Patryk Gorgol

Co łączy bin Ladena, Wali Karzaia i Muammara Kaddafiego?

Brak komentarzy
źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Trzy postacie – pierwsza, legendarny lider al-Kaidy, odpowiedzialny za ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku, druga, “król Kandaharu”, przyrodni brat prezydenta Afganistanu, Hamida Karzaia, trzecia, przywódca – ciężko powiedzieć aktualny, były czy przyszły – Libii. Każdy z nich wyznaje islam.  Łączy ich mianowicie to, że każdy z nich padł ofiarą zamachu na swoje życie. Bin Laden i Karzai – skutecznego, Kaddafi ocalał, ale za to stracił syna, Saifa al-Araba.

W Afganistanie mamy do czynienia z pewnymi zmianami. Tak naprawdę śmierć bin Ladena – wbrew sugestiom amerykańskich polityków – nie wpłynęła na położenie taktyczne Amerykanów w tym kraju. Wręcz zainicjowała wycofywanie amerykańskich wojsk, co nie może cieszyć prezydenta Karzaia, który swoją władzę zawdzięcza przecież Waszyngtonowi i sfałszowanym wyborom prezydenckim (co 4 głos!). Jedyna rozsądna taktyka, jaką przyjąć mogą Amerykanie i ich afgańscy sojusznicy brzmi – dogadać się z rebeliantami. Nie ze wszystkimi się da, ale przynajmniej z odpowiednią ich częścią – za zapomnienie przewin, pieniądze, bezpieczeństwo i udział w polityce. Seks, władza, pieniądze.

Tymczasem sami Talibowie również zmienili strategię na bardziej medialną. Współczesnego widza nie przeraża kolejny news o trzech zabitych Amerykanach/Brytyjczykach i dwóch rannych Polakach, nie mówiąc już o afgańskich policjantach czy cywilach, bo ich traktuje się jako statystykę. Za to informacja o zabiciu miejscowych liderów czy potężnego polityka – żyjącego ponoć z handlu narkotykami i łapówek – z rodziny prezydenta, momentalnie wzbudza zainteresowanie. Przy okazji obnaża się słabość afgańskiego państwa i przemawia do wyobraźni: w jakim stopniu nowe służby oraz wojsko mogą być zinfiltrowane przez wrogów rządu?

Zabójstwo Wali Karzaia z jednej strony, a bin Ladena z drugiej pokazuje, że obie strony stosują na wojnie zasadę – cel uświęca środki. Nie powinno to dziwić, jednakże to, co odróżnia te sytuacje – podobnie ma się to z Kaddafim – jest PR. W naturalny sposób Europejczycy nie będą popierali islamskich radykałów, którzy chcą zamykać kobiety w domu, nakazać noszenie tradycyjnego stroju islamskiego i zakazać im edukacji, jednakże ci sami światli Europejczycy częstokroć popierają ataki samolotów (w tym bezzałogowych), które przecież nie zawsze trafiają w bojowników, a ewentualną śmierć cywilów uznaje się za “wkalkulowane ryzyko”. Zabicie Kaddafiego (”przez przypadek” – oczywiście) byłoby niezgodne z prawem międzynarodowym, ale to nie budzi kontrowersji, gdyż mogłoby to zakończyć wojnę domową w Libii i brutalne rządy pułkownika. To w końcu wolno zabijać, czy też nie? Odpowiedź jest prosta. Nas nie można, my możemy. Taką moralność proponuje nam obecnie większość polityków z państw NATO (a także ich wrogów) i część mediów. Naszych liderów nie można zabijać, bo to niezgodne z normami prawa międzynarodowego, obcych można, bo to samoobrona i konieczność zapobiegnięcia tragedii humanitarnej.

Metody rozprawiania się z wrogiem od tysięcy lat nie zmieniły się i jedną z nich jest jego fizyczna eliminacja. Zapewne będzie tak przez kolejnych setki lat. Warto więc te poszczególne przypadki rozpatrywać pod względem interesu.

Taktycznie rzecz biorąc, zabicie Kaddafiego byłoby świetnym pomysłem, bo mogłoby znacząco skrócić czas trwania wojny domowej w Libii. Saif al-Islam Kaddafi byłby też bardziej skłonny do ewentualnych rozmów niż jego ojciec.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie Wali Karzaia było Talibom potrzebne, bo pokazało słabość afgańskiego państwa i możliwości rebeliantów w momencie, gdy Hamid Karzai układa się z częścią swoich wrogów.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie bin Ladena było świetnym ruchem. Pakistańczykom co prawda zaszkodziło, ale Amerykanie “osiągnęli sprawiedliwość”, a sam prezydent Obama – kilka punktów procentowych (pomimo, że każdy prezydent na jego miejscu wydałby ten sam rozkaz z takim samym skutkiem). Dało też pretekst do wycofania się z twarzą z niezwykle kosztownej operacji.

Nie mieszajmy jednak do tego prawa międzynarodowego i moralności, bo na wojnie wszyscy parzą się na to w ostatniej kolejności. Metody często są identyczne, inne są sprawy, o które walczą poszczególne strony i PR, który decyduje o poparciu lub jego braku dla działań poszczególnych państw.

Gruzja grała o republiki, nie o niepodległość – polemika z Piotrem Sosnowskim

4 komentarzy
źródło: rp.pl

źródło: rp.pl

Mój serdeczny kolega z IKN Dyplomacji i Prawa, Piotr Sosnowski, napisał polemikę wobec mojego ostatniego tekstu dotyczącego rewelacji Nino Burdżanadze na temat wojny rosyjsko-gruzińskiej. Uważam, że warto kontynuować tę dyskusję.

Na wstępie chciałem podkreślić, że mój tekst dotyczył samego nierozsądku Saakaszwilego, a mniej rozstrzygania o winie. Tym zajmowałem się w innym artykule – “Gruzja – winna czy niewinna?”. Pozwolę sobie zacytować jeden z fragmentów.

“Kto wywołał wojnę?
Ustaleniem przyczyn i przebiegu wojny zajmowała się specjalna komisja Unii Europejskiej pod przewodnictwem szwajcarskiej dyplomatki, Heidi Taglavini. Raport komisji został opublikowany 30 września 2009 roku. “Bombardowanie Cchinwali przez gruzińskie siły zbrojne w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 oznaczało początek zbrojnego konfliktu o dużej skali w Gruzji. Jednak chodziło tylko o kulminację długotrwałego wzrostu napięcia, prowokacji i incydentów” – napisano w dokumencie. Komisja stwierdziła, że Gruzja jest odpowiedzialna za wybuch wojny, czyli jest ona wynikiem decyzji Saakaszwilego. Autorzy podkreślili jednak, że Rosjanie świadomie destabilizowali sytuację w regionie m.in. wydając rosyjskie paszporty mieszkańcom Abchazji i Osetii Południowej oraz wspierając osetyjskich separatystów. Nie ulega wątpliwości, że wszelkie incydenty przygraniczne nie służą zachowaniu pokoju. Moskwa nie była zainteresowana rozwiązaniem konfliktu, a jego eskalacją.”

Przede wszystkim chciałbym przyjąć pewną zasadę – zarówno Rosjanie, jak i Gruzini mają interes w tym, aby przedstawiać siebie jako bohaterów i ofiary, a przeciwników jako nikczemników oraz agresorów. Dlatego proponuję opierać się na ustaleniach zachodnich, międzynarodowych organizacji, w szczególności NATO, UE i OBWE. Raport UE rozkłada winę i wydaje się obiektywny. Opowiada o prowokacjach Moskwy, ale podkreśla, że to Gruzja przerwała status quo i rozpoczęła działania wojenne. Gruzińska wersja mówi o tunelu Roki którym przybywali rosyjscy żołnierze jeszcze przed wydaniem rozkazu przez Saakaszwilego o ataku, szykując się na inwazję. Jest tylko jeden problem – ani UE, ani NATO, ani agencje wywiadowcze (np. CIA), ani OBWE tego nie potwierdzają. Nikt nie neguje tego, że na terytorium Osetii Południowej byli rosyjscy żołnierze, ale śladów i dowodów na szykowanie inwazji nie ma żadnych. Są za to dowody na to, że przez tunel przeszli 8 sierpnia o godzinie 11. Gdyby Rosjanie zareagowali dzień później, tunel mógłby być zablokowany i Saakaszwili mógłby wygrać wojnę, a wielu publicystów – w tym zapewne ja – uważałoby go za geniusza. Co nie zmienia faktu, że – zgodnie z prawem międzynarodowym – Rosjanie nie mieli prawa do użycia swoich sił na obcym terytorium. Manewry, owszem, odbyły się w lipcu, zarówno w wykonaniu Gruzji, jak i Rosji. Służyły, jak od lat, pokazowi siły.  Nie widzę więc powodu, dla którego miałbym uznać poczynania Saakaszwilego za samoobronę, jednocześnie podkreślając, że działania Rosjan również ciężko za takową uznać. Na granicy wzajemnie strzelano do siebie od 1 sierpnia, ale status quo przerwano dopiero 7 sierpnia, gdy gruzińskie czołgi wkroczyły do Osetii Południowej. To był ten błąd Saakaszwilego, o którym tyle pisałem. Przeliczył się i jednocześnie usunął Moskwie wszelkie hamulce.

Gra o republiki
Rosji, co też podkreślała komisja UE badająca przyczyny wybuchu konfliktu, zależało na destabilizacji Kaukazu. Gruzja z kolei musiała połączyć swoje prozachodnie aspiracje z problemem swojej integralności terytorialnej. Jak łatwo można skalkulować, są to odmienne interesy. W celu destabilizacji Rosjanie wykorzystywali aspirację Osetyjczyków i Abchazów a dumni Gruzini snuli plany reintegracji.

W czasie wojny, o której przecież pisałem czasem dwa razy dziennie, spotykałem się z wieloma przychylnymi dla Saakaszwilemu opiniami. Jedni twierdzili, że to genialny plan zastąpienia wojsk rosyjskich nierosyjskimi wojskami ONZ w Cchinwali lub na granicy (co za niedorzeczność), inni, że Saakaszwili specjalnie odpuszcza republiki, aby szybciej zintegrować się z NATO i UE (po 3 latach można się z takiej koncepcji tylko zaśmiać). Narracja, wbrew temu co twierdzisz Piotrze, była bardzo progruzińska. Polskie media – od Michnika do Ziemkiewicza – były złączone solidarnością z Gruzinami. O ofiarach bombardowań rosyjskich napisano wiele, o ofiarach w Osetii – dużo mniej. Jeszcze inną koncepcją, którą akurat prezentuje w polemice Piotr, a z którą się fundamentalnie nie zgadzam jest to, że była to “wojna prewencyjna” i gdyby nie ona Gruzja byłaby zależna od Rosji.

“Wojna prewencyjna”?
Jak już pisałem, nie ma żadnych dowodów na to, że Rosjanie szykowali inwazje na Gruzję, chcąc zając Tbilisi i zmienić rząd tego kraju. W tle toczyły się przygraniczne wymiany ognia w republice, w gruncie rzeczy nic sensacyjnego. Putin pojechał na otwarcie Olimpiady, a Miedwiediew wziął urlop. Czy Rosjanie chcieliby zmienić prozachodniego Saakaszwilego na kogoś prorosyjskiego i uzależnić Gruzję od siebie? Zapewne z miłą chęcią, ale nie przy pomocy militarnego zajmowania Gruzji, w której znajdowali się przecież amerykańscy wojskowi. Za duży koszt – w tym finansowy, olbrzymie ryzyko, nie ta siła, zbyt jednoznaczna wina – Zachód by tego nie zaakceptował. Na pewno Moskwie łatwo nie byłoby znaleźć sensownego gruzińskiego polityka chcącego rządzić i zdolnego utrzymać się z nadania Moskwy. To nie czasy “doktryny Breżniewa”.

Co najważniejsze jednak, Rosjanie, po przepędzeniu wojsk gruzińskich z Osetii Południowej, zajmowali się – poza republikami – głownie niszczeniem infrastruktury wojskowej i gruzińskiego sprzętu wojskowego. Owszem, Putin chciał wieszać Saakaszwilego “za jaja”, ale po wybuchu wojny, a nie przed i jest to raczej anegdota. Po osiągnięciu swoich celów wojennych, a mianowicie pozbawieniu Gruzinów jakichkolwiek wpływów w republikach,  zniszczeniu wojska gruzińskiego oraz odsunięciu o kolejne lata integracji Tbilisi z NATO i UE, Rosjanie byli gotowi zawrzeć porozumienie. Piotrze, czy posiadający jakiekolwiek karty przetargowe prezydent ogłaszałby, tak jak Saakaszwili, jednostronne zawieszenie broni, gdy obce wojska znajdują się w jego granicach? To są osiągnięcia męża stanu? Mamy go chwalić?

Tak, Rosjanie mogli spokojnie podjąć próbę zmienienia Saakaszwilego. Nie zrobili tego z powodów, jakie napisałem wyżej.  Nie chcieli zajmować Tbilisi, bo osiągnęli swoje cele (o tym też pisałem w czasie konfliktu, a nie po jego zakończeniu). Ich reakcja już teraz jest powszechnie uznawana za nieproporcjonalną. Na temat intencji Rosjan nie byłoby żadnej dyskusji, gdyby rozpoczęli szturm na gruzińską stolicę. Jeśli celem Rosjan było obalenie rządu Saakaszwilego i zainstalowanie marionetek to dlaczego tego nie zrobili po pokonaniu wojska gruzińskiego? Sarkozy ich powstrzymał? Po prostu wiedzieli, że to się nie uda – Gruzja jest progruzińska i takiego działania nie zaakceptowałaby UE, ale też NATO ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Nie był to więc cel operacji, bo gdyby tak było, to lepszej sposobności ku temu niż w sierpniu 2008 nie będą już mieć nigdy.

Piotr Sosnowski: Saakaszwili – czy rzeczywiście przegrany?

2 komentarzy

źródło: politykazagraniczna.blox.pl

źródło: politykazagraniczna.blox.pl

Zapraszam do lektury polemiki do mojego tekstu nadesłanej przez Piotra Sosnowskiego. Pozwolę sobie odnieść się do niej wieczorem lub jutro. Merytorycznej dyskusji nigdy za wiele.

——————————————

Niniejszy tekst stanowi polemikę do wpisu „Saakaszwili, który przegrał wojnę” autorstwa Patryka Gorgola (http://patrykgorgol.pl/2011/07/saakaszwili-ktory-przegral-wojne/)

Komentowany wpis zawiera wiele powszechnie występujących w mediach opinii, dotyczących zarówno samej wojny w Gruzji jak i osoby jej prezydenta.

Pierwszą z nich jest to, że wojna rozpoczęła się od ataku Gruzji na stolicę Osetii Południowej Cchinwali. Jest to opinia całkowicie błędna, choć szeroko rozpowszechniona. Przyznać trzeba, że jest to pierwszy powszechnie znany „fakt medialny” tej wojny. Natomiast trudniej (co nie znaczy, że jest to niemożliwe) jest natrafić na informacje, które podaję niżej. Otóż w lecie 2008 odbyły się na granicy z Gruzją manewry wojskowe „Kaukaz 2008”, w ramach których przerzucono nad granicę większość jednostek armii rosyjskiej biorących później udział w walkach na terenie Osetii, Abchazji oraz samej Gruzji. Zakładając jednak elementarną poczytalność prezydenta Saakaszwilego oraz jego otoczenia politycznego (wbrew temu co pisze Patryk), atak w takich okolicznościach był nie do pomyślenia. Dla porządku należy też dodać, że manewry rosyjskie były odpowiedzią na wspólne manewry Gruzja-NATO z połowy lipca, których scenariusz zakładał opanowanie terytorium na którym zbuntowali się separatyści. Zgoda, że scenariusz był mocno prowokacyjny – ale tylko skończony idiota (a za takiego nie sposób uznać Władimira Putina, który decydował o ataku) uwierzyłby, że Gruzja wspólnie z NATO faktycznie szykuje się do wspólnej akcji zbrojnej przeciwko rosyjskim protektoratom (gdzie w tym interes państw NATO???).

Druga kwestia, całkowicie pominięta przez Patryka – od 1 sierpnia nasiliły się „incydenty” na granicy osteyjsko-gruzińskiej. Możemy założyć, że Saakaszwili faktycznie myślał o tym, żeby z Osetią zrobić to samo co parę lat wcześniej z Adżarią. W takim wypadku on stałby za wzrostem napięcia na granicy. Wciąż upierając się przy elementarnej poczytalności Gruzinów – kto miał lepszą pozycję, żeby przeprowadzać prowokacje w momencie, gdy u granic stoi armia rosyjska – Gruzja czy Osetia? Odpowiedź jest oczywista.

W świetle tych dwóch faktów, należy odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czy Gruzja faktycznie dała się sprowokować, czy wojna w Osetii była klasyczną próbą wojny prewencyjnej, mającej na celu opóźnienie głównego uderzenia? Trzeba mieć przy tym na uwadze, że Rosjanie zaczęli przerzucać wojsko do Osetii PRZED gruzińską deklaracją o „przywracaniu porządku”.

Moim zdaniem wojna w 2008 roku miała na celu zlikwidowanie niezależności Gruzji. Doprowadziła do niej Rosja, wykorzystując separatyzm osetyjski i abchaski. Działania armii gruzińskiej były i tak spóźnione (Rosjanie – zarówno siły regularne jak i „ochotnicy” – nie wliczam tzw. sił rozjemczych – już byli na terytorium Osetii i Abchazji) poza tym jak słusznie zwraca uwagę Patryk – nie miały szans na zwycięstwo militarne w starciu z armią rosyjską i na wyparcie jej z terenów Osetii. Moim zdaniem cel Gruzinów był inny – zachować niezależność, a nie podporządkować Abchazję i Osetię Tbilisi. Agresywna retoryka Putina i Medwiediewa – w tym teksty o „wieszaniu Saakaszwilego za jaja” – dla mnie świadczą o takim celu operacji. Jeśli faktycznie cała awantura byłaby wywołana przez Gruzję (jak słusznie zauważył Patryk – prozachodnią), to Putinowi wystarczyłoby ogłaszanie, że Gruzja jest agresorem a Rosja tylko broni Osetii i Abchazji i uderzanie w tą nutę przez cały czas i konsekwentnie. Sympatia Zachodu odwróciłaby się momentalnie – wystarczyło zresztą wcześniej ogłosić, że Gruzja szykuje się do ataku – to zrobiłoby z Gruzji agresora i zmniejszyło poparcie dla niej na Zachodzie. Takie postępowanie pokazuje, że Rosja chciała po prostu rozwiązać kwestię gruzińską poprzez siłowe obalenie Saakaszwilego i zainstalowanie posłusznego sobie rządu (odpowiedź jaki był w tym interes Rosji jest prosta, jeśli popatrzy się na mapy gazo- i rurociągów regionie).

Z tego punktu widzenia Saakaszwili nie jest wcale przegranym w tej wojnie. Owszem, Gruzja straciła jakiekolwiek złudzenia, że będzie kiedyś kontrolować tereny Osetii i Abchazji (no chyba, że Rosja się rozsypie, co jest jednak w najbliższych latach mało prawdopodobne). Utrzymała jednak niezależność. Rosjanie swoich celów nie zrealizowali – bo trudno nazwać ich celem „wyzwolenie” Abchazji i Osetii, które i tak mieli już pod kontrolą.

Owszem można pisać o ambicjach Saakaszwilego i jego beznadziejnych doradcach. Problem w tym, że taka wizja osób w gruzińskim przywództwie jest bardzo uproszczona – i bardzo korzystna dla Rosji. A ja mam do siebie to, że nie wierzę w zbyt proste scenariusze. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą stosunki międzynarodowe, a w nich – interesy rosyjskie.

Piotr Sosnowski

Saakaszwili, który przegrał wojnę

Brak komentarzy
źródło: tvn24.pl

źródło: tvn24.pl

Mijają już prawie 3 lata od wybuchu i zakończenia wojny rosyjsko-gruzińskiej. Był to nietypowy konflikt, bo zazwyczaj to słabszy unika starcia z silniejszym, a tymczasem prezydent Saakaszwili – także pod wpływem swoich doradców – stwierdził, że Gruzini sobie poradzą, rozkazem “przywrócenia konstytucyjnego porządku” przerwał status quo i rozpętała się wojna. Rosjanie błyskawicznie, choć w mało efektownym stylu, pokonali Gruzinów. Pamiętam, że te prawie 3 lata temu, kiedy zaczynałem swoją przygodę z pisaniem, oceniałem, że kulawy pokonał ślepego.

Interesujące światło na ten konflikt rzuca wywiad jednej z liderek opozycji, Niny Burdżanadze dla “Echa Moskwy”. Wcześniej związana z prezydentem Szewardnadze, potem jedna z bohaterek “Rewolucji Róż” (2003r), najbliższa współpracowniczka prezydenta Micheila Saakaszwilego, wieloletnia przewodnicząca parlamentu. Trzeba jednakże podkreślić, że Burdżanadze jest obecnie przeciwnikiem politycznym Saakaszwilego, dlatego jej krytyka, w dodatku w rosyjskich mediach, nie powinna być przyjmowana jako prawda objawiona. Sama Burdżanadze uważana jest za polityka prorosyjskiego.

W świecie racjonalnych polityków prezydent Saakaszwili robiłby wszystko, aby uniknąć konfliktu. Nie staje się do ringu z bokserem dwie kategorie wagowe cięższym, o podobnej szybkości. Gruzini nie mieli też żadnego genialnego planu taktycznego. A jednak Saakaszwili wydał rozkaz zbombardowania i zajęcia Cchinwali, gdzie przecież – poza rosyjskimi żołnierzami działającymi formalnie jako siły międzynarodowe – znajdowali się również cywile. Rosjanie momentalnie wyczuli swoją szansę na ostatecznie oderwanie Abchazji i Osetii Południowej od Gruzji i jednoczesne pokazanie, że stary niedźwiedź wcale nie śpi i panuje nad okolicą. Reakcja nieproporcjonalna, ale kto cokolwiek zrobi Moskwie? W tydzień okazało się, że Gruzini nie mają już lotnictwa, wojsko przegrało nie tylko w Abchazji i Osetii ale także na terytorium Gruzji “właściwej”. Na pomoc NATO nie ma co liczyć, a w imieniu UE z Rosjanami negocjował Nicolas Sarkozy tak, że Gruzini zakończyli ten konflikt na dużym minusie.

Zapraszam do moich starszych tekstów nt. konfliktu gruzińsko-rosyjskiego gdzie bardziej szczegółowo analizowałem przebieg konfliktu. Wracając do rewelacji Burdżanadze, wskazuje ona na postawę środowiska stojącego za Saakaszwilim, które było zwolennikiem szybkiego, zwycięskiego konfliktu (aż przypomina się wojna rosyjsko-japońska z początku XX wieku). Oczywiście, podkreślić trzeba, że otoczenie polityczne prezydenta Saakaszwilego ma bardzo podobne poglądy polityczne do niego – prozachodnie aspiracje związane z NATO i UE (żeby było śmieszniej – w dużej mierze przekreślone przez ten konflikt), nutka antyrosyjska w tle, a także przekonanie, podzielane przez społeczeństwo gruzińskie, że Abchazja i Osetia Południowa (a wcześniej Adżaria) to nieodłączne terytorium gruzińskie.

Do czego jednak zmierzam? Pamiętacie może Polskę z początku lat 90-tych? Czy ZSRR nie stosował wobec swoich satelitów taktyki “ufaj, ale bardzo dokładnie kontroluj”? Tak, Polska była bardzo dokładnie infiltrowana przez Rosjan po transformacji. To teraz wyobraźmy sobie Gruzję, byłą republikę radziecką, której prezydentem przez wiele lat był, były minister spraw zagranicznych ZSRR, Eduard Szewardnadze. Dla przykładu, ostatnio okazało się, że z rosyjskim wywiadem prawdopodobnie współpracował jeden z fotografów prezydenta. Rosyjski wywiad zawsze funkcjonował sprawnie i trudno się dziwić, że gruziński – a w latach 90-tych polski – kontrwywiad za nim nie nadąża.

Rosjanie zatem mieli doskonałe rozeznanie w nastrojach wśród ludzi Saakaszwilego, a być może – czego nie jestem w stanie udowodnić – sami nakłaniali go do ataku jednocześnie szykując kontratak. Nie zmienia to jednak jednego, podstawowego faktu:

Prezydent Micheil Saakaszwili w czasie napięcia na granicy, pod wpływem własnych ambicji, a także doradców, podjął fatalną dla swojego kraju decyzję. Polityka ocenia się wszakże po wyniku. W tym starciu to Rosjanie byli górą, przejmując ostatecznie “opiekę” nad republikami i odpychając Gruzję od NATO i UE. Zastanówmy się, czy ktoś z Sojuszu będzie chciał w najbliższym czasie ryzykować wojnę z Rosją z powodu ambicji Saakaszwilego oraz niepoprawnych ocen jego doradców?

Państwo holendarskie odpowiedzialne za Srebrenicę – wyrok sądu w Hadze

Brak komentarzy
źródlo: guardian.co.uk

źródlo: guardian.co.uk

Wydarzenia ze Srebrenicy, pomimo iż upłynęło od ich czasu prawie 16 lat, budzą emocje i są przedmiotem ożywionej dyskusji. Niedawno władze serbskie ponownie przepraszały za Srebrenicę. Przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławiii stanął generał Ratko Mladić, odpowiedzialny za masakrę 8 tysięcy muzułmańskich Bośniaków. Na Bałkanach większość narodów ciągle uważa, że rachunki są niewyrównane. Wyrok holenderskiego sądu jest precedensowym i niezwykle interesującym epizodem (niestety jeszcze nie epilogiem) tych wydarzeń.  Sąd w Hadze uznał, że państwo holenderskie jest winne śmierci trzech Bośniaków, a więc ponosi konsekwencje za działania własnych żołnierzy służących w misji ONZ.

Zanim przejdę do omówienia samego wyroku, warto by wspomnieć, że w tej wojnie nie było niewinnych stron. Muzułmańscy Bośniacy zabijali cywilów serbskich Bośniaków i vice versa. Wojny na Bałkanach bezsprzecznie kojarzą się z tragedią cywilów i okrucieństwem walczących sił. Strony nie przestrzegały konwencji międzynarodowych i nawet nieszczególnie się z tym kryły. Prawo dżungli, w Europie, równo 50 lat po zakończeniu II wojny światowej.

Ile może misja peacekeeping?
Holenderski batalion (DUTCHBAT) był częścią operacji UNPROFOR w Bośni i Hercegowinie. Była to operacja typu peacekeeping. Najczęściej stosowanym argumentem, na swoją obronę, przez Holendrów zakaz użycia broni przez siły holenderskie. Podkreślano również słabe uzbrojenie tych wojsk oraz brak wsparcia ONZ w krytycznych dniach lipca 1995.

Operacje typu peacekeeping zakładają bezstronność sił ONZ oraz zakaz użycia sił, to prawda, ale absolutnie dopuszczalna jest samoobrona. Żołnierze holenderscy – w myśl prawa międzynarodowego – nie mogliby zaatakować sił Ratko Mladicia, ale jak najbardziej mogliby się przed ich atakiem bronić. Nie należy też zapominać, że generał Mladić posiadał silną kartę przetargową w postaci 30 Holendrów, których śmiercią groził w razie wznowienia bombardowań NATO.

W holenderskiej bazie w Potcori schroniło się kilka tysięcy muzułmańskich Bośniaków. Dowództwo holenderskie – będąc pod silnym naciskiem – podjęło decyzję o wypuszczeniu ich z obozu, co równało się ich wydaniu na śmierć (po uprzednim rozdzieleniu kobiet i dzieci do 12 roku życia). Momentalnie przejęli ich Serbowie, a resztę dopisała już historia. Przeprowadzono kilka tysięcy egzekucji muzułmańskich mężczyzn i chlopców z Potcori oraz innych regionów.

Sensownie brzmią pytania, czy Holendrzy musieli wydawać cywilów? Nie, nie musieli. Czy mogli ich bronić? Mogli, chociaż rzeczywiście byli słabo uzbrojeni i było ich zaledwie 300. Mając jednak do wyboru narażenie swojego życia, a posłanie na śmierć muzułmańskich Bośniaków, wybrali to drugie, bezpieczniejsze dla nich samych wyjście. Wypuszczając ich z obozu, podali ich Mladiciowi na tacy. Podobnie uznał holenderski sąd – państwo holenderskie zawiniło wydając Bośniaków w ręce Serbów.

Prawdą jest oczywiście że Holendrzy nie jechali tam być stroną konfliktu ani przesądzać o jego losie. Zadaniem misji było jednak zapewnienie ochrony ludności cywilnej, a zwłaszcza ustanowienie stref bezpieczeństwa. To jest kryterium do oceny działań żołnierzy. Holendrzy zrobili dużo mniej niż mogli, aby zapobiec masakrze w Srebrenicy, a dużą część muzułmańskich Bośniaków sami Mladiciowi dostarczyli.

Znaczenie precedensowego wyroku
Holenderski sąd zasądził odszkodowanie za śmierć trzech Bośniaków, a także uznał odpowiedzialność państwa. Należy jednak rozróżnić możliwe skutki dla roszczeń wysuwanych wobec Holandii w/s Srebrenicy, a odpowiedzialności innych państw ONZ za działania/zaniechania swoich żołnierzy.

Przy ocenianiu wpływu wyroku należy jednak zwrócić uwagę na to, iż rzeczywiście, może stać się podstawą do kolejnych roszczeń krewnych ofiar w stosunku do Holandii. Oczywiście, jeśli wyrok stanie się prawomocny. Holendrzy sami uznali odpowiedzialność swojego państwa i jeżeli sądy mają być konsekwentne – powinny na tej podstawie przyznawać odszkodowania w razie pojawienia się kolejnych spraw.

Wyrok jest więc historyczny, ale sądy innych państw wcale nie muszą orzekać identycznie w sprawach dotyczących odpowiedzialności państwa za żołnierzy misji pokojowych. Decyzje holenderskiego sądu nie wiążą w żaden sposób ani polskich, ani amerykańskich, ani niemieckich sędziów. Nie zmienia to jednak faktu, że wyrok jest arcyciekawy, zwłaszcza, że mamy lipiec i przed nami kolejna, szesnasta, rocznica masakry w Srebrenicy.

Międzynarodowy Trybunał Karny i jego “nakazy aresztowania”

Brak komentarzy

Pierwszym urzędującym liderem państwa, w przypadku którego Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał nakaz aresztowania był Omar Bashir . Wyjątkowo ohydny prezydent Sudanu, odpowiedzialny za śmierć tysięcy ludzi i długoletnią wojnę domową. Drugim przywódcą, niemniej “uroczym”, jest pułkownik Muammar Kaddafi z Libii. Doborowe towarzystwo.

“Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania”. Jak to dumnie brzmi. Można by pomyśleć, że zaraz ci mordercy zostaną uchwyceni i sprawiedliwie osądzeni. Niestety, to nie ta bajka. Rzut oka na Statut Rzymski konstytuujący MTK oraz praktykę międzynarodową przekonuje nas, że to kolejny fakt medialny, bez realnego wpływu na rzeczywistość.

Co prawda Muammar Kaddafi chowa się zapewne w podziemnych bunkrach, ale nie w obawie przed haską sprawiedliwością, a myśliwcami NATO. Czy ukrywa się Omar Bashir? Cóż, nie wydaje mi się…. Sudański prezydent właśnie wrócił sobie z wycieczki do Chin. Po lewej – Omar Bashir, po prawej, prezydent Chin, Hu Jintao

źródło: bbc.co.uk

źródło: bbc.co.uk

Gdy przypatrzeć się tym przypadkom, okaże się, że wyżej wspomniane mają ze sobą trochę wspólnego. W części przypadkowo, w części oczywiście nie. Do rzeczy jednak.

Po pierwsze, obydwaj rządzą swoim krajem, w Afryce, od lat, niewątpliwie odpowiedzialni są za śmierć tysięcy ludzi, a za najlepszy sposób przesłuchania uważają poddawanie torturom.

Po drugie, zarówno Sudan, jak i Libia, posiadają bogate zasoby surowców energetycznych, którymi wyjątkowo zainteresowani są lub byli, Chińczycy.

Po trzecie, ani Sudan ani Libia nie ratyfikowały Statutu Rzymskiego, więc nie podlegają jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego. Niewątpliwie panowie łamią wszelkie możliwe normy prawa międzynarodowego, ale z prawnego punktu widzenia, MTK nie powinien ich sięgnąć, a to on ma w założeniu sądzić osoby fizycznie w związku z wymienionymi w statucie zbrodniami (ludobójstwa, przeciwko ludzkości, wojennymi, agresji). Tym bardziej nie wyobrażam sobie ich aresztowania. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że Statut Rzymski nie obowiązuje również Stanów Zjednoczonych, Rosji i Chin.  Z takim stanem rzeczy można się nie zgadzać, ale tak to właśnie wygląda. Międzynarodowy Trybunał Karny jest w tej sytuacji policjantem z pistoletem na ślepe naboje.

W samych działaniach MTK trudno nie dostrzec wpływów politycznych. Wszakże istnieje wielu podłych dyktatorów, na których można by wydać nakaz aresztowania. Problem w tym, że żaden z nich nie jest na tyle naiwny, by ratyfikować Statut Rzymski i samemu ukręcić na siebie bicz. Dlaczego jednak prokuratorzy MTK nie usiłują uchwycić Kim Dzong Ila, Roberta Mugabe czy członków junty birmańskiej, a Kaddafiego i Bashira już owszem?

Wyegzekwować takie aresztowanie mogłyby państwa-sygnatariusze. Czy jednak MTK, bez aktywnego udziału Rosji, Chin czy Stanów Zjednoczonych będzie w stanie spełnić pokładane w nim nadzieje? Wątpliwe.

Prezydencja Polski w Radzie Unii Europejskiej – nie spieprzyć tego

Brak komentarzy
źródło: prezydencja.nog.pl

źródło: prezydencja.nog.pl

Już za kilka dni Polska przejmie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej od Węgrów i będzie je sprawować aż do końca roku. Tymczasem w samej Europie nastały ciekawe czasy – m.in. problemy w Libii, Partnerstwo Wschodnie, kryzys gospodarczy, negocjowanie mechanizmów mających powstrzymać imigrację, podpisanie traktatu akcesyjnego z Chorwacją. Jednocześnie trzeba pamiętać o tym, iż nie wolno przeceniać roli państwa sprawującego prezydencję. Może starać się nadawać impulsy, przekonywać, koordynować ale nie zmieni to układu sił w Radzie Unii Europejskiej, a także nie zdecyduje np. o zmianie traktatów, zamiast Rady Europejskiej. Ponadto powołanie na mocy Traktatu Lizbońskiego unijnego “ministra spraw zagranicznych” (w tej roli “bezcenna” Catherine Ashton) odebrało w zakresie polityki zewnętrznej kompetencje prezydencji.

Węgrzy mieli podwójnego pecha. Nie dość, że za ich czasów – chociaż nie z ich winy – pojawiło się kilka problemów, to poza tym niedobry PR- kwestia dyskusyjna czy słusznie – został stworzony przez zawirowania na węgierskiej scenie politycznej w związku ze zmianą konstytucji czy kontrowersyjną ustawą medialną. Czesi z kolei przeżywali kryzys polityczny. Takich sytuacji trzeba unikać. Dlatego Polacy powinni przeprowadzić przyspieszone wybory w maju albo czerwcu tak, aby nowy rząd dysponował niezbędnym poparciem, swobodą działania i nie był skrepowany słupkami poparcia. Wybory jednak mamy w październiku i prezydencja zapewne stanie się jednym z tematów kampanii wyborczej, co z kolei oznacza, prawdopodobnie naturalnie, sprowadzenie dyskusji na ten temat do poziomu dna.

Jaka powinna być nasza prezydencja?
Najważniejsze jest jednak co innego. Nikt od nas cudów wymagał nie będzie – losy Europy nie znajdują się w ręku Warszawy, a odpowiedzialni są za nią wszystkie państwa członkowskie. My powinniśmy się zaprezentować jako sprawni organizatorzy i poważne państwo na arenie międzynarodowej, który wykorzystuje swoją pozycję w Radzie UE, ale też doskonałe kontakty w Europie, do rozwiązywania problemów. Równocześnie wykorzystujemy prestiż i go budujemy (w tym miejscu przesyłam serdecznie pozdrowienia dla tych wszystkich, którzy uważają, że pozycję w Unii Europejskiej można budować w kontrze do wszystkich).

Każde państwo przejmujące prezydencję zgłasza swoje priorytety. Nie inaczej jest z Polską. Rada Ministrów 31 maja przyjęła „Program 6-miesieczny polskiej Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej w II połowie 2011 r.” (zob. też wywiad z Mikołajem Dowgielewiczem dotyczący priorytetów przeprowadzony przez portal Wirtualna Polska) Polska próbuje naciągać prezydencję w swoją stronę, stąd m.in. temat bezpieczeństwa energetycznego i próba skonsolidowania polityki UE na tym polu. Warszawa jest też naturalnym zwolennikiem budowania wspólnej polityki obronnej, we współpracy z NATO.  Nieprzypadkowo również na czas polskiej prezydencji zaplanowano szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, które ma definiować unijną politykę na wschodnich granicach, w okolicach Federacji Rosyjskiej. Zgłaszamy również ambicję do podpisania lub osiągnięcia znaczącego postępu w negocjacjach w/s umowy stowarzyszeniowej z Mołdawią i Ukrainą. Nie ma co ukrywać, państwa te są obecnie daleko od Unii Europejskiej, ale polska dyplomacja będzie ciągnąć Kijów i Kiszyniów na zachód.

Wynika to z prostej kalkulacji. Polska jest obecnie państwem granicznym Unii Europejskiej i przesunięcie granic pozwoli nam umocnić swoją pozycję i też – o czym oczywiście oficjalnie cicho sza – osłabić wpływy rosyjskie, bo wiadomo, że nikt tak uzależnionej gospodarczo Ukrainy i tak nieintegralnej terytorialnie Mołdawii,  do UE nie przyjmie.  Polska zyska też jako państwo rozumiejące procesy zachodzące na wschodzie, a także mające za sobą udaną transformację. Na pewno – wspominając już o temacie rozszerzenia – warto byłoby monitorować, żeby traktat akcesyjny z Chorwacją został podpisany za naszej prezydencji. Nazwijmy to trwałą pamiątką, którą będziemy potem przypominać jak premier Miller, że to za jego rządu zakończono rozmowy akcesyjne oraz Polska weszła do Unii Europejskiej.

Zadaniem naszej prezydencji jest przekonać innych, że Unia Europejska powinna iść właśnie w kierunku zacieśniania współpracy i otworzenia się na świat.. Polska ma obecnie prasę państwa proeuropejskiego, które osiąga dobre – na tle innych – wyniki gospodarcze. Budujemy, a nie burzymy. Mamy też całkiem niezłą zdolność koalicyjną. W czasach problemów hiszpańskich, portugalskich, węgierskich i przede wszystkim, greckich to istotny atut, bo z punktu widzenia np. Berlina jesteśmy partnerem.

Podsumowując ten ogólny tekst, prezydencja nie wymaga cudów, a kreatywności, konsekwencji i pracowitości. W Unii Europejskiej jesteśmy już od ponad 7 lat i następne pół roku będzie doskonałym sprawdzianem tego, czego się nauczyliśmy w tym czasie. To też test dla naszych polityków, których czeka ostra kampania wyborcza. Mamy szansę pokazać, że stać nas na odgrywanie pierwszoligowej roli w Unii Europejskiej. Proszę, nie spieprzmy tego.

Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było…

1 komentarz
źródło: businessinsider.com

źródło: businessinsider.com

Niemało zamieszania wywołała wypowiedź Baracka Obamy na temat przyszłych granic niepodległej Palestyny. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że podstawą porozumienia powinny być granice z 1967 roku.  Media i część polityków usilnie starali się znaleźć w tym możliwy przełom w konflikcie bliskowschodnim. Minął miesiąc i co się okazało?

Po pierwsze, Barack Obama po chwili “sprostował” swoje wystąpienie zaznaczając, że mówiąc o granicy z 1967 roku, nie miał na myśli Jerozolimy i to jest zupełnie osobna kwestia. Gdyby przyjąć opcję z powrotem do 1967 roku, oznaczałoby to utrzymanie przez Izrael Jerozolimy Zachodniej, ale oddanie Jerozolimy Wschodniej, wraz ze Starym Miastem (i 180 tysiącami Izraelczyków tam zamieszkujących).

Po drugie, w związku z pierwszym, nie ma więc tutaj żadnej rewolucji, ani nawet ewolucji. Granice z 1967 to baza do rozmów pokojowych od wielu lat i prezydent nie powiedział nic sensacyjnego. O tych granicach mowa już w Rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 242 z … 1967 roku. Jeżeli niepodległa Palestyna ma powstać, to w jakich innych granicach?

Po trzecie, znowu premier Netanjahu pokazał, jak potężną siłą dysponuje izraelska dyplomacja. Benjamin Netanjahu tym różni się od Baracka Obamy, że nie ma wrogów w Kongresie. Proszę zobaczyć obrazki z filmu, który umieszczam poniżej. Oklaski na stojąco na powitanie. Po uzyskaniu poparcia Kongresu premier Izraela mógł być spokojny, że nic złego ze strony prezydenta Obamy go nie spotka. Jednym zdaniem – amerykańska polityka wobec Izraela nie zmieni się.

Po czwarte, nadal nie ma jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków, gdyż proces pojednania jeszcze się nie powiódł. Obecnie między Hamasem, a Fatahem trwają przepychanki wokół osoby nowego (starego) premiera Fajada. Zakładając jednak, że uda się je przezwyciężyć, to co dalej, skoro Izrael wykluczył rozmowy z Hamasem, a Hamas do rozmów z Izraelem też – mówiąc bardzo dyplomatycznie – nie kwapi? Jak można mówić o pokoju, gdy dwie strony nawet ze sobą nie rozmawiają? Hamas – co na dzień dzisiejszy wydaje się mało prawdopodobne – musiałby uznać prawo Izraela do istnienia oraz wyrzec się terroryzmu, a Izrael uznać polityków Hamasu za przedstawicieli narodu palestyńskiego, z którymi trzeba rozmawiać. Brzmi prawdopodobnie a.d. 2011?

Po piąte, wiadome jest, że jeżeli ma dojść do podpisania pokoju, to większość, jeśli nie prawie wszystkie, osiedla z Zachodniego Brzegu Jordanu trzeba będzie ewakuować. Myśląc poważnie o porozumieniu, należałoby wstrzymać dalszą rozbudowę osiedli z pragmatycznego powodu. Więcej osadników to większy problem przy ewakuacji dla rządu izraelskiego. Co innego, gdyby obecna koalicja nie chciała się dogadywać – wtedy takie zamrożenie rozbudowy byłoby politycznym ciosem dla rządu premiera Netanjahu, który jest wśród osadników popularny.

źródło: gaza.haimbresheeth.com

źródło: gaza.haimbresheeth.com

Jak zatem widać niewiele się zmieniło. Dużo słów, mało czynów. Prezydent Obama tylko potwierdził, że podobnie jak jego poprzednicy, jest bezradny.

Mógłbym napisać – a nie mówiłem?

——-
Witam Czytelników po sesji, wracam do pisania i zapraszam do czytania. W następnym tekście zajmę się polską prezydencją, która już tuż, tuż.

Gates krytykuje Polaków w/s Libii. Zły i dobry policjant

Brak komentarzy
źródło: usembassywarsaw.wordpress.com

źródło: usembassywarsaw.wordpress.com

Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych, Robert Gates skrytykował m.in. Polskę za niedostateczny – jego zdaniem – udział naszych sił w czasie operacji w Libii. Czy nie przypomina to czegoś? Amerykanie, pod wpływem różnych czynników, decydują się na określone działania, bez wytyczania celów, a następnie okazuje się, że sytuacja wcale się nie poprawiła?

Polska ma prawo wysłać swoje siły, ale nie ma takiego obowiązku. Jeżeli będzie to korzystne z punktu naszej racji stanu – czemu nie wspomóc operacji NATO? O tym, dlaczego nie należy wysyłać wojsk do Libii, pisałem pierwszy raz pod koniec marca. Podsumowując w jednym zdaniu – to droga operacja, do której nie bardzo jesteśmy przygotowani i z której nie osiągniemy zysków.

Chciałbym też zwrócić uwagę na coś innego – mianowicie na to, że Amerykanie bawią się z nami w złego i dobrego policjanta. Dobry prezydent Obama przyjeżdża, podkreśla polskie osiągnięcia transformacji, jak zwykle szepnie coś o liderze Europy Środkowo-Wschodniej oraz zachęci – oficjalnie – do promowania demokracji. Tymczasem jego administracja (+ republikański senator John McCain) krytykuje Polaków za brak zaangażowania w Libii, odwołując się do wspólnych potrzeb i wartości.

W tym temacie uzupełnić należy jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, nie bardzo mielibyśmy, czym latać nad Libią, a wynika to z niepełnego wyposażenia F-16, za co odpowiedzialni są … Amerykanie.

Odpowiedź na zapytanie posła Ludwika Dorna

“Odpowiedź sekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej – z upoważnienia ministra -na zapytanie nr 8318 w sprawie terminu osiągnięcia przez polskie samoloty F-16 pełni zdolności bojowych

Szanowny Panie Marszałku! Odpowiadając na zapytanie pana posła Ludwika Dorna w sprawie terminu osiągnięcia przez polskie samoloty F-16 pełni zdolności bojowych (SPS-024-8318/10), uprzejmie proszę o przyjęcie następujących wyjaśnień.
Kwestia wyposażenia i oprogramowania samolotów F-16 w system obrony indywidualnej AIDEWS (Advanced Integrated Defensive Electronic Warfare Suite) była jednym z tematów rozmów prowadzonych podczas ostatniego przeglądu programu F-16 PMR XVI (Program Management Review) w listopadzie 2010 r. W trakcie ich trwania strona amerykańska przedstawiła harmonogram wdrażania i modernizacji systemu AIDEWS, z którego wynika, że uzyskanie pełnej zdolności operacyjnej przez system, co oznacza dostarczenie i implementację ostatecznej wersji oprogramowania systemu wraz z certyfikowaną bazą danych, nastąpi w maju 2013 r.
Samoloty F-16 będą posiadały pełne możliwości bojowe w zakresie obrony indywidualnej z chwilą zaimplementowania ostatecznej wersji oprogramowania systemu AIDEWS wraz z certyfikowaną bazą danych zagrożeń, co zgodnie z deklaracjami strony amerykańskiej nastąpi w maju 2013 r.
Od tego momentu samoloty F-16 będą posiadały zdolność wykonywania zadań w potencjalnych rejonach operacji w warunkach zagrożenia, zgodnie z wymaganiami celu Sił Zbrojnych A 3114: Samoobrona statków powietrznych, oraz będą spełniały wymagania określone dla statków powietrznych wydzielanych do Sił Wysokiej Gotowości NATO.
Do tego czasu samoloty F-16 wydzielane do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego będą posiadały ograniczenia w zakresie obrony indywidualnej wynikające z niepełnych możliwości użycia systemu AIDEWS, w tym m.in. braku możliwości emitowania zakłóceń aktywnych, a system wyrzutni tiar i dipoli będzie wykorzystywany w trybie ręcznym.
Przedstawiając powyższe wyjaśnienia, wyrażam nadzieję, że uzna je Pan Marszałek za wystarczające.
Łączę wyrazy szacunku i poważania
Sekretarz stanu
Czesław Piątas
Warszawa, dnia 26 stycznia 2011 r.”

Polski – w przededniu przejęcia prezydencji w Radzie Unii Europejskiej – nie stać na to, żeby prowadzić uległą politykę, czy to na Wschód, czy na Zachód. Jeżeli Warszawa, w ramach sprawowania prezydencji, zaangażuje się w pośrednictwo, mediacje, negocjacje itp w sprawie wydarzeń w Afryce Północnej, jej wiarygodność będzie dużo mniejsza w przypadku udziału militarnego. Z kolei zwiększy się ona, gdy Polacy pokażą, iż potrafią prowadzić samodzielną politykę i wspierać akcje unijne poprzez przykładowe – choć symboliczne – zgłoszenie naszych oficerów do operacji humanitarnej EUFOR Libia.

Po drugie, wojna domowa trwa w Libii od lutego. Jeżeli dojdzie do jej zakończenia – a na razie się na to nie zanosi – i trzeba będzie rozpocząć budowanie demokracji, a udział w tym brać mieliby Polacy, to lepiej byśmy nie byli zaangażowani militarnie w tym regionie. Nasza prezydencja nie uniknie konfliktu libijskiego. To zagrożenie, ale też wielka szansa. Jeżeli to Polacy pomogą w rozwiązaniu problemu Francuzów i Włochów, prestiż i pozycja naszej dyplomacji w Unii Europejskiej momentalnie wzrosną. Gdyby nie udało się tego zrobić, mielibyśmy do czynienia z utrzymaniem statusu quo. Najgorsze, co można by zrobić, to nie tylko nie popchnąć sprawy do przodu, ale jeszcze grzecznie wykonywać polecenia innych. Naszą zaletą powinna być zdolność do rozmów i budowania koalicji, a nie źle rozumiana pokorność.

Panie Gates, jeśli chce Pan naszego zaangażowania militarnego w Libii, czekamy na przedstawienie oferty w tej sprawie, a także wysłąnie planu pokojowego, chociażby zakładającego kompromisy. Odnoszę wrażenie, że desperackie próby upolowania “przypadkowym” nalotem NATO Kaddafiego są przejawem desperacji i braku koncepcji, a nie dalekosiężnej wizji.

 Nowsze artykuły12345678...282930Starsze artykuły