Patryk Gorgol

Wpisy z kategorii Bieżące wydarzenia

O tym, co rządzi polityką międzynarodową – pragmatyzm, handel, kalkulacja…

4 komentarzy
źródło: polskieradio.pl

źródło: polskieradio.pl

Od dawna trwa dyskusja o tym, jakie wartości powinny kierować polityką zagraniczną państwa. W Europie i Stanach Zjednoczonych przekonuje nas się, że powinny być nimi m.in. solidarność i krzewienie idei praw człowieka a wręcz, naprawianie świata. Przeciętny Amerykanin naprawdę wierzy w to, że jego kraj jest policjantem stojącym na straży globalnego porządku, reagującym w razie potrzeby, równocześnie zapominając o cywilnych ofiarach różnorodnych “sprawiedliwych wojen”.  Pomyłka – zarówno Amerykanie jak i Europejczycy angażują się tylko wtedy, gdy mają w tym interes. Prawa człowieka, zbawianie świata służą jedynie za narrację – niezwykle wygodną, bo łatwą do zaakceptowania z punktu widzenia demokratycznych społeczeństw. To lekcja dla polskich polityków, którym niekiedy nadal zapominają, że koncepcja Mesjasza Narodów jest stworzona przez polską literaturę, a nie myśl polityczną.  Spójrzmy na Koreę Północną po śmierci Kima. Politycy rosyjscy, amerykańscy, południowokoreańscy i chińscy wręcz z radością przyjmują informację, że sytuacja wydaje się pod kontrolą i wojsko wraz z Kim Dzong Unem powinno utrzymać w ryzach ten jeden, wielki obóz koncentracyjny.

Pragmatyzm, pragmatyzm…
Dyskutować powinniśmy o tym, co jest w naszym interesie narodowym, a niekoniecznie o słuszności danych rozwiązań. Interwencja w Iraku – czy to z udziałem Polski czy bez – i tak by się odbyła. Identycznie sytuacja przedstawia się w Afganistanie. Wygląda na to, że nasi żołnierze pojechali na wojnę w zamian za obietnice bez pokrycia, a nie weksel in blanco. Trudno mi zatem zdobyć się na krytykę polskiego rządu za brak udziału w “Świcie Odysei”, bo i tak to nie my będziemy rozdawać tam karty. Jednocześnie – na przykład – trzeba pamiętać o tym, że kompletnym nonsensem byłoby natychmiastowe wycofanie wojsk z Afganistanu, w wypadku, gdy mamy już przygotowany harmonogram wyjścia.

Nie dlatego, że Polacy mają misję, obowiązek itd, bo to argumentacja aksjologiczna, którą można jedynie się podeprzeć. Chodzi o maksymalizację zysków z tej inwestycji. Pragmatyczne i brutalne, ale szczere. Wysyłanie wojsk w ramach NATO ma jedną zaletę – buduje naszą pozycję w organizacji. Ustaliliśmy już, że Polska nie zyskała na amerykańskich interwencjach, a zwłaszcza nie wzbogacił się polski podatnik płacący za to wszystko miliardy złotych. Jednakże – nie ma sensu w tym momencie pogarszać wypracowanej pozycji w NATO, a misja może posłużyć jako świetny argument przy następnych negocjacjach, pokazujących polską gotowość do poświęceń, oddanie i doświadczenie.

Identycznie sytuacja przedstawia się z pogrzebem byłego prezydenta Czech, męża stanu, bohatera historycznego, Vaclava Havla. Havel zasłużenie posiada własne miejsce w podręcznikach historii Polski, Europy i Świata. Nie mam słów, aby oddać to, jak odważnym był człowiekiem, gdy wielu bało się odezwać. Problem pojawia się jednak inny – polski prezydent po raz pierwszy, w czasie swojej kadencji, poleciał do Chin. Czy teraz powinien przerywać swoją wizytę, rzucić wszystko i przylecieć na pogrzeb? Oczywiście – prezydent Havel na to zasłużył, ale … nie jest to w polskim interesie. Polacy muszą się zastanawiać, w jaki sposób zmaksymalizować zyski z handlu z Chinami, bo obecny bilans handlowy jest tragiczny. Z punktu widzenia polskiej racji stanu dużo ważniejsze są potencjalne pieniądze, które będzie można zarobić, aniżeli udział w pogrzebie bohatera, niebędącego już czynnym politykiem. Smutne, ale taka jest polityka międzynarodowa i trzeba wybrać, co jest ważniejsze. Wysłanie Lecha Wałęsy – przynajmniej pod względem PR-owym – pozwoli zminimalizować straty na polu środkowoeuropejskim, na którym również potrzebujemy sojuszników z powodu turbulencji w Unii Europejskiej.

Uczyć się od najlepszych
Słusznie zauważa Andrzej Szczęśniak w artykule napisanym na łamach bloga “Dyplomacja” na temat polskiej porażki w kwestii “Nord Streamu”:

“(…)Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki.(…)”

Dokładnie. Polityka to jeden, wielki handel i – dodałbym – kalkulacja. Nie dlatego powinniśmy ratować strefę euro, bo jesteśmy tak wspaniałomyślni, ale ze względu na powiązanie sytuacji w np. Niemczech czy Francji, z polskim rozwojem gospodarczym i modernizacją kraju. Pisałem o tym w ostatnim artykule pt. “Refleksje na temat szczytu Rady Europejskiej”. Identycznie z “Nord Streamem” – skoro nie byliśmy w stanie się przeciwstawić, trzeba było się do niego podłączyć.

Najwygodniej byłoby uczyć się na błędach cudzych, a nie własnych, lecz jest już niestety za późno. Pamiętacie historię z kandydaturą ministra Sikorskiego na Sekretarza Generalnego NATO? Komedia. Polska nie decyduje się wystawić kandydata, ale chce, aby o nim mówiono jako o kandydacie, rząd wydaje dziecinne instrukcje negocjacyjne, a prezydent i tak robi według własnego uznania, czyniąc słaby plan beznadziejnym. Wykluczyliśmy się z rozgrywki, zanim jeszcze do niej doszło.

Reorientacje w polityce są bardzo ważne. Turecki przykład uczy, że zawsze jest wybór. Skoro Unia Europejska nie chce Ankary, to Ankara może w odczuwalny ochłodzić stosunki nie tylko z Brukselą, ale również ze Stanami Zjednoczonymi i czekać na dalsze propozycje (pieniądze za …).  Jednocześnie dyplomatycznie kopiąc się z Izraelem oraz układając z Iranem, budując tym samym alternatywę. Premier Erdogan może śmiało swoim zachodnim partnerom przedstawiać różne alternatywy, a sam ma swoje atuty w postaci położenia geograficznego. My z kolei mamy reorientację – w kwestii białoruskiej – co pół roku. Raz chcemy nakładać zakazy wyjazdowe i izolować gospodarczo Białoruś, a chwilę potem nasza prokuratura udziela pomocy prawnej w sprawie Alesia Bialackiego, a nasi politycy oferują wielomiliardową pomoc. Cóż zrobi prezydent Łukaszenka? Pobiegnie do sklepiku w Moskwie i spyta, ile dają Rosjanie. bo Europa tyle i tyle… Trzeba się zdecydować – czy zwalczamy Mińsk jako Unia Europejska z pełną mocą i czekamy aż to oni do nas przyjdą, albo akceptujemy Mińsk ze wszystkimi patologiami, jakie są i próbujemy przeciągać ich na naszą stronę, powoli szykując grunt do pozbycia się prezydenta Łukaszenki.

Element historyczny powinien pełnić funkcję pomocniczą w polityce zagranicznej. Wiemy, co się działo w przeszłości, walczymy o pamięć, zachęcamy do wspólnych inicjatyw, badamy historię i wyciągamy z niej wnioski, ale to nie jest najważniejsze. Dużo bardziej cenię wzrost obrotów handlowych w stosunkach polsko-rosyjskich niż kolejne kilka tomów akt przekazanych Polakom w/s Katynia. Oczywiście – Rosjanie powinni nam je oddać, ale ważniejszy jest interes – w tym gospodarczy – tu, teraz i w przyszłości, aniżeli długie zużywanie sił na walkę o historię, której przebieg akceptujemy zarówno my (uchwała Sejmu RP), jak i Rosjanie (uchwały Dumy) oraz awantura w Polsce – czy mamy do czynienia ze zbrodnią wojenną czy ludobójstwem.

Dlatego polityką zagraniczną rządzą interesy poszczególnych graczy, a celem dobrej dyplomacji jest ich określenie i realizacja. Mechanizmy działania nie są zbyt skomplikowane – można przekonywać (w tym przekupywać), można też straszyć, należy szukać (i pozyskiwać) partnerów z podobnymi problemami lub celami. Sojusze są często bardzo dynamiczne, ze względu na względu na dużą liczbę zmiennych i kalkulacje polityczne. Konfrontacja militarna w XXI wieku jest w Europie nieopłacalna, ale gospodarcza – jak najbardziej.

Polityka zagraniczna to pragmatyzm, handel i kalkulacja polityczna, połączone z elementami słuszności w charakterze narracji, a nie na odwrót. Akceptują to Amerykanie, Rosjanie, Chińczycy, Niemcy, Rosjanie, Irańczycy i Turcy. Pora, aby zrozumieli też to Polacy.

Flobens Saraci: Albanian paradox in politics

Brak komentarzy
źródło: wikipedia.org

źródło: wikipedia.org

Zapraszam do lektury gościnnego tekstu poświęconego Albanii, a w szczególności jej historii oraz teraźniejszości. Autorem jest albański dziennikarz, Flobens Saraci.

————————————–

Albania is a southeastern post communist country which had its challenges and difficulties in its long transition to become e democratic one , and become part of European and western organizations and alliances . There has been of course a great progress in many fields and Albania had the fastest economical growth after China while the western countries where struggling with the enormous crisis . Still there is a lot to do . After becoming a member of Nato Albanian application to become a candidate for the membership into the UE was denied from the European family cause Albania didn’t furfill the UE’s expectations . The main cause was the political climate in general and especially the political two years lasting crisis which recently ended up with an agreement .

Albania was occupied for more than four hundred years from the Ottoman Empire , then had a period between two World Wars ruled by king Zogu I , wich in reality were the first democratic years to a certain degree. After the World War II communists came into power and in few years they isolated the country from all the world . Albania after the invasion of Czechoslovakia by the Soviet Union , stopped being a member of the Warsaw Pact and isolated itself totally . Massive prisons were built and a regime of terror was applied in the whole country . The main goal of the communists who later changed the name of their party into “The Working Party of Albania “ (PPSH in original) , were focused mostly into building a strong and resistant army , especially after the four day war with Russia in the strategic peninsula of Karaburun .

After the death of Enver Hoxha , the Albanian dictator for four decades , a wind of changes started to take place , of course helped by changes in the eastern Europe , starting from Poland. The Albanian rulers of those five left years till the falling of communism felt that they could not hold on any more , taking in consideration that the long isolation and the huge investments in the military had left the country almost bankrupt and the nation in a very poor situation . There were riots in every city , and with less blood than in Romania, communism finally fell.

Albanians being enthusiastic that are finally free , massively joined under the new born party “The Democratic Party “ (PD ), which took power in 1992 after the contested election of 1991 which communists manipulated . “The Working Party of Albania “ very rapidly changed its name into “ The Albanian Socialist Party “ (PS) in order to restore its reputation and to have another image . In reality nothing changed . Communists were not only members of the now reformed Socialist Party but some of them even joined the Democratic Party with the hope that they wouldn’t be judged for their crimes . In fact they were right , none of them faced a court .
The now supposed democratic regime of Albania was a hope in the first years . The President of that time Sali Berisha (who now is the actual Prime Minister of Albania) started to build a strong regime , based on almost the same tactics of the communist era but with a western orientation in his philosophy. Anyway his rivals were arrested and sometimes even violated by the Intelligent Service(SH.I.K) or the police. He allowed pyramid schemes to take place and a lot of other frauds which made possible the collapse of the Albanian economy and led to a revolution , (which by nowadays informations was helped as well by the intelligent services of neighbouring countries ) which made possible overthrowing him from the power . Elections were held and the Socialist Party won.

People were aware that the same figures who they voted were the same ones who in the 90’ threatened them , sent the army and the police to kill them and hold on communism regime . Still they seemed to not care . The Socialist Party started to change things , but implemented a massive corrupted sytem in politics and in every other dimension of the the government and social life . Many exponents who had had in the past connections with the organized crime were becoming important political exponents within the party . Big companies and wealthy individuals started to get strong support from the party in power wich isn’t the philosophy of a left wing political force . The Democratic Party felt the unrest which was taking place in the common ordinary people , and very fast , even why a self-proclaimed as a right wing conservative party changed its programme into a social one . The balance was broken . Albania got a conservative party which was being socialist and liberal , and a liberal-left wing which was in power and had built an oligarchy were the rich were getting even richer .
As if it wasn’t enough , the people who were working in high ranks were actually mediocre in every possible meaning .

In 2005 elections the citiziens of Albania went out to vote in large numbers . The Democratic Party had based its campaign on the fact that they had reformed and admit the mistakes they made in their four years rule and they wouldn’t repeat any of them . People were skeptical but still tired of the communism which the ex-communists had implanted for eight long years .
The Democrats won . With a lot of energy and will to change things as soon as possible in the first two years their electorate grew in a considerable way . Progress was really visible .
In the years to come though , The right wing Democratic Party of Albania which promised in its campaign to have a social philosophy , started to be conservative again .

Meanwhile the leader of the Socialist Party Fatos Nano , who actually was a prime minister even in the last years of communism , retired from his post after loosing the elections of 2005. His place was taken by the Mayor of Tirana at that time Edi Rama . With a very charismatic character and popularity among people , he was seen as the hope of the Socialists. The Democrats started to loose some of their supporters due to the new leadership of the socialists who among all was chosen two times in a row as the best mayor of the world.

However , in the elections of 2009 the Democrats won again . The Socialist Party of Albania went into massive protests, boycotting of the Parlament , hunger strikes and so on . Their point was that the Democrats had massively manipulated the elections. The European Council sent several negotiators of the highest rank but with no result at all . The gap between two camps grew more . The socialists even why still have among them the same wealthy people who used to rule before 2005 , turned back again into a left wing philosophy . Most probably in order to grow their electorate seeing that the unrest is growing again between the people . It still didn’t give the expected result they were willing to have . No extraordinary elections were held.
After two years , in order to get the Candidate Status to join the UE , both sides sat down and wrote an agreement .Socialists turned back to the Parlament of Albania in order to vote the laws which need three-fifths ratio ,which are very vital in the road to reforms in many fields and , which would open a door to the UE.
Still the climate doesn’t seem to be perfect. The Albanian philosopher Artan Fuga explains the situation by analyzing a very old Albanian myth .

Three brothers used to build a castle by day , which would be destroyed by itself at night , and this was going for years and years and they didn’t know what to do . Finally one morning as they were rebuilding the castle again an old man from far away comes and tells them the solution. The solution was harsh . One of their wives had to be in the column of the castle cause mythological gods wanted a sacrifice . They started to argue and promised that the wife that will bring the lunch to them would be the sacrifice and they wouldn’t tell them in the evening .So one of the wives would be chosen by destiny so it would not be a conflict between brothers. The two eldest brothers could not handle it and told their wives . The young one kept his promise. So his wife became the sacrifice cause the two others knowing what is going on sent her to the castle . The castle stands nowadays , and its called Rozafa Castle who according to the myth was the name of the youngest brother’ wife. According to Fuga the old man in the story are the foreigners , the two eldest brothers are the politicians and the rulers , and the one who is doing the sacrifice is the symbol of the people and citiziens .
And I can not agree more .

Flobens Saraci has worked as a journalist , reporter and writter for several years . He has been reporting from Iraq in 2006 and later on from Georgia . He has studied journalism in the Tirana University for one year and then in Warsaw University, for another 2 years , where is now studying International Relations . He speaks fluently in six languages and still writes for different newspapers abroad.

Refleksje po szczycie Rady Europejskiej

5 komentarzy
źródło: tokfm.pl

źródło: tokfm.pl

Problem został “ruszony”, ale nadal nie jest rozwiązany. Szczyt Rady Europejskiej pokazał, iż państwa UE są zdeterminowane, aby ratować euro, ale brukselskie ustalenia to nie cudowny lek na całe zło, a co najwyżej wypisana recepta, być może niewystarczająca, którą trzeba będzie zastosować. Zagotowało się w Wielkiej Brytanii, bo Dawid Cameron postanowił nie wchodzić w tzw. pakt fiskalny, co spotkało się z krytyką niektórych mediów oraz jego koalicyjnego partnera, liberalnego Nicka Clegga. W poniedziałek premier Cameron tłumaczył się przed Izbą Gmin.

Polska to nie Wielka Brytania
Politycy i media oceniając szczyt zapominają o tym, że Warszawa to nie Londyn i mamy kompletnie inną perspektywę. Mówiąc brutalnie – Wielka Brytania poradziłaby sobie bez Unii Europejskiej, ale Polska – ad. 2011 – już nie. Powtórzę teraz banał, ale Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej jest państwem bogatym, chroniącym swoje posiadanie, stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ a Polska to kraj na dorobku, którego celem jest wzbogacenie się, rozbudowa infrastruktury, podwyższenie średniego poziomu życia, likwidacja biedy itd, ale jednocześnie niemający się czego wstydzić.

Na początku odrzućmy wiarę w to, że ktokolwiek podejmuje działania w Unii Europejskiej z miłości i braterstwa. Propagandowo to interesujące argumenty, ale zarówno Niemcy, Polacy, Brytyjczycy, Francuzi, Czesi, Hiszpanie, Włosi, Grecy etc kierują się kalkulacjami politycznymi. Jesteśmy solidarni, gdy jest to korzystne z naszego punktu widzenia – np. daje nam to gwarancję, że jak nam się powinie noga, to inni również wyciągną do nas rękę. Gdyby bankructwo zabolało tylko upadającego to nie chciałbym być premierem Grecji, Hiszpanii czy Włoch.

Postawę premiera Camerona można rozpatrywać z dwóch pozycji. Jedna z nich, ta zastosowana przez konserwatystę, zakłada iż Zjednoczone Królestwo jest państwem w 100% suwerennym i Londynowi nie zależy na silnej Unii i wykraczaniu poza jednolity rynek. To stanowisko postuluje nieoddawanie poszczególnych kompetencji – zwłaszcza tych związanych z budżetem i podatkami – na poziom ponadnarodowy. Zgoda na ingerencję oznacza, przynajmniej częściową, dobrowolną utratę kontroli, a to z kolei nie jest w interesie Wielkiej Brytanii – przekonuje premier Zjednoczonego Królestwa. Jest to nielogiczne? Absolutnie nie.

Można też przekonywać w drugą stronę – Brytyjczycy sami skazują się na izolację, bo 26-stka będzie szła do przodu bez oglądania się na Londyn i jego City. Jeżeli Londyn nie chce być w silnej Europie, to Europa będzie próbowała stać się silna bez udziału Londynu. Cameron zamiast zyskać na znaczeniu w Unii, doprowadził do marginalizacji swojego państwa – i to w momencie, w którym Zjednoczone Królestwo nie jest wszechpotężnym imperium rządzącym na morzach i oceanach. Ciekawe, kiedy powróci kwestia rabatu brytyjskiego, wartego kilka miliardów euro rocznie? Czy ta argumentacja również nie brzmi sensownie? Brzmi. Cameron ma więc swoją rzeczywistość i dwie ścieżki, którymi może podążyć. W Wielkiej Brytanii wrze…

Jako iż nie sposób porównać interesów brytyjskich, położonych w części “poza Europą”, oraz polskich, będących głównie w Unii Europejskiej, bezpośrednie zestawianie Camerona z Tuskiem jest upraszczające i populistyczne, bo to tak jakby rozważać, czy lepszy jest LeBron James (koszykarz), czy piłkarz Leo Messi (piłkarz). Obaj mają inne warunki do gry, inne zasady rządzą ich dyscyplinami i posiadają kompletnie odmienne ograniczenia. W zależności od okoliczności – interes narodowy Polski może być zbieżny, sprzeczny albo neutralny w stosunku do interesu narodowego brytyjskiego, ale nie można stawiać między nimi znaku równości, a taką optykę proponują nam niektórzy uczestnicy życia publicznego. Dyskutujmy o decyzji Polski pod kątem polskich realiów, nie brytyjskich.

Polskie realia
Skoro Brytyjczycy się zastanawiają, czy mogą sobie pozwolić izolacjonizm, to wiem jedno – na pewno nie stać na niego Polaków. Podpisując Traktat Akcesyjny zawarliśmy małżeństwo, trochę z miłości, trochę z rozsądku. Jego istotą jest zasada, że Polska otwiera swój – największy z państw nowej UE – rynek dla państw zachodnich, dzięki czemu mogą zwiększyć eksport i inwestować nad Wisłą, a w zamian Polacy otrzymują otwarte granice, miejsca pracy i miliardy złotych na modernizację kraju, co jest korzystne dla bogatych państw z dwóch powodów. Po pierwsze – infrastrukturę buduje się także dla nich, a po drugie, jak podkreśla minister Bieńkowska, duża część z każdego wydanego euro wraca na Zachód. Układ biznesowy.

Ze względu na nasze położenie geograficzne nie mamy również gdzie uciekać w przypadku izolacjonizmu. Polska granica wschodnia jest przecież granicą zewnętrzną UE. Rosyjsko-niemiecki uścisk byłby dopiero wtedy mocno odczuwalny, gdyby Republika Federalna Niemiec była poza Unią Europejską i na kontrze do nas (prawdopodobnie też Francuzów) próbowała odbudowywać swoją pozycję. Jest to możliwe i niebezpieczne dla nas tylko w przypadku jednego scenariusza – rozpadu Unii Europejskiej. Polskie postulaty wewnątrz UE to nie przypadek – rozszerzenie na wschód ma spowodować przesunięcie Polski bliżej centrum, a wspólna polityka energetyczna – na razie ledwie sen – służyłaby jako gwarant bezpieczeństwa. W perspektywie kilkudziesięciu lat do Unii powinna dołączyć również Rosja – wtedy oprócz zaplecza technologicznego, mielibyśmy również zaplecze surowcowe. Na dziś to oczywiście fantastyka.

Polska nie jest wyspą, więc nie może się zachowywać, jakby była schowana za Kanałem La Manche. Jako jednak, że nasza gospodarka jest mocno związana z euro, możemy oberwać rykoszetem. Czy to w wyniku kryzysu, czy też gdy padnie propozycja “oszczędzajmy na funduszach”…. Parafrazując jednego z bohaterów filmu “Chłopaki nie płaczą”, zapytamy wtedy, gdzie jest nasze 300 miliardów?

Niewielki koszt dla Polski
Pakt fiskalny nie rozwiązuje problemu zadłużenia, sięgającego bilionów euro. Nie obudzimy się w kwietniu w innej rzeczywistości. To jednak krok naprzód, jeden z kilku, które należy uczynić. Rozwiązanie ma spowodować, że państwa nie będą miały możliwości życia ponad stan połączonego z bezmyślnym zadłużaniem się.

Jakie mieliśmy alternatywy? Mogliśmy nie przystąpić, oszczędzić – do 10 miliardów euro – rezerw walutowych, zabezpieczających w pewnej części naszą walutę, wyizolować Polskę i nie gwarantować spełnienia kryteriów fiskalnych (przy czym 60% relacji dług publiczny-PKB jest u nas konstytucyjnie zapisany, więc zostalibyśmy z tym przepisem jak Jan Himilsbach z językiem angielskim).

Podpisanie paktu fiskalnego dużo Polskę nie kosztuje, ponieważ pieniądze z NBP idą jako pożyczka (nie mylić z bezzwrotną pomocą) do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a przecież tych środków i tak nie wrzucilibyśmy do budżetu (np. na drogi), bo nie takie byłoby ich zastosowanie. Tracimy część środków do interwencji walutowej, co oczywiście może osłabić złotego. Należy też przypomnieć, iż obniżenie deficytu poniżej 3% jest planem na najbliższe lata rządu, który chwali się, że do 2015 doprowadzi “dziurę budżetową” do poziomu 0% (chciałbym to zobaczyć).

Zaboleć by nas mogło, gdyby Unia chciała ujednolicić na całym swoim terytorium wszystkie podatki. O tym się wspomina, lecz na to na pewno nie będzie zgody wśród państw UE. A tak to możemy tylko współczuć tym państwom, które 60% długo do wartości PKB minęły jakieś 20-30% temu, bo to one, a w szczególności ich mieszkańcy, najmocniej odczują doprowadzenie do stanu spełniania w/w kryteriów. W tym przypadku to nie Polska musi się dostosowywać do wymogów, a inne państwa członkowskie Unii Europejskiej.

Nie ma róży bez kolców
Tymczasem jednak państwa optujące za paktem fiskalnym będą miały do rozgryzienia kilka niecierpiących zwłoki problemów.

Po pierwsze, rację ma Cameron, kiedy mówi, że zadaniem Komisji Europejskiej nie może być nadzór i poprawianie budżetów, ponieważ to instytucja unijna (a więc po części też brytyjska), której – bez zmiany traktatów – nie sposób nadać takiej władzy. Państwa-sygnatariusze powinny sobie do tego powołać nowy organ, a jaki nowy organ, to zaraz pytanie o jego skład i niezależność.

Po drugie, należy być sceptycznym, co do okresu, w którym państwa dostosują się do wymogów. To ponownie będzie przedmiotem targów. Włosi? Grecy? Irlandczycy? Hiszpanie?

Po trzecie, na spłatę długów brakuje po prostu pieniędzy i 200 miliardów euro poprawi sytuację, ale jej nie naprawi. Ten parasol starzy na lekki deszcz, ale już nie na ulewę.

Po czwarte – prawdopodobnie najważniejsze – znamy tylko parę szczegółów i musimy wykazać cierpliwość, bo wiemy obecnie niewiele. Trudno wypowiedzieć się na temat skuteczności ustaleń, których nie znamy. Kto i jaką karę nałoży? Jaki mechanizm powstrzymujący? Czy ten ponadnarodowy organ będzie miał tylko kompetencje do kontroli, czy też będzie mógł wprowadzać poprawki do budżetów? Dużo pytań.

Po piąte, w Polsce będzie gorąco, bo na dzień dzisiejszy – w związku z nieznajomością tekstu prawnego przedstawionego na szczycie – nie wiadomo, czy będzie tu umowa międzynarodowa, na której ratyfikację należy uchwalić w drodze ustawy, czy umowa międzynarodowa przekazująca część władzy organów państwowych na szczebel ponadnarodowy (np. obligatoryjne poprawianie polskiego budżetu). Różnica jest kolosalna, bo w pierwszej wersji, do ratyfikacji, wystarczą głosy koalicji PO-PSL, a w drugiej – sprzeciw PiS-u i SP powoduje, iż dokument można wyrzucić do kosza. O trybie ratyfikacji zadecyduje .. Sejm bezwzględną większością  głosów. Teoretycznie tutaj jest pole manewru dla rządu, aczkolwiek nie chciałbym być w jego skórze, gdyby traktat rzeczywiście przekazywał część naszej suwerenności, a parlament głosowałby w trybie art. 89 Konstytucji (zgoda wyrażona w ustawie) i zdecydował głosami koalicji.

Po szóste, państwa spoza strefy euro muszą zastrzec w traktacie, że skoro nie mają prawa głosu, to ponadnarodowy organ nie może wydawać wobec nich wiążących decyzji. Inaczej będzie to od początku nierówny układ. Można też umówić się w drugą stronę – zgodzimy się na ponoszenie konsekwencji, jeżeli dostaniemy głos.

Ciąg dalszy nastąpi
Oczywiście, do tematu paktu fiskalnego będę z pewnością jeszcze powracał. Na razie jednak uzbroimy się w cierpliwość, bo jak uczą agencje raitingowe – czasami lepiej powiedzieć dwa słowa za mało niż za dużo. Dyscyplina budżetowa to dobry krok, ale to – przypominając brytyjskiego premiera, Winstona Churchilla – dopiero koniec początku.

Unia Europejska – szukając wyjścia z lasu

4 komentarzy
źródło: gover.pl

źródło: gover.pl

Niewiele jak do tej pory wiadomo o propozycji Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego przedstawionej w ostatnich dniach i mającej na celu uratowanie strefy euro, a może i całej Unii Europejskiej. Generalnie Europa znalazła się, w głównej mierze dzięki włoskim i greckim przewodnikom, w lesie, z którego teraz intensywnie szuka się wyjścia.

Którą drogą iść?
Jeżeli chcemy wyjść z tego niebezpiecznego lasu, musimy zadecydować, którą z dróg chcemy pójść. Problemem Unii Europejskiej jest, że jednocześnie wymaga się od niej skutecznej polityki finansowej czy zagranicznej, dając jej słabe narzędzia, a na wykonawców – zapewne nie przez przypadek – zatrudniając ludzi bez charyzmy i z mało przekonywującą przeszłością (Barroso, von Rompuy, Ashton). Pierwszą rzeczą, nad którą musi się zastanowić Europa jest kwestia ścisłości integracji.

Obecnie Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa to fikcja i ogranicza się do nawoływań, protestów, sugestii etc i ignorowania tego stanowiska przez poszczególnych uczestników międzynarodowego teatru. Jednocześnie nie mogę sobie wyobrazić, aby Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Hiszpanie i Polacy mogli mieć w kwestii np. Libii czy Białorusi, identyczne stanowisko. Kończy się więc na zawieraniu kompromisów, które powodują, iż UE każdy problem próbuje ugryźć jakby z wybitymi zębami i bez pazura. Oddanie spraw zagranicznych w ręce Unii jest więc nie tylko nie w interesie Polaków, ale również pozostałych państw. Równocześnie należy pamiętać o zagrożeniu dla naszej pozycji. Unia Europejska, niebawem, będzie mogła odgrywać poważną rolę w świecie tylko wtedy, jeśli będzie w stanie skutecznie reagować i błyskawicznie podejmować decyzje. W obecnych warunkach traktatowych jest to niewykonalne. Kwestia decyzji – czy zapewniamy sobie prawie 100% suwerenność w zakresie decyzji o polityce zagranicznej, czy część tej suwerenności oddajemy na poziom europejski. O ile teraz dominuje pogląd, iż każdy sobie rzepkę skrobie, o tyle w perspektywie około 10 lat, w zmieniających się okolicznościach, może to ulec modyfikacji.

Inaczej nieco jest ze wspólną walutą i budżetem, ale działa podobny mechanizm. Jeżeli chcemy, żeby to skutecznie funkcjonowało, musimy zapewnić gwarancję wypełnienia kryteriów konwergencji (odpowiednia inflacja, wysokość stóp procentowych, deficytu budżetowego, długu w stosunku do PKB itd) nie tylko wobec kandydatów do strefy, ale także jej członków czy też – jak proponuje kanclerz Merkel – państw spoza strefy. Dotychczas kara spotkać mogła tylko kandydata, który nie spełniał kryteriów – można było mu nie pozwolić na przyjęcie euro. Same największe państwa strefy nie miały jednocześnie problemów z łamaniem zasady 3% deficytu budżetowego czy relacji 60% długu publicznego do wysokości PKB. Jeżeli policjanci łamią prawo, to kto będzie stał na straży jego porządku?

To, co – według mediów – proponują Sarkozy z Merkel to akceptacja maksymalnie 3% deficytu budżetowego, którego przekroczenie łączyło by się z automatycznym nałożeniem kary na takie państwo. Propozycja może być dużo szersza, ale kart nie ma jeszcze na stole. Brzmi to o tyle sensownie, że de facto, państwa strefy euro już do tego się zobowiązały – zmienia się tylko kwestia nieuchronności kary.

Samej propozycji nie rozważałbym autonomiczne, bo rozumiem, iż jest to pakiet. Niemcy i Francuzi wyłożą pieniądze na stół, jeżeli reszta państw zgodzi się na bezwzględną dyscyplinę budżetową. Czy zapisane 3% deficytu budżetowego będzie zagrożeniem dla państw? Nie, jedynie dla rozrzutnych rządów, które będą musiały się liczyć z brakiem możliwości prowadzenia polityki zadłużania i życia ponad miarę. W Polsce nie żyjemy ponad miarę, więc niewiele ryzykujemy, przystępując do paktu. Kluczem jest jednak, aby rozliczać państwa z realnych efektów, a nie narzucać im sposób ich osiągania. Tu z kolei pojawią się kontrola – co zrobić, aby uniknąć sztuczek z liczbami podobnych do tych, które prezentowali nam Węgrzy czy Grecy? A co, jeśli – chociaż to czysta fantazja -państwo przekroczy deficyt nie ze swojej winy (np. padnie ofiarą napaści zbrojnej)?  Po raz kolejny jednak zastrzegam, że nie znam całej oferty i treści tego dokumentu, więc są to wolne rozważania, oparte na ledwie kilku zmiennych.

Trudno też uznać za przypadek, że Niemcy tak szybko odpowiadają na wygłoszone w … Berlinie  wezwanie polskiego ministra Radosława Sikorskiego, a Sikorski z Tuskiem tak szybko wypowiadają się – pozytywnie – w kwestii propozycji duetu prezydent Francji-kanclerz Niemiec. My swoje 60% długu wobec PKB i tak mamy zapisane w Konstytucji RP i teraz proponujemy tę zasadę wszystkim – zdają się mówić polscy politycy. Oznacza to, że Sarkozy, Merkel i Tusk grają w jednej drużynie, chociaż każdy z innego powodu. Sarkozy i Merkel chcą ratować Unię, aby nie stracić tak długo wypracowanej pozycji głównych rozgrywających w Europie, a Polacy – nie chcą się znaleźć w Europie dwóch prędkości, a jeżeli już, to wybierają “pierwszą prędkość”.

Z powodu braku szczegółów swoje rozważania zamknę w tym miejscu, czekając na rezultaty szczytu Rady Europejskiej.

Interes Polski w tym całym bałaganie
Polska, jako jeden z największych beneficjentów funduszy unijnych, ma interes w tym, aby Unia trwała, przynajmniej do 2020 roku, czyli do zakończenia negocjowanej następnej perspektywy budżetowej. Ciekawa jest sytuacja Niemiec, które – co słusznie zauważył minister Sikorski w swoim wystąpieniu – zwielokrotniły swój eksport do “nowej Europy” po rozszerzeniu z 2004 roku i są jego największym beneficjentem. Polski sukces jest jednocześnie sprzężony z niemieckim. Historycznie zabawnie, ale w tej grze jesteśmy po tej samej stronie. Podobne są też nasze poglądy na budżet – Polacy, bo mają całkiem przyzwoite wskaźniki makroekonomiczne, Niemcy, bo nie chcą sponsorować bankrutów po to, aby ci za kilka lat znowu byli bankrutami.

Nie wolno nam jednak zapominać, że przetrwanie strefy i całej UE jest w naszym żywotnym interesie, ale sami do zmiany waluty się wcale nie musimy spieszyć. Nie presja polityczna, a przyczyny ekonomiczne powinny spowodować przyjęcie wspólnej waluty – jeżeli już, to po rozwiązaniu problemów euro. W tym miejscu warto zaznaczyć, że do zmiany waluty w Polsce potrzebna jest poprawa Konstytucji, co w obecnych realiach politycznych byłoby polityczną bombą, której rząd nie będzie chciał zdetonować w najbliższym czasie.

Którą drogą wyjdzie Europe i czy wyjdzie z lasu? To się okaże, ale jedno jest pewne – należy obrać jedną drogą i nią konsekwentnie iść, a nie zawracać w jej połowie i wysyłać część wyprawy jeszcze inną ścieżką Bądźmy też realistami – jeżeli nie dajemy odpowiednich narzędzi – nie wymagajmy.

Syryjskie piekło – Liga Państw Arabskich nakłada sankcje

2 komentarzy
źródło: menic.org

źródło: menic.org

Bashar Assad, prezydent Syrii, otrzymał właśnie poważne ostrzeżenie. Liga Państw Arabskich nałożyła na ten kraj sankcje gospodarcze, a wcześniej, zawiesiła to państwo w prawach członkowskich. Nikt nie glosował “przeciwko” sankcjom, a dwa głosy wstrzymujące się należały do Iraku i Libanu.

Assad, podobnie jak Kaddafi, wyciągnął już lekcję z Arabskiej Wiosny (w zasadzie już Arabskiej Jesieni, a niebawem i Arabskiej Zimy). Albo on pokona demonstrantów albo oni wywiozą jego. Kaddafi z pewnością był na tyle okrutny, że – kosztem rzezi opozycji – poradziłby sobie z buntem, ale sytuację uratowały państwa NATO, dzięki którym Muammar Kaddafi wącha – w zasadzie to nie wiadomo gdzie – kwiatki od spodu.

Dylemat Zachodu
“Zachód łamie prawa człowieka i prawo międzynarodowe”, “Śmierć cywilów w wyniku bombardowań Zachodu”, a z drugiej strony “A gdzie był Zachód?” lub “Czemu społeczność międzynarodowa siedziała cicho, gdy okrutny tyran tłumił powstanie?”. Mniej więcej na takie zarzuty – niezależnie od tego, co się dzieje w kraju ogarniętym Arabską Wiosną – można wysunąć wobec państw zachodnich, w zależności od sytuacji. Zachód staje więc przed niezwykle ciężkim wyborem – która z tych dróg będzie mniej kosztowna?

Syria to nie Libia, a Libia to nie Egipt, Egipt to nie Jemen, a Jemen to nie Tunezja. Nie ma jednej udanej strategii postępowania na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej.

Prezydent Assad znajduje się nie tylko w innym środowisku międzynarodowym aniżeli Kaddafi, ale również dysponuje poparciem stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ – Rosji. Kreml boi się ewentualnej utraty portu oraz sojusznika, płacącego chętnie i często za broń. Wątpliwe również, aby Moskwa chciała ryzykowany manewr, jakim było poparcie rezolucji RB ONZ numer 1970 (m.in. zamrożenie kont Kaddafiego) i wstrzymanie się od głosu przy rezolucji RB ONZ 1973 (m.in. strefa zakazu lotów), co pozwoliło na jej uchwalenie. Rosjanie przestali rozgrywać karty w tamtym regionie, a przypomnijmy,że wcześniej mieli podpisane kontrakty na miliardy dolarów z Trypolisem. Czas pokaże, czy się opłacało, aczkolwiek Rosjanie nie mają żadnej gwarancji, iż sposób ich głosowania w Radzie im się zwróci. Za to taką pewność mają Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy.

W Syrii również Rosjanie maja dużo do stracenia. Na razie Rada Bezpieczeństwa nie jest w stanie uchwalić żadnej twardej rezolucji, a Sekretarz Generalny NATO, Anders Fogh Rasmussen, zapewnia o tym, iż Sojusz nie zamierza interweniować w Syrii. Z jednej strony oznacza to, iż Zachód nie będzie łamał prawa międzynarodowego, ale z drugiej, iż Assad pozostanie bezkarny dopóki, dopóty posiada poparcie wojska i służb specjalnych, opanowanych przez Allawitów.

Dlatego na razie syryjski reżim, odpowiedzialny za śmierć kilku tysięcy ludzi (3,5 tysiąca osób – według ONZ), poddawany jest presji z dwóch stron – wewnętrznej opozycji, w tym armii dezerterów, żądającej ustąpienia prezydenta, oraz państw regionu, które robią wszystko, aby pokazać, że nie popierają Assada. Syryjski prezydent pozostał z poparciem Teheranu, ale utracił Ankarę. Premier Erdogan troskliwie pytał się nawet, czy Assad pamięta, jak skończyli Muammar Kaddafi i Adolf Hitler?

Kto z Assadem?
Prezydent Assad zapowiadał nawet wolne wybory, jednak układ etniczny Syrii świadczy o tym, że takie wydarzenie nie byłyby w jego interesie. Większość mieszkańców Syrii to sunnici i to niechybnie oni przejęliby panowanie nad krajem.

Na rządy sunnitów w Syrii nie chcą się zgodzić także szyiccy Irańczycy, chociażby ze względu na bliskie kontakty Iranu z urzędującym (i współrządzącym) w Libanie Hezbollahem. “Utrata” Syrii to dla ajataollahów krok do tyłu i porażka z Turcją i Arabią Saudyjską w regionie. O sympatii Saudów do Iranu niech świadczą opublikowane materiały przez WikiLeaks według których to Arabia Saudyjska, ustami króla Abdullaha, mocno nakłaniała Amerykanów do ataku na Iran – aby “odciąć głowę wężowi”. Z kolei Teheran jest oskarżony o próbę zorganizowania zamachu na ambasadora Królestwa Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie.

Również Rosjanie – z powodów wskazanych w poprzedniej części tekstu – na razie wspierają Assada.

Promienie nadziei
Trzeba jednocześnie pamiętać, że Assad, w porównaniu z Kaddafim, jest mniej popularny, a w pamięci utkwić może hasło demonstrantów, które przywołuję z pamięci, mogąc nieco zniekształcić – “Assad – jeżeli jesteś taki odważny, aby zabijać bezbronnych protestujących, to zaatakuj Izrael i odbij Wzgórza Golan”. Protesty w Syrii trwają już od 8 miesięcy i ich krwawe tłumienie wymusiło reakcję Ligi Państw Arabskich i Turcji. Plan pokojowy przewidywał np. wysłanie setek obserwatorów, którzy kontrolowaliby przebieg protestów i ich pokojowy charakter. Jak łatwo się można domyśleć – Damaszek taki pomysł odrzucił, proponując poprawkę do projektu, która zakładała wysłanie ich zaledwie kilkudziesięciu.

Tymczasem powoli wobec Assada powstaje opór zbrojny, którego głównym źródłem są syryjscy żołnierze, którzy nie chcą zabijać swoich współbraci. Na razie nie są to duże siły, ale niewątpliwie mają potencjał i – jeżeli nie zostaną brutalnie stłumione – mogą się poważnie rozrastać

Zależy to od kilku czynników, mogących występować oddzielnie lub łącznie. Formowanie się takiego źródła oporu będzie zależeć od upływu czasu (czyli de facto dalszych dezercji), okrucieństwa rozkazów, jakie będą otrzymywali żołnierze, słabnięcia Assada oraz zewnętrznej pomocy (państwa LPA, Turcja, może jednak NATO?) dla nich. Ważne będzie również zorganizowanie i zdyscyplinowanie całej opozycji (podjęto już dawno pierwsze starania), co zazwyczaj w warunkach bliskowschodnich jest arcytrudne, gdyż poglądy bywają skrajnie różne, a jedynym łącznikiem jest nienawiść wobec autorytarnego prezydenta.

Kluczowe pytanie brzmi, jak długo wojsko i służby specjalne będą wierne Assadowi? Na nich opiera się władza prezydent i jeżeli uda się wbić między nich klin, rozpocznie się proces dezintegracji reżimu. Zależeć to znowu będzie od interesów, w tym Allawitów, którzy mogą sobie uświadomić, że w dłuższej perspektywie Assad może się nie utrzymać, a wtedy oni zostaną osądzeni. Wierność żołnierzy zależeć będzie też od tego, czy Assad nie rozkaże im dokonać kilku rzezi, a także od finansowania wojska, czyli sytuacji gospodarczej kraju.

Liga Państw Arabskich zatwierdziła bardzo mocne sankcje:

- zamrożenie kont bankowych;
- zakaz podróżowania dla ludzi rezimu;
- wstrzymanie inwestycji;
- zakaz transakcji z syryjskim bankiem centralnym.

Swoje poparcie dla sankcji – oraz ich wykonanie – zapowiedziała Turcja. Liga Państw Arabskich wchodzi zatem ostro do gry i w olbrzymim stopniu doprowadza do izolacji Assada. Jeżeli członkowie LPA będą solidarni w wykonywaniu sankcji, Assad wpadnie w poważne tarapaty. Demonstranci nie ustąpią, urzędujący prezydent ma na to niemalże ostatnią szansę. Później możliwe są tylko dwa rozwiązania – albo brutalne rozpędzenie tych tysięcy ludzi przy pomocy czołgów i broni ciężkiej w nadziei, iż nikt z zewnątrz nie zainterweniuje, a wojsko pozostanie wierne albo podzielenie losu Muammara Kaddafiego, jeżeli wcześniej nie uda się uciec.

Napięcie wokół Iranu – stara miłość nie rdzewieje

1 komentarz
źródło: crossed-flag.com

źródło: crossed-flag.com

Co roku na jesień, tak mniej więcej od 2003 roku, pojawia się ten sam temat. Irański program atomowy. Izrael twierdzi, że jest gotowy do ataku, a Iran, że jest przygotowany na obronę, a jego program ma jedynie cel pokojowy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można ocenić, iż sytuacja ta powtórzy się w przyszłym roku, a potem jeszcze w następnym. Zazwyczaj zaczyna się tak samo – od przecieków z raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej stwierdzającej, iż Iran prawdopodobnie pracuje nad skonstruowaniem broni atomowej.

Izrael i Iran – jakie cele?
Dla zrozumienia sytuacji należy przedstawić sytuację strategiczną obydwu państw. Izrael jest izolowany w regionie, a chłodne stosunki łączą go nawet z tymi nielicznymi państwami, z którymi posiada stosunki dyplomatyczne (Jordania, Egipt, Turcja). Najważniejsza dla każdego premiera Izraela jest polityka bezpieczeństwa, a jednym z jej głównych założeń jest monopol na broń atomową. Każdy, kto zdecyduje się zaatakować Izrael w celu jego zniszczenia, musi liczyć się z tym, iż również jego kraj zakończy swoją egzystencję i stanie się niezamieszkaną pustynią.

Iran z kolei potrzebuje broni atomowej wcale nie po to, aby Ahmadineżad mógł wcisnąć przycisk i zniszczyć Izrael. Irańskiej dyplomacji marzy się przywództwo w świecie muzułmańskim i status mocarstwa regionalnego. Zamiast go uzyskać przy pomocy gospodarki, Persowie postawili na siłę militarną. Pozyskanie broni atomowej wzmocniłby pozycję Teheranu w regionie kosztem m.in. Arabii Saudyjskiej, ale także Stanów Zjednoczonych, jednocześnie osłabiając znaczenie przewagi atomowej Izraela. Program atomowy jest więc narzędziem politycznym – stąd też niejednoznaczna polityka Moskwy i Pekinu, które godzą się na nakładanie miękkich sankcji, ale nie chcą topić ajatollahów. Sama Rosja rozgrywa o tyle ciekawą partię, iż z jednej strony, sama pomaga w budowaniu elektrowni atomowych w Iranie, a z drugiej, głosuje za sankcjami i wycofuje się z realizacji kontraktu na dostawę systemów przeciwlotniczych S-300.

Izrael i Stany Zjednoczone – ze względu na swoją pozycję – muszą czynić wszystko, aby Iran nie wszedł w posiadanie broni atomowej, a Iran – ze względu na swoją potencjalną pozycję – stara się takową broń zdobyć albo przynajmniej przekonać wszystkich, iż nad nią pracuje.

Eskalacja konfliktu
Uprzejmości wobec Iranu są wręcz nieustannie. Podejrzane wybuchy, śmierć naukowców pracujących przy programie atomowym czy tajemniczy wirus Stuxnet, który miał zastopować irański program atomowy – tak wyglądał ten rok.

To jednak nic w porównaniu z potencjalnym bombardowaniem. Jedno jest pewne – jeżeli atak nastąpi to na pewno w momencie, gdy nikt się tego nie będzie spodziewał. Izrael, jeżeli poczuje, że zagrożone jest jego bezpieczeństwo i nie ma innego wyboru, dokona ataku. Największy ból Izraelczyków jest jednak inny. Prezydent Obama średnio pali się do wspomagania takiej akcji – a przecież bombowce gdzieś muszą wylądować, a także przez czyjąś strefę lotniczą (Irak?) przelecieć. Ponadto – nie ma żadnej gwarancji, że bombardowanie przyniesie wymierny efekt. Panuje powszechne przekonanie, że ewentualny atak – bardzo kosztowny politycznie – może jedynie wstrzymać prace nad bronią o – mniej więcej – dwa lata. Iran w odpowiedzi zdestabilizowałby – i tak niespokojny – region poprzez swoje działania w Libanie (Hezbolllah), Iraku czy Arabii Saudyjskiej.

Polityka jest więc tutaj decydująca. W zamieszaniu wokół atomowego Iranu największą rolę odgrywają interesy poszczególnych państw i ich pozycja w regionie, a w mniejszym stopniu kwestie pokoju na Bliskim Wschodzie, którego nie chce ani Izrael, ani, Iran. W samej układance najciekawszy – z punktu widzenia Teheranu – jest inny fakt. Przy obecnej technologii i celności (a raczej niecelności) rakiet, wycelowanie w Tel Awiw może się skończyć Holocaustem nie narodu żydowskiego, a palestyńskiego…

Dzień Niepodległości – pora na brutalną pobudkę

Brak komentarzy

źródło: follow.salon24.pl autor zdjęcia: Jan Słupski miejsce: Plac Konstytucji

Jedenasty listopada, 1918 roku.  Data “rozejmu” (choć w zasadzie to kapitulacji) Niemiec z Ententą oraz czas rozbrojenia Niemców w Warszawie przez Józefa Piłsudskiego i wierne mu oddziały. Pamiętacie, kto pojechał do Francji na negocjacje warunków pokoju w ramach Traktatu Wersalskiego? Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski. Marszałek nie był z tego tytułu zbyt szczęśliwy, ale rozumiał konieczność historyczną, a przede wszystkim fakt, że to m.in. Roman Dmowski stał na czele Polskiego Komitetu Narodowego, uznawanego przecież przez państwa zwycięskiej koalicji za oficjalnych polskich przedstawicieli.

A teraz co widzimy? Festiwal wyzwisk – jedni mówią o drugich tylko “faszyści”, a drugi o pierwszych, że “lewaki” i “pedały”. Brakuje umiarkowania, a przecież zarówno lewica, jak i prawica, mają w swoim polskim życiorysie piękną kartę niepodległościową. Gdyby Piłsudski z Dmowskim kłócili się w równym stopniu, to dziś pisałbym ten tekst – w zależności od rozwoju wypadków – albo po niemiecku albo po rosyjsku.

Dzień “atrakcji” – kilka założeń wstępnych
Ustalmy kilka rzeczy dla porządku, przed opisaniem przeze mnie tego, co widziałem w dniu 11 listopada, dniu naszego (tak, naszego, a nie waszego, ich, jego, jej itd) Święta Narodowego.

Po pierwsze, mam ograniczony zasięg wzroku – mogę tylko widzieć to, co zaobserwuję. Banał, ale np. dziennikarze “Gazety Wyborczej” czy “Rzeczpospolitej” nie potrafią się do tego zastosować.  Dlatego jak ktoś mi mówi, ze z tyłu marszu było spokojnie i rodzinnie – jestem mu w stanie uwierzyć. Proszę tylko w zamian o jedno – liczę na wiarę w to, że tak jak ja nie mogłem widzieć tego, co było z tyłu, tak ci sami – mówiący o spokojnym marszu – nie mogli widzieć tego, co było z przodu. Myślę, że to dość logiczne rozumowanie i bez jego przyjęcia nie możemy mówić o żadnej dyskusji.

Po drugie, nie mogę się rozpisywać na temat Kolorowej Niepodległej, bo mnie na niej nie było (!!!!). Uważam jednak, że blokowanie legalnego przemarszu jest ewidentną eskalacją konfliktu, a nie próbą pokojowej manifestacji. Nie znaczy to jednak, że można tym usprawiedliwić zachowanie w stylu rzucanie petardami w policję, użycia koktajlów Mołotowa, niszczenie mienia (w tym państwowego – jaki patriota niszczy coś, co należy do jego państwa?!) czy ganianie kamerzystów TVNu-24.

Po trzecie, takie same czyny jednej strony należy ocenić analogicznie z tymi popełnionymi przez drugą stronę. Po jednej i po drugiej stronie ludzie mieli prawo zamanifestować swoje poglądy, w sposób zgodny z prawem.

Po czwarte,  choć niektórym będzie ciężko w to uwierzyć, nie mam interesu w oczernianiu (i wybielaniu) kogokolwiek. Nie jestem członkiem ONR-u, MW, ale też nigdy nie miałem nic wspólnego zarówno z “Krytyką Polityczną”, ale także “Gazetą Wyborczą”.  Podziwiam logikę ludzi, którzy uważają, że jak ktoś krytykuje skutki MN negatywnie, to jest “lewakiem”, a jak skupia się na Niemcach atakujących grupę rekonstrukcyjną czy ludzi z flagami – faszystą.  Świat nie jest dwubiegunowy i pora sobie to uświadomić. O jednym wydarzeniu NIE MOŻNA MÓWIĆ bez pamiętania o drugim. Jeżeli ktoś tak czyni, jest najzwyczajniej nierzetelny. Za swoje teksty nie otrzymuje również pieniędzy.

Tak to leciało – Nowy Świat i anarchiści zabarykadowani w “Nowym Wspaniałym Świecie”
Dzień po imprezie nigdy nie jest prosty i częstokroć sprzyja przygodom. Tak też było tym razem, gdy na porannym spotkaniu z Michałem Kolanko (blog Spin Room, portal “wpolityce.pl”) zaciekawiony jego pójściem na MN, postanowiłem się tam udać wraz z nim. Miałem tylko zjeść zestaw All American w Jeffsie, a skończyło się na Nowym Świecie, potem Placu Konstytucji, a na końcu – na Rozdrożu.

Zacznijmy zatem od Nowego Światu – około godziny 13. Mnóstwo ludzi, w tym rodzice i babcie z dziećmi, kulturalnie przyszli obejrzeć defiladę. Zresztą – przyznać muszę, iż bardzo interesującą. Budujące widoki starszych pań proszących by przepuścić do barierki ich wnuki, aby mogły zobaczyć samochody wojskowe czy przemarsz żołnierzy. Ludzie byli do siebie przyjaźnie nastawieni. Tak powinien wyglądać cały dzień.

Jedno wydarzenie zakłóciło przebieg – niemieccy anarchiści zabarykadowani w “Nowym Wspaniałym Świecie”. Cokolwiek by nie mówić – naprawdę byłby to nadzwyczajny zbieg okoliczności, gdyby się okazało, iż znaleźli się tam przez przypadek, bo na całym Nowym Świecie jest kilkadziesiąt kawiarni, restauracji itd. Średnio mi się w to chce wierzyć. Efektem była zmiana przemarszu defilady i kordon policji pod “NWŚ”.


(filmik nagrany przez “Nowy Ekran”)

Trzeba napisać otwarcie – ich zachowanie to skandal. Atakowanie ludzi za to, że noszą polską flagę czy są grupy rekonstrukcyjną wojsk Księstwa Warszawskiego jest niedopuszczalne. Nie życzę sobie takich gości z Niemiec i najchętniej zapoznałbym ich z instytucją trzymiesięcznego tymczasowego aresztowania, a także zarzutami, nie z Kodeksu Wykroczeń, a z Kodeksu Karnego. Zresztą – wyraziłem to w sarkastycznym komentarzu na miejscu, że to miło ze strony Niemców, że znowu zostaną przez Polaków rozbrojeni w dniu 11 listopada.

Lewica nie ma prawo pouczać prawicy, dopóki sama nie upora się z takimi przypadkami. Jak można pozwolić na to, aby Polacy w Dniu Niepodległości byli bici za to, że wyszli z flagami? Ktoś przecież też zapraszał tych ludzi – nawet w sposób otwarty na stronie internetowej. Jeżeli lewica nie uderzy się w pierś – powinna się zamknąć.

Niemców jednak na Placu na Rozdrożu i na Placu Konstytucji nie było…

Plac Konstytucji i bitwa z policją
Cóż, po Nowym Świecie i budującym widoku polskich patriotów, w tym rodzin z dziećmi, przeniosłem się – wraz z Michałem, Rybitzkim oraz Followem na Plac Konstytucji. Po drodze mijaliśmy wielu “młodych chłopców w sportowym stroju” – część z flagami, część nie.

Przebiliśmy się – chyba nieświadomie – na stronę marszu, tuż przy kordonie policji, która postanowiła odgrodzić Marsz Niepodległości od Kolorowej Niepodległej. Dla zorientowanych – znajdowaliśmy się w okolicach salonu Play’a,, więc w centrum przyszłej bitwy. Zawinęliśmy się jednak stamtąd – ja zresztą bardzo szczęśliwie, bo Michał i Rybitzky pokazali legitymację prasową, a mnie policjant nie chciał przepuścić ze względu na brak tego dokumentu (nota bene – o niemal zerowej doniosłości prawnej). Ostatecznie udało się przedostać (”zapomniałem legitymacji, koledzy mogą potwierdzić”) w okolice KFC – zaraz obok miejsca, w którym rozegra się bitwa.

Nagrania Rybitzkiego. Stałem metr obok niego – na niektórych ujęciach mnie widać

Więc tak:
1) policja, zanim wkroczyła, wzywała do zachowania porządku i przestrzegania prawa – mniej więcej około 10 minut;
2) to demonstranci rozpoczęli zadymę – rzucając petardy, koktajle Mołotowa (tutaj nie jestem na 100% pewien), race i płyty chodnikowe – na filmikach zresztą słychać było, jak jest głośno i ile sprzętu dla ilu ludzi trzeba było mieć “w magazynie”, aby przez prawie pół godziny toczyć bitwę z policją;
3) walce z policją towarzyszył – na początku – krzyk, proszę mi wierzyć, nie kilku małych grup, “precz z komuną”;
4) policja użyła armatek wodnych oraz gazu łzawiącego, z którym – przy okazji – zapoznałem się też ja – można powiedzieć, że aż się wzruszyłem…;
5) podsumowując – policja według mnie nie nadużyła prawa i co więcej, spokojni uczestnicy tego “spotkania”, stojący przy KFC, nie zostali nawet potraktowani armatką, czego się mocno obawialiśmy ;) (nawiasem mówiąc – na “gorąco” myślałem, że jeżeli mnie poleją, to “będę miał za swoje”)

Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi teraz tłumaczył, że policji tam być nie powinno, bo gdyby jej tam nie było, mielibyśmy regularną bitwę, pewnie z ofiarami. Zresztą – uciekający ludzie, bojące się dzieci i ludzie chowający się w restauracjach dowodzą, jakie uczucia panowały na Placu Konstytucji w tamtym czasie. Ktoś powie – to nie organizatorzy Marszu Niepodległości.

Zapewne to prawda, ale trzeba zaznaczyć, że przecież zaproszeni – jak w przypadku niemieckich anarchistów – byli wszyscy, a “kibole” czy też skrajnie prawicowe organizacje to integralna część ich środowiska. Pamięta ktoś poręczenia Kempy? A rzecznika kibiców, Przemysława Wiplera? A Kaczyńskiego broniącego “kontekstu zatrzymania” jednego z kibiców – przy okazji Święta Narodowego? Intelektualnie trzeba być konsekwentnym – jeżeli za niemieckich anarchistów winimy Kolorową Niepodległą i “Krytykę Polityczną”, to za bojówki i bandy agresywnych dresiarzy z patriotycznymi hasłami “jebać policję” i “ITI spierdalaj” na ustach również odpowiada organizator.

Marsz
W końcu jednak Marsz ruszył, a my w pogoni – na skróty – za nim. Najpierw kawałek w nim przeszliśmy. W końcu udało się wyjść przed niego i tą pozycję utrzymaliśmy do końca. Aż do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie działo się nic szczególnego, naturalnie poza kontrowersyjnymi hasłami dotyczącymi czystości narodowej polskiego społeczeństwa Pod KPRM poleciały petardy, bo przecież tam również pojawiła się policja. Marszowi – tj. jego czołówce – towarzyszył patriotyczny śpiew “Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Znowu – nie w wykonaniu małych grup kibicowskich, a Marszu. “Czuję się jak w tuskobusie” – zripostował jeden z moich towarzyszy.

Niezależna TV dobrze oddała atmosferę marszu, w jego najspokojniejszej części.

Gdyby tak wyglądał cały marsz, słowa bym o nim nie napisał…

Im bliżej jednak Placu na Rozdrożu, tym więcej ludzi z zakrytymi twarzami, dresiarzy, bojówek kibicowskich, które zaczęły podbiegać, wyprzedzając czołówkę Marszu Niepodległości. Aż do Rozdroża…

Impreza na Rozdrożu
“Tak, czekamy, jesteśmy z (tu pada nazwa klubu piłkarskiego” – usłyszałem rozmowę rezolutnego młodzieńca. Widząc jednak przemieszczające się grupy paramilitarne czułem się coraz mniej pewnie. Jak już wyżej wspomniałem – dużo z zakrytymi twarzami, a to nie zwiastowało dobrze. Ja coraz aktywniej zacząłem się zastanawiać, w którą stronę biec w razie problemów. Mam około 7 sekund na 60 metrów, więc dałbym radę.

Ewidentnie zaczął się proces, dostrzegalny u pewnego typu osobników, szukania sobie wrogów. Wyzwiska zostały skierowane do policji, ale wiadomo – “powyżej” armatek wodnych i gazu łzawiącego raczej by nie przeskoczyli.

Nagle nadzieje odżyły – z dołu nadbiega grupka osób i już szykuje się na nich komitet powitalny. Niestety – rozczarowanie i żal, bo to narodowcy z Częstochowy.

Skoro więc nie ma anarchistów, bo ci bardziej bojowi zostali zatrzymani dużo wcześniej, to trzeba było zaatakować media. Ja widziałem, w jaki sposób został potraktowany wóz transmisyjny TVN24 oraz uciekającego ze skarpy, przed kilkoma “patriotami”, kamerzystę. Według informacji, jakie uzyskałem później – na całe szczęście nic mu się nie stało, a wyglądało to dramatycznie. Rozpoczęło się niszczenie mienia prywatnego i publicznego.

Tymczasem rozpoczęło się “kto nie skacze, ten z policji”, stojąc na uboczu przewijała mi się jedna myśl – może trochę egoistyczna i naiwna – a jeżeli ktoś prawy zauważy, że ja nie podskakuje z radością? Znowu, skakali wszyscy w zasięgu mojego wzroku po prawej stronie. A co, jeżeli proces szukania wrogów się nie zakończył? Grupki – po części zamaskowane – nadal przebiegały, w poszukiwaniu “szczęścia”… Na przodzie były głownie bojówki i dresiarze, które stały się jednocześnie – być może nieuczciwie – wizytówką Marszu Niepodległości.

Po chwili zawinęliśmy się z Marszu.

Jeden podstawowy wniosek
Za zabezpieczenie marszu odpowiadają organizator i policja. Organizator w zakresie jego przebiegu, a policja – zabezpieczenia interesu publicznego. Jeżeli organizator – a nie wątpię w jego dobrą wolę – nie potrafi zabezpieczyć przemarszu, nie powinien go organizować. Chcąc upowszechnić ideę, zaprosił nieodpowiednich ludzi. Albo jesteśmy dorośli i odpowiedzialni za to, co robimy, albo nie. Jeżeli druga możliwość – lepiej zająć się sadzeniem kwiatków w ogródku.

Problem jest jeszcze inny. Zgoda, w Marszu Niepodległości szły – w przeważającej liczbie – osoby normalne, chcące zademonstrować swój patriotyzm i mające do tego pełne prawo. Gdyby tyle tysięcy osób chciało wywołać zadymę – zniszczenia byłyby sto razy większe.

… Ale przecież niszczenie mienia, ataki na dziennikarzy i policję nie było czymś, czego normalni ludzie nie widzieli i nie dlatego się temu nie sprzeciwili. Chwała jednemu z organizatorów, który bronił – zniszczonego już co prawda – auta TVN, ale przecież dziesiątki, jeśli nie setki osób, widziały, co się działo na Placu Konstytucji i na Placu na Rozdrożu i nikt – poza policją – nie zareagował.

Oczywiście, wymaga to olbrzymiej odwagi cywilnej, bo można poważnie ucierpieć, ale tłum dał – poprzez swoją bierność- przyzwolenie na takie działania. Potem łatwo się odciąć, ale co zrobili organizatorzy, aby zapobiec tym incydentom? Czy też uważają – jak część uczestników – że “zawsze i wszędzie, policja jebana będzie”?


(autor: Jan Słupski)

Tak ja to widzę. Nie jestem obiektywny, bo żadna publicystyka taka nie może być, ale starałem się być jak najbardziej bezstronny.

Narodzie, obudź się. Dzień Niepodległość to czas radości, pamięci o bohaterach, a nie walk i nienawiści. Nie o taką Polskę walczyli nasi przodkowie.

—————
Na deser proponuję ten tekst – absolutny hit. Marsz z jeszcze innej perspektywy…

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – V

Brak komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Zapraszam do lektury kolejnego wydania Przeglądu Międzynarodowych Absurdów. Tym razem numer V. Jak zwykle – wielcy, ale również trochę mniejsi, tego świata pracują na to, aby znaleźć się w notowaniu.

6. Premier Grecji proponujący referendum w/s przyjęcia pakietu pomocowego UE
Premier Papandreu wygrałby niechybnie dzisiejsze notowanie, gdyby nie fakt, iż ze swojego pomysłu się wycofał. Przypomnijmy – chciał, aby kwestię następnego pakietu pomocowego dla Grecji rozstrzygnęli Grecy w referendum.

Brzmi nieźle – rzekliby demokraci. Owszem – gdyby nie fakt, że Grecy sami ten pakiet negocjowali i zakłada on pomoc finansową, ale również bolesne reformy, tak niezbędne Grekom. Przeciętny Grek głosowałby zatem, czy chce pomocy (która służyłaby głownie do spłaty długów) i bolesnych cięć (które odczułby na swojej skórze). Według pierwszych badań – przeciwko było ok. 60% społeczeństwa.

Niemcy i Francuzi byli bezwzględni. Jeśli Grecy nie przyjmą propozycji to nie zobaczą już ani euro. Pojawiały się nawet głosy o wyjściu z euro lub nawet całej Unii Europejskiej. Premier Grecji ostatecznie wycofał się ze swojego pomysłu, otrzymał wotum zaufania i teraz czekamy na rozmowy koalicyjne i dalszy ciąg programu.

Grecka tragedia trwa w najlepsze…

5. Najtańsze papierosy w Moskwie? Tylko u polskich dyplomatów!
“Szef MSZ Radosław Sikorski zwalnia w trybie natychmiastowym dwójkę pracowników polskiej ambasady w Moskwie. Zostali oni wczoraj zatrzymani przez Straż Graniczną w związku z próbą przemytu około 100 tys. sztuk papierosów. – Minister Sikorski podjął decyzję o ich zwolnieniu w trybie natychmiastowym – powiedział rzecznik MSZ Marcin Bosacki. Zostaną wydaleni z pracy w służbie zagranicznej w trybie dyscyplinarnym. “

Cóż, że kiepsko płatna bywa praca dyplomaty – o tym powszechnie wiadomo. Dwójka polskich urzędników postanowiła sobie pohandlować papierosami i – mam wrażenie – że będzie im to dane, ale już na bazarze w Polsce, a nie w Moskwie.

To mi przypomina opowieść o polskich dyplomatach z Azji, gdzie ściągali na potęgę luksusowe samochody, gdyż jako korpus dyplomatyczny byli zwolnieni z cła.

Polak jednak potrafi ;) .

4. Sarkozy jak Chirac!
To, że wszyscy będący poza strefą euro cieszą się z tego powodu jak małe dzieci, rzecz oczywista. Cieszy się na przykład Wielka Brytania, a jej konserwatywny premier – Dawid Cameron – za winne problemów uważa państwa będące w strefie i pozwala sobie na pouczanie innych przywódców. Kopie leżącego, ale trudno go krytykować, bo leżący sobie na to bardzo zasłużył.

Tymczasem jednak prezydent Nicolas Sarkozy postanowił wykorzystać stary sposób Jacquesa Chiraca na dyskusję z przywódcami innych państw. Były prezydent państwa zakomunikował Polsce (i innym państwom popierającym interwencję w Iraku), że straciła okazję, aby siedzieć cicho…

(…)”Potąd mamy waszego krytykanctwa, pouczania nas co robić. Najpierw mówicie, że nie znosicie euro, a teraz chcecie się wtrącać do naszych spotkań”. Ale tylko dziennik “The Guardian” dodaje zdumiewającą odzywkę Francuza pod adresem Camerona: “Była dobra okazja, żebyś się zamknął”.”

Francuzom i Brytyjczykom zasugerować możemy tylko ochłonięcie i polski wynalazek. Politykę miłości.

3. Dmitrij Rogozin, przedstawiciel Rosji przy NATO, proponuje, aby rosyjski stał się językiem urzędowym UE
Rosjanom trzeba przyznać, iż starają się nie opuszczać czytelników “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów” od samego początku. Kierunek – na samym początku – wskazał wódz, Władimir Putin – i od tego czasu Rosjanie nie spuszczają z tonu.

Rogozin zaproponował, aby rosyjski stał się językiem urzędowym UE. Argumentacja jest prosta – skoro mniejszości narodowe (szczególnie w Estonii, Litwie i Łotwie) się nim posługują, to czemu ma być dyskryminowany?

Pomysł nierealny i na pewno nie zostanie zrealizowany. Jakby to powiedzieć dyplomatycznie – Panie Ambasadorze, oficjalnymi językami są tylko te, które są urzędowymi w państwach członkowskich. Jest jedna “furtka” – jeśli Rosja wjedzie do UE, postulat Rogozina zostanie spełniony. Obawiam się jednak, że Dmitrij Rogozin, znany z antyzachodnich wypowiedzi (w tym krytyki wizyty ministra Sikorskiego w Afganistanie w latach 80-tych w charakterze dziennikarza), nie pójdzie – jak to mówi pewien klasyk, tą drogą.

2. Rozmowa trójkąta Westerwelle-Sikorski-Łukaszenka na temat homoseksualizmu.
Pamiętacie wizytę ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec w Mińsku u prezydenta Łukaszenki, mniej więcej z rok temu? Proponowali oni Białorusi pomoc liczoną w miliardach euro, w zamian za demokratyzację życia politycznego. Łukaszenka propozycji nie przyjął, bo pojęcie “wolnych wyborów” budzi w niego, byłego dyrektora Kołchozu, wręcz naturalny absmak, a poza tym UE przelicytowali Rosjanie.

Panowie jednak nie nudzili się. Jak powszechnie wiadomo, Guido Westerwelle, minister spraw zagranicznych Niemiec, znany jest z racji swojej funkcji, ale również ze swojej, jak to elegancko ujął minister Sikorski, nietradycyjnej orientacji seksualnej. Oddajmy głos zainteresowanym.

“(…)- Westerwelle obraził się, kiedy powiedziałem, że nie zgadzam się z… Jak to się nazywa… Homo… Homo… Kiedy facet z facetem… Homoseksualizm! – mówił w piątek Łukaszenka. – Sikorski zadaje mi pytanie: “Jak, Aleksandrze Grigoriewiczu, odnosicie się do nietradycyjnej orientacji?”. Powiedziałem, co sądzę. Że jak kobiety są lesbijkami, to jest to nasza, chłopów, wina. Zresztą jak kobieta z kobietą, to można to wybaczyć. Ale facet z facetem! Ohyda!”

Aleksander Łukaszenka poradził sobie z zagadnieniem z gracją śp. Andrzeja Leppera, czy też legendarnego już posła Węgrzyna (obecnie bezpartyjny), który podobnie odpowiedział. Kobieta z kobietą – można wybaczyć (a nawet popatrzeć)! Samego Łukaszenkę można docenić za rozmach i wyczucie czasu drugim miejscem w dzisiejszym notowaniu.

1. Polskie MSZ gratuluje Libijczykom zabójstwa Kaddafiego
“Ministerstwo Spraw Zagranicznych z uwagą śledzi wydarzenia w Libii po śmierci pułkownika Muammara Kadafiego. Gratulujemy narodowi libijskiemu ostatecznego zakończenia trwającego dziesiątki lat okresu dyktatury.” – napisało polskie MSZ w oświadczeniu wydanym po śmierci pułkownika Kaddafiego.

Polski MSZ rozbił bank. Śmierć Kaddafiego to raczej nie powód do międzynarodowej histerii. Sam Pułkownik zrobiłby ze swoimi przeciwnikami to samo, ale mówimy przecież o celach humanitarnych samej interwencji oraz jako przyczynę wspierania powstańców, a tu widzimy – prawdopodobnie – lincz. Obie strony konfliktu mają tam międzynarodowe prawo humanitarne, gdzie miał mieć komisarz Ryba paragrafy w “Killerze” (podpowiedź: rzeczownik, pierwsza litera na d). Sam Kaddafi był bezwzględnym dyktatorem, wielokrotnym zabójcą i – przede wszystkim – okrutnym przywódcą, który najpierw strzela do cywilów, a potem zadaje pytania.

Nie ulega jednak wątpliwości, że zabójstwo Kaddafiego było złamaniem Konwencji Genewskiej o Ochronie Ofiar Wojny, a jeżeli uznamy, że na podstawie rezolucji RB ONZ 1970 możemy postawić przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym Saifa al-Islama Kaddafiego, to tak samo możemy poczynić z zabójcami Kaddafiego, którzy popełnili zbrodnię wojenną.

Mówiąc zatem wprost - polskie MSZ pogratulowało Libijczykom dokonania zbrodni wojennej . Tego jeszcze nie grali i zasługuje to na zwycięstwo w notowaniu.

Sto lat za…. – pooksfordzkie refleksje

5 komentarzy
źródło: oximun.org

źródło: oximun.org

Podróże kształcą – co do tego banału nikt nie powinien mieć wątpliwości. Pora jednak uwypuklić poszczególne różnice między Polską, a Wielką Brytanią, między Uniwersytetem Warszawskim, a Oxfordem. Czego nam tak bardzo brakuje lub co powinniśmy poprawić?

Po pierwsze – biurokracja
Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o … biurokrację. Kocham swój Uniwersytet i czuje się jego częścią, ale irytuje mnie, że do wszystkiego potrzebuje albo podpisu (swojego jako prezesa, dziekana, opiekuna naukowego koła) albo pieczątki albo opinii naukowej. Wiecie ile razy podpisałem się na trzydniowej konferencji będąc na Oxfordzie i – formalnie – przewodząc delegacji? Zero. Na samym jednym wniosku na UW(a było ich przecież kilka) – trzy razy. Wszyscy w Wielkiej Brytanii mi wierzyli, że ich nie oszukuje i mam dobre intencje.

Sam jako student jestem częścią tej machiny biurokratycznej będąc przewodniczącym Rady Kół Naukowych Wydziału Prawa i Administracji. Mój wniosek jest taki – pora zacząć myśleć o studentach jak o dorosłych ludziach, mających ochotę na rozwój, a nie na wyłudzenie kilku złotych. Mówiąc brutalnie – nawet przy dzisiejszych barierach biurokratycznych wyłudzenie nie byłoby dla odpowiednio zdolnej osoby problemem. Dlatego będę robił wszystko, aby ułatwiać i przyspieszać procedury, nawet gdyby kosztować mnie to miało utratę tego wybieralnego stanowiska. Pytanie, czy ja będę silniejszy czy, mimo wszystko, system?

Wyjazd na osobę na czterodniową wycieczkę kosztował nas od około 1800 do 2000 zł na osobę. Mniej więcej połowę tej kwoty zwraca nam UW za co należą się podziękowania, zwłaszcza dla Rady Konsultacyjnej i wielu wspaniałych osób, które nam pomagały. Gdybym jednak na swojej drodze nie spotkał tak życzliwych osób, dostalibyśmy prawdopodobnie figę z makiem i do Londynu to chyba byśmy szli na piechotę.

Mowa tutaj o wielkiej międzynarodowej imprezie, kilkuset delegatach ze wszystkich kontynentów świata i symulowaniu obrad ONZ. Każda delegacja reprezentuje poszczególne państwo – my, z czego byłem średnio zadowolony, Bangladesz Człowiek na takich wyjazdach uczy się, jak funkcjonują organizacje międzynarodowe, jak wypracowuje się kompromisy, walczy o swoje interesy, występuje publicznie, a także poznaje ludzi, którzy prawdopodobnie w przyszłości będą dyplomatami lub urżędnikami. Właśnie dlatego np. Holendrzy  dostają na organizacje takiej konferencji  środki od swojego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy jeżdżą na tego typu imprezy co miesiąc, a my możemy – ze względów biurokratyczno-finansowych – jedynie dwa razy do roku. Nie dziwię się zatem, dlaczego potem mała Belgia ma więcej urzędników w Unii Europejskiej i potrafi się świetnie poruszać po – nomen omen – Brukseli.

Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę pisząc, że AD. 2011 Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa, którego mam przyjemność być prezesem, jest największym kołem naukowym, o tego typu tematyce, na całym Uniwersytecie Warszawskim. Skąd, jak nie od nas, mają się wywodzić przyszli nasi dyplomaci czy urzędnicy? My organizujemy dla potencjalnych kadr wyjazdy, szkolenia, spotkania dyskusyjne i międzynarodowe konferencje. Czy myślicie, że kiedykolwiek ktoś z MSZ-u się do mnie odezwał?

Za to często słyszę, że albo chcemy za dużo pieniędzy (przy czym hitem było, że kiedyś nie chcieli nas wpuścić z konferencyjnym cateringiem o 1/3 tańszym niż firma, która ma podpisaną umowę z UW) albo za często chcemy sale do dyskusji (tak, lepiej przecież, aby stały puste) czy że chcemy poruszać zbyt kontrowersyjne tematy (np. ekspercka dyskusja nt. międzynarodowych aspektów katastrofy smoleńskiej). Aby cokolwiek załatwić potrzebuję podania i zgody. Cały czas czuję nad sobą kontrolę – projekt, biurokratyczne uruchomienie środków, wykonanie, sprawozdanie, czyli de facto pisanie trzy razy o tym samym, umierające kolejne drzewa i urzędnicy, którzy i tak tego nie czytają.

Nasz Uniwersytet wydaje na ruch naukowy kwotę rzędu 400 tysięcy złotych rocznie. Brzmi nieźle, ale pod warunkiem, że nie zestawimy tego z liczbą ogólną studentów (około 50 tysięcy). Budżet Rady Kół Naukowych WPiA to około 24 tysięcy rocznie (na około 30 kół naukowych). Jednocześnie jestem przekonany, że w przypadku cięć, to nam, ruchowi naukowemu, dostanie się jako pierwszemu. Jak mamy rywalizować z zachodnimi uczelniami, gdy na rozwój ruchu naukowego przeznaczamy tak mało oraz tworzymy tyle przeszkód biurokratycznych? Kolejny przykład – w tym roku w Singapurze odbył się tzw. World Model United Nations. Koszt takiej imprezy to około 5-6 tysięcy złotych na osobę. Szanse na pozyskanie w takiej wysokości środków z Uniwersytetu, nawet tylko dla kilku osób, są zerowe, więc relację z tego projektu mogę co najwyżej przeczytać w Internecie. Jestem w stanie się jednak założyć o duże pieniądze, że delegacje z Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii, Chin czy Niemiec się tam pojawiły.

A później zdarzają się takie historie, jak słyszałem od jednego z moich znajomych (mam nadzieję, że się nie obrazi za publikację). Młody chłopak po studiach dostaje pracę w Brukseli w COREPERze (Komitet Stałych Przedstawicieli przy Radzie Unii Europejskiej). Nieobyty jeszcze, nieprzyzwyczajony do publicznego mówienia po angielsku, zostaje wysłany na posiedzenie bez stosownych informacji. Nagle pada sakramentalne zdanie:
- Tak, w tej kwestii mniej więcej mamy porozumienie, ale nasi polscy przyjaciele jeszcze mieli jakieś uwagi?
- …

Tak, na nieobyciu właśnie najwięcej się przegrywa w Brukseli. Doskonale ten fenomen opisał Piotrek Wołejko u siebie. Zamiast walczyć na poziomie powstawania projektu dokumentu, my dopiero się orientujemy, że mamy problem, na decydującym posiedzeniu Rady UE lub nawet po nim, gdy na tworzenie jakichkolwiek koalicji jest już za późno. Jak jednak my przygotowujemy nasze młode pokolenia do służby zagranicznej, a jak nasi partnerzy w Europie, czy nawet z Azji?

Merytorycznie – bez zarzutu
Najważniejsze jest to, że Polacy mają olbrzymi potencjał i merytorycznie nie tylko nie odbiegają od swoich rówieśników, a nawet ich często przerastają np. w kwestii znajomości prawa międzynarodowego. Nie “bywając” jednak tracimy co innego – sztukę perswazji i umiejętności autoprezentacji. Co z tego, ze mamy rację, jeśli gadająca bzdury Holenderka jest już 5 raz czy native speaker, jest nas w stanie po prostu przegadać przy pomocy pustych zdań? Co mają mówić – nauczą się w przyszłości w dyplomacji, ale jak – już teraz, na tego typu imprezach polegających na symulowaniu obrad i reprezentowaniu danego kraju. Siedząc tylko w Polsce fundujemy sobie sami, de facto, ujemne punkty za pochodzenie.

Nie wierzycie, że tak dobrze możemy być przygotowani merytorycznie? Cztery przykłady z mojej komisji.

1) Reprezentantka Stanów Zjednoczonych chcąca wzywać państwa do ekstradycji terrorystów do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (po pierwsze, MTS sądzi spory między państwami, a po drugie, nie jest to jego zakres orzecznictwa)).
2) Dyrektorka tego całego posiedzenia, która chcąc ratować tę dziewczynę, powiedziała, że chodzi jej pewnie o Międzynarodowy Trybunał Karny (!!!! – MTK zajmuje się takimi rzeczami jak np. zbrodnie przeciwko ludzkości)
3) delegaci, którzy chcieli, aby podstawą powołania nowej organizacji międzynarodowej była rezolucja ZO ONZ (rezolucje ZO ONZ nie mają mocy wiążącej – niewiele dobrego zrobiłem na tej konferencji, ale zamieniłem deklarację utworzenia na rekomendowanie utworzenia właśnie na poziomie projektu)
4) dyskusje i próby wrzucenia do rezolucji (na cale szczęście nieudane) definicji terroryzmu w kształcie z jednej z rezolucji RB ONZ (rezolucje RB ONZ, w przeciwieństwie do tych ZO ONZ, są wiążące prawnie dla adresatów i debatowanie nad “miękką definicją” było tylko stratą czasu, bo nie miało żadnej doniosłości prawnej).

Skoro zatem możemy z innymi delegatami się porównywać i dyskutować to róbmy to, szkolmy młode kadry i przygotowujmy do służby. Bierzmy przykład od najlepszych, bo jeżeli będziemy blokować młodzież to sami uniemożliwimy rozwój swojego kraju. Studia są dla studentów i pracowników naukowych, a nie dla biurokratów.

Rozmawiałem ze studentami Oxfordu. Tam student czuje się kimś – w tygodniu ma np. indywidualne zajęcia z profesorem. W Polsce student ma ćwiczenia w 30-35 osobowych grupach, a jego poczucie “bycia kimś” kończy się na pierwszej wizycie w dziekanacie.

Dysonans poznawczy a zabicie Kaddafiego

2 komentarzy
źródło: wikipedia.pl

źródło: wikipedia.pl

Nie płaczę po Kaddafim. Podobnie po Saddamie Hussajnie i Osamie bin Ladenie trudno uronić łezkę . Każdy z nich miał za nic życie ludzkie i bez zbędnego obciążenia moralnego mordował cywilów. Pułkownik Kaddafi odpowiedzialny jest m.in. za śmierć pasażerów samolotu strąconego przez agentów libijskiego wywiadu nad Lockerbe przy pomocy bomby umieszczonej w bagażu. Wspomniani dżentelmeni mają jeszcze jedną wspólną cechę – kontakty z amerykańskim wywiadem – CIA. Osama bin Laden i Saddam Hussajn byli wspierani przez Amerykanów w latach 80-tych – bin Laden przeciwko Związkowi Radzieckiemu, a Hussajn przeciwko Iranowi. Na początku XXI wieku Muammar Kaddafi zmienił zdanie i postanowił zwrócić się w kierunku Zachodu. Dla Amerykanów stał się nawet pomocny w wojnie z terroryzmem, a ofiarom zamachu nad Lockerbe wypłacił wysokie odszkodowania.


Poszukiwany nieżywy albo martwy

W lutym w Libii – wzorem sąsiedniego Egiptu – wybuchły rozruchy antyreżimowe. Kaddafi zastosował podobną strategię jak później prezydent Assad z Syrii – krwawego tłumienia. Oburzony świat zareagował, a przeciwko Kaddafiemu wystąpili nawet jego niegdysiejsi przyjaciele z Moskwy i Pekinu (czego chyba później żałowali). Dziesiątki miliardów dolarów Kaddafiego zostało zamrożonych, a politycy zachodni krzyczeli o konieczności ratowania najwyższej wartości – życia ludzkiego. To właśnie miał być cel ustanowienia strefy zakazu lotów. Gdyby nie “Świt Odysei” Kaddafi wygrałby z niedozbrojonymi i niewyszkolonymi powstańcami, zapewne urządzając kolejną masakrę w Benghazi.

Czy zachodni koalicjanci, jak również, byli współpracownicy Kaddafiego, będący w czasie wojny domowej jego wrogami z Narodowej Rady Tymczasowej, mieli interes w tym, aby nie złapać żywego Kaddafiego? Pytanie raczej retoryczne, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie o bombach NATO “przypadkowo” spadających na rezydencje Pułkownika, a także nieróżowej przeszłości kilku z członków Narodowej Rady Tymczasowej u boku Kaddafiego. Pułkownik Kaddafi znał dużo ciekawych faktów i lepiej – dla niemal wszystkich – żeby zabrał swoją wiedzę do grobu – to też się stało. Uniknięto też tym samym dyskusji o postawieniu Kaddafiego przed jakimkolwiek sądem, w tym Międzynarodowym Trybunałem Karnym.

Czy wrodzy Kaddafiego różnią się czymkolwiek od niego samego? Okazuje się, że głównie tym, iż są popierani przez “cywilizowany świat”. Ten sam, który po zabiciu człowieka przesyła gratulacje (np. polski MSZ). To w końcu życie ludzkie ma dla nas jakiekolwiek znaczenie, czy nie? Czym się różni lutowy ostrzał artyleryjski Kaddafiego przeciwko protestującym w Trypolis od bombardowań Syrty przez NATO, jeżeli tu i tu giną cywile? Czy można inaczej oceniać zabijanie czarnoskórych mieszkańców Libii przez powstańców, za to, iż wyglądają, jakby mogli być najemnikami Kaddafiego? A co z nieudzielaniem pomocy rannym,  praktykowanym przez obie strony?  Na wojnie nie ma niewinnych, bo ten, który ma skrupuły – przegrywa. Pora w końcu w to uwierzyć, a nie wmawiać wszystkim, że mamy do czynienia z dobrymi powstańcami i złym reżimem. Świat nie jest czarno-biały, a szary, w mocnym odcieniu hipokryzji. Ulubionym kolorze polityków.

Kaddafi na taki los sobie sam zapracował. Tłum, który prawdopodobnie go zabił, nienawidził przecież byłego dyktatora za to, jak rządził, z jaką pogardą traktował innych i zabijał swoich wrogów. Sam wychował swoich katów. Jednocześnie jednak – od tych “dobrych szeryfów” – powinno wymagać się więcej, aniżeli pozwolenia na pozasądowy mord i wysyłanie – z tego tytułu – gratulacji. Gratulacje z powodu łamania praw człowieka to przynajmniej szczera hipokryzja, w momencie, gdy mamy do czynienia z “interwencją humanitarną”. Dla samego Kaddafiego proces i dożywotnie więzienie byłyby bardziej upokarzające niż śmierć w takich okolicznościach.

“Dziwne” okoliczności śmierci
ONZ będzie domagać się śledztwa w/s okoliczności śmierci Kaddafiego Opublikowane w sieci filmiki są niezwykle dramatyczne. Na jednym z nich Kaddafi wygląda na zszokowanego, ale jeszcze chodzi, na drugim już jest ciągnięty po ziemi. Niesamowite, w 2011 roku nawet śmierć dyktatora można już obejrzeć na żywo, a potem nawet przejść do chłodni i zrobić zdjęcie z nieżywym postrachem. To jest prawdziwe Reality TV.

Czekamy na wyniki badania lekarzy, jednak – według różnych doniesień – w ciele Kaddafiego znajdują się dwie kule. W klatce piersiowej i głowie. Trudno przesądzać sprawę bez znajomości wyników sekcji, zeznań świadków itd, ale wiele wskazuje na to, iż na Kaddafim wykonano zwykłego linczu. Ujęto Kaddafiego, a potem rozemocjonowany tłum pozwolił na jego egzekucję.

Oficjalna wersja mówi o śmierci w drodze do szpitala “w wyniku ran odniesionych podczas walki”, jednakże Kaddafi – na filmiku – nie wygląda na człowieka, który zaraz ma umrzeć, jak również nie widać postrzału w klatkę piersiową.

Druga wersja – tez nazwijmy ją oficjalną – przedstawia się następująco. Pochwycono rannego Kaddafiego, a potem jego ochroniarze próbowali go odbić. W strzelaninie zginął Kaddafi. Latało tyle kul, ale nikt nie został ranny, a tylko Kaddafi dostał akurat dwie kulki. W głowę i klatkę piersiową. Niebywały zbieg okoliczności.

Powstańcy postąpili wobec Kaddafiego tak samo okrutnie, jak postąpiłby Kaddafi wobec nich w analogicznej sytuacji. Nie łudźmy się jednak, że w Libii chodzi o demokratyzację i ochronę praw człowieka. Piękne hasła zazwyczaj kryją się za realnymi interesami i hipokryzją wielkości Mount Everestu. Witamy w świecie rzeczywistym.

 Nowsze artykuły12345678...272829Starsze artykuły