Bateria rakiet Patriot a sprawa polska

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: gazetaprawna.pl

źródło: gazetaprawna.pl

Bateria Patriot znajduje się już w Morągu. Przypomnijmy, iż będzie przebywać tam rotacyjnie do 2012 roku, a następnie ma znajdować się w tej miejscowości na stale. Samo rozmieszczenie tego systemu spowodowało kilka nieprzyjemnych wypowiedzi ze strony rosyjskich dyplomatów – w tym ministra spraw zagranicznych, Siergieja Ławrowa, przedstawiciela Rosji w NATO, Dmitrija Rogozina. Uważają oni, iż Patrioty są skierowane przeciwko Moskwie i mogą spowodować ochłodzenie, niedawno poprawionych, stosunków polsko-rosyjskich. Zupełnie tak, jakby instalacji Patriotów nie planowano już od kilku lat, na długo przed tragedią smoleńską…

Bateria przeciwko Iranowi?
Jeden z lepszych żartów mówi o tym, iż system Patriot ma bronić Polskę przed Iranem. Problemów jest przy tym kilka. Najważniejszy z nich brzmi, po co Iran miałby atakować Polskę i czym miałby to robić? System Patriot zestrzeliwuje pociski krótkiego i średniego zasięgu, helikoptery, samoloty i wszystko co się porusza w powietrzu. Aby zaatakować Polskę, Irańczycy musieliby się rozstawić ze swoim sprzętem w jakimś kraju, na przykład w Rosji… Irańczycy uderzyć mogliby w nas pociskiem dalekiego zasięgu, przeciwko którym Patriot nie został ustawiony. Aktualnie nie posiadają takowego, a celność dotychczaswoych pozwala przypuszczać, że celując w Warszawę, trafiliby w Płock. Sprzeczność stacjonowania systemu z deklarowanym, chociaż coraz rzadziej, celem jest oczywista.

Inną istotną kwestia jest rozmieszczenie tych rakiet w Morągu. Chcąc bronić się przed nieistniejącym zagrożeniem z Iranu, najlepiej byłoby umieścić system w południowo-wschodniej części Polski. To trochę jak z :”chińskimi ochotnikami” w czasie wojny w Korei. Tez znaleźli się na rzece Jalu zupełnie przez przypadek

Cios w stosunki polsko-rosyjskie?
Reakcja rosyjska jest wyreżyserowana i najlepiej nie zwracać na nią uwagi. Moskwie udało się przekonać Amerykanów z rezygnacji z pierwotnego projektu tarczy antyrakietowej i powinni w tej sprawie milczeć, ale kto im zabroni zgłaszanie obiekcji? W przyszłości mogą spróbować coś na tym ugrać, wykorzystać chociażby jako argument, gdyby zaszła konieczność zmiany decyzji i dostarczenia Iranowi systemu przeciwlotniczego S-300, który niewątpliwie utrudniłby ewentualny atak z powietrza na ten kraj.

System Patriot został ujęty w polsko-amerykańskiej umowie z sierpnia 2008 roku, która można przeczytać w każdym momencie w Internecie. Niewątpliwie w tej lub innej formie, zrobili to tez Rosjanie, więc stacjonowanie systemu nie powinno nikogo dziwić, a mieszanie do tego tragedii smoleńskiej jest totalnym nieporozumieniem Są to dwie niezależne od siebie rzeczy. Rosjanie w międzyczasie organizowali z Białorusinami manewry wojskowe, podczas których ćwiczono operacje przeciwko Polsce.

Rosjanom nie podoba się, iż Polacy będą zapoznawać się z najnowszymi technologiami, a także zdają sobie sprawę, iż elementy tarczy antyrakietowej w końcu mogą znaleźć się na naszym terytorium. Nasi sąsiedzi uznali widocznie, że im głośniej będą teraz krzyczeć, tym większa będzie ich siła w rozmowach, w których, nawiasem mówiąc jesteśmy raczej przedmiotem, aniżeli podmiotem.

Stosunki polsko-rosyjskie będą rozwijały się niezależnie od stacjonowania Patriotów. Powstałą obecnie szanse na normalizację należy wykorzystać, ale nie kosztem niepotrzebnych ustępstw.

Patrioty zagrożeniem dla Rosji?
Rosjanom nie podoba się, iż ktoś zakłada im na granicy nieprzyjazne instalacje wojskowe, ale tak samo trudno, by Warszawie podobały się manewry wojskowe, czy groźby instalacji Iskanderów w ramach rewanżu. Przypomnijmy, iż Rosjanie, w razie umieszczenia w Polsce elementów tarczy antyrakietowej, mieli umieścić w Obwodzie Kaliningradzkim wycelowane w Polskę rakiety typu Iskander. Po amerykańskiej zmianie planów dot. tarczy, Rosjanie zaniechali tego pomysłu. Polska ma jeszcze jeden argument – w zasadzie nie da się udowodnić tezy, iż Patrioty mają cel inny niż defensywny.

Obawy rosyjskie dotyczą więc pewnej zasady – posuwania się Amerykanów i NATO na wschód, a nie samego zagrożenie militarnego, które jest nikłe.

Warto odnotować, iż bateria stacjonująca w Morągu znajduje się tam w celach szkoleniowych, rotacyjnie (o czym już wspomniałem), a przede wszystkim – jest jedna. Oznacza to, iż bronić może obszaru o wielkości dzielnicy Warszawy (optymiści uważają, iż wielkości powiatu). Co za tym idzie, nasze możliwości obronne zwiększyły się w niemal niezauważalny sposób, aczkolwiek obeznawanie się z najnowszymi technologiami jest jak najbardziej w naszym interesie.

Jedna bateria Patriot nie stanowiłaby dla Rosjan militarnej przeszkody. Skoro postanowiliby zaatakować Polskę, pomimo stacjonowania amerykańskich wojsk i naszej obecności w NATO. Naturalnie, to political fiction, chociaż nie dużo większy niż tłumaczenie instalacji zagrożeniem irańskim czy północnokoreańskim.

Czyja to bateria?
Najlepsze na koniec. Bateria Patriot w Morągu to instalacja amerykańska i nie mam na myśli tutaj kraju pochodzenia producenta. Patriot jest amerykańskim systemem, obsługiwanym przez amerykańskich żołnierzy na polskiej ziemi. Minister Sikorski podkreślał, że będzie to element polskiej obrony, aczkolwiek łatwo można wykalkulować, czyjego interesu będą bronić amerykańscy żołnierze w razie bezpośrdniego zagrożenia i kolizji – polskiego czy amerykańskiego? Trzeba jednak przyznać, iż sama obecność amerykańskich wojsk byłaby dla potencjalnego agresora – którego w tej chwili brakuje na horyzoncie – odstraszająca.

Jeśli Polska chce system podobnego rodzaju, musi zapłacić setki milionów, jak nie kilka miliardów, dolarów, podobnie jak na przykład Japończycy. W normalnej procedurze, oznacza to konieczność zaplanowania takiego wydatku w budżecie Ministerstwa Obrony Narodowej (a jak jest z budżetem w tym resorcie w czasach kryzysu, wszyscy wiemy) i nie wiadomo, czy Polskę na chwilę obecną stać na taki wydatek.

Podziękujmy Gazpromowi!

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Rosyjska firma Gazprom troszczy się o środowisko naturalne w Polsce. Zauważa, iż wydobycie polskiego gazu łupkowego będzie nie tylko nieopłacalne, ale przed wszystkim może zagrażać ekosystemowi. Nikogo nie powinna dziwić ta troskliwość, wszakże Gazprom to światowy lider w proekologicznyh rozwiązaniach, bo jak wiemy – w Rosji na środowisku i zdrowiu ludzkim oszczędza się w ostatniej kolejności, a Czarnobyl to był 1986 rok i są to tereny obecnej Ukrainy. Ktoś słyszał o protestach ekoterrorystów w Rosji? Śmieszne czy nie, ale w kraju, gdzie korupcja jest niemal wpisana w kodeks postępowania administracyjnego, zawodowi ekolodzy nie prowadzą tak szeroko zakrojonych akcji jak w Unii Europejskiej. Widać nie jest to potrzebne, bo o stan środowiska naturalnego troszczy się samo państwo, które nie tylko chce uratować rosyjską przyrodę, ale również tę należącą do innych, zaprzyjaźnionych.

Gazpromowi należy również podziękować za stypendia dla polskich doktorantów, którzy teraz – wiedząc przez kogo są sponsorowani – z dumą mogli pracować nad rozwojem stosunków polsko-rosyjskich. Tutaj jednak należy być uczciwym – identycznie postępują państwa zachodnie (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja). Wygląda na to, że znowu staliśmy się interesujący z punktu widzenia rosyjskiej polityki, ale tym razem istnieje szansa, byśmy byli traktowani jako podmiot stosunków międzynarodowych.

W jednym zdaniu. Gaz łupkowy jednak kogoś w Rosji poruszył, skoro Gazprom tak zaktywizował swoją działalność. Rosyjski koncern wychodzi z założenia, iż lepiej dmuchać na zimne, dlatego monitoruje sytuację. Gdyby projekt „gaz łupkowy” w Polsce powiódł się, Polska uniezależniłaby się od dostaw rosyjskich. W tym momencie jednak to Gazprom rozdaje karty i Polacy nie posiadają innego źródła.

I to tyle w dzisiejszym, krótkim wpisie. Już niebawem skończy się sesja i powrócę do normalnej aktywności. Tymczasem idę spać, by powitać nowy dzień, z nowym kodeksem do nauczenia.

Izrael atakuje konwój z pomocą humanitarną – bez konsekwencji

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (6) » dodajdo
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

O piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii mówiło się w kontekście udziału we wszelkich dużych turniejach – grają jak nigdy, przegrywają jak zawsze. W przypadku izraelskiego przejęcia statku, można powiedzieć, że grają jak zawsze i nie przegrywają nigdy.

Nosi wilk razy kilka…

Oficjalnie w wyniku izraelskiej interwencji śmierć poniosło 9 osób. Czy jednak Izraelowi grożą jakiekolwiek konsekwencje? Jest to co najmniej wątpliwe. Omawiany wilk morski nie zostanie „poniesiony”. Niezależnie od tego, co powie prezydent Obama, Stany Zjednoczone nie pozwolą, by Izraelowi spadł włos z głowy. Tym samym jedyne niebezpieczeństwo, jakie grozi ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych, to potępienia, zalecenia itd., wyrażone w rezolucji. Oczywiście, można mówić, iż „świat potępia izraelską akcję”, ale to tylko słowa, które Izrael z konsekwencją ignoruje. Rada Bezpieczeństwa (patrz weto amerykańskie) nie nałoży żadnych sankcji, Unia Europejska nie uderzy w gospodarkę izraelską, a Amerykanie nie zmienią polityki wobec swojego mniejszego brata z Bliskiego Wschodu. Doskonale obrazuje to przyjęcie rezolucji o potępieniu przez Radę Praw Człowieka ONZ izraelskiej akcji.

Potępiono izraelską akcję, w wyniku której zranione i zabite zostały „osoby cywilne” oraz wezwano do zakończenia blokady Strefy Gazy. Przeciwko rezolucji głosowali Amerykanie, co pokazuje, w jaki sposób podchodzą do sprawy. Formalnie mamy zatem głośną i wyraźną krytykę poczynań Izraela, a materialnie – skończy się tylko na słowach.

Teoretycznie Turcja mogłaby zgłosić sprawę do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, ale tutaj drugą stroną jest Izrael, który nie uznaje jurysdykcji MTS-u – jest zobowiązany uznawać wyroki wg art. 94 Karty Narodów Zjednocoznych, ale zapowiada, że nie będzie tego robić. Poza tym to państwa decydują, jakie sprawy może rozstrzygać Trybunał. Wątpliwe również, by jakiekolwiek umowy izraelsko-tureckie określały stosowną drogę postępowania w tej sytuacji – np. arbitraż. Nie należy również przypuszczać, by Izraelowi cokolwiek groziło ze strony Trybunału Prawa Morza.

Izraela nie spotkają zatem żadne poważne, przykre konsekwencje prawne. Gwarantuje mu to ochrona ze strony Stanów Zjednoczonych. Niewątpliwie jednak atak na konwój będzie miał wpływ na pogorszenie, już fatalnych, stosunków izraelsko-tureckich oraz potwierdzi politykę Unii Europejskiej, która ustami Catherine Ashton, konsekwentnie krytykuje postawę Izraela. W samym Knessecie wybuchła awantura.

Dziwny konwój

Z tym konwojem nie wszystko było jednak w porządku. Trudno uznać za coś innego niż prowokację, obranie kursu na wybrzeża Strefy Gazy nawet jako statki transportujące pomoc humanitarną dla Palestyńczyków, bez porozumienia się w tej sprawie z Izraelem. Państwo żydowskie nie zna się na żartach, jeśli chodzi o kwestie, które uważa za priorytetowe dla swojego bezpieczeństwa narodowego.

Wysyłający powinni zadbać, by po pierwsze, dogadać się z Izraelem, a po drugie, by nie było żadnej wątpliwości, co do przewożonego transportu. Nie był on również organizowany ani przez ONZ, ani Międzynarodowy Czerwony Krzyż, a sytuację podkręcała obecność kilkuset propalestyńskich (zatem antyizraelskich) aktywistów. W dodatku Izrael od początku deklarował, iż nie wpuści transportu. Nieszczęście gotowe.

Po zachowaniu aktywistów zresztą widać, iż przewidywali możliwe pojawienie się Izraelczyków i byli gotowi do walki. Ich pokojowe nastawienie widać na tych filmikach.

Oczywiście, aby oddać sprawiedliwość, należy uzupełnić, iż filmików, na których komandosi zabijają ludzi, nie opublikowano.

“”Wykonaliście misję i zapobiegliście temu, by flota dotarła do Gazy. Musimy zawsze pamiętać, że nie jesteśmy Ameryką Północną czy Zachodnią Europą – żyjemy na Bliskim Wschodzie, miejscu, gdzie nie ma miłosierdzia dla słabych i nie ma drugiej szansy dla tych, którzy nie umieją się bronić. Walczyliście o własne życie – widziałem to, słyszałem od waszych dowódców” – powiedział Ehud Barak, Minister Obrony Narodowej Izraela, z umiarkowanej – jak mozna by sądzić – Partii Pracy.

Zatrzymanie konwoju, a prawo międzynarodowe

Cała operacja miała miejsce poza izraelskimi wodami terytorialnymi. Obowiązywało więc jedna z wolności morskich – prawo do żeglugi. Izrael w tym miejscu nie dysponował zwierzchnictwem terytorialnym i statków nie miał prawa zatrzymać oraz przejąć. Istnieją trzy ograniczenia zasady wolności żeglugi na pełnym morzu.

Pierwszym z nich jest powszechne represjonowanie piractwa, ale nawet gdyby być wygimnastykowanym jak chińscy nastoletni gimnastycy w czasie Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, nie da się wpasować działań konwoju do definicji piractwa.

Drugim jest prawo pościgu. Statek musiałby naruszyć izraelskie prawo w miejscu, gdzie państwo żydowskie posiada zwierzchnictwo terytorialne albo prawa związane z istnieniem wyłącznej strefy ekonomicznej, rybołówstwa lub szelfu kontynentalnego. To również należy z góry odrzucić, bo statki płynęły przecież na pełnym morzu i nie były wcześniej na obszarze obowiązywania izraelskiego zwierzchnictwa terytorialnego.

Trzecim jest prawo do wizyty, co jest możliwe w przypadku istnienia uzasadnionych podejrzeń, iż statek: zajmuje się piractwem, handlem niewolników, nadaje nielegalne audycje, nie posiada przynależności państwowej albo posługuje się fałszywa banderą, a jego przynależność państwowa jest identyczna, jak państwa wizytującego. Żadnego z tych przypadków nie da się przypisać do sytuacji statków płynących do Strefy Gazy. Izrael nie dysponował prawem wizyty, a tym bardziej nie mógłby się bronić, iż z niego korzystał, potem został zaatakowany, a następnie to już tylko samoobrona. Niegdyś słyszałem o takiej praktyce dresiarzy w Warszawie. Wysyłają do swojej ofiary małego chłopca, on „prosi” o oddanie telefonów i zbędnych kosztowności, po odesłaniu go z kwitkiem, sami wkraczają do akcji i organizują samopomoc, a później, w razie czego, tłumaczą, iż bronili słabszego i młodszego. Urocze.

Jeżeli byłaby to izraelska strefa ekonomiczna (ale tak nie wynika z relacji prasowych, a prawodawstwa wewnętrznego Izraela nie znam) to Izrael mógłby zareagować, gdyby doszło do naruszenia praw związanych z eksploatacją zasobów znajdujących się w niej. Pod słowem „reakcja” nie kryje się jednak desant na jednostkę i jej całkowite przejęcie, bo to tak, jakbyśmy karali karą pozbawienia wolności za śmiecenie czy przeklinanie.

Dlatego właśnie błędem Izraela była akcja kilkadziesiąt mil od brzegu. Inna byłaby interpretacja, gdyby do całej akcji doszło na wodach terytorialnych lub w strefie przyległej. W tym momencie wchodzimy już na obszary, gdzie obowiązuje prawo państwa nadbrzeżnego, tj. Izraela.

Okupacja Strefy Gazy?

W kilku zdaniach należy również wyjaśnić inne pojawiające się wątpliwości – po pierwsze, nie istnieje coś takiego jak wody terytorialne Strefy Gazy. Strefa Gazy nie jest państwem, więc nie może mieć wód terytorialnych. Nie usprawiedliwia to jednak działań Izraela, które doprowadziły do katastrofy humanitarnej i blokada narusza prawa człowieka. O ile można zrozumieć obawy izraelskie dotyczące transportu broni, o tyle trzeba pamiętać, iż w Strefie Gazy żyją przede wszystkim ludzie, a wśród nich dopiero, terroryści.

Po drugie, sama „okupacja” Strefy Gazy często nazywana jest nielegalną. Ocena blokady nie budzi wątpliwości, bo uderza w prawa człowieka, o tyle tutaj sytuacja jest bardziej złożona. Izrael zajął Strefę Gazy w 1967 roku i dokonał aneksji tego terytorium. Prawo międzynarodowe nie uznaje aneksji za legalny sposób nabycie terytorium, także wszystko byłoby oczywiste, gdyby nie fakt, iż podpisano pokój z Egiptem i można argumentować (może słusznie, może nie), iż Egipt zaakceptował w ten sposób zmianę statusu terytorium i doszło na tej drodze do cesji. Gdyby uznać taki stan rzeczy, izraelskie zwierzchnictwo terytorialne nad Strefą Gazy byłoby legalne.

Można dużo jeszcze pisać o prawie, ale fakty są takie, iż wszystkie strony konfliktu prawem międzynarodowym posługują się wybiórczo, w zależności od sytuacji. Cóż są warte normy prawne, w momencie, gdy nikt ich nie przestrzega, a jedynym obowiązującym jest prawo, owszem, ale silniejszego? Organizatorzy „flotylli wolności” wiedzieli, iż płyną prosto w mur, a Izrael postanowił mieć tam prawo morza, gdzie miał mieć paragrafy komisarz Ryba w „Killerze”.

Izraelska “interwencja humanitarna”

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

“Twój dzień, Twoja woda’ – głosiło kiedyś hasło reklamowe jednego z napojów. Podobny slogan przyświecał zarówno twórcom pomysłu “przełamania” blokady z pomocą dla Strefy Gazy, jak i Izraelczykom, którzy ów samoistny konwój postanowili zatrzymać z charakterystycznym dla siebie rozmachem.

“Złaoał Kozak Tatarzyna…”
Konwój z pomocą humanitarną płynął z wód cypryjskich, prowadzono był przez jednostkę turecką i miał na pokładzie 10 ton różnego rodzaju materiałów. Zapomniano tylko o jednym – zgodzie Izraela. Izraelczycy od razu zapowiedzieli, iż ewentualny transport zablokują, bo utrzymują blokadę Strefę Gazy.

Działa ona w taki sposób, iż Izrael blokuje transport morski (jak widać na załączonym obrazku), lądowy (pilnuje granic) i powietrzny. Prowadzi skrupulatne kontrole dostarczanej pomocy i jednocześnie dba, by nie było jej zbyt dużo. Palestyńczycy z Gazy ratują się przy pomocy tuneli wykopanych pod granicą z Egiptem. Transportowane jest tamtędy wszystko, od samochodów, urządzenia budowlane, po viagrę, żywność i broń. Złote lata mogą skończyć się już niebawem, jeśli powstanie budowany przez Egipcjan “podziemny mur” (pisałem o nim tutaj). Hamas nawet zaprzestał/ograniczył ostrzeliwanie Izraela, gdyż powoduje to bombardowanie podziemnych tuneli. Strefa Gazy blokowana jest od 3 lat. Izrael tłumaczy, iż to represja wobec Hamasu, a Hamas utrzymuje się u władzy, bez problemu wykorzystując nastroje antyizraelskie.

W wyniku akcji izraelskich komandosów śmierć poniosło kilkanaście osób. Czy jednak wina Izraela jest tak oczywista, jakby się to mogło wydawać?

Nie ulega wątpliwości, iz Izrael wiedział o transporcie. Pewne jest, iż nie musiał decydować się na operacje komandosów. Wystarczyło nie przepuścić statków (zgodnie z zapowiedzią), utrzymać blokadę i byłoby po kłopocie. To znaczy, podniosłoby się larum, że Izraelczycy nie przepuścili samozwańczego konwoju z pomocą humanitarną, ale Jerozolima mogłaby odpowiedzieć, iż określiła, na jakich warunkach przepuści transport (uprzednia konfiskata i sprawdzenie transportu), poza tym, to jej wody terytorialne, a polityka izraelska w tym zakresie to żadna nowość. Netanjahu dodałby, to co teraz, czyli o prawdziwych lub też nie, związkach ludzi z konwoju z terrorystami z Hamasu oraz że Izrael nie może pozwolić na to, by transportowano nieznane mu towary, – potencjalnie np. broń. Palestyńczycy, Turcy i ich przyjaciele pokrzyczeliby, ale nic wielkiego by tego nie wynikło. Konwój zostałby zawrócony.

Teraz juz tak łatwo nie będzie. Catherine Ashton zażądała “międzynarodowego śledztwa” (na które przecież Izrael prawdopodobnie się nie zgodzi), śmierć poniosła określona liczba osób, która zginąć wcale nie musiała, a Izrael tym razem “delikatnie” się pospieszył. Błyskawicznie pojawią się kolejne oświadczenia potępiające to wydarzenie. Nikt poważnie tez nie będzie traktował sugestii, iż zabito terrorystów lub osoby z nimi powiązane.

Zauważyć jednak trzeba, iż sposób wysyłania “humanitarnego konwoju” budzi poważne wątpliwości. Po pierwsze, obecność jednostki tureckiej raczej świadczy o tym, iż była to – cytując klasyka – “akcja zorganizowana”. Taktyka prosta – konwój płynie, Izrael go zawraca, podnosi się międzynarodowy krzyk o zawróceniu konwoju, a Turcy mówią o kolejnym ciosie w niegdyś tak wspaniałe stosunki izraelsko-tureckie. Teraz to dopiero będzie zadyma, bo sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ankara już mówi o wydarzeniu, które będzie miało “niewyobrażalne skutki” dla wzajemnych stosunków. Pachnie prowokacją.

Warto tez zaznaczyć, iż nie trzeba mieć trzycyfrowego IQ, ażeby zrozumieć, że Izrael priorytetowo traktuje kwestie swojego bezpieczeństwa, co znaczy, że ten konwój miał w założeniu nie dotrzeć do celu. Z punktu widzenia interesów Izraela przepuszczenie konwoju z “nieznaną zawartością” byłoby totalną kompromitacją. Blokada była dla wszystkich oczywista i jeśli ktoś uważał, że ją ominie lub wystarczy jednostki izraelskiego marynarki wojennej informacją, iż to konwój z pomocą humanitarną, to powinien uczyć dzieci tabliczki mnożenia, a nie zajmować się konfliktem bliskowschodnim. Obecna polityka izraelska wobec Strefy Gazy i postępowanie tamże Hamasu doprowadziło do sytuacji katastrofy humanitarnej.

Jednym zdaniem – to była planowana prowokacja, która wymknęła się spod kontroli. Organizatorzy nie przewidzieli skutków, a Izraelczycy przesadzili, nawet jak na swoje standardy.

Co teraz? To co zwykle…
Reakcje na wydarzenie nie są w żaden sposób zdumiewające. Netanjahu wyraził ubolewanie z powodu całego zajścia, być może Izrael przyjmie na siebie jakąś odpowiedzialność finansową. Turcy konsekwentnie dążą do ochłodzenia stosunków z Izraelem, kosztem wzmacniania kontaktów z Iranem. Mahmud Abbas potępia atak i ogłasza trzydniową żałobę narodową, a Hamas – jak niemal co dzień – wzywa do walki z “małym szatanem”. Syria chce zwołać nadzwyczajny szczyt Ligi Państwa Arabskich.

Prawdopodobnie również Barack Obama niedługo wypowie się o całej sytuacji i skrytykuje operację izraelskich komandosów, co jednak – poza sferą werbalną – nie zakończy się żadnymi konkretami. Światowa “opinia publiczna” i tak o samym Izraelu ma fatalne zdanie, od czasów interwencji w Strefie Gazy. Nie oczekiwałbym, że Izrael poniesie jakiekolwiek konsekwencje.

Kolejny szalony dzień minął na Bliskim Wschodzie…

Generał Błasik w kabinie pilotów, a naciski – morze malkontentów

Bieżące wydarzenia Komentarze (8) » dodajdo

Według różnych informacji w kabinie Tu-154 przed katastrofą miał znajdować się ówczesny dowódca sił powietrznych, generał Błasik. Od razu rozpoczęło się, z jednej strony sugerowanie, iż wojskowy mógł naciskać na pilotów, a z drugiej strony wykluczanie takiej możliwości. Polskie piekiełko, gdzie o racji nie decydują argumenty, a emocje, które nam przyświecają.

Wyjaśnijmy zatem kilka rzeczy. Tym razem w punktach.

1) Fakt, iż generał Błasik przyszedł do kabiny nie świadczy ani o tym, iż doszło do nacisków, ani również nie wyklucza tej tezy. Wszystko stanie się oczywiste po odsłuchaniu i zbadaniu sprawy przez polską komisje. To, iż nagrania mają zostać zbadane przez psychologów pod kątem stopnia zdenerwowania pilotów, jest czymś naturalnym i niespotykane byłoby, gdybyśmy z tego zrezygnowali. Dowodzenie, że zaangażowanie w całą operację psychologów ma na celu udowodnienie tezy, że miały miejsce naciski jest potężnym nadużyciem. Psycholodzy równie dobrze mogą to wykluczyć, a w dodatku doskonale pokazuje to filozofię pt. “zbadajmy sprawę i szukajmy spisku, ale presji nie było na pewno i trzeba to wykluczyć”. Brak konsekwencji się kłania, a wpis na ocenę bdb. z tego przedmiotu mógłby dać legendarny Kali.

2) Można oczywiście twierdzić, iż mogło dojść do wywierania presji, nawet nieświadomie przez obecność generała czy pamięć o historii z Tblisi, ale również – bez wnikliwej analizy zawartości czarnych skrzynek, na “chłopski rozum”, to mija się z celem. W zasadzie oczywiste jest, iż profesjonaliści takiej ewentualnej presji nie powinni się poddać, niezależnie od okoliczności. Na razie brakuje jakichkolwiek dowodów, że taki fakt miał miejsce.Nie ulega wątpliwości, iż rozstrzygające w tej kwestii będzie odczytanie rozmów z kabiny pilotów. Generał mógł równie dobrze rozmawiać z nimi o różnych, przyziemnych sprawach, związanych z uroczystością, sytuacją w wojsku, ich służbą itd.

3) Polska powinna jak najszybciej doprowadzić do ujawnienia zawartości czarnych skrzynek. W tym przypadku spełnia się- w mojej ocenie – warunek konwencji chicagowskiej, iż trzymanie tegoż tajemnicy powoduje dużo większe, negatywne skutki, aniżeli ich ujawnienie. Rosjanie nie powinni oponować.

4) Nadal potężne wątpliwości budzi zastosowanie konwencji chicagowskiej, niewątpliwie jednak przejęcie badania – w przypadku postawienia takiego wniosku – byłoby bardzo mało prawdopodobne, bo Rosjanie zgadzając się na takie rozwiązanie, wyzbyliby się części swojej suwerenności, gdy sytuacja ich do tego nie zmuszała. Nie można wykluczyć kompromisu, tj. zastosowanie konwencji chicagowskiej w zamian za niepodejmowanie przez Polskę próby przejęcia badania (i tak skazanej na porażkę). Tym samym zapewniono wspólną kontrolę nad śledztwem, która uniemożliwia wszelkie fałszerstwa (co nie oznacza możliwości wystąpienia np. odmiennej oceny faktów). W każdym razie stawianie tych pytań ma sens, bo rząd powinien to ludziom tłumaczyć, o ile nie próbuje się wywołać przy okazji awantury politycznej.

5) To urocze, w jaki sposób Edmund Klich, polski przedstawiciel w komisji badającej przyczyny katastrofy, z bohatera stał się złoczyńcą. Gdy postawił się Rosjanom, mówił o problemach ze współpracą, był wspaniałym urzędnikiem, patriotą, a gdy z nimi współpracuje, jest kolejnym uczestnikiem spisku. Niebywałe.

6) Zacytujmy Zbigniewa Brzezińskiego z wywiadu dla “Rzeczpospolitej”:

Spora część Polaków nie ufa jednak Rosjanom i w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu domaga się międzynarodowego śledztwa, obawiając się, że władze w Moskwie mogą zataić niektóre istotne informacje. Pan się z nimi zgadza?

Nie zgadzam się, chociaż mogę zrozumieć, skąd biorą się ich obawy. Tego rodzaju podejście opiera się na przekonaniu, że w ten czy inny sposób rząd Rzeczypospolitej Polskiej będzie współpracować z Rosjanami w ukryciu prawdy. Wykluczam taką możliwość i uważam ją za nierealistyczną, nieuzasadnioną i właściwie obraźliwą dla całego społeczeństwa polskiego.

D-o-k-ł-a-d-n-i-e.

Rosjanie owszem, mogą np. inaczej oceniać rolę wieży kontrolnej. Pewna ostrożność w stosunku do Moskwy nie zaszkodzi, ale otwarta nieufność i oficjalne oskarżenia – bez dowodów – nastawiłyby nas na śmieszność, doprowadziłoby do zmarnotrawienia całego zdobytego kapitału w stosunkach polsko-rosyjskich, a ponadto podkopało zaufanie do Polaków, jako poważnego partnera.

Zbigniew Brzeziński trafia w sedno mówiąc, iż twierdzenie, że polskiemu rządowi mogłoby zależeć na ukryciu prawdy jest obrazą dla większości polskiego społeczeństwa. Emocje niektórych poszły już za daleko i według nich Polską rządzi namiestnik Władimira Putina. Dla nich, im gorsze stosunki z Rosją, tym lepiej. Łatwiej burzyć niż budować.

Wiele osób rządzących i będących w opozycji, straciło w czasie tej katastrofy swoich przyjaciół. I oni mieliby chcieć ukryć prawdę? Sam Jarosław Kaczyński również nie wierzy w spisek, czego dowodem jest jego przesłanie do narodu rosyjskiego (szkoda, że wysłane w rosyjski długi weekend), które należy ocenić bardzo pozytywnie. Dlaczego jego zwolennicy, piszący u mnie na blogu, że trzeba “brać kałachy i głosować na Jarka” nie pójdą drogą wytyczoną przez prezesa?

P.S. Informacje medialne, jakoby Łomianki były/zostaną zalane, są “nieco” przesadzone. Wydaje mi się, iż wiem, co mówię, bo mieszkam jakieś 1000 metrów od Wisły. Jakoś dziwnie się składa, że rzeczywistość faktyczna, a rzeczywistość medialna, znacząco się od siebie różnią.

Steinbach poza radą fundacji. Pyrrusowe zwycięstwo?

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: gazetaprawna.pl

źródło: gazetaprawna.pl

Niemiecki Bundestag uchwalił nowelizację ustawy dotyczącej stworzenia muzeum wypędzonych. Zarządzać nim ma rada fundacji “Wypędzenie. Ucieczka. Pojednanie”.  Tym samym – przynajmniej w oczach rządzącej koalicji (CDU/CSU-FDP) sprawa muzeum została zamknięta i przystąpić można do budowania.

Pierwsze problemy – na ratunek SPD?
Polacy od początku niechętnie patrzyli się na tę koncepcję. Obawiali się, że owe “centrum wypędzeń” nie będzie obiektywnie przedstawiać historii – przeglądający zdjęcia, filmy, eksponaty etc, dowie się, że po II wojnie Niemcy byli wypędzeni, ale już opowieści Polaków, Ukraińców czy innych narodów uszczęśliwionych w ten sposób przez ZSRR lub narzucone przez niego satelickie władze, nie usłyszy. Rząd Donalda Tuska wycofał swój opór w myśli “to sprawa Niemiec, zobaczmy, jak bardzo są dojrzali”. Po tym geście można było oczekiwać, iż w zamian do organu zarządzającego, który pilotuje ten projekt, nie wejdą osoby Polsce nieprzychylne.

Rzeczywistość jak zwykle odbiegała od wymarzonego rozwiązania. Pierwotnie rada miała składać się z 13 członków, z czego 3 z nich miało reprezentować niemiecki Związek Wypędzonych. Politycy chadecji nie od dziś przecież wiedzą, że około 2 milionów głosów piechotą nie chodzi, a Steinbach jest przecież posłanką CDU. Władze Związku Wypędzonych postąpiły tak jakby zrobił każdy realista. Zastosowały zasadę “brać i nie kwitować”, miejsca w zarządzie wzięły, ale bez szczególnych zobowiązań. Po chwili ogłoszono, że niby dlaczego Erika Steinbach miałaby nie wchodzić do fundacji?

Dopiero wtedy do gry wkroczyli Polacy, zdecydowanie zareagował Władysław Bartoszewski, a Warszawa z dużą niechęcią odnosiła się do osoby Eriki Steinbach. Trudno, byśmy mieli zaufanie do kogoś, dla kogo kilkanaście lat wcześniej nie do zaakceptowania była granica na Odrze i Nysie Łużyckiej. W mediach również nie pisze się zbyt często o tym, iż część członków Związku to byli naziści, którzy teraz próbują występować w roli poszkodowanych. Jeden z byłych przywódców Związku Wypędzonych miał w młodości – wg “Der Spiegela” ciekawe hobby. Lubił chodzić na różne zgromadzenia (np. pucz monachijski) oraz sędziować. Niestety nie sędziował meczów piłkarskich, a Polaków będących pod niemiecką okupacją. Wyjątkowa hipokryzja być odpowiedzialnym za śmierć ludzi, a teraz powoływać się na prawa człowieka. Tak się szczęśliwie składa, iż zawsze koalicjant CDU/CSU staje po stronie polskiej. Idealnym tego przykładem jest wywiad z Markusem Meckelem (SPD) z zeszłego roku. Erika Steinbach, chociaż została nominowana, do rady fundacji nie weszła ze względu na postawę SPD. Związek Wypędzonych musiał pogodzić się z tą decyzją, ale ogłosił, iż ostentacyjnie nie zgłasza trzeciego członka rady.

Związek Wypędzonych słusznie argumentował, iż skoro ma delegować przedstawicieli, to ma prawo wybierać, kto nim będzie. W tym miejscu objawia się wspomniana zasada “brać i nie kwitować”. Niemiecki rząd sam wpakował się w ten dół. Z jednej strony znajdują się postulaty Związku Wypędzonych, wpływowej posłanki oraz znajomej – chociażby właśnie z partii – Angeli Merkel, Eriki Steinbach, a z drugiej, opór Polaków. Posłanka CDU (i jej związek) momentalnie zaczęli mówić, iż sprzeciwianie się autonomicznemu prawu BdV do decyzji jest antydemokratyczne, autorytarne, a Polacy nie powinni mieszać się do tej kwestii. Cóż, kolejny raz zastosowanie miała zasada, iż dać komuś palec, będzie chciał całej ręki.

Wydawało się, iż w ramach koalicji CDU/CSU-SPD udało się dojść do porozumienia i Erika Steinbach nie tylko nie wejdzie do rady fundacji, ale jej prestiż polityczny opadnie, jak Mariusz Pudzianowski w II rundzie walki z Tonym Sylvą.. Wszakże koalicja ma większość i przegłosować może wszystko, co chce, o ile jest to zgodne z konstytucją Republiki Federalnej Niemiec. Sama Steinbach znalazła się w nieciekawej sytuacji.

Steinbach wraca do gry
W międzyczasie w Niemczech odbyły się wybory, wygrane przez CDU/CSU. Zawiązano nową koalicję – CDU/CSU-FDP. Nie trzeba być geniuszem, żeby odkryć, iż poza rządem znalazła się SPD, zatem po pierwsze, nowy partner, liberałowie, ma zdecydowanie słabszą pozycję w rządzie, niż socjaldemokraci, a po drugie, na znaczeniu traci opór SPD wobec Eriki Steinbach.

Lider FDP owszem, mówił, iż jest z druhami Polakami, rozumie ich sprzeciw, ale jednocześnie zgodził się na uchwalony kompromis – do rady fundacji nie wejdzie Erika Steinbach, ale liczba członków delegowanych przez Związek Wypędzonych zwiększy się z 3 do 6, przy zmianie liczby wszystkich osób wchodzących w jej skład, z 13 do 21. Każde dziecko – nawet te znające słabo matematykę  wie,- iż 3/13 to mniej niż 6/21. Polacy i FDP “odnieśli sukces” – Erika Steinbach będzie poza radą fundacji! Na marginesie, wyliczenie zwiększenia znaczenia Związku mogłoby być zadaniem na maturze z matematyki na poziomie podstawowym.

Sam sprzeciw wobec osoby Steinbach trzeba jak najbardziej zrozumieć – Polacy (a z nimi część niemieckich partii) mają prawo się domagać, by ta konkretna, niemiecka polityk nie wchodziła w skład rady fundacji, zwłaszcza, że do definicji wypędzonego wpasowują się też tzw. koloniści, którzy do Polski przybyli razem z Wehrmachtem, Luftwaffe (w którym służył ojciec Steinbach) i Gestapo, z hasłami Wodza na ustach.

Propozycja zgłoszona przez Erikę Steinbach, rezygnacji z ubiegania się do zasiadania do rady fundacji, w zamian za wzmocnienie pozycji Związku Wypędzonych można było wyśmiać. Nikt (w znaczeniu Bundestag) nie zamierzał jej zatwierdzać, a jej propozycja “kompromisu” wydawała się łabędzim śpiewem.

Tymczasem po zmianie koalicji doszło do zawarcia kompromisu, który wzmacnia pozycję Związku Wypędzonych. Momentalnie Erika Steinbach stała się tryumfatorem. Co z tego, iż do rady fundacji nie wejdzie Steinbach, skoro będzie w niej zasiadać 6 osób, prominentnych działaczy BdV, o identycznych poglądach, którzy niewątpliwie będą słuchać rad posłanki CDU, w liczbie większej niż ustanowiono w poprzedniej wersji ustawy?

Związek uzyskał trwałe profity, w zamian za rezygnację z czegoś tymczasowego. Dlaczego bowiem nie mógłby on za kilka lat ogłosić, iż ponownie wystawia Erikę Steinbach? Czemu pani Erika miałaby za jakiś czas nie zmienić zdania? Ponadto, Bundestag będzie wybierał do rady metodą en bloc, to znaczy nad wszystkimi 21 kandydatami wspólnie, w ramach jednego głosowania. Jest to również rozwiązanie korzystne z punktu widzenia Związku Wypędzonych, bo owszem, będzie istniała możliwość utrącenia kandydata, ale kosztem dwudziestu innych. Do tej pory kandydatów zgłaszał rząd federalny, więc można było blokować niestosowną osobę (tak postępowała SPD i do niedawna FDP).

Ciężko wskazać jakieś szczególne powody, dla których koalicja była zmuszona do zawarcia takiego kompromisu. Pokazuje to tyle iż bardziej nad relacje z Polską, cenią sobie spokój na własnym podwórku. Erika Steinbach topiła się, jednakże ktoś podrzucił jej koło ratunkowe.

Na zakończenie polecam lekturę artykułu Piotra Wołejko pt. “Wypędzeni już dawno zwyciężyli”, w którym opisuje swoją wizytę w muzeum w Bonn i zdziwienie, gdy zobaczył, w jaki sposób przedstawiana jest kwestia wysiedleń.

Powódź w Polsce – stan klęski żywiołowej?

Bieżące wydarzenia Komentarze (5) » dodajdo

źródło: wiadomosci.onet.pl

Pojawiają się spekulację, że rząd mógłby, w drodze rozporządzenia wprowadzić stan klęski żywiołowej. Jako, iż prawo konstytucyjne jest przedmiotem mojego niezwykłego zainteresowania, przynajmniej do jutra, wyjaśnijmy, kiedy należy wprowadzić stan wyjątkowy.

Podstawowe dwie przesłanki:
- katastrofa naturalna
- awaria techniczna.

“których skutki zagrażają życiu lub zdrowiu dużej liczby osób, mieniu o wielkich rozmiarach albo środowisku na znacznych obszarach, a pomoc i ochrona mogą być skutecznie podjęte tylko przy zastosowaniu nadzwyczajnych środków” (ustawa o klęsce żywiołowej)

Oczywiście, mamy do czynienia z katastrofą naturalną. Jednak czy wprowadzenie stanu klęski żywiołowej jest nieuniknione? Nie każda katastrofa naturalna wymaga wprowadzenia od państwa stanu nadzwyczajnego.

Sprawa jest uregulowana w Konstytucji RP – Artykuł 228.

1) zasada wyjątkowości – stan nadzwyczajny może być wprowadzony tylko w wyjątkowych okolicznościach, gdy środki konstytucyjne okażą się niewystarczające.

Pytanie: czy obecne środki konstytucyjne są niewystarczające?

2) zasada legalności – polecam art. 228, ustęp 2, 3 ,4. Dla tego omówienia są one bez różnicy, z punktu widzenia prawa, to podstawa.

3) zasada proporcjonalności – ograniczenia wolności i praw jednostki muszą być adekwatne do zagrożenia, a jakie ograniczenia dopuszcza ustawa o stanie klęski żywiołowej?

Dotyczyć one mogą m.in. wolności działalności gospodarczej, wolności osobistej, nienaruszalności mieszkania, wolności przemieszania się i prawa własności. Nie ulega wątpliwości, iż w stanie nadzwyczajnym, zawieszenie niektórych prawo i wolności jednostki może stać się konieczne, aczkolwiek w tym przypadku sytuacja nie wydaje się aż tak dramatyczna, jak chociażby w 1997 roku.

4) zasada ochrony systemu prawa RP – to mniej istotne, określa jakie akty normatywne nie mogą być zmieniane w czasie trwania stanu nadzwyczajnego.

5) zasada celowości

I najważniejszego z naszego punktu widzenia

6) zasada ochrony organów przedstawicielskich – m.in. zakłada, iż przedłużeniu ulega kadencja prezydenta RP na czas trwania stanu klęski żywiołowej, a wybory mogą być przeprowadzone najwcześniej 3 miesiące po zakończeniu stanu nadzwyczajnego. Dwudziestego czerwca nie odbyłby się zatem wybory prezydenckie.

Wątpliwe zatem, by Rada Ministrów zdecydowała się wprowadzić stan klęski żywiołowej. Sytuacja tragiczna i fatalna, ale nie wymagająca podjęcia aż tak drastycznych kroków.

Zainteresowanych odsyłam do Konstytucji (rozdział XI – Stany nadzwyczajne) oraz ustawie o stanie klęski żywiołowej. Dla chętnych – “Prawo konstytucyjne”, podręcznik autorstwa Leszka Garlickiego, w którym wszystkie te kwestie są wyjaśnione.

Dyskretna różnica… – “przejęcie śledztwa”

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

W kwestii prawnej w/s wypadku samolotu w Smoleńsku.

Czym innym jest przejęcie badania w/s przyczyn katastrofy samolotu – na podstawie konwencji chicagowskiej (tutaj trzeba zaznaczyć, iż umowa ta nie dotyczy samolotów państwowych i jej stosowanie budzi wątpliwości, aczkolwiek takie są uzgodnienia polsko-rosyjskie)

Czym innym jest przejęcie śledztwa od rosyjskich prokuratorów – na podstawie stosownej umowy bilateralnej z 1996 roku oraz Europejskiej konwencji o pomocy prawnej w sprawach karnych z 1959. W nawiasie dodam, iż nie ma takiej formuły prawnej, która pozwalałaby przejąć całość kompetencji Rosjan przez Polaków na terytorium rosyjskim. Jednocześnie oznaczałoby to zrzeknięcie się części swojej suwerenności przez Moskwę. Możliwa jest współpraca i z tej ewentualności skorzystano.

Postanowiłem to w kilku zdaniach opisać, bo media bez przerwy błędnie piszą o “przejęciu śledztwa” zarówno w kwestii przyczyn katastrofy (patrz: np. wniosek PiSu), jak i przejęcie śledztwa i zbadania go pod kątem odpowiedzialności karnej (mówił o tym wczoraj prokurator generalny Andrzej Seremet, wykluczając taką możliwość).

Gaz łupkowy – aby nie zapeszyć

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo
źródło: biznes.interia.pl

źródło: biznes.interia.pl

W zeszłym roku, około czerwca-lipca, mediami wstrząsnęła informacja – polscy naukowcy z Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej są bliscy przełomowego odkrycia. Zamienią CO2 w wysokooktanowe paliwo, a i nie wykluczają, iż uda się uzyskąc również gaz. Nie wdając się już w opis reakcji chemicznych, zdaniem profesora Dobiesława Nazimka koszt produkcji jednego litra takiego paliwa kosztowałby kilkadziesiąt groszy.  Dysponowalibyśmy zatem nie tylko tańszym paliwem, ale również – w zamyśle pomysłodawców – z fabryk zabieralibyśmy dwutlenek węgla i tym samym wspomogli ochronę środowiska oraz moglibyśmy sprzedawać prawa do emisji CO2. Państwo zarabiałoby też na akcyzie.  Sprawą żywo interesowało się Ministerstwo Gospodarki.

Wszystko ładnie, pięknie, ale temat równie szybko, jak się pojawił, zniknął z mediów. Nie twierdzę, że w przyszłości nie wróci, ale to, co udaje się w laboratorium, często nie udaje się osiągnąć w warunkach przemysłowych. Z zapowiadanego przełomu na razie mamy tyle, co z obietnicy polskich piłkarzy, że dostaną się na Mundial 2010 w RPA.

Od kilku miesięcy pojawiają się informacje dotyczące gazu łupkowego. Polska ma posiadać niekonwencjonalne zasoby tego surowca, jak szacują amerykańskie koncerny, w wysokości od 1 do 3 bln m3. Ostrożniejsze rachunki mówią o mniejszych złożach. Ministerstwo Gospodarki ogłasza, iż jest to “energetyczna szansa dla Polski”, a minister Sikorski, że to nadzieja na uniezależnienie od dostaw rosyjskich.

Polska zużywa rocznie około 13,5-14 mld m3 gazu. Warto poczekać na potwierdzenie/zaprzeczenie informacji na temat wielkości złóż niekonwencjonalnego gazu. Na razie Polacy wydali kilkadziesiąt koncesji na poszukiwanie. To dopiero rozgrzewka, do której powoli zaczęły przyłączać się polskie firmy – PGNiG oraz Orlen. Jeżeli byłoby zatem 1,5 bln m3 gazu (jeden z szacunków), to mielibyśmy tego surowca na 100 lat naszego zapotrzebowania. Czy to takie proste?

Niestety, nie. Zawsze lepiej przyjemnie się zaskoczyć niż niemile rozczarować. Nie jest wcale powiedziane, że szacunki amerykańskich koncernów się sprawdzą. Może się okazać, że gazu łupkowego jest mniej niż początkowo przypuszczano. Drugim problemem jest opłacalność wydobycia – nie została ona jeszcze określona. W dodatku, tylko Amerykanie dysponują stosownym know-how i, postępując według swojego motta business is business, za darmo się z nami nie podzielą. Ostatnią kwestią jest czas – po spełnieniu wszystkich warunków i pozytywnej ocenie opłacalności wydobycia, budowa infrastruktury, rozpoczęcie interesu to nie tylko zainwestowania dziesiątek milionów złotych, ale również co najmniej kilku lat.

To prawda, że potwierdzenie informacji medialnych zmieniłoby sytuację geopolityczną Polski, ale nie staniemy się zaraz drugim Kuwejtem czy Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Wydobycie gazu niekonwencjonalnego jest droższe niż konwencjonalnego, a ręce po lwią część zysku na pewno wyciągną Amerykanie (w Polsce są już m.in. Chevron i Exxon Mobil) i polski rząd będzie musiał się z nimi podzielić. Polacy mieliby jednak własne złoża i np. gra tzw. szantażem gazowym przez Moskwę, byłaby dużo trudniejsza.  Rosjanie straciliby wobec nas kartę przetargową, a Nord Stream zacząłby bawić, a nie straszyć.

Gaz łupkowy nie wygląda na tanią sensację rodem z tabloidów, ale zamiast snuć dalekosiężne plany o Polsce eksportującej gaz, lepiej poczekać na wyniki analiz ekspertów. Łatwo bowiem można sobie wyobrazić sytuację, iż Polsce bardziej będzie się opłacało kupować gaz od Gazpromu, a nasz, łupkowy, wysyłać za granicę.  Rozpoczęcie wydobycia,  doprowadziłoby do ziszczenia się marzenia polskich polityków – dywersyfikacji.

O opinię w sprawie gazu łupkowego poprosiłem Karola Wieczorka z serwisu cng.auto.pl :

Gaz łupkowy to wielka szansa na dywersyfikację źródeł energii dla polskiej gospodarki oraz podniesienie bezpieczeństwa dostaw paliw. Obserwując sytuację w USA, eksploatacja tego źródła metanu pozwoliła na zmniejszenie uzależnienia od eksportu drogą morską w postaci LNG – znaczna część gazu pochodzi aktualnie z pokładów eksploatowanych na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. Należy jednak pamiętać, że do dzisiaj nie udało się nikomu poza amerykanami wdrożyć opłacalnej technologii wiercenia kierunkowego, niezbędnego do eksploatacji metanu uwięzionego w łupkach skalnych. Decydując się zatem na rozwój tego typu wydobycia w Polsce, przez długi czas będziemy musieli polegać wyłącznie na know-how amerykańskich inwestorów. Otwartą kwestią pozostaje więc, czy i kiedy amerykanie zdecydują się zainwestować w polskie złoża – nieoficjalnie mówi się nawet o perspektywie 10 lat.


Przypadek Ameryki Północnej jest wart zainteresowania również ze względu na modernizację sektora energetycznego, jakiej dokonuje się bazując na tanim i pewnym gazie ziemnym. Metan w porównaniu do paliw pochodzenia naftowego emituje zdecydowanie mniej CO2, istniejące technologie pozwalają również na wytwarzania biometanu jako paliwa odnawialnego. Zauważalna jest tendencja do przechodzenia transportu na paliwo gazowe, gdzie wykorzystuje się go w postaci sprężonej (CNG – Compressed Natural Gas) lub skroplonej (LNG – Liquefied Natural Gas).”

Byle nie zapeszyć!

Taką wojnę na Bliskim Wschodzie można zaakceptować!

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Jest jeden rodzaj wojny, który można bez problemu zaakceptować na Bliskim Wschodzie. Jest to bitwa pomiędzy kucharzami libańskimi i izraelskimi o największy talerz z hummusem i falafelem. Na razie górą są Libańczycy .

Newsem dnia jest niewątpliwie rozpoczęcie pośrednich rozmów pokojowych pomiędzy Izraelem, a Palestyną. Będzie to wyglądało według wcześniej ustalonego scenariusza – Amerykanie będą jeździć to do przywódców izraelskich, to do palestyńskich i przekazywać informacje, stanowiska oraz uwagi. Po jakimś czasie, planowo, dojść może do rozmów bezpośrednich.

Warto rozmawiać, jak mawia jeden ze znanych w Polsce dziennikarzy. Lepiej gdy toczą się jakiekolwiek konsultacje, negocjacje itd, aniżeli panuje marazm i chaos, charakterystyczne dla ostatnich miesięcy.

Znowu jednak trudno oprzeć się wrażeniu, iż karty rozdają Izraelczycy. Nie odstąpili oni do tej pory (nie można wykluczyć, iż zrobią to w przyszłości) ani o krok od swojego pierwotnego stanowiska, a powracają do rozmów we wcześniejszej pozycji, z zachowaniem obecnego statusu quo, czyli m.in. decyzji o rozbudowie osiedli we wschodniej Jerozolimie. Zaskakuje zgoda na taki obrót sprawy ze strony Ligi Państw Arabskich i samych Palestyńczyków. Być może jednak Izraelczycy dopiero mają poczynić tzw. gesty dobrej woli. Przede wszystkim trzeba pamiętać, iż w różnej formie, rozmowy toczą się od kilkunastu lat i nie doszło do zawarcia pokoju.

Nie przeceniałbym jednak znaczenia pośrednich rozmów odbywanych na zasadzie głuchego telefonu. To dobry początek, ale droga jest wyboista i skomplikowana, a sam pokój wymaga od obecnej koalicji rządzącej w Izraelu dużych wyrzeczeń, kompletnie niezgodnych z jej programem wyborczym. Można rozmawiać, ale aby doszło do przełomu, Izraelczycy muszą ustąpić m.in. w kwestii osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Poważniejszym sukcesem będzie zamienienie owego “głuchego telefonu” w bezpośrednie rozmowy pokojowe. Nawet to jednak nie będzie przełomem. Prawdziwy punkt zwrotny nastąpi, gdy uda się pokonać nierozwiązywalne do tej pory problemy – statusu Jerozolimy, osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, “prawa do powrotu”, a także innych kwestii, takich jak m.in. jak integralność terytorialna Palestyny oraz np. kwestie dostępu do wody.

Tylko sprawiedliwy pokój może okazać się w tamtym regionie trwały.

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się