Patryk Gorgol

Na Bliskim Wschodzie bez zmian

Brak komentarzy

 Konflikt w Strefie Gazy przedłuża się i nic nie zapowiada, by szybko się skończył. Co prawda zdarza mi się czytać, że – mniej więcej – „Hamas jest już na wyczerpaniu i błaga o rozejm”, ale tak naprawdę nie ma żadnego oficjalnego potwierdzenia tych informacji. Z kolei zachowanie izraelskiej dyplomacji wskazuje na to, że Żydzi realizują swój plan. Gdzieś tam na boku, między dyplomacją, a wojną, są cywile, którzy giną i są jedynie statystyką, jak to mawiał klasyk.

Obecny konflikt pokazuje, jak bardzo konieczna jest reforma Organizacji Narodów Zjednoczonych, a raczej zmodernizowanie jej do współczesnych realiów. Paranoją jest, gdy RB ONZ uchwala rezolucję, o zawieszeniu broni, a odrzucają ją obie walczące strony. Organizacja nie dysponuje przy tym żadnymi środkami przymusu. Po co więc nam takie tępe narzędzie wprowadzania pokoju? Okazuje się, że nie istnieje coś takiego, jak światowy hamulec bezpieczeństwa. Pokazały to też konflikty w Iraku i Sudanie, ale o tym poprawnie politycznie media nie pisały. Karta Narodów Zjednoczonych, choć wspaniale brzmiąca, okazała się papierem, który jak wiadomo, może znieść wszystko.

W komentarzach publicystów spotykam się z opinią, że Żydzi walczą o swoje prawo do życia. To chyba jedna z większych bzdur, jakie ostatnio miałem przyjemność czytać, a muszę przypomnieć, że powoli rozpoczynam przygotowania do sesji, w związku z tym z różnego typu „przyjemnościami” mam do czynienia na bieżąco. Cele operacji izraelskich można szukać w różnych miejscach. Można twierdzić, zgodnie z oficjalną propagandą, że Żydzi walczą o bezpieczeństwo i o to, by nie było rakietowych ostrzeliwań. Zgodzę się też z opinią, że celem wojny jest zmuszenie podmiotów międzynarodowych do objęcia kurateli nad Strefą Gazy i tym samym zabezpieczenie żydowskich interesów. Taki plan podrzucenia kukulczego jaja, jak nie ONZ, to państwom arabskim, może się udać. Niewykluczone, że Żydzi nie blefują i naprawdę chcą fizycznie wyeliminować Hamas. Mniejsza o moiją opinię na temat sensu takiej operacji, ale są to jakieś cele, które Cahal ma zrealizować. Tymczasem patetyczne uwagi o prawie do życia nie mogą być odbierane poważnie. Już pisałem o tym, że palestyńskie rakiety wyrządzały znikome szkody przez ostatiną dekadę i tak naprawdę gróźniejsi są zamachowcy-samobójcy, a ciekawe ilu ich przygotował Hamas do walki w centrum Gazy? Nie mogę jednak odrzucić tezy o tym, że rakiety zabijały (i zabijają) Żydów. Tak, robią to. Skuteczność rakiet jest jednak porównywalna z potencjalną skutecznością ataku maczugami na posterunek wojskowy. Łatwo można przeliczyć, jaki jest stosunek zabitych Żydów do zabitych Palestyńczyków. Oczywiście, Hamas w/w rakietami uderza w obiekty cywilne i jest to nie do zaakceptowania, ale w wyniku tych maczugowych ataków nigdy nie będzie zagrożony naród izraelski. Owszem. Walczył on o przetrwanie, ale w latach 1948-1949, 1967 i 1973 – wtedy Żydzi naprawdę toczyli boje o swoje być albo nie być. W roku 2009 Żydzi walczą o swoją pozycję i bezpieczeństwo. Dawid Ben Gurion może Ehudowi Olmertowi jedynie pozazdrościć.

Jednocześnie pogarsza się sytuacja Fatahu w Strefie Gazy. Hamas po prostu fizycznie eliminuje swoich politycznych przeciwników. Świadczy to o tym, że w obecnej sytuacji pozycja radykałów w wojnie palestyńsko-palestyńskiej wcale nie jest taka zła. Umiarkowani Palestyńczycy znaleźli się pod ścianą. Kogo zainteresują wołania Abbasa o swoich zwolenników, którym – podobno – są przestreliwane kolana? Mamy też wypowiedzi prezydenta Autonomii Palestyńskiej, które krytykują izraelską interwencję. Pisałem o tym od pierwszej mojej notki na temat obecnego konfliktu, chociaż wtedy spotykałem się z zarzutami, że się „nie znam” i patrzę ns sprawę „zbyt powierzchownei”. Fatah ma duży problem, bo z jednej strony jego popularność spadnie, a z drugiej nie może – mówię o sytuacji potencjalnej – przejąć władzy z rąk izraelskich, bo to dopiero byłoby harakiri. Tak źle, a tak niedobrze…

Hamas szykuje się do ulicznej walki. Ta organizacja – „reprezentująca Palestyńczyków” – dąży do tego, by straty w ludności cywilnej były jak największe. Jeżeli prawdziwe są doniesienia, że najważniejsi ludzie z Hamasu ukrywają się pod największym szpitalem w Gazie, to mogę jedynie napisać – hańba. Bojownicy nie wyjdą walczyć z Izraelem otwarcie, bo nie mieliby żadnych szans. Czołgi, lotnictwo, artyleria w starciu z przestarzałą bronią, którą dysponują hamasowcy, zgniotłyby radykałów. Dlatego to Palestyńczycy czekają na Żydów w miastach. Gra będzie toczyła się o jak największe straty armii izraelskiej. O ile rzeczywiście nie okaże się, że udało się podpisać jakieś zawieszenie broni. To cyniczne, ale Hamasowi bardziej opłaca się wyraźnie przegrać w SG, aniżeli podpisać bardzo niekorzystne zawieszenie broni. Pytanie: czy czołowi Hamasowcy są naprawdę gotowi zginąć? Może jednak wolą żyć? Jedno wiemy na pewno – cywile nie mają w ich świętej wojnie żadnego znaczenia. Takich sobie Palestyńczycy wybrali reprezentantów. 

W dzisiejszym komentarzu pociągnę jeszcze wątek irański, który moim zdaniem jest niesamowicie wyolbrzymiony. Strefa Gazy to obszar o niezwykle małej powierzchni, bardzo zaludniony. Teraz trochę uproszczę Palestyńczycy (w tym Hamas) to sunnici, a w Iranie rządzą szyici. Palestyńczycy to Arabowie, zaś Irańczycy to Persowie. W związku z tym poparcie irańskie ma charkter prestiżowy i polityczny, a nie realny. Nie ma prawdziej solidarności Ajatollahowie to bardzo rozsądni ludzie, wiedzą jaki jest potencjał izraelski i że mały Hamas nie zniszczy Izraela. Podtrzymują go, ale nie użyją żadnej ze swoich możliwości strategicznych, by pomóc Chaledowi Meszalowi i jego wesołej kompanii. Wszyscy mówią o tym, jak to Iran popiera Hamas, gdy tak naprawdę problemem jest realnie wspierany przez Teheran Hezbollah, który przed żydowskim atakiem się naprawdę obronił w 2006r. Czy więc Strefa Gazy jest rozgrywką między Żydami, a Irańczykami? Nie, Irańczycy może przesyłają broń dla Hamasu, ale w skali mikro i nie wiążą z tym żadnych nadziei. Nie jest to też żadna nauczka dla Ahmadineżada. Obecny scenariusz jest mu nawet na rękę.

Tajny ośrodek w Dimonie (tajny jak cholera) nadal stoi. Media podawały informację o tym, że może być on zagrożony. Co prawda jest strzeżony pewnie lepiej, niż Biały Dom, ale wyobrażam sobie, co by się stało, gdyby jednak Arabom udalo się uderzyć w reaktor atomowy. W sumie wtedy siła uderzenia objęlaby tez Strefę Gazy i Zachodni Brzeg Jordanu! Palestyńczycy sami zrobiliby sobie holocaust. Może więc nie warto panikować?

Najsmutniejsze jest to, że tak naprawdę nie ma realnych sposoóbów wygaszenia tego konfliktu – i w skali doraźnej, w Strefie Gazy ad 2009, i w skali ogólnej, czyli unormowania sytuacji i powstania państwa palestyńskiego obok państwa żydowskiego. Obie strony są zacietrzewione i zdeterminowane.
 

Więcej na temat obecnego konfliktu na Bliskim Wschodzie

- Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy

- Wjechali!

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy

Brak komentarzy

 Ilu jeszcze cywilów musi zginąć, by Izrael i Hamas uświadomili sobie, że w tym konflikcie będzie jeden wygrany militarnie – i to będą Żydzi, ale dwa przegrae narody – żydowski i palestyński. Generalnie jestem gruboskórny, ale jak czytam o tym, że czołg izraelski ostrzelał szkołę, tylko dlatego, że kiedyś z tamtego terenu wystrzelono rakietę, to pytam Gdzie jest granica? Czy śmierć jednego czy dwóch terrorystów jest równoważna z „koniecznością” zabicia kobiet i dzieci? A co, jeśli w budynku wcale nie było bojówkarzy, o czym mówi Organizacja Narodów Zjednoczonych? Czy państwo, w ramach przymusu, ma prawo zabijać niewinnych ludzi? Żydzi, ze względu na historię, powinni mieć szczególny szacunek dla życia.

Hamas okazał się – jakby to ujął Denis Diderot – kolosem na glinianych nogach. Fakty są jednak dwa. Bojówkarze są bez szans w bezpośednim starciu, mogą jednak zadawać straty. (w moich poprzednich postach anzwałem to ukąszeniami komarów). Do prawdziwych walk jednak jeszcze nie doszło. Czy Hamas coś szykuje, czy może nastawia się na walkę „w trakcie okupacji’? A może rzeczywiśćie jego struktury nie mają komunikacji i niedługo zaakceptują zawieszenie broni? Trzeba jednak napisać, że Zydzi ponieśli już w tej wojnie pierwsze straty. Dziennikarze nie mają dostępu do Strefy Gazy, coraz częściej spotyka się więc opinie, iż izraelskie dowództwo celowo zaniża swoje statystyki poległych i rannych. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, jak doskonale Izrael rozgrywa tę wojnę pod względem medialnym. Jeżeli dołożyć do tego koalicję z Kairem i Waszyngtonem, na razie „Płynny Ołów” jest sukcesem. Dysproporcje widać np. wtedy, gdy mało mówi się o ofiarach cywilnych w Gazie, a często powtarzanym newsem jest ostrzał Hezbollahu z północy, w wyniku któego …. ranne zostały dwie osoby. Współczuje im i ich rodzinom, ale nadal będę uważał, że życie w Gazie jest trudniejsze, bo tam nie tylko można zostać zabitym, ale również sytuacja gospodarcza jest katastrofalna.

Większość komentatorów nastawionych jest proizraelsko. Moi znajomi z reguły też zawsze posądzali mnie o ten punkt widzenia. Moim zdaniem, gdyby nie upartość Arabów w pewnych kwestiach, na Bliskim Wschodzie możliwy byłby pokój. Dlatego z niecierliwością czekam az ktoś w komentarzach nazwie mnie antysemitą. Były już koncepcje bym typował zwycięzców w „You Can Dance” i „Gwiazy tańczą na lodzie” (może mógłbym zastąpić Dodę w charakterze jurora?), ale ku mojej rozpaczy nie widzę tych programów w ramówce. Doceniam jednak te propozycje. Wracając jednak do meritum. Nawet, jeśli Izrael wygra militarnie i uda się wymusić na Hamasie zawracie zawieszenia broni na egipsko-izraelskich warunkach, to nie rozwiąże to ani jednego problemu – uchodżców, biedy, państwowości Palestyny, trudnej historii, Jerozolimy, muru bezpieczeństwa, osadnictwa żydowskiego oraz przemytu. To są realne problemy izralesko-palestyńskie, a nie rakiety, które przez blisko dekade zabiły mniej osób, niż jeden (góra dwa) naprawdę skuteczny atak przy pomocy zamachowca-samobójcy. Lepiej jednak pisać o tym, że zagrożony jest ściśle strzeżony „ośrodek w Dimonie”. Co prawda wszyscy wiedzą, co to za ośrodek, ale nie będę tego głośno pisał. Tajemnica Poliszynela. W każdym razie ośrodek jest komplekoso chroniony i rakiety palestyńskie po prostu nie są w stanie mu wyrządzić krzywdy. Co najwyżej tyle, co lewy prosty Andrzeja Gołoty w czasie walki z Rayem Austinem.

Przecież Żydzi i Palestyńczycy będą zmuszeni mieszkać koło siebie. Tylko bardzo naiwna osoba może sądzić, że ojciec dziewczynki, która zginęła w wyniku nalotu, nagle stwierdzi, że za wszystko odpowiedzialny jest Hamas. Raczej nie zagłosuje tez na Fatah. Można sobie tylko wyobrazić, co czuje taki rodzic w stosunku do Izraela. Nienawiść narasta, a poteguje ją jeszcze bieda. Mało się o tym pisze, ale Izrael celowo doprowadził do katastrofy humanitarnej w Strefia Gazy. Przed końcem zawieszenia broni. 

Mąż stanu myśli o natępnym pokoleniu. Czy tak właśnie czyni Ehud Olmert? Ostrzeliwanie z rakiet być może ustanie, ale pozostanie ocean nienawiści między narodami. Tak jest zawsze, gdy giną ludzie. Prawie połowa młodych Palestyńczyków dorośnie, ale w jakim duchu? Ekumenizmu? Nie sądzę… Tak naprawdę każdy chce żyć, ale jak wygląda Strefa Gazy w tym momencie? Czy ktoś z moich czytelników chciałby tam mieszkać na stałe?

Czytam o tym, że się nie znam, nie rozumiem Bliskiego Wschodu. Pal trzy, że są to gołe stwierdzenia, z reguły niepoparte argumentami, ale ja miałem możliwość rozmawiania z Palestyńczykami, którzy nie mogą wrócić do domu. Przez cały czas trwania konfliktu tłumaczę na swoim blogu, że problem izraelsko-palestyński nie ma charakteru militarnego, a jest polityczny. Ten Palestyńczyk, z którym rozmawiałem nie był ani zbyt dobrze wykształcony, nie miał w sobie też zacięcia intelektualnego. Typowy dzieciak pozbawiony dzieciństwa, bardzo sympatyczny. Gdy jednak spytałem się go o sympatie polityczny, powiedział, ze popiera w pewnych kwestiach Hamas, a w innych Fatah. Palestyńczycy nie dzielą partii na „zły” Hamas i „dobry” Fatah. Inni Palestyńczycy przyznawali, że są „za” Hamasem. Ta organizacja naprawdę wygrała demokratyzne wybory w Izraelu. U władzy był wtedy Fatah, więc trudno nawet zarzucić, iż doszło do poważnego fałszerstwa.  

Na marginesie mówiąc, z chłopakami zagraliśmy wtedy w piłkę nożną i skład polsko-indonezyjsko-irakijski (piata kolumna na bramce)-jemeński pokonał ekipę irakijsko-palestyńsko-algierską. Bomby nam pod pokój nie podłozyli, więc chyba im też się podobało ;)

Fotka sprzed dwóch lat.


Ten konflikt ma ludzką twarz. Po jednej i drugiej stronie giną przecież ludzie, a nie roboty. Czy za pomocą środków militarnych da się politycznie obalić Hamas? Raczej nie, bo Hamas rządzi z nadania Palestyńczyków. Można fizycznie usunąć Hamas, jednak kto będzie wtedy zarządał tym terytorium? Izraelczycy,? Czy Fatah „przyjmie” władzę z rąk izaelskich? Strefa Gazy ma 360 km2, dla porównania – powiat warszawski – 1766 km2. Powyższe dane pochodzą z wikipedii. Mówimy więc o bardzo małym terytorium, którego zajęce przez Izrael jest bardzo prostą operacją militarną. Co dalej?

Trzeba też zrozumieć Izrael. Sytuacja, w której ostrzeliwuje się obywateli, jest – delikatnie mówiąc – niekomfortowa. Hamas nie jest też patnerem do rozmów, bo jego statut mówi o zupełnym zniszczeniu Izraela. W dodatku radykałowie rozumieją jedynie argument siły, co świetnie wychodzi w trakcie tego konfliktu. Żydzi osiągają swoje doraźne cele, chociaż doniesienia z obozu Hamasu, o ich słabnięciu, są jak na razie nieoficjalne. Czy jednak ktokolwiek wyobraża sobie teraz izraelsko-palestyńskie rozmowy pokojowe? Hamas zresztą, jak na razie, to straszni tchórze, którzy chowają się za cywilami.

Jak rozwiązać problem wzajemnej nienawiści? Arafat grał z Izraelem w ciepło-zimno, ale w jakiś sposób gwarantował stabilność. Obecnie nie ma takiej osoby. Cele Hamasu są jasne, a Abbas – przy całej mojej sympatii do niego – nie jest charyzmatyczny. W ogóle mały się o tym mówi, ale radykałów Izrael wychował sobie sam. Mieli być batem na Fatah, a stali się największym wrogiem Izraela. Historia isę niewątpliwie śmieje w tym momencie.

Problemy, o których pisałem wyżej, wrócą po pewnym czasie jak bumerang. Uchodżcy palestyńscy nie mają swojego domu, nie mogą też wrócić do niego wrócić. Tutaj sprawa jest niewątpliwie wrażliwa, bo gdyby Izrael zgodził się na ich powrót w granice Izraela, przestałby istnieć jako państwo. Jest to newralgiczny punkt, bo Palestyńczycy muszą zrozumieć, że co się stało – już się nie odstanie i wrócić mogą, owszem, ale do nowo powstałego państwa palestyńskiego, a nie w okolice Hajfy. Pytania się mnoża, jak połączyć Zachodni Brzeg Jordanu ze Strefą Gazy? Jak uregulować status Jerozolimy? Obecnie na ten ten temat nawet nie toczą się rozmowy. Nikt więc nie stawia pytań, a skoro nikt ich nie stawia, to nikt też nie szuka odpowiedzi.

Za to na salonie możemy poczytać uradowanego Eli Barbura, któy jest żywym dowodem na to, że Żydzi mają przewagę w mediach. To coś nieprawdopodobnego, jak można „pomijać” straty ludnośći cywilnej w Gazie, a jak wyolbrzymiać „rakietowe” zagrożenie ze strony Hamasu, dramatycznie dodając, że część osób doznała szoku, bo w ich okolicy spadła jedna taka rakieta. Ciekawe, co czuły dzieci w szkole zaatakowanym przez czołg? W czym małe dziecko izraelskie jest lepsze od palestyńskiego? 

Wszystkim przypominam, że my ciągle mówimy o ludziach. Takich samych jak pan Eli Barbur. Ciekawe, jakby się Pan czuł, jakby to Pana ostrzelali?

Więcej o aktualnym konflikcie na Bliskim Wschodzie

- Wjechali!

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

 

Wjechali!

Brak komentarzy

Operacja „Płynny Ołów” przeszla w nową fazę. Korzystniejszą dla Hamasu. Jeżeli Izrael będzie chciał wjechać do miast, jego straty dramatycznie wzrosną. Już teraz mówi się o kilku zabitych Żydach, Hamas zapowiada porwania. Jak już pisałem wcześniej, będą to bardzo demoralizujące ukąszenia komarów. Na razie wjechały czołgi i Żydzi osłabiają siłę ognia Hamasu. W tym momencie przeszli do bezpośedniego ataku. Ehud Olmert pokazał, iż Żydzi nie boją się Hamasu, a ich fanatyczność nie jest odmienna od arabskiej.

Próbuje do sprawy podejść z dystansem, ale nie rozumiem żydowskiej strategii. To prawda, że bardzo poobijają Hamas, a może nawet uda im się całkowicie odciąć sod Strefy Gazy przy pomocy sił międzynarodowych. W ten sposób powstałby niewidzialny drugi mur bezpieczeństwa. Odpowiedzialność za spokój w Strefie Gazy przejęłaby ONZ. Ta operacja nie rozwiązuje jednak na poziomie długoterminowym żadnych izraelskich problemów. Jeżeli to jest inwazja, to Hamas przygotowywał się do niej miesiącami. To nie jest banda beduinów walcząca włóczniami, a zorganizowana struktura. Izrael jest w stanie potęznie uderzyć w organizacje, ale im dłużej będzie trwała operacja – tym gorzej dla Tel-Aviwu. Bez trwałej okupacji, bardzo ciężko będzie obalić rządy Hamasu, a oznaczałaby ona ogromne straty. Nie zapominajmy, że Hamas jest demokratycznym wyborem Palestyńczyków. Skoro popularność tej organizacji była tak olbrzymia kiedyś, to ciekawe, jaka jest teraz?

Jeżeli żołnierze wejdą do Gazy, to pewnie pojawią się zamachowcy-samobójcy. Prawdopodobne jest wznowienie ostrzeliwania przez Hezbollah. Co więc z tego, że Izrael wygra, jak nic z tego zwycięstwa nie będzie wynikać? Palestyńczycy wlaśnie w Żydach będą nadal widzieć swoich śmiertelnych wrogów. Będący na dnie proces pokojowy będzie już mógł tylko pukać od spodu, a pomiędzy w/w narodami umocni się kolejny mur – nienawiści. 

Codziennie czytam, że giną kolejni ludzie wysoko postawieni w hierarchii Hamasu (lub jej bojówki), jednak to tylko umacnia ich mit. Zostają męczennikami i zarazem bohaterami. Żydowska skuteczność, w umysłach Palestyńczyków, obraca się przeciwko nim. Izrael jest w stanie obalić Hamas, ale niewyobrażalnym wysiłkiem, a w efekcie wbrew Palestyńczykom, co spowoduje, że siły sprawujące rządy w późniejszym czasie, nie będą ani prawowite, ani stabilne. Znowu, Mahmud Abbas dostanie rykoszetem.

Naprawdę podziwiam izraelską precyzję i skuteczność. Najnowocześniejsze technologię, doskonale wyszkolenie, ale to nie jest droga do zwycięstwa. Być może strategia Izraela zakłada instalację wojsk ONZ w ramach sił buforowych – o tym pisałem wyżej, ale wystarczy, że jedno z państw zavetuje tak zaproponowaą rezolucję i tyle będzie z tego planu. Według mnie Olmert z Barakiem muszą meć inny, bo ten jest dość ryzykowny, choć korzystny dla Izraela. Może naprawdę chcą obalić Hamas? Naród żydowski pewnie w zamian za to zapłaciłby wysoką cenę. Krwi swoich żołnierzy. Zaczęły się długie i strome schody.

Hamas (i Hezbollah) nie stanowią same w sobie zagrożenia militarnego dla Izraela, ale dzięki tym organizacjom ciężko Żydom czuć się bezpiecznie. Palestyńczyków uda się bez problemu pokonać na poziomie statystyk i rozwiązań politycznych, ale w polityce gra, w której jeden przegrywa, a drugi wygrywa, jest najgorszą z możliwych. Proces pokojowy miał doprowadzić do sytuacji, by obie strony „zwyciężyły”, a obecnie widzimy miniwojnę Dawida z Goliatem. Ciężko by Żydzi nie pokonali „armii” z przestarzałym sprzętem, bez lotnictwa i sił pacnernych. Przestałem wierzyć, że chodzi o te rakiety. Żydzi są czuli na punkcie swojego bezpieczeństwa, reakcja jest zupelnie nie proporcjonalna. Stanowiska można było niszczyć z powietrza, a nie zajmować je czołgami. Usprawiedliwienie za to jest idealne: wkroczyliśmy, zajęlismy stanowiska, dzięki czemu nie będzie ostrzeliwań teraz i w przyszłosci.

W tej sytuacji nie dziwi fakt, że Izrael odrzucił proponowany 48-godzinny rozejm. To zupłenie psułoby mu jego plan. Skoro Hamas nie złożył broni i nie zgodził się zaprzestać ostrzeliwania, to pora wprowadzić kolejny „argument”. Siły lądowe. Cała strategia jest świetnie przygotowana i żadne izraelskie ruchy nie są improwizowane. Ciekawy jestem, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Szczególnie, że niedługo przedterminowane wybory parlamentarne i  czas rozliczeń.

 

Więcej o aktualnym konflikcie na Bliskim Wschodzie

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

Wjadą czy nie wjadą?

Brak komentarzy

  Ile czasu potrzebował Izrael, by zająć półwysep Synaj, Strefę Gazy, Wzgórza Golan oraz 
Zachodni Brzeg Jordanu? Dokładnie 6 dni. W czasie wojny sześciodniowej. Był to rok 1967, czyli ponad 40 lat temu, kiedy technika wojskowa była dużo gorzej zorganizowana. Czy w roku 2009 ( ;) ) Żydzi potrzebują więc kilku dni, aby uderzyć na Strefę Gazy? Maja taka możliwość w każdym momencie, zgrupowanie wojsk na granicy to głównie demonstracja, a nie „długie i żmudne przygotowania do interwencji”.

Historia państwa izraelskiego uczy nas, że Żydzi w imię osiągania swoich celów są w stanie zrobić niemal wszystko. Za każdym razem, gdy Arabowie sprawdzali, czy Tel-Aviw blefuje (1956, 1967), natrafiali na karetę asów. Arabowie nie chcą powtórzyć tego samego błędu, wiedzą, że Izrael – jak będzie trzeba – do Strefy Gazy wjedzie. Wejście lądowe jest jednak planem B albo C izraelskiego rządu. Ehud Barak mówił ostatnio o tym, że na razie nie przewiduje uderzenia lądowego. Tak naprawdę mobilizacja na granicy, to na razie głównie pokaz siły, groźba, próba narzucenia rozejmu na własnych warunkach . Dopiero, gdy to nie przyniesie skutku, Izrael może uderzyć. O tym, że byłoby to bezsensowne pisałem w moich poprzednich notkach. W skrócie: Izrael narazi się na bardzo duże straty, osiągnie cele tymczasowe, ale te długofalowe – takie jak np. pokój – oddalą się jeszcze dalej. Poza tym Żydzi sami wychowają sobie radykałów wśród bardzo licznej młodzieży. 

Izrael tak naprawdę nie chce uderzyć lądowo, bo ma środki, by niszczyć cele w Strefie Gazy bez udzialu czołgów. Gdyby Olmert z Barakiem naprawdę chcieli przeprowadzić inwazję, już by to zrobili. Gra toczy się o Hamas i jego pozycję. Rakiety odpalane na izraelskie miasta są problemem bardzo prestiżowym, ale o dość małym realnym znaczeniu Palestyńczycy je odpalają, ale nie powodują one realnego zagrożenia. Na pewno dużo mniejsze inż palestyńscy zamachowcy-samobójcy, którzy atakowaliby izraelskich żołnierzy, gdyhy ci pojawili się w Strefie Gazy.

Jeżeli Hamas ugiąłby się pod naporem Izraela i opinii międzynarodowej, to byłaby to niezwykle dotkliwa porażka dla tej organizacji. Ponieśli duże straty, świat arabski pomaga im jedynie pozornie, a tak w rzeczywistości ze spokojem patrzy, jak niszczona jest infrastruktura i giną bojówkarze. Kompromitujące dla Chaleda Meszala jest też to, że Hamas nie potrafi do tej pory w żaden sposób odpowiedzieć na izraelski atak. Prawdopodobnie jedyną szansą na wyjście z twarzą dla Hamasu jest teraz izraelska inwazja, do której radykałowie są odpowiednio przygotowani. Hamas, podpisując rozejm pod bagnetami, okazałby się słaby, a Palestyńczycy mogliby uznać, że jest bardzo nieskuteczny i źle reprezentuje ich interesy. Żydzi standardowo odrzucają wszelkie propozycje przerwania ognia, bo chcą trzymać radykałów pod nieustanną presją, a 48 godzin zawieszenia godzin byłoby korzystne głównie dla Hamasu. Jeżeli ktoś myśli, że w tych kalkulacjach – z jednej i drugiej strony – są brane pod uwagę interesy cywilów, to pora uzmysłowić sobie, że są oni traktowani na zasadzie piątego koła u wozu (Żydzi) i atutu (Hamas). Izraelczycy robią niezbędne minimum, by ograniczyć ich straty, a Hamas zyskuje żywe tarcze, które przydają się w wojnie propagandowej. Arabowie też nie robią nic, aby pomóc cywilom. Na Bliskim Wschodzie życie ludzkie jest wyjątkowo tanie.

W przerwanie ognia nie wierzą też zresztą nawet Francuzi. Zaproponowali, bo wypadało. Bez wiary. 

Czekamy na rozwój sytuacji. Izrael ma zielone światło do dalszego uderzania w Strefie Gazy i jak zwykle będzie bezkarny. Trochę to przypomina sytuację Rosji w czasie wojny z Gruzją. Wszyscy czekali na zajęcie Tblisi, gdy tak naprawdę wejście do tzw. Gruzji właściwej nie było w interesie Federacji. Tutaj jest bardzo podobnie. Izrael nie wyklucza ataku lądowego, ale chce tego uniknąć. Presja na Hamas będzie się zwiększać. Jej źródłami będą państwa arabskie, takie jak Egipt i Królestwo Arabii Saudyjskiej,, podmioty międzynarodowe (ONZ, UE) oraz sami Palestyńczycy, którzy nie chcą przecież ginąć. Inwazja jest więc planem awaryjnym, bezsensownym, ale pokazującym, że Izrael znowu nie blefował. 

Więcej o aktualnym konflikcie na Bliskim Wschodzie

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

 

Izraelska wojna z komarami

Brak komentarzy

 Kolejny dzień na Bliskim Wschodzie. Izrael – wg mediów – szykuje się do ataku lądowego na Strefę Gazy. Służby specjalne oznaczają cele. Izrael jest prawdopodobnie najbardziej zmilitaryzowanym państwem świata, w którym obowiązkiem służby wojskowej objęte są nawet kobiety (najładniejsze izraelskie żołnierki można obejrzeć tutaj). Izraelskie wojsko jest przy tym niezwykle zaawansowane pod względem technologicznym. Kraje arabskie są pod tym względem kilka klas niżej. Żydzi mają też jeden z lepszych (o ile nie najlepszych) wywiadów świata. W konwencjonalnym starciu – żaden z sąsiadów Izraela nie ma szans.

Problem jest jednak zdecydowanie niekonwencjonalny. Kwestii palestyńskiej nie uda się rozwiązać za pomocą rakiet, karabinów i czołgów. Oczywiście, uderzenie w „oficjalny” Hamas powiedzie się. Przed Izraelem w Strefie Gazy nie będzie ucieczki, a sama operacja została bardzo precyzyjnie zaplnowana. Żydzi wyciągnęli również wnioski z nieudanego wypadu na Liban w 2006r. Zniszczenie hamasowskich biur, magazynów, infrastruktury, a nawet ludzi jest kwestią jedynie użycia odpowiednich środków, którymi Żydzi dysponują. Do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem Olmerta i Baraka, ale dopiero teraz operacja może przechodzi w najtrudniejszą fazę. Kluczowe jest pytanie, czy Izrael zamierza wojskowo wkroczyć do Strefy Gazy, czy jedynie uszczelnić granicę w taki sposób, by nawet mysz się nie prześlizgnęła?

Zaczyna się moment, w którym dużo rzeczy może się popsuć. Już teraz czytamy o ofiarach cywilnych, małych dziewczynkach zabitych przez Żydów. Najtragiczniejsze, że to prawda. Tylko tutaj pojawia się moralny dylemat. Kto jest bardziej winny – Żydzi bombarduący Hamas, ale świadomi tego, że zginą cywile, czy Hamas świadomy, że Izrael bombarduje ich, ale chowający się za cywilami, by uzyskać bardzo silny efekt propagandowy? W dodatku – jak rozróżnić cywila od bojówkarza i czy przypadkiem cywile nie wspierają Hamasu?  

Walka z Hamasem w Strefie Gazy przypomina więc walkę z komarami nad dużym jeziorem. Pojedynczego komara łatwo unieszkodliwić, ale nie da się przed nimi zabezpieczyć ani całościowo pozbawić chęci kąsania. Izrael, wkraczając wojskowo do Gazy, naraża się na nieustanne ataki. Co prawda nie są one w stanie zagrozić wojskom, ale są niezwykle demoralizujące. Wojska w Strefie Gazy dużo łatwiej zaatakować. Izrael, przy wkroczeniu, zniszczyłby całą infrastrukturę. Może to zrobić mniej dokładnie, z powietrza i za pomocą służb specjalnych. Ciekawe, którą z tych koncepcji zrealizują Olmert z Barakiem? 

Potężne uderzenie w Hamas obniży sprawność tej organizacji, ale zwiększy nienawiść typowego Palestyńczyka przeciwko Żydom. Sytuacja Palestyny i Izraela nic się nie zmieni. Hamas będzie musiał się odbudować, ale przybędzie mu sponsorów i sympatii. To jest prawdziwy kapitał Hamasu, a nie karabiny zostawione w magazynach. Izrael nie zniszczy mentalności palestyńskiej młodzieży, którzy uważają go za okupanta. Ta młodzież dorośnie i będzie hurtowo zasilać Hamas lub inne ugrupowania terrorystyczne. Al-Fatah utrzyma swoje wpływy na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale jego pozycja – w wyniku izraelskiego ataku – uległa znacznemu pogorszeniu. Co może teraz zrobić Abbas? Tylko płakać. Gaza jest – przynajmniej na razie – stracona. Umiarkowani Palestyńczycy, którzy już przed atakiem nie mieli tam nic do powiedzenia, zostają teraz przyparci do ściany i zmuszeni do zajęcia konfrontacyjnego stanowiska. Jakby nie patreć, Izrael niszczy domy palestyńskie, więc jak na sprawę może patrzeć mieszkaniec Gazy? Przecież tam Palestyńczycy są u siebie.

Spotykam się z opinią, że akcja izraelska jest bardzo skuteczna. Jest i to nikogo nie powinno dziwić. Co jednak osiąga Tel-Aviw? Niszczy jakąś część struktur Hamasu. Osłabia jego infrastrukturę. Czy jednak sam Hamas i problem palestyński przestają istnieć? Nie. Czy zmniejsza się zagrożenie atakiem terrorystycznym? Nie, zwiększa się. Czy zbawiennie wpłwa to na gospodarkę Izraela? Firmy zbrojeniowe może się cieszą, ale niech teraz izraelskie przedsiębiorcy odważą się zatrudniać palestyńską tanią siłę roboczą. 

Jeżeli Izrael zajmie Gazę, to żołnierze tam stacjonujący bez przerwy narażeni będą na partyzanckie ataki. Na zasadzie ukąszeń komara. Izrael pokaże swoją potęgę, ale zwycięstwo w tym starciu będzie pyrrusowe. Interwencja jest więc zupełnie bez sensu. Strefa Gazy to pieklo, w którym zmuszeni są żyć Palestyńczycy, uzależnieni od pomocy humanitarnej, gospodarczo gnębieni przez Izrael. Żydzi chcą się całkowicie oddzielić od Palestyńczyków. Dlatego uszczelniona jest granica w Gaza i istnieje „mur bezpieczeństwa”. Chodzi o utrudnienie inflirtacji terytorium zamieszkałego przez Żydów. Zajmując Strefę Gazy, Izrael naraża się na wybuch prawdziwej „III intifiady”. 

Dużym plusem takiej akcji może być chyba jedynie efekt propagandowy. Żydzi utwierdzą się we własnej sile, chociaż ich strategiczne położenie nie zmieni się ani trochę, bo bombardowanie Gazy raczej nie wpływa pozytywnie na proces pokojowy, ani nie zniechęca terrorystów do potencjalnych ataków. Co prawda realnym zwycięstwem byłoby teraz ogłoszenie wzajemnego rozejmu, ale Hamas się na to nie zgodzi. Izraelskie władze chcą pokazać (co ważne przecież przed wyborami), że potrafią troszczyć się o bezpieczeństwo.

Przy bezwarunkowym wsparciu Stanów Zjednoczonych międzynarodowe położenie Izraela jest niezwykle korzystne. Rada Bezpieczeństwa ONZ nic nie przegłosuje. Państwa arabskie mogą uchwalać różne deklaracje, czy to indywidualnie, czy to w ramach Ligi Państw Arabskich, ale ich realne możliwości są znikome. Syria jest w ostatnich latach w defensywie, próbuje odzyskać wpływy w Libanie. Nie zaczepi Izraela, bo nic tym nie zyska, a narazi się na potężne straty. W konwecjonalnym starciu Damaszek nie ma żadnych szans. Bashir al-Asad ograniczy się do wspierania wrogów Tel-Aviwu dostawami broni i pieniędzy, będzie krzyczał o jedności arabskiej, ale to również kąsanie komara. To samo tyczy się Iranu. Na użytek propagandowy – obecna sytuacja jest dla niego bardzo przydatna. Być może wymusi na Hezbollahu większą aktywność, ale poza tym ograniczy się do potępiania. Mahmud Ahmadineżad wie, że im więcej będzie się mówić o Strefie Gazy, tym mniej o Iranie. Będzie więc mu zależało na trwaniu konfliktu. Egipt będzie się modlił, by nie zostać zmuzonym do zaangażowania się w to zamieszanie, ze względu na swoje położenie względem SG. W skrócie: od zewnątrz Izraelowi nic nie grozi. Nikt nawet nie odważy się postraszyć embargiem naftowym. Wyznawcy islamu, jak mało kto, rozumieją, że biznes to biznes, a słowa mogą być piękne. Po co jednak narażać swoje dolary?

Palestyńczycy pozostaną w swoich gettach. Bezradni. Obecna sytuacja to tragedia, w której nikt nie wygra, bo mieszkańcy Strefy Gazy nadal nimi będą. Radykalizm arabski się zwiększy, a Hamas zyska na popularności. Gaza, jak była biedna, teraz będzie doszczętnie zniszczona. Żydzi nie rozwiąża w ten sposób żadnego problemu związanego z Palestyńczykami. Postawili na militarną konfrontację, w której wygrają, ale zwycięstwo nie przybliży ich nawet o krok do pokoju. Palestyny nie da się spacyfikować, a do tego Tel-Aviw niszczy Mahmuda Abbasa, człowieka, którego stać na podpisanie historycznego dokumentu pokojowego. Czy w tej atmosferze możliwe są negocjcje? Czy Palestyńczycy z Gazy uznaliby jakiekolwiek rozmowy? Nie. Abbas zostałby uznany za zdrajcę nawet na Zachodnim Brzegu Jordanu. Czy na tym ma polegać zwycięstwo Izraela? Na ograniczaniu sobie pola manewru?

Trzeba powiedzieć, że bombardowanie obiektów, w których mogą znajdować się cywile, jest niezgodne z Konwencją Genewską, ale ukrywanie się za cywilami, raczej też nie jest elementem żadnego kodeksu honorowego, a w dodatku ostreliwanie izraelskich miast też raczej z założeniami w/w konwencji nie ma nic wspólnego. Stosujemy identyczne standardy dla Palestyńczyków i Żydów. 

Lądowe wkrocznie do Strefy Gazy byłoby głupotą. Zobaczymy co zwycięzy, rozmach, czy zdrowy rozsądek. Uszczelnienie granic byłoby za to logiczne, bo groźba odwetu Hamasu wielokrotnie się zwiększyła. 

 

Izrael idzie na całość

Brak komentarzy

 Kolejny dzień na Bliskim Wschodzie. Izrael – wg mediów – szykuje się do ataku lądowego na Strefę Gazy. Służby specjalne oznaczają cele. Izrael jest prawdopodobnie najbardziej zmilitaryzowanym państwem świata, w którym obowiązkiem służby wojskowej objęte są nawet kobiety (najładniejsze izraelskie żołnierki można obejrzeć tutaj). Izraelskie wojsko jest przy tym niezwykle zaawansowane pod względem technologicznym. Kraje arabskie są pod tym względem kilka klas niżej. Żydzi mają też jeden z lepszych (o ile nie najlepszych) wywiadów świata. W konwencjonalnym starciu – żaden z sąsiadów Izraela nie ma szans.

Problem jest jednak zdecydowanie niekonwencjonalny. Kwestii palestyńskiej nie uda się rozwiązać za pomocą rakiet, karabinów i czołgów. Oczywiście, uderzenie w „oficjalny” Hamas powiedzie się. Przed Izraelem w Strefie Gazy nie będzie ucieczki, a sama operacja została bardzo precyzyjnie zaplnowana. Żydzi wyciągnęli również wnioski z nieudanego wypadu na Liban w 2006r. Zniszczenie hamasowskich biur, magazynów, infrastruktury, a nawet ludzi jest kwestią jedynie użycia odpowiednich środków, którymi Żydzi dysponują. Do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem Olmerta i Baraka, ale dopiero teraz operacja może przechodzi w najtrudniejszą fazę. Kluczowe jest pytanie, czy Izrael zamierza wojskowo wkroczyć do Strefy Gazy, czy jedynie uszczelnić granicę w taki sposób, by nawet mysz się nie prześlizgnęła?

Zaczyna się moment, w którym dużo rzeczy może się popsuć. Już teraz czytamy o ofiarach cywilnych, małych dziewczynkach zabitych przez Żydów. Najtragiczniejsze, że to prawda. Tylko tutaj pojawia się moralny dylemat. Kto jest bardziej winny – Żydzi bombarduący Hamas, ale świadomi tego, że zginą cywile, czy Hamas świadomy, że Izrael bombarduje ich, ale chowający się za cywilami, by uzyskać bardzo silny efekt propagandowy? W dodatku – jak rozróżnić cywila od bojówkarza i czy przypadkiem cywile nie wspierają Hamasu?  

Walka z Hamasem w Strefie Gazy przypomina więc walkę z komarami nad dużym jeziorem. Pojedynczego komara łatwo unieszkodliwić, ale nie da się przed nimi zabezpieczyć ani całościowo pozbawić chęci kąsania. Izrael, wkraczając wojskowo do Gazy, naraża się na nieustanne ataki. Co prawda nie są one w stanie zagrozić wojskom, ale są niezwykle demoralizujące. Wojska w Strefie Gazy dużo łatwiej zaatakować. Izrael, przy wkroczeniu, zniszczyłby całą infrastrukturę. Może to zrobić mniej dokładnie, z powietrza i za pomocą służb specjalnych. Ciekawe, którą z tych koncepcji zrealizują Olmert z Barakiem? 

Potężne uderzenie w Hamas obniży sprawność tej organizacji, ale zwiększy nienawiść typowego Palestyńczyka przeciwko Żydom. Sytuacja Palestyny i Izraela nic się nie zmieni. Hamas będzie musiał się odbudować, ale przybędzie mu sponsorów i sympatii. To jest prawdziwy kapitał Hamasu, a nie karabiny zostawione w magazynach. Izrael nie zniszczy mentalności palestyńskiej młodzieży, którzy uważają go za okupanta. Ta młodzież dorośnie i będzie hurtowo zasilać Hamas lub inne ugrupowania terrorystyczne. Al-Fatah utrzyma swoje wpływy na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale jego pozycja – w wyniku izraelskiego ataku – uległa znacznemu pogorszeniu. Co może teraz zrobić Abbas? Tylko płakać. Gaza jest – przynajmniej na razie – stracona. Umiarkowani Palestyńczycy, którzy już przed atakiem nie mieli tam nic do powiedzenia, zostają teraz przyparci do ściany i zmuszeni do zajęcia konfrontacyjnego stanowiska. Jakby nie patreć, Izrael niszczy domy palestyńskie, więc jak na sprawę może patrzeć mieszkaniec Gazy? Przecież tam Palestyńczycy są u siebie.

Spotykam się z opinią, że akcja izraelska jest bardzo skuteczna. Jest i to nikogo nie powinno dziwić. Co jednak osiąga Tel-Aviw? Niszczy jakąś część struktur Hamasu. Osłabia jego infrastrukturę. Czy jednak sam Hamas i problem palestyński przestają istnieć? Nie. Czy zmniejsza się zagrożenie atakiem terrorystycznym? Nie, zwiększa się. Czy zbawiennie wpłwa to na gospodarkę Izraela? Firmy zbrojeniowe może się cieszą, ale niech teraz izraelskie przedsiębiorcy odważą się zatrudniać palestyńską tanią siłę roboczą. 

Jeżeli Izrael zajmie Gazę, to żołnierze tam stacjonujący bez przerwy narażeni będą na partyzanckie ataki. Na zasadzie ukąszeń komara. Izrael pokaże swoją potęgę, ale zwycięstwo w tym starciu będzie pyrrusowe. Interwencja jest więc zupełnie bez sensu. Strefa Gazy to pieklo, w którym zmuszeni są żyć Palestyńczycy, uzależnieni od pomocy humanitarnej, gospodarczo gnębieni przez Izrael. Żydzi chcą się całkowicie oddzielić od Palestyńczyków. Dlatego uszczelniona jest granica w Gaza i istnieje „mur bezpieczeństwa”. Chodzi o utrudnienie inflirtacji terytorium zamieszkałego przez Żydów. Zajmując Strefę Gazy, Izrael naraża się na wybuch prawdziwej „III intifiady”. 

Dużym plusem takiej akcji może być chyba jedynie efekt propagandowy. Żydzi utwierdzą się we własnej sile, chociaż ich strategiczne położenie nie zmieni się ani trochę, bo bombardowanie Gazy raczej nie wpływa pozytywnie na proces pokojowy, ani nie zniechęca terrorystów do potencjalnych ataków. Co prawda realnym zwycięstwem byłoby teraz ogłoszenie wzajemnego rozejmu, ale Hamas się na to nie zgodzi. Izraelskie władze chcą pokazać (co ważne przecież przed wyborami), że potrafią troszczyć się o bezpieczeństwo.

Przy bezwarunkowym wsparciu Stanów Zjednoczonych międzynarodowe położenie Izraela jest niezwykle korzystne. Rada Bezpieczeństwa ONZ nic nie przegłosuje. Państwa arabskie mogą uchwalać różne deklaracje, czy to indywidualnie, czy to w ramach Ligi Państw Arabskich, ale ich realne możliwości są znikome. Syria jest w ostatnich latach w defensywie, próbuje odzyskać wpływy w Libanie. Nie zaczepi Izraela, bo nic tym nie zyska, a narazi się na potężne straty. W konwecjonalnym starciu Damaszek nie ma żadnych szans. Bashir al-Asad ograniczy się do wspierania wrogów Tel-Aviwu dostawami broni i pieniędzy, będzie krzyczał o jedności arabskiej, ale to również kąsanie komara. To samo tyczy się Iranu. Na użytek propagandowy – obecna sytuacja jest dla niego bardzo przydatna. Być może wymusi na Hezbollahu większą aktywność, ale poza tym ograniczy się do potępiania. Mahmud Ahmadineżad wie, że im więcej będzie się mówić o Strefie Gazy, tym mniej o Iranie. Będzie więc mu zależało na trwaniu konfliktu. Egipt będzie się modlił, by nie zostać zmuzonym do zaangażowania się w to zamieszanie, ze względu na swoje położenie względem SG. W skrócie: od zewnątrz Izraelowi nic nie grozi. Nikt nawet nie odważy się postraszyć embargiem naftowym. Wyznawcy islamu, jak mało kto, rozumieją, że biznes to biznes, a słowa mogą być piękne. Po co jednak narażać swoje dolary?

Palestyńczycy pozostaną w swoich gettach. Bezradni. Obecna sytuacja to tragedia, w której nikt nie wygra, bo mieszkańcy Strefy Gazy nadal nimi będą. Radykalizm arabski się zwiększy, a Hamas zyska na popularności. Gaza, jak była biedna, teraz będzie doszczętnie zniszczona. Żydzi nie rozwiąża w ten sposób żadnego problemu związanego z Palestyńczykami. Postawili na militarną konfrontację, w której wygrają, ale zwycięstwo nie przybliży ich nawet o krok do pokoju. Palestyny nie da się spacyfikować, a do tego Tel-Aviw niszczy Mahmuda Abbasa, człowieka, którego stać na podpisanie historycznego dokumentu pokojowego. Czy w tej atmosferze możliwe są negocjcje? Czy Palestyńczycy z Gazy uznaliby jakiekolwiek rozmowy? Nie. Abbas zostałby uznany za zdrajcę nawet na Zachodnim Brzegu Jordanu. Czy na tym ma polegać zwycięstwo Izraela? Na ograniczaniu sobie pola manewru?

Trzeba powiedzieć, że bombardowanie obiektów, w których mogą znajdować się cywile, jest niezgodne z Konwencją Genewską, ale ukrywanie się za cywilami, raczej też nie jest elementem żadnego kodeksu honorowego, a w dodatku ostreliwanie izraelskich miast też raczej z założeniami w/w konwencji nie ma nic wspólnego. Stosujemy identyczne standardy dla Palestyńczyków i Żydów. 

Lądowe wkrocznie do Strefy Gazy byłoby głupotą. Zobaczymy co zwycięzy, rozmach, czy zdrowy rozsądek. Uszczelnienie granic byłoby za to logiczne, bo groźba odwetu Hamasu wielokrotnie się zwiększyła. 

 

Co dalej z Tybetem?

Brak komentarzy

W komentarzu do ostatniej wizyty Dalajlamy XIV w Polsce warto zadać innym Polakom i całemu światu pytanie o Tybet. Po zagłębieniu się w temat, kilku rozmowach i przede wszystkim lekturze ciekawych źródeł, okazuje się, że to zagadnienie wcale takie czarno-białe, jak przedstawiają go media. W debacie publicznej pomijanych jest wiele argumentów, które powodują, iż na sprawę można spojrzeć z bardziej złozonej perspektywy. W kwestii Tyetu kluczowe jest zweryfikowanie kilku mitów i zaproponwanie nowych, bardzo kontrowersyjnch, argumentów, które są celowo przez społeczeństwa zachodnie – które oczywiście nie są bez winy – pomijane.  

Czy zatem Tybet ma szanse na wolność lub choćby autonomię na poziomie Hong Kongu? Nie ma i w najbliższych latach nie będzie mieć. 

Chińczycy traktują Tybet jako integralną część swojego państwa i robią wszystko, by doprowadzić do asymiliacji tego regionu. W tym miejscu warto zatrzymać się i opisać kilka ruchów chińskich władz, które w przyszłości mają doprowadzić do unifikacji. Po pierwsze, typowa polityka osadnicza. W Tybecie osiedla się coraz więcej Chińczyków, którzy „w ramach promocji” dostają za to olbrzymie dodatki do pensji i ulgi podatkowe. Daje to pewną możliwość „zrobienia kariery”, co prawda jest ona ograniczona, ale dla ludzi, którzy pozbawieni są perspektyw, jest to zupełnie niezłe wyjście. Powoduje to frustrację Tybetańczyków, którzy takich możliwości zawodowych nie mają. Trzeba pamiętać o tym, że popularna wizja Tybetu, jako kraju mnichów, nie pokrywa się z tym prawdziwym obrazem, gdzie jest to bardzo biedny rejon, w którym dominuje rolnictwo, hodowla i rzemiosło. Mnisi stanowią jedynie określony, już teraz nieduży, odsetek mieszkańców. Tybetańczyk może wybić się tylko wtedy, gdy nauczy się języka mandaryńskiego oraz zapisze się do partii. „Żadnych złudzeń panowie” – jak to mawiał car Aleksander II. Do tego należy dodać standardowe aspekty takie jak szkolnictwo chińskie, które stara się wyprzeć tybetańskie wartości i język. Generalnie polityka społeczna bardzo propaguje postawę prochińską, a walczy z rozpowszechnianiem się kultury tybetańskiej. Chińczycy robią też bardzo dużo, aby „kupić” Tybetańczyków. Ekonomicznie patrząc – asymilowanie się opłaca. Żadna nowość. Kij i marchewka. Można powiedzieć, że w Tybecie prowadzona jest polityka gospodarczego i społecznego – jak to ujął Dalajlama – apartheidu.  

Oznacza to mniej wiecej tyle, że głównym celem Pekinu nie jest całkowite zniszczenie tej kultury, a zmniejszenie jej wpływów. Właśnie dlatego mnisi mają zakaz rozmawiania na tematy polityczne i filozoficzne. Wszelkie akty sprzeciwu są brutalnie tłumione, jak te zamieszki w maju. Społeczeństwo zostaje pozbawione wewnętrznej siły do stawiania oporu, jest pogodzone ze swoim losem, ale jednocześnie pamięta i szanuje swoją religię i tradycję. Część Tybetańczyków już zapisała się do partii. Gubernatorem Xizangu (prowincji obejmującej około połowy historycznego Tybetu) jest obecnie Tybetańczyk.  

W interesie Chińczyków jest jednak istnienie apolitycznej kultury tybetańskiej. Brzmi skomplikowanie, ale w gruncie rzeczy chodzi o pozbawienie nadziei Tybetańczyków na wolność, przy jednoczesnym pozostawieniu im prawa do praktykowania np. własnej religii. Służby bezpieczeństwa prowadzą bezwzględną politykę. Ideał mnicha według Chin to taki, który siedzi w klasztorze, daje się oglądać turystom i nie ma zamiaru nic powiedzieć. Pekin uświadomił sobie, że rozwój Tybetu jest w jego interesie, nie tyko ze względu na wielu turystów, którzy zaczęli tam przybywać w latach 90-tych, ale również dlatego, gdyż to bardzo ważne miejsce pod względem strategicznym, przy granicy z Indiami, gdzie znacznie ruzbudowano infrastrukturę wojskową. Polityka chińska wobec Tybetu przeszła olbrzymia ewolucję, od mordowania, torturowania i więzienia Tybetańczyków oraz niszczenia klasztorów (przyjmuje się, że zburzono około 80%!), do nieco bardziej liberalnej polityki, w ramach której te same klasztory… odbudowano lub pomagano odbudować. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w przypadku powstania jakiegokolwiek oporu, np. takiego jak powstanie w 1959r, zostanie równie bezwzględnie i okrutnie potraktowany. Obecnie inwestuje się w tamten region miliardy dolarów. Chińcycy nie chcą zniszczyć Tybetu, chcą z niego zrobić rezerwat! Przyjedzie obcokrajowiec, zapłaci, poogląda mnichów, zwiedzi klasztory, kupi trochę pamiątek… Co roku do Tybetu przybywa milion turystów. Ich przewodnikami są Chińczycy. Przypadek? Nie, przepisy są stworzone w taki sposób, by byli nimi głównie Chińczycy. To jest naprawdę dobrze zorganizowana polityka. Tybetańczycy są dyskryminowani w swoim kraju w ramach prawa.

Tybetańczycy mieliby podzielić los Indian. W kwestii Tybetu Chiny zachowuja się jak Stany Zjednoczone. Wielkie inwestycje, próba poprawy poziomu życia oraz narzucenie swoich uwarunkowań kulturowych i politycznych. Jak to mawia Stefan „Siara' Siarzewski w „Kilerze” – „Mają rozmach skur******”. Pekin łamie prawa człowieka wtedy, gdy ktoś w Tybecie się wychyli. Ci Tybetańczycy, którzy chcą stawiać opór, są zastraszeni. Nikt się o nich nie upomni. Z kolei ci podporządkowani mogą żyć w miarę normalnie. Świat bije granice hipokryzji, bo dużo mówi o szanowaniu praw człowieka, ale nic nie robi, by je egzekwować. Czy Tybetańczycy podzielą los Indian? 

Czas działa na korzyść Chin, z każdym kolejnym miesiącem sytuacja Tybetu pogarsza się. Władze chińskie podjęły decyzję o bezpośednim ingerowaniu w praktyki religijne Tybetańczyków. To dlatego porwano XI Panczenlamę. Wyjaśnię. Panczenlama jest drugą, po dalajlamie, osobą w hierarchii buddyjskiej. Jest odpowiedzialny za wskazanie kolejnego wcielenia Dalajlamy. W 1995 roku Dalajlama XIV rozpoznał XI Panczenlamę, 6-letniego wówczas chłopcu. Dwa dni później został on aresztowany (porwany?) przez chińskie władze oraz odizolowany. Co się z nim teraz dzieje? Nie wiadomo. Na pewno nie praktykuje nauk tybetańskiego buddyzmu. W każdym razie uznaje się go za najmłodszego więźnia politycznego. W ten sposób Chińczycy uderzają w fundament religijny Tybetu. Rezolutni aparatczycy partyjni wyznaczyli zresztą … własnego, partyjnego Panczenlamę. Nie jest on prawowity. Plan jest jednak prosty. Po śmierci Dalajlamy „koncesjonowany” Panczenlama ogłasza nowego Dalajlamę, zgodnie z życzeniem Pekinu. Jako że prawowity Panczenlama jest nadal odizolowany (albo gorzej: zindoktrynowany), nie będzie w stanie wskazać nowego przywódcy duchowego. Chiny zrobią wszystko, by narzucić swojego kandydata.  

Zagadką jest, czy rząd na uchodźstwie, pozbawiony autorytetu Jego Świątobliwości oraz społeczeństwo tybetańskie, będą w stanie sobie poradzić z tym problemem. Sporną kwestią jest też zachowanie mnichów. Świat zapewnie będzie milczał. Sprawa tybetańska, bez sławy i autorytetu Dalajlamy, stanie się jeszcze bardziej marginalna. Jeżeli Chinom do tego udałoby się narzucić nowego Dalajlamę, to sytuacja stałaby się dramatyczna. Na całe szczęście to akurat nie będzie takie łatwe, bo mnisi nie uwierzą nieprawowitemu Panczenlamie. Szykuje się jednak zdecydowana konfrontacja, w której Chińczycy mają zdecvydowaną przewagę. Tybet jest papierem lakmusowym dla europejskich polityków, jeśli chodzi o szanowanie wartości. Papierek w całosci zabarwił się na czerwono. Prawdopodobnie ze wstydu.

Tybet nie będzie też wolny z innych powodów. Geopolitycznych. Jego położenie powoduje, iż Chińczycy nie chcą tracić tego punktu na granicy z Indiami Ponadto niedawno odkryto tam – o czym się jakoś się głosno nie mówi – olbrymie złoża ropy naftowej oraz – wg wikipedii – są tam największe na świecie złoża uranu. Znajdują się tam też bardzo ważne instalacje wojskowe  Ponadto z Tybetu jest blisko do prowincji Xinjinang, w któym znajdują się surowce, ropociąg i gazociąg z Kazachstanu oraz do prowincji Sichuan (surowce, spichlerz Chin, w którym mieszka 100 milionów ludzi). Chińczycy nie chcą oddać kury, która znosi złote jaja. 

Pora zająć się samym Dalajlamą XIV. To bardzo wytrawny polityk. Jego postulaty dotyczące autonomi nie wynikają z rzeczywistych oczekiwań, a z realizmu poltiycznego. Postuluje hy Tybetowi został nadany status podobny do tego, który mają Hong Kong oraz Makao, według zasady „Jeden kraj, dwa systemy polityczne”. Poza tym zgłasza oczekiwania zrozumiałe z punktu widzenia ochrony tożsamości tybetańskiej, takie jak zakaz osiedlania się Chińczyków w Tybecie. Domaga się również prawa do swojego powrotu i pełnej swobody dla siebie oraz wycofania wojsk chińskich. Pekin jednak nie chce zaakceptować tych warunków, gdyż dopuszcza jedynie -że tak to nazwę – autonomię koncesjonowaną. Szczególnie, że Tybet jest formalnie autonomiczny. Hu Jintao nie widzi też sensu ustępowania Dalajlamie, który nie ma żadnych argumentów politycznych, ani gospdarczych, ani tym bardziej militarnych. Realpolitik. Najlepiej skomentuje to powiedzenie Stalina: „Papież, a ile ona ma dywizji?”.

Potęga Dalajlamy XIV to jego światowy PR. O sprawie pamięta się głównie ze względu na niego oraz mistyczny obraz Tybetu. W Chinach mieszka wiele zapomnianych narodów, których wojownicy walczą o swoje prawa z władzami chińskimi, a media o tym nie onformują albo robią to w zdawkowy sposób. Potęga tybetańskiego przywódcy duchowego polega nie na tym, że spotyka się z Nicolasem Sarkozym czy G.W. Bushem, ale na umiejętności dotarcia do normalnego człowieka. Przeciętny człowiek zapytany o Tybet wie, że „łamane są prawa człowieka”, ale nie potrafi z reguły powiedzieć nic ponad kilka ogólników i ma bardzo stereotypową wizję tego górzystego regionu. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę ignoranctwo zachodnich społeczeństw, to sukces. Ludzie jednak powinni więcej czytać, by zrozumieć, że sam Dalajlama nie widzi szansy na „Free Tibet”. 

Jest jeszcze jeden problem, o którym się w ogóle nie mówi. Dalajlama, choć bardzo popularny w świecie, nie jest tak krystalicznie czysty, jak się go nieraz przedstawia. Na pewno każda osoba interesująca się Tybetem spotkała się z książką„Siedem lat w Tybecie. Moje życie na dworze Dalajlamy” napisaną przez Heinricha ,Harrera, byłego nauczyciela przywódcy duchowego Tybetańczyków. Okazało się, iż ten człowiek był członkiem NSDAP i SS. Ta rysa jednak o niczym nie świadczy, bo tak naprawdę trudno uznać, by Dalajlama ideały narodowosocjalistyczne wprowadzał w życie. Okazuje się jednak, że Dalajlama ma więcej podejrzanych znajomości. Czy wszystkie można przypisać wrodzonej dobroci i jednocześnie pewnej uroczej naiwności? Jeżeli do tego dodamy fakt, iż na początku popierał porozumienia z Chinami, a nawet był w pewien sposób zafascynowany maoizmem, okazuje się, że jak każdy, popełniał błędy, bardzo kosztowne błędy. Inna sprawa, że w latach 50-tych świat wcale nie kwapił się do pomocy Tybetowi, ale o czerwonym papierku lakmusowym już pisałem.

Siła Dalajlamy polega na jego potędze duchowej, ale również na umiejęnościach medialnych. To doskonały przykład na to, że można pokazać prawdziwe oblicze Chin i jednocześnie nie atakować tego państwa zbyt agresywnie. Łagodność Dalajlamy jest jego siłą. Jego kompromisowość jest doskonale sprzedawana, chociaż tak naprawdę jego oczekiwania w/s autonomii wcale nie są minimalistyczne. Tybetańczycy zaczynają się już niecierpliwić. Szczególnie młodzież, która nie zna innych realiów życia niż pod okupacją. Działający głownie na emigracji, Kongres Młodzieży Tybetańskiej, radykalizuje swoje stanowisko. Młodzi coraz mniej chcą słuchać Dalajlamy. Uważają, że jest nieskuteczny, ich sympatia idzie w stronę fundamentalistów. Duchowy przywódca nie jest dla nich prawdziwym autorytetem. Bardzo możliwe, że po śmierci Dalajlamy, młodzież wkroczy na drogę bezpośredniego starcia z Chińską Republiką Ludową. Ta walka jest skazana na porażkę, bo w takiej sytuacji dojdzie do brutalnej pacyfikacji. To młodzież najbardziej ucierpiała w wyniku represji po majowych zamieszkach. Wynikały one z poczucia bezradności i wściekłości wobec skuteczności chińskiej polityki. Reakcja świata była zresztą standardowa. Słowa, nie czyny. Igrzyska odbyły się normalnie i bez zakłóceń.

Tybet znajduje się więc między młotem, a kowadłem. Żadna z dróg – ani pokojowa, ani wojenna, nie doprowadzą do uwolnienia Tybetańczyków. Pozycja Chin umacnia się z każdym dniem. Chińczyków stać na ostentacyjne odwołanie spotkania z Unią Europejską ze względu na gdańską rozmowę Sarkozy-Dalajlama Jedyną szansą dla Tybetu jest wspieranie kultury i upowszechnianie informacji na jej temat. Tak naprawdę rządy (np. amerykański) tylko pozornie mówią o tej sprawie. Alibi przed opinią publiczną. Trzeba też informować świat na temat konsekwentnej polityki chińskiej, która doprowadzić ma tybetańską kulturę do utraty ducha, a umożliwić jej jedynie pozostanie folkolorem.

Współpraca: Michał Kołakowski

Więcej o Chinach

Władze chińskie idą na "ustępstwa" – MKOL znowu zrobiony w bambuko

Chińska imaginacja

MAP – nie dla psa kiełbasa

Brak komentarzy

Kolejne geopolityczne zwycięstwo Rosji. Gruzja i Ukraina nie dostaną w tym roku MAP-u. (Planu na Rzecz Członkostwa). W ten sposób państwa te pokutują. Gruzini za sierpniowy konflikt, w wyniku którego ostatecznie pogodzić się będą musieli ze stratą Abchazji i Osetii Południowej. Z kolei Ukraińcy mają obecnie bardzo niestabilną sytuację polityczną, która została sprowokowana przez m.in. Moskwę. W efekcie Rosja odsunęła groźbę rozszerzenia NATO. Szczególnie, iż w roku 2008 jest to kwestia bardziej polityczna niż militarna. Sojusz Pólnocnoatlantycki boi się ryzyka, ale nie od dziś wiadomo, że „kto nie ryzykuje ten nie wygrywa”. 

Zamieszanie polityczne w polityce ukraińskiej jest typowym przykładem konfliktu politycznego podsycanego przez Moskwę. Biorą w nim udział trzy strony – prezydent Juszczenko, premier Tymoszenko i szef Partii Regionów – Janukowycz. Kombinacja w parlamencie (i nie tylko) jest bardzo prosta – partia Tymoszenko i Partia Regionów są w stanie napsuć krawi Juszczence, za to Juszczenko wraz z Janukowyczem lub Tymoszenko może przechylić szalę na swoją stronę w stosunku do trzeciej siły. Mamy do czynienia z takim nieformalnym trójpodziałem wpływów. Rosjanie rozgrywają to na swoją korzyść, wspierając Janukowycza i obiecując Tymoszence ewentualne wsparcie w wyborach prezydenckich. Juszczenko też był przez jakiś czas kokietowany, ale obecnie jego pozycja słabnie. Uznawany jest zresztą za antyrosyjskiego. Europa ma jeden wielki problem, Julia Tymoszenko uparła się, by być prezydentem, jak to kobieta, i teraz wydaje się, iż temu celowi podporządkowała swoją polityczną działalność. W obliczu rozłamu w obozie pomarańczowych, bardzo spadają szansę Juszczenki, który jest powszechnie uważany za nieskutecznego. Z trójki Juszczenko, Tymoszenko, Janukowycz największe szanse na zwycięstwo zyskuje … Janukowycz, którego elektorat jest stały i nie zagrożony.

Co to oznacza dla europejskich aspiracji Ukrainy? Permanentny kryzys. NATO (ani UE) nie zgodzą się na członkostwo (w tym przypadku nawet na MAP) dopóki sytuacja polityczna nie ustablizuje się. Nad tym, by się nie unormowała, pracuje z pewnością sztab przyjaciół Ukrainy w Moskwie i kilku ludzi na Krymie. To jest dopiero drażliwa kwestia. Rosja ma tam intrumenty wpływu tylko niewiele mniejsze niż miała w Abchazji i Osetii Południowej. Do tego dochodzi stacjonowanie floty czarnomorskiej, co jest istotnym elementem strategicznym Rosjan, a przypomnę, iż Juszczenko postanowił nie przedłużać umowy o dzierżawie rosyjskiej bazy. W interesie Moskwy jest więc zmiana władzy oraz dalsza destabilizacja Krymu. Co więcej, Ukraina jest przeciez gospodarczo uzależniona od swojego wschodniego sąsiada. Decyzja NATO o nienadawaniu MAP-u ma charakter defetystyczny. Państwa zachodnie boją się zaangażowania w tamtym regionie, gdyż ciągle żyją w przeświadczeniu, że to rosyjska strefa wpływów. Sytuację tę próbuje zmienić polska dyplomacja, jednak nie jesteśmy na tyle silnym ośrodkiem, by wytyczać politykę NATO. Juszczenko też jest za słaby, by jednoosobowo decydować o przyszłości Ukrainy. Sytuacja Rosjan, niedawno jeszcze niezbyt dobra, poprawiła się. Szczególnie, iż duza część Ukraińców – z przyzwyczajenia – woli patrzeć się na wschód.

Z Gruzją problem jest dużo bardziej złożony ze względu na konflikt z Rosją, historię i prezydenta Saakaszwilego, którego Europa nie chce nagradzać za jego czyny. Politycy NATO uważają, iż nie mogą mieć w swoich szeregach kogoś tak nieprzewidywalnego jak prezydent Gruzji. Znowu – istnieje stronnictwo progruzińskie i te, nazwijmy je pragmatycznym, które spokojnie czeka na rozwój sytuacji. W odróżnieniu od Ukrainy, idea integracji z NATO i UE ma w tym państwie wysokie poparcie. Cóż z tego, jeżeli Saakaszwili raz na jakiś czas wykona jakąś nieodpowiedzialną akcję w stylu tej sierpniowej czy tej z prezydentem RP? Gruzja ma szansę wejść do NATo, ale być może pierwszym warunkiem będzie albo opanowanie nerwów przez krewkiego prezydenta albo jego wymiana na polityka bardziej odpowiedzialnego. NATO nie może sobie pozwolić na to, by państwo, które do niego należy, w tak łatwy sposób wchodziło w konflikt z Moskwą. Inna sprawa, ze Gruzja powinna zostać objęta specjalną ochroną, bo wspieranie Tblisi jest w interesie Sojuszu. Nikt jednak tego obecnie nie zamierza robić.

Wstrzymanie się z przyznaniem MAP-u jest więc, z jednej strony, decyzją racjonalną, wymuszoną sytuacją polityczną, ale z drugiej pokazująca, iż Europa (i Ameryka) boją się w tym momencie walki o wpływy z Moskwą w jej byłych republikach. Zachód kiedyś będzie musiał się na to zdecydować, na razie jednak odłożył polityczną konfrontację i oddaje inicjatywę Moskwie. Niewykluczone, że za kilka miesięcy Ukraina i Gruzja dostaną w końcu Plan na Rzecz Członkostwa, ale przygnębiające jest poczucie bezradności polityków europejskich. Moskwa nie szanuje słabych, jedyny argument, który uznaje, to siła, dlatego trzeba być równie bezwzględnym. Decyzja – przejmujemy Kijów i Tblisi, powinna być jednym z głównych elementów strategii XXI wieku, bo gdy te państwa znajdą się w naszej strefie wpłwów, to z innymi pójdzie już dużo łatwiej.

Polecam jednak cierpliwość. Moskwa posiada tyle możliwości wpłwania na Tblisi i Kijów, że droga tych państw do NATO nie będzie usłana rózami. Trzeba jednak ten krok zrobić, bo im dalej strefa NATO, tym dalej wpływy rosyjskie, a to jest dla Polski (i Europy) niezwykle istotne. Przy czym tak naprawdę te państwa są na początku drogi do integracji. Na początku – szczególnie Ukraina – muszą spełnić warunki polityczne, a z tym ostatnio jest największy problem. NATO nie chce przyjąć w swoje szeregi najsłabszego ogniwa, które w dodatku jest infiltrowane przez Federację Rosyjską.

Unijna “demokracja” w Pradze

3 komentarzy

Są momenty, gdy język rozmów politycznych bardziej śmieszy niż straszy. W przypadku rozmów Vaclava Klausa z przedstawicielami Parlamentu Europejskiego niestety tak nie jest.  Mamy do czynienia z czymś przerażającym. Cywilizacyjnym poczuciem wyższości nad prezydentem Republiki Czeskiej. Cała rozmowa dostępna jest tutaj. Zakładam, że przedstawiony stenogram jest w 100% prawdziwy. Zachęcam do zapozniania isę z całym zapisem rozmowy.

Celowo piszę o tej rozmowie, gdyż mam nieodparte wrażenie, iż polskie media tę sprawę przemilczały, a ja uważam, iż o tej nieprzyjemnej konwersacji po prostu trzeba podyskutować, gdyż pokazuje, że wartości są dla polityków z Parlamentu Europejskiego w porządku, gdy głoszą je na wiecach, a zupełnie tracą na znaczeniu w trakcie negocjacji.

Ufam, iż uda mi się przebić z tym tematem. Uważam, że tak potężne próby wpływania na państwa, które nie są jednoznacznie "za" Traktatem Lizbońskim, to po prostu oznaka upadku europejskich standardów.

Zaczyna Martin Schulz reprezentujący socjaldemokratów. Trzeba zaznaczyć, że był bardzo uprzejmy i dyplomatyczny. Pozwolę sobie skomentować jednak ostatnie dwa zdania.

"(…)Traktat Lizboński jest konieczny, nieunikniony, absolutnie niezbędny. Wiem, że w tym względzie ma Pan poniekąd kontrowersyjne poglądy, panie Prezydencie.(…)"

Konieczny, nieunikniony i absolutnie niezbędny. Co to za argument? To samo można powiedzieć o euro. Przyjęcie europejskiej waluty jest konieczne, nieuniknione i absolutnie niezbędne. Nieprzyjęcie europejskiej waluty jest konieczne, nieuniknione i absolutnie niezbędne. Można też się troszkę pobawić słowem. Zajście w ciążę jest konieczne, nieuniknione i absolutnie niebędne. Kradzież samochodu jest konieczna, nieunikniona i absolutnie niezbędna (np. dla złodzieja). Taka argumentacja jest po prostu idiotyczna, bo można podstawić dowolny wyraz na początku i konstrukcja jest taka sama. Pusta forma, bez treści. Słowa nie mają wartości.

Nie mogę sobie odmówić skomentowania wypowiedzi Grahama Watsona. Jest dyplomatyczny i z klasą, ale…

„(…) Historia pokazała, że znalezienie rozwiązania umożliwia europejska solidarność, która pozwoliła nam zatrzymać wejście Rosji do Gruzji. (…)”

Jeśli ktoś uważa, że Rosjanie nie zajęli Tblisi dlatego, że Sarkozy wynegocjował porozumienie, to … niech tak myśli dalej.

Rosjanie nadal stacjonują na terenie, który był pod jurysdykcją gruzińską przed wybuchem konfliktu, nie mówiąc o zniszczonej infrastrukturze tego kraju. Zasługi UE dla Gruzji nie są wcale tak duże. Nie tym jednak zajmuje się w moim dzisiejszym komentarzu, dlatego kończę tę dygresję.

Pora więc przejść do meritum.

Daniel Cohn-Bendit

"(…)Traktat Lizboński: Pana pogląd na to mnie nie interesuje, chcę wiedzieć, co pan zrobi, aby zatwierdził go czeski sejm i senat. Będzie Pan respektował demokratyczną wolę przedstawicieli narodu? Będzie Pan musiał to podpisać. (…)"

Europoseł Zielonych – Wolnego Sojuszu Europejskiego chyba troszkę przesadził. Uznał, że wszelki inny pogląd niż jego, jest nieobowiązujący. Przynajmniej był szczery – w bardzo dyplomatyczny sposób określił, że pogląd jego rozmówcy nic dla niego nie znaczy. Prawdziwa sztuka retoryki. Nie muszę chyba dodawać, że pytania zadawane są w dość tendencyjny sposób. Na końcu oświadcza jeszcze, że „będzie Pan musiał to podpisać”. Nawet nie zamierzam tego komentować. Powiem, jak pewna grupa muzyczna „musi to na Rusi”. 

Co do „respektowania demokratycznej woli przedstawicieli narodów”, to przecież głosowania w czeskim parlamencie jeszcze nie było, a po drugie, dlaczego nie „respektowania demokratycznej woli swojego narodu”? Tak, mam na myśli referendum przed którym cały europejski estabilishment ucieka. Nie chce powtarzać samych argumentów Klausa. Warto je przeczytać.

Znowu Daniel Cohn-Bendit…


"(…)Co więcej, chcę, aby Pan mi wyjaśnił, jaki jest poziom Pana przyjaźni w panem Declan Ganley'em z Irlandii. (…)
To jest człowiek, którego majątek pochodzi z wątpliwych źródeł i chce je teraz wykorzystać na finansowanie swojej kampanii wyborczej do PE.(…)"

To jest wręcz obraźliwe. Jeżeli posiada dowody przeciwko Ganley'owi to powinien zgłosić to irlandzkiej prokuraturze. Ja na przykład też mam wątpliwości wobec wielu ekologicznych organizacji i tzw. ekoterroryzmu, ale nie piszę o tym w każdej mojej notce, bo tak naprawdę nie jestem w stanie tego udowodnić. To, że ktoś ma nieustalone źródła pieniędzy, nie oznacza, że jest złodziejem.  

Poza tym, że jawnie obrażany jest prezydent, który przecież może się spotykać z kim chce, to tak naprawdę głónym problemem Ganley'a jest to, że te pieniądze chce wydać „nieodpowiednio”. 

Czas na Briana Crowleya. Ten to dopiero jest matematykiem, ale o tym za chwilę.

"(…) Ja jestem z Irlandii i jestem członkiem tamtejszej partii rządzącej. Mój ojciec walczył całe życie o niepodległość przeciw brytyjskiej dominacji. Wielu moich krewnych straciło z tego powodu życie. Mogę sobie zatem pozwolić, żeby powiedzieć, że Irlandczycy chcą Traktatu Lizbońskiego. (…)"

To zabawne, bo w referendum stwierdzili inaczej. Taki typowo irlandzki psikus? Z tego, co mi się wydaje, to o tym, czy Irlandczycy chcą TL decydują sami Irlandczycy, a nie Brian Crowley. Chociaż – żeby było jasne – nie podważam tego, iż jest Irlandczykiem…

Nie wiem, jak on sobie tych zwolenników TL policzył. Chyba sondażowo.

Ja też mogę zapewnić, że Marsjanie są za Traktatem Lizbońskim. Co, zabroni mi ktoś?

"(…)Przez fakt, że po przyjeździe do Irlandii spotkał się Pan z Ganley'em, dopuścił się Pan obrazy irlandzkiego narodu. Ten człowiek nie wykazał, z czego finansował swoją kampanię. Spotkać się z kimś, kto nie posiada mandatu z wyboru jest niebywałą zniewagą narodu irlandzkiego. Chcę Pana po prostu poinformować, jak to odczuwają Irlandczycy. (…)"

Wydaje mi się, że jednak istnieje pewna rozbieżność pomiędzy stanowiskiem społeczeństwa, a Briana Crowley'a. Jeżeli ten Ganley to taki przestępca, to czemu odpowiednie służby nie zamykaą go w więzieniu? 

Stwierdzenie, że prezydent Klaus obraża naród irlandzki, bo spotyka się z kimś bez mandatu, stwarzałoby niebezpieczny precedens, wg którego prezydenci mogą spotykać się tylko i wyłącznie z posłami, senatorami, radnymi etc. Najbardziej denerwujący jest jednak ton. Europosłowie pouczają prezydenta suwerennego państwa.

Irena Belohorska – ze Słowacji


"(…) Traktat z Nicei jest traktatem dla 15 krajów, ale Unia się rozszerzyła. Traktat Lizboński jest traktatem dla 27 krajów i dlatego jestem niezadowolona z tego, że najwyższy przedstawiciel jednego z nowych krajów członkowskich występuje przeciw temu właśnie traktatowi, nad którym wspólnie pracowaliśmy. (…)"

To akurat nic ponad wyrażenie stanowiska, ale muszę wyprostować tę piramidalną bzdurę. Traktat z Nicei negocjowany był dla 27 krajów, o czym świadczą parytety, podziały głosów w RUE i Parlamencie Europejskim. Z założenia Traktat z Nicei miał obowiązywać dla 27 państw. 

Znowu przeuroczy Brian Crowley

"(…) Pan nie będzie mi mówił, jakie poglądy mają Irlandczycy. Jako Irlandczyk wiem to najlepiej. (…)"

Po prostu Irlandczycy to taki naród, który nie wyraża swojej prawdziwej opinii w referendum. Na całe szczęscie są „demokratyczni” politycy, którzy wiedzą lepiej, czego oczekuje społeczeństwo. To mi coś przypomina…

Resztę rzeczy uznaję za będąće w „granicach dobrego smaku”. Nie chcę się czepiać ani Klausa, ani Poeterringa. 

W każdym razie zadaje pytanie. Czy to jest demokracja? Tak powinno podejmować się decyzję w ramach UE? Czy to jest projekt Europy dla wszystkich, czy Europy dla tzw. „Europejczyków”?

 

Więcej o problemie Traktatu Lizbońskiego
- Lizbona albo śmie…ch
- Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego
- Sarkozy – mistrz obłudy powraca
- Sarkozy – mistrz obłudy
- Referendum – a może jednak będzie po mojemu i rydzykowemu?
- Unia dla obywatela, czy obywatel dla Unii?

 

Indie w ogniu – demokracja w defensywie

Brak komentarzy

Walki indyjskich antyterrorystów z islamskimi fundamentalistami uznać należy za symboliczne i przełomoe. Po raz pierwszy doszło do tak bezpośredniego starcia z terrorystami, w centrum miasta. Bilans jest tragiczny. Zwróciłbym uwagę na rangę tego wydarzenia z innego powodu.

Terroryści w Indiach opracowali inny system organizowania zamachów. Bandy terrorystów atakują obiekty cywilne z bronią w ręku. Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia już w Rosji, ale Rosji nie uznałbym za państwo z tradycjami demokratycznymi. Poza tym żądania terrorystów miały tam wymiar przynajmniej minimalnie polityczny. Co innego Indie. Władze w New Delhi stoją przed niezwykle trudnym dylematem. Czy ograniczyć swobody obywatelskie w zamian za bezpieczeństwo? Demokracja znalazła się w defensywie. Jeżeli rząd indyjski nie podejmie radykalnych kroków, to będzie bezradny wobec terrorystów, tak jak cały świat bezradny jest wobec piratów w Zatoce Adeńskiej. 

Jednym z największych zagrożeń dla demokracji jest właśnie brutalizacja życia. Ludzie powoli tracą wiarę w to, że władza jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwo. Indie są krajem rozwijającym się niezwykle szybko, ale również o olbrzymiej różnicach gospodarczych. W związku z tym trudno ten kraj uznać za stabilny politycznie. Terroryści uderzają w fundamenty. Ugrupowania tego typu stają się coraz większym problemem. Nikt przecież nie chciałby, aby takie obrazki powtórzyły się w Londynie, Paryżu czy Berlinie. Czy to takie nierealne?  

Mówi się o tym, że terroryści z Bombaju mogą mieć brytyjskie obywatelstwo. Coraz większym problemem są – że tak ich nazwę – wtórni terroryści. Ludzie w drugim lub trzecim pokoleniu urodzeni w Europie, którzy są podatni na radykalną ideologię. Nie przypuszczam, by zawsze kontrwywiad mógł powstrzymywać takie zamachy. Ludzie ci nie czują się związani ze swoim społeczeństwen, obecny jego kształt uznają za źródło niesprawiedliwości. Tak naprawdę jest to olbrzymi problem cywilizacyjny, przed którym stoi Europa. Prawdziwy koń trojański wierzący w Allaha.

Rządzący też mają niesamowity problem. Szturmować taki budynek i dopuścić do śmierci dużej liczby zakładników, czy spełnić żądania terrorystów np. zwolnienia 200 osób z więzienia? To nie jest problem finansowy, oni nie chcą pieniędzy, ani bezpieczeństwa. Im chodzi o tzw. „wyższe wartości”. Wypuszczenie więźniów doprowadzi do tego, że w przyszłości zagrożonych może być 10 razy więcej ludzi. Terror jest stosowany, gdyż jest skuteczny. O ile piratów można traktować z lekkim przymrużeniem oka – im chodzi tylko o zysk, w dodatku te pieniądze bardzo często inwestują w swoim kraju, czym w skali mikro przyczyniają się do walki z biedą, o tyle terroryści nie spoczną, póki nie osiągną swego celu…. lub zginą.  Wolę to drugie.

W najbliższym czasie możliwe jest uaktywnienie się terrorystów. Wszakże prezydentem zostanie Demokrata, uznawany za bardziej miękkiego niż G.W. Bush. Terroryści będą chcieli go nastraszyć i zmusić do podjęcia polityki defetyzmu. Strategicznym celem Stanów Zjednoczonych powinno być więc utrzymanie obecnego kursu. Nie będzie to korzystne dla USA, ale będzie to mniej szkodliwe niż nagłe poddanie się w wojnie z terroryzmem. Wybór Indii jest nieprzypadkowy. To sojusznik Waszyngtonu oraz najbardziej liczne państwo demokratyczne. Z zamachem nie wiązałbym Pakistanu, bo władze tego kraju nie miały żadnego powodu, by przyczyniać się do śmierci ludzi w Bombaju.  

Nie widzę żadnego usprawiedliwienia dla tego aktu terroru. Teraz powstaje dylemat społeczny. Czy ludzie poradzą sobie psychicznie z zagrożeniem? Strach, co prawda uzasadniony, byłby najgorszą możliwą odpowiedzią. Terroryści są coraz lepiej wyszkoleni Szturm komandosów oznacza pewną śmierć, na którą oni są gotowi, a wręcz jej oczekują. To może być największe zagrożenie cywilizacyjne. Władze muszą zaostrzyć kurs, ale czy niestabilna demokracja indyjska znajdzie odpowiednią formułę? W Europie jest dużo bezpieczniej, ale jednocześnie potencjalni terroryści mają większa ochronę prawną  To tragiczne, że terroryści wykorzystują europejskie fundamenty demokratyczne przeciwko nam…

To jest niestety błędne koło, bo pytanie, co ważniejsze – standardy demokratyczne czy walka z terroryzmem, nie jest niczym nowym. Wspomnę choćby o Guantanamo. Nie wszyscy ludzie są tam osadzeni zgodnie z prawem. Czy taka jest dla demokracji cena bezpieczeństwa? Prawda nie zawsze obroni się sama. 

Izrael potrafił sobie proadzić z tym wyzwaniem, ale Żydzi to specyficzny naród. Czy chcemy, by każde państwo wyglądało jak Izrael? Nie przypuszczam. Terroryzm trzeba zniszczyć w zarodku, ale jak? Na początku trzeba sprawić, by stał się mniej medialny, bo bez efektu propagandowego terroryści tracą swojego najsilniejszego zwolennika – Strach. Gorzej, że i w tym względzie politycy zachodni są hipokrytami i dla własnego interesu starają się z tym w/w Strachem współpracować, wyolbrzymiając go lub zmniejszając.

Więcej o demokracji.

- Demokratyczna farsa w Azerbejdżanie

- Demokracja na Białorusi – miłość dla naiwnych

- Kompromitacja FARCu – sukces czy porażka rządu kolumbijskiego?

 Nowsze artykuły123...242526272829303132Starsze artykuły