Patryk Gorgol

Nowojorska rozgrywka izraelsko-palestyńska

Brak komentarzy
źródło: aljazeera.net

źródło: aljazeera.net

Mahmud Abbas ogłosił decyzję – Palestyna złoży na ręce Sekretarza Generalnego ONZ, Ban Ki-Moona, wniosek o przyjęcie w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pierwotnie taki wniosek miał być złożony 20 września, ale Palestyńczycy grają na czas i złożą go nieco później – czekając do końca na odpowiadającą im ofertę, wiedząc że po głosowaniu w/s członkostwa – na 100% przegranym – wcale nie obudzą się w lepszym świecie.

W Nowym Jorku znajduje się też prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, oraz premier Izraela, Benjamin Netanjahu. Obama zapowiedział już publicznie zawetowanie wniosku palestyńskiego w RB ONZ, co przesądza o jego losie. Jednocześnie ani Izraelczykom, ani Amerykanom nie zależy na dojściu do głosowania, bo cały świat będzie krytykował Waszyngton – podobnie jak w przypadku potępienia izraelskiego osadnictwa na Bliskim Wschodzie, poprzednim razem, gdy 14 państw głosowało “za”, a Amerykanie “przeciwko”.

Proponowane wyjście z impasu?
Oficjalna propozycja amerykańska i izraelska brzmi: wróćmy do rozmów, ale bez warunków wstępnych. Z medialnego punktu widzenia – brzmi to co najmniej nieźle. Pokazuje chęć rozmów i to natychmiast. Równocześnie trwa izraelsko-amerykańska ofensywa dyplomatyczna mająca na celu maksymalnie zmienić wynik głosowania w taki sposób, aby to nie tylko amerykańska postawa zapobiegła przyjęciu Palestyny do ONZ.

Tylko że Abbas – zgadzając się na powrót do bezpośrednich rozmów – nie uzyskuje nic, poza dialogiem, który przecież – oficjalnie czy też nie – trwa od kilkudziesięciu lat. Warunek wstępny Palestyńczyków zakłada wstrzymanie rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Jerozolimie Wschodniej, które w istocie jest szantażem. Izrael najpierw zainstaluje osadników, a potem powie, że oni już tam są i trudno o ich ewakuację. Polityka faktów dokonanych – bardzo skuteczna. Warunek palestyńskich – z racjonalnego punktu widzenia – wcale nie jest zaporowy, a jest rzeczywistym minimum, takim jak na przykład to,  że na czas rozmów zbrojne ramię Fatahu nie będzie atakować Izraelczyków.

Fatah (partia Mahmuda Abbasa) już teraz znajduje się w nie najlepszej sytuacji, a różne patologie władzy obecne w Palestynie wzrostowi poparcia nie służą-  zwłaszcza w czasie Arabskiej Wiosny. Nawet jeśli przegra głosowanie, ma szanse wzmocnić swoją pozycję, gniew kierując w stronę Izraela i Stanów Zjednoczonych. Jeśli się wycofa i w ramach bezpośrednich rozmów dostanie to samo co zwykle – czyli nic + następne izraelskie osiedla, to z pewnością za wygranego wśród swoich rodaków uchodził nie będzie. A sam proponował już Izraelczykom m.in. rezygnację z nierealnego prawa Palestyńczyków do powrotu.

Abbas zatem może odpuścić tylko wtedy, gdy uzyska odpowiednie gwarancje ustępstw izraelskich, a na to z kolei – również z powodów politycznych – pójść nie zamierza reprezentujący mocno prawicowy elektorat, w tym osadników, premier Netanjahu. Jego wyborcy nie chcą pokoju z Izraelem, na pewno nie w granicach z 1967 roku, a z własnych domów – czyli osławionych już osiedli – również się nie mają ochoty wyprowadzać.

A Amerykanie?
Sytuację mogliby uratować Amerykanie. Co prawda cały prestiż Waszyngtonu wyparował wraz z interwencją w Afganistanie i Iraku, ale mają oni ważne argumenty mogące przekonać Izraelczyków i Palestyńczyków do pokoju – amerykańskie, oryginalne dolary. Izrael otrzymuje, w różnej formie, pomoc o wysokości kilku miliardów dolarów. Autonomia Palestyńska również finansuje się m.in. z pieniędzy amerykańskich. Między Izraelem, a Stanami Zjednoczonymi istnieje też strategiczny sojusz wojskowy.

Amerykanie mają zatem możliwość pociągania za odpowiednie sznurki. Robią to jednak jedynie w jedną stronę – Palestyńczycy nieraz stawali przed groźbami odcięcia strumienia pieniędzy. O analogicznym przypadku w stosunku do Izraela nie słyszałem.

Nie wygląda jednak na to, aby Obama miał rozplanowaną grę – wszakże sam proponował granice z 1967 jako podstawę rozmów, a teraz się z tego wycofuje. Wielokrotnie oficjalnie potępiał również rozbudowę osadnictwa i zachęcał do jej zaprzestania – już tego nie robi. Naciska zatem na ustępstwa na Abbasa, czyli słabszego zawodnika, który nie dysponuje wpływowym lobby na Kapitolu. To on ma oszczędzić Ameryce nieprzyjemności związanych z wetowaniem, w tym wykorzystaniu go przez antyamerykańskie ugrupowania na Bliskim Wschodzie.

Na odsiecz Palestyńczykom – przynajmniej oficjalnie – ruszyła Arabia Saudyjska. Ustami księcia Turkiego al-Faisala zapowiedzieli, że w razie amerykańskiego weta dojść może do kryzysu na linii Waszyngton-Rijad.

Trzeba pamiętać, że tzw. Arabska Wiosna wręcz naturalnie jest propalestyńska, a zatem i antyizraelska. Doskonale widać to przy okazji wydarzeń w Egipcie, gdzie niszczy się gazociągi prowadzące do Izraela, demonstruje przed ambasadą czy otwiera – wcześniej zamkniętą – granicę ze Strefą Gazy. Saudyjczycy – chcąc, nie chcąc – muszą ostentacyjnie demonstrować poparcie dla Palestyńczyków, chociażby względu na niepokoje oraz oficjalną linię państw muzułmańskich (w tym Turcji). Trudno jednak oczekiwać, by w wyniku weta doszło do zerwania przyjaznych stosunków amerykańsko-saudyjskich.

To co teraz?
Aż do głosowania Mahmud Abbas poddawany będzie olbrzymiej presji. Różne scenariusze są otwarte. Jeżeli Amerykanie chcą pokoju – muszą przekonać premiera Netanjahu, aby na czas rozmów powstrzymał izraelskie osadnictwo. Proszę wyobrazić sobie – jesteśmy na etapie problemów ze wznowieniem rozmów, a co dopiero o rozwiązaniu olbrzymiej liczby problemów (osadnictwo izraelskie, granice, status Jerozolimy, woda na Zachodnim Brzegu itd).

Najbardziej optymistyczny, aczkolwiek mało prawdopodobny, scenariusz zakłada, że Obama i Netanjahu mają gotowe propozycje dla Abbasa i nie ujawniają ich, nie chcąc ich spalić. O ile te prezydenta Obamy są czasami sensowne, o tyle zawsze – w razie konfliktu ze stanowiskiem Izraela – wycofuje się z nich. Bezpośrednie rozmowy mają sens tylko wtedy, gdy idą za nimi konkretne propozycje, a nie tylko przystawki.

Obama i Netanjahu mają rację, gdy podkreślają, że faktycznie niepodległa Palestyna może powstać tylko na drodze negocjacji, a nie jednostronnych wniosków do ONZ, aczkolwiek obie strony mogą dojść do porozumienia jedynie w razie dwustronnych, olbrzymich ustępstw. Chęci do nich, zwłaszcza po stronie obecnego rządu, brakuje – zgodnie zresztą z głosami wyborców, którzy taki układ polityczny w Izraelu popierają. Palestyńska polityka w Nowym Jorku pokazuje tylko ich bezradność.

Przesuwanie pionków na przykładzie Libii

2 komentarzy

Premiera Wielkiej Brytanii, Dawida Camerona, a także prezydenta Francji, Nicolasa Sarkozy’ego przywitano w Trypolisie entuzjastycznie. Sarkozy mógł wyczytać “merci”, a Cameron “thank you”. Jednocześnie obaj otrzymali zapewnienie o wdzięczności narodu libijskiego od przewodniczącego Narodowej Rady Libijskiej (używam sformułowania zaczerpniętego z polskich mediów – angielska wersja to National Transition Council) Mustafy Abdula Jalila. Siły Kaddafiego się jeszcze bronią, ale straciły kontrolę nad państwem po ponad półrocznej wojnie domowej.

Bohaterscy opozycjoniści?
Sama osoba Mustafy Abdula Jalila pokazuje, że moralność w polityce jest jedynie narzędziem. Przypomnijmy, że uzasadnieniem dla interwencji w Libii było zabijanie cywilów przez reżim pułkownka Kaddafiego. Kontekstem zaś: Arabska Wiosna (chociaż właściwie to mamy już prawie jesień, a całość zaczęła się w zimę) Ludów. Około lutego Kaddafi wyczuł, że znajduje się w poważnych opałach. Próbował nawet wspierać – jako jeden z ostatnich – sądzonego obecnie w Kairze Hosniego Mubaraka. Sam – po obaleniu Ben Alego w Tunezji i wydarzeniach na kairskim Placu Tahrir – stał się celem. Zdecydował się na krwawe stłumienie swoich przeciwników, niewątpliwie łamiąc prawa człowieka i zabijając niewinnych ludzi. Równocześnie część jego najbliższych współpracowników zaczęła się od niego odwracać – w tym Mustafa Abdul Jalil, minister sprawiedliwości w latach 2007-2011. Obecny przyjaciel Sarkozego i Camerona, który stanął na czele opozycji w Benghazi.

Pytane brzmi, czy przyjmując optykę zaproponowaną przez Francuzów i Brytyjczyków, Jalil jest kryształowym opozycjonistą? Trudno wszakże przypuszczać, aby pełniący swoją funkcję przez 4 lata Jalil przez 4 lata był libijskim Konradem Wallenrodem, walczącym z reżimem od środka na stanowisku, na którym odpowiada się m.in. za prowadzenie procesów … opozycji. Naturalnie, teraz pojawiają się już informacje o heroizmie Jalila z lat 2007-2011, jednak trzeba dużo dobrej woli, aby uznać ich pojawienie się za przypadkowe. Identycznie jak nikt przesadnie nie nagłaśnia raportu Amnesty International, w którym owszem, podkreśla się zbrodnie reżimu Kaddafiego, ale zauważa, iż opozycjoniści również częstokroć nie byli zainteresowani przestrzeganiem praw człowieka.

Tu właśnie obserwujemy przestawianie pionków. Libia, ze względu na swoje położenie oraz zasoby surowców naturalnych, była, jest i będzie łakomym kąskiem dla państw. Nowe libijskie władze – podobnie jak w Iraku – będą dzielić swoje zasoby i tym, którzy zasłużyli (a niektórzy twierdzą, że w tym gronie znajduje się też Polska) otrzymają swój kawałek tortu. Jalilowi i jego ludziom w rządzeniu bardzo pomogą miliardy dolarów zgromadzone przez Kaddafiego i spółkę na zagranicznych kontach, zamrożonych na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Czy to gra o zasady? Nie, to gra o pieniądze i interesy. Nadarzyła się okazja, aby Kaddafiego pozbawić władzy, to ją wykorzystano.

Jak przesunąć pionki przy aprobacie społeczeństwa?
Do przesunięcia opozycji do władzy potrzebnych było spełnienie kilku warunków. Trzeba pamiętać o tym, że europejscy i amerykańscy politycy – w przeciwieństwie do np. rosyjskich czy chińskich – są ograniczeni opinią własnego społeczeństwa. Dlatego nikomu nie spieszyło się do inwazji lądowej, niepopularnej “formy” od czasów Iraku i Afganistanu. Obecne społeczeństwa potrzebują nie tyle wiary w to, że interwencja jest w interesie ich państwa, ale także tego, aby była ona w “słusznej sprawie”. Politycy za “słuszną sprawę” mogą uznać ropę czy gaz, ale dla przeciętnego mieszkańca “Zachodu” będzie to opowiedzenie się za słabszym, gnębionym przez totalitarnego potwora, który nie przestrzega żadnych zasad i w przeciwieństwie do nas – naturalnie – nie dysponuje kręgosłupem moralnym. Dlatego w miesiąc zmienił się cały PR Muammara Kaddafiego i jego syna, Saifa, przedstawiając ich jako bezwzględnych zabójców (którymi w sumie są), a gloryfikując opozycję z Benghazi (zapominając o tym, że w części to byli pomocnicy Kaddafiego).

Później wiadomo – należało się postawić w obronie słabszego i pokrzywdzonego, zanim przegra. Warte podkreślenia jest, iż “Świt Odysei” ruszył niemal w ostatniej chwili, gdy ten “niepopierany i niepopularny” Kaddafi już prawie zgładził rebeliantów. NATO, a głównie Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi uratowali opozycję, a potem wyposażyli ich w broń, przeszkoli wywiadowczo i wojskowo, a także wysyłali swoje służby specjalne do wspomagania operacji opozycjonistów. Inaczej nie mieliby żadnych szans na zwycięstwo. Najlepsze (a może typowe?) jest w tym, jak notorycznie ignorowano prawo międzynarodowe – według doniesień prasowych broń dla reżimu – przez pośrednictwo Algierczyków – sprzedawali m.in. Chińczycy.

A to oznacza, że embargo na broń do Libii, uchwalone przecież przez Radę Bezpieczeństwa, łamały – i to w dwie strony – państwa głosujące za jego przyjęciem.

Międzynarodowe szachy zawsze wymagają strategii, a bardzo często również ignorowania lub łamania obowiązujących norm prawnych. Każdy przecież chce wygrać swoją partię i nie liczy się styl, lecz wynik.

Żenada, a nie debata o sprawach zagranicznych

Brak komentarzy

źródło: kampanianazywo.pl

źródło: kampanianazywo.pl

Debata polityczna w założeniu ma przedstawić społeczeństwu poglądy poszczególnych ugrupowań na daną tematykę. Zestawić koncepcje, uwidocznić różnicę, porównać strategie. Zamiast tego otrzymaliśmy godzinę utrzymaną w tonie “bla bla bla”, “będziemy się starać o …”, ‘umowy powinny być dobre” i dziesiątki innych, nieznaczących, banalnych hasełek na poziomie uczniów liceum. Tabloidyzacja debaty dotyczy też Moniki Olejnik, która tak dobrała tematy, by – chociażby przez przypadek – nie zmusić uczestników do wysiłku. Najbardziej zadowolony mógł ze studia wyjść Radosław Sikorski, któremu nikt nie robił zbędnych trudności, a pytania jakie otrzymywał, były tak oczywiste, że minister spokojnie obronił swoją pracę w MSZ-ecie.

Trzeba przyznać, że sama debata była bardzo kulturalna – za to olbrzymi plus, ale przy okazji dobrze byłoby, gdyby – nawet lekko kosztem tej kultury – była przynajmniej w minimalnym stopniu merytoryczna. Panowie dostali po 2 minuty czasu (fakt, że to za mało), w czasie których mogli spokojnie zbudować około 10 zdań i zacytować kilka statystyk, prezentując wyraziście swoje poglądy. Niestety, zamiast tego tonęli w dygresjach, a my nie dowiedzieliśmy się niczego nowego.

Podaję przykład. Debata o podstawie prawnej katastrofy smoleńskiej. Sikorski twierdzi, że zastosowaną dobrą, ale już Kowal ma inny pogląd i mówi, że była “niedobra”. Ja rozumiem, że ten temat jest niesamowicie złożony (sam go poruszałem kilka razy u siebie), ale po czym ci biedni ludzie mają poznać, czy podstawa była właściwa czy nie? Po uśmiechach polityków czy wyrazie twarzy? “Ja uważam A”, “A ja uważam B”. Pięknie się poróżnili, ale gdzie tutaj debata i argumenty?!

Czy kwestia palestyńska – to urocze, jak nieprzygotowani byli WSZYSCY politycy do tego pytania. Deklarowali, że ‘trzeba wypracować wspólne stanowisko w ramach UE”, ale do cholery – przecież w ramach Unii Europejskiej trwa w tej sprawie dyskusja o treści tego stanowiska. To co, my nie mamy poglądu w tej sprawie? To zabawne, bo Niemcy i Francuzi potrafią się różnić w tej kwestii. W “debacie” najbardziej idącą wypowiedzią było groteskowe wyznanie Kalinowskiego, że “sympatią jest przy przyszłym państwie palestyńskim”. Polityka polega przecież na ścieraniu się poglądów i pracowaniu nad kompromisem, a nie sztuce “niezajmowania stanowiska”.

Myślicie, że to naprawdę takie trudne, żeby powiedzieć coś nieszablonowego przy tym pytaniu? W moich oczach najbardziej zapunktowałby ten polityk, który powiedziałby, że cała dyskusja wokół Palestyny i ONZ jest bez sensu, bo jeżeli tam ma zapanować pokój, należy zmusić obie strony do powrotu do stołu negocjacyjnego. Popieranie w ciemno działań Ashton – bez stanowiska – to intelektualne harakiri. A co, jeżeli Ashton powie, że teraz trzeba zbombardować Jerozolimę, bo to rozwiąże problem statusu tego miasta? Panowie też będą ją tak ochoczo popierać? Jasne, że tak nie uczyni, ale pokazuję mechanizm – w tym pytaniu wyszła cała bezpłciowość uczestników debaty, którym bardziej zależało na tym, aby ładnie wyglądać, aniżeli dobrze się przygotować. Kwestie bliskowschodnią chcieli odepchnąć od siebie czym prędzej.

Czy wałkowanie tematu minister Fotygi – naprawdę są ważniejsze sprawy. Znam kilka osób w PiS-ie, a także wielu jego zwolenników i w zasadzie nikt się ze mną nie spiera w kwestii jej braku kompetencji do kierowania sprawami zagranicznymi. Po co więc tracić czas na cytowanie depesz WikiLeaks? Jaki to ma cel merytoryczny? Czy Polska zdywersyfikuje dostawy gazu albo umocni swoją pozycję w UE dzięki rozmowom na poziomie “kto gorzej ocenia byłego pisowskiego ministra – Polacy, Amerykanie czy Europejczycy?”. Naprawdę nie było inteligentniejszych pytań do Pawła Kowala?

Nawiązując do Pawła Kowala, to ten tez błyskotliwie próbował przekonać, że rozwiązaniem wszelkich problemów jest zgoda narodowa. Ok, racja – kłótliwość naszych polityków powoduje też u mnie zażenowanie i w kluczowych kwestiach konsensus jest niezbędny, aczkolwiek wolałbym posłuchać o jego pomysłach na przyszłość, zamiast propagandowej papki o pojednaniu. Znowu z przykładem – Paweł Kowal skrytykował umowę gazową, ale jednocześnie nie podał kwoty, jaką płacimy za gaz, nie porównał z innymi umowami podpisanymi przez Gazprom, a przede wszystkim – wspomniał, że “były alternatywy”, ale nie powiedział jakie! Skoro można było podpisać lepszą umowę gazową, to ja chciałbym wiedzieć “jak?”, a nie słuchać zdania oznajmującego, bez wyjaśnienia.

Mocno zalicytował również Marek Siwiec, który stworzył własną koncepcję geopolityczną – obecny rząd zawdzięcza swoją pozycję na arenie międzynarodowej interwencjom w Iraku i Afganistanie. Doskonale – zwłaszcza, że inwazja na Irak była niezgodna z prawem międzynarodowym i formalnie Organizacja Paktu Północnoatlantyckiego w nim nie uczestniczyła. Jakie więc “wzmocnienie” naszej pozycji w NATO ma na myśli Siwiec? Wobec Niemców czy Francuzów, którzy wtedy głośno krzyczeli przeciwko Waszyngtonowi? Za zachowanie Polski wobec sytuacji w Libii należą się obecnemu rządowi słowa uznania, ale minister Sikorski krytykujący interwencję w Iraku i Afganistanie też wygląda groteskowo – bo czy Platforma była wtedy przeciwko? Czy to nie koalicja wysyłała naszych żołnierzy do Afganistanu i – fakt – też ich wycofała z Iraku?

Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale to bez sensu. Szkoda czasu, bo rozmowa była infantylna i płytka. Panowie – może momentami poza Kalinowskim – nie posługiwali się danymi gospodarczymi, a przecież polityka zagraniczna ma służyć przede wszystkim bezpieczeństwu i gospodarce.

Warto jeszcze wspomnieć, o czym nie powiedziano wcale (albo jednym zdaniem) w czasie piątkowego spotkania:

- o Partnerstwie Wschodnim jedno zdanie powiedział minister Sikorski w podsumowaniu, a to przecież kluczowy projekt z punktu widzenia naszej dyplomacji;
- Białorusi sobie wcale nie przypominam;
- Gruzji również zabrakło;
- o stosunkach z Niemcami wspomniano tylko w kontekście mniejszości narodowej i sporu o gazoport (Kowal ma rację – należy spisać z Niemcami umowę międzynarodową w tej sprawie);
- o Rosji tylko w kontekście Smoleńska (i ze 2 zdania Sikorskiego w podsumowaniu);
- o prawie 2,5 miliarda ludzi, to znaczy o Chinach i Indiach, nie było ani słowa, nie mówiąc już o takich “malutkich” jak Japonia czy Korea;
- dyskusja o roli Polski w UE to groteska – “mamy dużo”, “mamy mało” – i wybierz sobie telewidzu;

Za to dyskutowano o “kluczowych’ dla polskich interesów narodowych sprawach – depeszy WikiLeaks o Annie Fotydze, żywności GMO i wspólnej polityce rolnej, a także wyprawkach dla Polaków na Litwie (doceniam problem, ale to nie brak wyprawek jest powodem zaniepokojenia naszej mniejszości narodowej, poza tym polskie dzieci w Polsce nie dostają wyprawki.. .).

Złota myśl debaty należy do Marka Siwca, a brzmiała ona mniej więcej tak: poza Euro żyć mogą tylko państwa albo bardzo bogate albo bardzo biedne. Panie Pośle, około 180 państw świata żyje poza strefą euro. Są wśród nich oczywiście państwa bardzo bogate oraz bardzo biedne, ale są też te bogate, średnio bogate i biedne.

Tylko najsmutniejsze jest to, że taki “spektakl’ jest nam fundowany z naszej winy. Polaków kompletnie nie interesują sprawy międzynarodowe, gdyż dla nas centrum wszechświata jest Polska. Stąd dziennikarze komentujący tę debatę w studiu byli taki podekscytowani – oni naprawdę myśleli, że to była ekspercka rozmowa i “waga ciężka”. Dopóki Polaków bardziej będzie interesować kolejny spór o siano w polskiej polityce niż kwestia budżetu europejskiego czy bezpieczeństwa energetycznego, dopóty taka będzie oferta naszych polityków. Politycy dopasowują ją wszakże do odbiorców.

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. III

2 komentarzy
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Można powiedzieć, że z mojego punktu widzenia wakacje rozpoczynają się na nowo, zatem zapraszam do kolejnego wydania “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów”. Dawno nic nie pisałem, więc trochę w międzyczasie się wydarzyło. Notowanie trzecie!

5. Iran prowadzi badania nad bronią atomową.
Co w tym absurdalnego? Oczywiście nic – Iran prawdopodobnie rzeczywiście prowadzi takie działania i izraelsko-amerykański wirus mocno pokrzyżował mu szyki, aczkolwiek zabawne są momenty pojawienia się takiej informacji.

Sezon ogórkowy? Nic się nie dzieje? Media nie mają o czym pisać? Zawsze z pomocą przybędą MAEA i Iran. MAEA wyda oświadczenie, że podejrzewa, iż Teheran prowadzi badania i ma na to dowody, Iran odpowie, że prowadzi badania nad energią atomową tylko do celów pokojowych, a nawet jakby było inaczej, to ich sprawa. Tylko w Izraelu się nie śmieją.

A redaktorzy działów zagranicznych szczęśliwi. Jest temat i to w dodatku nośny. Na koniec tekstu dorzuci się przecież tę samą frazę co od mniej więcej 10 lat – “Izrael i Stany Zjednoczone rozważają bombardowania”.

4. Palestyńczycy “140 państw na 193 poprze nas w ONZ”
Palestyńscy liderzy są przekonani, iż uzyskają dobry wynik w ONZ w kwestii swojego uznania. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy – uznać to ich może, kto tylko chce. Czym innym jest jednak zapowiadany przez nich cel – mianowicie przystąpienie do ONZ, wymagające przejścia i przez Zgromadzenie Ogólne i przez Radę Bezpieczeństwa.

Z tego co wiem, to Amerykanom nadal “zależy na pokoju, ale priorytetem pozostaje bezpieczeństwo Izraela”, co oznacza mniej więcej tyle, że w razie problemu Amerykanie zawetują palestyński wniosek w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Szansą na wygranie głosowanie przez Palestyńczyków jest otrzymanie statusu obserwatora. Rzeczywiście, taką większość w ZO ONZ mogą uzyskać. Tylko że będzie to pyrrusowe zwycięstwo – wszakże Organizacja Wyzwolenia Palestyny otrzymał taki status już w latach siedemdziesiątych. Jeżeli jednak rzeczywiście 140 państw uznałoby Palestynę za niepodległe państwo w jakimś innym trybie lub innej procedurze, byłby to sukces dyplomatyczny Abbasa i spółki. Problem z tym, że takiego sukcesu nie uda się przełożyć w negocjacjach. Sztuka dla sztuki.

Palestyńczycy nie mają pomysłu na pokój i są podzieleni, z kolei obecny izraelski rząd nie chce pokoju. Jeżeli ktoś jest optymistą, to może pora, żeby wytrzeźwiał?

3. “Negocjacje” Ukrainy z Rosją w sprawie gazu
Jednym z pierwszych dealów zawartych po dojściu do władzy przez prezydenta Janukowycza i premiera Azarowa była korekta umowa gazowej.

Wszystko przebiegało sensownie – Rosjanie obniżają cenę gazu (450 dol. za 1000 m3) o około 1/3, a w zamian Ukraińcy przedłużają pobyt Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu. Ukraińcy nie chcą do NATO, a obecni liderzy w szczególności. Rozmowy z pewnością przebiegały w miłej atmosferze, bo obaj panowie lepiej radzą sobie z rosyjskim niż ukraińskim. Obniżenie ceny za przedłużenie czegoś, co przecież i tak istnieje (mówię o bazie floty) wydawało się całkiem niezłym biznesem.

Teraz jednak Ukraińcy są pod ścianą. Dostali klasyczny wybór między dżumą, a cholerą. Z własnej winy, bo przecież poprzednią umowę gazową podpisała Tymoszenko. Świetnie obrazuje to stan elit ukraińskich, które bardziej przejmują się swoimi interesami, aniżeli losem narodu.

Prezydent Miedwiediew przedstawił “opcję wyboru” – albo zostajemy przy stałych cenach gazu, co jest – zwłaszcza dla biednej Ukrainy – olbrzymim problemem gospodarczym albo wpuszczacie nas do swojego systemu przesyłowego, a my obniżamy ceny. Rosjanie zabezpieczają sobie dostawy i uzależniają Kijów. Ciekawe jak do tego ma się perspektywa integracji Ukrainy z Unią Europejską? Miedwiediew zaproponował przecież też przystąpienie do unii celnej, co w zasadzie przekreśliłoby szansę – nawet teoretyczną – na członkostwo

Gratuluję Ukraińcom. Niech wybierają.

2. Chińska “konsekwencja” w/s Libii.
Chińczycy mieli świetną okazję, aby wspomóc Kaddafiego. Wystarczyło zawetować rezolucję 1970 i 1973 RB ONZ. Dzięki temu NATO nie miałoby żadnej podstawy prawnomiędzynarodowej (a i ta jest wątpliwa, jeżeli chodzi o poszczególne aspekty) do rozpoczęcia operacji. Według najnowszych doniesień medialnych, Chińczycy, za pośrednictwem Algierii oraz Republiki Południowej Afryki, mieli dostarczać broń reżimowi. Naturalnie za pieniądze.

Takie niekonsekwencje raczej się Pekinowi nie zdarzają. Warto jednak podkreślić jedną, bardzo ważną rzez, dostawa broni dla reżimu jest równie nielegalna z prawnomiędzynarodowego punktu widzenia, jak dla powstańców ze strony chociażby brytyjskiej. Trudno jednak przypuszczać, aby zarówno Chińczyków, jak i Brytyjczyków, czekały jakieś nieprzyjemności.

Cieszyć za to mogli się chińscy robotnicy w liczbie 30 tysięcy, których w lutym ewakuowano na … Kretę.

1. Berlusconi wyjeżdża z “gównianego kraju”, czyli Włoch.
Z reguły w rankingu zwyciężają osobowości – w pierwszym wygrał Putin, który wyłowił starożytną amforę na głębokości 2 metrów, następnie Sikorski, który chciał pozbawić władzy prezydenta Assada z Syrii przy pomocy Twittera. ( zapraszam do śledzenia mojej skromnej osoby!). Dzisiaj konkurencję w polu zostawia premier Silvio Berlusconi z Włoch.

Premier Włoch był wielokrotnie oskarżany o korupcję, a także o przesadne zamiłowanie do kobiet. Słowa wierność prawdopodobnie w swoim słowniku nie odnotował, a swoich gości – i siebie naturalnie – raczył w swojej rezydencji luksusowymi prostytutkami, młodymi aktoreczkami itd. Serwis “Deser.pl” zebrał listę “kobiet Berlusconiego”.

“Za parę miesięcy odejdę, wyjadę z tego gównianego kraju, który przyprawia mnie o mdłości” – powiedział Silvio. Owszem, jego wiek już jest zdecydowanie emerytalny, jednak pamiętajmy, że jest to prywatna, ale jednak, wypowiedź polityka z wieloletnim doświadczeniem na stanowisku premiera Włoch. On sam ten kraj budował. O jednym jednak jestem pewien – prędzej premier Berlusconi zrezygnuje z Włoch niż z “pomaganiu w karierze” młodym kobietom. Altruista.

Bunga bunga Silvio!

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – II

3 komentarzy
źródło: wiadomosci.gazeta.pl

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

W Polsce trwa kampania wyborcze, której można zarzucić wszystko, ale nie to, że jest merytoryczna. Prosty przekaz, bez żadnych komplikacji, przepychanki, a co tam w świecie międzynarodowym? Co najmniej stara się dorównać. Przedstawiam subiektywny ranking międzynarodowych absurdów – część druga.

4. Hamas zrywa nieformalne zawieszenie broni.
Od kilku dni trwa wymiana przyjemności pomiędzy Izraelem, a Hamasem i ugrupowaniami radykalnymi ze Strefy Gazy i Półwyspu Synaj.

Absurdalne jest to dlatego, że ciężko już się połapać, nawet w tych nieformalnych rozejmach, bo wzajemne ataki trwają non stop. A to rakieta poleci na południowy Izrael, a to Izraelczycy zbombardowali podziemne tunele, a to autobus. Jeżeli coś powstrzymywało Hamas przed atakami, to nieuchronność izraelskiej odpowiedzi oraz niszczenie podziemnych tuneli. Zwracam uwagę na to, że sytuacja taktyczna tego ugrupowania zmieniła się dzięki otworzeniu granicy z Egiptem.

Na Bliskim Wschodzie zatem bez zmian, absurdalna wojna trwa i może dojść do eskalacji. Szkoda, że życiem płacić za to mogą cywile z jednej i drugiej strony..

Hamas za swoją postawą uplasował się na 4 miejscu w notowaniu. Ma mniejsze szanse na wygranie wojny z Izraelem niż ja na zagranie w kadrze Franciszka Smudy na Euro 2012 w ataku z “Adamiak Zofią”. A może jednak rozejm, przecież nieformalny, przetrwa? Na pewno sensu nie ma atakowanie silniejszego, nawet pomimo umocnienia się Hamasu. Już nie mówiąc o zerowych szansach – w razie eskalacji – na rozmowy pokojowe, których nie ma nawet wtedy, gdy jest względnie spokojnie.

3. Żel do pielęgnacji włosów powodujący bezpłodność
A na trzecim miejscu Izraelczycy i najnowsza myśl izraelskiego przemysłu chemicznego. Żel powodujący bezpłodność, który miał być rozprowadzany na egipskim rynku celem pogorszenia sytuacji demograficznej Egiptu.

Trudno ocenić wiarygodność tej historii, bo nie wiadomo co jest głupsze. To, że ktoś w Izraelu łudził się, że w taki sposób zagrozi rozwojowi demograficznemu Egiptu czy to, że może to być bajeczka wymyślona przez Egipcjan, których o przesadną sympatię do Izraela przecież nikt nie podejrzewa.

Tego prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy, ale zasłużone trzecie miejsce – za pomysł dla izraelskiego wywiadu albo, za kreatywność w wymyślaniu historii, dla Egipcjan.

2. Julia Tymoszenko przed sądem w Kijowie
Wydarzenia z Bliskiego Wschodu są jednak dystansowane przez naszych wschodnich sąsiadów z Ukrainy. Przed sądem postawiona została Julia Tymoszenko.

Cóż, nie jestem ukraińskim konstytucjonalistą, więc nie będę się wypowiadał na temat zgodności z prawem oskarżeń, aczkolwiek kontakty Tusk-Kaczyński do niemal wzór do naśladowania, w porównaniu z relacjami na linii Tymoszenko-Juszczenko i Tymoszenko-Janukowycz.

W tej sprawie absurdalne jest niemal wszystko. Tymoszenko zarzuca się, że podpisała zbyt wysoki kontrakt z Rosjanami. Juszczenko stwierdził, że Rosjanie chcieli sprzedawać gaz po 250 $ za 1000 m3 gazu, a ukraińska premier podpisała po 450 w zamian za poparcie w kampanii wyborczej. Tymoszenko z Juszczenką zdradzali się już wzajemnie w każdą stronę – każde z nich pod rękę z Janukowyczem.

O ukraińskich wyborach pisałem wyczerpująco w artykule “Odszedł Wiktor, niech żyje Wiktor!” i przyznać trzeba, że Rosjanie nie grali tylko z Janukowyczem. Jako ludzie roztropni, wspierali obie strony, dzięki czemu mieli gwarancje znalezienia się w wygranej ekipie po ogłoszeniu wyników.

Jedno jednak trzeba podkreślić – umowa Tymoszenko z Rosjanami rzeczywiście jest droga, czego dowodem jest chociażby fakt, iż Moskwa błyskawicznie obniżyła cenę o 1/3 zmianie prezydenta i premiera na Ukrainie, w zamian za przedłużenie stacjonowania rosyjskiej floty w Seawastopolu. Czy jednak Julia Tymoszenko wolała “przepłacić z rosyjskim poparciem” niż zapłacić mniej, ale przedstawiać to jako swój sukces?

Absurdalności całej sprawie dodają dwa kolejne elementy – rozpaczliwe żądania Tymoszenko o zapewnienie tłumacza z języka rosyjskiego w momencie, gdy jej … pierwszym językiem jest rosyjski, a także jeszcze większy komizm sytuacji, gdy premier Azarow i prezydent Janukowycz mają problem z płynnym mówieniem po ukraińsku…

Premier Tymoszenko zawsze może jednak liczyć na ukraińskie feministki z organizacji FEMEN, a wiadomo, jak one protestują, to mężczyźni w Polsce będą się cieszyć, bo dziewczyny mają jedną, konsekwentną zasadę przy swoich demonstracjach (świetnie pasujące słowo) – inaczej niż topless nie występują.

1. Minister Sikorski wzywa do ustąpienia i straszy Hagą prezydenta Assada.
Wszystkich jednak zostawił w polu nasz minister spraw zagranicznych, który zaadoptował Twittera do prowadzenia polskiej polityki zagranicznej. Inni ministrowie, np. szwedzki Carl Blidt, informują o działaniach MSZ, a u nas jak zwykle po ułańsku – my najpierw wyślemy informacje przez PRYWATNE konto Sikorskiego, a potem pomyślimy nad notą dyplomatyczną.

Samo nawoływanie Assada do rezygnacji jest pustym gestem, także w wykonaniu Baracka Obamy czy Catherine Ashton. Prezydent Assad, podobnie jak Kaddafi, odejdzie dopiero wtedy, gdy zostanie do tego zmuszony, a raczej “ćwierkanie” go do tego nie przekona – m.in. dlatego, że nie prowadzi konta w tym serwisie. Jakby minister Sikorski wysłał list/notę etc w imieniu polskiego MSZ, a następnie poinformował o wysłaniu nawet na swoim prywatnym koncie – byłoby w porządku, ale tak, to sami wystawiamy się na śmiech połączony z płaczem – podobnie jak w sprawie białoruskiego opozycjonisty, gdzie również Sikorski przepraszał na Twitterze, po polsku, naród białoruski, w imieniu Polski. Aby być sprawiedliwym, należy pochwalić podrzucanie przez niego artykułów z zagranicznej prasy na temat naszego kraju.

Merytorycznie “wypowiedź” Sikorskiego również się nie broni. Jeżeli Assad miały stanąć – zgodnie z prawem międzynarodowym – przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, Syria musiałby przyjąć w przeszłości Statut Rzymski. Niestety, Syria podpisała go, lecz nie ratyfikowała, a w związku z tym, jurysdykcji MTK nie podlega – podobnie jak Libia. W praktyce, w takich sytuacjach, stosowano są specjalne, Międzynarodowe Trybunały, ale czy pomysł taki uzyska niezbędną akceptację wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ? Halo, Moskwa? Na razie mocno w to wątpię.

Chyba że Radosław Sikorski chciałby się zobaczyć z z Bashirem al-Assadem w Hadze na kawie, ale mam wrażenie, że nie to miał na myśli.

Mniej formy, a więcej treści.

Przegląd międzynarodowych absurdów ostatnich dni

1 komentarz
źródło: koledzyzwojska.pl

źródło: koledzyzwojska.pl

Tym razem nieco bardziej wakacyjnie, dlatego postanowiłem wybrać kilka ostatnich, dość absurdalnych wydarzeń i skomentować je. Kto wie, może z czasem pomyślę o stworzeniu jakiegoś cotygodniowego przeglądu absurdów, bo nie ma co ukrywać, trochę ich ostatnio jest. Na dziś wybrałem cztery absurdy.

1. Dwugłos w sprawie Białorusi
Polska prokuratura wysoko zawiesiła poprzeczkę dla konkurencji z całego świata. Postanowiła przekazać, w ramach pomocy prawnej, informacje swoim białoruskim odpowiednikom, prowadzącym postępowanie przeciwko Alesiowi Bialackiemu.

W praktyce wygląda to tak, że polski wymiar sprawiedliwości pomaga ścigać Białorusinom opozycjonistów popieranych przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Niektórzy powiedzą, że zawalił system – nie, to nieprawda. Ludzie w tym przypadku zawiedli. Tylko w państwie prawa może się zdarzyć, że prokuratura będzie działać wbrew polityce zagranicznej własnego kraju. Wyobrażacie sobie coś takiego w Rosji, na Białorusi, w Chinach? Alternatywą jest ręczne sterowanie prokuraturą z Alei Szucha, co byłoby dla nas dużo bardziej niebezpieczne. Prokuratorzy mają kierować się prawem, w tym zwłaszcza Kodeksem Postępowania Karnego, służąc w jego ramach polskim interesom. Nie na odwrót.

Nawiasem mówiąc gratulacje należą się ministrowi Sikorskiemu, który według “New York Timesa” został już w Polsce premierem. Potęga twittera.

Na marginesie tego tematu warto, aby Polska się zastanowiła – czy chce Łukaszenkę okładać kijem, czy głaskać, bo połączenie tego, w postaci bicia puchowym kijkiem, nie gwarantuje efektów.

2. Iran gotowy wysłać do Wielkiej Brytanii misje peacekeeping
Fasonu nie stracili również Irańczycy, a zwłaszcza dowódca irańskich jednostek paramilitarnych Basidż, Mohammad-Reza Naqdi. To ich udział w czasie “Zielonej Rewolucji” po wyborach prezydenckich w 2009 roku miał dużo wpływ na klęskę protestujących. Paramilitarne oddziały, ślepo wierne “irańskiej rewolucji” rozpędzały manifestacje i bezlitośnie atakowały opozycjonistów w obronie prezydenta Ahmadineżada.

Jedno można więc im otwarcie przyznać – na rozpędzeniu zamieszek na pewno znają się lepiej niż policja w Birningham. Są również nadzwyczaj karni. W czasie wojny iracko-irańskiej wojny (lata 1980-1988) członków Basidż wysyłano na pole minowe, by własnymi nogami sprawdzali, gdzie znajdują się miny nieprzyjaciela. Zindoktrynowani, dumnie szli na pewną śmierć.

Pan Naqdi potępił również działania policji i wyraził rozczarowanie niezmiennym popieraniem “prześladowców” przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Jak zauważył, już rahbar Ali Chamanei przewidział, iż w Europie mogą wybuchnąć podobne protesty, jak w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.

Za dobre serce i rady Irańczykowi należy podziękować. Jedno należy mu przyznać: w swojej propagandzie jest przynajmniej zabawny.

3. Izraelska odpowiedź na głosowanie w ONZ w sprawie przyjęcia Palestyny
Nie jest to o tyle absurdalne, co symptomatyczne. Izrael jasno odpowiedział, że żadnego wniosku do ONZ się nie boi i jeśli tak się mamy bawić to…

oni zatwierdzają plan budowy 1600 mieszkań w Jerozolimie Wschodniej i okolicach.. Szykują się równocześnie do zatwierdzenia budowy kolejnych 2700. Szczególny powód do satysfakcji ma wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden, podczas którego wizyty ogłoszono po raz pierwszy plan rozbudowy, pomimo mocnego – przynajmniej oficjalnie – sprzeciwu “Białego Domu”. To tak na wypadek, gdyby ktoś myślał, że palestyński manewr w ONZ może coś zmienić w obecnej konfiguracji.

4. Władimir “Nurek” Putin
Rozmachu nie można też odmówić rosyjskiemu premierowi. Tym razem “przypadkiem” w czasie nurkowanie odnalazł graeckie amfory.

źródło: wp.pl

źródło: wp.pl

Ten fragment morza był co prawda już wielokrotnie przeszukiwany w przeszłości, ale nie okiem Władimira Putina. Na głębokości kilku metrów odnalazł on drogocenne amfory. Nie mógł tego zrobić niżej, bo było to jego bodajże 3 nurkowanie, a nikt zdrowiem premiera – nawet dla promocji turystyki – ryzykował nie będzie.

Z niecierpliwością czekam na odnalezienie przez premiera Putina zaginionej Atlantydy.

Komisji Millera problemy z podstawą prawną…

Brak komentarzy
źródło: wiadomosci.dziennik.pl
źródło: wiadomosci.dziennik.pl

W bajkach często uczy się dzieci, że nie należy wszczynać fałszywych alarmów dla zabawy, bo potem – przy faktycznym niebezpieczeństwie – nikt nie będzie traktować zgłaszającego poważnie. Identyczna rzecz spotkała mecenasa Rogalskiego, który z mówienia prawdy dotyczącej prawa w/s katastrofy zrobił sobie – cytując komisarza Rybę z “Killera” – spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością,

Nikt rozsądnie myślący nie zaprzeczy, że działanie Komisji Millera było Polsce potrzebna. Grupa ekspertów lotniczych nie wyjaśniła co prawda wszystkich wątpliwości, ale wykonała dużo solidnej pracy, wskazując prawdopodobne przyczyny wypadku. Była to polska odpowiedź na rosyjski raport. Gdyby nie było Komisji bylibyśmy skazani na prokuraturę, która swoje postępowanie przygotowawcze prowadzi w sposób tajny i z zasady oszczędnie dzieli się informacjami publicznie lub – co zaowocowało by III wojną światową, tym razem polsko-polską – sejmową komisję śledczą.

Oficjalne podstawy prawne
Tymczasem, jak w tych bajkach o dziecku lubiącym wszczynać fałszywe alarmy, okazuje się, że tym razem naprawdę może się palić. A pożar Ministerstwo Obrony Narodowej rozpaliło sobie samo.

Najpierw cytat z byłego Ministra Obrony, Bogdana Klicha, który pisemnie tłumaczy podstawę prawną działania Komisji Millera:

“”Powołanie Komisji nastąpiło zgodnie z § 6 ust. 2 rozporządzenia Ministra Obrony Narodowej z dnia 26 maja 2004 r. w sprawie organizacji oraz zasad funkcjonowania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (…) w związku z artykułem 11 Porozumienia między Ministerstwem Obrony Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej a Ministerstwem Obrony Narodowej Federacji Rosyjskiej (…) podpisanego dnia 14 grudnia 1993 “

(źródło: “Rzeczpospolita”, pełna treść odpowiedzi Bogdana Klicha - tutaj

Rozporządzenie zostało wydane na postawie art. 140 ust. 4 Prawa lotniczego. Zajmijmy się więc kwalifikacją prawną zaproponowaną przez ministerialnych prawników.

Art. 140 Prawa lotniczego (pogrubienia moje – dop. PG)
1.  Badanie wypadków i poważnych incydentów lotniczych w lotnictwie państwowym prowadzi Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego powoływana przez Ministra Obrony Narodowej w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw wewnętrznych. Inne incydenty lotnicze, o ile ta Komisja nie zdecyduje o podjęciu ich badania, podlegają badaniu przez użytkownika statku powietrznego pod nadzorem tej Komisji.(…)

4. Minister Obrony Narodowej porozumieniu z ministrem właściwym do spraw wewnętrznych określi, w drodze rozporządzenia, organizację oraz szczegółowe zasady funkcjonowania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, liczbę jej członków, ich kwalifikacje oraz tryb powoływania i odwoływania, a także szczegółowe zasady wynagradzania ekspertów, biorąc pod uwagę specyfikę i uciążliwość ich pracy.

To jest ustawowa podstawa powołania Komisji Millera. Teraz zajmijmy się tymi znajdującymi się w rozporządzeniu.

Rozporządzenie Ministra Obrony Narodowej w sprawie organizacji oraz zasad funkcjonowania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego

(…)§ 6. 1. Komisja prowadzi badania wypadków i poważnych incydentów lotniczych w lotnictwie państwowym na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i w polskiej przestrzeni powietrznej.

2. Komisja może prowadzić badania wypadków i poważnych incydentów lotniczych zaistniałych poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, w których uczestniczyły statki powietrzne lotnictwa państwowego, jeżeli przewidują to umowy lub przepisy międzynarodowe albo jeżeli właściwy organ obcego państwa przekaże Komisji uprawnienia do przeprowadzenia badania albo sam nie podjął badania

… a teraz zacytujmy jeszcze stosowny fragment artykułu 11 porozumienia między MON Rzeczpospolitej z MON Federacji Rosyjskiej

Art. 11. (…)
Wyjaśnienie incydentów lotniczych, awarii i katastrof spowodowanych przez polskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni powietrznej Federacji Rosyjskiej lub rosyjskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie

Wklejenie tego wszystkiego będzie nam niezbędne do dalszej analizy.Oczywiście, media (i część dziennikarzy) spektakularnie przestrzeli w tej sprawie pytając, jak to jest możliwe, że rząd w/s katastrofy smoleńskiej nie wykorzystał art. 11 porozumienia, a w/s Komisji Millera – owszem. Tutaj nie ma żadnej sprzeczności, bo nikt nigdy nie podnosił, że polsko-rosyjska umowa jest nieważna, a jedynie, że nie jest bazą, na której moglibyśmy zagwarantować swoje interesy, jak to jest w przypadku Konwencji Chicagowskiej. Oficjalne stanowisko rządu brzmi tak: zastosowanie miała umowa z 1993 roku i w jej ramach zdecydowano się skorzystać z umowy chicagowskiej. Lekka ekwilibrystyka, ale spokojnie do wybronienia.

“Bylejakość” w podstawie prawnej
Gorzej sytuacja ma się z Komisją Millera, ale nie samo zastosowanie polsko-rosyjskiej umowy budzi tutaj wątpliwości, a treść artykułu 11, na podstawie której powołano komisję.

Nie ulega wątpliwości, że cytowana umowa jest umową międzynarodową i jednocześnie obowiązującym Polskę prawem. Problem tkwi w treści – przypomnijmy, że wg niej wyjaśnienie katastrofy powinny być prowadzone wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie.

O ile Komisję można by uznać za właściwy organ do wyjaśniania takich katastrof, o tyle sytuacja komplikuje się przy wyjaśnianiu słowa “wspólnie”, chociażby dlatego, iż akurat w tym względzie zarówno Polacy, jak i Rosjanie, twardo stoją na stanowisku, że było to niezależne, polskie badanie Komisja Millera i MAK nie prowadziły wspólnego badania, zatem nie można mówić o wspólnym wyjaśnianiu przez właściwe organy.

Przypomnijmy, iż minister Klich tłumaczy w swoim piśmie, że art. 11 spełnia dyspozycję z &6. 2 rozporządzenia. Mógłbym jedynie zapytać – z której strony? Idealnie ułożony przepis umowy międzynarodowej brzmiałby następująco (lub podobnie): “Badanie w sprawie katastrofy samolotu polskiego statku wojskowego w rosyjskiej przestrzeni powietrznej prowadzi stosowna komisja działająca na podstawie art. 140 Prawa lotniczego”. Minister ją powołuje i ciach. Wszystko jest na swoim miejscu. W tym przypadku komisja mogła zostać powołana jedynie DLA CELU wspólnego prowadzenia badania przez Polaków i Rosjan. Jeśli komisja nie działa zgodnie z art. 11, to problematyczne jest zastosowanie odpowiedniego przepisu z rozporządzenia. Czy komisja została powołana w tym celu? Zaprezentowana przez ministra Klicha  podstawa prawna jest zatem niewystarczająca.

Jak świat żyje, tak naciąga się prawo. Tutaj jednak wychodzi “bylejakość”, o której tyle mówiliśmy po raporcie Komisji Millera. Przecież to jest rozporządzenie i zasady jego zmiany są dużo prostsze niż w przypadku ustawy (!). A ustawa nigdzie nie mówi, że w rozporządzeniu ma być cokolwiek o umowie międzynarodowej (etc) jako postawie prawnej w przypadku badania katastrofy poza terytorium Polski. Właśnie to miałem na myśli pisząc o rozpaleniu pożaru przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Wystarczyło zmienić jedno zdanie rozporządzenia.

A co na to MON?
Zadałem, drogą elektroniczną, proste pytanie; czy Komisja Millera prowadziła swoje badania wspólnie z Rosjanami? W e-mailu powklejałem odpowiednie fragmenty ustaw, tłumacząc tym samym źródło i znaczenie mojego pytania. Spodziewałem się dwóch rzeczy – albo że nie dostanę odpowiedzi wcale albo że odpowie mi jeden z tamtejszych prawników, tłumacząc,że komisja oczywiście działała wspólnie, bo wspólne są materiały, że teraz może dojść do kontaktów, że członkowie Komisji Millera brali udział w badaniu zarówno jednej, jak i drugiej komisji. W przypadku tego drugiego byłoby dużo gimnastyki, ale z pewnością skierowałoby to naszą dyskusje na ciekawe tory.

Niestety, odpowiedź jaką uzyskałem od rzecznika Ministerstwa Obrony Narodowej brzmi następująco:

“Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego badała wypadek w oparciu o przepisy polskiego prawa.”

Ręce mi opadły, nie wiadomo, czy śmiać, czy może płakać. To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Poza tym na podstawie jakich przepisów miałaby działać? Chińskich? Rosyjskich? Przepis umowy polsko-rosyjskiej też jest przepisem POLSKIEGO PRAWA. Podobnie jak przepis umowy polsko-amerykańskiej, polsko-niemieckiej itd.

To trochę tak, jakby biuro rzecznika MON odpisało mi, że jak niebo jest bezchmurne, to ma kolor zbliżony do niebieskiego, a śnieg to jest biały. Dziękuję serdecznie.

Rozgrywka w ONZ-ecie o Palestynę

Brak komentarzy
źródło: radioislam.org

źródło: radioislam.org

We wrześniu głosowany może być wniosek o przyjęcie Palestyny w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wokół niego trwa obecnie rozgrywka na Bliskim Wschodzie. Między Palestyńczykami i Izraelczykami nie ma obecnie oficjalnych rozmów, a rząd Izraela, zgodnie ze swoim programem, rozbudowuje osadnictwo na Zachodnim Brzegu Jordanu. Impuls do rozmów próbował nadać Barack Obama, ale skutkiem tego było przytrzaśnięcie drzwiami palca i jego spuchnięcie (opisywałem to w artykule “Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było”, a także opowiadałem w telewizji Polsat News). W międzyczasie doszło do zbliżenia Fatahu z Hamasem, co z kolei zaowocowało deklaracją izraelską wypowiedzianą przez premiera Netanjahu, że Abbas będzie rozmawiał albo z Hamasem albo z Izraelem, a także amerykańskimi groźbami odcięcia pomocy finansowej.

“Łabędzi śpiew” Palestyńczyków w ONZ?
Teraz przenosimy się na salony – do Nowego Jorku, gdzie swoją siedzibę ma Organizacja Narodów Zjednoczonych. To właśnie tam, 21 września, miałoby dojść do głosowania w/s przyjęcia Palestyny w poczet członków organizacji. Tak, miałoby, bo oficjalnie wniosku jeszcze nie ma, a jego złożenie u w gruncie rzeczy obrazuje bezradność Palestyńczyków z dwóch powodów.

Po pierwsze, prezydent Abbas może się nawet nie mylić, gdy mówi o 122 państwach uznających Palestynę, ale głosowania i tak nie wygra. O ile sprawa w Zgromadzeniu Ogólnym jest otwarta, o tyle rzut oka do Karty Narodów Zjednoczonych przekonuje nas, że Palestyna we wrześniu nie zostanie członkiem tej organizacji. Zgodnie z art. 4 KNZ decyzję o przyjęciu do organizacji podejmuje Zgromadzenie Ogólne na zalecenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Takie zalecenie wydawane jest większością 9 głosów i wymaga zgody wszystkich stałych członków tego organu, a więc także Amerykanów. W przypadku pojawienia się takiego wniosku, weto Waszyngtonu to oczywistość. Skoro wcześniej zawetowali projekt rezolucji o potępieniu rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jodanu (14 głosów “za”, 1 “przeciwko”), to tym bardziej zrobiliby tak w przypadku wniosku o przyjęcie Palestyny do ONZ.

Po drugie, nawet przejście takiego wniosku nic nie oznacza. Palestyna nie będzie funkcjonować jako państwo bez porozumienia pokojowego z Izraelem. Wiedż o tym  zarówno Abbas, jak i Netanjahu – ewentualny wniosek jest ze strony prezydenta Autonomii Palestyńskiej głosem rozpaczy a nie przenikliwym pomysłem na okiwanie Izraelczyków, strzelenie im bramki i rozpoczęcia drugiej połowy meczu pod nazwą “niepodległa Palestyna”. Palestyńczycy nie dysponują odpowiednio mocną gospodarką, aparat państwowy przeżarty jest korupcją, istnieje nadal spór o Jerozolimę, problem uchodźców a państwo podzielone na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy. Palestyna obecnie jest zależna od Izraela, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej.

Izraela ewentualne złożenie wniosku na pewno nie ucieszy, bo – jeśli doszłoby do głosowania w Zgromadzeniu ONZ – w bezwzględnej liczbie głosów, przegra. Świat jest też coraz bardziej zniecierpliwiony sabotowaniem rozmów przez obecny rząd izraelski i werbalnie da temu upust. Nie jest znana treść wniosku (jak już pisałem – jeszcze nie wpłynął), więc do końca nie wiadomo, czego będą domagać się Palestyńczycy. Jedyne co mogą wywalczyć, to niewiążąca rezolucja ZO ONZ, która będzie miała wymiar propagandowy i zostanie przez Izrael po prostu zignorowana. Pod koniec lipca m.in. w sprawie wniosku mieli spotkać się prezydenci Izraela i Palestyny – Szymon Peres i Mahmud Abbas. Według doniesień medialnych, spotkanie w ostatniej chwili zablokował Benjamin Netanjahu.

A co na to Polska?
Zaciekawiony stanowiskiem Polski wysłałem zapytanie do biura rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Polski.

Polskie oficjalne stanowisko prezentuje się w następujący sposób:

“Uważamy, że w tej kwestii Unia Europejska powinna zająć wspólne stanowisko. Jako Prezydencja będziemy wspierać wysiłki WP C. Ashton w celu wypracowania kompromisu – gdyż po traktacie lizbońskim to na Europejską Służbę Działań Zewnętrznych spoczywa odpowiedzialność za kreowanie europejskiej polityki zagranicznej oraz wypracowanie wspólnego stanowiska państw członkowskich”

Pięknie sformułowane, ale nic z tego nie wynika. To, że Unia Europejska stara się (i warto podkreślić to słowo) prowadzić aktywną politykę na Bliskim Wschodzie nie oznacza, że my mamy nie mieć własnego zdania. Sytuacja jest o tyle ciekawsza, że państwa UE wcale nie mają w tej sprawie jednakowego stanowiska. Dla przykładu, Niemcy i Francuzi/Brytyjczycy mogą zagłosować odmiennie. Wspólne stanowisko UE może – chociaż oczywiście nie musi – okazać się bajką już na samym starcie. Tym bardziej powinniśmy mieć swoje zdanie jako państwo sprawujące prezydencję. Czas pokaże na ile UE będzie jednolita, bo prawdą jest, że jeżeli ma się liczyć w tej grze, to musi być spójna wewnętrznie. Obecnie przepisy Traktatu Lizbońskiego co podkreślałem wielokrotnie, nie gwarantują możliwości prowadzenia skutecznej, wspólnej polityki zewnętrznej. Na zmiany się również nie zanosi ze względu na partykularne interesy poszczególnych członków. Catherine Ashton tańczy tak, jak im Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy zagrają, a nie na odwrót.

Jedno jest jednak pewne. Wszyscy woleliby głosowania w Organizacji Narodów Zjednoczonych uniknąć.

Raport Millera. Łańcuch przyczyn

Brak komentarzy
źródło: ostroleka.pl

źródło: ostroleka.pl

Raportowi komisji Millera jednego nie można zarzucić – nie był pisany na polityczne zamówienie, ale wszystkich nie mógł zadowolić. Poniżej moje omówienie kilku aspektów wczorajszej konferencji prasowej.

1. Konwencja Chicagowska – najlepsze z najgorszych wyjść
Potwierdziło się to, co powtarzam od samej katastrofy. Konwencja Chicagowska, choć delikatnie mówiąc, nieidealna (i dotycząca lotnictwa cywilnego, a nie państwowego), dawała nam możliwość zabezpieczenia dowodów i uczestniczenia w badaniu (w tym przy komisyjnym otwieraniu czarnych skrzynek, przegrywaniu, przesłuchaniach itd).

W tym miejscu apel do publicystów i polityków – MAK zajmował się badaniem, a nie śledztwem. Zaufajcie mi, że różnica w tym przypadku nie jest błaha. Śledztwo prowadzą prokuratury i one wskazują podejrzanych i kierują oskarżenie, a z kolei o winie decyduje sąd.

Polska komisja pracowała na podstawie tych samych dokumentów i dowodów, co MAK. Polskie wnioski nie musiały być tożsame z tymi rosyjskimi i nie były. Czy jakakolwiek instytucja prawa międzynarodowego dawała nam tego typu gwarancje? Nie. Na wypracowanie nowej umowy nie było czasu (późniejsza ratyfikacja itd), podobnie jak negocjowanie tej z 1993 roku podpisanie między Ministerstwami Obrony Narodowej. Więcej na ten temat pisałem w tekście polemicznym wobec artykułu Bronisława Wildsteina. Z perspektywy czasu – tylko dzięki Konwencji Chicagowskiej nasza komisja mogła dysponować odpowiednim materiałem dowodowym, dzięki którym zostać napisany polski raport.

Konwencja Chicagowska spełniła swój cel, chociaż całkowicie rozumiem wątpliwości dotyczące jej stosowalności w tym przypadku.

2. Łańcuch przyczyn
Komisja wskazała przyczyny katastrofy – część z nich znajdowała się po stronie polskiej, część rosyjskiej. Miller słowa dotrzymał i raport jest dla organizacji lotu druzgocący. Dla przykładu -tylko technik miał ważne uprawnienia do latania na Tupolewie (!). Obnażono również błędy w szkoleniu pilotów. Bardzo drogie błędy.

Pozwoliłem sobie nazwać to “łańcuchem przyczyn”. Działa to w prosty sposób – katastrofa mogła mieć miejsce dzięki zaistnieniu tych wszystkich aspektów jednocześnie. Wyjęcie pojedynczego z elementów łańcucha prawdopodobnie pozwoliłaby uniknąć katastrofy.

a) gdyby nie fatalne warunki atmosferyczne, samolot z pewnością by wylądował;
b) gdyby nie błędy w wyszkoleniu załogi, nie korzystaliby ze złego wysokościomierza i samolot odszedłby na większej wysokości, unikając zderzenia;
c) gdyby kontrolerzy nie utwierdzali pilotów w błędzie lub podali, że nie widzą ich na ścieżce, polska załoga mogłaby zmienić swoje pozycję, eksperci podkreślają, że wieża nie mogła widzieć wysokości samolotu i polscy piloci powinni kwitować. Tutaj pojawia się też największa niewiadoma badania – nagranie ekranu kontrolera, które “nie zachowało się”. Cóż za “nieszczęśliwy” zbieg okoliczności.

Należy też zaznaczyć, że gdyby lotnisko było nowoczesne, a systemy np. radiolokacyjne, na nim sprawne, to piloci mieliby dużo łatwiejsze lądowanie. Nie zmienia to jednak faktu, że Polacy doskonale wiedzieli, gdzie lecą, jakie warunki tam panują i jakimi systemami (a raczej jakimi nie) dysponują Rosjanie.

3. Generał Błasik w kokpicie
W kokpicie nie miał prawa znajdować się nikt poza załogą, bo to rozprasza uwagę i nie pomaga, dlatego obecności generała nie można – przynajmniej regulaminowo – zakwalifikować pozytywnie. Największym paradoksem jest jednak to, że generał, jako jedyny, podawał prawidłową wysokość i prawdopodobnie, gdyby to on siedział za sterami, samolot uniknąłby zderzenia.

Nie wiem, czy nasz generał miał we krwi alkohol. Nie jest to ważne, nie miał prawa znajdować się w kokpicie.

Najważniejsze jest jednak co innego – komisja stwierdziła, że nie było nacisków na pilotów, argumentując to w ten sposób, że nie znalazła na to dowodów, a decyzja o odejściu została podjęta przez pilotów wcześniej. Od początku zachęcałem, żeby poczekać na raport strony rosyjskiej, a potem polskiej, bo to dopiero da nam ogląd. Bezpośrednio odnosiłem to do osoby generała Błasika, o którym bardzo niepochlebnie rozpisywała się “Gazeta Wyborcza. Pisałem, abyśmy czekali na raport Millera, bo Polacy dysponują zapisami rozmów z kabiny i wszystko będzie jasne – bez zbędnych spekulacji, którymi żyły media, a jak w przypadku “Gazety Polskiej”, ośmielę się stwierdzić: żerowały na ludzkim nieszczęściu. Komisja w tym przypadku przyjęła słuszne założenie – nie ma na jakiś fakt dowodu, więc nie można stwierdzić, że zaistniał.

4. “Obezwładniony samolot”, “dwie eksplozje”, “śmiertelna pułapka”
Niestety, ale Antoni Macierewicz przekroczył wszelkie granice śmieszności i kompromitacji. Bez dowodów snując teorie fantasy (wszystkie wokół słowa “spisek”) pasujące bardziej niż do Sejmu, do serii filmów i  książek “Star Wars”. Z wisienką na torcie w postaci deklaracji postawienia Donalda Tuska przed trybunałem w Hadze. Tylko którym – tym zajmującym się zbrodniami w byłej Jugosławii czy tym zajmującym się m.in. ludobójstwem i zbrodniami przeciwko ludzkości?

Raport Millera nie jest idealny – wielu ekspertów ma wątpliwości, co do poszczególnych ustaleń, aczkolwiek jest to najlepszy raport, jaki mógł powstać w takich warunkach.

Egzekucje w Norwegii. Gdzie my żyjemy?

Brak komentarzy
źródło: tokfm

źródło: tokfm

Najpierw wybuch bomby w Oslo, a potem tragedia na wyspie Utoya. Blisko 100 osób zabitych, a może być więcej. Nie wiadomo też, jak wygląda sytuacja z rannymi. Anders Behring Breivik sam poddał się policji, gdy ta po półtorej godziny pojawiła się na wyspie. To nie będzie artykuł “newsowy (można je znaleźć na stronie “Gazety Wyborczej”“Rzeczpospolitej”, a także “BBC World News”)

Moja pierwsza myśl po usłyszeniu o zamachu była – islamscy fundamentaliści i ich święta wojna z Zachodem (od początku odrzucałem tezę o mściwym Kaddafim). Wybrali Norwegię, bo jest najbardziej tolerancyjna. A jednak, parafrazując Zofię Nałkowską, autorkę “Medialionów” – to Norweg Norwegom zgotował ten los. W imię swoich szalonych poglądów i nowej Europy 2083…

Pamiętacie szok w Wielkiej Brytanii po atakach z 7.07. 2005r? Dokonali go przecież ludzie posiadający brytyjskie obywatelstwo, pochodzący z rodzin emigrujących przed laty do Wielkiej Brytanii, będący drugim, trzecim pokoleniem.  Tutaj okazało się, że to nie żadne “zderzenie cywilizacji” – terrorystą okazał się Norweg, w dodatku mający o sobie błędne mniemanie, że jest patriotą i eliminacja jego wrogów politycznych spowoduje, że Norwegia zmieni swoją politykę np. imigracyjną. Po co nam zewnętrzni wrogowie? Sami się w Europie powybijamy.  Przy czym trzeba pamiętać, że szaleńców, pokroju Breivika, jest w społeczeństwie promil. Żadna, nawet bardzo radykalna organizacja, działająca w polityce i granicach prawa, czy to lewicowa czy prawicowa, nigdy nie będzie wzywać do zabijania przeciwników politycznych. Po reakcjach poszczególnych organizacji natychmiast będziemy wiedzieć, czy jego poglądy (a zatem i czyny) mają w Norwegii realne poparcie. Szczerzę mówiąc – nie sądzę. Co innego żądać wyjazdu wszystkich obcych lub restrykcyjnej polityki imigracyjnego, a co innego wziąć karabin, zbudować bombę i zabijać współobywateli z zimną krwią.  Rozczarują się na pewno ci, którzy liczą na wojnę domową w tym kraju.

Nie ma zatem głupszej dyskusji – a toczą ją oczywiście część polskich publicystów i polityków- czy winna jest za to prawica czy też nie? Którzy zabójcy są gorsi – “prawicowi” czy “lewicowi”? Takie skurwysyństwo nie ma barwy politycznej, chrześcijańscy demokraci, a nawet ugrupowania “na prawo” od niej nie są odpowiedzialne za to, co się wydarzyło w Norwegii. Tak samo, jak socjaldemokraci nie są odpowiedzialni za ludobójstwo Stalina czy handlująca narkotykami i zabijająca współobywateli kolumbijską partyzantkę FARC. Jeżeli skrajne ugrupowania dążą do łamania prawa, od tego są stosowne służby, by je infiltrować, a sądy – by rozwiązywać w przypadku np. nawoływania do przemocy. Zarówno te lewicowe, prawicowe, jak i “religijne” czy sekciarskie (patrz Japonia i zamach w tokijskim metrze z 1995 roku). Koniec – kropka.  Nie ideologizujmy działań Breivika, bo właśnie taki efekt chciał wywołać.  Żadna ideologia, o której warto by porozmawiać, nie zakłada dokonywania egzekucji na niewinnych ludziach. Z nimi trzeba po prostu walczyć.

Nie warto też upatrywać się w tej sprawie “systemowego” błędu w Norwegii. Oczywiście, zawiodły norweskie służby specjalne, a także policja, której funkcjonariusze szybciej na wyspę dopłynęliby wpław, aniżeli w przeciekającej łódce. Czy Norwegia idzie dobrą drogą, jeśli chodzi o system gospodarczy? Co zrobią, gdy skończą im się surowce? Czy “opiekuńcze państwo” wytrzyma? To jest temat dla publicystów i polityków, a nie czy z powodu wysokiego socjalu i podatków mężczyzna zaczął strzelać do ludzi jak do kaczek, bo tutaj odpowiedź jest prosta – NIE. Pamiętacie zabójstwo szwedzkiej socjaldemokratycznych minister spraw zagranicznych, Anny Lindh, w 2002 roku? Potem zabójca, Serb, tłumaczył, że działał pod wpływem “wewnętrznych głosów”.

Na pewno zatem Norwegia nie sprowokowała tego ataku. To trochę tak, jakby stwierdzić, że kobieta przyczyniła się do gwałtu na niej dlatego, że jest ładna. Ja się pytam – a co to za usprawiedliwienie? Norwegowie prowadzą taką politykę, jaką życzy sobie ich społeczeństwo, wybierające przecież w demokratycznych wyborach i paradoksalnie okazuje się, że to nie imigranci są zagrożeniem dla Norwegów (a tak właśnie twierdzi antyislamska skrajna prawica), ale oni sami dla siebie. Najciemniej jest zawsze pod latarnią.

 Nowsze artykuły12345678...282930Starsze artykuły