Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w/s Kosowa – to tylko opinia doradcza!

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: http://www.crossed-flag-pins.com/

źródło: http://www.crossed-flag-pins.com/

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości wydał opinię doradczą w sprawie Kosowa i stwierdził w niej, iż ogłoszenie niepodległości nie było niezgodne z prawem międzynarodowym. „Wyrok” taki nie zostanie zaakceptowany przez Serbię. Zmieni się niewiele – spór o prawo do samostanowienia pozostanie, a Belgrad nie zmieni swojego stanowiska. Formalnie ta opinia doradcza nie będzie wiązać nawet MTS-u przy kolejnych orzeczeniach, chociaż w praktyce byłoby nonsensem, gdyby sędziowie sami sobie zaprzeczali.

Dlaczego o tym piszę? W polskich mediach podano nie tylko, że jest to wyrok, ale także, iż sprawę rozpatrywano na wniosek Serbii. Ponadto, przyjmując rozumowanie MTS-u, możemy pozwolić sobie na interesujące, teoretyczne rozważania.

Zacznijmy od początku. Nie jest to wyrok, a opinia doradcza. Wyrok wiąże strony, opinia doradcza nie, jedynie sugeruje, wskazuje proponowany sposób rozwiązania danej kwestii, jest głosem autorytetu w sprawie danego konfliktu itd. Jakby tego było mało, MTS wcale nie rozważał tej sprawy na wniosek Serbii, jak podają media (państwo nie ma prawa żądać opinii doradczej), a Zgromadzenia Ogólnego ONZ, do którego taką propozycję złożyła Serbia . Wbrew pozorom to istotna różnica, bo gdyby Serbia zgodziła się na jurysdykcję MTS-u w tej kwestii, co byłoby logiczne, gdyby złożyła wniosek bezpośrednio do Hagi, opinia doradcza byłaby wiążącym prawnie wyrokiem. To brzmi medialnie, że Serbia zgłosiła wniosek, przegrała „proces” i się nie zastosowała do „wyroku”, ale to byłaby po prostu nieprawda (i absurd prawny), dlatego postanowiłem to sprostować.

Serbowie nie wyciągną żadnych konkluzji ze wspomnianej opinii doradczej. Słusznie będą argumentować, iż orzeczenie MTS-u nie jest prawnie wiążące, a z drugiej strony, zwolennicy niepodległości Kosowa, słusznie będą posługiwać się jednym argumentem więcej, pomimo iż samo Kosowo członkiem ONZ, ani sygnatariuszem statutu MTS-u nie jest. W kwestii rozwiązania konfliktu nie ma jakiegokolwiek postępu, co nikogo nie powinno dziwić. Opinia doradcza, która byłaby odwrotnością tej obecnej, odniosłaby taki sam skutek, czyli niemal żaden.

Przyjmując linię Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości musimy jednocześnie zaakceptować, iż niemal każdy naród ma prawo do ogłoszenia swojej niepodległości i „nie jest to niezgodne z prawem międzynarodowym”. W ten sposób legitymizować swoje poczynania mogliby Abchazowie i Osetyjczycy wobec Gruzji, jak również Baskowie i Katalończycy wobec Hiszpanii, a przede wszystkim Kurdowie. Wspomnieć oczywiście można o dziesiątkach innych narodów. Tylko czekać aż kolejne z nich ogłoszą swoje deklaracje niepodległości.

W praktyce jednak funkcjonują dwie, zupełnie odmienne zasady. Prawo Kalego i prawo dżungli. Konsekwencje są następujące: w imię pierwszego z tych praw za „zgodne z prawem międzynarodowym” uznajemy samostanowienie naszych przyjaciół (np. Kosowo), a za „niezgodne” naszych wrogów (np. Abchazja, Osetia Południowa). Państwa w nawiasach z czystym sumieniem można między sobą zamienić. Drugie prawo również ocenia „zgodność”, ale post factum. Jeżeli dany naród wywalczył sobie powszechnie uznawaną niepodległość, to miał do tego prawo, a jeśli nie, to cóż, nie miał. Powyższe kryteria są brutalne, ale przynajmniej sprawdzają się w praktyce i są nieskomplikowane.

Spór o prawo do samostanowienia pozostaje nierozstrzygnięty. Politycy nie wypracowali precyzyjnych i stosowanych powszechnie zasad, co nie dziwi przy rozbieżności interesów poszczególnych państw. Zgodne postępowanie pozbawiłoby, zwłaszcza mocarstwa, możliwości rozgrywania swoich spraw. Serbowie kontroli nad Kosowem już nie odzyskają, ale prawnie nie zmieniają swojego stanowiska. Presję na Belgrad mogłaby wywierać Unia Europejska, gdyby nie fakt, że wśród jej członków też zdania są podzielone (22 z 27 państw uznaje Kosowo). Orzeczenie ciekawe, bo precedensowe, ale jesteśmy w tym samym miejscu.

Zespół “ekspertów” z rozmachem zaczął pracę w sprawie tragedii smoleńskiej!

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

źrodło: wiadomosci.onet.pl

źrodło: wiadomosci.onet.pl

Jest! Nareszcie! Tragedią smoleńską zajął się ktoś kompetentny – powołano specjalny (ten przymiotnik pragnę podkreślić) parlamentarny zespół pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza. Skoro pan Macierewicz był w stanie całkowicie rozmontować polski wywiad, to tym bardziej sprosta nowemu wyzwaniu – „najważniejszemu w życiu” – jak dodaje, poprowadzeniu zespołu.

Oczywiste, że śledztwo smoleńskie, zarówno polskie jak i rosyjskie, trwa zbyt długo. Przenikliwy śledczy, z którym porównania nie wytrzymuje Tommy Lee Jones ze „Ściganego” już po kilku minutach obradowania komisji rozwikłał zagadkę. Na konferencji prasowej powiedział zatem: „10 dni temu pan wicepremier Iwanow, który jest jednocześnie wiceprzewodniczącym komisji rosyjskiej do zbadania tej zbrodni (…) oświadczył, że wszystkie materiały już przekazał i że więcej materiałów strona polska już nie otrzyma” (za Onet.pl), a następnie: „nie mam wątpliwości, że w trakcie tych wydarzeń mieliśmy do czynienia także do czynienia z takimi (wydarzeniami), które na to miano (zbrodni) zasługują.” ( za tvn24.pl).

To lubię – żadnych zbędnych oględzin, przesłuchań, profesjonalnych analiz (naturalnie – poza tymi robionymi przez „internautów”, za które pan minister podziękował). Śledztwa w sprawie katastrof lotniczych trwają zazwyczaj ponad rok, jednak my nad Wisłą już wiemy, ze 3-4 miesiące to opieszałość i próba wykręcenia się od odpowiedzialności przez Rosjan/rząd. Janusz Palikot pewnie właśnie pije zdrowie nowego przewodniczącego zespołu, który nie tylko zapewni mu niezły ubaw, ale również nietykalność w ramach partii rządzącej.

Wyjaśnijmy znaczenie słowa zbrodnia. Posłużmy się do tego polskim Kodeksem Karnym i podręcznikiem do prawa karnego autorstwa Lecha Gardockiego, Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. W tejże książce znajdujemy definicję zbrodni – jest to czyn zagrożony kara pozbawienia wolności na czas nie krótszy od 3 lat albo karą surowszą. Gdyby w tym miejscu kończyły się niezbędne informacje dotyczące zbrodni, minister Macierewicz może by się jakoś wybronił. Decydujący cios zadaje jednak sam Kodeks Karny, a mianowicie jego 8 Artykuł:

„Artykuł 8
Zbrodnię można popełnić tyko umyślnie, występek można popełnić nieumyślnie, jeżeli ustawa tak stanowi”

Czyli, tłumacząc na język ludzki, samolot spadł w wyniku popełnienia przestępstwa, w dodatku umyślnego.
Typową zbrodnią jest np. zabójstwo. Minister Macierewicz wykluczył w takim razie wszelkie nieumyślne spowodowanie wypadku – przez pilotów, wieżę, czy nie wiadomo kogo. Jeżeli to wina pilotów, to rozbili się specjalnie niczym japońscy kamikaze, jeżeli wieży lotniczej, to celowo źle naprowadziła samolot, a jeżeli to wina zarówno pilotów, jak i wieży, to wtedy mamy do czynienia ze współsprawstwem – piloci chcieli się rozbić, a wieża im w tym pomogła.

Witamy w świecie absurdu, gdzie nowy przewodniczący czuje się wyśmienicie. Można podnosić argument, iż Antoni Macierewicz nie jest prawnikiem – to prawda, ale w takim razie niech odpuści sobie posługiwanie się terminologią prawniczą i zwraca uwagę na to, co mówi, bo wszystko zdaje się potwierdzać teorię, że zespół został powołany by udowodnić tezę, a nie znaleźć odpowiedź. Ciekawe czy argumenty będą równie rzeczowe jak dotychczas. Kiedy okazało się, że ostatnimi słowami pilotów było staropolskie „kurwa mać”, podniosły się nawet głosy, iż jest to dowód na rosyjską manipulację, bo pierwsze przecieki mówiły o „Jezusie”. Już to sobie wyobrażam. Rosyjskiej FSB, jako pierwszej służbie świata i pomimo obecności Polaków, udaje się zmienić treść nagrań pobranych z „czarnej skrzynki”. Zastanawiają się, które ze słów zmienić. Fachowcy od razu wiedzą, iż kluczowe jest usunięcie „Jezu!” i wstawienie „kurwa mać”, bo to uwiarygodni ich oszustwo! Notabene, jeden z moich kolegów, głosujący w wyborach na Jarosława Kaczyńskiego, opowiadał mi, jak kiedyś jadąc niedużym autem zdecydował się na wyprzedzanie i nagle spostrzegł szybko nadjeżdżającego z naprzeciwka tira. Również, pomimo obecności rodzicielki, zdecydował się na staropolskie „kurwa!”. Przypuszczam, iż ja znajdując się w podobnej sytuacji, bardziej intelektualnie swoich uczuć też bym nie ujął.

Pretensje do prokuratury można mieć nie o rzekomą opieszałość, ale o niestosowne przecieki. Jeżeli z prasy dowiadujemy się, iż pilot miał coś powiedzieć, co sugeruje, że odczuwał presję, to prokuratura powinna jak najszybciej potwierdzić lub zaprzeczyć, a najlepiej podać datę publikacji odczytanych fragmentów nagrań. Inaczej znowu pogrążymy się w morzu insynuacji. Takie informacje do mediów również nie przeciekają bez przypadku – niech politycy nie rozgrywają śmierci 96 ludzi! Konieczne jest również zbadanie postawy rosyjskiej „wieży kontrolnej”, bo budzi ona poważne możliwości i w tym miejscu zespół Macierewicza miałby pole do popisu, gdyby się samodzielnie nie zdyskwalifikował w dniu rozpoczęcia pracy.

Jeżeli gdzieś można będzie znaleźć rozbieżności polsko-rosyjskie, to właśnie w ocenie pracy obsługi naziemnej. Na pewno te aspekty są analizowane przez prokuraturę i niezbędne jest otrzymanie od Rosjan nagrań z wieży. Nie przesądzając o niczyjej winie, chciałbym zaznaczyć, iż mówienie o zbrodni bez dowodów, nawet przez pomyłkę, jest przerażająca nieodpowiedzialnością.

Same uprawnienia w/w zespołu są mizerne. Mają takie same prawa, jak każdy poseł z osobna. Mogą prosić świadków o pojawienie się, co oznacza, że świadkowie mogą się pojawić, ale mogą także powiedzieć, że tego dnia bardziej interesuje ich zbieranie grzybów. Z niecierpliwością czekam na raport zespołu, bo coś przecież trzeba będzie napisać i opublikować. Na pewno pozwolę sobie na lekturę, nawet jesli publikacja powstanie w środku sesji egzaminacyjnej. Poprzednie dzieło pana Macierewicza czytało się szybko i z przyjemnością, jednak prokuratura nie doceniła walorów literackich dzieła przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej, i umorzyła kilkaset jego zawiadomień.

Morskie szachy koło Strefy Gazy

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

źrodło: gazeta.pl

Syn Muammara Kaddafiego, Saif al-Islam, zorganizował transport 2 tysięcy ton żywności i pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków. Całość wysłał statkiem “Amalthea”, pływającym pod banderą mołdawską. Nikogo nie powinno zaskoczyć, iż momentalnie pojawiły się cztery okręty izraelskiej marynarki wojennej. W zupełności wystarczyłby jeden, ale Izraelczycy wolą dmuchać na zimne i trzy jednostki pływają “dla pewności”, monitorując każdy ruch libijskiego statku. Kapitan statku zapowiada, iż dowiezie towar do Strefy Gazy, pomimo blokady. O co w tym wszystkim chodzi?

Libijczycy z gracją będą opowiadać o tym, jak to wysłali statek z pomocą humanitarną i Izrael doprowadza do katastrofy humanitarnej w Strefie Gazy. Jeśli jednak miałbym się z czymś zgodzić, to na pewno nie z tym pierwszym, bo gdyby synowi łagodnego baranka, znanego z humanitarnych akcji, pułkownika Kaddafiego, zależało na dostarczeniu pomocy humanitarnej, zatrzymałby się w którymś z portów egipskich - które zresztą są bliżej – a następnie, najlepiej po konsultacjach dyplomatycznych z Egiptem, przetransportowali całą pomoc przez jedno z przejść granicznych. Izrael nic by nie mógł zrobić – voila.

Alternatywa dla dostarczenia pomocy jest nieco gorsza, bo należałoby ją wypakować w izraelskim porcie Aszdod, gdzie zostałaby poddana kontroli i później przetransportowana do Strefy Gazy. Tutaj jednak można zrozumieć, iż ze względów prestiżowych na takie rozwiązanie Libijczycy nie chcą się zdecydować – wszakże nie utrzymują stosunków dyplomatycznych z Izraelem i delikatnie mówiąc, nie jest to ulubiony kraj tamtejszych władz. Jeżeli priorytetem byłoby dostarczenie pomocy to rozwiązanie “przez Egipt” jest najkorzystniejsze.

Na ostatniej pozycji w hierarchii celów wyznaczonych statkowi, jest dostarczenie pomocy. Kolejny transport ma przetestować Izrael, który z poprzednią “flotyllą wolności”, postąpił niewłaściwie, zabijając 9 członków załogi i zajmując konwój na wodach międzynarodowych, co było złamaniem zasad prawa międzynarodowego i było powszechnie krytykowane na całym świecie. Poruszałem ten temat w artykule “Izrael atakuje konwój z pomocą humanitarną – bez konsekwencji”. Nie zanosi się na to, by Izraelczycy popełnili ten sam błąd i zajęli statek poza swoimi wodami terytorialnymi. Jednocześnie wyraźnie demonstrują siłę i sugerują, iż “piłka może przejść, ale zawodnik nie” – tj. że statek nie zacumuje w Gazie. Libijczycy liczą się z tym, podobnie jak poprzednio Turcy – akcja jest przeprowadzana głownie w celach propagandowych. Atak na “flotylle wolności” spowodował kolejne ochłodzenie, mocno zmrożonych stosunków izraelsko-tureckich. Ankara zapowiedziała zerwanie stosunków dyplomatycznych, jeśli Izrael jej nie przeprosi i nie wypłaci odszkodowań. Premier Izraela odpowiedział jedynie, że mu przykro, ale żołnierze się bronili i o żadnych przeprosinach nie ma mowy. Tylko, czy Turcy naprawdę wierzyli, ze Izrael wpuści flotyllę do Gazy? Raczej nie – mogli co najwyżej nie spodziewać się zajęcia jej na wodach międzynarodowych.

Statek libijski sobie pływa, a za nim cztery okręty izraelskie – to próba nerwów. Podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych premier Netanjahu twierdził, iż istnieje szansa na rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego w przeciągu roku. Nie podzielając jego optymizmu (m.in.ciągle nierozstrzygnięta kwestia statusu Jerozolimy, granicy, osiedli izraelskich na Zachodnim |Brzegu Jordanu) albo cynizmu, trzeba dodać, iż kolejna wpadka Izraelczyków zgasiłaby i te oddalone światełko w tunelu. Paradoksalnie, to Libijczycy chcieliby zostać np. ostrzelani przez jednostki izraelskie, bo uzyskaliby propagandowe pociski globalnego rażenia, a Izraelczycy podejmą akcję dopiero wtedy, gdy statek będzie chciał sforsować blokadę, gdyż w przeciwnym wypadku popełniłby drugi raz ten sam błąd.

Transport pomocy humanitarnej to element rozgrywki politycznej, a nie chęć pomocy biednym Palestyńczykom, którzy rzeczywiście żyją w przerażających warunkach, za co przecież również odpowiedzialny jest Izrael. Po prostu syn Kadafiego, zapewne za wiedzą ojca, bawi się w politykę.

“TAK” dla rotmistrza Pileckiego

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: polandpolska.org

źródło: polandpolska.org

Po ponad roku na forum Parlamentu Europejskiego wraca temat uczynienia z Witolda Pileckiego patrona Europejskiego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Zabiega o to Fundacja Paradis Judaeorum, która jednocześnie prowadzi akcję społeczną “Przypomnijmy o Rotmistrzu” (”Let’s Reminisce About Witold Pilecki”). Obie sprawy pilotowane są przez pana Michała Tyrpę, którego determinacja jest godna podziwu. Pan Michał niczym “Terminator” ostrzeliwuje wszystkie urzędy, biurokratów, eurokratów oraz polityków – za amunicję służą mu pisma. Relację zdaje na swoim blogu.

Należy rozróżnić jednak dwie rzeczy – samo ustanowienie dnia oraz wybór patrona. W oczywisty sposób bez jednego, nie będzie drugiego. Sprawa rotmistrza jest w tym momencie zawieszona (tj. nie została ostatnio rozpatrzona przez Konferencję Przewodniczących), a o wydanie opinii w tej sprawie poproszona została Komisja Europejska. Z polskiej strony, popiera go większość naszych polityków, w tym przewodniczący PE Jerzy Buzek. Matematyka w głosowaniach jest jednak nieubłagana, zatem bez zdobycia określonej liczby głosów, sprawy nie uda się wygrać. W praktyce – poparcie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów oraz Europejskiej Partii Ludowej nie daje większości. Trzeba przekonać inne frakcje, najlepiej Socjalistów i Demokratów lub liberałów z ALDE. Wszystkie szczegóły można przeczytać na linkowanych przeze mnie blogach.

Dlaczego jednak właśnie rotmistrzowi należy powiedzieć “TAK”? Podaję trzy główne argumenty.

1) bohater walki z totalitaryzmem

Rotmistrz Witold Pilecki aktywnie walczył z nazistowskimi mordercami (nie potrafię znaleźć neutralnego określenia – myślę, że takich nie ma) w Auschwitz-Birkenau, sercu zbrodni reżimu Adolfa Hitlera. Pracował dla Polskiego Państwa Podziemnego, werbował, wysyłał informacje o ludobójstwie mającym miejsce w obozie, zdobywał informacje oraz napisał “Raport Witolda”, który opisywał te wszystkie przerażające przeżycia. Sam rotmistrz kilkukrotnie cudem uniknął śmierci, a w obozie zagłady znalazł się na własne życzenie, chcąc zweryfikować informacje na jego temat. Zapraszam do tekstu, bo żadne moje słowa nie oddadzą tego, co robił Witold Pilecki w Auschiwtz-Birkenau. Długie, więc warto rozłożyć sobie na kilka części, ale warto. Co najważniejsze -to nie jest żadna fikcja ani film z serii o Jamesie Bondzie, a raport państwowca. Nawiasem mówiąc, historia na film jest to również doskonała i gdybym był reżyserem, podjąłbym działania zmierzające do powstania takiej produkcji.

2) ofiara walki z totalitaryzmem

To, czego nie zrobili Niemcy w obozie zagłady, udało się zrobić komunistom, którzy zabili go w swój ulubiony sposób – strzałem w tył głowy. Rotmistrz przed śmiercią był torturowany. Oczywiście, rezolutne władze robiły wszystko, aby o Pileckim zapomniano. Do dziś widać to w podręcznikach do historii, gdzie o rotmistrzu nie odnalazłem żadnych informacji, a kilka z nich przekopałem, bo byłem finalistą Olimpiady Historycznej, ze specjalizacją XX wiek.

3) odczucie na własnej skórze dwóch totalitaryzmów

Jako patron Europejskiego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem Witold Pilecki nadaje się nie tylko ze względu na swoje bohaterstwo, ale również zasięg jego działalności. Rotmistrz miał styczność zarówno z nazistowskim ludobójstwem, jak również został ofiarą drugiego z totalitaryzmów, komunizmu, zamordowany przez Polaków, ale jeszcze, gdy “Slońce Narodów” Józef Stalin miewał się zupełnie nieźle.  Styczność z dwoma totalitaryzmami robi z niego najlepszego kandydata na patrona w/w dnia.

Popierając akcje “Przypomnijmy o Rotmistrzu” chciałbym jednak zgłosić jedno zastrzeżenie. Z mojego punktu widzenia dużo ważniejsze jest, aby przetrwała pamięć o Witoldzie Pileckim. Europejskie święto to naturalnie dobry pomysł, ale jakie w praktyce znaczenia mają owe dni w naszym życiu oraz kto o nich pamięta? Rozumiem, ze byłby to dobry punkt wyjściowy np. do obchodzenia rocznicy śmierci rotmistrza i szerzenia wiedzy o nim, jednak prawdopodobnie zgodziłbym się zrezygnować z tego, gdyby “Raport Witolda” stał się obowiązkową lekturą szkolną i to najlepiej nie tylko w Polsce.

Panie Michale, powodzenia!

Irański poker: sankcje nie rozwiązują problemu

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

źródło: topnews.in

Nałożone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ sankcje to jedynie listek figowy, bo nie przenoszą one nawet o milimetr punktu równowagi. To nadal rozgrywka pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską, a Iranem, chronionym przez Rosję i Chiny. Sankcje są zbyt słabe, by powstrzymać Iran przed wybudowaniem bomby atomowej oraz jednocześnie zbyt mocne, by je zignorować. Tym razem bowiem nie skończyło się jedynie na potępieniu, a rezolucja zakłada m.in. inspekcję statków płynących do Iranu,  rozszerzenie “czarnej listy” firm irańskich o kolejne, mające związki z Radą Strażników Rewolucji, a także zakaz sprzedaży ciężkiego uzbrojenia do Iranu. Nie są to nadzwyczaj ostre środki, aczkolwiek Teheran powinien je odczuć. W poprzednim tekście na temat Iranu (“Irański poker: kto i o co gra?”) opisywałem interesy poszczególnych państw, teraz przyszedł czas na  przeanalizowanie sytuacji, jaka powstała w wyniku nałożenia sankcji.

Problemy z treścią rezolucji
Od początku w sprawie Iranu ścierały się dwa stanowiska – “amerykańsko-europejskie”, które zakładało jak najsurowsze potraktowanie Teheranu, co miałoby zmusić władze irańskie do rozmów, oraz “chińsko-rosyjskie”, które pomimo wielu różnic, sprowadza się do wspólnego mianownika – jest nim łagodzenie na drodze negocjacji charakteru sankcji. Wydanie rezolucji przeciwko Iranowi było zwłaszcza dla Amerykanów sprawą honoru, bo wraz z początkiem roku minęło ultimatum, jakie Waszyngton postawił Iranowi w sprawie jego programu atomowego. Teheran ultimatum amerykańskie zignorował, czego logiczną konsekwencją powinna być kolejna runda sankcji. Amerykanie grali więc o swoją twarz.

Próbowano również, w różnej konfiguracji, rozmawiać z Iranem. W rozmowach brali udział m.in. Amerykanie, Rosjanie i Francuzi. W pewnym momencie doszło nawet do parafowania umowy dotyczącej wzbogacania uranu. Jej efektem byłoby przejęcie uranu i przesłanie Iranowi gotowego paliwa do reaktora. Brzmiało to nieźle – Iran dostaje paliwo, a państwa biorące udział w rozmowach przejmują tyle uranu, że daje im to pewność, iż z pozostałej części, ajatollahowie bomby nie wyprodukują. Teheran, robiąc przy okazji dużo szumu, najpierw próbował zmienić warunki umowy, a gdy to się nie udało, zrezygnował z jej podpisania.

Wspominam o tym nie przez przypadek, bo Brazylia i Turcja porozumiały się z Iranem w/s przejęcia 1200 kg uranu i wymianie go na paliwo do reaktora w Teheranie. Zaproponowany przez te państwa plan nie zyskał jednak aprobaty Zachodu i nie zapobiegł nałożeniu sankcji. W odpowiedzi, Brazylia i Turcja głosowały przeciwko uchwaleniu rezolucji, a z samego porozumienie nic nie wyjdzie, jeśli nie dogada się Iran z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, a na to się w tej chwili nie zanosi. Ciekawostką jest fakt, iż Liban wstrzymał się od głosu, prawdopodobnie ze względu na wpływy Hezbollahu, który posiada tam “państwo w państwie”.

Ostatecznie 9 czerwca doszło do uchwalenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, nakładającej sankcje na Iran.

Jest cios, nie ma nokautu
Barack Obama podkreślał, iż nałożone sankcje są “najostrzejsze w historii”. Ma rację pod tym względem, iż są to pierwsze sankcje, które w poważniejszy sposób dotykają Iran (a to już czwarta rezolucja!), jednakże Teheran mocno trzyma się na nogach, a Mahmud Ahmadineżad dyplomatycznie stwierdził, iż jego kraj “gwiżdże na sankcje” i będzie prowadzić swój program atomowy nadal. Nie jest przy tym gołosłowny, bo Iran nadal wzbogaca uran do 20%, ostatnio tworząc w tym celu kolejny zakład, który próbowano ukryć przez ONZ.

Zaraz po uchwaleniu rezolucji Stany Zjednoczone i Unia Europejska nałożyły własne sankcje. Daleko jednak Iranowi do przerażenia. O ile np. skuteczne zmuszenie koncernów do zaprzestania kontaktów z Teheranem, na pewno wpłynie negatywnie na irańską gospodarkę, jednak Persowie sobie poradzą, płacąc więcej komuś innemu – np. Chińczykom czy Rosjanom. Wyżej wymienione sankcje byłyby skuteczne, gdyby UE i Stany Zjednoczone były głównymi partnerami handlowymi, a tak przecież nie jest. Jeśli chodzi o eksport (dane CIA Factbook) to pierwsze trzy miejsca zajmują Chiny, Japonia i Indie. Lepiej – z punktu widzenia sankcji nałożonych przez UE – wygląda to z irańskim importem, bo trzecie miejsce, po Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Chinach, z 9% udziałem zajmują Niemcy, a niewiele dalej znajdują się Włosi i Francuzi. Warto też przypomnieć, ze na takich sankcjach np. dotyczących transportu czy bankowości, nie traci tylko Iran, ale także przedsiębiorca, świadczący poprzednio określone usługi. Amerykanie, wobec braku oficjalnych kontaktów gospodarczych, zastosowali nieco inną taktykę – gnębią firmy współpracujące z Iranem proponując im, że albo będą się bawić z nimi, albo z Teheranem. Jednocześnie uderzają w firmy powiązane z Radą Strażników Rewolucji, którzy poza władzą, kochają również pieniądze.

Sama rezolucja została napisana w wygodny dla każdej strony sposób – ktoś, kto będzie chciał działać przeciwko Iranowi, odnajdzie w niej podstawę prawną, a ktoś, komu jest to obojętne – pozostanie bierny. Nawet złamanie rezolucji ONZ nie będzie czymś niebezpiecznym, bo mało prawdopodobne będzie uchwalenie kary, gdyż wymagałoby kolejnych negocjacji i rezolucji RB ONZ. Doskonałą wykładnię prawną pokazali Rosjanie, którzy w przeciągu kilku dni najpierw ogłosili, iż rezolucja nie oznacza fiaska realizacji kontraktu na dostawę do Iranu systemu S-300, by następnie zmienić zdanie i stwierdzić coś całkowicie odmiennego. Nie ulega wątpliwości, że jeżeli narodowy interes Chin i Rosji będzie ważniejszy, państwa te również będą gwizdać na sankcje.

Brak progresu
Optymistycznie na temat rezolucji wyrażał się “The Economist” słusznie zaznaczając, iż wywrze ona nacisk na Iran i jest najlepszym obecnie rozwiązaniem. Konstatacja jest jednak realistyczna – niezależnie od wartości rezolucji, przed zdobyciem bomby przez Iran świata nie uchroni.

Wątpliwe również, by Iran przejął się oburzeniem światowej opinii, której stanowisko zostało wyrażone w rezolucji. Irańczycy odczują sankcje, jednak są one zbyt mało dotkliwe, by spowodować zmianę ich stanowiska. Mają one jeszcze jedną wadę – irańskie władze mogą doskonale je wykorzystać w ramach swojej polityki wewnętrznej. Irańska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie, a sam system gospodarczy jest niezwykle nieudolny, czego skutkiem jest wysoka inflacja, bezrobocie i absolutny brak perspektyw dla młodych ludzi, stanowiących większość w tym kraju. Sytuacja się nie poprawi, ale władzom łatwiej będzie wskazać “winnego”.

Nowy prezydent, te same wyzwania w polityce zagranicznej

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źrodło: wiadomosci.gazeta.pl

źrodło: wiadomosci.gazeta.pl

Prezydentem został Bronisław Komorowski i teraz władze nie unikną pełnego rozliczenia, skończą się wymówki, a miejmy nadzieję, zacznie czas pracy. Zobaczmy, jakie przykładowe wyzwania stoją w zakresie polityki zagranicznej przed prezydentem i rządem

1) Do zmiany pozostało bardzo wiele, bo Polska potrzebuje reform, niekiedy bolesnych. To, co nas interesuje w sferze polityki zagranicznej, to nasza Prezydencja 2011. Do jej sprawowania należy się przygotować i im lepsza współpraca rządu z prezydentem tym lepiej. Polsce musi zależeć na tym, aby nasze półroczne przewodnictwo zostawiło po sobie trwały ślad, chociażby poprzez rozwinięcie czegoś, co niektórzy próbują nazywać “unijną polityka wschodnią”. Jej ujednolicenie, wraz z rozwinięciem definicji zapisanej w Traktacie Lizbońskim “solidarności energetycznej”, to dwa przykładowe cele dla naszej dyplomacji.

2) Rząd z prezydentem rozliczyć również będzie można z obietnicy wycofania naszych żołnierzy z Afganistanu. Ten temat słusznie podczas debaty podnosił redaktor Jarosław Gugała – Polacy nic nie otrzymali w zamian za udział w misji, a decyzję o ich wysłaniu jeszcze niedawno, bo w zeszłym roku, odejmowali wspólnie premier Tusk z prezydentem Kaczyńskim. Miłe słowa od Hillary Clinton, kolejne obietnice dotyczące tarczy antyrakietowej, która w zamyśle ma bronić amerykańskie interesy, czy też rotacyjne (żeby nie powiedzieć wakacyjne) stacjonowanie systemu Patriot w wersji szkoleniowej, raczej 9—letniego pobytu naszych żołnierzy na wojnie nie spłaci. Skoro mamy dopłacać do tego interesu, to a korzyści gospodarcze zgarniać Rosjanie z Chińczykami, to niech nasi chłopcy wracają do domu.

3) Prezydent Komorowski będzie na pewno zapamiętany z powodu swojej fatalnej wypowiedzi na temat gazu łupkowego, ale należy wyrazić nadzieje, iż Amerykanie nadal będą prowadzili badania, odwierty, a w przyszłości – jeśli rachunek ekonomiczny pozwoli – zaczną wydobywać gaz w Polsce. Rząd polski podchodzi do tego z umiarkowanym optymizmem, co należy cenić, aczkolwiek na temat gazu łupkowego mówiła przy okazji ostatniej wizyty i spotkania z ministrem Sikorskim, sekretarz Clinton. Amerykanie nie lekceważą tego tematu – nie zróbmy tego też my.

4) Tusk z Komorowskim będą również musieli prowadzić aktywną politykę wobec Rosji i wykorzystać szanse, jaka dała tragedia smoleńska. To, iż z łatwiej będzie teraz rozmawiać o wspólnej historii, a atmosfera spotkań powinna być przyjaźniejsza, nie oznacza darmowych ustępstw ze strony Moskwy. Z Rosjanami będzie rozmawiało Sie równie trudno, jak dotychczas, z tą różnica, że na premiera i prezydenta wszyscy będą patrzeć ze zdwojoną uwagą. Przemiana dobrej atmosfery w konkretne, korzystne dla Polski porozumienia, będzie zadaniem niezwykle trudnym,  z którego rządzący Polską tandem będzie, nawet wbrew swojej woli, rozliczany. Bilans otwarcia wygląda następująco: z jednej strony niezłe stosunki polityczne, czego doskonałym przykładem są obchody rocznicy Dnia Zwycięstwa, gdzie Komorowski otrzymał odpowiednie miejsce, a polscy żołnierze biorący udział w defiladzie, zostali docenieni, ale z drugiej, powstający gazociąg North Stream, niekorzystna umowa na dostawy gazu (chociaż alternatywnie palić moglibyśmy chyba jedynie miłością) oraz rozbieżne interesy na Ukrainie i Białorusi

5) Właśnie wyżej wspomniana Ukraina. Co prawda Wiktor Janukowycz jest konsekwentnie przedstawiany jako chłopiec na posyłki, względnie dostawca mleka, prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina, ale Kijów wcale nie zamierza uzależniać się od Rosji. Podpisano umowę na przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie – stało się to obiektem powszechnej krytyki. W zamian Ukraina otrzymała olbrzymi rabat na gaz (ok. 2 mld dolarów rocznie), a więc jest to jedna z najdrożej opłacanych baz wojskowych świata (pod warunkiem, iż Rosjanie ponownie nie zwiększą ceny gazu). Jednocześnie nowy prezydent nie dał Rosjanom niczego, czego nie posiadali dotychczas, a także przy każdej możliwej okazji powtarza, iż jego celem jest przystąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej. Zadaniem polskich władz powinno być ocieplenie stosunków polsko-ukraińskich i wspieranie aspiracji Kijowa, bo jeżeli chcemy osłabić wpływy rosyjskie, to musimy przede wszystkim związać w większym stopniu gospodarkę ukraińską z gospodarką europejską, a najlepszym sposobem na to będzie integracja europejska. Ukraina widzi to nieco inaczej i chce czerpać z dwóch źródeł, jednak na pewno pewien stały poziom stosunków ukraińsko-rosyjskich zostanie utrzymany. Im bliżej ich charakter będzie zbliżony do biznesowego, a nie politycznego, tym lepiej.

Jest o czym rozmawiać i na jakich polach wykazywać się aktywnością. Przecież nie wspomniałem jeszcze o innych aspektach polityki zagranicznej UE, naszym udziale w NATO, a także o Białorusi i Gruzji, gdzie również mamy swoje interesy. Good luck Panowie!

P.S. Teraz znajduje się w Berlinie, skąd wszystkich serdecznie pozdrawiam. Przepraszam za brak aktualizacji, ale mam problemy sieciowo-sprzatowo-logistyczne i odwlekam w czasie m.in publikację dotyczącą sankcji nałożonych na Iran. Jak zwykle zapraszam wszystkich na profil “Kącika Dyplomatycznego” n Facebooku, gdzie przeczytać moszna polecane przeze mnie materiały, zobaczyć wybrane newsy, jak również samemu polecić coś od siebie (artykuł, wideo itd), do czego serdecznie zachęcam! ;)

O Białorusi bez Białorusi?

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

źródło: fakty.interia.pl

W kampaniach prezydenckich zazwyczaj najważniejsze są różne kwestie, które maja jeden wspólny mianownik – dotyczą spraw wewnętrznych państwa. W naszych realiach oznacza to obiecywanie wielu profitów różnym grupom społecznym, nawet jeśli prezydent nie ma na to żadnego wpływu. Programów politycznych i tak nikt nie czyta, bo są nudne, niekonkretne, ale za to długie. Sprawy zagraniczne traktowane są jeszcze bardziej po macoszemu, bo z reguły słyszy się o „silnej Polsce w Europie”, „zdecydowanej polityki na Wschód” oraz „lepszym wykorzystaniu członkostwa w NATO/UE”. Te puste, niewiele znaczące frazesy, sprzedaje się następnie wyborcom.

Do tej pory było standardowo – hasła wyborcze odnosiły się przede wszystkim do wewnątrz, a te zewnętrzne, były tak skonstruowane, by zadowolić każdego, nawet najbardziej wybrednego wyborcę, którego wiedza o świecie jest odpowiada poziomowi 10-latka. Kandydaci dodali po kwiatku od siebie – Bronisław Komorowski „postanowił” wyprowadzić Polskę z NATO, zamiast z Afganistanu, a Jarosław Kaczyński zapowiadał, że mamy szansę zostać będziemy drugą Norwegią. Do tej pory krajami, którymi miała się stać Polska, szybko wpadały w kryzys (Japonia, Irlandia), także w Oslo panuje przerażenie.

Po debacie Kaczyński-Komorowski przebiły się jednak dwa tematy – jeden to bomba odpalona przez Kaczyńskiego (rozmowa o Białorusi bez Białorusi), a drugi przez Komorowskiego (Kaczyński teoretyzujący na temat Wspólnej Polityki Rolnej i „armii europejskiej”). W tej notce krótko skomentuję sprawę białoruską.

Czy można rozmawiać o Białorusi bezpośrednio z Moskwą, tak jak chce tego prezes PiSu? Przypomnijmy, iż historycznie, po wojnie polsko-bolszewickiej doszło do podziału pomiędzy nami, a Rosjanami, ziem zamieszkałych przez Ukraińców i Białorusinów na podstawie pokoju ryskiego. Skojarzenie jak najbardziej fatalne.

Drugim pytaniem pozostaje, czy Białoruś jest uzależniona od Rosji? Nie ulega wątpliwości, iż wpływ Rosji na Białoruś jest olbrzymi – wynika on fatalnego położenia gospodarczego tego państwa, zwłaszcza wobec Moskwy, a także izolacja naszego sąsiada. Nie zanosi się jednak ani na inkorporację tego państwa – Łukaszenka trzyma państwo twardą ręką i Mińsk prowadzi politykę zagraniczną w sposób autonomiczny, nie oddalając się za daleko od Rosji. Niekiedy dochodzi nawet do konfliktów np. gazowych. Rosjanie mogą zwasalizować Białoruś i traktować jak młodszego brata, ale nie mogą tego kraju zupełnie ignorować, dopóki będzie to państwo tranzytowe. Jeżeli więc mówimy o prowadzeniu polityki wobec Białorusi, to lepiej mówić o konsultowaniu i współdziałaniu z Moskwą w ramach dyplomacji wielostronnej, aniżeli ustalaniem czegoś nad białoruskimi głowami.

Problem w tym, że Moskwa nie ma na Białorusi z Polską zbieżnych interesów, a Polska nie ma wystarczającej siły, by wpływać na sprawy tego państwa i by być dla Rosji partnerem do rozmowy. Sytuacja uległaby zmianie, gdyby Unia Europejska prowadziła bardziej zdecydowaną politykę, a słaba opozycja na Białorusi, popierana przez Warszawę, urosłaby w siłę i zdobyła poparcie społeczeństwa białoruskiego. Dopóki do tego nie dojdzie, nie ma o czym rozmawiać, ani z prezydentem Łukaszenką, ani z prezydentem Miedwiediewem. Gdyby jednak udało się pozyskać Rosjan, to pod takim wpływem Białoruś nie będzie w stanie się skutecznie bronić. W tym względzie prezes Kaczyński ma rację.

Marketingowo to jednak katastrofa. Zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy białoruskich władz muszą skrytykować taką postawę, gdyż świadczy ona o traktowaniu Białorusi jako przedmiotu targu, co jest politycznym samobójstwem, niezależnie od tego, o jakim kraju mówimy. Nawet Stany Zjednoczone nie mówią w ten sposób, chociaż wielokrotnie tak postępowali, chociażby w stosunki do Polski. Jak teraz mają się tłumaczyć białoruscy politycy, popierani przeciez aktywnie przez Polskę?

Rozmawiać z Rosją jak najbardziej należy, również o Białorusi, ale Białoruś sama musi chcieć się unowocześnić – bez tego nie dojdzie do żadnych zmian, a to wymaga stałego kontaktu nie tylko z opozycją tego państwa, ale również jego władzami. Tragedią byłoby też, gdyby Polska uzyskała opinię kraju, który chciałby prowadzić politykę odbierania podmiotowości.

Wyobraźmy sobie na przykład, jak dużo łatwiej byłoby uzasadnić Łukaszence wrogą politykę wobec Związku Polaków na Białorusi. Słowa są w dyplomacji czymś, z czym należy się liczyć, a z Rosją należy jak najbardziej rozmawiać, ale afiszowanie sie z tym to błąd. To co wolno powiedzieć dziennikarzowi, nie zawsze można politykowi, który jest kandydatem na prezydenta, bo te konkretne zdanie – nawet po części prawdziwe – bardziej oddala nas od zaplanowanego celu.

Odmowa wznowienia śledztwa katyńskiego – czy prokurator ma rację?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo
źródło: dziennik.pl

źródło: dziennik.pl

Pomimo wyraźnej odwilży w stosunkach polsko-rosyjskich w tle nadal toczy się batalia o śledztwo katyńskie, prowadzona przez organizację Memoriał, oraz trwa postępowanie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, w którym krewni zamordowanych polskich oficerów skarżą Rosje za łamanie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co istotne, posiadając poparcie rządu RP. W tym tekście zajmę się uzasadnieniem  odmowy wznowienia śledztwa katyńskiego prowadzonego w Rosji, przedstawionym przez głównego prokuratora wojskowego, Siergieja Fridinskiego. Kwestię wniosku Polaków do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka poruszę przy innej okazji, chociaż trzeba podkreślić, iż oba te aspekty mają wiele wspólnego m.in. jeśli chodzi o argumenty rosyjskie.

„Niet!” dla odpowiedzialności prawnej
Rosyjska polityka wobec Katynia może być scharakteryzowana przy pomocy wyrazu „Niet!”. W 2004 roku umorzono trwające 14 lat śledztwo, a uzasadnienie dotyczące powodów takiej decyzji, utajniono e względu na „bezpieczeństwo narodowe Rosji”. Organizacja Memoriał oraz członkowie rodzin katyńskich przegrywali po kolei wszystkie sprawy, odwołania itd. Sądowa linia orzecznicza była, delikatniej rzecz ujmując, mało przyjazna dla „walczących o Katyń”. Doskonale współgrało to z politycznym stanowiskiem Federacji Rosyjskiej za prezydentury Władimira Putina. Przeciętnego Rosjanina „jakiś tam” Katyń zupełnie nie interesował, a Moskwa uznała, iż poprawianie stosunków z Polską nie jest im zupełnie potrzebne. W 2009 roku Kolegium Sędziów Wojskowego Sadu Najwyższego podtrzymał poprzednią decyzję moskiewskiego Okręgowego Sądu Wojskowego i uznał, iż zbrodnia katyńska była zbrodnią, a ta, zgodnie z radzieckim kodeksem karnym, który wtedy obowiązywał, przedawniła się.

Tymczasem jednak klimat zaczął się poprawiać, a sam temat Katynia ponownie stał się obiektem politycznych rozmów. Putin odwiedził Westerplatte, następnie miały miejsce wspólne polsko-rosyjskie uroczystości w lesie katyńskim. W rosyjskiej telewizji wyświetlono „Katyń” Andrzeja Wajdy, a występujący tam eksperci nie dumali już nad tym, czy polskich oficerów przypadkiem nie zamordowało Gestapo. Tragedia w Smoleńsku spowodowała zmianę w sposobie przedstawiania Katynia przez władze rosyjskie, ale przede wszystkim prawdy dowiedzieli się zwykli Rosjanie, bardzo współczujący Polakom.

Brutalnie mówiąc, rosyjski trójpodział polega na tym, iż istnieje władza wykonawcza,, ustawodawcza i sadownicza, ale w istocie są one wszystkie pod kontrolą prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina. Orzeczenia sądowe wynikają więc z polityki państwa. Zaledwie kilka dni po katastrofie smoleńskiej, rosyjski Sąd Najwyższy pozytywnie odniósł się do odwołania Memoriału w/s utajnienia uzasadnienia umorzenia śledztwa katyńskiego, zwracając je do rozpatrzenia do niższej izby. Mały sukces, ale czy przypadkowy? Rosjanie historycznie nie kryją prawdy, ale nie wyrażają ochoty do odpowiadania za nią prawnie, nawet gdy chodzi o tak oczywista kwestię, jak rehabilitację ofiar.

W piątek, 18 czerwca, rosyjska prokuratura wojskowa odmówiła wznowienia śledztwa w/s zamordowania polskich oficerów, a powody takiego postępowania wyjaśnił prokurator Fridinski. Należy podkreślić, iż samo uzasadnienie umorzenia nadal jest tajne (jego przedstawienia żąda też Europejski Trybunał Praw Człowieka – o tym jednak innym razem), tak więc odnoszę się do wypowiedzi Fridinskiego dla radia „Echo Moskwy”.

Przedawnienie?
Pierwszym i najczęściej podawanym przez Rosjan argumentem jest „przedawnienie zbrodni”. Rosjanie owszem, uznają, iż wydarzenia w lesie katyńskim były złamaniem prawa, ale kwalifikują ją jako zbrodnię, a zbrodnia ulega przedawnieniu i nie można jej ścigać. Powołują się przy tym na radziecki kodeks karny, który był właściwy dla przestępstw popełnionych w tamtym czasie.

„Sprawiedliwie” trzeba oddać, iż rzeczywiście, w tamtym czasie obowiązywał radziecki kodeks karny i – według niego – mielibyśmy do czynienia ze zbrodnią, która ulega przedawnieniu (np. w Polsce zabójstwo ulega przedawnieniu po 30 latach). Odmawia się więc kwalifikacji „zbrodni” jako ludobójstwa. Na pozór wygląda to nawet wiarygodnie – jest prawo, zostało złamane, ale przedawniło się. To jednak całkowite zakłamywanie rzeczywistości.

Trybunał Norymberski i Trybunał Tokijski skazywały zbrodniarzy i Rosjanie nie mieli nic przeciwko, na podstawie prawa naturalnego i w oparciu o Pakt Kelloga-Brianda. Przyjmując dzisiejszy rosyjski punkt widzenia, nie można było tego robić, gdyż żadne z sądzonych, ani sądzących państw nie znało pojęcia „zbrodni przeciwko ludzkości”, „zbrodni wojennych”, ani „zbrodni przeciwko pokojowi”, także za co ich sądzić? Argumenty obrońców nazistowskich były więc słuszne? Przecież pakt Kelloga-Brianda nie zawierał w sobie żadnej sankcji za jego złamanie. Radzieckie postępowanie z przeszłości, a Rosja jest spadkobiercą prawnym ZSRR, dowodzi, iż można pociągnąć kogoś do odpowiedzialności, wychylając się poza radziecki kodeks karny. Nawiasem mówiąc, fakt przemilczenia radzieckich zbrodni popełnionych w czasie wojny pokazuje nie tylko, że zwycięzców się nie sądzi, ale też to, że prawo stosuje się niezwykle wybiórczo.

Najważniejsza jest jednak kwalifikacja prawna czynu. Brak upublicznienia uzasadnienia umorzenia śledztwa powoduje, iż nie znamy w tej kwestii argumentów rosyjskich. Związek Radziecki ratyfikował Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa w 1954 roku. Postanowienia konwencji dotyczą również współczesnej Rosji.

W przypadku zakwalifikowania zbrodni katyńskiej jako ludobójstwo, nie ulegałaby ona przedawnieniu. Rosjanie nie mają jednak dowolności w interpretacji, co jest ludobójstwem, a co nie…

Artykuł 19(4) rosyjskiej konstytucji
„powszechnie uznane zasady i normy prawa międzynarodowego oraz umowy międzynarodowe obowiązujące Federację Rosyjską stanowią część jej systemu prawnego. Jeżeli umowa międzynarodowa zawarta przez Federację Rosyjską ustanawia inne normy niż określone w ustawach, normy zawarte w umowie międzynarodowej mają pierwszeństwo”.

Wynika z tego, iż częścią rosyjskiego są nie tylko powszechnie obowiązujące normy prawa międzynarodowego (w tym zakaz popełniania ludobójstwa!), ale również zawarte przez nią umowy międzynarodowe, które dodatkowo mają, w razie kolizji, pierwszeństwo przed ustawami. Tak też jest w przypadku Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa

Artykuł II.
W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:
a) zabójstwo członków grupy,
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy. „

Czy zabójstwo tysięcy Polaków, bez wyroku sądowego ani zapewnienia dostępu do rzetelnej procedury sądowej, było dokonane w zamiarze zniszczenia części grupy narodowej? Odpowiedź jest oczywista – tak, zbrodnia katyńska to jak najbardziej ludobójstwo, również w myśl prawa rosyjskiego. Dlatego tak istotne jest, by dotrzeć do uzasadnienia umorzenia śledztwa, w którym Rosjanie zapewnie próbują udowodnić, że białe jest czarne, a czarne jest białe.

Prywatny mord?
Prokurator Fridinski twierdzi również, iż zbrodnia nie została popełniona w imieniu państwa i zamordowanych jeńców nie można uznać za ofiary represji politycznych. Nieprawdopodobny argument, iż Stalin, Beria i całe Biuro Polityczne partii nie działali w imieniu państwa. Oczywiście, można dowodzić, że kompetencje nie te, a także, że je przekroczono, jednakże w oczywisty sposób, zamordowano Polaków w imieniu państwa sowieckiego, a decyzję taka podjął Józef Stalin, niekwestionowany przywódca i dyktator. W państwie totalitarnym decyzje podejmowano w taki sposób oraz na jego rachunek. Wykonawcy z NKWD również nie działali w imieniu państwa?

Możemy jednak przyjąć „intelektualną” zabawę zaproponowaną przez pana prokuratora. Uznajmy, iż Stalin, Beria, Woroszyłow, Mołotow, Mikojan, Kaganowicz oraz Kalinin, a z drugiej strony, funkcjonariusze NKWD, działali prywatnie, ze zwykłej nienawiści do Polaków. Uznając zbrodnię katyńską za ludobójstwo, nie ma to żadnego znaczenia, gdyż a w/w konwencja za ludobójstwo uznaje również czyny dokonane przez osoby prywatne.

Rosjanie obawiają się, iż przyjęcie odpowiedzialności prawnej za Katyń, oznaczałoby kolejne, olbrzymie problemy. Stąd takie konsekwentne stanowisko. Polacy, uzyskując np. odszkodowanie od państwa rosyjskiego, tworzą niesamowity precedens. Jego efektem mogłyby być działania prawne przeciwko Rosji podjęte przez niemal połowę Europy, zgłaszane przez rodziny zamordowanych, samych deportowanych, wykorzystywanych, więzionych itd., w tym przez Rosjan. Perspektywa taka jest oczywiście mało prawdopodobna, ale Moskwa woli dmuchać na zimne, bo Związek Radziecki skrzywdził miliony osób. Obecne rosyjskie władze nie czują się za to odpowiedzialne, przynajmniej w kwestiach prawnych. Na razie Rosja broni się przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka przed polskimi wnioskami i jednocześnie wewnątrz swojego kraju blokuje rozwój sprawy.

Niewątpliwie potrzebne byłyby polsko-rosyjskie ustalenia, które z jednej strony, zadośćuczyniłyby rodzinom, zrehabilitowały ich krewnych, a z drugiej, nie stwarzało zagrożenia dla państwa rosyjskiego. To problem polityczny, więc powinna istnieć szansa na jego rozwiązanie.

Irański poker – kto i o co gra?

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo
źródło: alinpoker.pl

źródło: alinpoker.pl

Spór wokół irańskiego programu atomowego media przedstawiają w koncepcji czarno-białej. Zły, zacofany reżim, rządzony przez despotę (Ahmadineżad) nad którym stoi schorowany wariat (Chamanei) dąży do uzyskania śmiercionośnej broni masowego rażenia, by dokończyć dzieła holocaustu, zbombardować amerykańskie bazy n Bliskim Wschodzie, a na końcu – zaatakować Europę. Przeciwstawić temu zagrożeniu stara się grupa odpowiedzialnych państw – w skrócie, Stany Zjednoczone + Unia Europejska, które powstrzymują jednocześnie Izrael od ataku powietrznego na Iran. W charakterze wiecznie niezadowolonych dam zostały obsadzone Rosja z Chinami.

Taki uproszczony obraz z łatwością trafia do ludzi, a w serwisie Onetu czy WP dobrze sprzedają się tytuły w stylu „Iran gotowy do ataku na Europę”. Jak to mawia jeden z polityków – „ciemny lud to kupi”.

Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej złożona i rozbija się o rywalizację o pozycję na Bliskim Wschodzie, jeśli nie na świecie, jak w przypadku Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Rosji i Chin.

Najwięcej do zyskania w całej grze ma Iran. Jeżeli wybuduje broń atomową, zniweluje przewagę strategiczną Izraela oraz zostanie najpotężniejszym graczem w skłóconym świecie muzułmańskim, kosztem m.in. Egiptu i Królestwa Arabii Saudyjskiej, czyli naturalnych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Już teraz Irańczycy starają się przedstawiać jako obrońcy sprawy palestyńskiej, forując przy tym Hamas. Tak silny Iran byłby skuteczniejszy w mieszaniu w sprawach wewnętrznych Arabii Saudyjskiej i Iraku, a może nawet Afganistanu. Nawet jakby Teheran nie chciał wyprodukować broni atomowej, to – przynajmniej na razie – w jego interesie jest sprawianie wrazenia, jakby “coś bylo na rzeczy”. Wzrost potęgi politycznej Iranu zupełnie nie jest na rękę Amerykanom, a szczególnie Izraelowi, który ze swojego monopolu atomowego zrobił kluczowe, choć ciche, narzędzie polityki bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie. Amerykanie znaleźliby się w defensywie, podobnie jak zaraz po II wojnie światowej Brytyjczycy. Jakby tego było mało, Iran to ogromne zasoby surowców mineralnych, które przecież zawsze można by zagospodarować inaczej…

Jak zatem widać, najwięcej do stracenia mają Amerykanie i Izrael. Stany Zjednoczone walczą o swoją (i izraelską) pozycję w regionie. Dla Izraela Iran silny, ofensywny i z autorytetem oznacza kolejne problemy w Palestynie i potencjalne – ze strony Syrii, Libanu, a może nawet Egiptu. „Syjonistyczny reżim” traci monopol i o ile ajatollahowie wiedzą, iż samobójstwem byłoby atakowanie przy pomocy broni atomowej Izraela, o tyle łatwo wyobrazić sobie spadek respektu dla potęgi militarnej „małego szatana”. Gra z dwóch stron jest warta świeczki Izrael i Stany Zjednoczone nie stają przed zagrożeniem militarnym – jak głosi oficjalna wersja – ale politycznym. Dlatego Izrael jest zdolny zrobić wszystko i zaryzykować, byle utrzymać swoją przewagę.

Jeszcze inaczej sprawę widzi Unia Europejska, zwłaszcza Niemcy i Francja. Unia Europejska dąży do stabilizacji sytuacji w tamtym regionie i słusznie kalkuluje, iż irańska broń atomowa z jednej strony, a z drugiej, izraelski atak lotniczy, mogłyby otworzyć puszkę Pandory, co byłoby niekorzystne dla interesów UE (w tym Niemiec i Francji) w tamtym regionie. Poza tym Unii Europejskiej zależy na tym, by odgrywać istotną rolę na arenie międzynarodowej, jako podmiot kształtujący stosunki międzynarodowe. Stąd otwarta krytyka poczynań izraelskich (blokada Strefy Gazy) oraz intensywne działania w sprawie Iranu. Doskonale to widać na podstawie ostatniej decyzji o nałożeniu dodatkowych sankcji. UE potrzebuje też Iranu, chociażby ze względu na wspomniane wcześniej zasoby surowcowe oraz potencjał gospodarczy, ale zbyt silny i atomowy Iran nie jest czymś, czego europejscy przywódcy życzyli sobie w pierwszej kolejności. Na razie relacje handlowe są na tyle nieistotne, iż nałożenie sankcji Europę nie zaboli.

Ciekawą partię rozgrywają Rosjanie. Z jednej strony głośno deklarują, iż Iran powinien się wytłumaczyć ze swoich działań i nie ma prawa do posiadania broni atomowej, a z drugiej dostarczają Teheranowi niezbędnych technologii m.in. do budowy reaktora atomowego oraz chronią przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Rosjanie sprytnie wykorzystują też kwestie niezrealizowanie kontraktu na dostawę systemu S-300, co jakiś czas stwierdzając, że jest to niemożliwe (jak teraz), a innym, że dlaczego mieliby nie zrealizować legalnej, podpisanej zgodnie z prawem, umowy? Moskwa uważa Iran za przeciwwagę dla interesów amerykańskich na Bliskim Wschodzie i interesującego sojusznika. Wzrost jego znaczenia należy jednak zdecydowanie kontrolować tak, by nie stał się samodzielnym mocarstwem, zdolnym do działania bez oglądania się na Rosję. Kreml nie życzyłby sobie na pewno, by Iran żył zbyt blisko z Unią Europejską, gdyż np. wciągnięcie Persów do projektu Nabucco byłoby dla Gazpromu niemiłym, zimnym prysznicem. Normalizacja stosunków między UE/Stanami Zjednoczonymi, a Iranem nie jest w interesie Moskwy i dlatego Rosja będzie się starała trzymać ich od siebie jak najdalej, a do tego świetnie nadaje się spór polityczny.

Najlogiczniejsi są Chińczycy, dla których biznes to biznes. Po pierwsze, oznacza to chęć stabilizacji sytuacji w regionie tak, by różne niepokoje nie wpływały negatywnie na chiński handel, a po drugie, ochronę Iranu przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa, ze względu na fakt, iż Persowie są drugim co do wielkości źródłem gazu i ropy dla Chin (15% konsumpcji). Pekin sam sobie w stopę strzelać nie będzie i nie zgodzi się na żadne mocniejsze akcje wobec Iranu, dopóki nie zostaną zagwarantowane jego warte miliardy dolarów interesy. Chińczycy twierdzą zatem, iż będą namawiać do stosowania wszystkich dostępnych pokojowych metod rozwiązywania sporu, dopóki tylko będzie istniała chociażby „1-procentowa szansa” na powodzenie takich działań. Nie chcieliby przecież – cytując Stefana „Siarę” Starzewskiego z „Killerów-2” – „urwać kurze złote jaja”.

Każdy z głównych uczestników rozgrywki wokół Iranu ma wyraźnie zaznaczone interesy i cele, do których dąży, instrumentalnie traktując przy tym interesy społeczności międzynarodowej. Nie ma w tym przypadku ani dobrych, ani złych, a wszystkie te podmioty – może ze wyjątkiem Unii Europejskiej – nie zawahają się złamać prawa międzynarodowego, jeśli jego interesy będą tego wymagały. Partia Pokera trwa dalej…

W następnym tekście poruszę kwestie ostatnich sankcji RB ONZ wobec Iranu, a także tych nałożonych indywidualnie przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską.

Więcej na podobny temat:
- Bliski Wschód – fakty i mity
- Zlecenie na Iran – jak to się robi w Onecie?

Bateria rakiet Patriot a sprawa polska

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: gazetaprawna.pl

źródło: gazetaprawna.pl

Bateria Patriot znajduje się już w Morągu. Przypomnijmy, iż będzie przebywać tam rotacyjnie do 2012 roku, a następnie ma znajdować się w tej miejscowości na stale. Samo rozmieszczenie tego systemu spowodowało kilka nieprzyjemnych wypowiedzi ze strony rosyjskich dyplomatów – w tym ministra spraw zagranicznych, Siergieja Ławrowa, przedstawiciela Rosji w NATO, Dmitrija Rogozina. Uważają oni, iż Patrioty są skierowane przeciwko Moskwie i mogą spowodować ochłodzenie, niedawno poprawionych, stosunków polsko-rosyjskich. Zupełnie tak, jakby instalacji Patriotów nie planowano już od kilku lat, na długo przed tragedią smoleńską…

Bateria przeciwko Iranowi?
Jeden z lepszych żartów mówi o tym, iż system Patriot ma bronić Polskę przed Iranem. Problemów jest przy tym kilka. Najważniejszy z nich brzmi, po co Iran miałby atakować Polskę i czym miałby to robić? System Patriot zestrzeliwuje pociski krótkiego i średniego zasięgu, helikoptery, samoloty i wszystko co się porusza w powietrzu. Aby zaatakować Polskę, Irańczycy musieliby się rozstawić ze swoim sprzętem w jakimś kraju, na przykład w Rosji… Irańczycy uderzyć mogliby w nas pociskiem dalekiego zasięgu, przeciwko którym Patriot nie został ustawiony. Aktualnie nie posiadają takowego, a celność dotychczaswoych pozwala przypuszczać, że celując w Warszawę, trafiliby w Płock. Sprzeczność stacjonowania systemu z deklarowanym, chociaż coraz rzadziej, celem jest oczywista.

Inną istotną kwestia jest rozmieszczenie tych rakiet w Morągu. Chcąc bronić się przed nieistniejącym zagrożeniem z Iranu, najlepiej byłoby umieścić system w południowo-wschodniej części Polski. To trochę jak z :”chińskimi ochotnikami” w czasie wojny w Korei. Tez znaleźli się na rzece Jalu zupełnie przez przypadek

Cios w stosunki polsko-rosyjskie?
Reakcja rosyjska jest wyreżyserowana i najlepiej nie zwracać na nią uwagi. Moskwie udało się przekonać Amerykanów z rezygnacji z pierwotnego projektu tarczy antyrakietowej i powinni w tej sprawie milczeć, ale kto im zabroni zgłaszanie obiekcji? W przyszłości mogą spróbować coś na tym ugrać, wykorzystać chociażby jako argument, gdyby zaszła konieczność zmiany decyzji i dostarczenia Iranowi systemu przeciwlotniczego S-300, który niewątpliwie utrudniłby ewentualny atak z powietrza na ten kraj.

System Patriot został ujęty w polsko-amerykańskiej umowie z sierpnia 2008 roku, która można przeczytać w każdym momencie w Internecie. Niewątpliwie w tej lub innej formie, zrobili to tez Rosjanie, więc stacjonowanie systemu nie powinno nikogo dziwić, a mieszanie do tego tragedii smoleńskiej jest totalnym nieporozumieniem Są to dwie niezależne od siebie rzeczy. Rosjanie w międzyczasie organizowali z Białorusinami manewry wojskowe, podczas których ćwiczono operacje przeciwko Polsce.

Rosjanom nie podoba się, iż Polacy będą zapoznawać się z najnowszymi technologiami, a także zdają sobie sprawę, iż elementy tarczy antyrakietowej w końcu mogą znaleźć się na naszym terytorium. Nasi sąsiedzi uznali widocznie, że im głośniej będą teraz krzyczeć, tym większa będzie ich siła w rozmowach, w których, nawiasem mówiąc jesteśmy raczej przedmiotem, aniżeli podmiotem.

Stosunki polsko-rosyjskie będą rozwijały się niezależnie od stacjonowania Patriotów. Powstałą obecnie szanse na normalizację należy wykorzystać, ale nie kosztem niepotrzebnych ustępstw.

Patrioty zagrożeniem dla Rosji?
Rosjanom nie podoba się, iż ktoś zakłada im na granicy nieprzyjazne instalacje wojskowe, ale tak samo trudno, by Warszawie podobały się manewry wojskowe, czy groźby instalacji Iskanderów w ramach rewanżu. Przypomnijmy, iż Rosjanie, w razie umieszczenia w Polsce elementów tarczy antyrakietowej, mieli umieścić w Obwodzie Kaliningradzkim wycelowane w Polskę rakiety typu Iskander. Po amerykańskiej zmianie planów dot. tarczy, Rosjanie zaniechali tego pomysłu. Polska ma jeszcze jeden argument – w zasadzie nie da się udowodnić tezy, iż Patrioty mają cel inny niż defensywny.

Obawy rosyjskie dotyczą więc pewnej zasady – posuwania się Amerykanów i NATO na wschód, a nie samego zagrożenie militarnego, które jest nikłe.

Warto odnotować, iż bateria stacjonująca w Morągu znajduje się tam w celach szkoleniowych, rotacyjnie (o czym już wspomniałem), a przede wszystkim – jest jedna. Oznacza to, iż bronić może obszaru o wielkości dzielnicy Warszawy (optymiści uważają, iż wielkości powiatu). Co za tym idzie, nasze możliwości obronne zwiększyły się w niemal niezauważalny sposób, aczkolwiek obeznawanie się z najnowszymi technologiami jest jak najbardziej w naszym interesie.

Jedna bateria Patriot nie stanowiłaby dla Rosjan militarnej przeszkody. Skoro postanowiliby zaatakować Polskę, pomimo stacjonowania amerykańskich wojsk i naszej obecności w NATO. Naturalnie, to political fiction, chociaż nie dużo większy niż tłumaczenie instalacji zagrożeniem irańskim czy północnokoreańskim.

Czyja to bateria?
Najlepsze na koniec. Bateria Patriot w Morągu to instalacja amerykańska i nie mam na myśli tutaj kraju pochodzenia producenta. Patriot jest amerykańskim systemem, obsługiwanym przez amerykańskich żołnierzy na polskiej ziemi. Minister Sikorski podkreślał, że będzie to element polskiej obrony, aczkolwiek łatwo można wykalkulować, czyjego interesu będą bronić amerykańscy żołnierze w razie bezpośrdniego zagrożenia i kolizji – polskiego czy amerykańskiego? Trzeba jednak przyznać, iż sama obecność amerykańskich wojsk byłaby dla potencjalnego agresora – którego w tej chwili brakuje na horyzoncie – odstraszająca.

Jeśli Polska chce system podobnego rodzaju, musi zapłacić setki milionów, jak nie kilka miliardów, dolarów, podobnie jak na przykład Japończycy. W normalnej procedurze, oznacza to konieczność zaplanowania takiego wydatku w budżecie Ministerstwa Obrony Narodowej (a jak jest z budżetem w tym resorcie w czasach kryzysu, wszyscy wiemy) i nie wiadomo, czy Polskę na chwilę obecną stać na taki wydatek.

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się