Patryk Gorgol

Indiana Jones w Gruzji

Brak komentarzy

Przyszedł czas, by podsumować całe zamieszanie, jakie ma miejsce wokół wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji. Gdyby dziennikarze i politycy posługiwali się logiką, zamiast emocjami, to rozwiązaliby zagadkę bardzo szybko. Porażający jest brak profesjonalizmu tej wizyty. 

Przekonywanie Unii Europejskiej do tego, że Rosjanie/Osetyjczycy nie wycofali się z Gruzji jest równie sensowne, jak ogłoszenie przy stole całej rodzinie, że Święty Mikołaj nie istnieje. Wszyscy to prawie wiedzą i po prostu udają (przy dzeiciach), że jest inaczej. Zatem Lech Kaczyński ogłosił Wspólnocie, że Święty Mikołaj nie istnieje. Oczywiście, problemem jest to, że Rosjanie nie przestrzegają zawieranych porozumień. Unia Europejska nie ma jednak instrumentów skutecznego wpływania na Moskwę, ale co gorsze, za prezydencji Francji, nie chce takowych wypracować. Wszyscy wiedzą, że Rosjanie się nie wycofali (Osetyjczycy też działają na rozkaz Moskwy, nie są niezależni), są zdjęcia, satelity, raporty wywiadowcze, raporty obserwatorów międzynarodowych, ale nikt z tym nic nie robi. Takie zachowanie Henry Kissinger przypisywał polityce zagranicznej Józefa Stalina tuż po II wojnie światwoej. Honorowal on tylko te porozumienia z Zachodem, które alianci byli w stanie od niego wyegzekwować. Obecnie nic się nie zmieniło.

Nawet Rosjanie podkreślali już wcześniej, że nie wycofali się z rejonu Achałgori, co jest oczywiście złamaniem sześciopunktowego porozumienia. Rosjanie i Osetyjczycy uznają ten region za integralny z Osetią Południową. Po co jednak jechał tam Lech Kaczyński? Saakaszwili musiał wiedzieć, że posterunek nie przepuści konwoju. Prezydent Gruzji wiedział co robi, gdy nakazał jechać w kierunku Achałgori. Czy naprawdę tezy o możliwej gruzińskiej prowokacji są takie nieprawdopodobne? Faktem jest, że wg porozumienia Rosjan ani Osetyjczyków nie powinno tam być, ale przecież prezydent wiedział, że oni tam są! Nie wyobrażam sobie, aby orszak spokojnie przejechał sobie przez posterunek. Przed sierpniową wojną ten teren kontrolowali Gruzini. Zawsze w takim przypadku warto zerknąć na mapkę, która pokazuje, jak obecnie przebiega granica.

Źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl

Wniosek jest prosty. Prezydent Gruzji wiedział, gdzie jedzie i kto tam stacjonuje. Mogę się z kimś nawet założyć, że zdawał sobie sprawę z tego, jakimi siłami i bronią dysponuje posterunek, jak wyglądają zmiany itd. – przecież dysponuje słuzbami wywiadowczymi. 

Jak do tej pory wszystko udaje się ułożyć w logicznym ciągu. Jest region, który kiedyś kontrolowała Gruzja, potem przejęli Osetyjczycy, a potem mieli znowu przejąć Gruzini, ale tak się nie stało, bo nie doszło do wycofania sił osetyjskich/rosyjskich z tamtego miejsca. Prezydent Saakaszwili wiedział o tym, bo po pierwsze – Rosjanie i Osetyjczycy o tym oficjalnie informowali (złamanie porozumienia), po drugie, sam nawoływał do opuszczenia tychże sił, a po trzecie, ma własne służby wywiadowcze. Jeżeli więc sądził, że przejedzie przez „granicę”, to musiałby być większym wariatem, jak wtedy, gdy swoją nierozwagą doprowadził do wojny (i ostatecznej straty Osetii Południowej i Abchazji).

Jesteśmy już na przejściu. Zachowanie żołnierzy na posterunku nikogo nie może zaskoczyć, bo postąpili wg standardowej procedury. Teraz zaczyna się rewelacja.

Po pierwsze, jak prezydent mógł słyszeć, że to Rosjanie? Poznał po akcencie? Przecież po rosyjsku mogło krzyczeć tam sto osób. Dziennikarze tvn24 pisali o tym, że np. w ich autobusie krzyczano po rosyjsku. Osetyjczycy też mogliby krzyczeć po rosyjsku. Oczywiście, mogli też to być Rosjanie. Prywatnie obstawiam Osetyjczyków, bo to ich punkt graniczny oraz ich służby przyznały się do zawrócenia konwoju. Myślę, że gdyby zrobiły to wojska rosyjskie, to Kreml nie miałby powodu do dementowania. Poszlaka, że prezydent „coś usłyszał” jest niestety niewystarczająca. 

Po drugie, jaki ostrzał? Gdyby ostrzelano kolumnę z broni maszynowej, to przynajmniej samochody byłyby uszkodone. Na bank oddano serie w powietrze, bo nawet ja – nigdy nie trzymający broni w ręce – w czasie trzech serii narobiłbym więcej szkód. Kwestią do rozstrzygnięcia jest jedynie, czy były to strzały ostrzegawcze, czy gruzińska prowokacja?

Po trzecie, jakim prawem prezydenci jadą w jednym autem, a potem w czasie ich przechadzki dochodzi do strzałów? Czy to nie jest paranoja? Trzeba przyznać, że nasz prezydent był zadowolony, gdy Saakaszwili klepał go po plecach i dodawał, że mamy odważnego prezydenta, ale gdyby ktokowliek chciał zabić naszego  prezydenta, zrobiłby to bez problemu.

Po czwarte. Prezydent Gruzji unika podawania konkretów. Nie odtwarza się dokładnie przebiegu zajść. Gruzini są z natury bardzo przebiegli. Być może wcale nie kłamią rosyjskie służby, które twierdzą, że była to prowokacja, ale nieudana? To wszystko nie jest logiczne. Dlaczego nagle zmienia się plan wizyty? Czy doszło do jakichś niezwykłch okoliczności, które determinowałyby taką zmianę? Nie przypuszczam, a w dodatku narażony został prezydent RP. To wszystko wygląda podejrzanie z daleka, a niekonwencjonalne metody działania Saakaszwilego mnie nie dziwią. 

Po piąte – i najważniejsze – dlaczego jechano do obozu na około?!

Wieki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

Brak komentarzy

Około 3,5 miliona ofiar. Oto bilans rządów Józefa Stalina na samej tylko Ukrainie w latach 1932-1933. W międzyczasie w zachodniej prasie pojawiały się informację, iż Związek Radziecki, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych i Europy, jest państwem mlekiem i miodem płynącym. Fakt, Wielki Kryzys w ZSRR przybrał łagodniejszą formę (gospodarka centralnie zarządzana). Od 1929 roku realizowano tam kolektywizację. Cena zabierania rolnikom ziemi i jednocześnie uprzemysłowienia państwa była jednak ze społecznego punktu widzenia niezwykle wysoka. Ludzie ginęli masowo, a zachodni obserwatorzy nie mogli wyjść z podziwu, jak to możliwe, że komuniści rozwijają się tak szybko. Słońce Narodów – geniusz ekonomiczny. Poświęcił setki tysięcy ludzi, ale pięciolatka została wykonana.

Jeżeli Wielki Głód nie był ludobójstwem, to jak należy go zdefiniować? „Przypadkowa śmierć 3,5 miliona ludzi z głodu, będąca wynikiem omyłkowego pozbawienia ich przez władze żywności na drodze konfiskaty”? Nie ma żadnych wątpliwości. Wielki Głód był ludobójstwem na niewyobrażalną skalę. Wybór był naprawdę dramatyczny. Można było zginąć z głodu albo zostać zastrzelonym próbując zdobyć lub ukrywając żywnośc. Z głodu ludzie zjadali wszystko co się da, kanibalizm nie był żadną sensacją. Wsie były otoczone przez wojska radzieckie, które pilnowały, by wszystko odbywało się zgodnie z planem kierownictwa radzieckiego, często zbuntowane wioski trzeba było pacyfikować. Dyktatura proletariatu…

Samo zjawisko niedoboru żywności występowało wtedy w Związku Radzieckim, to fakt. Na Ukrainie jednak kierownictwo radzieckie celowo doprowadziło do eksterminacji kilku milionów ludzi. Państwo zabierało ludziom wszystko, co wyprodukowali. Wielki Głód można też śmiało nazwać prawdziwą twarzą systemu radzieckiego i podsumowaniem kolektywizacji. Przecież ziemie zabierano nie tylko na Ukrainie, wszędzie co bardziej przedsiębiorczych rolników (zwanych kułakami) zabijano. W latach 1929-1933/1934 rozprawiono się ostatecznie z elementami Nowej Polityki Ekonomicznej (NEP), która dopuszczała drobną inicjatywę prywatną.

Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich swoją potęgę zbudował na śmierci milionów ludzi, dlatego nie potrafię słuchać entuzjastów tego typu gospodarki. Rosyjskie twierdzenie, że Wielki Głód jest kwestią przypadku, jest równie prawdopodobne, jak przypadkowe lądowanie Amerykanów na Księżycu. Dzisiejsze obchody rocznicy na Ukrainie zostałby zbojkotowane przez przywódców rosyjskich. Nic dziwnego, dla Kremla fakty, a linia propagandowa, nie mogą się ze sobą zgadzać. W kontekście lat 30-stych Ukraińcy mogliby docenić, że w Polsce szanowano ich trochę bardziej. Nie oznacza to, że w II RP żyli na właściwych warunkach, ale nikt im jedzenia nie konfiskował. Prawdziwym wrogiem Ukraińców nigdy nie byli Polacy, ale jako, iż nasz system polityczny był mniej represyjny od radzieckiego (trudno sobie wyobrazić bardziej, ale to inna sprawa), dlatego to nam OUN zabił Ministra Spraw Wewnętrznych. Wspominam o tym dlatego, że Polacy – majacy przecież wywiad – informowali świat o Wielkim Głodzie na Ukrainie, ale zwyczajowo nikt nam nie wierzył.

Nie można zapominać o zbrodniach przeciwko ludzkości, a taką było ludobójstwo na Ukrainie. Przeglądając podręczniki do historii, ciągle mam wrażenie, że temat ten nie jest dostatecznie wyczerpany. Historia jest nauczycielką życia i przekazów na temat ZSRR przed II wojną światową nie wolno spłycać do Wielkiego Terroru. Pamiętajmy dziś o Ukraińcach i niezbywalnego prawda do godności każdego człowieka.

Mój dzisiejszy komentarz celowo pozbawiony jest historycznych szczegółów.

Więcej na tematy historyczne:

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

O rosyjskim blefie

1 komentarz

Jeżeli kogoś zdziwiło, iż tuż po wyborach w Stanach Zjednoczonych Dmitrij Medwiediew, prezydent Federacji Rosyjskiej ogłosił, iż w przypadku powstania tarczy antytakietowej zainstaluje w obwodzie kaliningradzkim rakiety Iskander, to pora rozwiać tę iluzję. To był bardzo przemyślany ruch. Rosjanie podbijają stawkę, ale taka deklaracja jest dla Obamy bardzo korzystna, bo otrzymuje tym samym większą elastyczność w/s tarczy antyrakietowej. Zawsze będzie mógł dojść do porozumienia z prezydentem Medwiediewem czy premierem Putinem. Szczególnie, że opinia jego demokratycznych doradców może różnić się od poglądów republikańskich. W najbardziej niekorzystnej sytuacji znajdują się Polacy, bo stajemy się legendarnym przedmiotem polityki zagranicznej. Nowy prezydent będzie mógł świetnie wykorzystywać fakt, iż nie jest G.W. Bushem.

Spójrzmy na to od strony amerykańskiej. Demokraci celowo unikają jasnego określenia swojego stanowiska w/s tarczy antyrakietowej już teraz. Pozwala im to na rozdawanie kart Polakom i Rosjanom. Tak naprawdę w ich interesie jest utrzymanie obecnego stanu rzeczy (wszystko zgodnie z umową), ale zawsze warto się z ruskimi potargować. Może zaproponują coś ciekawego np. w kwestii Azerbejdżanu albo Iranu? Ekipa Baracka Obamy celowo wypuszcza sygnały sondujące. W najgorszym wypadku mogą powiedzieć Polakom, że „everything is ok”, ale musimy troszkę renegocjować kwestię tarczy. Tego polski rząd (i prezydent) boją się najbardziej. Stąd nieporozumienie na linii prezydent-elekt-Kancelaria Prezydencka RP.. Panika mogłaby pokazać naszą niestabilność. W razie czego jestem pewien, że bez bazy amerykańskiej w Polsce da się wytrzymać. Trzymajmy się obecnego kursu.

Z kolei Rosjanie i tak planowali zainstalowanie Iskanderów. Nie oszukujmy się, w razie wojny pierwsza fala uderzeniowa pójdzie właśnie na Polskę. Jesteśmy w powietrzu bez żadnych szans, nawet z naszymi „Jastrzębiami”. O ile Amerykanie są zabezpieczni na wypadek ataku rakietowego, o tyle Polacy są na pierwszej linii lotu tychże (i bombowców). Baza antyrakietowa jest pierwszą instalacją, którą będą chcieli zniszczyć Rosjanie. Żadne Patrioty nie będą w stanie zapewnić jej (ani Warszawie) stuprocentowej ochrony na wypadek zmasowanego ataku rakietowego. Tarcza daje Amerykanom niezbędne kilkanaście/kilkadziesiąt minut w przypadku konflitu. Wracając jednak do naszych moskiewskich przyjaciół, wymowa tych rakiet byłaby bardziej propagandowa niż faktyczna. Putin z Medwiediewem muszą zareagować na tarczę, ale nie potrafią zatrzymać tego projektu za pomocą politycznych roszad Chcą więc postraszyć Iskanderami. Pytanie, czy Obama się na to nabierze? Rosjanie mają nadzieje na nowe rozdanie, a Amerykanie mogą kokieteryjnie dowiedzieć się, co w zamian zaoferuje Wladimir Putin? Generalnie trzeba jednak pamiętać, że tarczy antyrakietowa jest przede wszystkim w interesie amerykańskim. Obama rezygnując z niej, pozbawiłby siebie niezwykle silnego (i drogiego) argumentu. W XXI wieku byłoby to bardzo nierozsądne. Na pewno oszczędności można poszukać w innym miejscu.

Rosjanie, po konflikcie kaukaskim, są odbierani dużo bardziej poważnie. Faktycznie zaś w kwestii tarczy są bezradni. Dzałanie Moskwy wobec Tblisi pokazało, że z Rosją trzeba umieć postępować. Saakaszwili przesadził, ale projekt tarczy jest amerykański co daje mu olbrzymi parasol bezpieczeństwa. Dalszym zadaniem Polaków i Amerykanów powinna być walka o prozachodnią Ukrainę. Sprawę Krymu Moskwa rozgrywa bardzo sprytnie. Śmiałości dodaje Putinowi świadomość, że już w Abchazji i Osetii Południowej Zachód pokazał, że nie potrafi pomóc swoim sojusznikom. Różnica polega na tym, że Krym może być projektem typowo rosyjskim, a Abchazja i Osetia Płd. są wynikiem bardzo złych i nieprzemyślanych decyzji Saakaszwilego, gdy dał się podpuścić jak małe dziecko.

A Iskanderów się nie bójmy. Na pewno ładnie wyglądają. 

Demokratyczna farsa w Azerbejdżanie

Brak komentarzy

Azerbejdżan to bardzo ważne państwo zarówno w polityce Kremla, Unii Europejskiej, oraz Waszyngtonu. Jego położenie oraz zasoby naturalne powodują, iż jest celem geopolitycznej rozgrywki na najwyższym poziomie. Doskonale rozumie to prezydent tego kraju, Ilham Allijew, który dzięki temu bezproblemowo utrzymuje się przy władzy. Pomimo łamania wszelkich demokratycznych procedur. O ile dobre relacje, w tym przypadku, z Moskwą nie dziwią, o tyle Allijew jest świetnym przykładem tzw. dobrego dyktatora. Człowieka, który nie szanuje standardów demokratycznych, ale jest zbyt cenny, by podnieść na ten temat głos. Milczy Unia Europejska, a Amerykanie wysyłają Dicka Cheneya z prośbą o udobruchanie azerskiego prezydenta. Ten jednak nie obawia się wysłać go w diabły. Opozycja wzywała do bojkotu wyborów – jest bezsilna.

Azerowie doskonale realizują niemożliwą z pozoru zasadę znaną z anegdotki o dziewce, która chce zatrzymać i cnotkę i pieniążek. Na razie to się udaje, ale nie można wiecznie dryfować między Wschodem, a Zachoem. Kiedyś przyjdzie czas na podjęcie konkretnej decyzji, a do tego czasu Azerowie mogą rozgrywać swoje poparcie. Świetnie to było widać w czasie konflitu gruzińskiego. Allijew bardzo zdystansował się wobec Tblisi oraz… Amerykanów. Pisałem już o tym, że Baku wstrzymuje realizację gazociągu Nabucco. Bez Azerów ten projekt po prostu nie wyjdzie. Z prostej przyczyny – nawet biorąc pod uwagę udział Azerbejdżanu głośno było o tym, iż „rury nie ma czym napełnić”. Rosja, przeciwna projektowi i lansująca swój projekt Soush Stream, raczej nie pozwoli Kazachstanowi lub Turkmenistanowi dołączyć do projektu.

Ilham Allijew słucha więc bez przerwy o tym, jak go wszyscy popierają, kochają i zachęcają do zrobienia tego, czy owego. Nagle okazuje się, demokracja jest dobra, ale jako hasło na sztandarach, a nie realna wartość. Koncepcja amerykańskich prezydentów o demokratyzacji państw okazuje isę fałszem w świecie realpolitik. Obłudne są więc akapity „Dyplomacji” Henry'ego Kissingera przekonujące o misji amerykańskiego narodu. Zresztą, napisał to człowiek, który doprowadził do zawarciastosunków z komunistycznymi Chinami (nie mówię, że tego nie należało zrobić, chodzi mi o hipokryzję moralną), a po wydarzeniach na Placu Tianamenen robił wszystko, by Chiny nie poniosły żadnych konsekwencji. Nie dajmy się więc oszukać.

Rozumiem interesy Zachodu w Baku, ale nie nadawajmy im aksjologicznego znaczenia. Amerykanie i Unia Europejska nie mogą pozwolić, by Moskwa przejęła inicjatywę w tamtym regionie. Problem jest jednak inny. Czy nie jest już za późno? Prestiżowa klęska polityczna Waszyngtonu i Brukesli w Gruzji bardzo przestraszyła Azerów. Z Kremlem też da się zarabiać pieniądze i to w bezpieczny sposób. Jeśli prezydent Allijew miał wąpliwości, to Zachód je rozwiał.

Dick Cheney może zapewniać o swoim poparciu dla tego państwa, jednak są to jedynie puste słowa. Amerykanie, zwłaszcza teraz, nie mają skutecznych narzędzi do wpływania na tamten region świata. Konflikt gruziński przywrócił też respekt dla pozycji Federacji Rosyjskiej. Celem Zachodu musi być więc przekonanie Azerów do współpracy za pomocą argumentów ekonomicznych. Są w stanie przelicytować Moskwę. Pytanie, czy potrafią zapewnić polityczną stabilność gazociągowi Nabucco? Teraz i tak ważniejsze są następstwa kryzysu gospodarczego.

Czym tak naprawdę różni się Azerbejdżan od Białorusi? Prezydentem, którgo uznać można za bardzo prozachodniego? Nikt nie chce zaryzykować nowego rozdania w Baku. Azerowie są więc skazani na Allijewa, który utrzyma się u władzy, ale podobnie jak Łukaszenka, nie będzie to miało nic wspólnego z demokratycznymi standardami. Warto przypomnieć, iż Ilham w 2003 roku przejął władze od swojego ojca, Hajdara. Świat się nawet nie zająknął na temat ostatnich wyborów. Wygrali ci, co mieli wygrać. Opozycja krzyczała o fałszerstwach. Standardowy scenariusz dla tak zwanej „demokracji kontrolowanej”. Czy, popierany i dotowany przez Stany Zjednoczone, Egipt, bardzo się różni od Azerbejdżanu? Tam też opozycji „wydziela” się mandaty. Chociaż akurat dojście do władzy Bractwa Muzułmańskiego nie wpłynęłoby raczej stabilizująco na sytuację na Bliskim Wschodzie…

Okazuje się, że demokracja jest jedynie nazwą. Jeżeli gdzieś napotyka trudności, to Zachód śmiało z niej rezygnuje w imię interesów gospodarczych. Gdyby traktować Chiny i Azerów, jak Białoruś, to Hu Jintao nie miałby prawa wjazdu na terytorium Unii Europejskiej. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, że chińska delegacja „gdzieś nie wejdzie”. Wiem, pamiętam, że sankcje wobec Białorusi są łagodzone, ale czy jest to efektem demokratyzacji tego państwa, czy raczej ustępstwem Wspólnoty?

Jako zwolennik demokracji chciałbym abyśmy o tym pamiętali teraz, gdy znowu okazało się, że obecne władze azerskie stosują bialoruskie standardy demokracji. OBWE określiła wybory mianem niedemokratycznych, co znajdzie każda osoba, która bardzo wnikliwie interesuje się tą kwestią – inna już nie – ale zwracam uwagę na to, bo, że ten temat został przemilczany w krajowych i zagranicznych mediach.

Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyrku

Brak komentarzy

Korea Północna została skreślona z listy państw popierających terroryzm. Jest to efekt “procesu pokojowego” w ramach rozmów sześciostronnych, w których biorą udział Koreńczycy z północy, Koreańczycy z południa, Amerykanie, Rosjanie, Japończycy i Chińczycy.

Zastanówmy więc się: co takiego wpłynęło na rząd amerykański, by zdecydować się na taki krok? Czy Kim Dzong Il (a raczej faktyczny decydent – Hu Jintao) odrzucił pomysł bycia atomowym szantażystą? Na razie tak. Wbrew pozorom władze pólnocnokoreańskie nie mają dużego wyboru. Tym razem mamy do czynienia z polityką marchewki. Korea Północna potrzebuje nie akceptacji Zachodu, a pomocy, szczególnie żywnościowej. Legendarna stała się już anegdotka o “zupie z trawy” – przysmaku Koreańczyków. Tak naprawdę Kim został chwlowo przyparty do ściany. Niezależnie od swoich intencji, jest uzależniony zupełnie od Chińskiej Republiki Ludowej. Zarówno, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, jak i wewnętrzną. Być może Pekin przestał mieć ochoty na sponsoring. Panna niezbyt nadobna, ale i kapryśna.

Do zmian w KRL-D nie dochodzi, bo nikt – z możnych świata -tego nie chce. Ludzie traktowani są przerażająco okrutnie, kraj jest politycznie i technologicznie w XIX wieku, panuje głód.. Z drugiej strony mamy władzę, która ściąga najnowcoześniejsze auta, zegarki etc, a jak wiadomo – luksus kosztuje. Niezwykły kontrast, typowy dla krajów totalitarnych. Krajem de facto rządzi armia. Jedyny ośrodek, który nie ma żadnych problemów z dopływem gotówki, chociaż też pojawiały się już plotki, że przez jakiś czas żołnierze nie dostawali żołdu. Z relacji uciekinierów wynika, iż obozy północnokoreańskie są dużo gorsze od chińskich. Kim Dzong Il i jego towarzysze nie zamierzają zmienić nic. Problemy z dostawą elektryczności wykorzystują podwójnie – odcinając zarówno oszczedzają, jak i łapią na gorącym uczynku tych szczęsśliwców, którzy mają odtwarzacz kaset video i oglądają “nielegalne materiały”. O internecie nawet nie chce wspominać. Państwo nie posypało się głównie dzięki armii i pomocy Chińczyków. Każde społeczeństwo komunistyczne potrzebuje wrogów – oczywiście jest nim dekadencki zachód z Ameryką na czele.

Na utrzymaniu statusu quo zależy bardzo zarówno Amerykanom, Chińczykom, Japończyom oraz Koreańczykom z  południa. Dlaczego? Czyżby nie chcieli zjednocznej Korei? Oczywiście, że nie chcą. Lepiej udawać, że się kopie z koniem niż się z nim rzeczywiście kopać. Zjednoczona Korea byłaby olbrzymim problemem geopolitycznym i gospodarczym. Po pierwsze, ktoś w biedną pólnoc musiałby wpakowac kilkaset miliardów dolarów, a tego rachunku nikt, nawet Seul, nie chce płacićl. Po drugie, niechybnie spowodowoać by to musiało przebudzenie się Japonii, dla której pojawiłby się rywal w Azji. To samo dotyczy Chin, które dla ratowania własnej skóry (siła robocza w KRL-D jest tańsza niż w ChRL!) celowo destabilizowałyby sytuację. Amerykanie, w momencie, w którym mają olbrzymie problemy, nie jest potrzebny jeszcze jeden. Zwłaszcza, że mogłoby to oznaczać wycofanie wojsk amerykańskich nie tylko z Korei Południowej, ale również – całkowicie – z Okinawy. Waszyngton nieoczekiwanie znalazłby się w defensywie. Zjednoczona Korea byłaby geopolityczną puszką Pandory. Nikt nie chce jej otworzyć, bo oznacza koszty i nieoczekiwane skutki oraz zburzenie statusu quo. Wyobrażam sobie szybki exodus Koreańczyków z pólnocy – na południe. Nie sądzę, by to wszystko było tak proste do ogarnięcia gospodarczo. Zjednoczenie Niemiec to przy tym pestka. Nie mówiąc już o takich technicznych detalach, jak ustrój polityczne, wdrażanie administracji na pólnocy, rozgrzeszenie zbordniarzy itd.

Łatwo więc wyobrazić sobie zapoczątkowanie zmian w Phenianie. Trudno jednak przewidzieć skutki takiego “reformowania”. Dlatego wokół Korei toczy się nieustannie gra polityczna. Zachód boi się chaosu w Korei Pólnocnej. Władze trzymają się dzięki despotycznym metodom i pomocy międzynarodowej. Ktoś jednak będzie musiał “zrobić ten pierwszy krok”, bo gospodarka komunistyczna nie jest wieczna. Chińczycy mogą próbować reformować, Zachód liczy, iż do zmian dojdzie na drodze zorganizowanego odwrotu. Kim Dzong Il nie jest nieśmiertelny (pojawiały się już pogłoski o jego śmierci). Nie wiadomo nic o następcy, prawdopodobnie władze przejmą wojskowi. Skreślenie KRL-D z listy państw wspierających terroryzm umożliwia zwiększenie pomocy gospodarczej, w zamian Koreańczycy są bardziej ulegli w kwestii zakładów jądrowych. Jestem pewien, iż mocno w tej sprawie naciskał Pekin.

Jak wyżej napisałem – wszystko jest tutaj pokręcone. Reżim potrzebuje pomocy humanitarnej, a Zachód “sukcesu”. Republikanie przedstawią to jako swój wkład w denuklearyzację półwyspu. Pytanie, za ile znowu pojawi się problem Korei? Mocarstwa utrzymują obecny reżim za cenę spokoju. Z drugiej strony jest potencjalny chaos, do którego nikt nie chce dopuścić, gdyż Koreańczycy mają naprawdę ciekawe technologie, które mogliby sprzedać na czarnym rynku. Tylko ludzi się oszukuje, że niby jakieś zmiany zachodzą w ramach “procesu pokojowego”. To jeszcze nie koniec zamieszania wokół Phenianu. Może jednak oznaczać chwilowy spokój. Władze reżimu są wszakże bardzo przywiązane do luksusów, a kilka dolarów na konta zagraniczne można (a nawet należy) wyprowadzić. Pekin nadal będzie sponsorem tej imprezy, ale już nie indywidualnym.  W końcu jednak znowu Phenian postanowi coś ugrac i ogłosi, iż z tymi umowami jest mały problem…i tak w kółko.

Demokracja na Białorusi – miłość dla naiwnych

Brak komentarzy

Minęło trochę czasów od wyborów na Białorusi. Czy coś się zmieniło? Nie sądzę. To bajka dla naiwnych. Do izby niższej parlamentu nie wszedł żaden kadnydat opozycji. Mnie to wcale nie zdziwiło. Na wschodzie bez zmian.

Warto zastanowić się nad tym, czy sami Białorusini chcą zmiany? Trzeba powiedzieć otwarcie – opozycja była szykanowana, nie dysponowała swobodą i nie dopuszczano jej do mediów, co miało istotny wpływ na wyniki. Można wymienić szereg standardowych działań reżimu. Dochodzimy jednak do jednego wniosku – władza by te wybory i tak wygrała, ale mniejszą różnicą głosów. Białorusini nie chcą zmian. Opozycjoniści są mało charyzmatyczni i nie potrafią przyciągnąć ludzi. Najważniejsze jednak jest to, że na Białorusi nie ukształtowało się społeczeństwo obywatelskie. Łukaszenka jest podobny do Putina. Ten też szykanuje opozycję, ale jest akceptowany. Prawo silniejszego. Ani Rosja, ani Białoruś, nie maja demokratycznych tradycji.  Ludzie akceptują taki stan rzeczy, jaki ma miejsce. Nie widzą alternatywy albo uważają takową za mierną. Opozycja i tak by te wybory przegrała, dlatego wszelkie informacje OBWE o tym, iż wybory nie byl demokratyczne - owszem - oddają stan rzeczy, ale są bez sensu. Łatwiej wyobrazić mi sobie lądowanie człowieka na słońcu, aniżeli upadek Łukaszenki w wyniku nacisku mocnej, zwartej, jednolitej i – co najważniejsze – dypsonującej poparciem ludu, opozycji.

Prezydent Białorusi jest szlachciicem na tym folwarku. Nikt go nie może ruszyć. Doskonale radzi sobie w realiach postsowieckiego państwa, gdzie ludzie całkowicie oduczeni są samodzielnego myślenia. Właśnie dlatego wszelkie akcje w stylu "Wolna Białoruś" są skazane na porażkę. Nie trafiają na podatny grunt. Postsowieckie społeczeństwo nie zna demokratycznych standardów, a wolności mają tyle, że – w ich opinii – im wystarczy. Całość posypać mógłby tylko poważny kryzys finansowy. Szanse na to zwiększają się o tyle, że Rosja nie chce być już sponsorem swojej byłem prowincji. Na razie jednak nie ma wyboru. Nie na rękę Rosjanom jest też obalanie Łukaszenki, bo nie mają pod ręką nikogo, kto utrzymałby to państwo. Białoruś może stać się drugim Azerbejdżanem, gdzie rządzi nieformalna dynastia.

Europa ma tylko dwa wyjścia. Pogodzić się z władzą Łukaszenki lub też nie. Unia nia ma moralnych rozterek, aby handlować i utrzymywać polityczne stosunki z Azerami i Chińczykami. Trudno zresztą wyobrazić sobie, aby Brukesla zerwała stosunki z Pekinem. Przypadek Mińska pokazuje jednak hipokryzję, bo jest to listek figowy mający udowodnić, że UE jest na pierwszej linii walki o demokracje. Tak naprawdę nie robi jednak nic, aby realnie sytuację na Białorusi zmienić. Sankcje okazały się śmieszne i nieskuteczne. Drugim wyjściem jest akceptacja reżimu Łukaszenki. Ostatnio Unia wykonała nawet pewne gesty w stronę Białorusi, Radosław Sikorski nawoływał do zmiany podejścia do tego kraju na bardziej pragmatyczne. Co najśmieszniejsze, wszyscy myśleli, że to zmieni sposób przeprowadzenia wyborów. Łukaszenka postapił jednak standardowe. Dokładnie tak samo, jak w tekscie, który napisałem na WOS mając 17 lat – przy okazji wyborów prezydenckich. Wystarczy zmienić trochę dat i nazwisk. Białoruś samodzielnie nie obierze kursu preuropejskiego. Może to wystąpić jedynie na drodze pracy organicznej.

Milinkiewicz ani Kazulin nie porwą tłumów. Do zmiany nie dojdzie, dopóki nie ukształtuje się na Białorusi wymieniane już wielokrotnie społeczeństwo obywatelskie. Na to się jednak nie zanosi. Raz, że brakuje tam prawdziwych liderów, a dwa, że reżim robi wszystko, aby takie społeczeństwo nie powstało. Głupsza masą rządzi się przecież dużo łatwiej. Od strony politycznej reżim nie jest zagrożony. Co innego strona gospodarcza. Białoruski system gospodarczy nie może być wydajny na długa metę. Wszechpotężna biurokracja, nepotyzm, korupcja, przy których PZPN to oaza nowoczesnego zarządzania, powodują, że kiedyś dojdzie do pęknięcia. Łukaszenka największe szanse ma, by poślizgnąć się właśnie na gospodarce, bo łaska Moskwy może okazać się nietrwała.

Szczerze mówiąc nie widzę demokratycznej Białorusi w najbliższym czaise. Za duża zmiana musiałaby zajść w mentalności ludzi. Oni nie mają zakorzenionej tradycji demokracji, oni od pokoleń są nauczeni, iż dobra władza to autorytarna władza. Naprawdę kogoś zaskoczył przebieg wyborów po naszej wschodniej granicy?

Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego

1 komentarz

Warszawa, kwiecień 2008 r., Liceum Ogólnokształcące, pewien proeuropejski, znany, dobrze wykształcony poseł głosujący za ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego rozmawia z młodzieżą. Nagle, z tyłu sali, odzywa się znudzony chłopak i pyta, czy parlamentarzysta czytał Traktat Reformujący? Reprezentant narodu odpowiada, że nie czytał, ale konsultował się ze znanymi profesorami i oni stwierdzili, że jest to korzystne dla Polski. Pechowo młodzieniec znał się jednak na temacie i spytał, które konkretnie zapisy są szczególnie istotne dla nas – likwidacja filarów, rozwój Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa etc? Strzał w dziesiątkę. Poseł zaczął tłumaczyć, iż bardzo ważnym osiągnięciem jest układ z Schengen i niezwykle korzystny system głosowania w Radzie Unii Europejskiej. Poleciała kula w płot. Uśmiechnięty już wtedy blondyn zdziwił się, że układ z Schengen ma coś wspólnego z Traktatem Lizbońskim, bowiem jego zdaniem one funkcjonują od siebie niezależnie. Zapytał również, na czym polega korzyść z tego systemu głosowania w RUE , skoro w 2017 roku zmieni się na system – arytmetycznie patrząc – dużo dla Polski gorszy? Poseł wtedy spanikował, zamiast powiedzieć, iż to nie jest istotne, bo prawie wszystkie decyzje podejmowane są w RUE drogą consensusu, powołał się na „mechanizm blokujący z Joaniny”. Młodzieniec powiedział, że to mydlenie ludziom oczu, gdyż kompromis joaniński nie był nigdy stosowany i że to sztuczny hamulec. Dyskusja stawała się coraz ciekawsza, ponieważ uczeń zaczął się zastanawiać, czy czasem nie jest nam w Polsce potrzebna debata o Traktacie Lizbońskim? Czy Unia jest dla obywateli, czy też obywatele dla Unii? Przecież nawet siedząca tu młodzież, nie całkiem dobrze orientuje się w sprawach związanych z Unią Europejską i nie wie o czym mówi Traktat Lizboński, liczyli na wyjaśnienie treści dokumentu i konstruktywną dyskusję. Uczen wyraził także zdziwienie, iż omija się społeczeństwo w głosowaniu, bo zarówno Francuzi, jak i Holendrzy opowiedzieli się „przeciwko” ratyfikacji, a w samej Francji specjalnie zmienia się prawo, by uniknąć ponownego rozstrzygnięcia na tej drodze. Poseł na to odparł, że głosował za Traktatem Reformującym, a nie Konstytucją dla Europy. Młody człowiek powiedział, iż jego skromnym zdaniem oba dokumenty różnią się właściwie tylko nazwą, albowiem prezentują podobną wizję Europy i naprawdę byłby wdzięczny, gdyby poseł wskazał mu pomiędzy nimi fundamentalne rozbieżności. Nie zrobił tego. W ten sposób rozmowa trwała 15 minut. Konwersacja miała jedną zasadniczą zaletę: pokazała, że w gruncie rzeczy tłumaczenie o mandacie społecznym, który można wykorzystać do ratyfikacji, jest fałszywe, ponieważ jakaś część posłów po prostu głosuje bezmyślnie i nie ma odpowiednich kwalifikacji. Czy ktoś, kto o danym zagadnieniu ma wiedzę mniejszą, niż obeznany w temacie licealista, powinien decydować o ratyfikacji tak ważnego dokumentu?

Problemem nie jest teraz kategoryczne stwierdzenie, czy Traktat Lizboński jest korzystny, czy też nie. Można o tym śmiało pisać, powoływać się na sporą liczbę publikacji naukowych, przekonywać o potrzebie rozwoju Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń na Kaukazie, gdzie Unia Europejska wykazała się polityczną indolencją, z drugiej strony jednak itd. itp. Czy tak wygląda dyskusja w polskich mediach? Czy temat Traktatu Lizbońskiego trafia do przeciętnego obywatela? Raczej nie. Traktat jest albo czarny albo biały, bo tak przedstawiają go media i politycy, a sam sposób informowania jest niezwykle infantylny. W efekcie Traktat ludziom, tym zainteresowanym polityką (jak wspomnianemu wyżej posłowi), kojarzy się z hasłami w stylu „Joanina”, „podwójna większość”, „reforma instytucjonalna”, a tym, żyjącym swoimi sprawami, – a to będzie większość społeczeństwa – z niczym. Przypadek tych pierwszych można porównać do wtórnego analfabetyzmu, bo co z tego, że ktoś wie, co to „Joanina”, jak nie rozumie, z czego ona wynika i jak funkcjonuje w praktyce np. że nie blokuje, a jedynie przekłada termin decyzji? Debata jest szczególnie potrzebna tej części społeczeństwa, która o Unii Europejskiej nie ma zielonego pojęcia. Warto, by obywatele wiedzieli, w jakiej żyją rzeczywistości i jakie mają prawa. Czy chcą iść w stronę federalizmu czy Europy narodów? Czy jeszcze kogoś dziwi, że ludzie nie są zainteresowani zmianami, jakie przynosi Traktat? Przecież to jest z ich punktu widzenia nudne, a media często spłycają przekaz. To nie jest tak, że w Polsce nikt nie wie co to jest Traktat Lizboński, ale na pewno wiedza, choćby minimalna, na temat tego dokumentu, nie należy do powszechnej. Co ciekawe, ten problem występuje w całej Europie. Trudno sobie wyobrazić, by polski rząd wprowadził nas do NATO w momencie, w którym 90% społeczeństwa kompletnie nie wiedziałoby, co to jest Sojusz Północnoatlantycki, a w gruncie rzeczy to byłby powszechny problem z dostrzeżeniem różnicy między nim, a założeniami niedawno rozwiązanego Układu Warszawskiego Mowa więc tutaj o sprawach fundamentalnych. W przypadku Traktatu Lizbońskiego – obywatel ma prawo do wiedzy i obowiązkiem polityków jest uczciwe przedstawienie głównych założeń projektu.

Irlandzkie veto pokazało, iż problem jest dużo głębszy. Narzucane jest nam rozumowanie według którego jedna, mała Zielona Wyspa nie chce Traktatu. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę jeszcze to, że 3 lata temu Francuzi i Holendrzy odrzucili eurokonstytucję, to okaże się, że społeczeństwa dają wyraźny sygnał, iż dokument w tym kształcie im nie pasuje lub że wiedza na jego temat jest na razie zbyt mała. Trzy veta (dwa dla eurokonstytucji i jedno dla Traktatu Reformującego) to nie jest przypadek. Referendum opiera się na najprostszej na świecie zasadzie – aby doszło do ratyfikacji, musi przyjść więcej zwolenników, niż przeciwników, a to oznacza, że ludzie muszą wiedzieć „za” czym głosują. Po takiej kampanii są dużo bardziej świadomi tego, co się wokół dzieje, aniżeli po obejrzeniu serwisu informacyjnego, gdzie dowiedzieliby się, iż parlament ratyfikował Traktat Lizboński większością głosów x do y.. Dlaczego więc establishment nie chce referendów? Jest kilka powodów. Przeprowadzenie eurotraktatu przez parlament jest dużo łatwiejsze, stabilniejsze i pewniejsze, dodatkowo w części państw (np. Polsce) takie głosowanie przez społeczeństwo nie byłoby na rękę rządzącym ze względu na politykę krajową. Irlandia była tak naprawdę jedynym miejscem, gdzie mogło coś pójść nie po myśli entuzjastów traktatu. Francuzi jak ognia bali się głosowania, nawet specjalnie zmieniali w tym celu prawo. Tutaj warto sobie uświadomić – właśnie w tym punkcie przekroczony został Rubikon. Władze negocjują traktat, który z założenia jest „dla” społeczeństwa, a potem robią wszystko, by to społeczeństwo się nie mogło wypowiedzieć? W całej Europie rządzący nie chcą organizować referendów, bo mogą je przegrać. To logiczne, ale przecież ci politycy mają służyć społeczeństwu, a nie traktować je na zasadzie przeszkody, którą europejski koń musi przeskoczyć. Wybiera ono rządzących w swoim kraju i europarlament, pośrednio decydując też o składzie Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej, Rady Unii Europejskiej etc. Sytuacja, w której próbuje się odciąć społeczeństwo od głosu, jest patologiczna i sprzeczna z założeniami samej Unii Europejskiej. Jest to też dowód tchórzostwa, gdyż sprawni politycy nie baliby się konfrontacji na polu krajowym. Skoro więc członkowie parlamentów nie wiedzą często sami, o co chodzi w tym Traktacie, społeczeństwa też nie wiedzą albo głosują przeciwko, a rządzący unikają ogólnospołecznej debaty na ten temat, to trudno zatem uznać dalsze próby ratyfikacji za uczciwe. Nie zmienia się bowiem zasad gry w czasie jej trwania. Nowy traktat musi mieć legitymizację społeczną.

Na pewno jednak brukselscy prawnicy znajdą wyjście i z tej sytuacji. Już teraz pojawiają się pomysły, by referendum zorganizować jeszcze raz. Ciekawe, czy jeśli Irlandczycy znowu odrzucą Traktat Lizboński, to Nicolas Sarkozy zaproponuje im ponowne głosowanie? Łatwo zauważyć, iż myślenie zakładające głosowanie aż to skutku naraża Europę na śmieszność. Powoduje też coś dużo gorszego. Pokazałoby to, że w dzisiejszych czasach można skutecznie ominąć społeczeństwo obywatelskie. Europejskie standardy nie mogą dopuścić do takiej sytuacji i jednocześnie można uznać to za świetny test dla europejskich przywódców.

Wielokrotnie można spotkać się z argumentem, że Polska powinna pokornie słuchać się UE w kwestii Traktatu Lizbońskiego, bo niedawno weszliśmy do organizacji, korzystamy z dotacji, a nasi rodacy wyjeżdżają za granicę pracować i uczyć się. Rzeczywiście, członkostwo we wspólnocie ma wiele zalet, ale Europa na akcesji Polski zyskała jeszcze bardziej. Nowy, olbrzymi rynek zbytu, poszerzenie wpływów politycznych i gospodarczych na wschód, polski pracownik. To stan symbiozy – wcale nie jesteśmy ubogimi krewnymi z prowincji. Kraje UE dusiły się przed akcesją 10-ciu nowych państw w 2004 r., teraz pomagają nam, ale my im również. W związku z tym Polacy, jako społeczeństwo, też mają prawo do wypowiadania się w kwestii przyszłości Unii. Powyższe fakty doskonale rozumieją Irlandczycy, którzy wyzbyli się wszelkich kompleksów względem innych narodów. Nie mamy się czego wstydzić. W sprawie przyszłości Europy możemy sobie zaufać.

Istnieje jeden, największy problem z Traktatem Lizbońskim. Rządy robią wszystko, by przeprowadzić ratyfikację do końca, na zasadzie bagażu w samochodzie, najlepiej upchnąć kolanem. Może lepiej zastanowić się, co jest w nim nie tak, poprawić to, a potem wytłumaczyć społeczeństwu, na czym polegają zmiany i czemu są one konieczne. Nie ulega wątpliwości, że Unia Europejska potrzebuje zmian. Szczególnie na obszarze II filaru. Można jednak dojść do jakiejś formy na drodze ewolucji, a nie rewolucji. Szybkie operacje na dużym organizmie nie zawsze kończą się sukcesem. Może czas na udane, chirurgiczne cięcia, bo przecież traktaty można modyfikować. Jeżeli uda się uratować eurotraktat, to będzie to sztuka dla sztuki. Trudno oczekiwać, by Traktat Reformujący rozwiązał wszystkie problemy i zrobił z Unii Europejskiej prawdziwe supermocarstwo. Warto opowiedzieć się za ogólnoeuropejską debatą publiczną i uczciwym, sprawiedliwym, uwzględniającym istnienie społeczeństwa obywatelskiego, sposobem ratyfikacji.

Możliwy powrót Imperium – pierwsze symptomy

Brak komentarzy
"Jeśli NATO przyjmie dla Gruzji plan na rzecz członkostwa (tzw. MAP), Rosja zerwie wszelką współpracę i kontakty z sojuszem" – oświadczył stały przedstawiciel Rosji przy Pakcie Północnoatlantyckim Dmitrij Rogozin w wywiadzie dla francuskiego "Le Monde". Samego Rogozina trudno traktować poważnie. To typ nacjonalisty i radykała. Przy okazji tarczy antyrakietowej był uprzejmy przypomnieć Polsce, jaki był jej los, gdy stała na linii konfrontacji w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Rogozin w kwestii tarczy mógł wypowiadać jedynie własne zdanie, Siergiej Ławrow – jak na Ministra Spraw Zagranicznych przystało – był delikatniejszy. Rogozin trafił na czołówki gazet, nie dzięki swojej pozycji, a retoryce. Co z tego, że sobie pogadał, skoro liczą się czyny, a nie słowa?

Tym razem może być inaczej. Po pierwsze – to nie był luźny wywiad dla zachodnich gazet, a oficjalne stanowisko. Jest to sygnał dla Europy od rządzącego estabilishmentu – MAP dla Gruzji = zerwanie stosunków NATO-Rosja. Dmitrij Rogozin jest stałym przedstawicielem Rosji przy Sojuszu Północnoatlantyckim, dlatego tym razem należy potraktować poważnie jego zapowiedzi, a jedoncześnie przyznać Gruzji MAP. Sojusz musi pokazać, że jest zdolny do czegoś więcej, niż politycznych deklaracji. Rosjanie – w swoim mniemaniu – wracają do gry. Jeżeli okaże się, że odwaga jest dobrem niedostępnym dla zachodnich przywódców, to znajdziemy się w nieprzyjemnej sytuacji, gdy Rosja może nakazywać nam, co mamy robić. Nawet jeśli Rosjanie zerwą stosunki z NATO, to nic to praktycznie nie zmieni. To mała konsekwencja. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to sonda, mająca sprawdzić, na ile Sojusz Północnoatlantycki jest skonsolidowany. Rosjanie mówią: "sprawdzam". Taka prowokacja w radzieckim stylu. Nawet jeśli Gruzja dostanie MAP, to Rosjanie mają już przygotowane następne ruchy. NATO, jeśli nie chce zupełnie stracić twarzy, musi MAP przyznać, chociaż szczerze wątpię, by Gruzja spełniała wojskowe kryteria.

O ile Rosjanie wkalkuliwali już sobie, że za cenę uzyskania Osetii Południowej i Abchazji, mogą przyspieszyć proces integracji Gruzji z NATO (dlatego m.in.niszczą infrastrukturę wojskową), o tyle z Ukrainą nie jest to takie przesądzone. Czy to przypadek, że teraz doszło do rozłamu w obozie "Pomarańczowych"? Gruzińskie społeczeństwo jest nastawione obecnie antyrosyjsko, ukraińskie – nie. Tam nadal istenieje Partia Regionów, a po ostatnich wydarzeniach wzrastają szanse Janukowycza w wyborach prezydenckich. Rosja ma realne instrumenty oddziaływania na Kijów. Zresztą – obecna sytuacja jest ewidentnym ukaraniem Wiktora Juszczenki za jego progruzińską postawę. To przecież Tymoszenko oskarżała go wcześniej o dążenie do porozumienia z Partią Regionów, „co byłoby przekreśleniem dziedzictwa pomarańczowej rewolucji”. Jak się okazało – Moskwa (i Janukowycz) świetnie rozgrywają różnice interesów między prezydentem, a panią premier. Wszystko idzie, jak po sznurku, co widać po oświadczeniach europejskich państw. Mówią one, że Ukraina nie zostanie przyjęta do NATO (ani nie dostanie MAPu), dopóki sytuacja polityczna będzie tam niestabilna. Bez porozumienia w obozie pomarańczowych – będzie to raczej niemożliwe, bo trudno przypuszczać, by krok w kierunku Europy zrobił przywódca opozycji – Wiktor Janukowycz. Architektem kryzysu jest Julia Tymoszenko, która w ten sposób chce ogranicza znaczenie Juszczenki. W tej grze interesów wszystko idzie po myśli Moskwy. Tymoszenko popełnia błąd, bo wkrótce uświadomi sobie, że stanowisko prezydenta, który ma ograniczone kompetencje, nie jest już takie kuszące, jak wcześniej.

Unia Europejska zamierza wysłać do Gruzji siły policyjne. Pokazuje to, jak bardzo Gruzja nie poradziła sobie w tym konflikcie. Wprowadzenie tych formacji nie poprawi położenia politycznego Tblisi, a jedynie usankcjonuje zmiany i ograniczy możliwości rosyjskie. Wysłanie ich w momencie, w którym mają się wycofać wojska rosyjskie, jest reakcją zachowaczą. Pozwala Unii wyjść z całego konfliktu z twarzą. Teraz należy tylko oczekiwać na to, jak Bruksela sypnie euro na odbudowę. O tym, że na terytorium tzw. Gruzji właściwej można umieścić siły międzynarodowe, a na terytorium Abchazji i Osetii Południowej nie, pisałem już wcześniej. Nie należy jednak tego oceniać w kategorii sukcesu, a bardziej na zasadzie standardowej procedury, która spowoduje, iż Gruzja "więcej już nie straci". Amerykanie obiecali miliard dolarów, jednak w czasie konfiltku ukazana została ich kompletna bezradność. To kolejny argument pokazujący, że z Rosją należy się liczyć.

W samej Gruzji w końcu ujawniają się róznice poglądów. Uważana za kandydata na przyszłego prezydenta, Nina Burdżandze, twierdzi, iż ostrzegała Saakaszwilego przed konfrontacją z Moskwą. Wbrew pozorom, pojawienie się różnic poglądów, dowodzi tego, że sytuacja się uspokaja. Teraz należy zadać sobie jedno pytanie – czy dojdzie do usunięcia Saakaszwilego? Na razie ma poparcie Amerykanów, o czym zapewniał go wiceprezydent Cheney.

Dick Cheney odwiedził również Azerbejdżan. Jak się okazało, tamtejszy dyktator ostudził swój optymizm odnośnie projektu Nabucco. Lekcja gruzińska jest bardzo droga. Ilham Allijew nie chce wchodzić w konflikt z Moskwą. Nie przekonały go nawet zapewnienie wiceprezydenta o bezwzględnym poparciu. Waszyngton traci wiarygodność – to też jest efekt wojny gruzińsko-rosyjskiej. Allijew mięknie za to w stosunku do Moskwy. Znacznie bardziej eksploatowany będzie rurociąg Baku-Noworosyjsk. Rosja może też znacząco wpływać na destabilizację w regionie za pomocą Górskiego Karabachu. Allijew zrozumiał, że jego sytuacja pogorszyła się. Cheney poniósł bardzo prestiżową kleskę. Kolejny nieprzyjemny symptom.

Na Federację Rosyjską jest sposób. Ma jeden, niebywale czuły punkt, gospodarkę. Jeśli Europa i Stany Zjednczone spowodują, że potencjalny konflikt skończy się dla Rosjan potężnym kryzysem gospodarczym, Moskwa nie zaryzykuje. Pozoronie mała, jak na skalę Federacji, wojna potężnie uderzyła w moskiewską giełdę. Pieniądz rządzi światem i czasami można to wykorzystać w dobrą stronę. Szkoda, że wszyscy – prócz siły zwanej wolnym rynkiem – o tym zapomnieli. Jeżeli ktoś chce nie dopuścić do ZSRR-bis, to musi działać w tym stylu.

Rosja-Gruzja, a na drugim planie Izrael

Brak komentarzy

Gruzja przegrała wojnę z Rosją. Teraz NATO i Unia Europejska muszą skupić się na tym, jak wesprzeć politycznie i gospodarczo Gruzję.  Jest bardzo prawdopodobne, że popłynie strumień amerykańskich dolarów i europejskich euro. Lepiej późno, niż wcale. Okazuje się jednak, że swoje interesy na Kaukazie ma też Izrael. Szachowanie Iranu z baz gruzińskich – świetny pomysł.

Co prawda nie spełniły się oczekiwania (i przewidywania) niektórych bloggerów o tym, że pomoc izraelska okaże się bardzo istotna w kontekście wojny z Rosją, ale pokazuje to, jak bliski politycznie jest trójkąt Tblisi-Tel Aviw-Waszyngton. Amerykańska bezsilność w kontekście konfliktu kompromituje supermocarstwo. Rosja osiągnęła wszystkie założone wcześniej cele.

Koncepcja szachowania Iranu od strony Gruzji jest bardzo dobrze pomyślana. Drugi potencjalny kierunek ataku oznaczałby trudniejszą obronę (i krótszy dystans dla myśliwców). Izrael daje w zamian Gruzji coś bezcennego – know-how, przy czym najważniejsze tajemnice i tak zachowuje dla siebie. W ten sposób może okazać się, że wojnę gruzińsko-rosyjską wygra … Izrael, który zyska ważny argument nacisku na Iran.

Pytanie, czy Iran się wystraszy. Na pewno, gdyby rzeczywiście doszło do takiej umowy i zostałaby ona zrealizowana, Teheran nie mógłby przejść obok tego obojętnie. Ajatollahowie straciliby inicjatywę i komfort psychiczny. Trzeba jednak powiedzieć, że tak szybkie ujawnienie tego typu spekulacji, nie sprzyja realizacji umowy. Możliwe więc że taka możliwość została właśnie "spalona". Samo ujawnienie sprawy obrazuje, jak poważnie Izrael traktuje Iran. Persowie z kolei muszą bardzo poważnie potraktować to ostrzeżenie.

Rosja reaguje dziwnie spokojnie. "Przypadkiem" Asad, prezydent Syrii, zaproponował zainstalowanie systemu rakietowego u siebie, a Moskwa zaczęła przebąkiwać coś o bazie morskiej, ale na razie brakuje konkretów. Trzeba jednak powiedzieć, że Rosja środki naciski na Tel Aviw ma i ich nie wykorzystuje. Oznacza to, że stosunki polityczne na linii Moskwa-Teheran są mniej ścisłe niż stosuniki gospodarcze, a parze Putin-Medwiediew nie zależy na straszeniu Izraela. Rosja jest sojusznikiem Iranu, ale będzie go bronić tylko wtedy, gdy będzie to w ścisłym interesie rosyjskim. Zastraszony Iran jest też wygodniejszym partnerem dla Moskwy, bo zamówi więcej sprzętu i będzie pokorniejszy.

Iran na razie postępuje przewidywalnie. Według tego samego scenariusza, rozmowy – zaostrzenie – groźby – rozmowy etc… Czas pracuje na jego korzyść. Życiowym celem ajatollahów wcale nie jest wystrzelenie rakiet w Izrael – one i tak prawie na pewno zostałyby strącone. Na całej sprawie, jak dotąd, wygrywali propagandowo. Za potencjalne lotniska w Gruzji punkt psychologiczny dla Izraela. Iran teraz musi zademonstrować, że się nie boi.

Osetia Południowa i Abchazja – już w poniedziałek jak Kosowo?

Brak komentarzy

Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe lub jak Kali ukraść krowę to dobrze, a jak Kalemu ukraść to źle. Te dwa przysłowia doskonale oddają sens ostatniego zamieszania wokół Osetii Południowej i Abchazji. Co śmieszniejsze – pasują również do Kosowa. W przypadku Albańczyków to Federacja Rosyjska była bezradna, była to dla niej prestiżowa klęska. Przyszła pora na rewanż, na czym najbardziej skorzystają Osetyjczycy i Abchazowie. Tym razem to Zachód jest bezradny.

Non stop słychać, że Rosjanie wycofują się z terytorium Gruzji. Gruzji – to dla Moskwy oznacza Gori, Potti, ale nie Osetię Południową, ani Abchazję. To kolejne upokorzenie Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Rosja robi i działa jak chce, a czasem tylko pójdą na ustępstwo, które wcześniej było elementem ich planu. Za to Sarkozy – jak typowy gawędziarz (erotoman) – może przemawiać o sukcesie Europy, która powstrzymała ofensywę rosyjską, ale są to raczej baśnie Andersena. Rosjanie już wcześniej zaplanowali sobie, że na właśnie takie ustępstwa – łaskawie – pójdą. Strategicznie nic to dla Moskwy nie zmienia, ale propagandowo dla UE brzmi nieźle. Fachowo nazywamy to pozornymi ustępstwami i właśnie takie robią zarówno Medwiediew i Putin. Sam Saakaszwili wygląda na nieźle zgnębionego i zajmuje się głównie wydawaniem oświadczeń. Na jego miejscu zresztą też bym się nie cieszył, bo dał się podejść jak małe dziecko. Wracając jednak do Nicolasa Sarkozego. Jak "silny" jest głos francuski w tej sprawie widać chociażby po tym, jak potraktowany (czy też mówiąć wprost – olany) został ambasador tego kraju w Tblisi, gdy chciał wjechać do Gori. Z kolei Amerykanie "żądają" zwrotu swojego sprzętu wojskowego. To kompromitacja. Moskwa osiąnęła swój cel – to ona rozdaje dzieli i rządzi na Kaukazie. Jedynym frontem, na którym przegrała jest PR.

Czy Rosjanie zemszczą się za Kosowo? Z jednej strony tego chcą. Pokażą, że nikt ich nie może lekceważyć, ale z drugiej pozbawiliby się świetnego instrumentu destabilizowania sytuacji w Gruzji. Sądzę, że Moskwa będzie dążyć do tego, by los Abchazji i Osetii był identyczny jak Kosowa. Oznacza to stan niby-niepodległości, a de facto całkowite uzależnienie od Rosji, bo nowopowstałe państwa mogą mieć problemy z międzynarodowym uznaniem. Większe, niż Kosowo. Rosja może też po prostu zaanektować te tereny. Byłoby to ostateczna demonstracja skuteczności polityki siły, ale byłaby to forma bez treści.

Cytując onet.pl: ""Niezawisimaja Gazieta" utrzymuje, że procedury związane z uznaniem przez Rosję niepodległości Abchazji i Osetii Południowej zostały już uruchomione.". Jeśli tak, to właśnie urzeczywistnia się porażka Saakaszwilego w wojnie. Gdyby żył kiedyś w Japonii, zostałoby mu tylko popełnienie harakiri. Tak naprawdę jedynym problemem Rosji będzie załatwienie Abchazji i Osetii Południowej międzynarodowego uznania i akcesji do np. ONZ. To jest jednak raczej gest, bo wiadomo, że ani Abchazji, ani Osetii Południowej nikt nie będzie poważnie traktował, a będą one w 100% – gospodarczo i politycznie – uzależnione od Federacji Rosyjskiej. Piekne słowa Bagapsza i Kojkotego i niepodległości należy słuchać jednym uchem. Wszystko zgrabnie rozgrywa dwóch smutnych panów z Moskwy.

Wszelkie argumenty o integralności terytorialnej Gruzji napotkają argument "a Kosowo?". Świetne uzasadnienie, bo cóż może odpowiedzieć Zachód, który wcześniej postawił na zasadę samostanowienia? Przywódcy zbuntowanych republik już zgłosili postulat o niepodległość. Skoro oficjalnie o to poprosili, to znaczy, że rosyjskie władze raczej nie powiedzą "nie". Pytanie, jaka forma prawna będzie najbardziej korzystna dla Federacji Rosyjskiej? Nie przypuszczam, żeby doszło do aneksji, ale kontorlowana niepodległość – to jest już bardziej prawdopodobne.  Na nic zda sie głos veta Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych w RB ONZ, tak jak nic w przypadku Kosowa nie dawało takie prawo Rosji. Po prostu sprawa rozstrzygnie się na innej płaszczyźnie. To łóżko zostało pościelone przez Zachód. Nie sądze, aby dobrze się wyspał.

Najważniejsze jest wyciągnięcia wniosków. Gruzję i Ukrainę należy przyjąć do NATO i zainwestować tam olbrzymie ilości pieniędzy. Tutaj gra toczy się o panowanie nad drogą przesyłu energii. W tym kontekście zarówno Ukraina, jak i Gruzją są po prostu bezcenne. To będzie pierwszy krok z kilku. Trzeba jednak też śmiało powiedzieć, że reakcja rosyjska na Kaukazie była latwa do przewidzenai i to pokazuje, ignoranctwo prezydenta Saakaszwilego, ale i Europy i Stanów Zjednoczonych. Na miejscu Putina każdy z polityków, wyznających realpolitik, postąpiłby tak samo.

 Nowsze artykuły123...242526272829303132Starsze artykuły