Odmowa wznowienia śledztwa katyńskiego – czy prokurator ma rację?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo
źródło: dziennik.pl

źródło: dziennik.pl

Pomimo wyraźnej odwilży w stosunkach polsko-rosyjskich w tle nadal toczy się batalia o śledztwo katyńskie, prowadzona przez organizację Memoriał, oraz trwa postępowanie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, w którym krewni zamordowanych polskich oficerów skarżą Rosje za łamanie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co istotne, posiadając poparcie rządu RP. W tym tekście zajmę się uzasadnieniem  odmowy wznowienia śledztwa katyńskiego prowadzonego w Rosji, przedstawionym przez głównego prokuratora wojskowego, Siergieja Fridinskiego. Kwestię wniosku Polaków do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka poruszę przy innej okazji, chociaż trzeba podkreślić, iż oba te aspekty mają wiele wspólnego m.in. jeśli chodzi o argumenty rosyjskie.

„Niet!” dla odpowiedzialności prawnej
Rosyjska polityka wobec Katynia może być scharakteryzowana przy pomocy wyrazu „Niet!”. W 2004 roku umorzono trwające 14 lat śledztwo, a uzasadnienie dotyczące powodów takiej decyzji, utajniono e względu na „bezpieczeństwo narodowe Rosji”. Organizacja Memoriał oraz członkowie rodzin katyńskich przegrywali po kolei wszystkie sprawy, odwołania itd. Sądowa linia orzecznicza była, delikatniej rzecz ujmując, mało przyjazna dla „walczących o Katyń”. Doskonale współgrało to z politycznym stanowiskiem Federacji Rosyjskiej za prezydentury Władimira Putina. Przeciętnego Rosjanina „jakiś tam” Katyń zupełnie nie interesował, a Moskwa uznała, iż poprawianie stosunków z Polską nie jest im zupełnie potrzebne. W 2009 roku Kolegium Sędziów Wojskowego Sadu Najwyższego podtrzymał poprzednią decyzję moskiewskiego Okręgowego Sądu Wojskowego i uznał, iż zbrodnia katyńska była zbrodnią, a ta, zgodnie z radzieckim kodeksem karnym, który wtedy obowiązywał, przedawniła się.

Tymczasem jednak klimat zaczął się poprawiać, a sam temat Katynia ponownie stał się obiektem politycznych rozmów. Putin odwiedził Westerplatte, następnie miały miejsce wspólne polsko-rosyjskie uroczystości w lesie katyńskim. W rosyjskiej telewizji wyświetlono „Katyń” Andrzeja Wajdy, a występujący tam eksperci nie dumali już nad tym, czy polskich oficerów przypadkiem nie zamordowało Gestapo. Tragedia w Smoleńsku spowodowała zmianę w sposobie przedstawiania Katynia przez władze rosyjskie, ale przede wszystkim prawdy dowiedzieli się zwykli Rosjanie, bardzo współczujący Polakom.

Brutalnie mówiąc, rosyjski trójpodział polega na tym, iż istnieje władza wykonawcza,, ustawodawcza i sadownicza, ale w istocie są one wszystkie pod kontrolą prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina. Orzeczenia sądowe wynikają więc z polityki państwa. Zaledwie kilka dni po katastrofie smoleńskiej, rosyjski Sąd Najwyższy pozytywnie odniósł się do odwołania Memoriału w/s utajnienia uzasadnienia umorzenia śledztwa katyńskiego, zwracając je do rozpatrzenia do niższej izby. Mały sukces, ale czy przypadkowy? Rosjanie historycznie nie kryją prawdy, ale nie wyrażają ochoty do odpowiadania za nią prawnie, nawet gdy chodzi o tak oczywista kwestię, jak rehabilitację ofiar.

W piątek, 18 czerwca, rosyjska prokuratura wojskowa odmówiła wznowienia śledztwa w/s zamordowania polskich oficerów, a powody takiego postępowania wyjaśnił prokurator Fridinski. Należy podkreślić, iż samo uzasadnienie umorzenia nadal jest tajne (jego przedstawienia żąda też Europejski Trybunał Praw Człowieka – o tym jednak innym razem), tak więc odnoszę się do wypowiedzi Fridinskiego dla radia „Echo Moskwy”.

Przedawnienie?
Pierwszym i najczęściej podawanym przez Rosjan argumentem jest „przedawnienie zbrodni”. Rosjanie owszem, uznają, iż wydarzenia w lesie katyńskim były złamaniem prawa, ale kwalifikują ją jako zbrodnię, a zbrodnia ulega przedawnieniu i nie można jej ścigać. Powołują się przy tym na radziecki kodeks karny, który był właściwy dla przestępstw popełnionych w tamtym czasie.

„Sprawiedliwie” trzeba oddać, iż rzeczywiście, w tamtym czasie obowiązywał radziecki kodeks karny i – według niego – mielibyśmy do czynienia ze zbrodnią, która ulega przedawnieniu (np. w Polsce zabójstwo ulega przedawnieniu po 30 latach). Odmawia się więc kwalifikacji „zbrodni” jako ludobójstwa. Na pozór wygląda to nawet wiarygodnie – jest prawo, zostało złamane, ale przedawniło się. To jednak całkowite zakłamywanie rzeczywistości.

Trybunał Norymberski i Trybunał Tokijski skazywały zbrodniarzy i Rosjanie nie mieli nic przeciwko, na podstawie prawa naturalnego i w oparciu o Pakt Kelloga-Brianda. Przyjmując dzisiejszy rosyjski punkt widzenia, nie można było tego robić, gdyż żadne z sądzonych, ani sądzących państw nie znało pojęcia „zbrodni przeciwko ludzkości”, „zbrodni wojennych”, ani „zbrodni przeciwko pokojowi”, także za co ich sądzić? Argumenty obrońców nazistowskich były więc słuszne? Przecież pakt Kelloga-Brianda nie zawierał w sobie żadnej sankcji za jego złamanie. Radzieckie postępowanie z przeszłości, a Rosja jest spadkobiercą prawnym ZSRR, dowodzi, iż można pociągnąć kogoś do odpowiedzialności, wychylając się poza radziecki kodeks karny. Nawiasem mówiąc, fakt przemilczenia radzieckich zbrodni popełnionych w czasie wojny pokazuje nie tylko, że zwycięzców się nie sądzi, ale też to, że prawo stosuje się niezwykle wybiórczo.

Najważniejsza jest jednak kwalifikacja prawna czynu. Brak upublicznienia uzasadnienia umorzenia śledztwa powoduje, iż nie znamy w tej kwestii argumentów rosyjskich. Związek Radziecki ratyfikował Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa w 1954 roku. Postanowienia konwencji dotyczą również współczesnej Rosji.

W przypadku zakwalifikowania zbrodni katyńskiej jako ludobójstwo, nie ulegałaby ona przedawnieniu. Rosjanie nie mają jednak dowolności w interpretacji, co jest ludobójstwem, a co nie…

Artykuł 19(4) rosyjskiej konstytucji
„powszechnie uznane zasady i normy prawa międzynarodowego oraz umowy międzynarodowe obowiązujące Federację Rosyjską stanowią część jej systemu prawnego. Jeżeli umowa międzynarodowa zawarta przez Federację Rosyjską ustanawia inne normy niż określone w ustawach, normy zawarte w umowie międzynarodowej mają pierwszeństwo”.

Wynika z tego, iż częścią rosyjskiego są nie tylko powszechnie obowiązujące normy prawa międzynarodowego (w tym zakaz popełniania ludobójstwa!), ale również zawarte przez nią umowy międzynarodowe, które dodatkowo mają, w razie kolizji, pierwszeństwo przed ustawami. Tak też jest w przypadku Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa

Artykuł II.
W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:
a) zabójstwo członków grupy,
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy. „

Czy zabójstwo tysięcy Polaków, bez wyroku sądowego ani zapewnienia dostępu do rzetelnej procedury sądowej, było dokonane w zamiarze zniszczenia części grupy narodowej? Odpowiedź jest oczywista – tak, zbrodnia katyńska to jak najbardziej ludobójstwo, również w myśl prawa rosyjskiego. Dlatego tak istotne jest, by dotrzeć do uzasadnienia umorzenia śledztwa, w którym Rosjanie zapewnie próbują udowodnić, że białe jest czarne, a czarne jest białe.

Prywatny mord?
Prokurator Fridinski twierdzi również, iż zbrodnia nie została popełniona w imieniu państwa i zamordowanych jeńców nie można uznać za ofiary represji politycznych. Nieprawdopodobny argument, iż Stalin, Beria i całe Biuro Polityczne partii nie działali w imieniu państwa. Oczywiście, można dowodzić, że kompetencje nie te, a także, że je przekroczono, jednakże w oczywisty sposób, zamordowano Polaków w imieniu państwa sowieckiego, a decyzję taka podjął Józef Stalin, niekwestionowany przywódca i dyktator. W państwie totalitarnym decyzje podejmowano w taki sposób oraz na jego rachunek. Wykonawcy z NKWD również nie działali w imieniu państwa?

Możemy jednak przyjąć „intelektualną” zabawę zaproponowaną przez pana prokuratora. Uznajmy, iż Stalin, Beria, Woroszyłow, Mołotow, Mikojan, Kaganowicz oraz Kalinin, a z drugiej strony, funkcjonariusze NKWD, działali prywatnie, ze zwykłej nienawiści do Polaków. Uznając zbrodnię katyńską za ludobójstwo, nie ma to żadnego znaczenia, gdyż a w/w konwencja za ludobójstwo uznaje również czyny dokonane przez osoby prywatne.

Rosjanie obawiają się, iż przyjęcie odpowiedzialności prawnej za Katyń, oznaczałoby kolejne, olbrzymie problemy. Stąd takie konsekwentne stanowisko. Polacy, uzyskując np. odszkodowanie od państwa rosyjskiego, tworzą niesamowity precedens. Jego efektem mogłyby być działania prawne przeciwko Rosji podjęte przez niemal połowę Europy, zgłaszane przez rodziny zamordowanych, samych deportowanych, wykorzystywanych, więzionych itd., w tym przez Rosjan. Perspektywa taka jest oczywiście mało prawdopodobna, ale Moskwa woli dmuchać na zimne, bo Związek Radziecki skrzywdził miliony osób. Obecne rosyjskie władze nie czują się za to odpowiedzialne, przynajmniej w kwestiach prawnych. Na razie Rosja broni się przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka przed polskimi wnioskami i jednocześnie wewnątrz swojego kraju blokuje rozwój sprawy.

Niewątpliwie potrzebne byłyby polsko-rosyjskie ustalenia, które z jednej strony, zadośćuczyniłyby rodzinom, zrehabilitowały ich krewnych, a z drugiej, nie stwarzało zagrożenia dla państwa rosyjskiego. To problem polityczny, więc powinna istnieć szansa na jego rozwiązanie.

Izrael atakuje konwój z pomocą humanitarną – bez konsekwencji

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (6) » dodajdo
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

O piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii mówiło się w kontekście udziału we wszelkich dużych turniejach – grają jak nigdy, przegrywają jak zawsze. W przypadku izraelskiego przejęcia statku, można powiedzieć, że grają jak zawsze i nie przegrywają nigdy.

Nosi wilk razy kilka…

Oficjalnie w wyniku izraelskiej interwencji śmierć poniosło 9 osób. Czy jednak Izraelowi grożą jakiekolwiek konsekwencje? Jest to co najmniej wątpliwe. Omawiany wilk morski nie zostanie „poniesiony”. Niezależnie od tego, co powie prezydent Obama, Stany Zjednoczone nie pozwolą, by Izraelowi spadł włos z głowy. Tym samym jedyne niebezpieczeństwo, jakie grozi ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych, to potępienia, zalecenia itd., wyrażone w rezolucji. Oczywiście, można mówić, iż „świat potępia izraelską akcję”, ale to tylko słowa, które Izrael z konsekwencją ignoruje. Rada Bezpieczeństwa (patrz weto amerykańskie) nie nałoży żadnych sankcji, Unia Europejska nie uderzy w gospodarkę izraelską, a Amerykanie nie zmienią polityki wobec swojego mniejszego brata z Bliskiego Wschodu. Doskonale obrazuje to przyjęcie rezolucji o potępieniu przez Radę Praw Człowieka ONZ izraelskiej akcji.

Potępiono izraelską akcję, w wyniku której zranione i zabite zostały „osoby cywilne” oraz wezwano do zakończenia blokady Strefy Gazy. Przeciwko rezolucji głosowali Amerykanie, co pokazuje, w jaki sposób podchodzą do sprawy. Formalnie mamy zatem głośną i wyraźną krytykę poczynań Izraela, a materialnie – skończy się tylko na słowach.

Teoretycznie Turcja mogłaby zgłosić sprawę do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, ale tutaj drugą stroną jest Izrael, który nie uznaje jurysdykcji MTS-u – jest zobowiązany uznawać wyroki wg art. 94 Karty Narodów Zjednocoznych, ale zapowiada, że nie będzie tego robić. Poza tym to państwa decydują, jakie sprawy może rozstrzygać Trybunał. Wątpliwe również, by jakiekolwiek umowy izraelsko-tureckie określały stosowną drogę postępowania w tej sytuacji – np. arbitraż. Nie należy również przypuszczać, by Izraelowi cokolwiek groziło ze strony Trybunału Prawa Morza.

Izraela nie spotkają zatem żadne poważne, przykre konsekwencje prawne. Gwarantuje mu to ochrona ze strony Stanów Zjednoczonych. Niewątpliwie jednak atak na konwój będzie miał wpływ na pogorszenie, już fatalnych, stosunków izraelsko-tureckich oraz potwierdzi politykę Unii Europejskiej, która ustami Catherine Ashton, konsekwentnie krytykuje postawę Izraela. W samym Knessecie wybuchła awantura.

Dziwny konwój

Z tym konwojem nie wszystko było jednak w porządku. Trudno uznać za coś innego niż prowokację, obranie kursu na wybrzeża Strefy Gazy nawet jako statki transportujące pomoc humanitarną dla Palestyńczyków, bez porozumienia się w tej sprawie z Izraelem. Państwo żydowskie nie zna się na żartach, jeśli chodzi o kwestie, które uważa za priorytetowe dla swojego bezpieczeństwa narodowego.

Wysyłający powinni zadbać, by po pierwsze, dogadać się z Izraelem, a po drugie, by nie było żadnej wątpliwości, co do przewożonego transportu. Nie był on również organizowany ani przez ONZ, ani Międzynarodowy Czerwony Krzyż, a sytuację podkręcała obecność kilkuset propalestyńskich (zatem antyizraelskich) aktywistów. W dodatku Izrael od początku deklarował, iż nie wpuści transportu. Nieszczęście gotowe.

Po zachowaniu aktywistów zresztą widać, iż przewidywali możliwe pojawienie się Izraelczyków i byli gotowi do walki. Ich pokojowe nastawienie widać na tych filmikach.

Oczywiście, aby oddać sprawiedliwość, należy uzupełnić, iż filmików, na których komandosi zabijają ludzi, nie opublikowano.

“”Wykonaliście misję i zapobiegliście temu, by flota dotarła do Gazy. Musimy zawsze pamiętać, że nie jesteśmy Ameryką Północną czy Zachodnią Europą – żyjemy na Bliskim Wschodzie, miejscu, gdzie nie ma miłosierdzia dla słabych i nie ma drugiej szansy dla tych, którzy nie umieją się bronić. Walczyliście o własne życie – widziałem to, słyszałem od waszych dowódców” – powiedział Ehud Barak, Minister Obrony Narodowej Izraela, z umiarkowanej – jak mozna by sądzić – Partii Pracy.

Zatrzymanie konwoju, a prawo międzynarodowe

Cała operacja miała miejsce poza izraelskimi wodami terytorialnymi. Obowiązywało więc jedna z wolności morskich – prawo do żeglugi. Izrael w tym miejscu nie dysponował zwierzchnictwem terytorialnym i statków nie miał prawa zatrzymać oraz przejąć. Istnieją trzy ograniczenia zasady wolności żeglugi na pełnym morzu.

Pierwszym z nich jest powszechne represjonowanie piractwa, ale nawet gdyby być wygimnastykowanym jak chińscy nastoletni gimnastycy w czasie Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, nie da się wpasować działań konwoju do definicji piractwa.

Drugim jest prawo pościgu. Statek musiałby naruszyć izraelskie prawo w miejscu, gdzie państwo żydowskie posiada zwierzchnictwo terytorialne albo prawa związane z istnieniem wyłącznej strefy ekonomicznej, rybołówstwa lub szelfu kontynentalnego. To również należy z góry odrzucić, bo statki płynęły przecież na pełnym morzu i nie były wcześniej na obszarze obowiązywania izraelskiego zwierzchnictwa terytorialnego.

Trzecim jest prawo do wizyty, co jest możliwe w przypadku istnienia uzasadnionych podejrzeń, iż statek: zajmuje się piractwem, handlem niewolników, nadaje nielegalne audycje, nie posiada przynależności państwowej albo posługuje się fałszywa banderą, a jego przynależność państwowa jest identyczna, jak państwa wizytującego. Żadnego z tych przypadków nie da się przypisać do sytuacji statków płynących do Strefy Gazy. Izrael nie dysponował prawem wizyty, a tym bardziej nie mógłby się bronić, iż z niego korzystał, potem został zaatakowany, a następnie to już tylko samoobrona. Niegdyś słyszałem o takiej praktyce dresiarzy w Warszawie. Wysyłają do swojej ofiary małego chłopca, on „prosi” o oddanie telefonów i zbędnych kosztowności, po odesłaniu go z kwitkiem, sami wkraczają do akcji i organizują samopomoc, a później, w razie czego, tłumaczą, iż bronili słabszego i młodszego. Urocze.

Jeżeli byłaby to izraelska strefa ekonomiczna (ale tak nie wynika z relacji prasowych, a prawodawstwa wewnętrznego Izraela nie znam) to Izrael mógłby zareagować, gdyby doszło do naruszenia praw związanych z eksploatacją zasobów znajdujących się w niej. Pod słowem „reakcja” nie kryje się jednak desant na jednostkę i jej całkowite przejęcie, bo to tak, jakbyśmy karali karą pozbawienia wolności za śmiecenie czy przeklinanie.

Dlatego właśnie błędem Izraela była akcja kilkadziesiąt mil od brzegu. Inna byłaby interpretacja, gdyby do całej akcji doszło na wodach terytorialnych lub w strefie przyległej. W tym momencie wchodzimy już na obszary, gdzie obowiązuje prawo państwa nadbrzeżnego, tj. Izraela.

Okupacja Strefy Gazy?

W kilku zdaniach należy również wyjaśnić inne pojawiające się wątpliwości – po pierwsze, nie istnieje coś takiego jak wody terytorialne Strefy Gazy. Strefa Gazy nie jest państwem, więc nie może mieć wód terytorialnych. Nie usprawiedliwia to jednak działań Izraela, które doprowadziły do katastrofy humanitarnej i blokada narusza prawa człowieka. O ile można zrozumieć obawy izraelskie dotyczące transportu broni, o tyle trzeba pamiętać, iż w Strefie Gazy żyją przede wszystkim ludzie, a wśród nich dopiero, terroryści.

Po drugie, sama „okupacja” Strefy Gazy często nazywana jest nielegalną. Ocena blokady nie budzi wątpliwości, bo uderza w prawa człowieka, o tyle tutaj sytuacja jest bardziej złożona. Izrael zajął Strefę Gazy w 1967 roku i dokonał aneksji tego terytorium. Prawo międzynarodowe nie uznaje aneksji za legalny sposób nabycie terytorium, także wszystko byłoby oczywiste, gdyby nie fakt, iż podpisano pokój z Egiptem i można argumentować (może słusznie, może nie), iż Egipt zaakceptował w ten sposób zmianę statusu terytorium i doszło na tej drodze do cesji. Gdyby uznać taki stan rzeczy, izraelskie zwierzchnictwo terytorialne nad Strefą Gazy byłoby legalne.

Można dużo jeszcze pisać o prawie, ale fakty są takie, iż wszystkie strony konfliktu prawem międzynarodowym posługują się wybiórczo, w zależności od sytuacji. Cóż są warte normy prawne, w momencie, gdy nikt ich nie przestrzega, a jedynym obowiązującym jest prawo, owszem, ale silniejszego? Organizatorzy „flotylli wolności” wiedzieli, iż płyną prosto w mur, a Izrael postanowił mieć tam prawo morza, gdzie miał mieć paragrafy komisarz Ryba w „Killerze”.

Stosunki izraelsko-tureckie: czy kłótnia skończy się rozwodem?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (1) » dodajdo
źródło: israel.foreignpolicyblogs.com

źródło: israel.foreignpolicyblogs.com

Nieśmiały flirt, romans, małżeństwo, a potem rozważanie rozwodu. To jedna z możliwych ścieżek życiowych, spotykana również, jak widać, w stosunkach międzynarodowych. Do tej pory Izrael i Turcja byli jak stare dobre małżeństwo, nie zawsze zgodne, ale idące tą samą ścieżką, a teraz ich relacje bardziej przypominają te charakterystyczne dla Ala i Peggy Bundych, z serialu “Świat według Bundych”.

Izrael, Turcja – dwa bratanki
W 2010 roku to może wydawać się nieprawdopodobne, ale przez długie lata trzy “odmienne” państwa w regionie, czyli Izrael, Turcja i Iran ściśle ze sobą współpracowały. Kres współpracy izraelsko-iranskiej położył dopiero upadek szacha, a znaczne ochłodzenia stosunków izraelsko-tureckich, obserwujemy od czasu interwencji Izraela w Strefie Gazy, chociaż pierwszym symptomem tego procesu była wizyta lidera Hamasu, Chaleda Meszala w Turcji, w 2006 roku. Turcja była pierwszym państwem muzułmańskim, które uznało Izrael. Iran zrobił to w 1950 roku.

Izrael dzięki kontaktom z Ankarą przełamywał izolację w regionie – przecież aż do pokoju z Eigptem (1979 rok!) Izrael nie był uznawany przez żadnego ze swoich sąsiadów Turcji, co trzeba odnotować, zdarzało się krytykować politykę izraelską, a nawet nazwać zabójstwo szejka Jasina “aktem terrorystycznym”, czy głosować w ONZ za uznaniem syjonizmu za jedną z odmian rasizmu. To wynik ochłodzenia, którego początkiem była wojna sześciodniowa, jednak – od początku lat 90-tych – wzajemne kontakty zaczęły się ocieplać. Turcja świetnie odnajdowała się w roli mediatora – zarówno jeśli chodzi o kwestie palestyńskie, jak również konflikt izraelsko-syryjski. Ankara zaznaczała swoją obecność w regionie, a Izrael posiadał lojalnego – naturalnie poza sferą werbalną – sojusznika. Izraelczycy również ze swojej strony, są na tyle uprzejmi, iż nie uznają rzezi Ormian za ludobójstwo i nie rozważają takiego wariantu. Oba państwa łączą też specjalne relacje ze Stanami Zjednoczonymi, które sprzyjały integracji.

Integracja ta, poza sferą polityczną, dotyczyła też kwestii wywiadowczych, co przez jakiś czas funkcjonowało w ramach wspomnianego już trójkąta Izrael-Iran-Turcja. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć kwestie militarne. Izrael, z ogromną ochotą, dostarczał Turcji nową, nowoczesną broń (czołgi, pociski izraelskiej produkcji, pojazdy, skomplikowaną elektronikę, bezzałogowe samoloty mające pomóc w walce z Kurdyjską Partią Pracyujących) oraz modernizował starą, naturalnie nie darmo, a za setki milionów dolarów, przy jak najbardziej przychylnym spojrzeniu Waszyngtonu. Turcja pozwoliła również korzystać Izraelskim Siłom Powietrznym za swojej strefy powietrznej, organizowano wspólne manewry wojskowe itd.

Jeżeli zaś chodzi o kwestie gospodarcze, to dynamiczny ich rozwój nastąpił wraz z podpisaniem umowy o strefie wolnego handlu (1996), która weszła w życie w roku 2000. Obroty między tymi państwami momentalnie wzrosły kilkakrotnie. Z punktu widzenia Izraela ważna jest też podpisana w 2004 roku umowa o dostawie 50 milionów litrów wody. Istnieje nawet projekt powstania specjalnego rurociągu, który miałby dostarczać m.in. wodę i gaz.

Symptomy ochłodzenia
Sytuacja wcale nie zaczęła pogarszać się wraz z dojściem do władzy Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Rządzący ośmielali się na krytykę poczynań izraelskich, jednakże nie miało to decydującego wpływu na stosunki bilateralne. Słowa, słowa, słowa.

Pierwszym poważnym policzkiem było zaproszenie na rozmowy lidera Hamasu, Chaleda Meszala, po wygraniu przez jego ugrupowanie wyborów w Autonomii Palestyńskiej w 2006 roku. Niewątpliwie nie ucieszyło to władz izraelskich, które uznaje Hamas za organizację terrorystyczną, ale podobnie postąpili Rosjanie. Potencjalne “wpuszczenie na salony” tej organizacji na pewno nie byłoby w interesie izraelskim. Smutna prawda jest taka, iż Hamas tamte wybory wygrał demokratycznie, więc zachowanie Ankary, zaangażowanej w proces pokojowy, ma swoje racjonalne przyczyny.

To też jednak nie miało decydującego znaczenia. Dopiero izraelski rajd na Strefę Gazy (2008-2009) spowodował niezwykłe pogorszenie stosunków dyplomatycznych. Premier Erdogan dyplomatycznie operację nazwał “zbordnią przeciwko ludzości”.. Do awantury, ponownie w związku z operacją w Strefie Gazy, doszło też w Dawos. Skończyła się ona ostentacyjnym opuszczeniem sali przez Erdogana, który następnie dodał, iż wszystko, co powiedział prezydent Szymon Peres, było kłamstwem. Rezolutny premier upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu – po pierwsze, zaznaczył reorientację polityki zagranicznej Turcji, a po drugie, jego wypowiedzi entuzjastycznie przyjęli wyborcy.

Mimo to, byłoby to bez znaczenia, bo jak wiadomo, wiele gorzkich słów wypowiedziano w przeszłości, gdyby nie pewne ruchy tureckie. Pierwszym z nich jest niekrytykowanie polityki irańskiej. Turcy podkreślają, iż nie widzą powodu, dla którego świat inaczej miałby traktować posiadanie broni atomowej przez Iran i przez Izrael. Spekuluje się, iż Ankara miałaby, jako członek RB ONZ, zagłosować przeciwko ewentualnym sankcjom nałożonym na Teheran. Turcja eksponuje również swoje dobre stosunki z Teheranem, próbując włączyć Iran do projektu Nabucco (wbrew woli Stanów Zjednoczonych), a Mahmud Ahmadineżad jest wśród Turków bardzo popularnym politykiem. Obecne stosunk Turcji z Izraelem na tym polu doskonale obrazują wydarzenia z kwietnia tego roku, gdy premier Netanjahu odwołał swoje przybycie na tzw. “szczyt atomowy” (wysyłając jednego z ministrów i obniżając rangę delegacji), a jedną ze spekulowanych przyczyn, była możliwość podniesienia kwestii izraelskiego arsenału nuklearnego przez dwóch przyjaciół z regionu – Turcję i Egipt. Ankara jednocześnie oferuje mediację w kontaktach z Teheranem.

To nie koniec uprzejmości – Turcja zamknęła również dla Izraelskich Sił Powietrznych swoją przestrzeń lotniczą, służącą do ćwiczeń oraz przeprowadziła z Syrią wspólne ćwiczenia wojskowe. Ciekawostką w tym kontekście jest fakt, iż w ubiegłym roku Turcja wykluczyła Izrael z manewrów Anatolian Eagle, tłumacząc, iż te same maszyny, które miały wziąć w nich udział, mogły uczestniczyć w bombardowaniu Strefy Gazy.

Jak zatem widać, ochłodzenie stosunków przełożyło się na konkrety. Izraelczycy już teraz zauważają, iż Turcja traci – z jego punktu widzenia – atuty mediatora, angażując się w konflikt. Oczywiście, można cytować kolejne wypowiedzi Erdogana i Liebermana, Opisywać serial, w którym Izraelczycy są przedstawiani jako mordercy dzieci i staruszków, a także upokorzenie, jakiemu został poddany turecki ambasador. Są to jednak skutki ochłodzenia, a nie jego przyczyny.

“Nie wszystko złote, co się świeci”
Wszystko, co zostało pisane powyżej wskazuje na pogorszenie stosunków izraelsko-tureckich, jednakże w żadnym wypadku nie oznacza zerwania wszystkich kontaktów. Oba państwa wzajemnie siebie potrzebują, będąc przeciwnikami islamskiego radykalizmu. Turcy wielokrotnie wcześniej krytykowali politykę izraelską, chociaż trzeba przyznać, iż rządząca w Izraelu prawica i rządzący w Ankarze, “umiarkowani islamiści” to wybuchowa mieszanka.

Dlaczego Izrael i Turcja mieliby nagle przestać ze sobą handlować (obroty wynoszą obecnie około 2,5 miliarda dolarów)? Nieprzyjemne wypowiedzi nie powodują też dezaktualizacji kontraktów na dostawę broni. Izraelczycy gdzieś przecież muszą mieć możliwość spędzania wakacji, a Turcy pozyskiwania nowoczesnych technologii. Nie zanosi się też na uznanie rzezi Ormian za ludobójstwo.

Ochłodzenie tak, ale nie mamy jeszcze do czynienia z rozwodem. Na razie to “tylko” mocna małżeńska kłótnia, z czynieniem sobie ograniczonych nieprzyjemności i straszeniem. Turcja demonstruje swoją niezależność, ale nie staje się wrogiem Izraela.

Zapraszam również do przeczytania artykułu dotyczącego polityki zagranicznej Turcji

Stosunki polsko-rosyjskie po katastrofie w Smoleńsku

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo
źródło: crossed-flag.pins.com

źródło: crossed-flag.pins.com

Tragiczny wypadek polskiego samolotu był nie tylko przedmiotem natychmiastowej reakcji rosyjskich władz, ale poruszył przede wszystkim zwykłych ludzi zamieszkujących Federację Rosyjską i cały świat. Media na wszystkich kontynentach pisały o katastrofie w Smoleńsku, współczując Polakom Hasła związane z tą tragedią zdominowały wyszukiwarki internetowe. W tych smutnych chwilach, otrzymaliśmy wsparcie i życzliwość. Na swoim blogu Kominek pokazuje okładki różnych gazet. Jaki jednak wpływ będzie miała smoleńska katastrofa na relacje polsko-rosyjskie?

Serwis BBC zrobił listę wypadków lotniczych, w których śmierć ponieśli przywódcy państw, liderzy. Żadnego z wymienionych wydarzeń nie można porównać do sobotniej tragedii, w której zginął nie tylko prezydent RP z małżonką, ale m.in. najważniejsi dowódcy wojskowi, czołowi posłowie i senatorowie, urzędnicy, ministrowie z Kancelarii Prezydenta, wiceministrowie rządu, duchowni, osoby piastujące ważne funkcje publiczne, jak np. prezes IPN-u, prezes NBP oraz – co jest okrutnym żartem historii – rodziny ofiar katyńskich. Nie tylko Polacy znaleźli się w wyjątkowej dla siebie sytuacji, Rosjanie również. Cały świat skierował swoje oczy – przynajmniej na jakiś czas – na stosunki polsko-rosyjskie. W tym miejscu warto przeczytać wypowiedź prof. Włodzimierza Marciniaka, który stawia bardzo odważną tezę: rosyjskie władze chcą udowodnić, przed własnym społeczeństwem, iż są świętsze od papieża. “Robią wszystko, by odsunąć od siebie jakiekolwiek podejrzenia. Panicznie się boją, że na świecie ukształtuje się obraz Rosji jako kraju, w którym można kupować gaz i ropę naftową, ale lepiej tam nie jeździć i nie mieć z nim nic do czynienia. Takie sygnały już są: wycofywane są z ruchu samoloty TU-154. Rosjanie staną na głowie, żeby temu zapobiec” – powiedział m.n. Marciniak.

Premier Putin natychmiast zadeklarował pomoc i stanął na czele rosyjskiej komisji badającej katastrofę. Zapowiedział również, iż Rosjanie przeżywają katastrofę tak samo jak Polacy i będą wspierać nas w tej trudnej chwili. Prezydent Miedwiediew wydał “odezwę do narodu polskiego”, co historycznie Polakom może się kojarzyć słabo, ale tym razem było deklaracją żalu, współczucia i obietnicą zbadania wypadku we współpracy z Polakami. Miedwiediew ogłosił w swoim oświadczeniu, że 12 kwietnia będzie dniem żałoby narodowej oraz wspomniał, iż prezydent Kaczyński leciał złożyć hołd ofiarom totalitaryzmu, polskim oficerom w Katyniu. Wspaniałe gesty – wspomnieć jeszcze należy o objęciu Tuska przez Putina. Po wypadku, Moskwa potrzebuje dobrego PR-u (a taki zapewnić im mogą tylko Polacy), a rządzący reprezentują poglądy społeczeństwa, Polakom w tym momencie przychylnego.

Rewolucja w polityce historycznej

Do czasu wypadku mieliśmy do czynienia z powolną ewolucją w polityce historycznej Rosji względem Katynia. Jeszcze w sierpniu ubiegłego roku prof. Natalia Narocznicka z utworzonej przez rosyjskiego prezydenta komisji ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii na szkodę Rosji twierdziła na łamach rosyjskich mediów, iż w Katyniu jest też “ślad niemiecki”, a Polacy są winni śmierci tysięcy jeńców radzieckich z czasów wojny polsko-bolszewickiej, których rzekomo mieliśmy zagłodzić. W międzyczasie, w telewizji wyemitowano film pt. “Sekrety tajnych protokołów” Wadima Gasanowa, w której oskarżono Polaków o to, iż byli pierwszym sojusznikiem Adolfa Hitlera. O rosyjskich manipulacjach historycznych pisałem w sierpniu.  Stopniowa ewolucja zaczęła następować od września i wizyty premiera Putina na Westerplatte. Należy zwrócić uwagę na późniejsze prace komisji ds. trudnych, która pracowała w ciszy, ale – co najważniejsze – skutecznie. Ukoronowaniem było wyemitowanie w rosyjskiej telewizji “Katynia” Andrzeja Wajdy i wspólne obchody 70-rocznicy zbrodni katyńskiej, na których byli obecni premier Tusk i premier Putin. Pierwsze kroki zostały podjęte, ale nic nie zapowiadało, by doszło do błyskawicznej zmiany polityki Kremla – wszakże społeczeństwu przez dziesiątki lat mówiono coś innego, dlatego wszystko to postępowało regularnie, aczkolwiek powoli.

Po 10 kwietnia mamy do czynienia z rewolucją. Radykalnie zmienił się sposób pokazywania Katynia. Film Andrzeja Wajdy został puszczony ponownie, ale na kanale z o wiele większą oglądalnością. Inna stacja wyemitowała materiał na temat wydarzeń z kwietnia 1940 r., w którym znalazły się fragmenty “Katynia” oraz opinia Putina, że była to zemsta Stalina za porażkę z 1920 roku. Tutaj istnieje jeszcze zgrzyt. O tezie, iż Stalin wyjątkowo zapamiętał sobie porażkę z 1920 można polemizować podając różne argumenty. Stalin był wtedy komisarzem politycznym Frontu Południowo-Zachodniego i naciskał na dowodzącego Aleksandra Jegorowa, by ten skierował swoje siły na Lwów, zamiast część nich wysłać do Tuchaczewskiego. Co stało się dalej, wszyscy pamiętamy – siły bolszewickie uciekały w popłochu, a przyszły dyktator ocalił Warszawę.  ”Soso” był mściwy, ale zabijał, przesiedlał i zsyłał również bez osobistych motywów, miliony osób. Spór jest w innym miejscu – Rosjanie tłumaczą, iż była to zemsta nie za porażkę na froncie, ale śmierć radzieckich jeńców. Jakkolwiek należy wyrazić żal, że z powodu chorób i głodu ginęli żołnierze bolszewiccy, tak trzeba zaznaczyć, iż hiszpanka i inne epidemie zdziesiątkowały wtedy całą Europę, a śmiertelność wśród polskich jeńców w bolszewickich obozach była wyższa.

Wracając jednak do ewolucji, Polacy, z pierwszego sojusznika Hitera, stali się ofiarami totalitaryzmu Stalina, podobnie jak miliony osób mieszkających w ZSRR. To retoryka Putina, z 7 kwietnia, który wskazywał też na radzieckie ofiary według koncepcji “wszyscy jesteśmy ofiarami”. Pokażmy, co mamy wspólne, a nie, co nas dzieli.  Przyspieszyliśmy. Trzeba dodać, iż sam motyw zbrodni katyńskiej pojawił się w prawie wszystkich zagranicznych relacjach, media cytowały wypowiedź Aleksandra Kwaśniewskiego, iż jest to “przeklęte miejsce” i tłumaczyły, co stało się w 1940 roku, czasem zaznaczając nawet, iż ZSRR wkroczył na terytoria polskie w 1939 roku. Jeżeli zaś chodzi o internautów, to hasło “katyn massacre” było 6, najczęściej wpisywanym w wyszukiwarkę Google w dniu 10 kwietnia, na godzinę 18:15 – potem już nie śledziłem. Prawda leży na wierzchu, a tymczasem kolejne telewizje m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Litwy, a nawet Macedonii, upominają się o film dotyczący zbrodni katyńskiej.  W tej sytuacji, zakłamywanie historii przez Moskwę, byłoby PR-owym samobójstwem. Poczytajmy, co teraz mówi prezydent Miedwiediew o Katyniu..

Postawa rosyjska po rozbiciu samolotu, zasługuje na szacunek i wniosek, że jest o czym rozmawiać, pomimo różnic, które nieraz dadzą o sobie znać. Przede wszystkim doszło do zmiany atmosfery w stosunkach polsko-rosyjskich.

Rozbieżne interesy

Nie ma jednak, co się łudzić, iż dojdzie do rewolucji w kwestiach polityczno-gospodarczych. Polska i Rosja mają swoje interesy strategiczne i one nas różnią – chociażby w kwestii Gruzji i polityki energetycznej. Polacy chcieliby dywersyfikacji dostaw gazu, po jak najmniejszej cenie, najlepiej przy jednoczesnym aliansie z Gruzją, ewentualnie Ukrainą. Rosjanom z kolei zupełnie nie zależy na dywersyfikacji, gdyż to osłabia ich pozycję, ani trochę nie są zainteresowani mniejszą ceną, bo to istotny składnik ich budżetu, a Gruzję traktują jak śmiertelnego wroga. Władze rosyjskie nie odwołają też nagle projektu spełniającego powyższe warunki, North Stream. Rosjanie planują budowę kolejnego gazociągu, South Stream i robią, co mogą, by nie doszło do budowy omijaącego Rosję, rurociągu Nabucco. Obecna i poprzednia umowa gazowa z Gazpromem budzą olbrzymie wątpliwości, a nie wygląda na to, by udało się poprawić warunki dla Polski.

Różni nas również podejście do polityki Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza obecność amerykańskich żołnierzy na ziemi polskiej, baterii Patriot, nomen omen mających stacjonować w okolicy Obwodu Kaliningradzkiego i elementów tarczy antyrakietowej w Polsce. Polacy są jednym z najbardziej proamerykańskim państw w Unii Europejskiej – stąd również wynika nieufność. Oczywiście, w przyszłości dojść może do rewizji stanowiska polskiego, ale na razie nasz stosunek do Stanó Zjednoocznych jest jednoznaczny.

Rosjanom nadal uważają państwa byłego bloku radzieckiego za swoją sferę wpływów. Polacy, wspierani przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone, bezwarunkowo tego nie przyjmują. Wspomnieć można o dwóch sporach – Gruzji i Ukrainie. Polacy popierają proeuropejskie aspiracje tych państw, Rosjanie nie chcą o tym nawet słyszeć. Nowy, uznawany za reprezentującego siły prorosyjskie, prezydent Ukrainy ogłosił, iż najważniejszym celem polityki zagranicznej tego państwa powinna być integracja z Unią Europejską. Zmiana prezydenta, ale nie priorytetów, może pogodzić stanowiska Polski i Federacji Rosyjskiej, ale interesy pozostaną prawdopodobnie rozbieżne.

Atmosfera, atmosferą, polityka, polityką. Kluczowe jest, by rozmawiać ze sobą bez uprzedzeń i ze zrozumieniem, a to ostatnio obserwować możemy w stosunkach polsko-rosyjskich. Rozmowy w przyjaznej atmosferze, służą porozumieniom i wzajemnemu zaufaniu, tak dotąd nieobecnemu. To z kolei, w przyszłości, może zaowocować konkretniejszymi korzyściami np. gospodarczymi, ale też zwrotami, o których wcześniej nie było mowy. Papierem lakmusowym rosyjskich intencji będzie przyjazd marszałka Komorowskiego do Moskwy i to, w jaki sposób Rosjanie potraktują tam Polaków.

Tragedia spowodowała, iż Polacy i Rosjanie dawno nie byli “tak blisko” – należy zgodzć się z poglądem Gorbaczowa . To może być pewna klamra, która otworzyła się w 1940 roku, a zamknie się w 2010. Teraz jest szansa na zmianę perspektywy Adam Daniel Rotfeld nazwał to impulsem. Różnic w interesach politycznych na razie nie przezwyciężymy, ale być może zmieni się diametralnie sposób patrzenia przez Polaków na Rosjan i Rosjan na Polaków.

—–
Skrocona wersja tego artykułu napisana została dla serwisu “Polityka Globalna”. Znajduje tam się niezwykle cenny materiał – opinie 6 blogerów na temat przyszłości relacji polsko-rosyjskich. Autorzy kolejno: Piotr Wołejko, Artur Makolągwa, Patryk Gorgol, Marcin Jóżeowicz, Michał Gąsior i Piotr Durlej.

Polityka niezależności Turcji – wzór do naśladowania?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (1) » dodajdo

źródło: topnews.in

W XIX i na początku XX wieku turecka dyplomacja nie była w stanie w stanie powstrzymać rozpadu Imperium Osmańskiego. Turcja była zbyt dużym państwem, ze zbyt wielką liczbą narodów pod swoją władzą. W czasie I wojny światowej opowiedziała się po niewłaściwej stronie – państw centralnych. W 1920 roku doszło do podpisania traktatu z Sevres, który likwidował imperium osmańskie. O potędze Turcy mogli sobie co najwyżej poczytać w podręcznikach od historii.

Turcja stała się republiką, a położenie geograficzne tego państwa spowodowało, iż po II wojnie światowej stało się naturalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Mało komu uśmiechało by się sąsiadowanie ze Związkiem Radzieckim, którego przywódcy łakomie patrzyli się na dostęp do cieśnin czarnomorskich, także Turcy grali z Amerykanami w jednej drużynie – stali się członkami NATO i udostępnili swoje terytorium dla działań amerykańskich. Jeśli chodzi o formę rządów, to mieliśmy do czynienia z demokracją kontrolowaną przez wojsko, strażnika świeckości państwa i odpowiedniego kursu polityki. Można jedynie domniemywać, iż operacje takie, jak zamachy stanu, nie działy się bez wiedzy Waszyngtonu i CIA.

Tymczasem upada Związek Radziecki i powstają nowe państwa. Armenia, Azerbejdżan i Gruzja. Rosja zostaje odepchnięta do cieśnin i przestaje być zagrożeniem dla Turcji. Ankara nadal jednak jest w NATO i znajduje się w bardzo bliskich relacjach z Amerykanami, którzy mają w Turcji bazy wojskowe, jak również wysyłają corocznie pomoc finansową. W nowych okolicznościach powstała szansa na prowadzenie niezależnej polityki zagranicznej i odnotowanie godny jest fakt, iż Turcy tak właśnie postanowili uczynić. Zarówno w ramach kontaktów ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie dezaktualizuje się zasada “Ameryka płaci, Ameryka wymaga”, jak też w ramach “tureckiej drogi do Europy”. Ankara dąży też do uregulowania swoich stosunków z Armenią, działając z pozycji silniejszego, a rząd Erdogana nie waha się stawać w opozycji wobec Izraela, swojego naturalnego sojusznika, kokietując jednocześnie Teheran. “Zero problemów z sąsiadami” – taką politykę starają się prowadzić obecne władze.

Integracja czy dezintegracja?

Jednym z argumentów za wejściem Turcji do Unii Europejskiej było stwierdzenie, iż kraj stałby się naturalnym pośrednikiem między Europą, a państwami muzułmańskimi. Do Azji, przez Turcję – mogłaby zakrzyknąć charyzmatyczna Catherine Ashton. Jest to koncepcja trochę podobna do tej, według której politykę wschodnią UE prowadzić miałaby Polska. Prawda jest taka, że Polska powinna dążyć do posiadania jak największego wpływu na politykę wschodnią UE, aczkolwiek nigdy nie będą to działania samodzielnie – zawsze będzie to suma określonych interesów członków Unii. Z Turcją byłoby podobnie, z tą różnicą, iż Ankara stara się pełnić funkcję lidera regionu, bez namaszczania przez kogokolwiek, z racji swojego własnego potencjału.

Sama integracja z Unią Europejską, pomimo rozpoczęcia negocjacji, będzie procesem długotrwałym i niekoniecznie zakończonym happy endem. Wiele państw UE (w tym Francja, Austria, Niemcy) nie widzą Turcji we Wspólnocie. Na razie jesteśmy na etapie “warunków koniecznych”, które musi spełnić Turcja. Wspomnijmy chociażby o konieczności przestrzegania praw człowieka, których łamanie zarzucane jest Ankarze przy każdej okazji. Nawiasem mówiąc, sam premier Erdogan nie pomaga sobie mówiąc, iż może deportować 100 tysięcy Ormian. Ponadto pozostaje kwestia Cypru Północnego, okupowanego przez Turcję. Przypomnijmy, iż Cypr (ten grecki) jest członkiem Unii Europejskiej i nie jest uznawany przez Ankarę. Jego statki nie mają dostępu do portów na północy – apelować ma o to kanclerz Angela Merkel w czasie planowanej wizyty w Turcji.

Łatwo sobie można wyobrazić, iż to nie jedyne “warunki konieczne”, bez których nie dojdzie do akcesji. Ktoś wyobraża sobie implementację unijnego prawa? “Stara Europa” nie chce na razie Turcji – lata będą upływały, a Turcja nadal będzie poza wspólnotą. Zwłaszcza teraz, gdy europejskie gospodarki mocno odczuły skutki kryzysu gospodarczego.

Przyciąganie i odpychanie Stanów Zjednoczonych

Turcy są realistami, dlatego coraz bardziej zbaczają z drogi europejskiej, formalnie prowadząc negocjacje z UE, a skupiając się na kwestiach azjatyckich. Coraz bardziej zarysowują się różnice, w poszczególnych kwestiach, między Ankarą, a Waszyngtonem.

Turecka opinia publiczna nie przepada za Amerykanami. Gdy Erdogan skrytykuje Waszyngton – punktuje, to samo dotyczy Izraela. Jednocześnie jednak nie zanosi się na rozwód, gdyż, pomimo oficjalnych rozbieżności, stosunki między tymi państwami są zbyt ścisłe. Ostatnio Turcy ogłosili, iż zamierzają kupić amerykańskie Patrioty. Ankara również wie, iż jeżeli dojdzie do wyścigu o dominacje w regionie pomiędzy Turcją, a Iranem, Amerykanie staną po stronie tureckiej. Przyjaźń opiera się również na udostępnieniu Turcji możliwości zakupu nowoczesnego sprzętu wojskowego i bezzwrotnej pomocy liczonej w setkach milionów dolarów.

Pomimo tego, identycznie jak w przypadku Izraela, Amerykanie nie potrafią kontrolować polityki tureckiej. Doskonałym tego przykładem są działania Turcji wobec Iraku. Ankara odmówiła Waszyngtonowi w 2003 roku możliwości wykorzystania baz wojskowych do ataku. Ponadto, Turkom nie podobało się, iż Kurdowie z Partii Pracujących Kurdystanu, traktowali Irak jako swoje źródło zaopatrzenia. Oficjalnie władze irackiego Kurdystanu nie popierają działań lewicowych radykałów, jednak dla swojego spokoju nie robili z nimi porządku, a ci bawili się w najlepsze przy granicy iracko-tureckiej. Skutkiem tego, Turcja wysyłała żołnierzy kilka/kilkadziesiąt kilometrów wgłąb Iraku. Skończyło się to skandalem, gdy wspomniani żołnierze zostali schwytani.

Współpraca z Iranem?

Różne jest też podejście do Teheranu. Ocena polityki irańskiej przez Stany Zjednoczone jest jednoznaczna. Turcy z kolei, korzystając z w/w zasady “zero problemów z sąsiadami” próbują z ajatollahami rozmawiać. Co więcej, Ahmadineżad jest w Turcji popularnym politykiem. “Na udział Iranu w projekcie naciska Turcja, a sprzeciwiają się Amerykanie. Związanie Iranu z projektem byłoby przecież polisą ubezpieczeniową dla Teheranu. Dla Turków najważniejszy jest biznes i wbrew Stanom Zjednoczonym lansują udział Irańczyków. Sami Irańczycy twierdzą, ze bez ich gazu projekt Nabucco nie ma szans powodzenia, co by sugerowało, iż są zainteresowani porozumieniem w tej kwestii.” – pisałem w tekście “Rok Obamy – podsumowanie cz. 1″. To ucieczka do przodu – oswojony Iran przestałby być groźny, poważnie dywersyfikując dostawy gazu dla Turcji (Ankara żąda 10-15% gazu z Nabucco “na własne potrzeby”). Przystąpienie Iranu do projektu popierają równiez Azerowie. Sam Erdogan nie popiera polityki Obamy wobec irańskiego programu atomowego podkreślając, iż skoro Izrael może mieć broń jądrową, to czemu Iranowi odmawia się takiego prawa?

Ankara podpisuje porozumienia w sprawie dostaw surowców, z Irakiem, a na boku flirtuje z Rosją, by w razie problemów, nie zostać na lodzie.  Należy zwrócić uwagę na znaczenie portu w Ceyhan, do którego transportowana ma być ropa z irackich pól naftowych. Ponadto istnieje rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC). Został uruchomiony w 2006 roku, liczy sobie 1762 kilometry, a jego przepustowość sięga miliona baryłek dziennie. Z Ceyhanu, trafiają do Europy. Czy nadal kluczowe położenie Turcji budzi u kogoś wątpliwości?

Warto rozmawiać

To drugie hasło przewodnie tureckiej dyplomacji. “Wiceprezydent Syrii Faruk al-Sharaa przyznał kilka tygodni temu, że w domu boi się otworzyć lodówkę, bo wyskoczy z niej turecki dyplomata. Turcja pośredniczy lub pośredniczyła między innymi w negocjacjach pomiędzy Syrią i Izraelem w sprawie Wzgórz Golan, pomagała się dogadać Syrii i Libanowi, irackim sunnitom i szyitom oraz przedstawicielom Hamasu i Izraela” – napisał Łukasz Wójcik w “Polityce” pod koniec listopada 2009. W świetle powyższych przykładów, ciężko byłoby zarzucić tureckiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych pasywną postawę.

Turcy zrobili jeszcze jeden krok. Podpisali porozumienie z Armenią w październiku 2009r.  Dokumenty nie zostały jeszcze ratyfikowane, ani przez stronę turecką, ani przez Ormian. Turcy tłumaczą, iż zrobią to, gdy Armenia wycofa się z Górskiego Karabachu (w proteście przeciwko jego zajęciu w 1993 roku Ankara zerwała stosunki dyplomatyczne z Erywaniem). Ormianie w odpowiedzi zdeklarowali, iż oni zagłosują, jeżeli najpierw zrobią to Turcy. “Zero progress” – jak podsumował to “The Economist”.

Jednocześnie Szwecja i Komisja Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów, uznały wydarzenia z lat 1915-1917 za ludobójstwo. Turcja zareagowała m.in. wzywając na konsultacje swojego ambasadora ze Stanów Zjednoczonych i Szwecji oraz zapowiadając,  że nie będzie tolerować takich afrontów. Przeciwko rezolucji opowiadali się m.in. Barack Obama i Hillary Clinton, którzy – jeszcze jako senatorzy – ją gorąco popierali. Uroki rządzenia, a uroki bycia w opozycji.

Turcy w sprawie “rzezi Ormian” otrzymali poparcie od azerskiego parlamentu, który uznał rezolucję Izby Reprezentantów za cios w negocjacje azersko-armeńskie dotyczące Górskiego Karabachu. Tymczasem Azerowie są zaniepokojeni rozmowami pomiędzy Turcją, a Armenią, dlatego grają znaczoną kartą pt. “Nabucco” pokazując swoje niezadowolenie i hamując rozmowy.

Turcy ochłodzili za to swoje kontakty z Izraelem. Na płaszczyźnie politycznej, są obecnie niedobre – Ankara krytykuje postawę izraelskiego rządu wobec Palestyńczyków. Wykluczono go również z manewrów wojskowych, w których dotychczas brali udział. Z drugiej strony – kontrakty wojskowe kwitną i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. W retoryce dyplomacji tureckiej widać jednak zmianę, w kierunku państw muzułmańskich, kosztem Izraela i Stanów Zjednoczonych.

Turcy pokazują, jak powinna wyglądać dyplomacja w XXI wieku. Może warto wziąć z nich przykład, przy uwzględnieniu różnicy w położeniu i potencjale?

W Sylwestra pijemy z Unią Europejską?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo

Wydawać by się mogło, że w Sylwestra bawić się będziemy bez jakiegokolwiek udziału Unii Europejskiej. Okazuje się jednak, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości ma bardzo bogate orzecznictwo z zakresu „spraw alkoholowych”. Kto wie, może niektórzy sędziowie ETS-u łączą pracę (wyrokowanie) z pożytecznym (zabawa sylwestrowa)? Niewiele jest gatunków alkoholi, które nie były obiektem badań i decyzji ETS-u, Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej. Prześledźmy.

źródło: minialkohol.cal.pl

Jaka wódka?
Nikodem Dyzma, grany przez Cezarego Pazurę, mawiał, że smakuje mu tylko polska „czysta”, bo jego organizm jest polski i toleruje tylko to, co polskie. Do niedawna wódką był tylko alkohol destylowany o odpowiedniej mocy, wytworzony na bazie zboża i ziemniaków. Komisja Europejska zaproponowała jednak inną definicję wódki, który pozwala na nazywanie wódką każdego alkoholu destylowanego powyżej 37,5% wytworzony z surowców rolnych. Zatem niczym sensacyjnym nie będzie wódka z bananów, winogron czy trzciny cukrowej. Polscy i szwedzcy politycy przegrali batalię w tej sprawie. Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej również opowiedziały się za takim rozwiązaniem. Warto podkreślić, że polscy europarlamentarzyści byli w tej kwestii zjednoczeni jak nigdy. Ryszard Czarnecki (PiS, wtedy Samoobrona) walczył ramię w ramię z Bogusławem Sonikiem (PO).

Dzięki UE w Sylwestra pojawiła się zatem możliwość picia nowych rodzajów wódek. Uspokaja nas jednak Andrzej Szumowski, prezes Polish Vodka Association, który w rozmowie z „Rynkami Zagranicznymi” podkreślił, że polski konsument zna się na wódce i ceni najwyższą jakość produktu, jaką proponują rodzimi producenci Nasz rynek (zatem również sylwestrowy stół) jest niezagrożony. Doskonale podsumowuje to zdanie wypowiedziane przez Pabla Picasso, które odnaleźć można na stronie PVA. „W XX wieku powstały trzy genialne wynalazki – blues, kubizm i polska wódka”.

źródło: http://pl.beeropedia.org/

Wino czy piwo?
Jeśli ktoś nie jest zwolennikiem wódki, może zdecydować się na inny rodzaj alkoholu. Bardzo popularne przy tej okazji są wina i piwa. Co na to Unia Europejska?

Unijni sędziowie również zajmowali się tą kwestią. Wydali wyrok według którego są to produkty podobne, a niższe opodatkowanie jednego z nich byłoby dyskryminacją drugiego i próbą wpływania na gusty konsumentów przez państwo, a na to nie można przecież pozwolić. Sprawa dotyczyła Wielkiej Brytanii. Pytanie tylko, czy rzeczywiście wino i piwo uznać można za produkty podobne? Posiadają one inny skład chemiczny i stężenie alkoholu Nie trzeba być doktorem prawa, by o tym wiedzieć.

Ciekawostką jest fakt, że Polska prawo do produkcji wina owocowego zastrzegła sobie w traktacie akcesyjnym. W 2008 roku Unia Europejska szykowała drugi zamach – tym razem na wina owocowe. Definicja win zostałaby zamknięta do alkoholu produkowanego na bazie winogron. Tym razem jednak udało się obronić przed niekorzystną dla naszego przemysłu alkoholowego zmianą.

Rozstrzygając dylemat, wino czy piwo, trzeba kierować się podstawową zasadą. Nie mieszać.

źródło: http://ecofriendlydaily.com

Whisky czy koniak?
Alkohol dla koneserów również był obiektem badań ETS-u.. Podobnie jak w przypadku wina i piwa, sprawdzali „podobieństwo produktu”. Sędziowie musieli dogłębnie zbadać proces produkcji.

Whisky i koniak zostały uznane za produkty podobne. Produkcja polega na destylowaniu produktów wyjściowych (koniak – winogrono lub inne owoce, whisky – zboże). Sędziowie zauważyli również, że oba te trunki mają wysoką zawartość alkoholu, a forma ich spożywanie w dużej mierze zależy od gustu konsumentów. Po zapoznaniu się z wyrokiem w końcu można się upewnić, że Unia Europejska zajmuje się sprawami naprawdę ważnymi dla obywateli.

ETS jednak nie rozstrzygnął dylematu – whisky czy koniak. Jeśli są to produkty podobne, to może bez różnicy?

źródło: http://www.freewebs.com/lesbos-eiland/Ouzo_-_plomari.jpg

Ouzo, brandy, sznaps?
Zawsze można zdecydować się na mniej tradycyjne rodzaje alkoholi. One również były przedmiotem orzeczeń.

ETS skrytykował w swoim wyroku Grecję za stosowanie niższego oprocentowanie brandy i ouzo, w momencie, gdy wyżej obciążone są whisky, rum i dżin. Sędziowie uznali to za dyskryminację.

Analogicznie sytuacja wygląda w Danii, która niżej opodatkowała sznapsa, importowanego z Niemiec. ETS postanowił również poważnie rozważyć ten problem. W tym celu m.in. zapoznał się ze strukturą spożycia alkoholu w Danii i zauważył, że jest to faworyzowanie miejscowych wytwórców sznapsa, w porównaniu z wytwórcami innych trunków.

ETS znowu nie wypowiedział się na temat jakości napojów, a jedynie nakazał ich równe traktowanie. Na całe szczęście to, czy (i jeśli tak, to ile) będziemy spożywać alkohol, znajduje się poza prawodawstwem unijnym.

Na końcu chciałbym podziękować czytelnikom za przeglądanie i komentowanie mojego bloga. Życzę wszystkim udanego Sylwestra i jeszcze lepszego, nowego roku!
——————-
przy pisaniu artykułu korzystałem z artykułu Władysława Czaplińskiego pt. “Zasada niedyskryminacji/równego traktowania w prawie wspólnotowym”

Kto kompromituje się w sprawie krzyży?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (1) » dodajdo
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Rzadko zabieram publicznie głos w dyskusjach dotyczących polityki wewnętrznej Polski. Tym razem uczynię to, inspirowany artykułem redaktora Łukasza Warzechy pt. „Kompromitacja Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka”. Nie zamierzam dyskutować o tym, czy krzyże mają wisieć w salach, czy trzeba je zdjąć. Przeanalizuje tekst pana Warzechy jedynie od kątem prawnym i własnych doświadczeń z LO.

Nie każdy musi być prawnikiem. Zresztą, jako student prawa mogę otwarcie powiedzieć, że grzebanie w kodeksach i orzecznictwie nie jest najciekawszą rzeczą na świecie. Dużym problemem ta niewiedza staje się dopiero wtedy, gdy jest ona szerzona, szczególnie przez dziennikarzy, którzy nie mają pojęcia, jak funkcjonuje prawo. HFPC oczywiście zajmie się tą sprawą głównie dlatego, iż jest medialna, dodatkowo można powątpiewać w to, czy wspominana trójka licealistów sama nie znalazłaby sobie prawnika (np. dzięki pomocy portalu Racjonalista.pl), ale wypowiedź prof. Legutki jest naruszeniem dóbr osobistych trójki uczniów.

Do rzeczy jednak:

„Prof. Legutko był uprzejmy nazwać awanturników z Wrocławia „rozwydrzonymi i rozpuszczonymi przez rodziców smarkaczami”, a ich awanturkę – „szczeniacką zadymą”, przez co ci poczuli się obrażeni i postanowili profesora pozwać. Ryszard Legutko miał oczywiście pełne prawo tak ich nazwać i częściowo miał rację, bo awanturkę we wrocławskiej szkole można w części zaliczyć do niegodnych większej uwagi przejawów braku emocjonalnej równowagi w okresie dojrzewania. Sam pamiętam mój licealny bunt przeciwko wprowadzanym właśnie wtedy do szkół lekcjom religii i dzisiaj patrzę na samego siebie z tamtych czasów z dużym politowaniem”

Profesor Legutko nie miał jednak prawa nazywać tak nikogo w ramach debaty publicznej. Nie poniósłby konsekwencji, gdyby uczniowie nie poczuli się urażeni. Mają prawo do złożenia pozwu. Nie widzę jednak nic merytorycznego w nazywanie kogoś „rozwydrzonym i rozpieszczonym przez rodziców smarkaczem”.

Przypuszczam, że powództwo będzie opierało się na zarzucie o naruszenie czci człowieka. Nie oznacza to naturalnie, że prawo nie zezwala na negatywne ocenianie działalności innych ludzi. Jest to możliwe, jeśli taka ocena opiera się na rzetelnej krytyce. Trudno za taką uznać nazywanie kogoś „rozwydrzonym i rozpieszczonym przez rodziców smarkaczem”. Poza tym, że zdanie to ewidentnie obraża uczniów, to nie może być oparte na rzetelnej krytyce, bo jak udowodnić zawartą w nim tezę? Ocena wypowiedzi, z punktu widzenia etycznego, też wydaje się jednoznaczna. Podlega ona również sprawdzeniu ze względu na naruszenie czci w granicach „przeciętnych ocen obecnie stosowanych w społeczeństwo”. W debacie publicznej nazywanie kogoś „smarkaczem” nie jest dopuszczalnym i powszechnie akceptowalnym zachowaniem.

Panie redaktorze, na jakiej zatem podstawie uważa Pan, że profesor Legutko miał prawo tak ich nazwać? Prawo akurat wydaje się w tej sytuacji jednoznaczne, a Pana odsyłam do książki „Prawo cywilne – część ogólna” autorstwa profesora Zbigniewa Radwańskiego, strony 158-160 (10 wydanie). Naturalnie, Zuzanna Niemier nie jest przypadkową osobą, ale to nie dyskwalifikuje jej prawa do ochronny czci oraz jako uczestnika debaty, bo wtedy wykluczyć z niej musielibyśmy również księży.

To, czy pan Warzecha patrzy na siebie z politowaniem, czy nie, nie będzie obiektem mojej refleksji. W psychologii jednak można fachowo opisać to zjawisko jako mechanizm projekcyjny.

Oto, jak pan Łukasz wspomina swoje liceum:
„Jednak prof. Legutko nie miał racji o tyle, że panienka, która wydaje się inicjatorką całego zamieszania, niejaka Zuzanna Niemier, nie jest osobą przypadkową, która szuka sposobu na zabicie licealnej nudy (jedni startują w olimpiadach, inni piją, inni dużo czytają, inni biorą prochy, niektóre panienki się puszczają, a niektórzy walczą z Kościołem)”

Kiedyś u mnie w liceum, pojawił się jeden z posłów LPR-u. Dość wysoko postawiony, młody, związany z Młodzieżą Wszechpolską. Dyskutowaliśmy z nim na temat mundurków. Również twierdził, że nie powinniśmy się na ten temat wypowiadać, ale generalnie rozumie nasz bunt, bo też chodził do liceum, a przecież, co ciekawego można w nim robić? Chapeau bas panie redaktorze, używa pan identycznych argumentów.

„ Dyrektor szkoły, zamiast zrobić to, co powinien był zrobić – wywalić towarzystwo z gabinetu na zbitą twarz wraz z ich petycją i pogonić do roboty – niepotrzebnie potraktował sprawę poważnie.”

… proponuje pan Warzecha, a z drugiej…

„Tymczasem pozew grupki z Wrocławia wpisuje się w fatalną tendencję zamykania ust oponentom w sytuacji, gdy wyrażają jedynie swoje subiektywne oceny, do czego maja pełne prawo.”

Pogratulować konsekwentnej linii.

Wracamy jednak do aspektów prawnych, pomijając już podejrzenia pana redaktora, że organizatorkę akcji poparło dwóch kolegów, ze względów czysto hormonalnych (skąd pan to wie?). Trzeba jednak przyznać, iż rzeczywiście, na Facebooku Zuzanna wypada korzystnie, jeśli wziąć za kryterium wygląd. ;)

„A teraz kwestia prof. Legutki. Profesor miał pełne prawo powiedzieć o awanturnikach, jak powiedział. Była to oczywiście wypowiedź zawierająca negatywną ocenę – i dobrze. Jeśli sądy będą nadal akceptować pozwy w takich sprawach, dojdziemy do absurdu – a już nam do niego blisko. Zaczną się procesy, w których biegli będą się zastanawiać, czy w ogóle dopuszczalne jest używania wobec kogokolwiek pojęć innych niż czysto neutralne i jakie to są, owe neutralne pojęcia. Co innego, gdyby profesor skłamał. Gdyby np. oskarżył pannę Niemier o to, że zażywa narkotyki, a byłaby to nieprawda. Wtedy mielibyśmy proces o oczywiste i weryfikowalne kłamstwo.”

Tylko sobie w głowę strzelić. Jest dokładnie odwrotnie niż pisze pan redaktor.

Wypowiedź jest obraźliwa, narusza cześć zewnętrzną (dobra sława, dobre imię) i wewnętrzną (godność osobista). Nie ma tutaj znaczenia, kogo obraził profesor Legutko. Wszyscy są równi wobec prawa.

Tak jak pisałem już wyżej. Ocena negatywna jest dopuszczalna tylko wtedy, gdy jest oparta na rzetelnej krytyce. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której użycie tego sformułowania można byłoby uzasadnić rzetelną krytyką. Sądy są związane prawem, a nie dziennikarskimi postulatami.

Nawet polskie prawo widzi różnicę między powiedzeniem „uczniowie z XIV LO niepotrzebnie próbują dyskutować, bo to i tamto” lub nawet dużo ostrzejszymi wypowiedziami ( np. „dzieciakom się nudzi i szaleją”), a „rozwydrzonymi i rozpieszczonymi smarkaczami”. Zdanie to w żaden sposób nie odnosi się merytorycznie do sporu. Typowy argument ad personam. Jakbym Łukasza Warzechę nazwał „głupim ch****” to zdecydowanie miałby prawo do złożenia pozwu przeciwko mnie, pomimo tego, że w całym tekście używam mnóstwo argumentów przeciwko jego opiniom.

Pan Warzecha totalnie nie wie, o czym pisze. Właśnie najzabawniejsze jest to, że gdyby profesor Legutko oskarżył Zuzannę Niemier o posiadanie narkotyków, ale później udowodnił, że dochował szczególnej staranności i działał w ochronie społecznie istotnego interesu, to pomimo tego, iż była to nieprawda – nie naruszyłby czci. Musiałby jedynie odwołać swoje słowa Tak wygląda polskie prawo. Można się z nim nie zgadzać, krytykować i postulować jego zmiany, ale nie można go totalnie ignorować. Wolność słowa w Polsce ma się naprawdę dobrze, spójrzmy chociażby na salon24.

„Tymczasem pozew grupki z Wrocławia wpisuje się w fatalną tendencję zamykania ust oponentom w sytuacji, gdy wyrażają jedynie swoje subiektywne oceny, do czego maja pełne prawo. Takie pozwy sądy powinny natychmiast spuszczać na bambus, wychodząc z założenia, że oceny nie podlegają procesom, a niekaranie takich wypowiedzi to kwestia utrzymania wolności słowa. Niestety, polskie sądy w tej sprawie (i w wielu innych) nie zachowują się rozsądnie.”

Urocze, bo gdyby oceny nieoparte na rzetelnej krytyce nie podchodziły pod naruszenie dóbr osobistych, to każdy mógłby każdego obrażać i później twierdzić, że przecież ma prawo do własnej opinii. Czym innym jest krytyka, nawet ostra, a jeszcze czym innym zwykłe obrażanie.

I ciekawostka na koniec. Uczniowie mają prawo do pozwu, bo zarzuty dotyczą ich bezpośrednio. Jednakże np. gdyby nazwać jakąś partię bandą przestępców, to poszczególni jej członkowie nie mieliby prawa do pozwu o ochronę dóbr osobistych. Kroki prawne mogłaby podjąć jedynie sama partia.

P.S. Kiedyś w gimnazjum wyleciałem z gabinetu dyrektorki, która – w związku z tym, że nie zgadzałem się z jej opinią na temat odpowiedzialności zbiorowej – zdenerwowała się i zaczęła mnie wyzywać od gówniarzy i smarkaczy. Co zabawne, skończyło się na obniżeniu MOJEJ oceny z zachowania ;) . Tym bardziej doceniam postawę dyrektora z XIV LO.

Zlecenie na Iran – jak to się robi w Onecie?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (4) » dodajdo

źródło: airpower.at

Od kilku dni w sprawie Iranu ukazują się kolejne „piorunujące” informacje. Codziennie rano spoglądam w niebo, gdyż obawiam się, że poza śniegiem, spadną gdzieś na Polskę rakiety. Wielkie zagrożenie dla Europy” – czytam wyboldowany tytuł newsa na samej górze portalu Onet. Nadchodzi nowa epoka lodowcowa? – zapytałem sam siebie w myślach. Nie, okazało się, że Iran przeprowadził kolejne testy rakietowe.

Zupełnie przypadkiem dzień wcześniej do mediów „wyciekła” (te zbiegi okoliczności) informacja, że powstał dokument według którego Iran oszukuje świat i prowadzi program atomowy, którego celem jest pozyskanie broni nuklearnej. W/w portal również zakwalifikował tę informację jako najistotniejszą tego dnia. Po prostu sensacja – jednym z celów Iranu może być zdobycie broni atomowej. Zaskakujący wniosek, kompletnie rewolucjonizujący dyskusję na ten temat! „Zachodnie źródła dyplomatyczne ujawniły w poniedziałek, że istnieje tajny dokument, z którego wynika, że Iran pracował nad zbudowaniem broni nuklearnej już w 2007 roku” – tłumaczy portal. JUŻ w 2007 roku! A to wszystkich Persowie zrobili w balona, bo jak dotąd zarzucano im, że działali od 2003, a jeszcze inni zauważają, że już szach Pahlavi rozpoczął program atomowy i raczej nie myślał tylko o jego cywilnym aspekcie.

Nie ulega wątpliwości, że plan testowania zapalnika neutronowego wskazuje na ambicje posiadania broni atomowej. Na razie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej musi zbadać wiarygodność tego dokumentu. Nie jest jednak sensacyjną informacją, że Iran może prowadzić program atomowy dla celów wojskowych. Teheran się do tego nie przyznaje, ale nie dostrzegam również specjalnego zaprzeczania. Mahmud Ahmadineżad nieraz wyraźnie sugerował, że Iran wejdzie kiedyś w posiadanie broni nuklearnej. Po co więc straszyć Iranem, podobnie jak kiedyś stonką ziemniaczaną? News jest efektem tłumaczenia Bezrefleksyjne wstawienie tekstu przez największy portal w Polsce świadczy albo o niesamowitej ignorancji albo o tym, że niektórzy zaczęli pić na długo przed początkiem imprezy sylwestrowej.. Iran jest zagrożeniem dla pokoju, podobnie jak Izrael, ale powyższy news nie jest żadnym przełomem, a sieje tylko panikę i niepotrzebnie straszy. Portal ma z tego xyz kliknięć więcej, kosztem jakiejkolwiek rzetelności, bo jakby na samej górze pojawił się porządny tekst analizujący sytuacje i wyjaśniający istotę problemu, sam bym napisał maila z gratulacjami i świątecznymi życzeniami dla redakcji.

Następnego dnia redaktorzy postanowili kontynuować cykl irański i tym razem donieśli o „Wielkim zagrożeniu dla Europy”, ponownie boldując wiadomość i wstawiając ja na samą górę. Czemu jednak się ograniczać? Tytuł mógłby być bardziej chwytliwy np. „Czy grozi nam irańska apokalipsa?” lub „Iran w każdej chwili może zaatakować Europę”. Okazało się, iż Iran przeprowadził kolejne próby rakietowe. Tym razem testowana była rakieta Sajil-2 o deklarowanym przez ministra obrony Iranu, Ahmeda Vahidi, zasięgu 2 tysięcy kilometrów.

Nowe, „wielkie zagrożenie” nie brzmi znajomo? Owszem! Irańczycy od dawna testują rakietę Shabab-3, która również ma mieć zasięg 2 tysięcy kilometrów. Poniżej znajduje mapka z zasięgiem tych rakiet.

źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Teraz zastanówmy się, czy jest to „wielkie zagrożenie” Trudno znaleźć powód, dla którego Iran miałby zaatakować np. Grecję. Oficjalnie, Ahmadineżad z Chamaneiem twierdzą, iż rakiety są w stanie dosięgnąć Izrael i bazy amerykańskie na Bliskim Wschodzie i mogą ich użyć, jeśli będą zagrożeni. Tylko, że wydając rozkaz ataku, obaj panowie podpisaliby na siebie wyrok śmierci. Co więcej skuteczność, irańskiej myśli technicznej jest co najmniej wątpliwa – rakiety są bardzo nieprecyzyjne i połowa z nich spada kilka kilometrów od celu. To, że ajataollahowie posiadają rakiety, których zasięg wynosić ma 2 tysiące kilometrów nie oznacza, że tak jest w rzeczywistości. Zakładając nawet, że zapowiedzi irańskie dotyczące zasięgu są prawdziwe, to tytułowanie newsa „Wielkim zagrożeniem dla Europy” świadczy o zwyczajnym braku kompetencji. Trzeba zauważyć że Iran już wcześniej posiadał rakiety o podobnych osiągach. A arsenał chiński i rosyjski nie są w takim razie wielkim zagrożeniem? Ponownie straszy się ludzi, zamiast wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Iran nie ma żadnego interesu w atakowaniu Europy identycznie, jak Chiny i Rosja.

„Irańska armia już we wrześniu przeprowadziła testy rakiet dalekiego zasięgu. Wywołały one falę krytyki ze strony państw zachodnich, które ostrzegły Teheran przed pogorszeniem wzajemnych stosunków i nałożeniem kolejnych sankcji” – idzie za ciosem portal. Plus za napisanie o wrześniowych testach, ale naturalnie zapomniano dodać, że sprawdzany był inny model rakiety (Shabab-3). Mały szczegół, a cieszy. Drugie zdanie to totalne pustosłowie, bo Iran straszony jest „pogorszeniem wzajemnych stosunków i nałożeniem kolejnych sankcji” przy okazji wszelkich wydarzeń związanych z działalnością tego państwa. Dopóki Chiny i Rosja nie poprą sankcji – nie będzie ich. Koniec i kropka.

Z niecierpliwością czekam na kontynuację sagi pt. „Iran na Onecie” z nowymi, sensacyjnymi wątkami i szybkim zwrotem akcji. Nikt nie wymaga od newsmanów, żeby byli specjalistami od irańskiego programu atomowego, ale nie mogą się zachowywać jak propagandyści Stanów Zjednoczonych i Izraela.

Więcej na podobny temat:
- Izrael i Iran – a było tak pięknie
- Nie lekceważymy Iranu

Syzyfowa praca w Afganistanie

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (3) » dodajdo
źródło: easterncampaign.wordpress.com

źródło: easterncampaign.wordpress.com

W dniu 19 listopada 2009 roku zaprzysiężony na drugą kadencję został Hamid Karzai. Będzie piastował urząd prezydenta Afganistanu przez następne 5 lat. Nic nie wskazuje na to, by okazał się prawdziwym mężem stanu i doprowadził do stabilizacji sytuacji w swoim kraju. Już sam sposób, w jaki wygrał wybory, może budzić niesmak.

Demokracja made in America?
Głównym przeciwnikiem Karzaia był dr Abdullah Abdullah, minister spraw zagranicznych Afganistanu w latach 2001-2006. W przeszłości mudżahedin walczący ze Związkiem Radzieckim. Należał również do głównych współpracowników Ahmada Masuda, legendarnego dowódcy wojskowego z wojny w Afganistanie z lat 80-tych oraz przywódcy walczącego z talibami Sojuszu Północnego.

Tegoroczne wybory prezydenckie pokazały po raz kolejny, że demokracja jest jedynie fasadą. Amerykanie, mimo oficjalnego kultu demokracji, zamykają oczy. Wybory należało przeprowadzić, a ich wiarygodność jest bez znaczenia, gdyż wygrał prawidłowy kandydat. To nic nowego w polityce amerykańskiej – podobnie dzieje się w Azerbejdżanie i Egipcie, państwach zaprzyjaźnionych ze Stanami Zjednoczonymi. Larum podnosi się dopiero, gdy wątpliwości pojawią się wobec wyborów w takim kraj jak np. Iran. Tylko jaka jest różnica między „poprawianiem” wyników w Iranie, a Afganistanie?

Niezależna Komisja Wyborcza ogłosiła 16 września wstępne wyniki I tury wyborów. Według nich Hamid Karzai uzyskał 54,6%, głosów, żaś Abdullah Abdullah 27,8%. Oznaczałoby to już w pierwszej turze wybrany zostałby dotychczasowy prezydent. Natychmiast pojawiły się oskarżenia o fałszerstwa – Unia Europejska zakwestionowała ważność 1,5 miliona głosów, czyli mniej więcej co czwartą kartę wyborczą. Pracownik Organizacji Narodów Zjednocoznych, Peter Galbraith, został wyrzucony z pracy za forsowanie zbyt stanowczego stanowiska względem fałszowania wyborów w Afganistanie. Pierwotne wyniki wyborów zostały uznane przez Stany Zjednoczone, późniejsze wypowiedzi administracji były już bardziej wstrzemięźliwe.

Ostatecznie 20 października Niezależna Komisja Wyborcza opublikowała oficjalne wyniki. Hamid Karzai uzyskał 49,67%, a Abdullah Abdullah – 30,59%. Komisja ds. Skarg wyborczych rozpatrzyła okołó 2,5 tysiąca skarg wyborczych. Na tej podstawie, Niezależna Komisja Wyborcza unieważniła tysiące głosów oddanych na obecnego prezydenta. Zarzucono m.in. dorzucanie głosów do urny, wielokrotne głosowanie, głosowanie przez nieletnich, a podejrzenie budził fakt rejestracji nadspodziewanie dużej liczby ludności (zwłaszcza kobiet) w porównaniu z poprzednimi wyborami. Co ciekawe, kwestionowano głosy oddane zarówno na Karzaia (1,1 miliona), jak i Abullaha (300 tysięcy). „Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Ogłoszono, iż II tura wyborów prezydenckich odbędzie się 7 listopada. Początkowo kandydaci zgodzili się na takie rozwiązanie, jednak później Abdullah Abdullah swój udział w wyborach uzależnił od spełnienia dwóch warunków. Odwołania przewodniczącego Niezależnej Komisji Wyborczej, Azizullaha Lubina oraz trzech ministrów, którzy jego zdaniem nie dotrzymali zasady bezstronności aparatu państwa w czasie wyborów – spraw wewnętrznych, oświaty i spraw etnicznych. Warunki Abdullaha nie zostały spełnione, co spowodowało rezygnację ze startu w drugiej turze. Wybory stały się farsą – komisja wyborcza miała do wyboru dwa rozwiązania, albo przeprowadzić wybory z jednym kandydatem albo ogłosić zwycięstwo Karzaia. Zdecydowano się na to drugie, by nie narażać wyborców na niebezpieczeństwo represji ze strony talibów. W czasie pierwszej tury zginęło 9 cywilów.

Trudno uznać Abdullaha Abdullaha za modelowego przedstawiciela demokratycznego sposobu myślenia, ale nie ulega wątpliwości, że przynajmniej jego pierwszy warunek był zasadny. Skoro doszło do fałszerstw na tak olbrzymią skalę, to logiczną konsekwencją powinna być dymisja przewodniczącego Niezależnej Komisji Wyborczej, który przecież był odpowiedzialny za organizację wyborów. Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Organizacja Narodów Zjednoczonych zaakceptowały bezboleśnie taki rozwój sytuacji, co pozwala sklasyfikować Afganistan jako tzw. demokrację kontrolowaną. Abdullah postąpił racjonalnie. Ze względów etnicznych, jako Tadżyk, był w dużo gorszej sytuacji, niż Pasztun Karzai, co równałoby się prawie pewnej porażce w wyborach. Ponadto nie można wykluczyć, że ponownie doszłoby do nieprawidłowości. Rezygnując zwrócił przynajmniej uwagę świata na to „jak to się robi” w Afganistanie. Jego szanse i tak były tylko teoretyczne.

Syzyfowa praca
Nowego-starego prezydenta czeka nieprawdopodobnie cięzkie wyzwanie. Określenie sytuacji Afganistanu jako tragicznej byłoby łagodnym określeniem na to, co dzieje się w tym kraju. Rząd kontroluje tylko część kraju i utrzymuje się tylko i wyłącznie dzięki obecności sił NATO.

Afganistan to biedny kraj z PKB per capita wynoszącym 800 dolarów. Średnia życia mieszkańców wynosi 44 lata. Społeczeństwo afgańskie jest bardzo młode – średnia wieku mieszkańca to prawie 18 lat. Aż 42% społeczeństwa żyje poniżej granicy ubóstwa. Notuje się za to zdecydowany postęp w dostępie do podstawowych programów służby zdrowia i alfabetyzacji kraju.

Największą i zaraz naturalną przeszkodą w rozwoju kraju jest toczona od 30 lat wojna, w której nie ma zwycięzcy. Początkowo wydawało się, iż operacja afgańska zakończy się szybkim sukcesem. Wspierany przez Amerykanów Sojusz Północny błyskawicznie wygrał wojnę z wojskami mułły Omara. Afgańczycy uważali Amerykanów za wyzwolicieli – talibowie wprowadzili restrykcyjne prawo, m.in. burzyli szkoły i ograniczali prawa kobiet. Amerykanie nie wykorzystali poparcia, nie szanowali również życia cywilów. Doprowadziło to do spadku zaufania. Od kilku lat liczba ataków na wojska NATO stale wzrasta. Zwycięstwo z talibami będzie możliwe tylko, jeśli ludność cywilna poprze siły NATO. Amerykanie, w ostatnim czasie, zmienili taktykę w Afganistanie. Zamiast burzyć, zajmują się budowaniem. Tylko czy nie za późno?

Afgański rząd próbuje porozumieć się z władcami plemiennymi. To strategia budowania społeczeństwa od dołu. Hamid Karzai apelował nawet do „braci talibów” o rozmowy, jednak muła Omar oświadczył, że to pułapka, zaś Amerykanie dążą do kolonizacji Afganistanu. Samego Karzaia uważają za amerykańską marionetkę. Odnotować jednak należy, że zdarzają się już pierwsze przypadki złożenia broni przez rebeliantów. Na razie to wyjątek od reguły. Plan bardzo przypomina ten z Iraku, gdzie obecnie jest spokojniej. Brak uwzględnienia specyfiki kulturowej Afganistanu był największym błędem taktycznym Amerykanów. Teraz starają się go naprawić.

Jest jeden ranking, w którym Afganistan znajduje się na podium. To drugie miejsce od końca pod względem korupcji według Transparency International Afgańczycy przegrali tylko z Somalią, którą uznać można za państwo-widmo. Barack Obama naciskał na Karzaia, by ten ograniczył korupcję, ale prezydent Afganistanu nie dysponuje narzędziami niezbędnymi do zwalczania tego procederu. Poza tym, nie chce tego zrobić, gdyż oznaczałoby to duże kłopoty z administracją oraz przeciwstawienie się potężnemu lobby narkotykowemu. Brat prezydenta oskarżany jest o czerpania dochodu z narkobiznesu. Jeden z ministrów Karzaia – według doniesień „Washington Post” – został oskarżony o wzięcie od Chińczyków 30 milionów dolarów łapówki za ustawienie przetargu na kopalnie miedzi. Karzai nie ma autorytetu do walki z patologiami.

Studnia bez dna
Nic nie zapowiada, by wojna w Afganistanie miała się zakończyć. Amerykanie stoją przed nieprzyjemnym wyborem – wycofać się szybko z Afganistanu przesądzając losy rządów Karzaia albo dosłać dodatkowych żołnierzy, których misja nie będzie ani łatwa, ani przyjemna. Barack Obama zdecydował się na to drugie wyjście, ale nie ma gwarancji powodzenia operacji. Strata Afganistanu mogłaby być dla Stanów Zjednoczonych nie tylko prestiżową porażką, którą porównać można by było do Wietnamu. Taka sytuacja doprowadziłaby również do destabilizacji sytuacji w Pakistanie oraz Iraku.

Jak dotąd w Afganistanie zginęło około 850 żołnierzy amerykańskich. Organizacja badawcza badająca wydatki rządu federalnego, National Priorities Project , ocenia, iż wojna w Afganistanie kosztowała dotychczas 228 miliardów dolarów. Aktualnie rząd amerykański wydaje około 3,6 mld dolarów miesięcznie n wojnę w Afganistanie, a zwiększenie kontyngentu spowoduje wzrost kosztów. Niewątpliwie, nie jest to najlepiej ulokowana inwestycja.

Prezydent Stanów Zjednoczonych podkreśla, że gdy tylko będzie taka możliwość, wycofa wojska z Afganistanu. Na razie zdecydował o wysłaniu dodatkowych żołnierzy, co czyni z niego bezpośredniego kontynuatora polityki prezydenta Busha. Nie wiadomo również, kiedy (i czy w ogóle) rząd afgański uzyska na tyle silną pozycję, by Amerykanie mogli się wycofać bez narażania prezydenta na bezsenne noce. Hamid Karzai nie daje takich gwarancji. Nie radzi sobie z korupcją w swoim najbliższym otoczeniu, nie dysponuje autorytetem, a jego legitymacja społeczna również budzi wątpliwości. Trzeba jednak zaznaczyć, że z zadaniem, jakie przed nim postawiono, mógłby nie poradzić sobie nawet Herakles, dla którego łatwiejsze byłoby sprzątanie stajni Augiasza, aniżeli próba ustabilizowania sytuacji w Afganistanie.

Więcej na podobny temat:
- Afgańska podróż za jeden uśmiech

Artykuł ukaże się w czasopiśmie “Notabene”

Gruzja – winna czy niewinna?

Bieżące wydarzenia, Konflikt gruzińsko-rosyjski, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo

źródło: gazeta.pl

„To gorzej niż zbrodnia, to błąd” – powiedział Charles Maurice de Talleyrand o porwaniu, na rozkaz Napoleona, księcia d’Enghien z Badenii. Idealną ilustracją słów francuskiego dyplomaty jest polityka Michaiła Saakaszwilego wobec Rosji, a zwłaszcza wojna gruzińsko-rosyjska z sierpnia, 2008 roku.

Kto wywołał wojnę?
Ustaleniem przyczyn i przebiegu wojny zajmowała się specjalna komisja Unii Europejskiej pod przewodnictwem szwajcarskiej dyplomatki, Heidi Taglavini. Raport komisji został opublikowany 30 września 2009 roku. “Bombardowanie Cchinwali przez gruzińskie siły zbrojne w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 oznaczało początek zbrojnego konfliktu o dużej skali w Gruzji. Jednak chodziło tylko o kulminację długotrwałego wzrostu napięcia, prowokacji i incydentów” – napisano w dokumencie. Komisja stwierdziła, że Gruzja jest odpowiedzialna za wybuch wojny, czyli jest ona wynikiem decyzji Saakaszwilego. Autorzy podkreślili jednak, że Rosjanie świadomie destabilizowali sytuację w regionie m.in. wydając rosyjskie paszporty mieszkańcom Abchazji i Osetii Południowej oraz wspierając osetyjskich separatystów. Nie ulega wątpliwości, że wszelkie incydenty przygraniczne nie służą zachowaniu pokoju. Moskwa nie była zainteresowana rozwiązaniem konfliktu, a jego eskalacją.

Hazardzista z Tbilisi
Obejmując swój urząd, prezydent Saakaszwili obiecywał, że Gruzja odzyska kontrolę nad Abchazją, Osetią Południową oraz Adżarią. Udało się porozumieć jedynie z władzami tej ostatniej. Abchazja i Osetia Południowa nie uznały zwierzchnictwa gruzińskiego. Saakaszwili przez cały czas deklarował, że wspomniane republiki separatystyczne są integralną częścią Gruzji.

To właśnie miał na myśli, gdy 7 sierpnia wydał rozkaz o „konstytucyjnym przywróceniu porządku” i w nocy z 7 na 8 sierpnia wysłał wojska na stolicę Osetii Południowej.. Tym samym, w dość niecodzienny sposób, celebrował dzień otwarcia letnich Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Atak na Cchinwali oznaczał konfrontację z wojskami rosyjskimi, które legalnie stacjonowały tam w ramach mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Reakcja rosyjska była łatwa do przewidzenia. W związku z tym, że w strefie konfliktu mieszkają obywatele Rosji, Federacja Rosyjska nie pozostanie – jak to zgrabnie ujął przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jurij Popow – obojętna.

Nie wiadomo na co liczył Saakaszwili. Trudno oczekiwać, by Rosjanie nie zareagowali z powodu Olimpiady, tak samo naiwna była myśl, że Gruzja zajmie błyskawicznie Osetię Południową i postawi Moskwę przed tzw. faktem dokonanym, a Putin z Miedwiediewem zaakceptują taką sytuację, nieznacznie jedynie grymasząc. Saakaszwili nie dysponował również poparciem NATO, ani przynajmniej Stanów Zjednoczonych, a najbardziej elitarne gruzińskie jednostki wojskowe stacjonowały wtedy… w Iraku. Element zaskoczenia się nie powiódł – siły gruzińskie zostały momentalnie wyparte z Osetii Południowej. Prezydent Gruzji postawił wszystko na jedną kartę, grał bardzo wysoko i efektownie przegrał. Swoją drogą – organizacja zarówno gruzińskiej akcji, jak i rosyjskiej odpowiedzi, nie świadczy o tym, by były to operacje improwizowane. Gruzini zrobili dokładnie to, czego życzyli sobie Rosjanie. Moskwa osiągnęła swoje cele bardzo niskim nakładem sił. „Podejrzewaliśmy, że u naszego sąsiada nie wszystko w porządku z umysłem, ale nie spodziewaliśmy, że aż do tego stopnia” – podsumował prezydent Miedwiediew.

Kosztowny błąd
Polityka ocenia się po efektach jego działań, a te, w przypadku Saakaszwilego, są fatalne. Gruzja ostatecznie straciła szanse na odzyskanie Abchazji i Osetii Południowej. Republiki separatystyczne formalnie niepodległość, ale są zupełnie uzależnione od Rosji i cały czas powracają pomysły, by przyłączyć je do Federacji Rosyjskiej. Wynikiem wojny jest tez pogłębianie się wzajemnej niechęci pomiędzy Gruzinami, a Osetyjczykami oraz Abchazami. Wystarczy postawić się w sytuacji zbombardowanego przez Gruzinów mieszkańca Cchinwali, by zrozumieć, że o żadnej reintegracji nie ma mowy. Republiki pozostaną w pełni niezależne od Gruzji. O ile przed wybuchem konfliktu można było się łudzić, że – jak w przypadki Adżarii – jest pewna szansa na porozumienie, to teraz rozpatrywać należy to jedynie w kategorii marzeń. Wcześniej można było również traktować Abchazję i Osetię Południową jako ewentualną kartę przetargowa w negocjacjach, teraz już nikt gruzińskich roszczeń do tych terytoriów nie będzie traktował poważnie. Znaleźć można wiele analogii między sytuacją Osetii Południowej i Abchazji, a Kosowa. Naraża to Unię Europejską, w razie zajęcia zdecydowanego stanowiska, na zarzut o hipokryzję.

Gruzja do dziś nie otrzymała Planu na Rzecz Członkostwa (MAP) w ramach integracji z NATO. Wojna pokazała, że Tblisi nie jest jeszcze gotowe na członkostwo w Sojuszu, a prezydent Saakaszwili stracił zaufanie głównych członków organizacji. NATO nie może sobie pozwolić na to, by państwo, które do niego należy, w tak łatwy i nieodpowiedzialny sposób wchodziło w konflikt z Moskwą. Gruzja odzyska wiarygodność dopiero wtedy, gdy obecny prezydent przestanie pełnić swoją funkcję. Saper myli się tylko raz, identycznie powinno być z prezydentem Saakaszwilim. Warto odnotować, ze wspierania Gruzji jest jak najbardziej w interesie Sojuszu.

źródło: fakty.interia.pl

Wojna skompromitowała tez Gruzję jako państwo. Wojska gruzińskie przegrały na wszystkich frontach – w Osetii Południowej, Abchazji i „Gruzji właściwej”. Rosjanie bez żadnego problemu zniszczyli infrastrukturę wojskową. Miedwiediew odmówił rozmów ze stroną gruzińska. Porozumienie, korzystne dla Moskwy, negocjował reprezentujący Unię Europejską Nicolas Sarkozy. Sytuacja w pewnym momencie była tak dramatyczna, że prezydent Saakaszwili ogłosił jednostronne zawieszenie broni (!). W czasie wojny, gdy obce wojska znajdowały się na terytorium jego państwa.

Nie usprawiedliwiać Rosji
Celem tego tekstu nie jest usprawiedliwianie Rosji. Niewątpliwie to działania rosyjskie spowodowały stały wzrost napięcia w tamtym regionie świata, co doprowadziło do wojny. Co więcej, reakcja rosyjska była nieproporcjonalna do zagrożenia, a informacje o wojnie Kreml przyjął niemal z radością.

Wojna miała pokazać, że Rosja nadal jest potężna i rozdaje karty na terenie byłego Związku Radzieckiego. Rosjanie nie zamierzali zajmować Tbilisi, ani powoływać marionetkowego rządu, który zostałby uznany przez Gruzinów za okupacyjny. To oznaczałoby komplikację, wygranego przecież, konfliktu. Zabawnie w tym kontekście brzmią wypowiedzi Saakaszwilego, że wizyta prezydentów z państw Europy Środkowo-Wschodniej (w tym prezydenta Kaczyńskiego) zapobiegła bombardowaniu stolicy Gruzji. Nie można było zrzucić bomb dzień wcześniej lub dzień później?

Rosjanie cynicznie wykorzystali błąd Saakaszwilego. Rozsądny polityk, nawet sprowokowany, nie atakuje silniejszego od siebie, bo wie, że przegra. Napoleon mawiał, że w polityce głupota nie jest przeszkodą. Może, wbrew tej opinii, należy wysłać prezydenta Saakaszwilego na przedwczesną emeryturę, dziękując jednocześnie za Rewolucję Róż?

Artykuł ukaże się w czasopiśmie “Notabene”

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się