Patryk Gorgol

Wpisy z tagu Ahmadineżad

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Izrael vs Iran – kto kogo zaatakuje?

2 komentarzy

W filmie „Jutro nie umiera nigdy” agent brytyjskego wywiadu i miłośnik pięknych kobiet, niejaki James Bond, zmaga się z medialnym magnatem, Elliotem Carverem. Carver chce doprowadzić do wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, na czym jego koncern zarobiłby miliardy dolarów. Współczesne media także na konflikcie irańsko-izraelskim próbują zarobić, zaogniając atmosferę. O tyle dobrze, że przynajmniej nie pragną wywołać wojny, którą odczułby cały świat.

Rozumowanie części dziennikarzy i publicystów (Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, Eli Barbur, ludzie związani z Fundacją Europa 21) jest proste – gdy tylko Iran zdobędzie broń atomową, od razu zaatakuje Izrael. Co więcej, jest to główny cel strategiczny tego państwa, dlatego nie można wykluczyć izraelskiego ataku prewencyjnego na irańskie obiekty związane z programem jądrowym – jako konieczną samoobronę. Media bezustannie podgrzewają atmosferę – a to sugerując, że Iran dąży do „wymazania Izraela z mapy”, innym razem pisząc, że anonimowe źródło zbliżone do Ministerstwa Obrony nie wyklucza, że Izrael uderzy prewencyjnie na Iran. Ja nie wykluczam, że za 50 lat będę chodził po Marsie, chociaż raczej w to wątpię. Żaden polityk izraelski nie przyzna się nigdy oficjalnie, że Izrael rezygnuje z opcji militarnej, bo nałożyłby sobie na szyje polityczną linę. Nie oznacza to jednak, że wyśle zaraz kilkadziesiąt myśliwców nad terytorium Iranu. Irańscy i izraelscy politycy prowadzą przemyślaną politykę zagraniczną, która jest interesującą rozgrywką, a nie chaotycznym biciem się na maczugi.

Ta medialna wojna trwa już od kilku lat. Ile mogą Amerykanie i Żydzi w Iranie, pokazują nieudane próby zatrzymania programu atomowego tego państwa, a ile może Iran w Izraelu, obrazuje interwencja w Strefie Gazy. Irańczycy nie wspomogli Hamasu, ani bezpośrednio (np. militarnie), ani pośrednio (nasyłając Hezbollah). Mahmud Ahmadineżad ograniczył się do groźnych pomrukiwań. W tym momencie to wojna pozycyjna, a wrogość izraelsko-irańska jest wykorzystywana przez rządy tychże państw do celów ideologicznych oraz media, gdyż tytuł „zbliża się wojna” jest bardzo „catchy”.

Opcja militarna, ani z jednej, ani z drugiej strony, nie rozwiązuje żadnego problemu, tworząc równocześnie mnóstwo nowych. Atak Izraela na Iran nie gwarantuje zniweczenia programu atomowego, jak w przypadku Iraku. Prawdopodobnie Izrael jest w stanie go jedynie przedłużyć, bo Teheran swoje instalacje kryje głęboko pod ziemią i zabezpiecza się przed potencjalnym atakiem. Jakie byłyby konsekwencje takiego nalotu, który nie daje pewności powodzenia? Iran, w przeciwieństwie do innych państw, dysponuje środkami odwetowymi. Po pierwsze – natychmiastowe zdestabilizowanie sytuacji w Palestynie, Mahmud Abbas i jemu podobni umiarkowani politycy byliby skończeni. Iran dysponuje również “Hezbollahem”, który znacznie uprzykrzyłby życie Izraelowi na północy. Teheran może się również zdecydować na zablokowanie cieśniny Ormuz, co spowodowałoby wzrost ceny baryłki ropy do około 300 dolarów. Iran w zanadrzu ma jeszcze opcje saudyjska (atak powietrzny na złoża?) i iracką (powrót do sytuacji sprzed 2-3 lat). Pytanie – co po nalocie? Wkroczenie wojsk amerykańskich, wojna i Afganistan w wersji super hardcore? Jak zachowają się Rosjanie i Chińczycy, których interesy zostaną naruszone? Co ze światową gospodarką? Te wszystkie niewiadome powodują, że zwolennikiem opcji militarnej nie będzie raczej laureat pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama. Stany Zjednoczone nie tylko straciłyby twarz, ale po raz kolejny okazałoby się, że to ogon kręci psem.

Teraz przeanalizujmy drugą możliwość. Iran atakuje Izrael przy pomocy broni atomowej. Jeśli robi to z terytorium Iranu, to używa do tego celu rakiet. Sytuacja staje się dramatyczna zarówno dla Żydów, jak i Irańczyków. Istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że izraelski system przeciwrakietowy Arrow, a jeśli nie on, to amerykańska „nowa tarcza antyrakietowa”, poradzi sobie z zagrożeniem, a lata oraz miliardy dolarów przeznaczone na projekt atomowy okazały się bezużyteczne. Teraz można sobie wyobrazić izraelsko-amerykańską ripostę, bo przecież nikt już Iranu bronić nie będzie, łącznie z Chinami i Rosją. Jeszcze gorszy los czeka Iran w drugim przypadku, jeśli rakieta dosięgnęłaby celu – wtedy nie tylko ajatollahowie zniknęliby z powierzchni ziemi, ale i cały Teheran. Posiadanie broni atomowej ma sens do momentu, w której jej się użyje.

Tutaj pojawia się najważniejsza wątpliwość. Czy Chamanei’emu oraz Ahmadineżadowi zależy na samobójczej wojnie atomowej? Nie, ich polityka zagraniczna oparta jest na bardzo racjonalnych przesłankach, które zapoczątkował już szach Pahlavi, za którego czasów zaczęły się pierwsze prace nad programem jądrowym. Uzyskanie broni nuklearnej znacznie zwiększyłoby prestiż Teheranu oraz zniwelowałoby, przynajmniej w jakiejś części, przewagę strategiczną Izraela w tym regionie świata. Jakby nie patrzeć – to Izrael obecnie posiada monopol atomowy na Bliskim Wschodzie i rozdaje tym samym karty, będąc w dodatku pod parasolem amerykańskim.

W czasach zimnej wojny istniał system wzajemnego zastraszania, który zagwarantował pokój. Nie uważam, że posiadanie broni atomowej przez Iran byłoby korzystną sytuacją, ale nie przeceniałbym zagrożenia. Atak na Izrael najzwyczajniej w świecie Iranowi się nie opłaca, a ideologia niech pozostanie jednym z instrumentów polityki zagranicznej. Bardziej prawdopodobny jest prewencyjny atak Izraela na obiekty irańskie, ale – jak wykazałem wyżej – byłby on bardzo kosztowny i niezwykle ryzykowny, a korzyści z niego mogłyby być zerowe. W jakimś stopniu obie strony trzymają się w szachu.

Obecny Iran boryka się z olbrzymimi problemami gospodarczymi, gaz importuje, zamiast eksportować, bezrobocie szaleje, a rozbudowany sektor państwowy generuje straty. Nie można również zapominać o zacofanej infrastrukturze i coraz większym niezadowoleniu młodych ludzi. Iran stanie się potężny dopiero wtedy, gdy jego gospodarka zacznie wykorzystywać swój potencjał, a jest to bardzo mało prawdopodobne bez pomocy Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Iran, chcąc osiągnąć pozycję mocarstwową, musi pogodzić się z faktem, że współpraca z Zachodem to konieczność, a to oznacza ustępstwa. Optymalny plan zakłada, że Iran zrezygnowały z programu jądrowego, ale na to Persowie mogą być po prostu zbyt dumni.

Politycy izraelscy działają racjonalnie. Ich obawy są zrozumiałe, ale coraz trudniej będzie im zahamować pędzący pociąg o nazwie „irański program atomowy”. Tu nie chodzi o zagrożenie egzystencji, a o zmniejszenie przewagi strategicznej Izraela w regionie i spadek prestiżu. Działania Izraela są oczywiste z punktu widzenia interesu narodowego, ale to samo należy powiedzieć o Iranie. Chłodnej analizy jest dużo więcej niż niektórym się może wydawać. Izrael zaatakuje Iran tylko wtedy, gdy jego interesy będą bardzo poważnie zagrożone lub – jak w przypadku Iraku – uda się zminimalizować ryzyko fiaska operacji.

W filmie „Sierżant Bilko” tytułowy bohater, hazardzista, ustawił walkę bokserską. Umówił się z jednym bokserem, ale zapłacił nie temu, co trzeba. W efekcie obaj walczyli tak, żeby siebie nie uderzyć. Przypomina to aktualną relację Izraela z Iranem. Obie strony robią groźne miny, ale żadna z nich na razie nie decyduje się na wyprowadzenie ciosu. Medialne wieści o wojnie wydają się przesadzone.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle

Teheran – ta ostatnia środa

1 komentarz

W środę Rada Strażników Konstytucji ostatecznie zdecyduje w/s ważności wyborów. Prawdopodobny werdykt wydaje się oczywisty. Ciężko przypuszczać, by Rada Strażników sprzeciwiła się Alemu Chameneiowi, przywódcy duchowo-politycznemu Iranu, który już w piątek ogłosił, że wybory odbyły się w sposób prawidłowy, a nowym-starym prezydentm został Mahmud Ahmadineżad. Jeśli w Iranie ma dojść do jeszcze poważniejszych zamieszek – to raczej wtedy. Wbrew życzeniowemu myśleniu części komentatorów, w dużo lepszej sytuacji znajduje się drużyna Rewolucji Islamskiej, która jedynie musi wykorzystać rzut karny. Opozycja nie ma prawdziwych liderów, jej program jest niejednolity, a, jeśli tego mało, brakuje jej jednej, spójnej organizacji.

Na razie protesty ograniczają się głównie do Teheranu. Żarty się skończyły. Ali Chamenei, być może z racji swojego wieku, nie ma poczucia humoru i już pojawiają się pierwsze sygnały, że nie zawaha się użyć siły. Stara się tego unknąć, gdyż wie, iż oznaczałoby długofalowe wzmocnienie opozycji i mnóstwo innych problemów. Jeśli jednak poczuje się zagrożony – wojsko, policja i wierni ochotnicy z Basidż niewątpliwie ruszą do akcji. Opozycjoniści pozbawieni są wsparcia z zewnątrz – Barack Obama wręcz dodaje, że między Ahmadineżadem, a Musawim nie ma wielkiej różnicy światopoglądowej i że funkcjonują w ramach jednego systemu politycznego. Najciekawsze jest to, że ma rację, bo Musawi jest człowiekiem tego systemu politycznego – raczej nie podważa władzy Chameneia.

Kim jest Mir Hosejn Musawi? Bardziej liberalnym kandydatem estabilishmentu, czy reformatorem? Rozstrzygnie się to w dwóch momentach. Wczoraj na Facebooku ogłosił pomysł strajku generalnego – on pokaże realne poparcie dla byłego premiera. O ile nie wierzę w 63% Ahmadineżada, o tyle równie mało prawdopodobnie wygląda taki wynik Musawiego. Drugim testem prawdy będzie reakcja po werdykcie Rady Strażników. Jeśli będzie ona, co jest niemal pewne, negatywna, to stanie przed ciężkim wyborem: rzucić rękawice Alemu Chameneiowi albo zrezygnować i zaapelować do swoich zwolenników o powrót do smutnej, irańskiej rzeczywistości, w której ludzie młodzi nie widzą dla siebie perspektyw. Nie wiadomo też, czy wszyscy ci ludzie, nakręceni wydarzeniami ostatnich dni, rozejdą się w takim przypadku. Mir Hosejn Musawi nie jest antyislamskim rewolucjonistą, ani urodzonym liderem. Nie jestem przekonany, czy ma kontrolę nad tłumem swoich zwolenników. Każda następna zabita osoba wzmacnia determinację demonstrantów.

Jeżeli dojdzie do konfrontacji, będzie ona krwawa. Nie wiadomo również, jak zachowa się bierna, jak na razie, większość mieszkańców. Warto też pamiętać, że zwolennicy Ahmadineżada to nie Yeti, o którym nikt nie widział, ale za to dużo osób słyszało, a prawdziwa siła polityczna. Państwo islamskie trzyma się przy tym bardzo dobrze, jego fundamenty pozostają nienaruszone. Co więcej, wśród protestujących istnieje pewien podział – na ludzi sprzeciwiających się rządom islamskim i na tych, którym po prostu nie podoba się wynik wyborów i uważają, że zostały one sfałszowane.

Musawi, nieoczekiwanie, znalazł się na pozycji rozgrywającego. Sam nie podważa idei państwa islamskiego, a nawet jest jego integralną częścią, ale wśród jego zwolenników zaczynają pojawiać się poglądy antysystemowe. Dopóki wszyscy idą w stronę unieważnienia wyborów, panuje spokój. Co jednak się stanie, gdy te drogi rozejdą się? Jak wielka będzie determinacja protestujących i najważniejsze pytanie – czy nie dojdzie do wydarzeń przypominających tych z 1989 roku z Pekinu, gdzie na protestujących studentów wysłano czołgi?

Ali Chamenei jest zdecydowany, ale nie wydaje się entuzjastą takiego rozwiązania. Podejmie taką decyzję tylko wtedy, jeśli uzna, że demonstracje są niebezpieczne dla jego zwierzchniej władzy. Taki dylemat pojawi się po werdykcie Rady Strażników Konstytucji. Na razie ajatollahowie kontrolują sytuację – protesty są ograniczone, media mają uniemożliwoną swobodę działania, a część opozycjonistów (w tym brata Chatamiego i córkę Rafsandżaniego – to zapewne element szantażu) i dziennikarzy najzwyczajniej w świecie aresztowano.

Jeśli w Iranie ma się wydarzyć coś nieoczekiwanego, to po środzie. Już niebawem okaże się, czy Musawi to prawdziwy lider czy wydmuszka, bo Chamenei jednostrzałowcem ewidentnie nie jest. Konserwatyści trzymają się mocno, a guberantor Teheranu nie wydaje zgody na demonstracje. Ludzie na ulicach ryzykują więc bardzo wiele, ale co zrobią, jeśli Musawi pogodzi się z wynikami wyborów?

Wydaje się przy tym, że skala tego wszystkiego trochę władze zaskoczyła. Obecnie słyszymy jeszcze apele o spokój i rozwagę. Już jednak list szefa policji do Musawiego, w którym ten pierwszy zapowiada stłumienie protestów, pokazuje, że gra wkroczyła w decydująca fazę. Siły są nierówne. Niezależnie od tego irańskie społeczeństwo jest coraz bardziej prozachodnie. W murze powstała pewna dziura, której już nie uda się wypełnić.

- Papierowa rewolucja
- Irańska reglamentacja demokracji
- Obama w Kairze – a może frytki do tego?
- “Change” w sprawie Iranu?

Irańska reglamentacja demokracji

1 komentarz

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Iranu podało, że na drugą kadencję wybrany został Mahmud Ahmadineżad. Reformatorzy, głównie zwolennicy Mir Hosejna Musawiego, uważają, że wybory zostały sfałszowane. Na ulicach trwają zamieszki i trudno przewidzieć, jak się to wszystko zakończy.

To bardzo znamienne, że frekwencja wyniosła ponad 80%.. W Iranie uprawnionych do głosów jest 46 milionów osób, czyli do urn poszło około 37 milionów osób. Frekwencja nie dlatego jest ważna, by pokazać, jak mocno zaangażowani są Irańczycy w wyborach i pożartować z ilości osób głosujących w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Obóz reformatorów, skazywany na porażkę, zmobilizował swoich zwolenników. W Iranie ludzie poniżej 30 roku życia to ponad połowa mieszkańców. Właśnie wśród nich Hosejn Musawi cieszył się poparciem i według zasady „w młodości siła”  prowadził kampanię pod tym kątem.

Reformatorzy szacowali, że ich szansa na zwycięstwo pojawi się, gdy do urn pójdzie minimum 30 milionów osób. Zagłosowało kilka milionów więcej. Wnioski mogą być zatem dwa – albo irańska „opozycja” zupełnie nie umie liczyć albo coś z tymi wyborami rzeczywiście było nie w porządku.

Zastanawiałbym się raczej nad stopniem fałszerstw. Protesty miałyby sens, gdyby zmanipulowano 15% głosów, czyli prawie 6 milionów głosów. Jeśli ktoś się łudzi, że takie oszustwo udałoby się zrobić bez spostrzeżeń i bez pozostawania śladu, to pora obudzić się ze snu. Teraz jest czas na zbieranie dowodów

Ahmadineżada popierali ludzie starsi, biedniejsi i z obszarów wiejskich. Najbardziej istotne jest poparcie islamskiego estabilshimentu i Alego Chameneia, który zaapelował o głosowanie na obecnego prezydenta. Reformatorzy liczyli na ludzi młodych, zniechęconych irańską rzeczywistością.

Życie w Iranie to nie bajka – rosnące bezrobocie, wysoka (ponad 25%) inflacja i brak perspektyw dla młodych ludzi. W gospodarce rządzi wszechobecne państwo, a na Iran nałożone są nadal międzynarodowe sankcje. Głównym tematem nie były stosunki ze Stanami Zjednoczonymi czy program atomowy, a właśnie kwestie z okolic gospodarki. Tak już jest, że ponura codzienna rzeczywistość jest dla ludzi ważniejsza niż stosunki międzynarodowe. Świetnie to było widać w Stanach Zjednoczonych, gdy podczas prawyborów Barack Obama i Hillary Clinton mieli problem z podaniem nazwiska prezydenta Miedwiediewa.

Ahmadineżad niemal hurtowo kupował głosy najbiedniejszych rozdając im wysoką, jak na warunki tego kraju, pomoc i sprzedając za bezcen lub oddając worki ziemniaków. Wszystko w ramach państwa, jako oficjalny program. Reformatorzy do prowadzenia kampanii używali na szeroką skalę Internet, a zwłaszcza Facebooka. W pewnym momencie władze stwierdziły, że dość tej innowacji i postanowiły Faceebooka, przynajmniej tymczasowo, zamknąć. Wskaźniki gospodarcze prezydentury Ahmadineżada są niekorzystne. To kolejny argument przemawiający przeciwko niemu. Żaden kandydat nie potrafił tego wykorzystać i nie przedstawił kompleksowego programu naprawy gospodarki irańskiej. W grze liczyło się tylko 2 osoby – Mahmud Ahmadineżad i Mir Hosejn Musawi.

Oskarżenie o sfałszowanie wyborów nie pojawiły się po raz pierwszy. Już 4 lata temu Ali Rafsandżani, ówczesny kontrkandydat Ahmadineżada, miał rozważać rezygnację ze startowania w drugiej turze, ze względu na fałszerstwa. Do dalszego prowadzenia kampanii przekonał go Ali Chamenei – prawdziwy przywódca kraju. Bez jego akceptacji i namaszczenia nie tylko trudno zostać prezydentem, ale przede wszystkim nie da się prowadzić polityki zagranicznej. Nie można przeceniać roli prezydenta w Iranie. Nawet najbardziej reformatorki kandydat nie przeprowadzi żadnych zmian bez zgody Rady Strażników oraz Ali Chameneia. Cały aparat państwowy sprzyjał Ahmadineżadowi i raczej teraz, pod wpływem zamieszek, do zmian nie dojdzie. Ahmadineżad nie jest znienawidzonym przez cały naród dyktatorem. Ma poparcie, ale trudno ocenić jego wysokość. Reformatorzy liczyli na ewentualne zwycięstwo w drugiej turze. Kwestia sporna jest tylko to, czy Ahmadineżad nie ma przesadnie wysokiego wyniku.

Protestujących ludzi szkoda, bo rzeczywistości nie zmienią. Bardzo prawdopodobne, że wybory zostały sfałszowane (albo ich wynik został  poprawiony), ale rządzić będzie i tak ten, który ma poparcie duchowego przywódcy kraju. Musawi też zresztą kandydatem na rewolucjonistę nie jest – był premierem w latach 1981-1989.  W Iranie siły polityczne funkcjonują w ramach państwa islamskiego kontrolowanego przez Radę Strażników. To system demokracji kontrolowanej, stosowany też w Egipcie, gdzie kombinuje się ze składem parlamentu czy Azerbejdżanie, w którym prezydent też „poprawił” sobie wynik. Wielbiciele makijażu.

Druga kadencja kontrowersyjnego prezydenta może pójść w różnym kierunku. Realna jest dalsza polityka konfrontacji, ale niewykluczone, że po wyborach zmieni koncepcję i zacznie rozmawiać z administracją Baracka Obamy. Wyraźnie taką propozycję akcentował prezydent Stanów Zjednoczonych podczas swojego przemówienia w Kairze.

Temperament kampanii wyborczej i wyborców (475 osób, w tym 42 kobiety zgłosiło swoją kandydaturę na stanowisko prezydenta!) pokazuje, że w Iranie istnieje społeczeństwo obywatelskie i to może zaprocentować w przyszłości. Na razie jest to demokracja reglamentowana (np. Rada Strażników wydaje zgodę na startowanie w wyborach), ale teherańska ulica staje się coraz bardziej liberalna. Wybór Ahmadineżada też ma z demokracją bardzo dużo wspólnego. 

Obama w Kairze- a może frytki do tego
Change” w sprawie Iranu