Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Bliski Wschód

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było…

1 komentarz
źródło: businessinsider.com

źródło: businessinsider.com

Niemało zamieszania wywołała wypowiedź Baracka Obamy na temat przyszłych granic niepodległej Palestyny. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że podstawą porozumienia powinny być granice z 1967 roku.  Media i część polityków usilnie starali się znaleźć w tym możliwy przełom w konflikcie bliskowschodnim. Minął miesiąc i co się okazało?

Po pierwsze, Barack Obama po chwili “sprostował” swoje wystąpienie zaznaczając, że mówiąc o granicy z 1967 roku, nie miał na myśli Jerozolimy i to jest zupełnie osobna kwestia. Gdyby przyjąć opcję z powrotem do 1967 roku, oznaczałoby to utrzymanie przez Izrael Jerozolimy Zachodniej, ale oddanie Jerozolimy Wschodniej, wraz ze Starym Miastem (i 180 tysiącami Izraelczyków tam zamieszkujących).

Po drugie, w związku z pierwszym, nie ma więc tutaj żadnej rewolucji, ani nawet ewolucji. Granice z 1967 to baza do rozmów pokojowych od wielu lat i prezydent nie powiedział nic sensacyjnego. O tych granicach mowa już w Rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 242 z … 1967 roku. Jeżeli niepodległa Palestyna ma powstać, to w jakich innych granicach?

Po trzecie, znowu premier Netanjahu pokazał, jak potężną siłą dysponuje izraelska dyplomacja. Benjamin Netanjahu tym różni się od Baracka Obamy, że nie ma wrogów w Kongresie. Proszę zobaczyć obrazki z filmu, który umieszczam poniżej. Oklaski na stojąco na powitanie. Po uzyskaniu poparcia Kongresu premier Izraela mógł być spokojny, że nic złego ze strony prezydenta Obamy go nie spotka. Jednym zdaniem – amerykańska polityka wobec Izraela nie zmieni się.

Po czwarte, nadal nie ma jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków, gdyż proces pojednania jeszcze się nie powiódł. Obecnie między Hamasem, a Fatahem trwają przepychanki wokół osoby nowego (starego) premiera Fajada. Zakładając jednak, że uda się je przezwyciężyć, to co dalej, skoro Izrael wykluczył rozmowy z Hamasem, a Hamas do rozmów z Izraelem też – mówiąc bardzo dyplomatycznie – nie kwapi? Jak można mówić o pokoju, gdy dwie strony nawet ze sobą nie rozmawiają? Hamas – co na dzień dzisiejszy wydaje się mało prawdopodobne – musiałby uznać prawo Izraela do istnienia oraz wyrzec się terroryzmu, a Izrael uznać polityków Hamasu za przedstawicieli narodu palestyńskiego, z którymi trzeba rozmawiać. Brzmi prawdopodobnie a.d. 2011?

Po piąte, wiadome jest, że jeżeli ma dojść do podpisania pokoju, to większość, jeśli nie prawie wszystkie, osiedla z Zachodniego Brzegu Jordanu trzeba będzie ewakuować. Myśląc poważnie o porozumieniu, należałoby wstrzymać dalszą rozbudowę osiedli z pragmatycznego powodu. Więcej osadników to większy problem przy ewakuacji dla rządu izraelskiego. Co innego, gdyby obecna koalicja nie chciała się dogadywać – wtedy takie zamrożenie rozbudowy byłoby politycznym ciosem dla rządu premiera Netanjahu, który jest wśród osadników popularny.

źródło: gaza.haimbresheeth.com

źródło: gaza.haimbresheeth.com

Jak zatem widać niewiele się zmieniło. Dużo słów, mało czynów. Prezydent Obama tylko potwierdził, że podobnie jak jego poprzednicy, jest bezradny.

Mógłbym napisać – a nie mówiłem?

——-
Witam Czytelników po sesji, wracam do pisania i zapraszam do czytania. W następnym tekście zajmę się polską prezydencją, która już tuż, tuż.

Wizyta w studiu Polsatu News i rozmowa na temat Bliskiego Wschodu

7 komentarzy

Na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego miałem przyjemność rozmawiać z redaktorem Robertem Bernatowiczem oraz Amal el-Maaytah, szefową działu Bliski Wschód czasopisma “Stosunki Międzynarodowe”

W moich wypowiedziach ukrył się jeden mały chochlik. Powierzchnia Zachodniego Brzegu Jordanu to 1/7 województwa mazowieckiego, a nie 1/2. Wyobraźcie więc sobie, że na tej mniej więcej 2/3 województwa mazowieckiego (Izrael, Strefa Gazy, Zachodni Brzeg Jordanu) trzeba zmieścić około 12 milionów ludzi. Strefa Gazy, która jest prawie dwukrotnie mniejsza niż powiat warszawsko-zachodni ma nieco mniej mieszkańców niż cała Warszawa.

Pojednanie palestyńsko-palestyńskie? Porozumienie Fatahu z Hamasem

Brak komentarzy
źródło: onejerusalem.com

po lewej: Mahmud Abbas, po prawej: Chaled Meszal źródło: onejerusalem.com

Fatah i Hamas zawarły wstępne porozumienie, kończące wojnę palestyńsko-palestyńską. Zakłada ono dymisje rządów na Zachodnim Brzegu Jordanu (Fatahu) oraz Strefie Gazy (Hamas), a następnie powołanie wspólnego gabinetu “bezpartyjnych” “fachowców” (cudzysłów celowy, gdyż zapewne nie będą oni ani bezpartyjni, an nie będą fachowcami). Stanowisko prezydenta zachować ma Mahmud Abbas, a wybory odbędą się w przeciągu roku.. Oczywiście, są to jedynie przecieki. Ostateczny kształt porozumienia poznamy prawdopodobnie w przyszłym tygodniu Oficjalnie zostanie podpisane w środę. Wielką niewiadomą pozostaje jego trwałość.

Egipt wchodzi do gry?
Porozumienie osiągnięto w Egipcie, gdzie doszło do tajnych spotkań, których organizację i przebieg ułatwiały władze tego państwa. Po odejściu Mubaraka nastąpiła modyfikacja polityki zagranicznej Kairu względem Izraela. Nie musi to wcale wynikać ze zmiany priorytetów, co zresztą jest dość wątpliwe, ale z konieczności utrzymania popularności. Oznacza to niekoniecznie otwartą współpracę z Izraelem i wojnę z Hamasem, prowadzoną przecież przez byłego prezydenta w sojuszu ze swoim żydowskim sąsiadem. W kwietniu tego roku Egipcjanie zatrzymali budowę podziemnego muru na granicy ze Strefą Gazy, który miał uniemożliwić przemyt, z którego żyło terytorium kontrolowane przez Hamas. O tym projekcie pisałem szczegółowo w artykule “Kolejny ‘mur’ na Bliskim Wschodzie”.

Mówiąc wprost, nowy egipski rząd nie będzie próbował zatrzymać przemytu i tym samym sprawia Hamasowi uroczy prezent. Nie ostatni jednak, gdyż Egipcjanie zapowiadają, iż na dniach, na stałe, otworzą przejście graniczne w Rafah. W tym momencie żółta lampka ostrzegawcza zapaliła się w Jerozolimie, a swój kolor zmieniła na czerwony po przeciekach w/s porozumienia palestyńsko-palestyńskiego.

Egipt w tym konflikcie popierał umiarkowanego Abbasa. Stąd koncepcja “podziemnego muru” czy zamknięcie granicy. Kair uważał Hamas za zagrożenie z dwóch powodów. Pierwszym z nich są niepodważalne powiązania pomiędzy Hamasem, a nieżyczliwym zarówno wobec Egiptu, jak i Izraela, Iranem. Drugim związki Hamasu z Bractwem Muzułmańskim, uważanym przez ekipę Mubaraka za śmiertelne zagrożenie.

Tymczasowy rząd dokonał modyfikacji polityki, wspierając pojednanie wśród Palestyńczyków oraz przestając postrzegać Hamas jako śmiertelne zagrożenie również dla Egiptu. Decyzje wydają się sensowne, szczególnie ze względów PR-owych. Egipska ulica nie przepada za Izraelem, a jej siła nie będzie teraz lekceważona, nawet przez faktycznie rządzące dalej w Państwie Faraonów wojsko. Kair odzyskuje jednocześnie inicjatywę jako gracz w tamtym regionie.

Jak porozumienie może wpłynąć na bliskowschodni proces pokojowy?
Oczywiście, niebawem może okazać się, iż pojednanie jest kruche, a Fatah i Hamas ponownie mogą pogrążyć się w wojnie, kontynuując tym samym podział Palestyńczyków na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy nie tylko pod względem geograficznym, ale również politycznym. Trzeba pamiętać, że w tej wojnie domowej ginęli ludzie, zaś wzajemnym oskarżeniom nie było końca. Porównując, można by uznać stosunki Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim za wzorowe. Przyjmijmy jednak, że porozumienie utrzyma się. Cóż to będzie oznaczać?

Bliskowschodni proces pokojowy jest obecnie trupem, a nieżywego przecież nie można zabić, dlatego porozumienie nie wpłynie negatywnie na rozmowy izraelsko-palestyńskie. Ich przecież oficjalnie obecnie nie ma. W sprawie podziału wśród Palestyńczyków zawsze możliwe były tylko trzy możliwości. Albo Fatah pokona ostatecznie Hamas albo Hamas pokona Fatah albo, co wydawało się najbardziej prawdopodobne, dojdzie do porozumienia i podziału władzy. Innego rozstrzygnięcia problemu braku jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków po prostu nie ma.

Koalicyjne władze nie zostaną jednak uznane przez … Izrael, który uważa – skądinąd słusznie – że ciężko rozmawiać z kimś, kto nawołuje do całkowitego zniszczenia państwa żydowskiego. Premier Netanjahu wyraził już elastyczność izraelskiego stanowiska w tej kwestii stwierdzając, że Fatah będzie miał pokój z Izraelem albo z Hamasem. Radykałowie również nie przebierają nogami do oficjalnych rozmów z ‘reżimem syjonistycznym”. Hamas uznawany jest przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone za organizację terrorystyczną. Dopóki nie uzna Izraela oraz nie wyrzeknie się terroryzmu (jak swego czasu, chociaż nie do końca szczerze, Jaser Arafat), nie będzie negocjacji pokojowych. Małym światełkiem w bardzo długim tunelu są deklaracje o możliwym uznaniu granic z 1967 roku.

Na społeczność międzynarodową Palestyńczycy nie mogą liczyć. Rezolucję o osadnictwie izraelskim zawetowali w Radzie Bezpieczeństwa, co nikogo nie dziwi, Amerykanie. Przez Zgromadzenie Ogólne można by przeprowadzić inną rezolucję, nawołującą do uznania Palestyny za niepodległe państwo, ale to będzie tylko zalecenie lub opinia, niewiążące państwa. Na przegłosowanie mocnej rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa nie ma żadnych szans – Waszyngton nie pozwoli skrzywdzić Izraela, zwłaszcza w okolicach wyborów prezydenckich za oceanem. Trzeba tez pamiętać o realiach. Izrael panuje militarnie w regionie. Wniosek z tego jest taki, że jeżeli Abbas poważnie myśli o pokoju, może go osiągnąć tylko poprzez porozumienie z Izraelczykami. Ci z kolei na zainteresowanych rozmowami nie wyglądają.

Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu Jordanu są też uzależnieni od zagranicznych pieniędzy, w tym z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, spływających na konto Autonomii Palestyńskiej. Mowa o kilkuset milionach dolarów rocznie. Obama, o czym pisał “Newsweek”, groził odcięciem tej pomocy. Podobne głosy pojawiły się po pojawieniu się informacji o porozumieniu z Hamasem. Pomoc dla Palestyńczyków przyznaje wszakże Kongres. W tym miejscu należy jednak zadać pytanie – skoro nie Fatah, to kogo w Palestynie mają wspierać państwa zachodnie? Z drugiej strony, będzie to wyglądać przekomicznie, jeśli dostęp do pieniędzy unijnych i amerykańskich uzyska, uznawany przez nie za organizację terrorystyczną, Hamas.

Niewiadomą jest również wynik wyborów. Ciekawe, czy obejmą one również urząd prezydenta. Mahmud Abbas, lider Fatahu, piastuje to stanowisko już ponad przewidywany przez prawo czas trwania swojej kadencji. Przypomnijmy też, iż ostatnie, demokratyczne wybory parlamentarne wygrał Hamas. Trudno przewidzieć, czy pompowany zachodnimi pieniędzmi Fatah zdoła tym razem pokonać swoich radykalnych przeciwników. Jeżeli wyniki będą podobne do tych z 2006 roku, oznaczać to będzie, że pokój niekoniecznie jest dla Palestyńczyków najważniejszy.

“Trzecia Intifada”?

Brak komentarzy
źródło: cfwatch.com

źródło: cfwatch.com

Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu Jordanu szykują własny Dzień Gniewu. Planują masowe demonstracje na 15 maja i na Facebooku dumnie – i prawdopodobnie na wyrost – nazywają je “Trzecią Intifadą”. Stronę “lubi” już ponad 110 tysięcy ludzi, jednak należy wspomnieć, że kliknąć może każdy użytkownik Facebooka, niekoniecznie Palestyńczyk, co znacząco deprecjonuje wartość tej liczby. Jednocześnie trzeba pamiętać, że wszelkie inicjatywy antyizraelskie zarówno w Strefie Gazy, jak i na Zachodnim Brzegu Jordanu, łatwo mogą zyskać poklask wśród mieszkańców. Urokowi całej stronie na portalu społecznościowym dodaje groźba Palestyńczyków, iż jeżeli zostanie zablokowana, zbojkotują serwis. Ciekawe czy wiedzą, iż jego założyciel nazywa się Mark Zuckenberg?

Dlaczego 15 maj?
Data jest kompletnie nieprzypadkowa. Czternastego maja 1948 roku ogłoszona została izraelska Deklaracja Niepodległości, która jest świętem narodowym w Izraelu. Piętnastego maja Palestyńczycy obchodzą Dzien Makbah (Dzień Katastrofy) mający przypominać o ich wypędzeniach lub ucieczkach, które miały miejsce głównie w wyniku wojny o niepodległość (1948-1949) i dotknęły około 711 tysięcy według UNRWA (Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie). Obecnie UAgencja zarejestrowała 4,8 miliona palestyńskich uchodźców. – najwięcej w Jordanii – ponad 2 miliony.

Na ulicę ma więc kto wychodzić, a sam termin jest wręcz naturalny do demonstracji swojego gniewu. Przy sprawnej organizacji, dobrym marketingu, w połączeniu z biedą i brakiem perspektyw, a także “arabskimi rewolucjami” w Egipcie, Tunezji i Libii – Palestyńczycy nie mają po co zostawać w domu.

Czy to ma sens i co na to wszystko Izrael?
Izraelskie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na pewno podjęły już stosowne działania, począwszy od kliknięcia “lubię to!” to Facebooku i monitorowania strony. Izrael na ewentualny wybuch zamieszek będzie przygotowany, a potencjalna palestyńska Intifada nie będzie takim zagrożeniem dla Izraela jak w 1987 i 2000 roku. Mur oddzielający Izrael od Zachodniego Brzegu Jordanu jest powszechnie krytykowany jako dzielący Izraelczyków i Palestyńczyków na dwa narody, z których jeden może wszystko, a drugi nie ma żadnych praw. To prawda, ale teraz izraelscy politycy mogą powiedzieć – w obliczu zagrożenia ze strony Palestyńczyków nasze bezpieczeństwo zdecydowanie się zwiększyło.

Kolejna Intifada nie ma również sensu z punktu widzenia Palestyńczyków z jeszcze jednego powodu. Jak pokazują statystyki, jej ofiarami staliby się głownie oni sami. Przed niezwykle trudnym dylematem stoją z kolei władze Autonomii Palestyńskiej. Muszą zrobić wszystko, by Dzień Gniewu nie obrócił się przeciwko nim, a mają ku temu Palestyńczycy powody. Kiedy ogółem 51% Palestyńczyków (dane Ośrodka Informacji ONZ w Warszawie) żyje poniżej granicy ubóstwa, skorumpowani urzędnicy mają się jak najlepiej. Prezydent Mahmud Abbas powinien więc wesprzeć demonstracje – z jego punktu widzenia lepiej by skierowane były one przeciwko Izraelowi, aniżeli przeciwko niemu.

Szczególnie że niedawno Fatah ponownie dostał “od życzliwych” po głowie. Telewizja Al-Jazeera ujawniła poufne palestyńskie dokumenty z czasów negocjacji z Izraelem. Wynika z nich, iż Palestyńczycy byli gotowi na niepopularne w świecie arabskim kompromisy, takie jak np. przekazanie kontroli nad Wzgórzem Świątynnym międzynarodowemu komitetowi. Jeżeli Al-Jazeera chciała zaszkodzić umiarkowanemu Abbasowi to nie mogła znaleźć lepszego czasu. W momencie, gdy Izrael odrzuca amerykańskie sugestie zamrożenia rozbudowy osiedli, katarska telewizja dodatkowo osłabia pozycję Palestyńczyków. Efektem tego jest rezygnacja głównego palestyńskiego negocjatora – Saeba Erekata.

Izrael również powinien zrobić wszystko, aby te protesty były przeciwko … Izraelowi. Dalsze osłabianie Fatahu na Zachodnim Brzegu byłoby krótkowzroczne, ponieważ trudno, by nawet premier Netanjahu uznał, iż lepsze byłoby wzmocnienie na tamtym terytorium roli Hamasu, który być może właśnie zaciera ręce. Oskarżanie Fatahu o zdradę jest dużo prostsze, gdy do mediów przeciekają takie informacje, jak te dotyczące kontroli nad Haram-al-Shariff (wspomniane wcześniej Wzgórze Świątynne), trzecim najważniejszym miejscem dla muzułmanów. Same demonstracje nie będą zagrożeniem dla bezpieczeństwa Izraela.

Czy Palestyńczycy powinni się uczyć o Holocauście?

1 komentarz
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Na profilu facebookowym “Kącika Dyplomatycznego” rozgorzała gorąca dyskusja nad kwestią – czy palestyńskie dzieci powinny uczyć się o Shoah? Spór pojawił się po tym, jak Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA) ogłosiła, iż zamierza nauczać o zagładzie w prowadzonych przez siebie szkołach. Zgodnie zaprotestowały Hamas i Fatah.

Może jednak to pytanie zostało postawione w zły sposób? Czy istnieje jakikolwiek powód, dla którego młodzież w jakiejkolwiek szkole świata nie powinna wiedzieć, czym był Endlosung (”ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”)? Oczywiście, część Palestyńczyków może twierdzić, że zagłady Żydów nie było, ale umówmy się – wśród poważnych historyków nie ma co do tego żadnych wątpliwości. O Shoah należy nauczać w szkołach izraelskich, palestyńskich, polskich, węgierskich, rosyjskich, filipińskich, kongijskich a nawet irańskich chociażby po to, by pokazać, co człowiek mógł zrobić człowiek w “cywilizowanej Europie”. Wydarzenia z początku lat 90′ w Rwandzie pokazują, iż świat nie odrobił tej lekcji historii.

Inną kwestią jest oczywiście, czy Palestyńczycy chcą się uczyć o zagładzie. i czy ich uczuć nie należy po części zrozumieć. Sami Izraelczycy – piszę teraz o obecnym rządzie – w żaden sposób nie są uwrażliwieni na cierpienia narodu palestyńskiego, a operacja “Płynny Ołów” zakończyła się śmiercią nie tylko bojówkarzy Hamasu, ale również setek cywilów (w tym 320 dzieci – dane B’Tselem) . Izraelczycy często zapominają, iż nie tylko oni potracili swoje domy, a teraz prowadzą intensywną akcja osadniczą na terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu. Na szczególną uwagę zasługuje osadnictwo w Jerozolimie Wschodniej, gdzie przy okazji administracyjnie prześladuje się Palestyńczyków, a także burzy ich domy (od 1967 roku na terytorium całego Zachodniego Brzegu Jordanu – 23 tysiące – dane ONZ). Według raportu organizacji BTselem z około 9 tysięcy dotychczasowych ofiar około 7300 to Palestyńczycy.

Można krytykować politykę izraelskiego rządu, ale to nie oznacza, że wobec wszystkiego należy być na “nie”. Palestyńczykom i Izraelczykom brakuje wzajemnego zrozumienia i zamiast poważnych rozmów,  obserwujemy głośne pokrzykiwania, kto jest bardziej winny. Tylko że zwycięstwo w takiej akademickiej dyskusji jest iście pyrrusowe, bo do niczego nie doprowadzi. Izrael nie będzie miał pokoju, a Palestyńczycy nie będą mieć swojego państwa, zaś ich byt materialny pozostanie nadal fatalny. Zamiast tego próbujmy poszukać rozwiązania, a dobrym krokiem w jego kierunku jest edukacja młodzieży i uwrażliwianie na traumatyczne przeżycie drugiego narodu. Jeżeli Hamas nie chce zaakceptować istnienia Izraela oraz faktu historycznego, jakim jest Holocaust, to o jakim my pokoju mówimy? Identycznie jest z Izraelem -  izraelska młodzież powinna zrozumieć, iż około 800 tysięcy Palestyńczyków musiało opuścić swoje domy i rezygnacja z powrotu na ziemie izraelskie – a na to jest gotowy Mahmud Abbas – jest co prawda realistycznym postawieniem sprawy (Izrael przecież nie popełni demograficznej samobójstwa), ale także olbrzymim ustępstwem politycznym. Kompletną ignorancją jest więc kontynuowanie akcji osadniczej na Zachodnim Brzegu Jordanu, bo gdzie mają zamieszkać ci uchodźcy z np. Libanu?

Pokój jest obecnie daleko niczym Słońce, ale jeżeli kiedyś uda się jakiś zawrzeć, aby się utrzymał, musi być sprawiedliwy i niewymuszony. Czy pokój na Bliskim Wschodzie da się budować na, niestety już mocno zakorzenionych, nienawiści i kłamstwie? Będzie to zadanie co najmniej ciężkie. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że próba przekłamywanie historii jest właśnie tym, czego oczekują radykałowie żyjący z tego konfliktu. Im przecież na pokoju zależy najmniej.

Dlatego pomysł UNRWA jest bardzo dobry. Młodzi Palestyńczycy powinni uczyć się o Shoah, tak samo życzyłbym sobie, żeby w izraelskich szkołach, a może zwłaszcza w tych, do których uczęszczają dzieci osadników, uczono o cierpieniu i biedzie palestyńskich uchodźców. To już jednak temat na zupełnie inną dyskusję…

Ewolucja w Egipcie?

Brak komentarzy
źródło: konflikty.wp.pl

źródło: konflikty.wp.pl

Nie ustają protesty w Egipcie. Prezydent Mubarak zapowiedział, iż nie wystartuje w następnych wyborach prezydenckich, ale o tym było już wiadomo przed wybuchem “dni gniewu”. Najważniejsze jest teraz, że do poważnych zmian w Egipcie będzie musiało dojść – pytanie tylko – kiedy?

Rewolucja czy ewolucja?
Media w Polsce rozkochały się w nazwie “rewolucja”. Pytanie więc, co jak do tej pory przyniosła owa “rewolucja w Egipcie” i co zatem idzie, czy to odpowiednie nazewnictwo? Nic. Na razie nie doszło do żadnej rewolucyjnej zmiany – w kraju nadal rządzi wojsko, prezydentem pozostaje – choć naturalnie dużo słabszym i uzależnionym od wojska – jeszcze Mubarak, reformy są jak na razie jedynie obietnicą, a nieodłącznym elementem obrazków z Kairu jest jeden wielki chaos.

Zmiany w Egipcie zajdą najprawdopodobniej na drodze ewolucji. Jest to na rękę Amerykanom, obecnie rządzącym w Egipcie oraz opozycji. De facto Mubarak już nie panuje w państwie faraonów – z opozycją negocjuje wiceprezydent Suleiman. Ludzie w Egipcie nie protestują dlatego, bo lud marzy o demokracji. Główną przyczyną są aspekty gospodarcze, a dopiero z nich wynikają konsekwencje polityczne, a więc także i możliwa demokratyzacja. Gdyby PKB per capita wynosił w Egipcie (6200 $ – CIA Factbook) tyle, co w Kuwejcie (51 tysięcy $ – CIA Factbook) , próżno byłoby szukać chętnych do protestowania na placu Tahrir. Moje rozmowy z Egipcjanami na temat Mubaraka nie rozpoczynały się nawet od stanu wojennego, a od wzrastających cen i bezrobocia. Tym żyją przeciętni ludzie, a nie wzniosłymi, choć jakże pięknymi, ideami. Niesprawiedliwa redystrybucja dóbr (albo mówiąc brutalnie – jej brak) zadecydowała o wybuchu społecznym

Warto rozmawiać
Władze i opozycja, jakkolwiek by nie oceniać reprezentatywności jednych i drugich dla społeczeństwa, są teraz sobie wzajemnie potrzebne. Pozycja Mubaraka jest bardzo mocno zachwiana, wojska jak najbardziej nie i nadal reprezentuje ono swoje interesy. Protestujący nie tylko nie mają zasobów politycznych do przejęcia władzy – bez wojska nie mają też wystarczającej siły. Są jednak w stanie, gwałtownie występując, doprowadzić do chaosu, zaakcentować w kraju i na świecie brak popularności obecnej władzy, a także dołożyć egipskiej gospodarce, wypędzając turystów (chociaż nadal można wykupić ofertę Last Minute do Egiptu). Przede wszystkim – nie można ich zignorować.

Scenariusz błyskawicznego przejęcia władzy byłby dla opozycji po prostu tragedią. Co jak co, ale El-Baradei nie jest szanowanym wojskowym oraz charyzmatycznym liderem porywającym tłumy, a urzędnikiem, z dobrym nosem politycznym, na którego dość niechętnie patrzą się Amerykanie. Nagle on i reszta opozycji znaleźliby się w sytuacji, w której otrzymaliby w spadku nieposłuszny, skorumpowany aparat urzędniczy i oczekiwania gospodarcze ludzi, którym nie byłby w stanie sprostać (pomoc socjalna, podwyżki płac, zmniejszenie bezrobocia, zahamowanie wzrostu cen itd). Niewątpliwie również, o ile możliwe są pewne kompromisy personalne, o tyle wojsko nie zrezygnuje z roli, jaką odgrywa obecnie w Egipcie. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłoby, z punktu widzenia opozycji, doprowadzenie do przeprowadzenie przez obecną władzę reform, tak, aby ich ewentualne negatywne skutki dosięgnęły odchodzącego już przecież prezydenta Mubaraka. Swoją drogą Ali Chamanei łyknął prawdopodobnie któregoś ranka nie tę tabletkę co trzeba, gdyż ogłosił, iż Hosni Mubarak to … syjonista.

Władze z kolei potrzebują opozycji do opanowania sytuacji. Stąd rozmowy o reformie kraju. Część odpowiedzialności trzeba na kogoś przerzucić. W tym momencie nie ma innego partnera – pozostaje opozycja, w tym Bractwo Muzułmańskie oraz Mohamed El-Baradei i jego ludzie. W rozkroku znajduje się prezydent Obama, bo ze względów pragmatycznych (sytuacja na Bliskim Wschodzie) nie może opuścić reżimu, a z kolei względy polityczne (PR, hasła o demokracji, słynne przemówienie w Kairze), nie może przecież wspierać autorytarnych władz przeciwko protestującym ludziom, których duża część domaga się przecież tego, o czym tak pięknie amerykański prezydent przemawia. “Biały Dom” widocznie również stwierdził, że najlepszym wyjściem będą rozmowy i ewolucja w Egipcie, która pozwoli na zwiększenie udziału ludzi w sprawowaniu władzy, zachowanie wpływów wojska i prawdopodobnie również, Stanów Zjednoczonych, w tym kraju. W Waszyngtonie musieli przecież wyciągnąć wnioski z porażki w Iranie w 1979 roku, której skutki odczuwają do dziś.

Trzeba też pamiętać o jeszcze jednym. Nieważne, jak pięknie będą będą zapisane przepisy, ważne, jak będą one egzekwowane. O realnych ustępstwach władzy będzie można mówić dopiero, gdy zaczną one funkcjonować.

Dni gniewu w Egipcie

Brak komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

W takich opałach w czasie swoich 30-letnich rządów Hosni Mubarak jeszcze nie był. Po raz pierwszy ludzie w tak dużej ilości i z tak jasno określonym “programem” (odejście prezydenta) wyszli na ulice. Atmosferę – i tak gorącą -dodatkowo podgrzewają media poprzez publikację informacji prawdziwych, jak liczba zabitych i rannych (ok. 100 i ok. 3000) oraz tych mniej sprawdzonych według których prezydent Mubarak miałby uciec do … Izraela. Naturalnie, taki oczywisty nonsens, jak ten z Izraelem, był powtarzany przez wszelkie media.

Mubarak do odejścia zbiera się i tak, przy okazji tegorocznych wyborów prezydenckich W wieku 82 lat człowiekowi ciężko utrzymać autorytarną władzę i w naturalny sposób opiera ją na swoich najbliższych współpracownikach, a więc na wojskowych. Sam Mubarak to były generał armii, zatem jak najbardziej reprezentuje interesy wojska. Nowy premier Szafik to również wojskowy, a powołany właśnie wiceprezydent Omar Suleiman to wpływowy szef wywiadu, jeden z najważniejszych graczy na giełdzie tych, którzy mieliby zastąpić prezydenta Mubaraka, wymieniany jak dotąd w jednym szeregu z synem obecnego przywódcy, Gamalem. Można zatem mieć poważne wątpliwości, czy wojsko będzie miało jakikolwiek interes w obaleniu władzy, która jest przecież dla niego korzystna i likwidacji układu, w którym to generałowie, notabene wspierani przez Amerykanów, rządzą w Egipcie. Bez wojska zaś żadna “rewolucja” się nie uda.

Przegranym tych protestów prawdopodobnie będzie Gamal Mubarak. Jeśli jest w Egipcie ktoś mniej popularny od obecnego prezydenta, to jest nim właśnie jego syn, którego Egipcjanie nie cierpią. Sukcesja jest w tym momencie mniej prawdopodobna, a nominacja Suleimana może być sygnałem, iż to on zostanie następcą prezydenta. Nawet jeśli udałoby się przepchnąć Gamala, to trudno oczekiwać, by miał on równie mocną pozycję, jak dotąd jego ojciec. Trudno mieć też wątpliwości, czy wojsko stanęło po stronie reżimu – przecież nie żyje około 100 osób. Powiedzenie, że wszystko jest pod kontrolą, byłoby dużą przesadą, ale na wojnę domową się nie zanosi.

W “ciekawej” sytuacji znaleźli się Amerykanie i Izraelczycy. Rząd Netanjahu stosuje sprytną taktykę niewychylania się. To jedyne słuszne rozwiązanie, bo ewentualne wyrazy poparcia dla Mubaraka byłyby tylko pocałunkiem śmierci, a prawda jest taka, iż Izrael na wszelkie zmiany władzy patrzyłby się z wielkim niepokojem. Tutaj powrócę do informacji dotyczącej ewentualnej ucieczki Mubaraka do Izraela – ona miała na celu zaszkodzić prezydentowi – wiadomo jaki efekt wywoła taka informacja wypuszczona na kairską ulicę.

Gimnastykować za to się musi prezydent Obama. Wyobraźmy sobie, iż taka sama sytuacja ma miejsce w Birmie, czy nawet bliżej Polski – na Białorusi. Długie występy, oficjalne deklaracje poparcia, może nawet jakieś poważniejsze ruchy wojsk, a wszystko przy udziale dwóch haseł: demokratyzacja i prawa człowieka.

Tutaj sytuacja jest inna, bo mowa o drugim najważniejszym sojuszniku Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, do którego idealnie pasują słowa wypowiedziane niegdyś przez prezydenta Nixona “sukinsyn, ale to nasz sukinsyn”. Przewrócenie reżimu byłoby katastrofą dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Wypowiedzi Obamy są więc ostrożne: nawołuje do reform i niestosowania przemocy, jednocześnie nie kopiąc dołków pod Mubarakiem. Niewykluczone, iż reżim będzie zmuszony do reform, ale nikt rozsądny nie będzie chciał wspierać Bractwa Muzułmańskiego, które jest potężną siłą polityczną w Egipcie. Co ciekawe,  opublikowane przez “WikiLeaks” dokumenty świadczą, iż Amerykanie również wspierali opozycję, ale działo się to raczej w ograniczonym zakresie.

Samych protestujących łączy niechęć wobec Mubaraka, ale poza tym, są podzieleni. Protestują islamiści, demokraci,rozczarowani fatalną sytuacją gospodarczą i brakiem perspektyw mieszkańcy, a swoje nakraść próbują również najzwyklejsi szabrownicy, korzystający z chaosu (np. okradziona została ekipa Al-Jazeery). Na zamieszeniu skorzystali też więźniowie z zakładu karnego, dokonując ucieczki.  Protesty nie mają przywództwa politycznego – młodzieżowy Ruch 6 Kwietnia był w stanie zainspirować rozruchy, ale po odcięciu Internetu, jego rola została bardzo ograniczona. Pod protesty próbuje się “podpiąć” Mohammad El-Baradei, ale również on nie jest ich liderem i nie panuje nad tłumami.  Pozostaje jeszcze Bractwo Muzułmańskie, ale podobnie jak jak w przypadku byłego dyrektora Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, nie kontroluje ono protestujących i nie jest dla nich autorytetem.

Najkorzystniejszym rozwiązaniem z punktu widzenia obecnej władzy, niezależnie od tego, czy Mubarak odejdzie teraz czy za jakiś czas, byłoby przeprowadzenie części reform i wciągnięcie do rządzenia El-Baradeia i ludzi z nim powiązanych. Również Amerykanom i Unii Europejskiej takie rozwiązanie byłoby na rękę, gdyż gwarantowałoby utrzymanie obecnego kursu przez Kair. Demokratyzacja jest – uczciwie mówiąc – grą hazardową, bo można wyciągnąć demokratyczną, prozachodnią władzę, nastawioną na poprawę fatalnej sytuacji gospodarczej milionów Egipcjan, ale również Bractwo Muzułmańskie, niewątpliwe gotowe na przeorientowanie polityki Egiptu.

Bliskowschodni proces pokojowy: ofensywa Abbasa?

Brak komentarzy
źródło: konflikty.wp.pl

źródło: konflikty.wp.pl

Rozmowy bliskowschodnie nadal stoją w miejscu – Izrael, pomimo amerykańskich zachęt (patrz: “Co jeszcze Stany Zjednoczone mogą dać Izraelowi?”), nie postanowił o przedłużeniu moratorium na rozbudowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Nawet uczynienie tego kroku nie gwarantowałoby powrotu do rozmów, gdyż Palestyńczycy uważają, że moratorium musi objąć jeszcze ich przyszłą stolicę, Jerozolimę Wschodnią, a Izraelczycy mają w tym względzie zupełnie inny pogląd, jako iż również nie wyobrażają sobie swojej stolicy poza Jerozolimą. Stanowisko Mahmuda Abbasa usztywniło się dodatkowo po rozmowach z prezydentem Egiptu, Hosnim Mubarakiem.

Izraelczycy od początku nie traktują poważnie tych rozmów, gdyż obecnemu układowi rządzącemu nie zależy specjalnie na pokoju, a Netanjahu nie wykazywał dotychczas ambicji by wejść do historii jako premier doprowadzający do porozumienia. Takie niekonstruktywne stanowisko ma jeden plus – izraelski polityk może, ale nie musi. Na razie jednak – przede wszystkim – nie chce.

Kto chce i kto może?
Abbas może i chce, ale nie może. Po pierwsze, jak pisałem wyżej, nie jest traktowany poważnie przez stronę izraelską, a po drugie, dysponuje ograniczoną władzą. W Strefie Gazy rządzi niepodzielnie Hamas i zbija kapitał na polityce izraelskiej. Prezydent Autonomii Palestyńskiej z kolei chętnie przeszedłby do historii, ale nie ma partnera do rozmów, ani niezbędnej siły w samej rozgrywce wewnątrz Palestyńczyków.

Abbas zatem robi co może. Jego propozycja dotycząca zrezygnowania z “historycznych praw” (czyt. prawa do powrotu) w zamian za gwarancję powstania niepodległego państwa omawiałem w artykule “Abbas gra va banque”. W końcu jednak padły dwa konkrety, które muszą zostać zaakceptowane przez obie strony:
1) Izrael nie pozwoli Palestyńczykom wrócić na terytorium swojego państwa, bo to byłoby dla niego samobójstwo i palestyńskie władze to rozumieją;
2) Palestyna musi dostać własne państwo.

Propozycja Abbasa przeszła bez echa, ale na pewno została przez izraelskich polityków odnotowana. Ustępstwo pozorne, bo i tak Palestyńczycy, chcąc pokoju, muszą z tego postulatu zrezygnować, ale bardzo istotne. W zamian jednak nic Palestyńczycy nie dostali – nawet przedłużenia moratorium. Abbas jest w tej wygodnej pozycji, że gdyby był cynikiem i nie chciał pokoju, a jego gesty były jedynie na pokaz, to polityka izraelska i tak by go uwiarygodniła.

Rozwiązać Autonomię Palestyńską?
Teraz Mahmud Abbas zaproponował, by w razie fiaska rozmów pokojowych i dalszej rozbudowy osiedli, rozwiązać struktury Autonomii Palestyńskiej.. Taktyka taka oczywiście nie doprowadziłaby do powstania państwa palestyńskiego, ale utrudniłaby życie Izraelowi.

Wątpliwe aby Abbas zdecydował się na taki krok, bo to oznaczałoby utratę władzy i setek milionów dolarów subwencji, dofinansowań itd, jakie otrzymuje OWP od państw muzułmańskich, Ligi Państw Arabskich, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Fatah, rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu byłby bardzo niepocieszony. Abbas już trochę ponad rok temu odgrażał się, że nie zostanie dłużej prezydentem, jeżeli nie zmieni się podejście Izraela do rozmów pokojowych i … nic się nie zmieniło.

Takie “rozwiązanie” jednak byłoby niezwykle niekorzystne dla Izraela, bo musiałby przejąć odpowiedzialność – w tym militarną – za Zachodni Brzeg Jordanu. Proszę bardzo, teraz trzeba byłoby zorganizować nową administrację, przekonać Palestyńczyków do wzięcia w niej udziału i zmarginalizować elementy radykalne. Niemożliwe – a jednocześnie pozostaje problem Strefy Gazy zarządzanej przez Hamas. Od razu pojawiłby się kolejny problem – co zrobić z tymi milionami wykluczonych Palestyńczyków? Dyskryminować, czy może realizować skrajnie niekorzystną dla Izraela politykę “jedno państwo – dwa narody” co przejawiałoby się w dopuszczeniu do współrządzenia Palestyńczyków? Na to Izrael, broniący żydowskiego charakteru swojego państwa, nie pozwoli – pozostanie dyskryminacja i państwo apartheidu. Abbas nie grozi na poważnie, ale nieśmiało pyta: to może lepiej jednak się dogadać?

Hamas zmienia stanowisko?
Tymczasem światełko w tunelu pojawiło się od strony Hamasu. Ismail Hanije, zapewne inspirowany tajnymi konsultacjami, ogłosił, że Hamas jest gotowy “zaakceptować Palestynę z 1967 roku”. Brzmi to nieco komicznie, bo w 1967 roku nie było Palestyny – Strefa Gazy była pod władzą Egiptu, a Zachodni Brzeg Jordanu – dzisiejszej Jordanii, ale to pozytywna wiadomość, bo mniej więcej takie same oczekiwania ma Fatah. Nie wiadomo, czy Hanije utrzyma długo tę rewolucją zmianę stanowiska, ale w takim przypadku – jest pole do porozumienia pomiędzy Fatahem, a Hamasem. Oczywiście, o ile obie organizacje dogadają się w kwestii podziału pieniędzy i stanowisk.

Naturalnie nie znaczy to, że Hamas zaraz będzie chciał podpisać pokój, bo nie wolno zapominać o jego bardzo ciepłych relacjach z Teheranem, a także większą radykalnością. Ciężko wyobrazić sobie ustępstwa Hamasu w wielu miejscach, ale z drugiej strony – Organizacja Wyzwolenia Palestyna, w tym Arafat, przez dziesięciolecia sponsorowała terrorystów, a stała się partnerem w rozmowach pokojowych. Hamas wyraził gotowość do zaakceptowania pokoju (oczywiście obwarował to zgodą wyrażoną w referendum, czyli de facto swoją zgodą) na innych warunkach niż zniszczenie Izraela, a to jest znaczący postęp.

Na końcu wypada się więc jedynie zastanowić, czy Abbasowi starczy sił (a także pieniędzy i stanowisk) na osiągnięcia porozumienia palestyńsko-palestyńskiego przy utrzymaniu swojej mocnej pozycji? Sam Izrael zresztą nadal jest niechętny konstruktywnym rozmowom i deklaracja w stylu “z Hamasem nigdy nie będziemy rozmawiać” też specjalnie by nikogo nie mogła dziwić.

Co jeszcze Stany Zjednoczone mogą dać Izraelowi?

2 komentarzy
źródło: thewashingtonnote.com

źródło: thewashingtonnote.com

Groteski ciąg dalszy. Stany Zjednoczone próbują namówić Izrael do tego by przedłużył moratorium na rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Poprzednia oferta została odrzucona, ale administracja Baracka Obamy jest konsekwentna i proponuje coraz więcej.

Najnowszy pakiet zawiera:
- obietnicę wetowania ewentualnych inicjatyw dotyczących pokoju na Bliskim Wschodzie w Organizacji Narodów Zjednoczonych
- kwestie związane z bezpieczeństwem, w tym 20 myśliwców F-35 (PAP szacuje ich wartość na 3 miliardy dolarów);
- gwarancję, że w przypadku przedłużenia moratorium o 90 dni, Stany Zjednoczone po upływie tego terminu, nie będą naciskać na jego przedłużenie.

W zamian przedłużenie moratorium o 90 dni, ale bez Jerozolimy Wschodniej, czyli ustępstwo Izraela byłoby jedynie częściowe. Oficjalnie Palestyńczycy deklarują, że dopóki w Jerozolimie Wschodniej będzie trwała rozbudowa osiedli, nie powrócą do rozmów.

Cóż, na miejscu Netanjahu, którego rządowi nie zależy na rozmowach pokojowych (i jak widać – trzeba mu za nie płacić) ofertę bym natychmiast przyjął, 90 dni poudawał, że negocjuję, a potem – jak to mawiają Arnold Schwarzenegger i Dmitrij Miedwiediew – “hasta la vista baby”. Sprzęt będzie, gwarancja w ONZecie raczej słaba, bo wiadomo, że Amerykanie nie poparliby takiej rezolucji, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

Desperacja Amerykanów jest tutaj wręcz komiczna. W zamian za przejściową zgodę na wstrzymanie rozbudowy osiedli, co powinno być rzeczą najzupełniej normalną przy poważnym traktowaniu rozmów pokojowych, płacą mocnymi i stałymi korzyściami.

Jeżeli ktoś by mnie spytał, co powinni zrobić Amerykanie wobec rządu Netanjahu, to powiedziałbym, że albo zmusić do koalicji z Kadimą albo dramatycznie zmniejszyć wszelką pomoc finansową, technologiczną i polityczną dla Izraela aż do momentu, gdy obecny gabinet rozpocznie poważnie traktować amerykańskie prośby. To jednak nierealne, bo lobby żydowskie nie pozwoli zrobić krzywdy Izraelowi. Administracja więc, zamiast się postawić, płaci niczym nieradzący sobie z dziećmi dorośli  “cukierkami” za spokój.

W takim razie przedstawiam premierowi Izraela listę rzeczy, o które może prosić administrację amerykańską w zamian za następne ustępstwa takie jak przedłużenie moratorium, wstanie z łóżka na rozmowy pokojowe czy podanie ręki Mahmudowi Abbasowi.

a) dostęp do wszelkich tajemnic technologicznych Stanów Zjednoczonych tak, by Mossad nie musiał już działać na terytorium amerykańskich – szkoda ludzi narażać;
b) dwukrotne zwiększenie pomocy finansowej, najlepiej kosztem Egiptu;
c) atak i pełne wzięcie odpowiedzialności za niego na irański program atomowy;
d) możliwość każdorazowego obsadzenia stanowiska wiceprezydenta;
e) mianowanie 1/3 składu Izby Reprezentantów i 1/3 Senatu przez wyborców izraelskich, naturalnie nie wykluczając obecnej działalności lobby izraelskiego na pozostałych kongresmenów;
f) wydzierżawienie 2-3 lotniskowców, oczywiście – jak to w rodzinie – za darmo;
g) scedowanie prawa weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na rzecz Izraela – częściowo ma to już miejsce;
h) zagrożenie Turcji wyrzuceniem z NATO w razie braku ochoty ze strony Ankary do powrotu do świetnych stosunków politycznych, zmuszenie Gulla i Erdogana do napisania “osobistych i szczerych” przeprosin;
i) oddanie pakietu kontrolnego przez firmy amerykańskie zajmujące się wydobyciem ropy naftowej.
j) poprowadzenie gazociągu Nabucco przez Izrael i zapewnienie stronie izraelskiego odpowiedniego udziału w nim.

Jest zatem o co prosić, a moratorium nieraz pewnie trzeba będzie przedłużyć.

 12345Starsze artykuły