Irańczycy wymazaliby wtedy również Palestyńczyków, a poza nimi – także siebie po błyskawicznym odwecie (tutaj odpowiedź dla Guntera Grassa – po co Izraelowi okręty). Iran potrzebuje broni atomowej, aby ugruntować swoją pozycję, pokazać aspiracje oraz odstraszyć swoich wrogów. Przyczyny pragmatyczne i Grass słusznie porównuje te sytuacje. Jednym się pozwala i ich wspiera, a na drugich nakłada sankcje. Ja rozumiem tego przyczyny, ale czy patrząc z góry – są to reguły równe dla wszystkich?

Sytuacja wynika zatem z kalkulacji interesów – broń atomowa zwiększa możliwości Iranu, zmniejsza manewr Izraela, stąd nastawienie tych państw. Ehud Barak, minister obrony Izraela sam rozsądnie – jakiś czas temu – zauważył, że Iran, nawet jeżeli zdobędzie broń, nie użyje jej. Dla Izraelczyków problem jest jeszcze jeden – ciężko byłoby zaakceptować, iż wrogie mu ideologicznie państwo będzie dysponować tak niebezpiecznym narzędziem.

Z kolei dla Stanów Zjednoczonych pozyskanie takiej broni przez Iran oznacza destabilizację regionu i zwiększenie wpływów Iranu, a także obniżenie bezpieczeństwa Izraela. Dlaczego władze Turcji, Egiptu czy Arabii Saudyjskiej miałyby również nie prowadzić swoich programów atomowych w takiej rzeczywistości?

2. Izrael jako zagrożenie dla pokoju
Z opinią, że Izrael jest zagrożeniem dla pokoju na Bliskim Wschodzie można się zgadzać lub nie, ale nie ulega dyskusji, że to Izrael oficjalnie informuje, że rozważa podjęcie kroków militarnych przeciwko Iranowi, a nie Iran przeciwko Izraelowi. To Iran otoczony jest amerykańskimi wojskami i to w okolicy cieśniny Ormuz kręcą się grupy amerykańskich lotniskowców. W potencjalnej konfrontacji – Irańczycy są bez szans.

Czy to izraelscy naukowcy giną na ulicach Tel Awiwu czy irańscy na ulicach Teheranu?

Osobiście uważam, że dyskusja kto jest wyłącznie winny jest bez sensu, ponieważ konflikt Izraela z Iranem wynika z naturalnych interesów tychże państw. Co więcej – gdyby irańscy przywódcy byli na miejscu izraelskich robiliby to samo i vice versa. Czy Grass jednak nie porusza ciekawiej kwestii – kto kogo tak naprawdę zamierza zaatakować?

3. Niemieckie okręty dla Izraela
Niemcy mają prawo sprzedawać broń, a Izraelczycy kupować, ale czy sprzedając okręty podwodne typu Delfin, które są zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych, nie przesyłają jasnego sygnału – jedne zasady obowiązują wobec Iranu, a inne wobec naszych przyjaciół z Izraela? Można oczywiście dyskutować dlaczego tak jest i czy Niemcy – z historycznych powodów – nie czują się moralnie odpowiedzialni za izraelskie bezpieczeństwo, ale czy podnoszenie tego w dyskusji jest czymś nieakceptowalnym jak argument ad hitlerum?

Z Gunterem Grassem można się nie zgadzać. Co więcej – sam mam pewne wątpliwości czy osoba będąca w przeszłości w Waffen-SS nie powinna sobie darować niektórych przemyśleń – np. nie uważam, aby Izrael chciał wymazać z mapy Irańczyków, ale to potrzebny głos w dyskusji. Takiej, jakiej brakuje i w kwestii, która jest dla nas wszystkich bardzo ważna. Szkoda, że media i tzw. intelektualiści (cytując klasyka: można być intelektualistą i można być ignorantem) zamiast przedyskutować kwestię, skupiają się nie na treści wiersza, a na jego autorze. W imię poprawności politycznej zabiliśmy dyskusję.

Polska polityka w czasie Arabskiej Wiosny, czyli gdzie nas (jeszcze?) nie ma…

Brak komentarzy
źródła: polskieradio.pl

źródła: polskieradio.pl

Arabska Wiosna zaskoczyła prawdopodobnie wszystkich aktorów bliskowschodniej sceny politycznej. Od Amerykanów przez Rosjan i Chińczyków, a na władcach (o niektórych z nich można już mówić w czasie przeszłym) kończąc. Czy my, zarówno samodzielnie jak i w ramach UE, wypracowaliśmy skuteczny mechanizmy polityczne pozwalające na reagowanie na bieżąco na wydarzenia w tamtym regionie świata?

Jak zwykle w Unii Europejskiej jest niespokojnie, ponieważ poszczególne państwa zgadzają się co do pryncypiów (np. promowania demokracji), ale wiadomo, iż każde z silnych krajów (Francja, Wielka Brytania, Niemcy, ale też Włosi) ma w tym regionie swoje interesy. W grudniu UE podjęła decyzję o udzieleniu Komisji mandatu do negocjacji w/s strefy wolnego handlu z Egiptem, Jordanią, Marokiem i Tunezją. Duże państwa wiedzą co robią, starając się otwierać rynki dla swoich firm oraz ich produktów.

Gorzej sytuacja ma się z Polską dla których państwa z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej to jedynie promil importu i eksportu. Zacytujmy twarde dane:

Całkowity eksport Polski za 2011 rok: ok. 125,3 mld euro
Całkowity import Polski za 2011 rok: ok. 138,1 mld euro

Dane: GUS

Relacje gospodarcze z wybranymi państwami regionu Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej:

Dane: msz.gov.pl, w większości za 2011r

To dowodzi jak słabe jest polskie zaangażowanie gospodarcze w tamtym regionie. Najbardziej perspektywiczne są relacje z Arabią Saudyjską Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Katarem (kwestia kontraktu gazowego), czyli państwami które nie zostały doświadczone tak mocno Arabską Wiosną jak Tunezja, Maroko czy Egipt. Co ciekawe, w większości tych relacji mamy nadwyżkę w handlu, co jednak – ze względu na niską wartość eksportu i importu – jest bez większego znaczenia.

Jak zwiększyć naszą obecność? Kilka sugestii
Punkt startowy mamy zatem słaby – kraje Arabskiej Wiosny nie mają prawie żadnego wpływu na naszą gospodarkę. O tyle omawiany region jest istotny, gdyż to na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej znajduje się ok. 63% zasobów ropy i 43,2% zasobów gazu. Nasze zainteresowanie importem z tamtych okolic powinna właśnie wynikać z tych “warunków energetycznych”. W tym kontekście istotną rolę może (choć oczywiście nie musi) odegrać gazoport w Świnoujściu, który będzie infrastrukturą, dzięki której będziemy mieli możliwości dywersyfikacji. Na razie – aby być uczciwym – należy dodać, iż zakontraktowany gaz z Kataru do najtańszych nie należy.

Jako iż nie jesteśmy światowym mocarstwem i na razie nie wypracowaliśmy pozycji w tamtym regionie świata, powinniśmy wykorzystać spryt, a nie siłę – zatem wykorzystać inne narzędzia, raczej miękkie, zwiększania wpływów. Jednym z pierwszych kroków powinno być uatrakcyjnienie oferty uniwersytetów celem ściągania młodych mieszkańców regionu na studia do Polski. Jednocześnie powinniśmy wysyłać jak najwięcej studentów na Bliski Wschód i do Afryki Północnej tak, aby zawiązywali tam kontakty i poznali kulturę. Związanie młodych studentów z Polską może spowodować zwiększeniem obrotów gospodarczych, a wtedy znajdziemy się na dobrej drodze.

Drugi pomysł to działalność polskich organizacji pozarządowych, takich jak np. Polska Akcja Humanitarna, już działających na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Polski rząd powinien maksymalnie zwiększyć poparcie dla tego typu podmiotów, niosących bezinteresownie pomoc czy szkolących m.in. w zakresie społeczeństwa obywatelskiego, mieszkańców regionu. To pomaga w budowaniu zaufania i kreowaniu pozytywnego wizerunku. Jednocześnie należy rozważyć zastosowanie bezpośredniego narzędzia promocyjnego Polski – pomocy rozwojowej, która w tym momencie, w opisywanym regionie, trafia tylko do Palestyńczyków (ok. 1,7 miliona złotych) oraz Afgańczyków (33 miliony złotych).

Polskie organizacje pozarządowe mogą również pomagać w transformacji, jednakże powinny to robić przy jednoczesnym uszanowaniu odrębności kulturowych. Pomoc w transformacji i próba przełożenie znanych nam instytucji powinny być ostrożne, ponieważ skoro w Polsce trudno zaadoptować amerykańskie instytucje to co dopiero np. w Tunezji. Społeczeństwo obywatelskie potrzebuje czasu i tutaj jest szansa dla nas – państwa, które zna problemy transformacji od podszewki, a nasi naukowcy z pewnością doskonale rozumieją te procesy. Należy jednak robić to na zasadzie pomocy i dobrych rad, a nie narzucenia odgórnie systemu politycznego wraz z naszym systemem wartości. Wartości z upływem czasu, krótszego lub dłuższego, powinny się same wprowadzić. Europejski Fundusz na rzecz Demokracji brzmi całkiem sensownie, ale na razie brak na jego temat szczegółów, a doniesienia prasowe mówią o śmiesznie niskim budżecie – 50 milionów euro rocznie. Za tę kwotę świata się niestety nie zmieni. Jeżeli jednak społeczeństwa arabskie będą gotowe i chętne na demokrację -  należy pomóc bez zastanowienia.

Polskim przedsiębiorcom brakuje również wsparcia dyplomacji, co – według zapowiedzi MSZ – ma się niebawem zmienić. To, czego należy oczekiwać od Ministerstwa to budowa pewnego rodzaju sieci informacji – gdzie można zainwestować, skąd kupić, jakie są bariery prawne etc? Należy przy tym pamiętać, że kwestie kontaktów gospodarczych i wizerunku Polski są ze sobą ściśle związane. We wspomnianych krajach społeczeństwa są dopiero na dorobku, a to oznacza, że wiele można w nich zbudować. Równa się to szerokim perspektywom – nad nimi należy pracować.

Na razie na Bliskim Wschodzie nas nie ma. Perspektywy jednak są i należy liczyć na to, iż zaangażowanie naszej dyplomacji, zarówno w Libii (członek grupy kontaktowej), jak i w Syrii (opieka konsularna nad amerykańskimi obywatelami) nie zostaną – jak to zwykle bywało w przeszłości – pominięte.

Syria-Iran-Afganistan: 3 pytania nurtujące prezydenta Obamę

Brak komentarzy
źródło: foxnews.com

źródło: foxnews.com

W ostatnim czasie Amerykanie znaleźli się na Bliskim Wschodzie i “okolicach” w defensywie. W kontekście wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych to bez różnicy, o ile nie wybuchnie konflikt, nie dojdzie do ludobójstwa w Syrii lub nie powtórzą się masakry, jak ta ostatnia dokonana przez amerykańskiego żołnierza (16 zabitych, 30 rannych – czym to się różni od ataku terrorystycznego?) , gdyż wtedy opinia publiczna za oceanem może zainteresować się tym nieprzewidywalnym regionem, a rywale Obamy – choć nieznający się na polityce międzynarodowej – dostaną wiatru w żagle.

1. Jeżeli już zaatakować Iran to jak to zrobić, aby zaskoczyć Persów?
Barack Obama nie poszedł za głosem Stephen S. Walta i nie stwierdził, że wyklucza opcję militarną w relacjach z Iranem. Żaden polityk – ani amerykański, ani izraelski – nie powie, iż wyklucza takie rozwiązanie, ponieważ spowodowałoby to całkowite zniesienie presji na ajatollahach. Praktycznie jednak nic nie zapowiada amerykańskiej akcji militarnej w następnych tygodniach, a ewentualna operacja przed wyborami raczej zaszkodzi prezydentowi, a nie mu pomoże. Jest jeszcze jedna kwestia – media cały czas (od 8 lat!) mówią o potencjalnym ataku, o tym, że Stany Zjednoczone/Izrael się zbroją, iż już tuż tuż (najczęściej: następna pora roku – na wiosnę, że w lecie, w lecie, że na jesieni, a na jesieni, ze w zimę…) dojdzie do interwencji.

Tylko że jak w takich warunkach zaskoczyć Irańczyków? Cały czas im się powtarza, że mają być gotowi na atak z powietrza, że chcąc-nie chcąc, muszą się z tym liczyć i zabezpieczać. Siłą dotychczasowych operacji izraelskich ukierunkowanych na niszczenie programów atomowych było właśnie zaskoczenie (Osirak w Iraku, Syria niedawno) i względny brak zaawansowanej technologii.

Tymczasem prezydent Obama i Unia Europejska nałożyli mocne sankcje gospodarcze na Iran i Teheran od razu wyraził gotowość powrotu do rozmów. Obamie, z oczywistych względów, bardziej odpowiada rozwiązanie dyplomatyczne, aniżeli ruletka związana z tak kosztowną i ryzykowną operacją wojskową (w tym kontekście zapraszam do artykułu “Iran w ‘ofensywie’ – Teheran pod ścianą”, który pokazuje rzeczywiste pozycje w regionie).

2. Syria – chronić przeciwników Assada kosztem łamania prawa międzynarodowego oraz sporu z Moskwą i Pekinem, czy pozwolić na długotrwałą wojnę domową?
Amerykanie mają też inny problem – Syria. Assad nie został – w przeciwieństwie do Kaddafiego -opuszczony przez Pekin i Moskwę, które dość mają zachodniej ingerencji w Arabską Wiosnę. Chińczycy i Rosjanie, z oczywistych względów, raczej nie występują przeciwko autorytarnym państwom, w których nie ma gwarancji demokratycznych i poszanowania praw mniejszości.

Do bombardowań zachęca republikański senator, były kontrkandydat prezydenta Obamy, John McCain Nie czyniąc nic, Amerykanie doprowadzają do kontynuacji wojny domowej, której skutki są nieprzewidywalne, ale jednocześnie oznaczają dalszą część śmierci niewinnych istnień i katastrofę humanitarną. Assad będzie naśladował taktykę Kaddafiego, która prawie przyniosła skutek (gdyby nie “Świt Odysei” pułkownik zająłby Benghazi i prawdopodobnie przeprowadził rzeź) – fizycznej eksterminacji swoich przeciwników, strzelanie do żałobników,. Lepsza jest taktyka prezydenta Syrii wobec dziennikarzy, którym nie pozwala pracować, w przeciwieństwie do rodu Kaddafich, którzy o swój PR walczyli do końca, będąc z góry na przegranej pozycji.

Obama zatem stanie przed wyborem – przyglądać się kolejnym starciom i narażać na krytykę z powodu śmierci kolejnych cywilów albo zainterweniować, uderzyć w reżim Assada, wesprzeć opozycję, może odwrócić część zwolenników i … narazić się na krytykę z powodu łamania Karty Narodów Zjednoczonych oraz braku zgody Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Już Libia dostarcza nowych problemów, w postaci starć, łamania praw człowieka (czarnoskórzy ludzie w klatkach…) i autonomicznych ambicji przywódców libijskich plemion na wschodzie kraju.

3. Afganistan – jak odwrócić przegraną wojnę o dusze Afgańczyków?
W Afganistanie nie wygrali Brytyjczycy, polegli Sowieci i wiele na to wskazuje, iż na tarczy wrócą również Amerykanie. Oczywiście, oficjalnie będzie się mówiło o wycofaniu i szkoleniu, ale szanse na ustabilizowanie się kraju po wycofaniu należy ocenić na poziomie szans trenera Smudy na poprowadzenie Barcelony po odejściu Guardioli. Sytuacji nie poprawiają problemy z Pakistańczykami, chcącymi zachować swoje wpływy u sąsiadami i niechętnie patrzącymi się na Hamida Karzaia, wcale nie z powodu nepotyzmu, korupcji czy fałszerstw wyborczych (co czwarty głos został sfałszowany!), a ze względu na … potencjalne proindyjskie sympatie. Tego w Islamabadzie się nie wybacza…

Na temat strat i tendencji kompetentnie wypowiedział się Piotr Wołejko w artykule “Afganistan to kosztowna klęska. Raport Davisa”, więc nie będę analizował liczb. Są one jednak druzgocące i dowodzą, iż sprawy nie idą w dobrym kierunku.

Na pewno trendu nie odwrócą takie historie jak ta z ostatnich dni, gdy żołnierze amerykańscy zaczynają strzelać bo bezbronnych cywilów, być może pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzającycb. Nie wiemy też, ile takich przypadków dzieje się bez naszej wiedzy, jest wyciszanych, a ofiary klasyfikuje się jako terrorystów. Słyszałem o podobnych “wypadkach” w Iraku – dowodzą one zarówno demoralizacji – w przypadku jednych, jak i olbrzymiego obciążenia psychicznego, ciągłego życia w strachu – w przypadku drugich. Atmosferę wojny świetnie oddaje reportaż zamieszczony na stronach Interii.pl, obrazujący codzienność Afganistanu.

Barack Obama zaryzykował i wysłał dodatkowych żołnierzy na wojnę, którą na razie – nie tyko w mediach – przegrywa. Zdecydował się jednak na podjęcie dwóch kroków, które są światełkiem w tunelu. Wojsko ma w większym stopniu skupić się na odbudowie kraju, a jednocześnie rozpoczęto również rozmowy z talibami celem zakończenia wojny domowej. Efektów na razie nie ma, ale stratedzy w Pentagonie mają poważny problem, bo nawet jeżeli uda się porozumieć z wrogami, to kto da gwarancję, iż po wycofaniu wojsk będą dalej respektować ustalenia? Poczekali 11 lat, poczekają jeszcze 2-3…. Podobnie postąpił Wietnam Północny po tzw. porozumieniach paryskich. Zabijanie niewinnych cywilów nie spowoduje wzrostu popularności Ameryki w tym kraju, a Afgańczycy nie są gotowi przejąć odpowiedzialności za kraj. Nie pomagają też informacje o paleniu Koranu. Jednym takim zachowaniem można zniweczyć miesiące pracy nad poprawą reputacji w społeczeństwie afgańskim. Co to za różnica dla zabitego, czy do niego strzelał Pasztun czy Amerykanin?

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było…

1 komentarz
źródło: businessinsider.com

źródło: businessinsider.com

Niemało zamieszania wywołała wypowiedź Baracka Obamy na temat przyszłych granic niepodległej Palestyny. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że podstawą porozumienia powinny być granice z 1967 roku.  Media i część polityków usilnie starali się znaleźć w tym możliwy przełom w konflikcie bliskowschodnim. Minął miesiąc i co się okazało?

Po pierwsze, Barack Obama po chwili “sprostował” swoje wystąpienie zaznaczając, że mówiąc o granicy z 1967 roku, nie miał na myśli Jerozolimy i to jest zupełnie osobna kwestia. Gdyby przyjąć opcję z powrotem do 1967 roku, oznaczałoby to utrzymanie przez Izrael Jerozolimy Zachodniej, ale oddanie Jerozolimy Wschodniej, wraz ze Starym Miastem (i 180 tysiącami Izraelczyków tam zamieszkujących).

Po drugie, w związku z pierwszym, nie ma więc tutaj żadnej rewolucji, ani nawet ewolucji. Granice z 1967 to baza do rozmów pokojowych od wielu lat i prezydent nie powiedział nic sensacyjnego. O tych granicach mowa już w Rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 242 z … 1967 roku. Jeżeli niepodległa Palestyna ma powstać, to w jakich innych granicach?

Po trzecie, znowu premier Netanjahu pokazał, jak potężną siłą dysponuje izraelska dyplomacja. Benjamin Netanjahu tym różni się od Baracka Obamy, że nie ma wrogów w Kongresie. Proszę zobaczyć obrazki z filmu, który umieszczam poniżej. Oklaski na stojąco na powitanie. Po uzyskaniu poparcia Kongresu premier Izraela mógł być spokojny, że nic złego ze strony prezydenta Obamy go nie spotka. Jednym zdaniem – amerykańska polityka wobec Izraela nie zmieni się.

Po czwarte, nadal nie ma jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków, gdyż proces pojednania jeszcze się nie powiódł. Obecnie między Hamasem, a Fatahem trwają przepychanki wokół osoby nowego (starego) premiera Fajada. Zakładając jednak, że uda się je przezwyciężyć, to co dalej, skoro Izrael wykluczył rozmowy z Hamasem, a Hamas do rozmów z Izraelem też – mówiąc bardzo dyplomatycznie – nie kwapi? Jak można mówić o pokoju, gdy dwie strony nawet ze sobą nie rozmawiają? Hamas – co na dzień dzisiejszy wydaje się mało prawdopodobne – musiałby uznać prawo Izraela do istnienia oraz wyrzec się terroryzmu, a Izrael uznać polityków Hamasu za przedstawicieli narodu palestyńskiego, z którymi trzeba rozmawiać. Brzmi prawdopodobnie a.d. 2011?

Po piąte, wiadome jest, że jeżeli ma dojść do podpisania pokoju, to większość, jeśli nie prawie wszystkie, osiedla z Zachodniego Brzegu Jordanu trzeba będzie ewakuować. Myśląc poważnie o porozumieniu, należałoby wstrzymać dalszą rozbudowę osiedli z pragmatycznego powodu. Więcej osadników to większy problem przy ewakuacji dla rządu izraelskiego. Co innego, gdyby obecna koalicja nie chciała się dogadywać – wtedy takie zamrożenie rozbudowy byłoby politycznym ciosem dla rządu premiera Netanjahu, który jest wśród osadników popularny.

źródło: gaza.haimbresheeth.com

źródło: gaza.haimbresheeth.com

Jak zatem widać niewiele się zmieniło. Dużo słów, mało czynów. Prezydent Obama tylko potwierdził, że podobnie jak jego poprzednicy, jest bezradny.

Mógłbym napisać – a nie mówiłem?

——-
Witam Czytelników po sesji, wracam do pisania i zapraszam do czytania. W następnym tekście zajmę się polską prezydencją, która już tuż, tuż.

Wizyta w studiu Polsatu News i rozmowa na temat Bliskiego Wschodu

7 komentarzy

Na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego miałem przyjemność rozmawiać z redaktorem Robertem Bernatowiczem oraz Amal el-Maaytah, szefową działu Bliski Wschód czasopisma “Stosunki Międzynarodowe”

W moich wypowiedziach ukrył się jeden mały chochlik. Powierzchnia Zachodniego Brzegu Jordanu to 1/7 województwa mazowieckiego, a nie 1/2. Wyobraźcie więc sobie, że na tej mniej więcej 2/3 województwa mazowieckiego (Izrael, Strefa Gazy, Zachodni Brzeg Jordanu) trzeba zmieścić około 12 milionów ludzi. Strefa Gazy, która jest prawie dwukrotnie mniejsza niż powiat warszawsko-zachodni ma nieco mniej mieszkańców niż cała Warszawa.

Pojednanie palestyńsko-palestyńskie? Porozumienie Fatahu z Hamasem

Brak komentarzy
źródło: onejerusalem.com

po lewej: Mahmud Abbas, po prawej: Chaled Meszal źródło: onejerusalem.com

Fatah i Hamas zawarły wstępne porozumienie, kończące wojnę palestyńsko-palestyńską. Zakłada ono dymisje rządów na Zachodnim Brzegu Jordanu (Fatahu) oraz Strefie Gazy (Hamas), a następnie powołanie wspólnego gabinetu “bezpartyjnych” “fachowców” (cudzysłów celowy, gdyż zapewne nie będą oni ani bezpartyjni, an nie będą fachowcami). Stanowisko prezydenta zachować ma Mahmud Abbas, a wybory odbędą się w przeciągu roku.. Oczywiście, są to jedynie przecieki. Ostateczny kształt porozumienia poznamy prawdopodobnie w przyszłym tygodniu Oficjalnie zostanie podpisane w środę. Wielką niewiadomą pozostaje jego trwałość.

Egipt wchodzi do gry?
Porozumienie osiągnięto w Egipcie, gdzie doszło do tajnych spotkań, których organizację i przebieg ułatwiały władze tego państwa. Po odejściu Mubaraka nastąpiła modyfikacja polityki zagranicznej Kairu względem Izraela. Nie musi to wcale wynikać ze zmiany priorytetów, co zresztą jest dość wątpliwe, ale z konieczności utrzymania popularności. Oznacza to niekoniecznie otwartą współpracę z Izraelem i wojnę z Hamasem, prowadzoną przecież przez byłego prezydenta w sojuszu ze swoim żydowskim sąsiadem. W kwietniu tego roku Egipcjanie zatrzymali budowę podziemnego muru na granicy ze Strefą Gazy, który miał uniemożliwić przemyt, z którego żyło terytorium kontrolowane przez Hamas. O tym projekcie pisałem szczegółowo w artykule “Kolejny ‘mur’ na Bliskim Wschodzie”.

Mówiąc wprost, nowy egipski rząd nie będzie próbował zatrzymać przemytu i tym samym sprawia Hamasowi uroczy prezent. Nie ostatni jednak, gdyż Egipcjanie zapowiadają, iż na dniach, na stałe, otworzą przejście graniczne w Rafah. W tym momencie żółta lampka ostrzegawcza zapaliła się w Jerozolimie, a swój kolor zmieniła na czerwony po przeciekach w/s porozumienia palestyńsko-palestyńskiego.

Egipt w tym konflikcie popierał umiarkowanego Abbasa. Stąd koncepcja “podziemnego muru” czy zamknięcie granicy. Kair uważał Hamas za zagrożenie z dwóch powodów. Pierwszym z nich są niepodważalne powiązania pomiędzy Hamasem, a nieżyczliwym zarówno wobec Egiptu, jak i Izraela, Iranem. Drugim związki Hamasu z Bractwem Muzułmańskim, uważanym przez ekipę Mubaraka za śmiertelne zagrożenie.

Tymczasowy rząd dokonał modyfikacji polityki, wspierając pojednanie wśród Palestyńczyków oraz przestając postrzegać Hamas jako śmiertelne zagrożenie również dla Egiptu. Decyzje wydają się sensowne, szczególnie ze względów PR-owych. Egipska ulica nie przepada za Izraelem, a jej siła nie będzie teraz lekceważona, nawet przez faktycznie rządzące dalej w Państwie Faraonów wojsko. Kair odzyskuje jednocześnie inicjatywę jako gracz w tamtym regionie.

Jak porozumienie może wpłynąć na bliskowschodni proces pokojowy?
Oczywiście, niebawem może okazać się, iż pojednanie jest kruche, a Fatah i Hamas ponownie mogą pogrążyć się w wojnie, kontynuując tym samym podział Palestyńczyków na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy nie tylko pod względem geograficznym, ale również politycznym. Trzeba pamiętać, że w tej wojnie domowej ginęli ludzie, zaś wzajemnym oskarżeniom nie było końca. Porównując, można by uznać stosunki Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim za wzorowe. Przyjmijmy jednak, że porozumienie utrzyma się. Cóż to będzie oznaczać?

Bliskowschodni proces pokojowy jest obecnie trupem, a nieżywego przecież nie można zabić, dlatego porozumienie nie wpłynie negatywnie na rozmowy izraelsko-palestyńskie. Ich przecież oficjalnie obecnie nie ma. W sprawie podziału wśród Palestyńczyków zawsze możliwe były tylko trzy możliwości. Albo Fatah pokona ostatecznie Hamas albo Hamas pokona Fatah albo, co wydawało się najbardziej prawdopodobne, dojdzie do porozumienia i podziału władzy. Innego rozstrzygnięcia problemu braku jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków po prostu nie ma.

Koalicyjne władze nie zostaną jednak uznane przez … Izrael, który uważa – skądinąd słusznie – że ciężko rozmawiać z kimś, kto nawołuje do całkowitego zniszczenia państwa żydowskiego. Premier Netanjahu wyraził już elastyczność izraelskiego stanowiska w tej kwestii stwierdzając, że Fatah będzie miał pokój z Izraelem albo z Hamasem. Radykałowie również nie przebierają nogami do oficjalnych rozmów z ‘reżimem syjonistycznym”. Hamas uznawany jest przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone za organizację terrorystyczną. Dopóki nie uzna Izraela oraz nie wyrzeknie się terroryzmu (jak swego czasu, chociaż nie do końca szczerze, Jaser Arafat), nie będzie negocjacji pokojowych. Małym światełkiem w bardzo długim tunelu są deklaracje o możliwym uznaniu granic z 1967 roku.

Na społeczność międzynarodową Palestyńczycy nie mogą liczyć. Rezolucję o osadnictwie izraelskim zawetowali w Radzie Bezpieczeństwa, co nikogo nie dziwi, Amerykanie. Przez Zgromadzenie Ogólne można by przeprowadzić inną rezolucję, nawołującą do uznania Palestyny za niepodległe państwo, ale to będzie tylko zalecenie lub opinia, niewiążące państwa. Na przegłosowanie mocnej rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa nie ma żadnych szans – Waszyngton nie pozwoli skrzywdzić Izraela, zwłaszcza w okolicach wyborów prezydenckich za oceanem. Trzeba tez pamiętać o realiach. Izrael panuje militarnie w regionie. Wniosek z tego jest taki, że jeżeli Abbas poważnie myśli o pokoju, może go osiągnąć tylko poprzez porozumienie z Izraelczykami. Ci z kolei na zainteresowanych rozmowami nie wyglądają.

Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu Jordanu są też uzależnieni od zagranicznych pieniędzy, w tym z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, spływających na konto Autonomii Palestyńskiej. Mowa o kilkuset milionach dolarów rocznie. Obama, o czym pisał “Newsweek”, groził odcięciem tej pomocy. Podobne głosy pojawiły się po pojawieniu się informacji o porozumieniu z Hamasem. Pomoc dla Palestyńczyków przyznaje wszakże Kongres. W tym miejscu należy jednak zadać pytanie – skoro nie Fatah, to kogo w Palestynie mają wspierać państwa zachodnie? Z drugiej strony, będzie to wyglądać przekomicznie, jeśli dostęp do pieniędzy unijnych i amerykańskich uzyska, uznawany przez nie za organizację terrorystyczną, Hamas.

Niewiadomą jest również wynik wyborów. Ciekawe, czy obejmą one również urząd prezydenta. Mahmud Abbas, lider Fatahu, piastuje to stanowisko już ponad przewidywany przez prawo czas trwania swojej kadencji. Przypomnijmy też, iż ostatnie, demokratyczne wybory parlamentarne wygrał Hamas. Trudno przewidzieć, czy pompowany zachodnimi pieniędzmi Fatah zdoła tym razem pokonać swoich radykalnych przeciwników. Jeżeli wyniki będą podobne do tych z 2006 roku, oznaczać to będzie, że pokój niekoniecznie jest dla Palestyńczyków najważniejszy.

“Trzecia Intifada”?

Brak komentarzy
źródło: cfwatch.com

źródło: cfwatch.com

Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu Jordanu szykują własny Dzień Gniewu. Planują masowe demonstracje na 15 maja i na Facebooku dumnie – i prawdopodobnie na wyrost – nazywają je “Trzecią Intifadą”. Stronę “lubi” już ponad 110 tysięcy ludzi, jednak należy wspomnieć, że kliknąć może każdy użytkownik Facebooka, niekoniecznie Palestyńczyk, co znacząco deprecjonuje wartość tej liczby. Jednocześnie trzeba pamiętać, że wszelkie inicjatywy antyizraelskie zarówno w Strefie Gazy, jak i na Zachodnim Brzegu Jordanu, łatwo mogą zyskać poklask wśród mieszkańców. Urokowi całej stronie na portalu społecznościowym dodaje groźba Palestyńczyków, iż jeżeli zostanie zablokowana, zbojkotują serwis. Ciekawe czy wiedzą, iż jego założyciel nazywa się Mark Zuckenberg?

Dlaczego 15 maj?
Data jest kompletnie nieprzypadkowa. Czternastego maja 1948 roku ogłoszona została izraelska Deklaracja Niepodległości, która jest świętem narodowym w Izraelu. Piętnastego maja Palestyńczycy obchodzą Dzien Makbah (Dzień Katastrofy) mający przypominać o ich wypędzeniach lub ucieczkach, które miały miejsce głównie w wyniku wojny o niepodległość (1948-1949) i dotknęły około 711 tysięcy według UNRWA (Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie). Obecnie UAgencja zarejestrowała 4,8 miliona palestyńskich uchodźców. – najwięcej w Jordanii – ponad 2 miliony.

Na ulicę ma więc kto wychodzić, a sam termin jest wręcz naturalny do demonstracji swojego gniewu. Przy sprawnej organizacji, dobrym marketingu, w połączeniu z biedą i brakiem perspektyw, a także “arabskimi rewolucjami” w Egipcie, Tunezji i Libii – Palestyńczycy nie mają po co zostawać w domu.

Czy to ma sens i co na to wszystko Izrael?
Izraelskie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na pewno podjęły już stosowne działania, począwszy od kliknięcia “lubię to!” to Facebooku i monitorowania strony. Izrael na ewentualny wybuch zamieszek będzie przygotowany, a potencjalna palestyńska Intifada nie będzie takim zagrożeniem dla Izraela jak w 1987 i 2000 roku. Mur oddzielający Izrael od Zachodniego Brzegu Jordanu jest powszechnie krytykowany jako dzielący Izraelczyków i Palestyńczyków na dwa narody, z których jeden może wszystko, a drugi nie ma żadnych praw. To prawda, ale teraz izraelscy politycy mogą powiedzieć – w obliczu zagrożenia ze strony Palestyńczyków nasze bezpieczeństwo zdecydowanie się zwiększyło.

Kolejna Intifada nie ma również sensu z punktu widzenia Palestyńczyków z jeszcze jednego powodu. Jak pokazują statystyki, jej ofiarami staliby się głownie oni sami. Przed niezwykle trudnym dylematem stoją z kolei władze Autonomii Palestyńskiej. Muszą zrobić wszystko, by Dzień Gniewu nie obrócił się przeciwko nim, a mają ku temu Palestyńczycy powody. Kiedy ogółem 51% Palestyńczyków (dane Ośrodka Informacji ONZ w Warszawie) żyje poniżej granicy ubóstwa, skorumpowani urzędnicy mają się jak najlepiej. Prezydent Mahmud Abbas powinien więc wesprzeć demonstracje – z jego punktu widzenia lepiej by skierowane były one przeciwko Izraelowi, aniżeli przeciwko niemu.

Szczególnie że niedawno Fatah ponownie dostał “od życzliwych” po głowie. Telewizja Al-Jazeera ujawniła poufne palestyńskie dokumenty z czasów negocjacji z Izraelem. Wynika z nich, iż Palestyńczycy byli gotowi na niepopularne w świecie arabskim kompromisy, takie jak np. przekazanie kontroli nad Wzgórzem Świątynnym międzynarodowemu komitetowi. Jeżeli Al-Jazeera chciała zaszkodzić umiarkowanemu Abbasowi to nie mogła znaleźć lepszego czasu. W momencie, gdy Izrael odrzuca amerykańskie sugestie zamrożenia rozbudowy osiedli, katarska telewizja dodatkowo osłabia pozycję Palestyńczyków. Efektem tego jest rezygnacja głównego palestyńskiego negocjatora – Saeba Erekata.

Izrael również powinien zrobić wszystko, aby te protesty były przeciwko … Izraelowi. Dalsze osłabianie Fatahu na Zachodnim Brzegu byłoby krótkowzroczne, ponieważ trudno, by nawet premier Netanjahu uznał, iż lepsze byłoby wzmocnienie na tamtym terytorium roli Hamasu, który być może właśnie zaciera ręce. Oskarżanie Fatahu o zdradę jest dużo prostsze, gdy do mediów przeciekają takie informacje, jak te dotyczące kontroli nad Haram-al-Shariff (wspomniane wcześniej Wzgórze Świątynne), trzecim najważniejszym miejscem dla muzułmanów. Same demonstracje nie będą zagrożeniem dla bezpieczeństwa Izraela.

Czy Palestyńczycy powinni się uczyć o Holocauście?

1 komentarz
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Na profilu facebookowym “Kącika Dyplomatycznego” rozgorzała gorąca dyskusja nad kwestią – czy palestyńskie dzieci powinny uczyć się o Shoah? Spór pojawił się po tym, jak Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA) ogłosiła, iż zamierza nauczać o zagładzie w prowadzonych przez siebie szkołach. Zgodnie zaprotestowały Hamas i Fatah.

Może jednak to pytanie zostało postawione w zły sposób? Czy istnieje jakikolwiek powód, dla którego młodzież w jakiejkolwiek szkole świata nie powinna wiedzieć, czym był Endlosung (”ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”)? Oczywiście, część Palestyńczyków może twierdzić, że zagłady Żydów nie było, ale umówmy się – wśród poważnych historyków nie ma co do tego żadnych wątpliwości. O Shoah należy nauczać w szkołach izraelskich, palestyńskich, polskich, węgierskich, rosyjskich, filipińskich, kongijskich a nawet irańskich chociażby po to, by pokazać, co człowiek mógł zrobić człowiek w “cywilizowanej Europie”. Wydarzenia z początku lat 90′ w Rwandzie pokazują, iż świat nie odrobił tej lekcji historii.

Inną kwestią jest oczywiście, czy Palestyńczycy chcą się uczyć o zagładzie. i czy ich uczuć nie należy po części zrozumieć. Sami Izraelczycy – piszę teraz o obecnym rządzie – w żaden sposób nie są uwrażliwieni na cierpienia narodu palestyńskiego, a operacja “Płynny Ołów” zakończyła się śmiercią nie tylko bojówkarzy Hamasu, ale również setek cywilów (w tym 320 dzieci – dane B’Tselem) . Izraelczycy często zapominają, iż nie tylko oni potracili swoje domy, a teraz prowadzą intensywną akcja osadniczą na terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu. Na szczególną uwagę zasługuje osadnictwo w Jerozolimie Wschodniej, gdzie przy okazji administracyjnie prześladuje się Palestyńczyków, a także burzy ich domy (od 1967 roku na terytorium całego Zachodniego Brzegu Jordanu – 23 tysiące – dane ONZ). Według raportu organizacji BTselem z około 9 tysięcy dotychczasowych ofiar około 7300 to Palestyńczycy.

Można krytykować politykę izraelskiego rządu, ale to nie oznacza, że wobec wszystkiego należy być na “nie”. Palestyńczykom i Izraelczykom brakuje wzajemnego zrozumienia i zamiast poważnych rozmów,  obserwujemy głośne pokrzykiwania, kto jest bardziej winny. Tylko że zwycięstwo w takiej akademickiej dyskusji jest iście pyrrusowe, bo do niczego nie doprowadzi. Izrael nie będzie miał pokoju, a Palestyńczycy nie będą mieć swojego państwa, zaś ich byt materialny pozostanie nadal fatalny. Zamiast tego próbujmy poszukać rozwiązania, a dobrym krokiem w jego kierunku jest edukacja młodzieży i uwrażliwianie na traumatyczne przeżycie drugiego narodu. Jeżeli Hamas nie chce zaakceptować istnienia Izraela oraz faktu historycznego, jakim jest Holocaust, to o jakim my pokoju mówimy? Identycznie jest z Izraelem -  izraelska młodzież powinna zrozumieć, iż około 800 tysięcy Palestyńczyków musiało opuścić swoje domy i rezygnacja z powrotu na ziemie izraelskie – a na to jest gotowy Mahmud Abbas – jest co prawda realistycznym postawieniem sprawy (Izrael przecież nie popełni demograficznej samobójstwa), ale także olbrzymim ustępstwem politycznym. Kompletną ignorancją jest więc kontynuowanie akcji osadniczej na Zachodnim Brzegu Jordanu, bo gdzie mają zamieszkać ci uchodźcy z np. Libanu?

Pokój jest obecnie daleko niczym Słońce, ale jeżeli kiedyś uda się jakiś zawrzeć, aby się utrzymał, musi być sprawiedliwy i niewymuszony. Czy pokój na Bliskim Wschodzie da się budować na, niestety już mocno zakorzenionych, nienawiści i kłamstwie? Będzie to zadanie co najmniej ciężkie. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że próba przekłamywanie historii jest właśnie tym, czego oczekują radykałowie żyjący z tego konfliktu. Im przecież na pokoju zależy najmniej.

Dlatego pomysł UNRWA jest bardzo dobry. Młodzi Palestyńczycy powinni uczyć się o Shoah, tak samo życzyłbym sobie, żeby w izraelskich szkołach, a może zwłaszcza w tych, do których uczęszczają dzieci osadników, uczono o cierpieniu i biedzie palestyńskich uchodźców. To już jednak temat na zupełnie inną dyskusję…

Ewolucja w Egipcie?

Brak komentarzy
źródło: konflikty.wp.pl

źródło: konflikty.wp.pl

Nie ustają protesty w Egipcie. Prezydent Mubarak zapowiedział, iż nie wystartuje w następnych wyborach prezydenckich, ale o tym było już wiadomo przed wybuchem “dni gniewu”. Najważniejsze jest teraz, że do poważnych zmian w Egipcie będzie musiało dojść – pytanie tylko – kiedy?

Rewolucja czy ewolucja?
Media w Polsce rozkochały się w nazwie “rewolucja”. Pytanie więc, co jak do tej pory przyniosła owa “rewolucja w Egipcie” i co zatem idzie, czy to odpowiednie nazewnictwo? Nic. Na razie nie doszło do żadnej rewolucyjnej zmiany – w kraju nadal rządzi wojsko, prezydentem pozostaje – choć naturalnie dużo słabszym i uzależnionym od wojska – jeszcze Mubarak, reformy są jak na razie jedynie obietnicą, a nieodłącznym elementem obrazków z Kairu jest jeden wielki chaos.

Zmiany w Egipcie zajdą najprawdopodobniej na drodze ewolucji. Jest to na rękę Amerykanom, obecnie rządzącym w Egipcie oraz opozycji. De facto Mubarak już nie panuje w państwie faraonów – z opozycją negocjuje wiceprezydent Suleiman. Ludzie w Egipcie nie protestują dlatego, bo lud marzy o demokracji. Główną przyczyną są aspekty gospodarcze, a dopiero z nich wynikają konsekwencje polityczne, a więc także i możliwa demokratyzacja. Gdyby PKB per capita wynosił w Egipcie (6200 $ – CIA Factbook) tyle, co w Kuwejcie (51 tysięcy $ – CIA Factbook) , próżno byłoby szukać chętnych do protestowania na placu Tahrir. Moje rozmowy z Egipcjanami na temat Mubaraka nie rozpoczynały się nawet od stanu wojennego, a od wzrastających cen i bezrobocia. Tym żyją przeciętni ludzie, a nie wzniosłymi, choć jakże pięknymi, ideami. Niesprawiedliwa redystrybucja dóbr (albo mówiąc brutalnie – jej brak) zadecydowała o wybuchu społecznym

Warto rozmawiać
Władze i opozycja, jakkolwiek by nie oceniać reprezentatywności jednych i drugich dla społeczeństwa, są teraz sobie wzajemnie potrzebne. Pozycja Mubaraka jest bardzo mocno zachwiana, wojska jak najbardziej nie i nadal reprezentuje ono swoje interesy. Protestujący nie tylko nie mają zasobów politycznych do przejęcia władzy – bez wojska nie mają też wystarczającej siły. Są jednak w stanie, gwałtownie występując, doprowadzić do chaosu, zaakcentować w kraju i na świecie brak popularności obecnej władzy, a także dołożyć egipskiej gospodarce, wypędzając turystów (chociaż nadal można wykupić ofertę Last Minute do Egiptu). Przede wszystkim – nie można ich zignorować.

Scenariusz błyskawicznego przejęcia władzy byłby dla opozycji po prostu tragedią. Co jak co, ale El-Baradei nie jest szanowanym wojskowym oraz charyzmatycznym liderem porywającym tłumy, a urzędnikiem, z dobrym nosem politycznym, na którego dość niechętnie patrzą się Amerykanie. Nagle on i reszta opozycji znaleźliby się w sytuacji, w której otrzymaliby w spadku nieposłuszny, skorumpowany aparat urzędniczy i oczekiwania gospodarcze ludzi, którym nie byłby w stanie sprostać (pomoc socjalna, podwyżki płac, zmniejszenie bezrobocia, zahamowanie wzrostu cen itd). Niewątpliwie również, o ile możliwe są pewne kompromisy personalne, o tyle wojsko nie zrezygnuje z roli, jaką odgrywa obecnie w Egipcie. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłoby, z punktu widzenia opozycji, doprowadzenie do przeprowadzenie przez obecną władzę reform, tak, aby ich ewentualne negatywne skutki dosięgnęły odchodzącego już przecież prezydenta Mubaraka. Swoją drogą Ali Chamanei łyknął prawdopodobnie któregoś ranka nie tę tabletkę co trzeba, gdyż ogłosił, iż Hosni Mubarak to … syjonista.

Władze z kolei potrzebują opozycji do opanowania sytuacji. Stąd rozmowy o reformie kraju. Część odpowiedzialności trzeba na kogoś przerzucić. W tym momencie nie ma innego partnera – pozostaje opozycja, w tym Bractwo Muzułmańskie oraz Mohamed El-Baradei i jego ludzie. W rozkroku znajduje się prezydent Obama, bo ze względów pragmatycznych (sytuacja na Bliskim Wschodzie) nie może opuścić reżimu, a z kolei względy polityczne (PR, hasła o demokracji, słynne przemówienie w Kairze), nie może przecież wspierać autorytarnych władz przeciwko protestującym ludziom, których duża część domaga się przecież tego, o czym tak pięknie amerykański prezydent przemawia. “Biały Dom” widocznie również stwierdził, że najlepszym wyjściem będą rozmowy i ewolucja w Egipcie, która pozwoli na zwiększenie udziału ludzi w sprawowaniu władzy, zachowanie wpływów wojska i prawdopodobnie również, Stanów Zjednoczonych, w tym kraju. W Waszyngtonie musieli przecież wyciągnąć wnioski z porażki w Iranie w 1979 roku, której skutki odczuwają do dziś.

Trzeba też pamiętać o jeszcze jednym. Nieważne, jak pięknie będą będą zapisane przepisy, ważne, jak będą one egzekwowane. O realnych ustępstwach władzy będzie można mówić dopiero, gdy zaczną one funkcjonować.

 123456Starsze artykuły