Co roku na jesień, tak mniej więcej od 2003 roku, pojawia się ten sam temat. Irański program atomowy. Izrael twierdzi, że jest gotowy do ataku, a Iran, że jest przygotowany na obronę, a jego program ma jedynie cel pokojowy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można ocenić, iż sytuacja ta powtórzy się w przyszłym roku, a potem jeszcze w następnym. Zazwyczaj zaczyna się tak samo – od przecieków z raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej stwierdzającej, iż Iran prawdopodobnie pracuje nad skonstruowaniem broni atomowej.
Izrael i Iran – jakie cele?
Dla zrozumienia sytuacji należy przedstawić sytuację strategiczną obydwu państw. Izrael jest izolowany w regionie, a chłodne stosunki łączą go nawet z tymi nielicznymi państwami, z którymi posiada stosunki dyplomatyczne (Jordania, Egipt, Turcja). Najważniejsza dla każdego premiera Izraela jest polityka bezpieczeństwa, a jednym z jej głównych założeń jest monopol na broń atomową. Każdy, kto zdecyduje się zaatakować Izrael w celu jego zniszczenia, musi liczyć się z tym, iż również jego kraj zakończy swoją egzystencję i stanie się niezamieszkaną pustynią.
Iran z kolei potrzebuje broni atomowej wcale nie po to, aby Ahmadineżad mógł wcisnąć przycisk i zniszczyć Izrael. Irańskiej dyplomacji marzy się przywództwo w świecie muzułmańskim i status mocarstwa regionalnego. Zamiast go uzyskać przy pomocy gospodarki, Persowie postawili na siłę militarną. Pozyskanie broni atomowej wzmocniłby pozycję Teheranu w regionie kosztem m.in. Arabii Saudyjskiej, ale także Stanów Zjednoczonych, jednocześnie osłabiając znaczenie przewagi atomowej Izraela. Program atomowy jest więc narzędziem politycznym – stąd też niejednoznaczna polityka Moskwy i Pekinu, które godzą się na nakładanie miękkich sankcji, ale nie chcą topić ajatollahów. Sama Rosja rozgrywa o tyle ciekawą partię, iż z jednej strony, sama pomaga w budowaniu elektrowni atomowych w Iranie, a z drugiej, głosuje za sankcjami i wycofuje się z realizacji kontraktu na dostawę systemów przeciwlotniczych S-300.
Izrael i Stany Zjednoczone – ze względu na swoją pozycję – muszą czynić wszystko, aby Iran nie wszedł w posiadanie broni atomowej, a Iran – ze względu na swoją potencjalną pozycję – stara się takową broń zdobyć albo przynajmniej przekonać wszystkich, iż nad nią pracuje.
Eskalacja konfliktu
Uprzejmości wobec Iranu są wręcz nieustannie. Podejrzane wybuchy, śmierć naukowców pracujących przy programie atomowym czy tajemniczy wirus Stuxnet, który miał zastopować irański program atomowy – tak wyglądał ten rok.
To jednak nic w porównaniu z potencjalnym bombardowaniem. Jedno jest pewne – jeżeli atak nastąpi to na pewno w momencie, gdy nikt się tego nie będzie spodziewał. Izrael, jeżeli poczuje, że zagrożone jest jego bezpieczeństwo i nie ma innego wyboru, dokona ataku. Największy ból Izraelczyków jest jednak inny. Prezydent Obama średnio pali się do wspomagania takiej akcji – a przecież bombowce gdzieś muszą wylądować, a także przez czyjąś strefę lotniczą (Irak?) przelecieć. Ponadto – nie ma żadnej gwarancji, że bombardowanie przyniesie wymierny efekt. Panuje powszechne przekonanie, że ewentualny atak – bardzo kosztowny politycznie – może jedynie wstrzymać prace nad bronią o – mniej więcej – dwa lata. Iran w odpowiedzi zdestabilizowałby – i tak niespokojny – region poprzez swoje działania w Libanie (Hezbolllah), Iraku czy Arabii Saudyjskiej.
Polityka jest więc tutaj decydująca. W zamieszaniu wokół atomowego Iranu największą rolę odgrywają interesy poszczególnych państw i ich pozycja w regionie, a w mniejszym stopniu kwestie pokoju na Bliskim Wschodzie, którego nie chce ani Izrael, ani, Iran. W samej układance najciekawszy – z punktu widzenia Teheranu – jest inny fakt. Przy obecnej technologii i celności (a raczej niecelności) rakiet, wycelowanie w Tel Awiw może się skończyć Holocaustem nie narodu żydowskiego, a palestyńskiego…
źródło: follow.salon24.pl autor zdjęcia: Jan Słupski miejsce: Plac Konstytucji
Jedenasty listopada, 1918 roku. Data “rozejmu” (choć w zasadzie to kapitulacji) Niemiec z Ententą oraz czas rozbrojenia Niemców w Warszawie przez Józefa Piłsudskiego i wierne mu oddziały. Pamiętacie, kto pojechał do Francji na negocjacje warunków pokoju w ramach Traktatu Wersalskiego? Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski. Marszałek nie był z tego tytułu zbyt szczęśliwy, ale rozumiał konieczność historyczną, a przede wszystkim fakt, że to m.in. Roman Dmowski stał na czele Polskiego Komitetu Narodowego, uznawanego przecież przez państwa zwycięskiej koalicji za oficjalnych polskich przedstawicieli.
A teraz co widzimy? Festiwal wyzwisk – jedni mówią o drugich tylko “faszyści”, a drugi o pierwszych, że “lewaki” i “pedały”. Brakuje umiarkowania, a przecież zarówno lewica, jak i prawica, mają w swoim polskim życiorysie piękną kartę niepodległościową. Gdyby Piłsudski z Dmowskim kłócili się w równym stopniu, to dziś pisałbym ten tekst – w zależności od rozwoju wypadków – albo po niemiecku albo po rosyjsku.
Dzień “atrakcji” – kilka założeń wstępnych
Ustalmy kilka rzeczy dla porządku, przed opisaniem przeze mnie tego, co widziałem w dniu 11 listopada, dniu naszego (tak, naszego, a nie waszego, ich, jego, jej itd) Święta Narodowego.
Po pierwsze, mam ograniczony zasięg wzroku – mogę tylko widzieć to, co zaobserwuję. Banał, ale np. dziennikarze “Gazety Wyborczej” czy “Rzeczpospolitej” nie potrafią się do tego zastosować. Dlatego jak ktoś mi mówi, ze z tyłu marszu było spokojnie i rodzinnie – jestem mu w stanie uwierzyć. Proszę tylko w zamian o jedno – liczę na wiarę w to, że tak jak ja nie mogłem widzieć tego, co było z tyłu, tak ci sami – mówiący o spokojnym marszu – nie mogli widzieć tego, co było z przodu. Myślę, że to dość logiczne rozumowanie i bez jego przyjęcia nie możemy mówić o żadnej dyskusji.
Po drugie, nie mogę się rozpisywać na temat Kolorowej Niepodległej, bo mnie na niej nie było (!!!!). Uważam jednak, że blokowanie legalnego przemarszu jest ewidentną eskalacją konfliktu, a nie próbą pokojowej manifestacji. Nie znaczy to jednak, że można tym usprawiedliwić zachowanie w stylu rzucanie petardami w policję, użycia koktajlów Mołotowa, niszczenie mienia (w tym państwowego – jaki patriota niszczy coś, co należy do jego państwa?!) czy ganianie kamerzystów TVNu-24.
Po trzecie, takie same czyny jednej strony należy ocenić analogicznie z tymi popełnionymi przez drugą stronę. Po jednej i po drugiej stronie ludzie mieli prawo zamanifestować swoje poglądy, w sposób zgodny z prawem.
Po czwarte, choć niektórym będzie ciężko w to uwierzyć, nie mam interesu w oczernianiu (i wybielaniu) kogokolwiek. Nie jestem członkiem ONR-u, MW, ale też nigdy nie miałem nic wspólnego zarówno z “Krytyką Polityczną”, ale także “Gazetą Wyborczą”. Podziwiam logikę ludzi, którzy uważają, że jak ktoś krytykuje skutki MN negatywnie, to jest “lewakiem”, a jak skupia się na Niemcach atakujących grupę rekonstrukcyjną czy ludzi z flagami – faszystą. Świat nie jest dwubiegunowy i pora sobie to uświadomić. O jednym wydarzeniu NIE MOŻNA MÓWIĆ bez pamiętania o drugim. Jeżeli ktoś tak czyni, jest najzwyczajniej nierzetelny. Za swoje teksty nie otrzymuje również pieniędzy.
Tak to leciało – Nowy Świat i anarchiści zabarykadowani w “Nowym Wspaniałym Świecie”
Dzień po imprezie nigdy nie jest prosty i częstokroć sprzyja przygodom. Tak też było tym razem, gdy na porannym spotkaniu z Michałem Kolanko (blog Spin Room, portal “wpolityce.pl”) zaciekawiony jego pójściem na MN, postanowiłem się tam udać wraz z nim. Miałem tylko zjeść zestaw All American w Jeffsie, a skończyło się na Nowym Świecie, potem Placu Konstytucji, a na końcu – na Rozdrożu.
Zacznijmy zatem od Nowego Światu – około godziny 13. Mnóstwo ludzi, w tym rodzice i babcie z dziećmi, kulturalnie przyszli obejrzeć defiladę. Zresztą – przyznać muszę, iż bardzo interesującą. Budujące widoki starszych pań proszących by przepuścić do barierki ich wnuki, aby mogły zobaczyć samochody wojskowe czy przemarsz żołnierzy. Ludzie byli do siebie przyjaźnie nastawieni. Tak powinien wyglądać cały dzień.
Jedno wydarzenie zakłóciło przebieg – niemieccy anarchiści zabarykadowani w “Nowym Wspaniałym Świecie”. Cokolwiek by nie mówić – naprawdę byłby to nadzwyczajny zbieg okoliczności, gdyby się okazało, iż znaleźli się tam przez przypadek, bo na całym Nowym Świecie jest kilkadziesiąt kawiarni, restauracji itd. Średnio mi się w to chce wierzyć. Efektem była zmiana przemarszu defilady i kordon policji pod “NWŚ”.
(filmik nagrany przez “Nowy Ekran”)
Trzeba napisać otwarcie – ich zachowanie to skandal. Atakowanie ludzi za to, że noszą polską flagę czy są grupy rekonstrukcyjną wojsk Księstwa Warszawskiego jest niedopuszczalne. Nie życzę sobie takich gości z Niemiec i najchętniej zapoznałbym ich z instytucją trzymiesięcznego tymczasowego aresztowania, a także zarzutami, nie z Kodeksu Wykroczeń, a z Kodeksu Karnego. Zresztą – wyraziłem to w sarkastycznym komentarzu na miejscu, że to miło ze strony Niemców, że znowu zostaną przez Polaków rozbrojeni w dniu 11 listopada.
Lewica nie ma prawo pouczać prawicy, dopóki sama nie upora się z takimi przypadkami. Jak można pozwolić na to, aby Polacy w Dniu Niepodległości byli bici za to, że wyszli z flagami? Ktoś przecież też zapraszał tych ludzi – nawet w sposób otwarty na stronie internetowej. Jeżeli lewica nie uderzy się w pierś – powinna się zamknąć.
Niemców jednak na Placu na Rozdrożu i na Placu Konstytucji nie było…
Plac Konstytucji i bitwa z policją
Cóż, po Nowym Świecie i budującym widoku polskich patriotów, w tym rodzin z dziećmi, przeniosłem się – wraz z Michałem, Rybitzkim oraz Followem na Plac Konstytucji. Po drodze mijaliśmy wielu “młodych chłopców w sportowym stroju” – część z flagami, część nie.
Przebiliśmy się – chyba nieświadomie – na stronę marszu, tuż przy kordonie policji, która postanowiła odgrodzić Marsz Niepodległości od Kolorowej Niepodległej. Dla zorientowanych – znajdowaliśmy się w okolicach salonu Play’a,, więc w centrum przyszłej bitwy. Zawinęliśmy się jednak stamtąd – ja zresztą bardzo szczęśliwie, bo Michał i Rybitzky pokazali legitymację prasową, a mnie policjant nie chciał przepuścić ze względu na brak tego dokumentu (nota bene – o niemal zerowej doniosłości prawnej). Ostatecznie udało się przedostać (”zapomniałem legitymacji, koledzy mogą potwierdzić”) w okolice KFC – zaraz obok miejsca, w którym rozegra się bitwa.
Nagrania Rybitzkiego. Stałem metr obok niego – na niektórych ujęciach mnie widać
Więc tak:
1) policja, zanim wkroczyła, wzywała do zachowania porządku i przestrzegania prawa – mniej więcej około 10 minut;
2) to demonstranci rozpoczęli zadymę – rzucając petardy, koktajle Mołotowa (tutaj nie jestem na 100% pewien), race i płyty chodnikowe – na filmikach zresztą słychać było, jak jest głośno i ile sprzętu dla ilu ludzi trzeba było mieć “w magazynie”, aby przez prawie pół godziny toczyć bitwę z policją;
3) walce z policją towarzyszył – na początku – krzyk, proszę mi wierzyć, nie kilku małych grup, “precz z komuną”;
4) policja użyła armatek wodnych oraz gazu łzawiącego, z którym – przy okazji – zapoznałem się też ja – można powiedzieć, że aż się wzruszyłem…;
5) podsumowując – policja według mnie nie nadużyła prawa i co więcej, spokojni uczestnicy tego “spotkania”, stojący przy KFC, nie zostali nawet potraktowani armatką, czego się mocno obawialiśmy (nawiasem mówiąc – na “gorąco” myślałem, że jeżeli mnie poleją, to “będę miał za swoje”)
Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi teraz tłumaczył, że policji tam być nie powinno, bo gdyby jej tam nie było, mielibyśmy regularną bitwę, pewnie z ofiarami. Zresztą – uciekający ludzie, bojące się dzieci i ludzie chowający się w restauracjach dowodzą, jakie uczucia panowały na Placu Konstytucji w tamtym czasie. Ktoś powie – to nie organizatorzy Marszu Niepodległości.
Zapewne to prawda, ale trzeba zaznaczyć, że przecież zaproszeni – jak w przypadku niemieckich anarchistów – byli wszyscy, a “kibole” czy też skrajnie prawicowe organizacje to integralna część ich środowiska. Pamięta ktoś poręczenia Kempy? A rzecznika kibiców, Przemysława Wiplera? A Kaczyńskiego broniącego “kontekstu zatrzymania” jednego z kibiców – przy okazji Święta Narodowego? Intelektualnie trzeba być konsekwentnym – jeżeli za niemieckich anarchistów winimy Kolorową Niepodległą i “Krytykę Polityczną”, to za bojówki i bandy agresywnych dresiarzy z patriotycznymi hasłami “jebać policję” i “ITI spierdalaj” na ustach również odpowiada organizator.
Marsz
W końcu jednak Marsz ruszył, a my w pogoni – na skróty – za nim. Najpierw kawałek w nim przeszliśmy. W końcu udało się wyjść przed niego i tą pozycję utrzymaliśmy do końca. Aż do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie działo się nic szczególnego, naturalnie poza kontrowersyjnymi hasłami dotyczącymi czystości narodowej polskiego społeczeństwa Pod KPRM poleciały petardy, bo przecież tam również pojawiła się policja. Marszowi – tj. jego czołówce – towarzyszył patriotyczny śpiew “Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Znowu – nie w wykonaniu małych grup kibicowskich, a Marszu. “Czuję się jak w tuskobusie” – zripostował jeden z moich towarzyszy.
Niezależna TV dobrze oddała atmosferę marszu, w jego najspokojniejszej części.
Gdyby tak wyglądał cały marsz, słowa bym o nim nie napisał…
Im bliżej jednak Placu na Rozdrożu, tym więcej ludzi z zakrytymi twarzami, dresiarzy, bojówek kibicowskich, które zaczęły podbiegać, wyprzedzając czołówkę Marszu Niepodległości. Aż do Rozdroża…
Impreza na Rozdrożu
“Tak, czekamy, jesteśmy z (tu pada nazwa klubu piłkarskiego” – usłyszałem rozmowę rezolutnego młodzieńca. Widząc jednak przemieszczające się grupy paramilitarne czułem się coraz mniej pewnie. Jak już wyżej wspomniałem – dużo z zakrytymi twarzami, a to nie zwiastowało dobrze. Ja coraz aktywniej zacząłem się zastanawiać, w którą stronę biec w razie problemów. Mam około 7 sekund na 60 metrów, więc dałbym radę.
Ewidentnie zaczął się proces, dostrzegalny u pewnego typu osobników, szukania sobie wrogów. Wyzwiska zostały skierowane do policji, ale wiadomo – “powyżej” armatek wodnych i gazu łzawiącego raczej by nie przeskoczyli.
Nagle nadzieje odżyły – z dołu nadbiega grupka osób i już szykuje się na nich komitet powitalny. Niestety – rozczarowanie i żal, bo to narodowcy z Częstochowy.
Skoro więc nie ma anarchistów, bo ci bardziej bojowi zostali zatrzymani dużo wcześniej, to trzeba było zaatakować media. Ja widziałem, w jaki sposób został potraktowany wóz transmisyjny TVN24 oraz uciekającego ze skarpy, przed kilkoma “patriotami”, kamerzystę. Według informacji, jakie uzyskałem później – na całe szczęście nic mu się nie stało, a wyglądało to dramatycznie. Rozpoczęło się niszczenie mienia prywatnego i publicznego.
Tymczasem rozpoczęło się “kto nie skacze, ten z policji”, stojąc na uboczu przewijała mi się jedna myśl – może trochę egoistyczna i naiwna – a jeżeli ktoś prawy zauważy, że ja nie podskakuje z radością? Znowu, skakali wszyscy w zasięgu mojego wzroku po prawej stronie. A co, jeżeli proces szukania wrogów się nie zakończył? Grupki – po części zamaskowane – nadal przebiegały, w poszukiwaniu “szczęścia”… Na przodzie były głownie bojówki i dresiarze, które stały się jednocześnie – być może nieuczciwie – wizytówką Marszu Niepodległości.
Po chwili zawinęliśmy się z Marszu.
Jeden podstawowy wniosek
Za zabezpieczenie marszu odpowiadają organizator i policja. Organizator w zakresie jego przebiegu, a policja – zabezpieczenia interesu publicznego. Jeżeli organizator – a nie wątpię w jego dobrą wolę – nie potrafi zabezpieczyć przemarszu, nie powinien go organizować. Chcąc upowszechnić ideę, zaprosił nieodpowiednich ludzi. Albo jesteśmy dorośli i odpowiedzialni za to, co robimy, albo nie. Jeżeli druga możliwość – lepiej zająć się sadzeniem kwiatków w ogródku.
Problem jest jeszcze inny. Zgoda, w Marszu Niepodległości szły – w przeważającej liczbie – osoby normalne, chcące zademonstrować swój patriotyzm i mające do tego pełne prawo. Gdyby tyle tysięcy osób chciało wywołać zadymę – zniszczenia byłyby sto razy większe.
… Ale przecież niszczenie mienia, ataki na dziennikarzy i policję nie było czymś, czego normalni ludzie nie widzieli i nie dlatego się temu nie sprzeciwili. Chwała jednemu z organizatorów, który bronił – zniszczonego już co prawda – auta TVN, ale przecież dziesiątki, jeśli nie setki osób, widziały, co się działo na Placu Konstytucji i na Placu na Rozdrożu i nikt – poza policją – nie zareagował.
Oczywiście, wymaga to olbrzymiej odwagi cywilnej, bo można poważnie ucierpieć, ale tłum dał – poprzez swoją bierność- przyzwolenie na takie działania. Potem łatwo się odciąć, ale co zrobili organizatorzy, aby zapobiec tym incydentom? Czy też uważają – jak część uczestników – że “zawsze i wszędzie, policja jebana będzie”?
Zapraszam do lektury kolejnego wydania Przeglądu Międzynarodowych Absurdów. Tym razem numer V. Jak zwykle – wielcy, ale również trochę mniejsi, tego świata pracują na to, aby znaleźć się w notowaniu.
6. Premier Grecji proponujący referendum w/s przyjęcia pakietu pomocowego UE
Premier Papandreu wygrałby niechybnie dzisiejsze notowanie, gdyby nie fakt, iż ze swojego pomysłu się wycofał. Przypomnijmy – chciał, aby kwestię następnego pakietu pomocowego dla Grecji rozstrzygnęli Grecy w referendum.
Brzmi nieźle – rzekliby demokraci. Owszem – gdyby nie fakt, że Grecy sami ten pakiet negocjowali i zakłada on pomoc finansową, ale również bolesne reformy, tak niezbędne Grekom. Przeciętny Grek głosowałby zatem, czy chce pomocy (która służyłaby głownie do spłaty długów) i bolesnych cięć (które odczułby na swojej skórze). Według pierwszych badań – przeciwko było ok. 60% społeczeństwa.
Niemcy i Francuzi byli bezwzględni. Jeśli Grecy nie przyjmą propozycji to nie zobaczą już ani euro. Pojawiały się nawet głosy o wyjściu z euro lub nawet całej Unii Europejskiej. Premier Grecji ostatecznie wycofał się ze swojego pomysłu, otrzymał wotum zaufania i teraz czekamy na rozmowy koalicyjne i dalszy ciąg programu.
Cóż, że kiepsko płatna bywa praca dyplomaty – o tym powszechnie wiadomo. Dwójka polskich urzędników postanowiła sobie pohandlować papierosami i – mam wrażenie – że będzie im to dane, ale już na bazarze w Polsce, a nie w Moskwie.
To mi przypomina opowieść o polskich dyplomatach z Azji, gdzie ściągali na potęgę luksusowe samochody, gdyż jako korpus dyplomatyczny byli zwolnieni z cła.
Polak jednak potrafi .
4. Sarkozy jak Chirac!
To, że wszyscy będący poza strefą euro cieszą się z tego powodu jak małe dzieci, rzecz oczywista. Cieszy się na przykład Wielka Brytania, a jej konserwatywny premier – Dawid Cameron – za winne problemów uważa państwa będące w strefie i pozwala sobie na pouczanie innych przywódców. Kopie leżącego, ale trudno go krytykować, bo leżący sobie na to bardzo zasłużył.
Tymczasem jednak prezydent Nicolas Sarkozy postanowił wykorzystać stary sposób Jacquesa Chiraca na dyskusję z przywódcami innych państw. Były prezydent państwa zakomunikował Polsce (i innym państwom popierającym interwencję w Iraku), że straciła okazję, aby siedzieć cicho…
Francuzom i Brytyjczykom zasugerować możemy tylko ochłonięcie i polski wynalazek. Politykę miłości.
3. Dmitrij Rogozin, przedstawiciel Rosji przy NATO, proponuje, aby rosyjski stał się językiem urzędowym UE
Rosjanom trzeba przyznać, iż starają się nie opuszczać czytelników “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów” od samego początku. Kierunek – na samym początku – wskazał wódz, Władimir Putin – i od tego czasu Rosjanie nie spuszczają z tonu.
Pomysł nierealny i na pewno nie zostanie zrealizowany. Jakby to powiedzieć dyplomatycznie – Panie Ambasadorze, oficjalnymi językami są tylko te, które są urzędowymi w państwach członkowskich. Jest jedna “furtka” – jeśli Rosja wjedzie do UE, postulat Rogozina zostanie spełniony. Obawiam się jednak, że Dmitrij Rogozin, znany z antyzachodnich wypowiedzi (w tym krytyki wizyty ministra Sikorskiego w Afganistanie w latach 80-tych w charakterze dziennikarza), nie pójdzie – jak to mówi pewien klasyk, tą drogą.
2. Rozmowa trójkąta Westerwelle-Sikorski-Łukaszenka na temat homoseksualizmu.
Pamiętacie wizytę ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec w Mińsku u prezydenta Łukaszenki, mniej więcej z rok temu? Proponowali oni Białorusi pomoc liczoną w miliardach euro, w zamian za demokratyzację życia politycznego. Łukaszenka propozycji nie przyjął, bo pojęcie “wolnych wyborów” budzi w niego, byłego dyrektora Kołchozu, wręcz naturalny absmak, a poza tym UE przelicytowali Rosjanie.
Panowie jednak nie nudzili się. Jak powszechnie wiadomo, Guido Westerwelle, minister spraw zagranicznych Niemiec, znany jest z racji swojej funkcji, ale również ze swojej, jak to elegancko ujął minister Sikorski, nietradycyjnej orientacji seksualnej. Oddajmy głos zainteresowanym.
“(…)- Westerwelle obraził się, kiedy powiedziałem, że nie zgadzam się z… Jak to się nazywa… Homo… Homo… Kiedy facet z facetem… Homoseksualizm! – mówił w piątek Łukaszenka. – Sikorski zadaje mi pytanie: “Jak, Aleksandrze Grigoriewiczu, odnosicie się do nietradycyjnej orientacji?”. Powiedziałem, co sądzę. Że jak kobiety są lesbijkami, to jest to nasza, chłopów, wina. Zresztą jak kobieta z kobietą, to można to wybaczyć. Ale facet z facetem! Ohyda!”
Aleksander Łukaszenka poradził sobie z zagadnieniem z gracją śp. Andrzeja Leppera, czy też legendarnego już posła Węgrzyna (obecnie bezpartyjny), który podobnie odpowiedział. Kobieta z kobietą – można wybaczyć (a nawet popatrzeć)! Samego Łukaszenkę można docenić za rozmach i wyczucie czasu drugim miejscem w dzisiejszym notowaniu.
1. Polskie MSZ gratuluje Libijczykom zabójstwa Kaddafiego
“Ministerstwo Spraw Zagranicznych z uwagą śledzi wydarzenia w Libii po śmierci pułkownika Muammara Kadafiego. Gratulujemy narodowi libijskiemu ostatecznego zakończenia trwającego dziesiątki lat okresu dyktatury.” – napisało polskie MSZ w oświadczeniu wydanym po śmierci pułkownika Kaddafiego.
Polski MSZ rozbił bank. Śmierć Kaddafiego to raczej nie powód do międzynarodowej histerii. Sam Pułkownik zrobiłby ze swoimi przeciwnikami to samo, ale mówimy przecież o celach humanitarnych samej interwencji oraz jako przyczynę wspierania powstańców, a tu widzimy – prawdopodobnie – lincz. Obie strony konfliktu mają tam międzynarodowe prawo humanitarne, gdzie miał mieć komisarz Ryba paragrafy w “Killerze” (podpowiedź: rzeczownik, pierwsza litera na d). Sam Kaddafi był bezwzględnym dyktatorem, wielokrotnym zabójcą i – przede wszystkim – okrutnym przywódcą, który najpierw strzela do cywilów, a potem zadaje pytania.
Nie ulega jednak wątpliwości, że zabójstwo Kaddafiego było złamaniem Konwencji Genewskiej o Ochronie Ofiar Wojny, a jeżeli uznamy, że na podstawie rezolucji RB ONZ 1970 możemy postawić przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym Saifa al-Islama Kaddafiego, to tak samo możemy poczynić z zabójcami Kaddafiego, którzy popełnili zbrodnię wojenną.
Mówiąc zatem wprost - polskie MSZ pogratulowało Libijczykom dokonania zbrodni wojennej . Tego jeszcze nie grali i zasługuje to na zwycięstwo w notowaniu.
Podróże kształcą – co do tego banału nikt nie powinien mieć wątpliwości. Pora jednak uwypuklić poszczególne różnice między Polską, a Wielką Brytanią, między Uniwersytetem Warszawskim, a Oxfordem. Czego nam tak bardzo brakuje lub co powinniśmy poprawić?
Po pierwsze – biurokracja
Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o … biurokrację. Kocham swój Uniwersytet i czuje się jego częścią, ale irytuje mnie, że do wszystkiego potrzebuje albo podpisu (swojego jako prezesa, dziekana, opiekuna naukowego koła) albo pieczątki albo opinii naukowej. Wiecie ile razy podpisałem się na trzydniowej konferencji będąc na Oxfordzie i – formalnie – przewodząc delegacji? Zero. Na samym jednym wniosku na UW(a było ich przecież kilka) – trzy razy. Wszyscy w Wielkiej Brytanii mi wierzyli, że ich nie oszukuje i mam dobre intencje.
Sam jako student jestem częścią tej machiny biurokratycznej będąc przewodniczącym Rady Kół Naukowych Wydziału Prawa i Administracji. Mój wniosek jest taki – pora zacząć myśleć o studentach jak o dorosłych ludziach, mających ochotę na rozwój, a nie na wyłudzenie kilku złotych. Mówiąc brutalnie – nawet przy dzisiejszych barierach biurokratycznych wyłudzenie nie byłoby dla odpowiednio zdolnej osoby problemem. Dlatego będę robił wszystko, aby ułatwiać i przyspieszać procedury, nawet gdyby kosztować mnie to miało utratę tego wybieralnego stanowiska. Pytanie, czy ja będę silniejszy czy, mimo wszystko, system?
Wyjazd na osobę na czterodniową wycieczkę kosztował nas od około 1800 do 2000 zł na osobę. Mniej więcej połowę tej kwoty zwraca nam UW za co należą się podziękowania, zwłaszcza dla Rady Konsultacyjnej i wielu wspaniałych osób, które nam pomagały. Gdybym jednak na swojej drodze nie spotkał tak życzliwych osób, dostalibyśmy prawdopodobnie figę z makiem i do Londynu to chyba byśmy szli na piechotę.
Mowa tutaj o wielkiej międzynarodowej imprezie, kilkuset delegatach ze wszystkich kontynentów świata i symulowaniu obrad ONZ. Każda delegacja reprezentuje poszczególne państwo – my, z czego byłem średnio zadowolony, Bangladesz Człowiek na takich wyjazdach uczy się, jak funkcjonują organizacje międzynarodowe, jak wypracowuje się kompromisy, walczy o swoje interesy, występuje publicznie, a także poznaje ludzi, którzy prawdopodobnie w przyszłości będą dyplomatami lub urżędnikami. Właśnie dlatego np. Holendrzy dostają na organizacje takiej konferencji środki od swojego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy jeżdżą na tego typu imprezy co miesiąc, a my możemy – ze względów biurokratyczno-finansowych – jedynie dwa razy do roku. Nie dziwię się zatem, dlaczego potem mała Belgia ma więcej urzędników w Unii Europejskiej i potrafi się świetnie poruszać po – nomen omen – Brukseli.
Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę pisząc, że AD. 2011 Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa, którego mam przyjemność być prezesem, jest największym kołem naukowym, o tego typu tematyce, na całym Uniwersytecie Warszawskim. Skąd, jak nie od nas, mają się wywodzić przyszli nasi dyplomaci czy urzędnicy? My organizujemy dla potencjalnych kadr wyjazdy, szkolenia, spotkania dyskusyjne i międzynarodowe konferencje. Czy myślicie, że kiedykolwiek ktoś z MSZ-u się do mnie odezwał?
Za to często słyszę, że albo chcemy za dużo pieniędzy (przy czym hitem było, że kiedyś nie chcieli nas wpuścić z konferencyjnym cateringiem o 1/3 tańszym niż firma, która ma podpisaną umowę z UW) albo za często chcemy sale do dyskusji (tak, lepiej przecież, aby stały puste) czy że chcemy poruszać zbyt kontrowersyjne tematy (np. ekspercka dyskusja nt. międzynarodowych aspektów katastrofy smoleńskiej). Aby cokolwiek załatwić potrzebuję podania i zgody. Cały czas czuję nad sobą kontrolę – projekt, biurokratyczne uruchomienie środków, wykonanie, sprawozdanie, czyli de facto pisanie trzy razy o tym samym, umierające kolejne drzewa i urzędnicy, którzy i tak tego nie czytają.
Nasz Uniwersytet wydaje na ruch naukowy kwotę rzędu 400 tysięcy złotych rocznie. Brzmi nieźle, ale pod warunkiem, że nie zestawimy tego z liczbą ogólną studentów (około 50 tysięcy). Budżet Rady Kół Naukowych WPiA to około 24 tysięcy rocznie (na około 30 kół naukowych). Jednocześnie jestem przekonany, że w przypadku cięć, to nam, ruchowi naukowemu, dostanie się jako pierwszemu. Jak mamy rywalizować z zachodnimi uczelniami, gdy na rozwój ruchu naukowego przeznaczamy tak mało oraz tworzymy tyle przeszkód biurokratycznych? Kolejny przykład – w tym roku w Singapurze odbył się tzw. World Model United Nations. Koszt takiej imprezy to około 5-6 tysięcy złotych na osobę. Szanse na pozyskanie w takiej wysokości środków z Uniwersytetu, nawet tylko dla kilku osób, są zerowe, więc relację z tego projektu mogę co najwyżej przeczytać w Internecie. Jestem w stanie się jednak założyć o duże pieniądze, że delegacje z Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii, Chin czy Niemiec się tam pojawiły.
A później zdarzają się takie historie, jak słyszałem od jednego z moich znajomych (mam nadzieję, że się nie obrazi za publikację). Młody chłopak po studiach dostaje pracę w Brukseli w COREPERze (Komitet Stałych Przedstawicieli przy Radzie Unii Europejskiej). Nieobyty jeszcze, nieprzyzwyczajony do publicznego mówienia po angielsku, zostaje wysłany na posiedzenie bez stosownych informacji. Nagle pada sakramentalne zdanie:
- Tak, w tej kwestii mniej więcej mamy porozumienie, ale nasi polscy przyjaciele jeszcze mieli jakieś uwagi?
- …
Tak, na nieobyciu właśnie najwięcej się przegrywa w Brukseli. Doskonale ten fenomen opisał Piotrek Wołejko u siebie. Zamiast walczyć na poziomie powstawania projektu dokumentu, my dopiero się orientujemy, że mamy problem, na decydującym posiedzeniu Rady UE lub nawet po nim, gdy na tworzenie jakichkolwiek koalicji jest już za późno. Jak jednak my przygotowujemy nasze młode pokolenia do służby zagranicznej, a jak nasi partnerzy w Europie, czy nawet z Azji?
Merytorycznie – bez zarzutu
Najważniejsze jest to, że Polacy mają olbrzymi potencjał i merytorycznie nie tylko nie odbiegają od swoich rówieśników, a nawet ich często przerastają np. w kwestii znajomości prawa międzynarodowego. Nie “bywając” jednak tracimy co innego – sztukę perswazji i umiejętności autoprezentacji. Co z tego, ze mamy rację, jeśli gadająca bzdury Holenderka jest już 5 raz czy native speaker, jest nas w stanie po prostu przegadać przy pomocy pustych zdań? Co mają mówić – nauczą się w przyszłości w dyplomacji, ale jak – już teraz, na tego typu imprezach polegających na symulowaniu obrad i reprezentowaniu danego kraju. Siedząc tylko w Polsce fundujemy sobie sami, de facto, ujemne punkty za pochodzenie.
Nie wierzycie, że tak dobrze możemy być przygotowani merytorycznie? Cztery przykłady z mojej komisji.
1) Reprezentantka Stanów Zjednoczonych chcąca wzywać państwa do ekstradycji terrorystów do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (po pierwsze, MTS sądzi spory między państwami, a po drugie, nie jest to jego zakres orzecznictwa)).
2) Dyrektorka tego całego posiedzenia, która chcąc ratować tę dziewczynę, powiedziała, że chodzi jej pewnie o Międzynarodowy Trybunał Karny (!!!! – MTK zajmuje się takimi rzeczami jak np. zbrodnie przeciwko ludzkości)
3) delegaci, którzy chcieli, aby podstawą powołania nowej organizacji międzynarodowej była rezolucja ZO ONZ (rezolucje ZO ONZ nie mają mocy wiążącej – niewiele dobrego zrobiłem na tej konferencji, ale zamieniłem deklarację utworzenia na rekomendowanie utworzenia właśnie na poziomie projektu)
4) dyskusje i próby wrzucenia do rezolucji (na cale szczęście nieudane) definicji terroryzmu w kształcie z jednej z rezolucji RB ONZ (rezolucje RB ONZ, w przeciwieństwie do tych ZO ONZ, są wiążące prawnie dla adresatów i debatowanie nad “miękką definicją” było tylko stratą czasu, bo nie miało żadnej doniosłości prawnej).
Skoro zatem możemy z innymi delegatami się porównywać i dyskutować to róbmy to, szkolmy młode kadry i przygotowujmy do służby. Bierzmy przykład od najlepszych, bo jeżeli będziemy blokować młodzież to sami uniemożliwimy rozwój swojego kraju. Studia są dla studentów i pracowników naukowych, a nie dla biurokratów.
Rozmawiałem ze studentami Oxfordu. Tam student czuje się kimś – w tygodniu ma np. indywidualne zajęcia z profesorem. W Polsce student ma ćwiczenia w 30-35 osobowych grupach, a jego poczucie “bycia kimś” kończy się na pierwszej wizycie w dziekanacie.
Nie płaczę po Kaddafim. Podobnie po Saddamie Hussajnie i Osamie bin Ladenie trudno uronić łezkę . Każdy z nich miał za nic życie ludzkie i bez zbędnego obciążenia moralnego mordował cywilów. Pułkownik Kaddafi odpowiedzialny jest m.in. za śmierć pasażerów samolotu strąconego przez agentów libijskiego wywiadu nad Lockerbe przy pomocy bomby umieszczonej w bagażu. Wspomniani dżentelmeni mają jeszcze jedną wspólną cechę – kontakty z amerykańskim wywiadem – CIA. Osama bin Laden i Saddam Hussajn byli wspierani przez Amerykanów w latach 80-tych – bin Laden przeciwko Związkowi Radzieckiemu, a Hussajn przeciwko Iranowi. Na początku XXI wieku Muammar Kaddafi zmienił zdanie i postanowił zwrócić się w kierunku Zachodu. Dla Amerykanów stał się nawet pomocny w wojnie z terroryzmem, a ofiarom zamachu nad Lockerbe wypłacił wysokie odszkodowania.
Poszukiwany nieżywy albo martwy
W lutym w Libii – wzorem sąsiedniego Egiptu – wybuchły rozruchy antyreżimowe. Kaddafi zastosował podobną strategię jak później prezydent Assad z Syrii – krwawego tłumienia. Oburzony świat zareagował, a przeciwko Kaddafiemu wystąpili nawet jego niegdysiejsi przyjaciele z Moskwy i Pekinu (czego chyba później żałowali). Dziesiątki miliardów dolarów Kaddafiego zostało zamrożonych, a politycy zachodni krzyczeli o konieczności ratowania najwyższej wartości – życia ludzkiego. To właśnie miał być cel ustanowienia strefy zakazu lotów. Gdyby nie “Świt Odysei” Kaddafi wygrałby z niedozbrojonymi i niewyszkolonymi powstańcami, zapewne urządzając kolejną masakrę w Benghazi.
Czy zachodni koalicjanci, jak również, byli współpracownicy Kaddafiego, będący w czasie wojny domowej jego wrogami z Narodowej Rady Tymczasowej, mieli interes w tym, aby nie złapać żywego Kaddafiego? Pytanie raczej retoryczne, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie o bombach NATO “przypadkowo” spadających na rezydencje Pułkownika, a także nieróżowej przeszłości kilku z członków Narodowej Rady Tymczasowej u boku Kaddafiego. Pułkownik Kaddafi znał dużo ciekawych faktów i lepiej – dla niemal wszystkich – żeby zabrał swoją wiedzę do grobu – to też się stało. Uniknięto też tym samym dyskusji o postawieniu Kaddafiego przed jakimkolwiek sądem, w tym Międzynarodowym Trybunałem Karnym.
Czy wrodzy Kaddafiego różnią się czymkolwiek od niego samego? Okazuje się, że głównie tym, iż są popierani przez “cywilizowany świat”. Ten sam, który po zabiciu człowieka przesyła gratulacje (np. polski MSZ). To w końcu życie ludzkie ma dla nas jakiekolwiek znaczenie, czy nie? Czym się różni lutowy ostrzał artyleryjski Kaddafiego przeciwko protestującym w Trypolis od bombardowań Syrty przez NATO, jeżeli tu i tu giną cywile? Czy można inaczej oceniać zabijanie czarnoskórych mieszkańców Libii przez powstańców, za to, iż wyglądają, jakby mogli być najemnikami Kaddafiego? A co z nieudzielaniem pomocy rannym, praktykowanym przez obie strony? Na wojnie nie ma niewinnych, bo ten, który ma skrupuły – przegrywa. Pora w końcu w to uwierzyć, a nie wmawiać wszystkim, że mamy do czynienia z dobrymi powstańcami i złym reżimem. Świat nie jest czarno-biały, a szary, w mocnym odcieniu hipokryzji. Ulubionym kolorze polityków.
Kaddafi na taki los sobie sam zapracował. Tłum, który prawdopodobnie go zabił, nienawidził przecież byłego dyktatora za to, jak rządził, z jaką pogardą traktował innych i zabijał swoich wrogów. Sam wychował swoich katów. Jednocześnie jednak – od tych “dobrych szeryfów” – powinno wymagać się więcej, aniżeli pozwolenia na pozasądowy mord i wysyłanie – z tego tytułu – gratulacji. Gratulacje z powodu łamania praw człowieka to przynajmniej szczera hipokryzja, w momencie, gdy mamy do czynienia z “interwencją humanitarną”. Dla samego Kaddafiego proces i dożywotnie więzienie byłyby bardziej upokarzające niż śmierć w takich okolicznościach.
“Dziwne” okoliczności śmierci
ONZ będzie domagać się śledztwa w/s okoliczności śmierci Kaddafiego Opublikowane w sieci filmiki są niezwykle dramatyczne. Na jednym z nich Kaddafi wygląda na zszokowanego, ale jeszcze chodzi, na drugim już jest ciągnięty po ziemi. Niesamowite, w 2011 roku nawet śmierć dyktatora można już obejrzeć na żywo, a potem nawet przejść do chłodni i zrobić zdjęcie z nieżywym postrachem. To jest prawdziwe Reality TV.
Czekamy na wyniki badania lekarzy, jednak – według różnych doniesień – w ciele Kaddafiego znajdują się dwie kule. W klatce piersiowej i głowie. Trudno przesądzać sprawę bez znajomości wyników sekcji, zeznań świadków itd, ale wiele wskazuje na to, iż na Kaddafim wykonano zwykłego linczu. Ujęto Kaddafiego, a potem rozemocjonowany tłum pozwolił na jego egzekucję.
Oficjalna wersja mówi o śmierci w drodze do szpitala “w wyniku ran odniesionych podczas walki”, jednakże Kaddafi – na filmiku – nie wygląda na człowieka, który zaraz ma umrzeć, jak również nie widać postrzału w klatkę piersiową.
Druga wersja – tez nazwijmy ją oficjalną – przedstawia się następująco. Pochwycono rannego Kaddafiego, a potem jego ochroniarze próbowali go odbić. W strzelaninie zginął Kaddafi. Latało tyle kul, ale nikt nie został ranny, a tylko Kaddafi dostał akurat dwie kulki. W głowę i klatkę piersiową. Niebywały zbieg okoliczności.
Powstańcy postąpili wobec Kaddafiego tak samo okrutnie, jak postąpiłby Kaddafi wobec nich w analogicznej sytuacji. Nie łudźmy się jednak, że w Libii chodzi o demokratyzację i ochronę praw człowieka. Piękne hasła zazwyczaj kryją się za realnymi interesami i hipokryzją wielkości Mount Everestu. Witamy w świecie rzeczywistym.
Gilad Szalit spędził 5 lat na terytorium Strefy Gazy – jego stan zdrowia po szczęśliwym powrocie uznany został za stabilny, lecz – jak można się domyślać – “więzień” siedział w zamkniętych pomieszczeniach i promienie słońca nie docierały do niego zbyt często. Uwolnienie sierżanta (a w chwili porwania – kaprala) Szalita kosztowało jednak bardzo drogo – uwolnienie 1027 więźniów.
Pozwolę sobie na kilka uwag związanych z tym wydarzeniem.
1. Cena za wolność Szalita jest olbrzymia, bo premier Netanjahu nie tylko zmniejsza bezpieczeństwo Izraela w sposób bezpośredni, ale również – w rozgrywce palestyńsko-palestyńskiej – wzmacnia Hamas
Jak Mahmud Abbas ma się przebić ze swoimi pokojowymi pomysłami, gdy Izrael ustępuje tylko pod wpływem argumentu siły? Hamas znowu będzie królował na tzw. palestyńskiej ulicy. Rachunek na przyszłość te jest nieprzyjemny. Skoro tyle można uzyskać poprzez porwania to dlaczego Hamas miałby nie ponowić takiej operacji?
2. Jednocześnie trzeba pamiętać o drugim aspekcie tej sprawy. Jeżeli politycy izraelscy myślą o pokoju to więźniów palestyńskich, w tym część skazaną za terroryzm, musieliby i tak wypuścić. O tyle szkoda, że “wynegocjował” to Hamas, a nie Fatah. Znowu potwierdziła się teza, że obecny rząd Izraela potrzebuje Hamasu, a Hamas rządu izraelskiego. W tym duecie obie strony są w stanie nie tylko utrzymać, ale nawet umocnić swój stan posiadania.
Pierwszych uwolnionych więźniów witało – według szacunków BBC – około 100 tysięcy mieszkańców Strefy Gazy. Bohaterowie wracają z wojny dzięki negocjacjom Hamasu. Taki będzie przekaz.
3. Należy bezwzględnie potępić wszelkie akty terroryzmu, a zwłaszcza te, których wynikiem jest śmierć cywilów.
Nie wolno jednak zapominać, że ta zasada musi działać w dwie strony. Palestyński bojownik z Brygad al-Kassam zabijający izraelską 9-letnią dziewczynkę powinien zostać oceniany tak samo jak izraelski żołnierz zabijający 9-letniego chłopca. Taki żołnierz, podobnie jak bojownik, powinni znaleźć się w więzieniu, a czy tak jest – pozostawiam swobodę oceny Czytelnikowi.
Do czego jednak zmierzam – tak, na liście ponad 1000 więźniów znajdują się terroryści odpowiedzialni za śmierć cywilów – to prawda. Zachęcam jednak do obejrzenia listy osób przeznaczonych do zwolnienia w wyniku umowy na stronie Al-Jazeery.
Uwagę zwraca, że niczym szczególnym nie było otrzymać wyrok dożywocia (czy nawet kilkukrotnego dożywocia) mając około 20 lat Wyroki były niezwykle surowe, a wina części skazanych – wcale nie taka oczywista.
4. Premier Netanjahu uznał, że uwolnienie Szalita jest mu teraz potrzebne dla celów swojej polityki. Postawa izraelskiego rządu bardzo ewoluowała – od “żadnych rozmów z terrorystami” do pragmatycznego dealu, który obserwujemy.
Jeżeli jednak Netanjahu chciałby go wcześniej uwolnić to z pewnością na takich samych warunkach mógł to uczynić około 2 lat temu.
Izraelski rząd zademonstrował jednak coś innego – dla niego liczy się życie każdego swojego człowieka i uwolnienie Szalita może podbudować Izraelczyków i ich wiarę w państwo, które nie zostawia swoich obywateli w potrzebie. Czy będzie to trochę przerysowana wizja? Być może, ale tak ludzie będą to odbierać. W obecnej sytuacji jest to społeczeństwu potrzebne – wokół Arabska Wiosna, w Egipcie zmiana władzy, zimna wojna z Turcją itd.
Wiktor Janukowycz zapewnia, iż najważniejszym celem polityki zagranicznej Ukrainy jest integracja z Unią Europejską. Polska dyplomacja stara się pomóc swojemu sąsiadowi, gdyż wie, że ewentualne rozszerzenie będzie korzystne dla Warszawy. Przede wszystkim jednak Kijów musi pomóc sobie sam, jeżeli ma aspiracje europejskie, bo wyrok wydany na Tymoszenko na Zachodzie się “nie przyjmie”. Demokratyczny ustrój, wolnorynkowa gospodarka, przestrzeganie praw człowieka, a także przyjęcie dorobku prawnego UE (tzw. Acquis Communautaire). To warunki, jakie musi spełnić państwo mające aspiracje europejskie. Czy po skazaniu Julii Tymoszenko na 7 lat więzienia, 3 lata pozbawienia prawa piastowania stanowisk publicznych oraz 1,5 mld hrywien odszkodowania dla Naftohazu, ktoś w Berlinie, Paryżu i Londynie uzna, że te warunki zostały spełnione?
Zacznijmy od najważniejszego. Nie znam akt sprawy, ani ukraińskiego prawa, dlatego nie jestem w stanie wydać jednoznacznej opinii na temat winy lub niewinności Julii Tymoszenko. Była ukraińska premier nie należy również do aniołków – różnego rodzaju zarzuty, głównie korupcyjne, towarzyszą jej niemal od zawsze, a swojego majątku – wraz z byłym mężem – dorobiła się w podejrzanych okolicznościach.
Za co wyrok?
Potocznie mówi się, iż Julia Tymoszenko została skazana za ukraińsko-rosyjską umowę gazową. Jest to jednak tzw. skrót myślowy. Tak jak polsko-rosyjskie negocjacje gazowe. Prowadzą je – w przypadku Ukrainy i Rosji – Naftohaz oraz Gazprom, a Polski i Rosji – PGNiG i Gazprom. W praktyce każda z tych spółek działa de facto w związku z potrzebami państwa, a politycy mają olbrzymi wpływ na jej funkcjonowanie. To spółki są jednak stronami umowy, a nie premierzy czy prezydenci, zatem to ich szefostwo powinno być odpowiedzialne za finał rozmów i np. zawyżone stawki za gaz). Wyobraża ktoś sobie, aby za kontrakt Gazpromu odpowiadał premier Putin? Politycznie – owszem, Tymoszenko podlega ocenie, ale czy karnie? Szefowie spółek podpisali umowy według życzeń Tymoszenko i Putina, ale przecież nie mieli takiego obowiązku prawnego, a ewentualny błąd proceduralny w wydawaniu np. instrukcji negocjacyjnych powoduje ich nieważność.
Ocena polityczna jest prosta – 450 dolarów za tysiąc metrów sześciennych to bardzo wysoka stawka, bo w 2008 roku Ukraina płaciła trochę ponad 170. Dla ukraińskiej gospodarki to musiał być szok. Jednocześnie jednak trzeba pamiętać o tym, iż udało się jej ocalić Naftohaz przed wpływami rosyjskimi. Julia Tymoszenko znajdowała się pod ścianą, bo wybór miała prosty (i propozycja taka ciągle przedstawiana jest przez Moskwie rządzącym na Ukrainie) – tańszy gaz i podział Naftohazu albo gaz po “cenie rynkowej” albo brak gazu. Rosja wygrała, a Tymoszenko przegrała nie tylko negocjacje, ale i wybory prezydenckie (mimo neutralności Moskwy). Tylko czy w demokratycznym państwie konsekwencją tego powinno być 7 lat w więzieniu? Powodzenia dla prezydenta Janukowycza w przekonywaniu o tym najważniejszych polityków Unii Europejskiej.
Jak słusznie zauważa Ośrodek Studiów Wschodnich w swojej interesującej analizie motywy “wewnętrzne” przeważyły nad tymi “zewnętrznymi”. Celem jest wyeliminowanie Julii Tymoszenko z życie politycznego przy pomocy środków prawnokarnych.
Ukraino – wybieraj
Teraz to rządzący Ukrainą stoją przed zero-jedynkowym wyborem. Unia Europejska nie podpisze umowy stowarzyszeniowej z Kijowem bez rozstrzygnięcia problemu Tymoszenko. Jeżeli uznać to, co zrobiła za zdradę, to Janukowycz rozegrał to w ten sposób, iż trudno użyć innego słowa jak “zemsta” i “niedemokratyczne metody”.
Wyrok nie jest prawomocny – Julia Tymoszenko dysponuje prawem do apelacji i niewątpliwie z niego skorzysta, ale Ukraina – ku rozpaczy Warszawy – straci kolejne miesiące, jak również zatrzyma się, na ten czas, w maratonie do Unii Europejskiej.
Scenariusze są trzy. W pierwszym z nich władze ukraińskie “nie odpuszczają” Tymoszenko, odwołanie nie zmienia wyroku albo cała sprawa ma się ciągnąć miesiącami albo latami. Tymoszenko zaś ma dużo czasu do zapoznania się ze współwięźniami. Już samo zastosowanie aresztu należy uznać za decyzję polityczną.
W drugim scenariuszu Julia Tymoszenko wychodzi, ale upokorzona. Byłoby to możliwe, gdyby ukraińskie prawo przewidywało prawo łaski dla prezydenta. Liderka opozycja wyszłaby na mocy bezpośredniej decyzji prezydenta Janukowycza. To by była dopiero farsa.
Trzeci scenariusz zakłada uniewinnienie w ramach apelacji lub zmianę Kodeksu Karnego przez Radę Najwyższą Ukrainy w taki sposób, aby usunąć przepis na podstawie którego sądzona jest Julia Tymoszenko. Zgrabnie można to ując w ten sposób, iż Ukraina zaczyna dostosowywać swoje prawo do minimum, które musi być przyjęte w związku z umową stowarzyszeniową.
Wybrany scenariusz pokaże nam, w którym kierunku podąża Ukraina. Kijów, chcąc do UE, musi przestrzegać europejskich standardów. Inne wyjście to stagnacja i mocniejszy zwrot w kierunku wschodnim. Ukraino, wybieraj!
Dzisiaj dzień wyborów, a my przenieśmy się poza granice naszego państwa i zobaczmy, czym nasi ukochani politycy uraczyli nas w ostatnich tygodniach. Trochę to przykre, że cały czas powtarzają się same osoby, ale taki Władimir Putin czy Silvio Berlusconi, w kwestii międzynarodowych absurdów, to po prostu klasa sama dla siebie.
5. Amerykańscy spadochroniarze niedaleko Ratyzbony (propozycja do notowania!)
Wspólne ćwiczenia amerykańskich i polskich spadochroniarzy w okolicy Ratyzbony. Co ciekawe, ranni zostali tylko amerykańscy żołnierze. Ćwiczono desant z powietrza na okazję misji w Afganistanie. Może lepiej przełożyć wylot?
Rannym życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Polscy internauci mają jednak już swoją opinię na temat potencjalnej przyczyny…
źródło: mistrzowie.org
4. Dobijanie Kaddafiego w Libii
Już od kilku tygodni czytamy, że godziny dzielą Kaddafiego od poznania się z Allahem, jego ludzie pouciekali, a on sam kontroluje co najwyżej swoje podziemne tunele. Okazuje się jednak, że aż tak kolorowo dla sił rebeliantów i NATO wcale nie jest. Klęska pułkownika rzeczywiście jest kwestią czasu, ale na razie trwają walki o Syrtę. Udało się zdobyć uniwersytet – takie są oficjalne doniesienia.
Inne są mniej korzystne dla sił koalicji. “The Australian” zarzuca przeciwnikom Kaddafiego nawet ludobójstwo. O ile sam zarzut ludobójstwa to prawdopodobnie przesada, o tyle powstaje poważny dysonans poznawczy. Czy siły NATO nie miały przypadkiem chronić cywilów, a nie przyczyniać się do ich śmierci? Czy taki miał być efekt według twórców rezolucji RB ONZ w/s Libii?
Aksjologia jest piękna w dokumentach, ale w rzeczywistości wychodzą interesy. Obie strony konfliktu mają dużo za uszami. Siły Kaddafiego prawdopodobnie dużo więcej, ale czy to oznacza, że Narodowa Rada Przejściowa ma prawo do decydowania, kto może żyć, a kto nie?
3. Irańskie okręty u wybrzeży Stanów Zjednoczonych
Irańczyków należy cenić za konsekwencję. Wiedzą, iż nie wystarczy byle wyskok czy wypowiedź Ahmadineżada, aby wylądować w Przeglądzie Międzynarodowych Absurdów. Tym razem podnieśli poprzeczkę wysoko.
Marynarka wojenna Islamskiej Republiki Iranu zamierza wysłać okręty wojenne w pobliże atlantyckiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Państwowa agencja prasowa IRNA donosi, iż potrzebna jest widoczna obecność militarna w pobliżu morskich granic „światowej aroganckiej potęgi”, jak określa się w Iranie Stany Zjednoczone.
O tak. Niemalże staje przed oczami kryzys kubański. Tutaj oczywiście nic takiego nie będzie miało miejsca. Ponadto – co wyraźnie zauważa Piotrek u siebie na blogu – za “wysłaniem delegacji” może stać bardziej prozaiczna przyczyna, taka jak przemyt broni czy technologii wojskowych, ale za rozmach Irańczykom należy się miejsce na podium. Podobnie jak wtedy, gdy zaproponowali wysłanie misji Peacekeeping do Wielkiej Brytanii.
A dla Amerykanów? Ewentualna obecność Irańczyków będzie irytująca. Jak brzęczenie muchy, gdy chcemy usnąć.
2. “Nieoczekiwana zamiana miejsc” w Rosji.
W układzie Putin-Miedwiediew wszystko wraca do normy. Putinowi znudziło się premierowanie, a Miedwiediewowi bycie prezydentem. W związku z czym każdy z nich chciałby sobie zmienić swój wpis w CV – Władimir będzie prezydentem, a premierem zostanie Dmitrij.
Niektórzy już zauważają, iż zanosi się na to, że patronat Putina nad Rosją potrwa dłużej niż rządy Breżniewa. Być może jestem niesprawiedliwy i o zamianie zadecydowały inne względy niż to, że realny przywódca wraca do władzy? Może o wystawieniu Putina zadecydował wyjątkowo niski wynik Miedwiediewa w wyborach prezydenckich (ok. 70%) w porównaniu z prezydentem Łukaszenką (ok. 80%)?
1. Propozycja nazwy zmiany ugrupowania premiera Berlusconiego
Notowanie, już po raz drugi, wygrywa Silvio Berlusconi, włoski premier. Finanse tego kraju lecą na łeb i szyje. Rzym może stać się drugimi Atenami, a tymczasem?
Czego nie można odmówić Berlusconiemu to dystansu do siebie, ale także bezczelności. Włoscy opozycjoniści są naturalnie oburzeni, jednak – tak po prawdzie – Włosi sami wyhodowali sobie takiego premiera i od lat przymykali oczy na różnego rodzaju incydenty z jego udziałem. Czy naprawdę “Go Pussy” jako nazwa ugrupowania jest czymś bardziej oburzającym niż uściski z Kaddafim, traktowanie kobiet na zasadzie zabawki, które się opłaca, imprezy bunga-bunga czy – finalnie – uwolnienie nastoletniej dziewczyny znanej z lekkiego sposobu bycia przy pomocy kłamstwa, że jest ona krewną Mubaraka, a przecież Włochy nie chcą skandalu dyplomatycznego?
Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Polsce zakończony umiarkowanym sukcesem. Tak w kilku słowach można by ocenić efekty tego spotkania. Większości problemów nie rozwiązano, ale nie taki był cel tego wydarzenia. Ocenianie szczytu bez wzięcia pod uwagi kontekstu międzynarodowego (wydarzenia w Afryce Północnej, kryzys w strefie euro) byłoby niesprawiedliwe.
Niepodpisana deklaracja
Nikogo nie powinno zaskoczyć, że państwa spoza UE uczestniczące w PW nie podpisały deklaracji potępiającej Białoruś – tak mniej więcej zaraz po szczycie komentował rzecznik polskiego MSZ, Marcin Bosacki. Sensacją – i to niebywałą – byłoby, gdyby te państwa taki dokument podpisały.
PW jest wszakże projektem mającym na celu przybliżenie jego uczestników do wartości europejskich takich jak demokracja i wolny rynek. Problemem programu jest niski budżet (600 milionów euro na lata 2010-2013), ale wiadomo, że nikt pieniędzmi od Unii nie pogardzi.
Po co jednak Janukowyczowi, Allijewowi oraz Saakazwilemu potępianie Białorusi?
Ilham Allijew:
“Wybory prezydenckie w Azerbejdżanie, w których zwyciężył dotychczasowy prezydent Ilham Alijew, nie spełniły wymogów wyborów “pluralistycznych i demokratycznych” – stwierdzili obserwatorzy OBWE.
Jednocześnie odnotowali “znaczący postęp” – według nich władze starały się stworzyć kandydatom sprawiedliwsze warunki. Jednak “w dniu wyborów zauważono pewne braki, szczególnie w trakcie kluczowej fazy liczenia głosów i robienia zestawień”.”
PAP
Warto dodać, że do bojkotu wyborów wzywała opozycja. Azerski prezydent ma jednak coś, czego nie mają Europejczycy – surowce. Powoduje to, że – pomimo ewidentnych braków – może liczyć na współpracę z Unią Europejską oraz Stanami Zjednoczonymi.
Wiktor Janukowycz co prawda z OBWE nie ma problemów – wszelkie międzynarodowe organizacje monitorujące ukraińskie wybory prezydenckie uznały je za uczciwe, aczkolwiek Unia Europejska bardzo mocno stawia się za Julią Tymoszenką. Stąd m.in. wizyta Aleksandra Kwaśniewskiego w tym kraju. Ciekawie zarzut sformułował na konferencji prasowej Herman von Rompuy – chodzi o relatywne wykorzystanie prawa – tzn. Unia ma żal do Janukowycza, że w jego kraju raz stosuje się prawo (gdy chodzi o liderkę opozycji), a raz nie (gdy chodzi o swoich urzędników). Prezydent Ukrainy, popierając taką deklarację, sam kręciłby na siebie bicz, dodatkowo zrażając do siebie sąsiada.
Saakaszwili też nie mógł podpisać. Białoruś nie uznała Abchazji i Osetii Południowej, pomimo nacisków ze strony Moskwy. Kontakty na linii Mińsk-Tbilisi są całkiem niezłe. Ponadto Saakaszwili ma podobny problem jak Janukowycz – opozycja stawia mu bardzo mocne zarzuty niedemokratycznego sposobu rządzenia.
Kwestie braku poparcia Armenii i Mołdawii można różnie uzasadnić – na pewno jednak nie było w ich interesie wyłamywanie się na szczycie.
Biorąc pod uwagę powyższe – trudno uznać niepodpisanie takiej deklaracji za porażkę Unii Europejskiej.
Unia Europejska wobec Białorusi
Przy organizacji szczytu wystąpiła pewna niedogodność organizacyjna. Pomimo krytyki jaka spadła na Mińsk po ubiegłorocznych “wyborach” prezydenckich, nikt tego kraju z PW nie usunął, ale za to prezydent Łukaszenka otrzymał zakaz wjazdu. Jako iż na szczyt zaproszeni byli głownie szefowie państw lub rządów – należy uznać to za dość istotny problem. Rozwiązano go w ten sposób, iż pojawić miał się minister spraw zagranicznych, a ostatecznie – ambasador Białorusi w Warszawie. Nie odpaliło to jednak na szczycie, gdyż białoruski ambasador nie uczestniczył w obradach drugiego dnia uznając, iż takie traktowanie dyskryminuje jego państwo. Co ciekawe, Białorusini w samym przygotowaniu do szczytu uczestniczyli.
“Pakiet Tuska” na około 10 miliardów dolarów pokazuje, iż Unia Europejska nie chce problemów w swoim najbliższym sąsiedztwie. Plusem polskiej dyplomacji jest to, iż jakkolwiek by nie oceniać Partnerstwa, Unia w tym przypadku myśli “po polsku” i widać porozumienie na linii Warszawa-Berlin. Donald Tusk, proponując pakiet w obecności przewodniczącego Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej, mówił przecież bardziej jako przedstawiciel unijnej prezydencji niż premier Polski.
W praktyce Unia ma dwie możliwości wpływania na Mińsk – może próbować wykończyć gospodarczo Białoruś i wyizolować politycznie, co jednak ma małe szanse powodzenia albo przekupić dyktatora według modelu afrykańskiego. Wyjdą opozycjoniści, rozpoczniecie rozmowy i przeprowadzicie wybory – będą pieniądze od międzynarodowych instytucji. Łukaszenka pójdzie na taki układ, jeżeli będzie wiedział, że nie ma innego wyjścia, a mówiąc konkretnie – Chińczycy, a jeśli nie oni to Rosjanie, nie będą mieli dla niego lepszej oferty, gdy będzie stał po ścianą. Pekin i Moskwa nie będą przecież się go pytać o prawa człowieka i zasady demokratycznego państwa prawa. Już raz Moskwa przelicytowała ofertę europejską – przy okazji wyborów prezydenckich.
Taki model jest dużo lepszy dla mieszkańców Białorusi niż alternatywa o której pisałem – liczenie na upadek gospodarczy Białorusi i przejęcie władzy przez opozycję według zasady – im gorzej (na Białorusi) tym lepiej (dla interesów europejskich). Słuszne pytanie stawia w tym temacie Piotr Maciążek – Łukaszenka odejdzie, ale co dalej? Wracając do samej oferty – nietrudno domyśleć się jaka będzie riposta prezydenta Łukaszenki – mamy wolne wybory, w więzieniach siedzą tylko kryminaliści, a rozmawiać z opozycją nie ma o czym…
W każdym razie – niebawem się okaże czy próba UE ma szanse powodzenia – będzie to zależeć od sytuacji gospodarczej Białorusi i możliwości, jakimi będzie dysponował prezydent Łukaszenka.
Umowy stowarzyszeniowe
Tymczasem na horyzoncie pojawia się dobra wiadomość – “niebiescy”, a także wspierający ich oligarchowie, są bardziej proeuropejscy niż proukraińska jest Unia Europejska. Rozmowy o umowie stowarzyszeniowej – a jest to krok w kierunku integracji i akcesji – powinny się zakończyć do końca roku. Byłby to sukces polskiej prezydencji, która w swoich celach bała się zadeklarować takiego celu. Oczywiście – pozostaje kwestia ratyfikacji tego dokumentu w parlamencie ukraińskim (Rosja nie będzie zadowolona, zwłaszcza w perspektywie propozycji wstąpienia dla Kijowa do unii celnej), a także ze “strony europejskiej” (mocne naciski w/s Tymoszenko).
Jak zauważył premier Węgier, Wiktor Orban – Polska odczuwa potrzebę realizacji misji rozszerzenia Unii na wschód. Wynika ona jednak z czystego pragmatyzmu – im bliżej Polska centrum Europy tym lepszą pozycję zajmujemy – przesuwając unijne granice na wschód przesuwamy również centrum w naszą stronę. Również “po naszej myśli” jest walka o ułatwienia wizowe, a nawet ich zniesienie wobec państw PW, jak również rozpoczęcie rozmów stowarzyszeniowych z Mołdawią i Gruzją. Szczyt zakończył się bez fajerwerków, ale jego postanowienia to nasz umiarkowany sukces.
Trzeba pamiętać o tym, że dla Unii Europejskiej, pogrążonej w wielkim kryzysie strefy euro, są teraz ważniejsze kwestie niż integracja europejska, jednakże nie oznacza to, iż Warszawa nie może prowadzić swojej polityki Zamiast milowych kroków, będą one stawiane powoli, ale w dobrym kierunku – aż do końca kryzysu.
serdecznie zapraszam na debatę przedwyborczą dotyczącą polityki zagranicznej, która odbędzie się 5.10.2011r w Auli Uczelni Vistula (Warszawa, ul. Stokłosy 3) od godziny 20:00.
Będzie to świetna okazja, aby przeprowadzić rzetelną dyskusję nad tym, co proponują nam politycy.
Uczestnikami debaty portalu “Polityka Globalna” oraz IKN Dyplomacji i Prawa będą:
- Andrzej Halicki (Platforma Obywatelska, szef komisji spraw zagranicznych);
- Witold Waszczykowski (Prawo i Sprawiedliwość, wiceminister spraw zagranicznych);
- Tadeusz Iwiński (Sojusz Lewicy Demokratycznej, były Sekretarz Stanu w Kancelarii Premiera);
- Krzysztof Iszkowski (Ruch Palikota).
Zapraszamy również do nadsyłania własnych propozycji pytań. “Polityka Globalna” funduje nagrody – pozwolę sobie zacytować.
“Zapraszamy również do nadsyłania swoich propozycji pytań; pytanie można umieścić na Facebooku lub przesłać na następujące adresy: redakcja(wstaw-małpę)politykaglobalna.pl oraz dip.kn(wstaw-małpę)poczta.uw.edu.pl. Trzy najciekawsze pytania nagrodzimy grami PC: osoba, która prześle naszym zdaniem najciekawsze pytanie otrzyma grę „Men of War: Vietnam”, dwa kolejne miejsca otrzymają gry „Europa Universalis III”.”
Będę miał przyjemność poprowadzenia tej debaty. Jeszcze raz serdecznie zachęcam do wybranie się na uczelnię Vistula w środowy wieczór!
Dojazd: przystanek Metro Stokłosy –> około 150 metrów od metra