Patryk Gorgol

Wpisy z kategorii Bieżące wydarzenia

Czy Palestyńczycy powinni się uczyć o Holocauście?

1 komentarz
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Na profilu facebookowym “Kącika Dyplomatycznego” rozgorzała gorąca dyskusja nad kwestią – czy palestyńskie dzieci powinny uczyć się o Shoah? Spór pojawił się po tym, jak Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA) ogłosiła, iż zamierza nauczać o zagładzie w prowadzonych przez siebie szkołach. Zgodnie zaprotestowały Hamas i Fatah.

Może jednak to pytanie zostało postawione w zły sposób? Czy istnieje jakikolwiek powód, dla którego młodzież w jakiejkolwiek szkole świata nie powinna wiedzieć, czym był Endlosung (”ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”)? Oczywiście, część Palestyńczyków może twierdzić, że zagłady Żydów nie było, ale umówmy się – wśród poważnych historyków nie ma co do tego żadnych wątpliwości. O Shoah należy nauczać w szkołach izraelskich, palestyńskich, polskich, węgierskich, rosyjskich, filipińskich, kongijskich a nawet irańskich chociażby po to, by pokazać, co człowiek mógł zrobić człowiek w “cywilizowanej Europie”. Wydarzenia z początku lat 90′ w Rwandzie pokazują, iż świat nie odrobił tej lekcji historii.

Inną kwestią jest oczywiście, czy Palestyńczycy chcą się uczyć o zagładzie. i czy ich uczuć nie należy po części zrozumieć. Sami Izraelczycy – piszę teraz o obecnym rządzie – w żaden sposób nie są uwrażliwieni na cierpienia narodu palestyńskiego, a operacja “Płynny Ołów” zakończyła się śmiercią nie tylko bojówkarzy Hamasu, ale również setek cywilów (w tym 320 dzieci – dane B’Tselem) . Izraelczycy często zapominają, iż nie tylko oni potracili swoje domy, a teraz prowadzą intensywną akcja osadniczą na terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu. Na szczególną uwagę zasługuje osadnictwo w Jerozolimie Wschodniej, gdzie przy okazji administracyjnie prześladuje się Palestyńczyków, a także burzy ich domy (od 1967 roku na terytorium całego Zachodniego Brzegu Jordanu – 23 tysiące – dane ONZ). Według raportu organizacji BTselem z około 9 tysięcy dotychczasowych ofiar około 7300 to Palestyńczycy.

Można krytykować politykę izraelskiego rządu, ale to nie oznacza, że wobec wszystkiego należy być na “nie”. Palestyńczykom i Izraelczykom brakuje wzajemnego zrozumienia i zamiast poważnych rozmów,  obserwujemy głośne pokrzykiwania, kto jest bardziej winny. Tylko że zwycięstwo w takiej akademickiej dyskusji jest iście pyrrusowe, bo do niczego nie doprowadzi. Izrael nie będzie miał pokoju, a Palestyńczycy nie będą mieć swojego państwa, zaś ich byt materialny pozostanie nadal fatalny. Zamiast tego próbujmy poszukać rozwiązania, a dobrym krokiem w jego kierunku jest edukacja młodzieży i uwrażliwianie na traumatyczne przeżycie drugiego narodu. Jeżeli Hamas nie chce zaakceptować istnienia Izraela oraz faktu historycznego, jakim jest Holocaust, to o jakim my pokoju mówimy? Identycznie jest z Izraelem -  izraelska młodzież powinna zrozumieć, iż około 800 tysięcy Palestyńczyków musiało opuścić swoje domy i rezygnacja z powrotu na ziemie izraelskie – a na to jest gotowy Mahmud Abbas – jest co prawda realistycznym postawieniem sprawy (Izrael przecież nie popełni demograficznej samobójstwa), ale także olbrzymim ustępstwem politycznym. Kompletną ignorancją jest więc kontynuowanie akcji osadniczej na Zachodnim Brzegu Jordanu, bo gdzie mają zamieszkać ci uchodźcy z np. Libanu?

Pokój jest obecnie daleko niczym Słońce, ale jeżeli kiedyś uda się jakiś zawrzeć, aby się utrzymał, musi być sprawiedliwy i niewymuszony. Czy pokój na Bliskim Wschodzie da się budować na, niestety już mocno zakorzenionych, nienawiści i kłamstwie? Będzie to zadanie co najmniej ciężkie. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że próba przekłamywanie historii jest właśnie tym, czego oczekują radykałowie żyjący z tego konfliktu. Im przecież na pokoju zależy najmniej.

Dlatego pomysł UNRWA jest bardzo dobry. Młodzi Palestyńczycy powinni uczyć się o Shoah, tak samo życzyłbym sobie, żeby w izraelskich szkołach, a może zwłaszcza w tych, do których uczęszczają dzieci osadników, uczono o cierpieniu i biedzie palestyńskich uchodźców. To już jednak temat na zupełnie inną dyskusję…

Rewolucja 17 lutego w Libii – Kaddafi w coraz gorszym położeniu

Brak komentarzy
źródło: money.pl

źródło: money.pl

Od początku tzw. rewolucji 17 lutego, pewne było, iż Muammar Kaddafi, w przeciwieństwie do prezydenta Egiptu, Hosniego Mubaraka, nie ulegnie wpływom i dobrowolnie nie zrezygnuje ze swojej władzy. Z każdym dniem jego sytuacja się pogarsza, a w imieniu pułkownika wypowiada się Saif al-Islam Kaddafi, najbardziej rozpoznawalny z jego synów, architekt z wykształcenia, człowiek obyty w Europie, a przede wszystkim – typowany jak dotąd jako następca.

Rada Bezpieczeństwa ONZ nałożyła na reżim Kaddafiego sankcje. Aksjologicznie oceniając, świetny ruch. Narody Zjednoczone – cytując amerykańską ambasador Susan Rice – przemówiły jednym głosem. Przy okazji  potępiły działania reżimu, zażądały zaprzestania zabijania Libijczyków, wprowadziły zakaz podróżowania dla Kaddafiego, jego rodziny oraz najbliższych współpracowników, zamroziły ich aktywa, a także nałożono na Libię embargo na zakup broni. Warto pochwalić sankcje za to, iż uderzają w reżim, a nie mieszkańców Libii, jednak równocześnie trzeba zaznaczyć, iż nie można przeceniać znaczenia tej reakcji. Można mieć na przykład poważne wątpliwości co do tego, czy najnowsza rezolucja zmusi Kaddafiego do poszanowania praw człowieka.

Kaddaiego obalić w tym momencie może ruch odśrodkowy. Wschodnia Libia znajduje się poza jego kontrolą, a miasto al-Zawija, leżące 50 kilometrów od Trypolisu, obroniło się przed atakiem sił rządowych. Według doniesień medialnych – w kolejnych miastach trwają walki. Wojsko jest podzielone, były minister spraw wewnętrznych odszedł od pułkownika, a były minister sprawiedliwości Mustafa Muhammad Abd ad-Dżalil w Bengazi “powołał” nowy rząd. Zwołano tam również starszyznę plemienną z wyzwolonych terenów. Również dyplomaci odchodzą od pułkownika, w tym reprezentujących go w tak ważnych miejscach jak Stany Zjednoczone, Francja, Wochy czy ONZ. Koszt utrzymania się Kaddafiego rośnie z każdym dniem o kolejnych protestujących, których będzie musiał najzwyczajniej w świecie zabić, aby zachować swoją władzę Czy świat będzie stał wtedy z założonymi rękami?

Pułkownik Kaddafi może mówić o “pechu”. Gdyby protesty wybuchły jakieś 2 lata temu, bez Tunezji i Egiptu w tle, nie tylko łatwiej byłoby mu je stłumić (brak inspiracji innymi przykładami z Afryki Północnej, mniejsza determinacja, mniejsza medialność), ale również wspólnota międzynarodowa prawdopodobnie nie zajęłaby tak jednoznacznego stanowiska, która błyskawicznie nałożyła na reżim Kaddafiego w/w sankcje. Zwłaszcza Amerykanie i Europejczycy byliby w o dużo większym rozkroku niż są obecnie – okres wahań przypadł na Egipt. Przypomnijmy, iż Libia (produkcja dzienna: ok. 1,8 mliona baryłek) dostarcza ropę do Europy (zwłaszcza Włoch) i Stanów Zjednoczonych i raczej nie ucieszyła je zapowiedź ewentualnego podpalenia szybów naftowych. “Problemem” są więc nie tylko sukcesy innych protestów, ale też niesamowita rola Al-Jazeery, która de facto wspiera demonstrujących i na cały świat, niemal non-stop, nadaje na temat wydarzeń ze świata muzułmańskiego.

Drugie wyjście, to pomoc w obaleniu Kaddafiego. Organizacja Narodów Zjednoczonych dysponuje narzędziami umożliwiającymi przeprowadzenie operacji wojskowej. Wątpliwe jednak, by się na to zdecydowano – wymagałoby to nie tylko zgody całej “wielkiej piątki”, ale również wzięcia odpowiedzialności za taką operację, na co Amerykanie nie mają ochoty. Innym możliwym rozwiązaniem jest wykorzystanie Unii Afrykańskiej (co śmieszne – której pomysłodawcą jest właśnie Kaddafi), jednak do tej pory organizacja ta nie udowodniła, że jest gotowa na poradzenie sobie z tak ciężką misją. Pozostaje również NATO, które przecież już interweniowało w byłej Jugosławii, bez mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Sojusz jest najlepiej przygotowany do takiej operacji, ale wygląda na to, iż brakuje mu determinacji politycznej. Pierwsze doniesienia mówią o tym, iż Sojusz wyklucza możliwość interwencji.

Krótko mówiąc, świat popiera protestujących, jednomyślnie potępia Kaddafiego, ale jednocześnie czeka na rozwój wypadków i wolałby, aby pułkownik upadł bez bezpośredniej pomocy z zewnątrz. Kaddafi obiecał Libijczykom podwyżki pensji i obniżkę cen żywności – teraz jest już jednak za późno. Jaka jest wiarygodność przywódcy, który bez mrugnięcia okiem zabija własnych rodaków?

Libia płonie. Kaddafi w opałach

1 komentarz
źródło: internethavadis.com

źródło: internethavadis.com

Jednym z ostatnich liderów świata muzułmańskiego do końca popierających Hosniego Mubaraka był pułkownik Muammar Kaddafi. Posiadał rozeznanie w nastrojach tłumu i doskonale zdawał sobie sprawę, czym może skończyć się dla niego obalenie Mubaraka. System w Egipcie się na razie nie zmienił, w planach jest jego ewolucja, szyja ta sama, zmieniła się za to głowa. Mubarak nie ma już nawet formalnie władzy, a media ogłosiły sukces “rewolucji 25 stycznia”. Opozycja szykuje się do partycypowania we władzy, Waszyngton spogląda na to wszystko z niepokojem. Teraz “arabska ulica” zapragnęła głowy Kaddafiego. Sytuację w Libii relacjonuje, już niemal tradycyjnie, katarska Al-Jazeera.

Libia a Egipt
Muammar Kaddafi rządzi Libią od 42 lat, czyli o 12 lat dłużej niż Mubarak piastował stanowisko prezydenta Egiptu. Jednocześnie, jest bardziej zdeterminowany by utrzymać władzę, a przede wszystkim – wygląda na to, że zamieszek się spodziewał. Działania reżimu egipskiego, w porównaniu do tego, co robi Kaddafi, wydają się niemal wzorowe. Armia stanęła na wysokości zadania, spełniono podstawowe żądanie tłumu (ustąpienie Mubaraka) i o ile nie udało się uniknąć rozlewu krwi, o tyle nie sposób porównać tego do informacji, jakie z Libii przekazuje m.in. Human Rights Watch o bombardowaniach, ciężkiej artylerii i strzelaniu po pogrzebach.

Na egipskich wojskowych również łatwiej było naciskać, zwłaszcza Amerykanom i Unii Europejskiej. Po pierwsze, kraj ten jest odbiorcą amerykańskiej pomocy wojskowej, oscylującej w granicach około 1,5 miliarda dolarów rocznie, po drugie, w związku z pierwszym, egipscy generałowie są nastawieni na utrzymanie decydującego znaczenia armii w Egipcie jako państwa w państwie, wcale im się do destabilizacji regionu nie spieszy i prezydenta Mubaraka spokojnie mogli poświęcić, a po trzecie, protesty wywołały odpływ turystów, co w perspektywie czasu, byłoby zabójcze dla gospodarki Egiptu. Kaddafi jest dużo mniej przewidywalny.

“Męczennik” Kaddafi w odwrocie?
Kaddafi zrobi wszystko, aby utrzymać się przy władzy – w przeciwieństwie do Mubaraka i Ben Alego z Tunezji, nie patyczkował się i od razu nakazał utopić demonstracje (”rewolucja 17 lutego”) w morzu krwi. Protestujących postanowił po prostu wystrzelać jak kaczki z lądu (artyleria) i powietrza (samoloty), zorganizował również swoich “zwolenników” i doprowadził do ich starcia ze swoimi przeciwnikami. Pojawiła się również informacja – jednak trudno ją potwierdzić – o wykorzystaniu przez pułkownika najemników, którzy strzelaliby do ludzi po pogrzebach kolejnych ofiar. Wytłumaczenie takiego postępowania jest proste – bezduszny najemnik, najczęściej już opłacony, wykona swoje zadanie bez mrugnięcie powieką. Żołnierze mogą nie tylko się wahać, ale i zwrócić przeciwko swojemu liderowi, co już ma miejsce.

Libijczycy ostrzeliwania własnego państwa na pewno już Kaddafiemu nie wybaczą. Pułkownik traci kontrolę nad sytuacją, a wojsko nie jest wobec niego karne i gdzieniegdzie przechodzi na stronę demonstrujących (w Egipcie żołnierze do końca pozostali karni). Kaddafi twierdzi, że prowadzi operacje antyterrorystyczne, wymierzone w islamistów, “nafaszerowanych narkotykami”. Trudno jednak uwierzyć w to, aby nawet jego zwolennicy uwierzyli w tę propagandę, zwłaszcza, iż sam wygląda, jakby miał kontakt z niektórymi substancjami chemicznymi. Kolejni dyplomaci i ministrowie odchodzą od Kaddafiego – ostatnio zrobił to (były już) minister spraw wewnętrznych, generał Abdul Fatah Younis. Poparł on jednocześnie demonstrantów.  Część Libii jest już poza kontrolą Kaddafiego, w tym drugie pod względem wielkości miasto, Bengazi.

Pułkownik jednak nie traci rezonu (może to ten wpływ substancji chemicznych?) i zapowiedział, iż gotowy jest zostać “męczennikiem” i nie ustąpi. Jeżeli lojalna wobec niego, jak dotąd, część armii również przejdzie na stronę demonstrantów, Kaddafi zostanie tylko z ewentualnymi najemnikami i jego koniec jest bliższy niż dalszy (już pojawiają się spekulacje o wyjeździe do Wenezueli). Gorzej, jeżeli część wojska utrzyma lojalność i gotowość do zabijania współobywateli, bo to może oznaczać nawet wojnę domową.

Zmiany, a co potem?
Tradycyjnym problemem arabskich rewolucji jest brak ich organizacji. Gromadzą się wokół hasła “tak dłużej być nie może”, ale są to ruchy wyglądające na spontaniczne. W przypadku Libii powstaje identyczne pytanie, jak w Egipcie – co, jeśli uda się zmusić Kaddafiego do odejścia, czy zabić (co również należy uznać za jak najbardziej możliwe)? To nic dziwnego, że w państwach zarządzanych autorytarnie istnieje problem z organizacjami charakterystycznymi dla społeczeństwa obywatelskiego, ale to jest właśnie miejsce i czas, w którym szansę wykazania się mają Stany Zjednoczone i Unia Europejska.

Trzeba też zauważyć, że “wiatr” zaczął wiać w żagle Obamy. Podczas wydarzeń w Egipcie, znajdował się w defensywie i ewidentnie nie wiedział, jak zareagować. Z jednej strony, mógł poprzeć Mubaraka, zdyskredytować swoje słynne “przemówienie kairskie” i długofalowo zaszkodzić amerykańskim interesom w regionie, a z drugiej, poprzeć protesty ryzykując stabilność na Bliskim Wschodzie. Amerykanie działali więc zakulisowo, dążąc do zabezpieczenie swoich interesów, wymiany głowy, a nie szyi i ewolucji. W końcu Obama “oficjalnie” przyłączył się do “rewolucji 25 stycznia”, aby nie tracić punktów. Wygląda na to, że wilk syty i owca cała.

Karta się teraz odwraca, bo popieranie ewentualnych zmian w Libii jest na rękę Amerykanom, których już oczywiście Kaddafi skrytykował. Identycznie ma to miejsce w Iranie, ale tam opór przeciwko reżimowi jest jak dotą znikomy i nieskuteczny. Dla Obamy to trochę jak gra w ruletkę, bo trudno przewidzieć, które państwa mogą zapłonąć i czy będą to jego sojusznicy czy przeciwnicy.

Świat polityki u bukmacherów

Brak komentarzy
źródło: talkingpointsmemo.com/

źródło: talkingpointsmemo.com/

Czy na śledzeniu wydarzeń światowych można zarobić u bukmacherów? Teoretycznie tak, bo bukmacherzy również na tym polu wyczuli możliwość zarobienia pieniędzy i proponują zawieranie zakładów. Przejrzyjmy kilka proponowanych zakładów.

Prezydent Obama?
Najczęściej bukmacherzy chcą zakładać się o przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tutaj niespodzianki nie ma – murowanym faworytem jest Barack Obama.

Przykładowe kursy:
“expekt.com” – 1,65
“Bet-at-home” – 1,75
“bet365″ – 1,83

Bukmacherzy zatem wierzą w reelekcję obecnego prezydenta. Ich zdaniem, po prostu, “The Magic Negro” nie ma z kim przegrać. Kursy na następnego w kolejce, mormona, Mitta Romneya wynoszą około 8.00, a na Sarah Pallin (w czasie ostatnich wyborów bylem zwolennikiem McCaina, jeśli ta pani wystartuje – będę popierał Obamę) od 11.00 do 17.00. Można również stawiać, czy zwycięzcą będzie Demokrata czy Republikanin – faworytem jest ten pierwszy oraz – jak w przypadku firmy “betsson” – czy Barack Obama zostanie ponownie wybrany prezydentem? (opcja tak: 1,55 opcja nie: 2,30).

W tym miejscu – ze względu na luźną formę tekstu – pozwolę sobie na wybitnie prywatny akapit. Jeżeli, nawet dla zabawy, postanowicie zagrać któryś z zakładów, nie róbcie tego w “bet-at-home”. Pewnego razu, niecały rok temu, udało mi się wygrać kwotę może niezbyt wysoką, jak na standardy branżowe, ale jednocześnie będącą odpowiednikiem mojego studenckiego, miesięcznego budżetu. Odpowiedź firmy “bet-at-home” była błyskawiczna. Zablokowano mi konto, możliwość wypłaty środków i nie odpisano na żaden z 3-4 maili. Pan ze specjalnego chatroomu, mający mi rzekomo pomóc, nie tylko nie potrafił wskazać mi punktu regulaminu, który złamałem, ograniczył się do stwierdzenia “pan wie, za co zablokowaliśmy panu konto”. Kto wie, może rozmawiałem nawet z samym wróżbitą Maciejem i straciłem okazję, aby poprosić go o autograf? Podsumowując, jeśli chcecie gdzieś obstawiać, nie polecam gry w “bet-at-home”, bo panowie nie potrafią przegrywać, okradają własnych klientów (gdzie moje nie tylko wygrane, ale też wpłacone pieniądze?!), a także wykazują się zupełnym brakiem profesjonalizmu.

“William Hill” i polityka brytyjska
Jeśli chodzi o zakłady polityczne, to wśród przeszukanych przeze mnie firm, najszerszą ofertą dysponuje “William Hill”. Obstawiać można wydarzenia, które odbędą się dopiero za parę lat.

Dla przykładu:
Wyniki następnych wyborów parlamentarnych?
Partia Konserwatywna – większość – 2,75
Partia Pracy – większość – 2,87
Partia Liberalna – większość 101,0
Brak większości – 2,62

Jak widać, specjaliści z “Williama Hilla” nie wierzą jedynie w Liberałów Nicka Clegga – reszta możliwych wydarzeń jest dla nich, mniej więcej, równie prawdopodobna.

Jeżeli jednak chodzi o tzw. zawieszony parlament (”hung parliament”), czyli sytuację, w której konieczny jest rząd koalicyjny, to w/w bukmacher uznaje za bardziej prawdopodobne, że nie dojdzie do powtórki z zeszłego roku (1,44). Aktualnym faworytem do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych jest Partia Konserwatywna (1,67). W przypadku zwycięstwa Liberałów, za każdego postawionego funta, można zarobić 26. Nie próbowałbym jednak lokować w ten sposób gotówki.

Co ciekawe, przyjmowane są też już zakłady na następnego lidera Partii Konserwatywnej, pomimo tego, iż premier Cameron trzyma się zupełnie nieźle. Faworytem bukmacherów jest Boris Johnson, do zagrania po kursie 5,00.

Dla przeciwników lub zwolenników Eda Milibanda również pojawia się szansa na zabawę. Bukmacherzy w przypadku obecnego lidera Partii Pracy dają szeroki wachlarz możliwości – można obstawiać już – jak w przypadku Camerona – kto go zastąpi (najniższe kursy: Yvette Cooper – 4,00, a także … jego brat – David – 7,00), jak długo wytrwa (czy tak długo jak Tony Blair? Czy dłużej niż Gordon Brown?), czy przetrwa do najbliższych wyborów lub – zwyczajnie – kiedy przestanie być liderem (najniższy kurs – 2015 rok, 2,75). Zakładów na temat brytyjskiej sceny politycznej jest o wiele więcej

Inne zakłady – Egipt, Dania
Znajdzie się również “coś” dla wielbicieli duńskiej polityki. Bukmacherzy z bet365 proponują wytypowanie, kto zostanie premierem Danii po następnych wyborach parlamentarnych.

Faworytem – i to dość mocnym – jest Helle Thorning Schmidt (1,50), po piętach depcze mu Lars Løkke Rasmussen (2,40), ale warto przyjrzeć się innym proponowanym postaciom. Były piłkarz Michael Laudrup “chodzi” po kursie 4001,0, a Asmaa Abdol-Hamid po 5001,0. Zakład o identyczną kwestię proponuje również expekt.com

‘William Hill” przygotował również ofertę dla miłośników sytuacji w Egipcie. Pytanie brzmi – czy wybory parlamentarne odbędą się we wrześniu? Bukmacherzy zdają się wierzyć oficjalnym zapowiedziom i zdecydowanie mniej można zarobić na możliwości, iż w tym właśnie terminie będą miały miejsce (1,50). Jeśli ktoś postawi przeciwnie i wybory nie odbędą się we wrześniu, za każdego funta, zarobi 3,5.

Niewątpliwie przy innych okazjach, będą pojawiać się kolejne interesujące zakłady. Ciekawy jestem – i tego nie rozgryzę na razie – jaka jest metodologia ustalania kursów na poszczególne wydarzenia polityczne.

Jakie są Wasze typy? ;)

Synów pułkownika Muammara Kaddafiego przypadki

1 komentarz
źródło: wikipedia.org

źródło: wikipedia.org

Bycie jednym z siedmiu synów Muammara Kaddafiego nie może być łatwe. Pieniądze, szybkie samochody, prywatni ochroniarze, piękne kobiety i nadopiekuńczy ojciec, który wyciągnie cię z każdych problemów, w jakie tylko możesz wpaść. Sam pułkownik Kaddafi znany jest z tego, iż w Paryżu czy nawet ogrodach Kremla, rozbija swój tradycyjny, beduiński namiot. Zobaczmy, jak to wygląda w praktyce.

Hannibal i “wojna” ze Szwajcarią
Hannibal Kaddafi umiłował sobie życie ponad prawem. Początki jego “przygód” z europejskim wymiarem asprawiedliwości zaczynają się od Rzymu, gdzie w 2001 roku zaatakował włoskich policjantów przy pomocy gaśnicy. W 2004 roku młody Kaddafi  postanowił sobie pojeździć samochodem po Paryżu, ubezpieczany przez swoich ochroniarzy znajdujących się w innym aucie. Niestety, francuska policja przerwała mu dobrą zabawę. Okazało się, iż Hannibal jechał swoim czarnym Porsche 90 mil na godzinę, pod prąd i kompletnie nie zwracał uwagi na światła. Jakby tego było mało – znajdował się pod wpływem alkoholu, a jego przyboczni postanowili bronić swojego bossa. Jeden z nich dostał za to nawet wyrok w zawieszeniu. Kara dla Hannibala mogła być tylko jedna – żadna. Przeprosiła libijska ambasada. Słowo klucz – immunitet.

Rok później, dostało się jego ówczesnej dziewczynie, która nie chciała go wpuścić do swojego pokoju hotelowego. Tym razem jednak Hannibal otrzymał symboliczną karę – cztery miesiące w zawieszeniu. Cała sytuacja miała miejsce we Francji. W 2009 roku do jednego z londyńskich hoteli została wezwana policja. Na miejscu okazało się, iż poważne obrażenia twarzy doznała obecna żona Hannibala. Naturalnie jednak, “okazało się” iż m.in. złamany nos to wynik zwykłego upadku. Skargi nie wniesiono, sprawy nie ma.

W końcu Szwajcaria, 2008 rok. Szwajcarzy aresztowali Hannibala Kaddafiego i jego ciężarną żonę pod zarzutem pobicia przy pomocy paska i wieszaka, dwóch służących. Areszt trwał dwie doby (żona przebywała w klinice ze względu na poród), małżeństwo wypuszczono po wpłaceniu 500 tysięcy franków kaucji.

Ze zniesieniem takiego “upokorzenia” problem miał nie tylko Hannibal, ale również Muammar. Zaczęło się. Już kilka dni później Libia wstrzymała dostawy ropy do Szwajcarii, co Szwajcarzy musieli odczuć, gdyż stanowią one 50% dostaw i 20% konsumpcji (za: arabia.pl). To jednak nie wszystko, zakazano również lądować szwajcarskim samolotom i wpływać szwajcarskim statkom do Libii. Pułkownik wycofał również libijskie środki ze Szwajcarii (wg. “Rzeczpospolitej: 5 miliardów franków!), Szwajcarom przestawano wydawać wizy, ukarane zostały szwajcarskie firmy działające w Libii, a dwóch obywateli szwajcarskich mogło poznać uroki libijskiego aresztu od wewnątrz. Zamknięta również została libijska ambasada znajdująca się w Szwajcarii. Podsumowując, Kaddafi zareagował w sposób proporcjonalny. To i tak lepsze niż propozycja jego syna, Hannibala, który powiedział, że jakby miał bombę atomową, to zrzuciłby ją na Szwajcarię.

W końcu Szwajcarzy zrozumieli swój “błąd”. Prezydent Hans-Rudolf Merz poleciał do Trypolisu i uderzył się w pierś. Przeprosił Libijczyków za aresztowanie. Co prawda Muammar Kaddafi nie znalazł czasu na przyjęcie Szwajcara, ale poniżenie się szwajcarskiego polityka otworzyło drogę do normalizacji stosunków. Co ciekawe, jeszcze w lutym zeszłego roku Kaddafi nawoływał do wystąpienia przeciwko Szwajcarii, zestawiając ją w jednym szeregu z syjonizmem. Pułkownik podkreślał, że żaden szanujący się muzułmanin nie powinien współpracować ze Szwajcarią, która zakazuje budowy minaretów. Za umiejętność wejścia w spór ze Szwajcarami należą się pułkownikowi oklaski – zrezygnował, swego czasu, z tego nawet Adolf Hitler.

Piłkarz
Tradycje sportowe reprezentuje Saadi Kaddafi stojący na czele libijskiej federacji piłkarskiej. W przeszłości piłkarz i reprezentant kraju (oczywiście: kapitan zespołu). Na YouTubie można obejrzeć jego zejścia z boiska na zmianę w meczu przeciwko Kanadzie, Saadi postanowił podziękować niemal każdemu przeciwnikowi oraz sędziom, za wspólne spędzenie czasu. A że wynik był przy okazji korzystny i czas leciał – czysty zbieg okoliczności.

W 2003 roku ogłoszono jego transfer do Perugii, w której zagrał jeden mecz, bo następnie wpadł podczas testów antydopingowych (narkotyki). Potem grał jeszcze w Udinese (1 mecz) i Sampdorii (0 spotkań). Jako ciekawostkę można dodać, iż zasiadał w składzie zarządu Juventusu Turyn.

Saif o dwóch twarzach
Najciekawszym przypadkiem jest Saif Kaddafi. Do tej pory miał świetną prasę. Zdarzało mu się wypowiadać pozytywnie na temat demokracji, znany z działalności charytatywnej, jedna z głównych postaci negocjacji w sprawie odszkodowań za zamach na samolot lecący nad Lockerbie (1988 rok). Uczący się m.in. w Wiedniu i londyńskiej School of Economics, z zawodu inżynier. Poprawa stosunków libijsko-amerykańskich miała miejsce w dużej mierze dzięki jego udziałowi. Saif również zgłosił swój plan zakończenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego opowiadając się za formułą jedno państwo-dwa narody. Sam zaś był w przeszłości wiązany z izraelską (!) aktorką. Nie zajmujmy się jednak plotkami.

Jako potencjalny następca Muammara Kaddafiego, z punktu widzenia Zachodu, wyglądał co najmniej przyzwoicie. Ostatnio pokazał się też ze strony bardziej zaczepnej.

O wysłaniu przez niego transportu humanitarnego pisałem w lipcu w artykule “Morskie szachy wokół Strefy Gazy”

Syn Muammara Kaddafiego, Saif al-Islam, zorganizował transport 2 tysięcy ton żywności i pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków. Całość wysłał statkiem “Amalthea”, pływającym pod banderą mołdawską. Nikogo nie powinno zaskoczyć, iż momentalnie pojawiły się cztery okręty izraelskiej marynarki wojennej. W zupełności wystarczyłby jeden, ale Izraelczycy wolą dmuchać na zimne i trzy jednostki pływają “dla pewności”, monitorując każdy ruch libijskiego statku. Kapitan statku zapowiada, iż dowiezie towar do Strefy Gazy, pomimo blokady. O co w tym wszystkim chodzi?

Libijczycy z gracją będą opowiadać o tym, jak to wysłali statek z pomocą humanitarną i Izrael doprowadza do katastrofy humanitarnej w Strefie Gazy. Jeśli jednak miałbym się z czymś zgodzić, to na pewno nie z tym pierwszym, bo gdyby synowi łagodnego baranka, znanego z humanitarnych akcji, pułkownika Kaddafiego, zależało na dostarczeniu pomocy, zatrzymałby się w którymś z portów egipskich – które zresztą są bliżej – a następnie, najlepiej po konsultacjach dyplomatycznych z Egiptem, przetransportowali całą pomoc przez jedno z przejść granicznych. Izrael nic by nie mógł zrobić – voila.” (…)

Potyczkę z Izraelem Saif Kaddafi przegrał, bo kapitan statku nie chciał konfrontacji z izraelską marynarką i wycofał się, a następnie zacumował w Egipcie. Aspiracje Saifa są jak najbardziej polityczne. Czy to on zostanie następcą?

Policjant z Libii
Na “salony” wchodzi również Saif-al-Arab Kaddafi (nie mylić z Saifem-al-Islamem Kaddafim). Swoją obecność na studiach zaakcentował w Niemczech. Handlował bronią, szukał chętnego na zamordowanie ochroniarza jednej z dyskotek (proponowana stawka: 100 tysięcy euro), a także opluł niemieckiego policjanta. Sam zaś kontynuował rodzinną tradycję zapoczątkowaną przez Hannibala – prowadzenia na podwójnym gazie. Według niemieckiego prawa czekałaby go niezła odsiadka w miłym towarzystwie za takie czyny.

Niemcy jednak w mig pojęli błędy Szwajcarów i postanowili wyjaśnić sytuację. Szef niemieckiej policji w Monachium poszedł na kolację z młodym Kaddafim i starał się wyjaśnić mu, że w Niemczech panują trochę inne reguły postępowania. Niemcy, w przeciwieństwie do Szwajcarów, zamiast egzekwować prawo, wykazali się troską. Na pewno pułkownik Kaddafi doceni taką postawę. Młody zaś spokojnie będzie mógł dokończyć swoje studia w Monachium, nadal nie odmawiając sobie żadnych przyjemności. Panowie mogli się również wymienić doświadczeniami, bo według Wikipedii – Saif-al-Arab jest właśnie policjantem “z zawodu”.

Ewolucja w Egipcie?

Brak komentarzy
źródło: konflikty.wp.pl

źródło: konflikty.wp.pl

Nie ustają protesty w Egipcie. Prezydent Mubarak zapowiedział, iż nie wystartuje w następnych wyborach prezydenckich, ale o tym było już wiadomo przed wybuchem “dni gniewu”. Najważniejsze jest teraz, że do poważnych zmian w Egipcie będzie musiało dojść – pytanie tylko – kiedy?

Rewolucja czy ewolucja?
Media w Polsce rozkochały się w nazwie “rewolucja”. Pytanie więc, co jak do tej pory przyniosła owa “rewolucja w Egipcie” i co zatem idzie, czy to odpowiednie nazewnictwo? Nic. Na razie nie doszło do żadnej rewolucyjnej zmiany – w kraju nadal rządzi wojsko, prezydentem pozostaje – choć naturalnie dużo słabszym i uzależnionym od wojska – jeszcze Mubarak, reformy są jak na razie jedynie obietnicą, a nieodłącznym elementem obrazków z Kairu jest jeden wielki chaos.

Zmiany w Egipcie zajdą najprawdopodobniej na drodze ewolucji. Jest to na rękę Amerykanom, obecnie rządzącym w Egipcie oraz opozycji. De facto Mubarak już nie panuje w państwie faraonów – z opozycją negocjuje wiceprezydent Suleiman. Ludzie w Egipcie nie protestują dlatego, bo lud marzy o demokracji. Główną przyczyną są aspekty gospodarcze, a dopiero z nich wynikają konsekwencje polityczne, a więc także i możliwa demokratyzacja. Gdyby PKB per capita wynosił w Egipcie (6200 $ – CIA Factbook) tyle, co w Kuwejcie (51 tysięcy $ – CIA Factbook) , próżno byłoby szukać chętnych do protestowania na placu Tahrir. Moje rozmowy z Egipcjanami na temat Mubaraka nie rozpoczynały się nawet od stanu wojennego, a od wzrastających cen i bezrobocia. Tym żyją przeciętni ludzie, a nie wzniosłymi, choć jakże pięknymi, ideami. Niesprawiedliwa redystrybucja dóbr (albo mówiąc brutalnie – jej brak) zadecydowała o wybuchu społecznym

Warto rozmawiać
Władze i opozycja, jakkolwiek by nie oceniać reprezentatywności jednych i drugich dla społeczeństwa, są teraz sobie wzajemnie potrzebne. Pozycja Mubaraka jest bardzo mocno zachwiana, wojska jak najbardziej nie i nadal reprezentuje ono swoje interesy. Protestujący nie tylko nie mają zasobów politycznych do przejęcia władzy – bez wojska nie mają też wystarczającej siły. Są jednak w stanie, gwałtownie występując, doprowadzić do chaosu, zaakcentować w kraju i na świecie brak popularności obecnej władzy, a także dołożyć egipskiej gospodarce, wypędzając turystów (chociaż nadal można wykupić ofertę Last Minute do Egiptu). Przede wszystkim – nie można ich zignorować.

Scenariusz błyskawicznego przejęcia władzy byłby dla opozycji po prostu tragedią. Co jak co, ale El-Baradei nie jest szanowanym wojskowym oraz charyzmatycznym liderem porywającym tłumy, a urzędnikiem, z dobrym nosem politycznym, na którego dość niechętnie patrzą się Amerykanie. Nagle on i reszta opozycji znaleźliby się w sytuacji, w której otrzymaliby w spadku nieposłuszny, skorumpowany aparat urzędniczy i oczekiwania gospodarcze ludzi, którym nie byłby w stanie sprostać (pomoc socjalna, podwyżki płac, zmniejszenie bezrobocia, zahamowanie wzrostu cen itd). Niewątpliwie również, o ile możliwe są pewne kompromisy personalne, o tyle wojsko nie zrezygnuje z roli, jaką odgrywa obecnie w Egipcie. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłoby, z punktu widzenia opozycji, doprowadzenie do przeprowadzenie przez obecną władzę reform, tak, aby ich ewentualne negatywne skutki dosięgnęły odchodzącego już przecież prezydenta Mubaraka. Swoją drogą Ali Chamanei łyknął prawdopodobnie któregoś ranka nie tę tabletkę co trzeba, gdyż ogłosił, iż Hosni Mubarak to … syjonista.

Władze z kolei potrzebują opozycji do opanowania sytuacji. Stąd rozmowy o reformie kraju. Część odpowiedzialności trzeba na kogoś przerzucić. W tym momencie nie ma innego partnera – pozostaje opozycja, w tym Bractwo Muzułmańskie oraz Mohamed El-Baradei i jego ludzie. W rozkroku znajduje się prezydent Obama, bo ze względów pragmatycznych (sytuacja na Bliskim Wschodzie) nie może opuścić reżimu, a z kolei względy polityczne (PR, hasła o demokracji, słynne przemówienie w Kairze), nie może przecież wspierać autorytarnych władz przeciwko protestującym ludziom, których duża część domaga się przecież tego, o czym tak pięknie amerykański prezydent przemawia. “Biały Dom” widocznie również stwierdził, że najlepszym wyjściem będą rozmowy i ewolucja w Egipcie, która pozwoli na zwiększenie udziału ludzi w sprawowaniu władzy, zachowanie wpływów wojska i prawdopodobnie również, Stanów Zjednoczonych, w tym kraju. W Waszyngtonie musieli przecież wyciągnąć wnioski z porażki w Iranie w 1979 roku, której skutki odczuwają do dziś.

Trzeba też pamiętać o jeszcze jednym. Nieważne, jak pięknie będą będą zapisane przepisy, ważne, jak będą one egzekwowane. O realnych ustępstwach władzy będzie można mówić dopiero, gdy zaczną one funkcjonować.

Dni gniewu w Egipcie

Brak komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

W takich opałach w czasie swoich 30-letnich rządów Hosni Mubarak jeszcze nie był. Po raz pierwszy ludzie w tak dużej ilości i z tak jasno określonym “programem” (odejście prezydenta) wyszli na ulice. Atmosferę – i tak gorącą -dodatkowo podgrzewają media poprzez publikację informacji prawdziwych, jak liczba zabitych i rannych (ok. 100 i ok. 3000) oraz tych mniej sprawdzonych według których prezydent Mubarak miałby uciec do … Izraela. Naturalnie, taki oczywisty nonsens, jak ten z Izraelem, był powtarzany przez wszelkie media.

Mubarak do odejścia zbiera się i tak, przy okazji tegorocznych wyborów prezydenckich W wieku 82 lat człowiekowi ciężko utrzymać autorytarną władzę i w naturalny sposób opiera ją na swoich najbliższych współpracownikach, a więc na wojskowych. Sam Mubarak to były generał armii, zatem jak najbardziej reprezentuje interesy wojska. Nowy premier Szafik to również wojskowy, a powołany właśnie wiceprezydent Omar Suleiman to wpływowy szef wywiadu, jeden z najważniejszych graczy na giełdzie tych, którzy mieliby zastąpić prezydenta Mubaraka, wymieniany jak dotąd w jednym szeregu z synem obecnego przywódcy, Gamalem. Można zatem mieć poważne wątpliwości, czy wojsko będzie miało jakikolwiek interes w obaleniu władzy, która jest przecież dla niego korzystna i likwidacji układu, w którym to generałowie, notabene wspierani przez Amerykanów, rządzą w Egipcie. Bez wojska zaś żadna “rewolucja” się nie uda.

Przegranym tych protestów prawdopodobnie będzie Gamal Mubarak. Jeśli jest w Egipcie ktoś mniej popularny od obecnego prezydenta, to jest nim właśnie jego syn, którego Egipcjanie nie cierpią. Sukcesja jest w tym momencie mniej prawdopodobna, a nominacja Suleimana może być sygnałem, iż to on zostanie następcą prezydenta. Nawet jeśli udałoby się przepchnąć Gamala, to trudno oczekiwać, by miał on równie mocną pozycję, jak dotąd jego ojciec. Trudno mieć też wątpliwości, czy wojsko stanęło po stronie reżimu – przecież nie żyje około 100 osób. Powiedzenie, że wszystko jest pod kontrolą, byłoby dużą przesadą, ale na wojnę domową się nie zanosi.

W “ciekawej” sytuacji znaleźli się Amerykanie i Izraelczycy. Rząd Netanjahu stosuje sprytną taktykę niewychylania się. To jedyne słuszne rozwiązanie, bo ewentualne wyrazy poparcia dla Mubaraka byłyby tylko pocałunkiem śmierci, a prawda jest taka, iż Izrael na wszelkie zmiany władzy patrzyłby się z wielkim niepokojem. Tutaj powrócę do informacji dotyczącej ewentualnej ucieczki Mubaraka do Izraela – ona miała na celu zaszkodzić prezydentowi – wiadomo jaki efekt wywoła taka informacja wypuszczona na kairską ulicę.

Gimnastykować za to się musi prezydent Obama. Wyobraźmy sobie, iż taka sama sytuacja ma miejsce w Birmie, czy nawet bliżej Polski – na Białorusi. Długie występy, oficjalne deklaracje poparcia, może nawet jakieś poważniejsze ruchy wojsk, a wszystko przy udziale dwóch haseł: demokratyzacja i prawa człowieka.

Tutaj sytuacja jest inna, bo mowa o drugim najważniejszym sojuszniku Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, do którego idealnie pasują słowa wypowiedziane niegdyś przez prezydenta Nixona “sukinsyn, ale to nasz sukinsyn”. Przewrócenie reżimu byłoby katastrofą dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Wypowiedzi Obamy są więc ostrożne: nawołuje do reform i niestosowania przemocy, jednocześnie nie kopiąc dołków pod Mubarakiem. Niewykluczone, iż reżim będzie zmuszony do reform, ale nikt rozsądny nie będzie chciał wspierać Bractwa Muzułmańskiego, które jest potężną siłą polityczną w Egipcie. Co ciekawe,  opublikowane przez “WikiLeaks” dokumenty świadczą, iż Amerykanie również wspierali opozycję, ale działo się to raczej w ograniczonym zakresie.

Samych protestujących łączy niechęć wobec Mubaraka, ale poza tym, są podzieleni. Protestują islamiści, demokraci,rozczarowani fatalną sytuacją gospodarczą i brakiem perspektyw mieszkańcy, a swoje nakraść próbują również najzwyklejsi szabrownicy, korzystający z chaosu (np. okradziona została ekipa Al-Jazeery). Na zamieszeniu skorzystali też więźniowie z zakładu karnego, dokonując ucieczki.  Protesty nie mają przywództwa politycznego – młodzieżowy Ruch 6 Kwietnia był w stanie zainspirować rozruchy, ale po odcięciu Internetu, jego rola została bardzo ograniczona. Pod protesty próbuje się “podpiąć” Mohammad El-Baradei, ale również on nie jest ich liderem i nie panuje nad tłumami.  Pozostaje jeszcze Bractwo Muzułmańskie, ale podobnie jak jak w przypadku byłego dyrektora Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, nie kontroluje ono protestujących i nie jest dla nich autorytetem.

Najkorzystniejszym rozwiązaniem z punktu widzenia obecnej władzy, niezależnie od tego, czy Mubarak odejdzie teraz czy za jakiś czas, byłoby przeprowadzenie części reform i wciągnięcie do rządzenia El-Baradeia i ludzi z nim powiązanych. Również Amerykanom i Unii Europejskiej takie rozwiązanie byłoby na rękę, gdyż gwarantowałoby utrzymanie obecnego kursu przez Kair. Demokratyzacja jest – uczciwie mówiąc – grą hazardową, bo można wyciągnąć demokratyczną, prozachodnią władzę, nastawioną na poprawę fatalnej sytuacji gospodarczej milionów Egipcjan, ale również Bractwo Muzułmańskie, niewątpliwe gotowe na przeorientowanie polityki Egiptu.

Hezbollah bierze Liban i pozdrawia WikiLeaks

3 komentarzy
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Sunnita, Nadżib Nikati, został nominowany na premiera Libanu. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, gdyby nie fakt, iż stoi za nim Partia Boga, czyli Hezbollah, który wcześniej skutecznie zdemontował rząd Saada Haririego poprzez jednoczesne złożenie 11 dymisji w czasie wizyty premiera w Stanach Zjednoczonych. Pretekstem był spór o współpracę z Organizacją Narodów Zjednoczonych w kwestii dochodzenia w/s śmierci Rafika Haririego, ojca Saada, zabitego prawdopodobnie przez syryjski wywiad lub właśnie Hezbollah. W Waszyngtonie są zaniepokojeni przetasowaniami na libańskiej scenie politycznej, za to Teheran pewnie rozpiera ojcowska duma – przypomnę, iż Hezbollah został założony i wyszkolony przez Irańczyków, a konkretniej Radę Strażników Rewolucji w 1982 roku w czasie wojny domowej i inwazji izraelskiej.

Liban nadal nie może otrząsnąć się po długoletniej wojnie domowej. Niegdyś “Szwajcaria Bliskiego Wschodu”, aktualnie kraj w ciągłym zagrożeniu ponownym wybuchem starć. Pozornie stabilność gwarantować miała konstytucja, zakładająca, iż prezydentem kraju będzie chrześcijanin maronita, premierem sunnita, a przewodniczącym parlamentu – szyita. Jak widać, szyickiemu Hezbollahowi udało się to obejść w banalnie prosty sposób, zgłaszając niewiele znaczącego sunnitę, którym będzie można sterować z tylnego siedzenia. Zobaczymy jeszcze, jak zostaną rozdane teki ministerialne, ale skoro nawet w gabinecie, uważanego za prozachodniego, Haririego Partia Boga dysponowała 11 ministrami, to trudno oczekiwać, aby w nowej, korzystniejszej, rozgrywce stan ten był mniej korzystny.

Czy jednak mamy do czynienia z jakąś dramatyczną rewolucją? Zdecydowanie nie, Hezbollah był, jest i będzie potężną organizacją działającą w Libanie, a co najważniejsze – posiadającą poparcie społeczne oraz kluczowy wpływ na losy państwa. Rządzić w Libanie bez Hezbollahu się zwyczajnie nie da. To nie tylko organizacja o charakterze militarnym, ale również społecznym, edukacyjnym, humanitarnym i przede wszystkim, politycznym. Skoro z Hezbollahem nie potrafili sobie poradzić Amerykanie i Izraelczycy, to tym bardziej nie są w stanie tego zrobić prozachodni Libańczycy.

Zresztą, świetnie obrazują to wydarzenia po ostatniej wojnie libańskiej (2006 rok). Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1701 zakładała, iż “wszystkie grupy” (czyt. Hezbollah) zostaną rozbrojone przez Libańczyków. Armia libańska nie podjęła się tego zadania, gdyż – szczerze mówiąc – prędzej to ona zostałaby rozbrojona przez ludzi Hassana Nasrallaha, który oświadczył, iż dopóki armia nie będzie gotowa do samodzielnego bronienia Libanu, jego organizacja się nie rozbroi. Co więcej, gdy rząd Fuada Siniory postawił się Hezbollahowi, ten na kilka dni przejął … panowanie nad stolicą Libanu, Bejrutem! Szyicka organizacja bardziej sformalizowała swoje wpływy aniżeli je uzyskała.

Hezbollah i Iran z pewnością nie pożałowały wydanych pieniędzy na odbudowę Libanu po 2006 roku. W dodatku, na granicy izraelsko-libańskiej panuje względny spokój. Partia Boga, pomimo oficjalnej propagandy sukcesu, nie chce kolejnych starć i spokojnie gromadzi broń. Również Izrael nie jest zainteresowany problemami na północy i wojną, której nie ma szans wygrać w sposób błyskawiczny, ze względu na taktykę wroga.

Amerykanie zapowiadają ochłodzenie swojego stosunku do Libanu, w tym zamrożenie lub przekierowanie pomocy, ale nie należy oczekiwać, iż zwolennicy Hezbollahu tym się przejmą. Amerykańska administracja ma powody do niepokoju, bo wydawało się, iż po wycofaniu wojsk syryjskich z Libanu (2005 rok) może być już tylko lepiej, a tu taka niespodzianka.

W ostatnim akapicie pojawia się miejsce dla WikiLeaks, któremu Hassan Nasrallah powinien przesłać serdeczne pozdrowienia i wpłacić pieniądze na dalszą działalność. Julian Assange i spółka ujawnili, iż były minister obrony narodowej, Elias Murr, a do niedawna wicepremier i zastępca Haririego, w rozmowie z amerykańskim dyplomatą podpowiadał, w jaki sposób zaatakować Hezbollah, uzyskać poparcie chrześcijan, a także poinformował, iż wydał armii libańskiej rozkaz niemieszania się w razie izraelskiego ataku. W sprawę subtelnie włączony został obecny prezydent, a ówczesny szef sztabu generalnego, Micheil Sulejman. Mówienie, iż obecny rząd upadł, a Hezbollah przejmuje władzę dzięki publikacji WikiLeaks byłoby oczywistą nieprawdą, jednak niewątpliwie tego typu przecieki siłom prozachodnim w Libanie nie pomogły, a już z pewnością zaszkodziły. Czy taki był właśnie cel WikiLeaks – pomaganie Hezbollahowi?

Wybuch bomby na izraelskiej scenie politycznej – rozłam w Partii Pracy

2 komentarzy
źródło: bp.blogspot.com

źródło: bp.blogspot.com

Prawdziwą bombę odpalił w tym tygodniu wicepremier i minister obrony narodowej Izraela – Ehud Barak, związany wcześniej z Partią Pracy, aż do czasu rozłamu, lider tego ugrupowania.

Postanowił on powołać – wraz z czwórką innych parlamentarzystów – ugrupowanie “Azmaut” (”Niepodległość”). Jest to efekt wewnątrzpartyjnych tarć w sprawie zostania/opuszczenia koalicji rządzącej, przez Partię Pracy. Skład tej koalicji od początku był komedią, bo mówimy o sojuszu partii mocno prawicowych, reprezentujących m.in. religijnych Żydów, osadników oraz inne osoby, w tym niechętne procesowi pokojowemu i Palestyńczykom. Premierem został uznawany za radykalnego Netanjahu (Likud), a wicepremierem oraz ministrem spraw zagranicznych jeszcze radykalniejszy Lieberman. Religijna Partia Szas (11 mandatów) otrzymała z kolei tekę wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych. W koalicji znajduje się również “drobnica”. Bez głosów Partii Pracy, nowa koalicja miałaby 61 mandatów w 120-osobowym Knessecie. Przy różnicach światopoglądowych (np. odmienny pogląd Partii Szas i Naszego Domu Izrael na kwestie ślubów cywilnych) w tym układzie, oznaczało to stan permanentnego zagrożenia rozpadem. Przekonano więc Ehuda Baraka i Partię Pracy (13 mandatów) do wejścia do rządu. Lewicowa – przynajmniej nominalnie – Awoda w ultraprawicowym rządzie? Brzmiało jak dowcip, ale tak właśnie funkcjonował rząd w Izraelu przez prawie dwa lata. To tak, jakby do koalicji rządzącej w Polsce w latach 2005-2007 (PiS-LPR-Samoobrona) dołączono jeszcze SLD. Wyniki wyborów komentowałem na bieżąco w lutym 2009 w artykule “Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?” nie przypuszczając, że za kilka tygodni do mocno prawicowego rządu wejdzie Ehud Barak i jego Partia Pracy. Obecnie, po wyjściu Partii Pracy z koalicji, sytuacja przedstawia się następująco:

źródło: The Economist

źródło: The Economist

Jak to się stało?
Koalicja zmniejszyła swoje posiadanie z 74 na 66 mandatów, co nadal daje stabilną większość w Knessecie. Barak utrzymał stanowisko wicepremiera i ministra obrony narodowej, a Partia Pracy skurczyła swoje posiadanie zaledwie do 8 mandatów. Już poprzedni wynik uzyskany przez Awodę był najgorszy w historii (13 mandatów, czwarte miejsce w wyborach, za partiami Netanjahu, Liwni i Liebermana), a teraz, to po prostu katastrofa. “Azmaut’ posiada obecnie 5 mandatów, a notowania nowego ugrupowania – wierząc badaniom na które powołuje się “Ha’aretz” – znajdują się na granicy progu wyborczego, który w Izraelu wynosi 2%.

W rządowej koalicji Partia Pracy nie odgrywała decydującego znaczenia. Po pierwsze, posiadała zbyt mało mandatów, a po drugie – o kształcie (a raczej jego braku) procesu pokojowego decydował premier Netanjahu, kierujący się bardziej oczekiwaniami swojego elektoratu. Ehud Barak i jego towarzysze robili dobrą minę do złej gry, niekiedy łagodniej wypowiadając się do prasy (wypowiedzi wicepremiera o podziale Jerozolimy np.), a także przekonując Amerykanów, iż wpływ na ruchy izraelskiego rządu mają niemały, co było nieprawdą. W końcu Amerykanie zgłosili swoje pretensje, gdyż nie tego oczekiwali od centrolewicowego ugrupowania, a w dodatku samemu Barakowi wyrosła potężna opozycja wewnątrzpartyjna, domagająca się wyjścia z koalicji i zmiany lidera.

Plan był bardzo prosty
. Na konwencji Partii Pracy w marcu doszłoby do głosowania nad postawieniem miesięcznego ultimatum premierowi Netanjahu – albo zaczną bezpośrednio rozmawiać z Palestyńczykami, albo Awoda opuszcza koalicję. Następnie – co prawdopodobne – zobaczylibyśmy zerwanie koalicji i odwołanie Ehuda Baraka z funkcji szefa partii. Sam Barak doskonale zdawał sobie sprawę z działalności nieprzychylnej mu frakcji i dokonał rozłamu, uciekając do przodu. Rząd Netanjahu bez głosów Partii Pracy dysponowałby 61 mandatami, co powodowałoby, iż byle choroba czy przypadek mogłyby decydować o niepowodzeniu głosowania. Gabinet premiera był więc zagrożony, co spowodowało, iż panowie Netanjahu i Barak musieli wspólnie zadziałać. Netanjahu utrzymał stabilną większość (66 mandatów), a Barak tekę wicepremiera i ministra obrony narodowej.

Po co Barakowi rozłam?
Powody dla których Ehud Barak dokonał rozłamu mogą być dwa, przy czym mogą występować oddzielnie lub łącznie.

Pierwszą z nich jest zwykła chęć utrzymania władzy i pozycji. Partia Pracy była zdeterminowana by wyjść z koalicji, co wiązałoby się również prawdopodobnie z odwołaniem Baraka z funkcji przywódcy partii. Barak – co widać szczególnie teraz – dobrze czuje się w roli ministra obrony narodowej (w poprzednim rządzie z Kadimą również piastował to stanowisko) i koalicji nie chciał opuszczać. Przebywanie w koalicji przez jego partię było problematyczne ze względu na jej koncyliacyjne nastawienie do rozmów pokojowych, którego brakuje zarówno Netanjahu, jak i Liebermanowi. Partia Pracy, w obecnym kształcie koalicji, nie była również w stanie realizować swojego programu. To zresztą nikogo nie może dziwić, bo mowa o układzie zawierającym partie od lewa do prawa. Jeśli partia chce zwiększyć swoje poparcie, to musi przejść bardziej na lewo, a to – przebywając jednocześnie w obecnym rządzie – byłoby niezwykle trudnym zadaniem. Różnica poglądów i interesów doprowadziła do tego, iż Barak dokonał rozłamu oraz utrzymał władzę.

Wpływów jednak na pewno nie, bo mowa przecież o 5 deputowanych. Barak stał się więc zakładnikiem Netanjahu i trudno uwierzyć w to, by jego nowe ugrupowanie polityczne osiągnęło sukces taki jak Kadima. Jeżeli rząd dobrze poprowadzi daną sprawę, chwała spadnie na przywódcę Likudu, jeśli będą problemy – łatwo będzie o kozła ofiarnego.  Sam stał się “drobnicą”.

W 2005 roku rozłamu w Likudzie dokonał premier Ariel Szaron. Powołał Kadimę, która jest obecnie najliczniej reprezentowaną partią w parlamencie. Szarona z Barakiem łączy wspaniała kariera wojskowa, ale ich sytuacji jako polityków nie sposób porównać. Obie sytuacje łączy osoba Benjamina Netanjahu. W przypadku podziału dokonanego przez Szarona, stał na czele wewnątrzpartyjnej opozycji krytykującej jednostronne wycofanie ze Strefy Gazy. Teraz też trudno uwierzyć, by premier o niczym nie wiedział. Rozłam przyjął wręcz z radością, czemu trudno się dziwić, bo utrzymując stabilną większość, udało mu się skonsolidować, pod względem światopoglądowym, rząd.

Warto jednak wskazać na podstawowe różnice między Szaronem, a Barakiem. Szaron był uważany za jastrzębia, który pod koniec swojego życia zaczął prowadzić łagodniejszą politykę, Barak to z kolei “gołąb”, uważana za takiego pomimo swojej kariery wojskowej oraz tego, iż to on był ministrem obrony narodowej w czasie operacji “Płynny Ołów”. Ariel Szaron dokonał rozłamu będąc popularnym politykiem i skutecznie przekonując elektorat, że nie chodzi o władzę, a o sprawę. Barakowi będzie niezwykle ciężko, bo to wygląda jednoznacznie, a obecnie nie należy do najpopularniejszych osób. Trzeba pamiętać, że Szaron ryzykował władzę (był przecież premierem), a Barak dzięki temu manewrowi część władzy utrzymał. Szaron kierował największą partią w parlamencie, a Barak – nic Partii Pracy nie ujmując – partią drugorzędną, która zajęła dopiero 4 miejsce w wyborach i szykowała się do zmiany przywódcy.

Jest też korzystniejsze wytłumaczenie dla Baraka. Chce on osiągnąć pokój, a do tego konieczne jest dalsze trwanie obecnej koalicji. Barak wielokrotnie wypowiadał się koncyliacyjne na temat rozmów pokojowych, to on również dekadę temu negocjował z Arafatem. Były to czasy, gdy osiągnięcie trwało porozumienia było najbliżej w historii. To polityk umiarkowany – jest świadomy, iż bez podziału Jerozolimy nie będzie pokoju, a irańscy przywódcy wcale nie myślą 24/h o ataku na Izrael. Być może wicepremier wie coś, o czym my nie wiemy i uważa, iż tylko obecny układ może doprowadzić do pokoju.

Istnieje jednak kilka problemów z taką koncepcją. Premier Netanjahu zapowiadał, iż “zadziwi sceptyków” – jak na razie trafniejsze byłoby stwierdzenie, iż ich po prostu nie zdziwił. Proces pokojowy jest na dnie, a może nawet puka od spodu. Przede wszystkim jednak, to nie Ehud Barak decyduje o dalszych losach tego procesu. Na razie wygląda to na złego policjanta (Lieberman) i dobrego policjanta (Barak), a wszystko stoi w miejscu.

Należy powiedzieć, iż jeżeli Barak chciałby zawarcia pokoju, to właśnie powinien jak najszybciej z koalicji wyjść. Co prawda Netanjahu tłumaczy, że teraz Palestyńczycy nie będą mieli wybory i będą rozmawiać bezpośrednio, bez żądania ogłoszenia moratorium na rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu (w tym we wschodniej Jerozolimie), ale w tym momencie to nie w Palestyńczykach jest problem. Rząd izraelski zwyczajnie nie chce postępu procesu pokojowego, upokarza stronę palestyńską (nadal oczywiście niereprezentującą wszystkich Palestyńczyków, co również jest problemem nie do przejścia). Stąd jednostronne uznania ze strony niektórych państw świata. Trudno również przypuszczać, że Naszemu Domowi Izrael, a także Partii Szas, zależy na podpisaniu pokoju. Genialnego planu Netanjahu-Barak nigdzie nie widać. Nawet jeśli udałoby się doprowadzić do bezpośrednich rozmów bez ogłaszania moratorium, to przecież Izrael proponuje na razie tak mało, że żaden palestyński polityk nie może tego wziąć bez popełniania samobójstwa politycznego, a może i nie tylko. Przede wszystkim – do rozwiązania zostają nadal główne problemy,  które przecież nie straciły na aktualności – m.in. status Jerozolimy, palestyńscy uchodźcy, izraelskie osiedla i osadnicy, kształt granic palestyńskich, neutralność wolnej Palestyny, dostęp do wody, problem z Hamasem. I tak można by mnożyć.

Co jednak miał na myśli Barak dokonując rozłamu? Wszystko wskazuje na pierwszą podaną przeze mnie przyczynę. Czy jednak można wykluczyć, iż Barak chciałby uwieńczyć swoje karierę polityczną podpisaniem pokoju? Oczywiście, że nie, ale sensowne byłoby pytanie – czy będzie to możliwe w obecnej koalicji?

Wieści z Izraela: Mosze Kacaw uznany za winnego

Brak komentarzy
źródło: money.pl

źródło: money.pl

Ostatnie tygodnie w Izraelu uznać należy za niezwykle barwne. Co prawda proces pokojowy stoi mniej w tym samym miejscu od kilku lat, czyli głęboko zakopany w błocie, aczkolwiek na izraelskiej scenie politycznej ruchu i zmian mamy aż za dużo. W dzisiejszej, krótkiej notce, przedstawię sprawę Mosze Kacawa, prezydenta Izraela, a w następnej – prawdopodobnie jutrzejszej – nieco dłuższej, kwestie rozłamu w Partii Pracy i postawy wicepremiera Ehuda Baraka.

Mosze Kacaw winny
Prezydent Izraela, w latach 2000-2007 roku, a także – wcześniej – wielokrotny minister z ramienia Likudu (m.in. turystyki), Mosze Kacaw uznany został za winnego popełnienia gwałtu i molestowania seksualnego. Przypomnijmy,iż sprawa wyszła na jaw w 2006 roku, a w 2007 roku – z powodu jej rozwoju – Kacaw podał się do dymisji. Jak się okazało, to nie był koniec, a dopiero początek jego problemów. “Będę bronić swojego honoru, choćbym nawet miał rozpętać wojnę światową” – odgrażał się w 2007 roku. Rzeczywiście, w obecnej sytuacji jego honor mogłaby ocalić już tylko III wojna światowa.

Nie sprawdziła się w tym momencie mądrość ludowa stosowana przez byłego prezydenta – “jak kobieta mówi nie, to znaczy tak”. Sąd pokusił się nawet w tym przypadku o zaakcentowanie, że nie znaczy nie. W sprawie Kacawa w 2006 roku niesmacznie wypowiedział się nawet sam prezydent Władimir Putin, podczas rozmowy z Ehudem Olmertem, ówczesnym premierem Izraela. Zacytujmy klasyka: “Przekażcie pozdrowienia swojemu prezydentowi! Okazał się bardzo silnym mężczyzną! Dziesięć kobiet zgwałcił! Nigdy bym się po nim (tego) nie spodziewał! Wszystkich nas zadziwił! Wszyscy mu zazdrościmy!” . Być może w Rosji prezydent Kacaw mógłby liczyć na podziw i pamiątkowe zdjęcia. W Izraelu ta sprawa jednak nikogo nie śmieszy.

Abstrahując jednak od podziwu i zazdrości samego Putina, byłego prezydenta czeka prawdopodobnie kilka lat za kratkami. Oficjalnej informacji o wysokości wyroku jeszcze nie podano, gdyż sąd naradza się, ale wątpię, by prawo izraelskie okazało się w tym względzie łagodne. Sam Kacaw zdecydował się na desperacki krok – podrzucił taśmy, na których rozmawia z jedną z molestowanych kobiet, a także jej koleżanką, co ma dowodzić temu, iż był szantażowany, a cała sprawa to próba wyłudzenia od niego pieniędzy. Rzeczywiście, kobiety próbują uzyskać od Kacawa pieniądze, ale nie wynika to z prostej chciwości i konfabulacji. Przede wszystkim – sąd uznał już Kacawa za winnego, a informacja poszła w świat.

Ani wyrok, ani taśmy, nie przedstawiają Kacawa w pozytywnym świetle, a sprawa jest bardzo wstydliwa dla Izraelczyków. Z pewnością budzi większe oburzenie niż np. “problemy korupcyjne” Ehuda Olmerta. Sprawy nie można przecież nazwać tak łatwo polityczną, a mowa przecież o prezydencie kraju – obywatelu numer jeden.

W następnym tekście zajmę się kwestią rozłamu w Partii Pracy i osobą Ehuda Baraka.

 Nowsze artykuły123...678910...272829Starsze artykuły