Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Barack Obama

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Wypowiedź dla rosyjskiego Radia Vesti na temat wizyty Obamy

Brak komentarzy
źródło: radiovesti.ru

źródło: radiovesti.ru

Wizyta prezydenta Obamy w Polsce budzi również zainteresowanie rosyjskich mediów. Ne może to dziwić – wszakże wszelkie decyzje odnośnie np. instalacji wojskowych czy decyzji związanych z gazem łupkowym, interesują naszych sąsiadów.

Miałem przyjemność pokrótce wypowiedzieć się w jednym z materiałów dotyczących tej wizyty – rosyjskiego Radia Vesti. (tłumaczenie na polski – tutaj).

Pozwolę sobie również wkleić swoją całą wypowiedź, bo została ona – na potrzeby materiału – skrócona.

“”Stany Zjednoczone, zarówno za prezydentury prezydenta Kaczyńskiego jak i Komorowskiego, były i są uważane za bezcennego sojusznika, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa – stąd np. rozmowy dotyczące rozlokowania amerykańskich wojsk i elementów tarczy antyrakietowej. Rząd premiera Tuska, wraz z prezydentem Komorowskim, próbują prowadzić bardziej zdystansowaną politykę wobec Waszyngtonu niż ich poprzednicy. Polska dyplomacja stara się, aby stosunki transatlantyckie nie wpłynęły negatywnie na jej pozycję w Unii Europejskiej, a także poprawiające się relacje z Rosją, co zdarzało się już w przeszłości. Wizyta prezydenta Obamy pokaże, czy Polacy nauczyli się negocjować z Amerykanami bez emocji, z umiejętnością kalkulacji polskiej racji stanu i stawiania racjonalnych warunków współpracy.”

… a tymczasem zobaczymy, co przyniesie wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Niedługo może uda mi się wrzucić moją wizytę w studiu stacji “Polsat News”.

Bin Laden trafiony, Obama zadowolony

2 komentarzy
źródło: rzeszow4u.pl

źródło: rzeszow4u.pl

Bin Laden is dead. “Jak to zdechł?” – odpowiedziałby legendarny Stefan “Siara” Siarzewski. Według informacji podawanych przez Amerykanów, namierzyli jego kryjówkę około 100 kilometrów od Islamabadu, zaatakowali i zabili. Niewątpliwe ciekawsze byłoby jego schwytanie i przeprowadzenie najbardziej widowiskowego procesu w historii, ale Osama Bin Laden prędzej popełniłby samobójstwa niż dał się schwytać. Jego ochroniarz podobno usłyszał rozkaz, który nakazywał zabicie legendarnego terrorysty w razie zagrożenia pojmaniem. Na samym procesie Osama bin Laden mógłby też powiedzieć o kilku “niepotrzebnych” rzeczach, takich jak jego współpraca z CIA w latach 80-tych. Interesująca jest też inna kwestia – kto otrzyma(ł) pieniądze za pomoc w odnalezieniu bin Ladena. Oficjalna wersja, głoszona przez Amerykanów, będzie mówiła o samodzielnym działaniu, ewentualnie w spółce z Pakistańczykami, ale nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś mimo wszystko połakomił się na 25 milionów dolarów albo przynajmniej kilka procent z tej sumy.

W Stanach Zjednoczonych nie mają teraz długiego weekendu, więc prezydent Obama udanie wszedł w tydzień. Zapewnił sobie chwytliwe hasło na przyszłoroczne wybory prezydenckie i na jakiś czas problemy gospodarcze zejdą na drugi plan.  Zabicie Osamy bin Ladena to jednak sukces przede wszystkim propagandowy.  San schorowany terrorysta nie walczył już na froncie, ani nie dowodził oddziałami terrorystów po 2001 roku. Rację ma profesor Danecki, który na spotkaniu Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa tłumaczył, iż nie istnieje taka organizacja jak al-Kaida, a jedynie sieć porozrzucanych siatek, bez centralnego zarządzania. Naturalnie, Osama kierował częścią podległych mu terrorystów oraz odgrywał ważną rolę jako symbol i autorytet. Nie jest on jednak bezpośrednio odpowiedzialny za amerykańskie problemy w Iraku czy teraz Jemenie. Sami Amerykanie przywykli do nazywania wszystkich swoich wrogów w świecie islamskim “al-Kaidą”, często na wyrost. Sparodiował to wręcz Kaddafi mówiąc, że on też w Libii walczy z “Bazą”.

Obama dostał oratorskiego wiatru w żagle. Prezydent dysponuje darem przemawiania. Teraz będzie mógł opowiadać o nieuchronnej sprawiedliwości, o sukcesach w walce z terroryzmem, a także podniesieniu bezpieczeństwa obywateli amerykańskich. Nie do końca jest to prawda, gdyż sytuacja strategiczna Amerykanów niewiele się zmieniła np. w Afganistanie. O ile w przypadku Iraku, pomimo niestabilności wszystko zdaje się iść w dobrą stronę, o tyle Afganistan wymaga olbrzymich nakładów.  Specjalną troską otoczony jest również Pakistan. Zabicie bin Ladena jest korzystne dla Amerykanów, ale geopolityki regionu nie zmieni.

Przy okazji przykryje to sprawę śmierci Saifa al-Araba Kaddafiego, 29-letniego syna Muammara, zabitego w czasie bombardowania NATO. NATO przyjęło założenie, że libijski konflikt skończy się wraz ze śmiercią pułkownika i nie pierwszy raz uderza w budynek, licząc na to, że odpowiedni człowiek będzie w środku. Prysła jednocześnie poprzednia “myśl strategiczna”, że Kaddafi, na wieść o rezolucji RB ONZ numeri 1973, jak również po rozpoczęciu bombardowania, sam przeprosi, położy się i poprosi o najniższy wymiar kary. Postępowanie NATO jest kolejnym dowodem na to, iż prawo międzynarodowe stosuje się niezwykle wybiórczo, niezależnie od tego, czy mowa o Unii Europejskiej, Stanach Zjednoczonych, Rosji czy Chinach, bo czy rezolucja zezwala na bombardowanie rządowych budynków? “Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Jeszcze ciekawsze są – wracając do głównego wątku – są informacje opublikowane przez niezmordowane WikiLeaks. Według nich, więźniowie z Guantanamo zeznali, iż Osama bin Laden pozostawił coś w rodzaju testamentu, którym jest ukryta w Europie broń atomowa. Na pierwszy rzut oka są to jedynie spekulacje, ale jeżeli jest inaczej, to prawdziwa praca się nie skończyła, a dopiero zaczęła. Zwłaszcza że koledzy Osamy z pewnością będą szukać rewanżu.

Rozgrywka o twarz na Bliskim Wschodzie

3 komentarzy
źródło: mojeopinie.pl

źródło: mojeopinie.pl

Możliwości są tylko dwie. Albo twarz straci prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, albo premier Izraela, Benjamin Netanjahu. Jeden z nich będzie musiał ustąpić w kwestii budowy nowych domów we wschodniej Jerozolimie, co byłoby politycznym problemem dla premiera Izraela (wszakże uderzy we własny elektorat), a z drugiej strony – katastrofą wizerunkową dla Obamy, bo ostatecznie udowodniłoby to tezę, że Amerykanie wspierają politykę izraelską, a nie kształtują proces pokojowy.

Dlaczego rozbudowa osiedli jest problemem?
Izrael uważa Jerozolimę za swoją stolicę, podobnie wyobrażają sobie rolę tego miasta, w swoim przyszłym państwie, Palestyńczycy. Nie jest to zatem spór o kilka domów, a o charakter tego miasta. Palestyńczycy obawiają się, iż Izrael dąży do polityki faktów dokonanych, czego przykładem jest budowa muru bezpieczeństwa zagarniającego “kawałek” Zachodniego Brzegu Jordanu.

Status Jerozolimy jest jednym z największych problemów nieustannie umierającego i odżywającego procesu pokojowego. Żadna ze stron nie może ustąpić, gdyż Jerozolima jest świętym miastem dla wyznawców judaizmu oraz islamu. Tego konfliktu nie rozwiąże się, oddając miasto jednej ze stron.

Izrael uzyskał Jerozolimę w czasie wojny sześciodniowej (1967 rok) i nie zamierza się jej pozbyć. Państwo wspiera osadnictwo żydowskie i jednocześnie administracyjnie prześladuje Palestyńczyków. Dla premiera Netanjahu (i jego elektoratu) to sprawa życia i śmierci. Im więcej osadników “zainstaluje” się w tamtym miejscu, tym trudniej będzie rozstrzygnąć kwestię statusu tego miasta nie po myśli Izraela. Jeżeli Netanjahu straci władze, następny rząd również będzie musiał to wziąć pod uwagę.

Logiczne zatem, że do przeprowadzenia uczciwych negocjacji pokojowych, powinno się zatrzymać (lub inaczej mówiąc: zamrozić) rozbudowę osiedli izraelskich, nie tylko w Jerozolimie, ale na całym Zachodnim Brzegu Jordanu. Palestyńczycy rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu dostrzegają zagrożenie i nie zamierzają rozmawiać. Ci ze Strefy Gazy krytykują politykę izraelską, ale oni i tak do stołu negocjacyjnego siadać nie zamierzają. O sabotowaniu rozmów pokojowych, przez obie strony, pisałem już wcześniej.

Jak wpłynąć na Izrael?
To pytanie stawiać musi sobie codziennie rano, stojąc przed lustrem, prezydent Stanów Zjednoczonych. Już raz doszło do starcia pomiędzy administracją amerykańską, a rządem izraelskim, dotyczącego osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Obama żądał całkowitego zatrzymania budowy, premier izraelski się nie zgodził – skończyło się na 10-miesięcznym zamrożeniu, bez uwzględnienia wschodniej Jerozolimy. Na pewno nie była to wiktoria Obamy.

Teoretycznie możliwości wpływu na politykę państwa, jest wiele, w praktyce sprawdzają się tylko dwie. “Motywowanie” pozytywne i negatywne. Oznacza to, iż Stany Zjednoczone stają się świętym Mikołajem, który “grzecznym” państwom daje prezenty, a niegrzecznym rózgi albo mniejsze prezenty.

Trudno wyobrazić sobie, by Amerykanie, w obecnej sytuacji gospodarczej i politycznej, jeszcze bardziej zwiększyli swoją pomoc dla Izraela. Aktualnie wynosi ona około 2,5 mld dolarów. Do tego dodać należy preferencyjne kredyty, pomoc dla izraelskiego wojska, inwestycje w izraelską gospodarkę i rozłożenie parasolu ochronnego w każdej niemal sytuacji.   Polecam szczegółowy artykuł Piotra Wołejko analizujący tę kwestię na podstawie książki Stephena Walta i Johna Mearsheimera – “The Israel Lobby and US Foreign Policy”,.

W relacjach opartych na prostym rachunku, Barack Obama zagroziłby więc przycięciem miliarda, może dwóch, odcięciem preferencyjnych kredytów, powstrzymaniem dzielenia się najnowocześniejszymi technologiami (w tym wojskowymi) i zahamowaniem inwestycji w gospodarkę. To powinno przekonać premiera Netanjahu i jego koalicjantów do zmiany stanowiska.

Wiele wskazuje na to, iż prezydent – nawet jakby chciał – zrobić tak nie może. O ile bowiem Demokraci z Republikanami kłócą się o reformę służby zdrowia i milion innych, doraźnych kwestii, o tyle stosunek do Izraela jest ponadpartyjny i wynika z potęgi lobby żydowskiego. Skutkiem tego jest, iż Obama ma przeciwko sobie nie tylko zdeterminowany rząd izraelski, ale również wpływowych polityków amerykańskich. Na forum AIPAC (Amerykańsko-Izraelskiegi Komitet Spraw Publicznych) ma dojść do spotkania sekretarz stanu, Hillary Clinton, z premierem Izraela. Pani Clinton ponoć zrugała w 40-minutowej rozmowie telefonicznej Netanjahu, ale ostatnio podkreśliła, iż Stany Zjednoczone łączą z Izraelem “bliskie i nierozerwalne więzi”. Na wtorek zaplanowana jest rozmowa premiera z prezydentem Obamą. Wątpliwe, by “The Magic Negro” groził żydowskiemu premierowi.

Izrael pod presją
Pod taką presją rząd izraelski nie był nigdy. Rozbudowę krytykują m.in.: ONZ, Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Rosja i Brazylia. Dość doborowe towarzystwo.

Znać o sobie dała również armia amerykańska. Generał Petraus, dowódca sił amerykańskich w Azji Centralnej, skrytykował politykę izraelską, argumentując, iż jej efektem jest zwiększenie zagrożenia dla amerykańskich żołnierzy oraz wzrost nastrojów antyamerykańskich w państwach islamskich. Krótko mówiąc, polityka izraelska ma fatalne skutki dla sytuacji wojsk amerykańskich. Amerykańscy żołnierze nie chcą ginąć za osiedla w Jerozolimie, co doskonale obrazuje wypowiedź generała. Rząd izraelski może lekceważyć wypowiedzi Catherine Ashton czy Ban-Ki-Moona, ale nie przedstawiciela wojska amerykańskiego. Obama otrzymał potężne poparcie dla bardziej zdecydowanych działań – nie znaczy to, ze zechce taką operację przeprowadzić. To wymagałoby kolejnej wojny wewnętrznej, bez gwarancji zwycięstwa.

Kto się wycofa?
Ktoś będzie musiał odpuścić i przyznać się tym samym do porażki. Premier izraelski zdaje sobie sprawę, że tym razem przeszarżował i szuka kompromisu. Dlatego – według nieoficjalnych informacji – miał zaproponować Amerykanom, iż zniesie punkty kontrolne na przejściach między Izraelem, a Zachodnim Brzegiem Jordanu oraz wypuści część palestyńskich więźniów. Równocześnie, nie cofa się ani o centymetr w kwestii rozbudowy osiedli.

Amerykanie, w tej koncepcji, mieliby zadowolić się nagrodą pocieszenia. Sprawy jednak zaszły za daleko, a Amerykanie zostali upokorzeni wyjątkowo mocno – trudno przypuszczać, by zgodzili się na taką propozycję. Do rozmów trzeba przecież przekonać Palestyńczyków i Ligę Państw Arabskich, a bez cofnięcia decyzji o rozbudowie, będzie to zadanie z katalogu tych niemożliwych, bo wtedy twarz straciliby Arabowie.

Smutna konkluzja

Benjamin Netanjahu to nie Icchak Rabbin, ani nawet Ariel Szaron. “Arik”, jak na niego mówiono, był znienawidzony wśród Arabów, ale gdy był taki rozkaz – nie sprzeciwił się ewakuacji Synaju. Już w XXI, jako premier, wieku podjął decyzję o jednostronnych wycofaniu ze Strefy Gazy, co doprowadziło do podziału Likudu i powstania partii Kadima. Rabin zaś został zamordowany przez żydowskiego ekstremistę, o poglądach zbliżonych do deklarowanych przez wicepremiera i ministra spraw zagranicznych Izraela, Avigdora Liebermana.

Wśród Palestyńczyków też nie ma prawdziwych liderów. Przywódców z Zachodniego Brzegu Jordanu uważa się za “dobrych Palestyńczyków”, ale są bezradni i na własnym podwórku tolerując mnóstwo nieprawidłowości. Z kolei ci z Hamasu nie chcą słyszeć o żadnym kompromisie i do spółki z Izraelem doprowadzili do katastrofy humanitarnej w Strefie Gazy.

—-
Jednocześnie zachęcam do zajrzenia na profil “Kącika Dyplomatycznego” na Facebooku. Lista korzyści, związana z zostania fanem bloga w tym serwisie, wypisana jest tutaj.

Nagroda Nobla na kredyt

2 komentarzy

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Barackowi Obamie stało się już obiektem żartów i kpin. Tylko, czy kogoś to tak naprawdę powinno dziwić? Jeśli prześledzimy decyzje Komitetu Noblowskiego na przestrzeni ostatnich 108 lat, to zorientujemy się, że nie jest to najgorsza decyzja w historii. Na pewno również nie najlepsza.

W dwudziestoleciu międzywojennym nagrodzeni zostali trzej ministrowie spraw zagranicznych. Brytyjski, Joseph Austen Chamberlain w 1925 roku, a w 1926 – polityk francuski, Aristide Briand i jego odpowiednik z Niemiec, Gustaw Stresemann.. Za Traktat z Locarno. Cóż takiego zrobili ci panowie dla pokoju?

Traktaty podpisane w Locarno (1925 rok), w dużym skrócie, gwarantowały granice francusko-niemiecką i niemiecko-belijską, czyli potwierdziły ustalenia traktatu wersalskiego co do zachodnich granic Republiki Weimarskiej. Nie zagwarantowano przy tym żadnych innych granic – ani niemiecko-czechosłowackiej, ani polsko-niemieckiej itd. Mocarstwa zachodnie pozostawiły zatem w tej sprawie otwartą furtkę. Oficjalny ton niemieckich polityków brzmiał więc mniej więcej tak: granice zachodnie ustaliliśmy, ale zawsze możemy porozmawiać o granicy wschodniej, bo ustalenia wersalskie były w tej kwestii niesprawiedliwe. Traktat z Locarno stał się jednym z punktów zaczepiania dla tematu rewizji granicy. Od tej chwili mieliśmy w Europie niemieckie granice zagwarantowane przez mocarstwa zachodnie oraz te, których utrzymanie nie było takie oczywiste. Łatwo wyobrazić sobie, jak przełożyło się to na koncepcje prowadzenia niemieckiej polityki zagranicznej i zwiększenie presji na państwa, których granice nie zostały dodatkowo potwierdzone.

Traktat z Locarno również znacząco wzmocnił pozycję Niemiec. Zaowocował m.in. wstąpieniem do Ligi Narodów. Na tej podstawie III Rzeszę budował Adolf Hitler, który bez problemu naruszył granicę niemiecko-czechosłowacką i niemiecko-polską. Historia może się tylko zaśmiać nad decyzją Komitetu Noblowskiego, bo wspomniane umowy raczej przybliżały wojnę i konfrontację niż im zapobiegały.

W 1929 roku nagrodę dostał Frank Kelogg, Sekretarz Stanu USA z pakt Kelloga-Brianda, w którym wyrzekano się wojny jako instrumentu polityki zagranicznej. Dokument, bardzo idealistyczny i zamknięty w sferze aksjologii, nie zakładał żadnych sankcji. Podpisało go kilkadziesiąt państw, w tym Niemcy, Włochy i Japonia. Okazało się, że był warty tyle, ile papier zużyty na jego wydrukowanie, co pokazały inwazje Japonii na Mandżurię i Włoch na Abisynię. Nagroda bardzo podobna dla tej Baracka Obamy – za deklarowane chęci.

W 1973 roku Pokojową Nagrodę Nobla przyznano Henry’emu Kissingerowi oraz Le Buc Tho. Za podpisane w Paryżu „porozumienie pokojowe”. Tak naprawdę ciągle trwała wojna, ale Amerykanie wycofywali swoje wojska głosząc koniec konfliktu. Wietnamczyk nie był jednak aż takim hipokrytą i nagrody nie przyjął. Sajgon, stolica Wietnamu Południowego, został ostatecznie zdobyty w 1975 roku i od tego czasu w całym Wietnamie rządzą komuniści. W 2007 roku nagrodę otrzymał Al Gore i Międzynarodowy Zespół do Spraw Zmiany Klimatu. Skoro Al Gore mógł zostać laureatem, to czemu nie Barack Obama?

Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych aktywnie uczestniczył w olimpijskiej kampanii Chicago. Przegrał z Rio de Janeiro, więc może Nobel jest w tym przypadku nagrodą pocieszenia?

W sprawie „wizji świata wolnego od zbrojeń” ciężko uznać zasługi tegorocznego laureata Nagrody Nobla. Oficjalnie głosi taką koncepcję, ale sam w nią nie wierzy. Jeśli Nobel jest efektem negocjacji amerykańsko-rosyjskich, to czemu nie otrzymał go również Dmitrij Miedwiediew? Należy jednocześnie pamiętać, że jednymi z najbliższych sojuszników amerykańskich są Izrael, który – co jest tajemnicą poliszynela – dysponuje bronią atomową oraz Pakistan, który oficjalnie ją posiada. Oba te kraje zdobyły ją w sposób nielegalny i nic nie będzie w stanie ich nakłonić do pozbycia się tego strategicznego złotego jajka. Co więcej, Amerykanie podpisali umowę z Indiami, która de facto sankcjonuje posiadanie przez ten kraj broni nuklearnej. Likwiduje wszelkie ograniczenia indyjsko-amerykańskie, które zostały nałożone po uzyskaniu przez New Delhi tego środka. Zakłada wymianę cywilnymi technologiami jądrowymi. Amerykanie, co jest niejako koniecznością, liczą na rozwinięcie kontaktów polityczno-gospodarczych z Indiami, państwem o niezwykłym potencjale.

W sprawie nierozprzestrzeniania broni atomowej można wspomnieć jedynie o – jak na razie nieskutecznych – próbach wpłynięcia na Iran i pewną zmianę rozumowania na takie, które dopuszcza rozmowy z Teheranem. Efektów na razie brak.

Barack Obama dał nadzieję milionom ludzi w Ameryce i na świecie na zmiany. Zmienił kurs amerykańskiej polityki zagranicznej, ale po pierwsze – na razie wszelkie pokojowe deklaracje kończą się na słowach, a po drugie – fundamentalne założenia amerykańskiej polityki zagranicznej są nadal takie same. Za oceanem Jimmy Fallon żartuje, że Obama odbierze Nobla zaraz po tym, jak skończy wojny w Afganistanie i Iraku. Obama ma do czynienia z tym, co każdy polityk głoszący w czasie kampanii idealistyczne koncepcje – z rzeczywistością.

Fakty wyglądają tak: w Iraku i Pakistanie jest niestabilnie, w Afganistanie trwa wojna. Amerykanie w swoim kraju borykają się z największym kryzysem gospodarczym od 80 lat, a pakiety pomocowe Obamy pomogły, owszem – ale głównie menadżerom, zadłużając kolejne pokolenia. Na Bliskim Wschodzie nadal bez zmian. Trudno oczekiwać, by na izraelskim premierze, Netanjahu i na Hamasie, nagroda zrobiła jakiekolwiek wrażenie. Iran z rozwagą prowadzi swoją politykę zagraniczną i radzi sobie z coraz mocniejszymi naciskami. Obama zmienił koncepcję tarczy antyrakietowej, kierując ja głównie tam, gdzie są interesy Izraela – przeciwko Teheranowi.

Nie można wykluczyć, a nawet należy życzyć, Obamie, by w przyszłości zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Na razie powoli zmienia klimat międzynarodowy na mniej konfrontacyjny, jest dużo łagodniejszy od prezydenta Busha. Nagroda przydzielona została za starania, a nie efekty.

Tylko że, jak pokazuję wyżej, nie jest to najgorszy wybór, jakiego można było dokonać. Istniała jeszcze jedna możliwość – nie przyznanie tej nagrody nikomu, co było już praktykowane. Prezydent Stanów Zjednoczonych ma jeszcze 3 lata, by pokazać, że Komitet Noblowski postąpił słusznie, dając mu nagrodę na kredyt i wzmacniając tym samym jego międzynarodową pozycję. W kolekcji Baracka Obama brakuje już chyba tylko Paszportu Polsatu.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle
- Wyreżyserowany spektakl – Obama w Moskwie

Obama w Kairze – a może frytki do tego?

4 komentarzy

Warto zapoznać się z przemówieniem Baracka Obamy wygłoszonym w Kairze. Jest długie, ale jednocześnie ciekawe. Ludzie,odpowiedzialni za jego napisanie zasługują na medal. Barack Obama nie po raz pierwszy od początku swojej kadencji wykonuje bardzo obiecujące gesty. Zasługuje na szansę, ale zamiast bezgranicznej wiary, proponuję surowszą ocenę jego dotychczasowych dokonań.

Słowa nie mają mocy czynów. Niestety. jak na razie prezydent Stanów Zjednoczonych przypomina kandydatkę na Miss World. Dużo się uśmiecha, jest charyzmatyczny (to jego talent), dla każdego ma miłe słowo, a jego marzeniami są pokój na świecie, skuteczna walka z głodem i rozbrojenie. Niewątpliwie oczaruje tym jury, ale mimo wszystko ważniejsze są efekty działań, a tych jak na razie brak.

Prezydent Obama nie urzęduje długo, zasługuje więc na jeszcze odrobinę cierpliwości. Po prawie 6 miesiącach prezydentury nie widać na poziomie faktów żadnego przełomu. Zapowiedzi, zagrania PRowe i wystąpienia są bardzo dobre i składają się na olbrzymi kredyt zaufania, jakim dysponuje Obama. Nie bez znaczenia jest kontrast wobec George W. Busha, który miał nadzieje, że „przyjdzie taki czas, gdy ludzkość wkroczy do układu słonecznego”.

Prezydent w swoim wystąpieniu skupił się na takich aspektach, jak Afganistan, Irak, konflikt izraelsko-arabski, napomknął również o demokracji, równouprawnieniu kobiet w państwach muzułmańskich i biznesie.

Konkrety jednak wyglądaja miernie. Przenalizujmy kwestie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Można powiedzieć, ze Obama „Ameryki nie odkrył”. Wszystko, co powiedział, padało już wcześniej, ale w mniej atrakcyjnej formie, chociaż to podobno ona w znacznej części znamionuje sztukę. W Kairze prezydent podkreślał prawo do własnego państwa – i Izraelczyków i Palestyńczyków. Przypomniał we wzruszający sposób historię tych narodów i zapowiedział starania na rzecz pokoju. Skrytykował też izraelskie osadnictwo na ziemiach palestyńskich, mając na myśli Zachodni Brzeg Jordanu. Jak w romantycznym filmie – tylko happy endu brakuje.

Administracja amerykańska naciska na premiera Izraela, Benjamina Netanjahu, by ten podjął rozmowy pokojowe. Problemy są jednak dwa. Pierwszy jest taki, że przywódca Likudu raczej nie zdaje się Amerykanom ustępować, a drugi jest taki, że choćby nawet bardzo chciał, to nie ma z kim rozmawiać, bo na Zachodnim Brzegu rządzi Fatah, a w Strefie Gazy Hamas. Nie widać żadnych symptomów poprawy, a przecież uznanie prawa do istnienia państwa palestyńskiego to nie autorski projekt Obamy. Cóż jest zatem przełomowego w tezie, że Izrael i Palestyna powinny pokojowe obok siebie istnieć? Czym się to różni od niegdyśniejszych wizji Szymona Peresa, Icchaaka Rabina czy Billa Clintona, a nawet oficjalnych deklaracji Mahmuda Abbasa, czy – w niektórych okresach – Jasera Arafata? Powiem więcej – pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych Organizacja Wyzwolenia Palestyny oficjalnie mówiła o możliwości wspólistnienia Palestyńczyków i Żydów w ramach jednego państwa.

Król jest nagi. Amerykanie mogą wpłynąć na Izrael, ale tego nie robią. Nie stosują magicznej i zbawczej mocy dolarów, z których tak szeroko korzysta państwo żydowskie. Obecnie istnieje oficjalna różnica stanowisk. Izrael nie ma nic przeciwko osiedlaniu się na Zachodnim Brzegu Jordanu swoich obywateli, Amerykanie owszem. Zobaczymy, czy Waszyngton będzie w stanie wyegzekwować swój postulat. Gorzej, jeśli znowu okaże się, że to ogon kręci psem. Przez same słowa nikt jeszcze pokoju nie zawarł. Na Bliskim Wschodzie, jak mało gdzie, liczą się konkretne działania, a tych do tej pory zupełnie brak.

Jakkolwiek wielkim zwolennikiem demokracji bym nie był, tak trudno nie skomentować uwagi Obamy, że żadne państwo nie powinno narzucać drugiemu systemu politycznego. To ciekawa deklaracja, szczególnie w konkteście oficjalnej doktryny Busha mówiącej o „szerzeniu demokracji”. Jak jednak nazwać amerykańskie działania w Iraku i Afganistanie? Przecież właśnie demokratyzacja tych krajów w jakimś sensie determinuje sytuację polityczną w tych państwach. Wynika to m.in. z niemal kompletnego braku tradycji demokratycznych. Nie dziwią problemy Afganistanu i Iraku, bo są to państwa etnicznie podzielone. Dopiero jakiś czas temu Amerykanie zaczęli rozumieć, jak prowadzić politykę w Iraku, ale deklaracja Obamy o „partnerskich” stosunkach nie brzmi poważnie. Partnersko to my zremisowalismy z „Lwami Mezopotamii” w meczu piłkarskim. Irak niewątpliwie będzie borykał się jeszcze wiele lat z typowymi problemami młodych demokracji, takimi jak korupcja, czy nietpowymi, takimi jak wybuchanie bomb. Jeśli zapowiedzi Obamy się sprawdzą i dojdzie do wycofania wojsk i rząd iracki przetrwa, to będzie znaczyło, że operacja zakończyła się sukcesem. Prezydent z gracją oczywiście pominął kwestię ropy i gazu mówiąc, że nie interesują Ameykanów irackie zasoby naftowe, w co mimo jak najlepszej wiary, trudno uwierzyć. Obama, wyciągając rękę do świata islamskiego, zdaje sobie sprawę, że w większości to nie ssą państwa demokratyczne, dlatego taka deklaracja nie jest przypadkowa. Zresztą, Fahdowie, Mubarakowie czy Allijewowie, to znani przyjaciele Stanów Zjednoczonych.

Barack Obama potwierdził również irańskie prawo do pokojwego rozwijania programu atomowego i propozycję swoich rozmów. Kolejny sympatyczny gest, jednak trzeba usiąść do rozmów. Tutaj należy rozgrzeszyć prezydenta, gdyż będzie to możliwe dopiero po wyborach w Iranie, po których możliwy będzie prawdziwy „change”. Do tego tańca potrzeba też dwojga i zobaczymy, czy Barack Obama będzie w stanie przekonać Iran do zmiany swojego stanowiska.

Ciekawe jest stwierdzenie prezydenta, że nie może być tak, że jedno państwo ma prawo do broni atomowej, a inne nie. Sprytne. Może rzeczywiście tak nie powinno być, ale tak właśnie jest! Przecież Izrael dysponuje bronią atomową i jest to najpotężniejszy z arsenału izraelskich odstrszaczy. Obama nawołuje do rozbrojenia, ale są to po raz kolejny tylko słowa, bo nie przekona Izraela, by ten pozbył się swoich głowic
. Chociażby dlatego, że to jeden z fundamentów jego bezpieczeństwa. To właśnie zniwelowanie tej strategicznej różnicy jest jedną z przyczyn determinacji irańskiej.

Na koniec przemówienia znalazło się dużo miejsca dla biznesu. Kolejne piękne deklaracje, ale biznesmani co prawda kierują się polityką, ale przede wszystkim interesuje ich zysk. Zawsze na koniec przemówienia należy wspomnieć o czymś, co łączy ludzi, czyli pieniądzach.

Wystąpienie Baracka Obamy zwiększy jego kredyt zaufania. Czas jest jednak nieubłagany i w końcu ktoś zacznie rozliczać prezydenta z jego obietnic i deklaracji. Kiedyś w/w kredyt przecież trzeba będzie zacząć spłacać.
Obamie należy życzyć powodzenia, bo spełnienie jego ambitnych deklaracji jest w interesie niemal całego świata. Pytanie brzmi, ile w tym wszystkim jest czystej Reapolitik i budowania swojej pozycji wokoł hasła „change”, a ile prawdziwego wizjonerstwa męża stanu? Do tej pory głównym sukcesem Obamy jest oszukanie 3 nastoletnich piratów i uwolnienie kapitana statku w Zatoce Adeńskiej. Administracja bardzo plącze się też przy okazji tarczy antyrakietowej, Polakom obiecując jej wybudowanie, a z Rosjanami negocjując wycofanie się z projektu. Interesy państw światwa są z reguły ze sobą sprzeczne i polityka „dla każdego coś miłego” nie ma szans powodzenia. Prawdziwe wyzwania dopiero przed prezydentem Stanów Zjednocoznych. Oglądaliśmy tylko rozgrzewkę.

- Licytacja o tarczę antyrakietową
- Nabucco: szansa czy marzenie?
- “Change” w sprawie Iranu

Czy Kim Dzong Il jest hardcorem?

Brak komentarzy

Kolejna próba nuklearna Korei Północnej w niczym nie poprawia jej sytuacji strategicznej. Towarzysze z północy mogą ostentacyjnie demonstrować swoją siłę, jednocześnie nadal będąc tzw. jednostrzałowcem niezdolnym do realnej konfrontacji politycznej lub militarnej. Kraj o bardzo szerokich drogach, po których nie jeżdzą samochody, prowadzi absurdalną politykę zagraniczną, której głównym celem jest pozyskanie pomocy gospodarczej od świata. Koreańczycy robią bardzo dużo hałasu, a później chowają się za plecami starszego kolegi (w tej roli obsadzone są Chiny). Najwspanialszy i najmądrzejszy powoli staje się dla Pekinu obciążeniem. Zamiast zmienić nieudolny system, Koreańczycy tkwią w nim nadal z uporem godnym prawdziwych hardcorowców.

Korea Północna może rozwijać się na polu militarnym, ale nadal będzie przypominać boksera kategorii piórkowej rywalizującego z mistrzami świata wagi ciężkiej. Może go okładać ciosami, ale jak go mocno zdenerwuje, to jeden lewy sierpowy rozstrzygnie sprawę. Najciekawsza jest motywacja Phenianu. Progam atomowy jest jedyną kartą, jaką są w stanie grać, a celem jest w tym przypadku pomoc gospodarcza, czyli sponsorowanie systemu, który tak świetnie opisał kiedyś George Orwell. Świat to akceptuje, bo za Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczna stoją Chińczycy, a spektakularne wydarzenia w Korei Północnej byłyby dla świata zbyt kosztowne. Wątpliwe też, by Kim Dzong Il i jego wesoła spółka szykowali jakiekolwiek reformy. Dogmatycy nie pójdą drogą chińską, ani nawet wietnamską. Oni odkryli już raj na ziemi.

Obecna sytuacja na półwyspie korańskim to doskonały sprawdzian da administracji Baracka Obamy. Na razie prezydent Stanów Zjednoczonych porusza się głównie na polu werbalnym – potępia, sskarża i ostrzega. Komuniści ewidentnie go lekceważą, bo niebezpiecznie zrobi się dla nich dopiero wtedy, gdy możliwe będzie przegłosowanie dotkliwej rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa, czyli wtedy, gdy opuszczą ich Chińczycy. Najmocniejsze potępianie przy pomocy RB ONZ nie ma aż tak dużego znaczenia, bo to są tylko słowa, a Koreańczycy są na tyle bezczelni, że żądają od Organizacji Narodów Zjednoczonych… przeprosin. Z drugiej strony zastanówmy się, co można zabrać państwu, które praktycznie nic nie ma? Od lat politycy mają jeden problem – ewentualne sankcje uderzyłyby głównie w ludność cywilną. W dodatku świat obawia się, że rozdrażniony dyktator zrobi poświąteczną wyprzedaż technologii jądrowej. Sponsorując Koreę Północną, tolerując jej ekscesy i kontrolując przy pomocy MAEA, w jakiś sposób ogranicza się te możliwości. To prowizoryczne rozwiązanie. Korea Północna chce więcej, Kim Dzong Il rozpędził się, ale zapomniał, że w przodzie znajduje się tylko przepaść. W normalnym państwie już dawno doszłoby do zmiany władzy, ale w kraju, gdzie rządzi wojsko, a społeczeństwo jest koniecznym i nieprzyjemnym dodatkiem, to raczej niemożliwe. Ewentualna zmiana przywództwa możliwa jest tylko w obrębie estabilishmentu.

Z wielką uwagą całej sytuacji przygląda się Iran. Teheran może ocenić, w jaki sposób i czy skutecznie działa nowa amerykańska administracja. Przypadek KRL-D jest zresztą cięższy i mimo wszystko mniej kontrowersyjny. Jeśli Obama nie wybuduje sojuszu antykoreańskiego, to tym bardziej nie uda się mu tego dokonać w stosunku do Persów, z którymi bardziej opłaca mu się rozmawiać. Jak na razie działania administracji sprowadzają się do słow, nie czynów. Trwają rozmowy na temat nowej rezolucji RB ONZ, która miałąby nałożyć nowe sankcje na KRL-D. Japończycy mają dość marchewki i chcą posługiwać się głównie kijem. Kim Dzong Il rozgrywa w tym momencie swój największy atut – nieprzewidywalność (lub szaleństwo – jak kto woli).

Kolejne zamieszanie wokół połwyspu koreańskiego doskonale pokazuje skostniałość obecnego kształtu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Podjęcie jakiejkolwiek decyzji wymaga konsensusu, a to najczęściej uderza w interes jednego ze stalych członków. Efektem jest wetownie rezolucji. Innym razem dochodzi do wojny, którą później Waszyngton próbuje przy pomocy ONZ zalegitymizować. Rada Bezpieczeństwa jest fasadą, z nadprezentacją Europy.

Ostatnie wydarzenia nasuwają pytanie, czy świat jest zdeterminowany by cokolwiek zrobić z Kim Dzong Ilem? To raczej wątpliwe, ponieważ nikt nie chce wsadzć kija w mrowisko. Tutaj występuje dziwna zbieżność między światem, a dyktatorem. Jedna i druga strona dążą do izolacji KRL-D.

Sprawę trzeba postawić jasno – Kim jest nieprzewidywalny i może stanowić potencjalne zagrożenie, ale pierwszy raz, gdy użyje np. rakiet przeciwko Amerykanom, będzie jednocześnie jego ostatnim ruchem. Skończy się wtedy folwark zwierzęcy. Korea Północna robi bardzo dużo hałasu, ale wynika on bardziej z desperacji, niż niezwykłych perspektyw tego państwa. Próba jądrowa, a następnie testy rakiet, były policzkiem wymierzonym Amerykanom, Japończykom i Koreańczykom z południa. Ciekawe, czy dadzą się bezkarnie obrażać? Jak do tej pory Kim Dzong Ilowi uchodziło to na sucho. Klucz do rozwiązania tej zagadki znajduje się w Pekinie.

- Zabawa w chowanego z Kim Dzong Ilem
- Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyrku