Patryk Gorgol

Wpisy z kategorii Interwencja Izraela w Strefie Gazy

Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?

2 komentarzy

 Izraelczycy przy pomocą kartki wyborczej poparli politycznie interwencję w Strefie Gazy. Przy okazji tego konfliktu mogliśmy zaobserwować coś niezwykle interesującego, typowego dla żydowskiej sceny politycznej. Rządowymi „twarzami” operacji byli Ehud Olmert (Kadima) i Ehud Barak (Partia Pracy), ale prawa Izraela do interwencji bronił również opozycyjny Benjamin Netanjahu (Likud). Co więcej, lider Likudu ogłosił później, iż Izrael jego zdaniem wycofał się zbyt wcześnie, bo nie zadał śmiertelnego ciosu Hamasowi. 

Patrząc od strony politycznej, notowania Kadimy bardzo wzrosły w ostatnim czasie, a Likudu pozostały na niezmienionym poziomie. Być może polityczny wrak, Ehud Olmert, swoją odważną decyzją o interwencji uratował skórę Cipi Liwni. Kadima wygrala wybory, minimalnie, co jednak należy uznać za sensację. Jeszcze w poniedziałek przewidywano, że to Likud zdobędzie o 2-3 mandaty więcej, co nawiasem mówiąc, już miało być samo w sobie porażką tej partii, jeżeli wziąć pod uwagę badania sprzed miesiąca.

Według badań sondażowych (Izraelski Kanał 2) pierwsze miejsce zajęła Kadima, która obejmie 29 mandatów w Knessecie. Likud -27, Izrael Nasz Dom – 15, Partia Pracy – 13, Szas – 10. Należy wspomnieć też o tym, że niski – 2% – próg wyborczy służy rozdrobnieniu parlamentu. Partie są więc skazane na na kilkupartyjne sojusze, co powoduje, że na znaczeniu bardzo zyskują mniejsze ugrupowania, które decydują o tym, czy uda się uzbierać większość. Niestety, nie mam sondażowych wyników drobnicy, ale jeśli policzymy, że w/w partie to 94 głosów, to „drobnica” będzie ich miała 26!  

Prezydent Izraela, Szymon Peres, ma tylko dwie możliwości. Na premiera może nominować Cipi Liwni albo Benjamina Netanjahu. Następnie muszą oni uzbierać większość. Naturalnym koalicjantem Kadimy jest Partia Pracy, z kolei Likud układać się będzie z Szasem. Tutaj do gry wkracza partia „Izrael Nasz Dom” reprezentująca emigrantów z obszaru byłego ZSRR. Jej liderem jest Avigdor Lieberman. To były członek Likudu, ale jednocześnie był też w poprzedniej kadencji w koalicji z Kaidmą i Partią Pracy. Jego poglądy są więc na tyle elastyczne, że może skutecznie targować się zarówno z prawicą, jak i centrolewicą. Tak naprawdę to do czynienia mieć będziemy z licytacją – kto da więcej. Może więc to Avigor Lieberman jest prawdziwym wygranym tych wyborów? Wchodząc w koalicję staje on jednak przed pewnym problemem. Z Likudem łączy go podejście do kwestii palestyńskiej, ale – w przeciwieństwie do prawicowych partii – bliższy jest mu świecki model państwa. Koalicja, czy to z Kadimą i Partią Pracy, czy z Likudem i Szasem, wymaga pójścia na programowy kompromis. Sam Avigdor Lieberman pozytywniej wypowiada się o Likudzie. Izraelska scena polityczna jest na tyle barwna, że ośmielałbym się nic przesądzać.

Obecnie większe szanse na zostanie premierem ma Benjamin Netanjahu, bo pomimo zwycięstwa Kadimy, blok partii prawicowych (jeżeli zaliczymy do nich Izrael Nasz Dom) prawdopodobnie uzbiera ponad 60 głosów w Knessecie. Pośrednio potwierdza to „propozycja” Cipi Liwni, by Benjamin Netanjahu wszedł z nią do jednego rządu. Nie proponowałaby tego, gdyby była naprawdę pewna swojej pozycji. Takie wariant byłby możliwy w Izraelu, gdyby żadna z koalicji nie uzyskała większości. Na razie więc realnie nie jest brany pod uwagę. Kadima odniosła sukces, ale minimalnie za mały, by mówić o zwycięstwie. To tak, jakby mieć tyle samo punktów, ale przegrać gorszym stosunkiem bramek. Likud może obiecać partii Liebermana więcej, aniżeli Kadima i Partia Pracy. Ten sojusz brzmiały zresztą bardziej naturalnie.

Co to wszystko oznacza dla procesu pokojowego? Pierwsze rządy Netanjahu (1996-1999) uznawane są za fatalne dla procesu pokojowego, a sam były/przyszły (?) premier za kogoś, kto robił co mógł, by go zbombardować. Jego obecne zapowiedzi również nie brzmią optymistycznie. Przywódcę Likudu uznać można za prawdziwwego „jastrzębia”. Jeszcze za rządów Ariela Szarona, Netanjahu zarzucał mu, że prowadzi zbyt łagodną politykę względem Palestyńczyków. O tym, że Likud był za dalszym prowadzeniem operacji w Strefie Gazy już pisałem. Szczęściem w nieszczęsciu jest to, że obecnego procesu pokojowego już bardziej nie da się storpedować. Mahmud Abbas zapowiada, że będzie chciał rozmawiać z każdym izraelskim rządem. Łatwiej się jednak negocjuje z Kadimą i Partią Pracy, aniżeli z Likudem i Szasem, które ewentualne rozmowy pokojowe traktować będą jako zło konieczne. Trzeba się jednak uczciwie zapytać? Co osiągnęła obecna koalicja w/s procesu pokojowego? Nic? Wszystko, co zrobiłaby prawicowa koalicja, byłoby zatem na plus. Lepiej się miło zaskoczyć, niż niemile rozczarować.
 

Czy zatem duża będzie różnica dla martwego procesu, czy premierem będzie Netanjahu czy Liwni?

Problemem nie jest to, kto jest bardziej twardogłowy, bo tak naprawdę Olmert z Barakiem pokazali, że są twardymi politykami. W Izraelu obecnie mało kto chce rozmawiać z Palestyńczykami. Dlatego Kadima tak zyskała na intewencji w Strefie Gazy. W izraelskim społeczeństwie dominuje postawa postulująca rozmawianie z Palestyńczykami z pozycji siły. Pytanie tylko, na ile retoryka Netanjahu była zagrywką pod publiczkę, a na ile realną groźbą. 

Potrzebny jest przełom. Tutaj nie do przecenienia jest rola Baracka Obamy, który ma instrumenty wpływu na izraelski rząd, niezależnie od tego, kto będzie premierem. Nie będzie też pokoju z udziałem Hamasu, więc piłeczka nie jest jedynie po stronie izraelskiej. Izrael nie może sobie przecież wyhodować republiki terrorystycznej u swoich granic.

Więcej na temat Bliskiego Wschodu

- "Change" w sprawie iranu

- Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?

- Porażka w Strefie Gazy

 

Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?

1 komentarz

Jakie warunki muszą spełnić Izraelczycy i Palestyńczycy, by mogło dojść do podpisania prawdziwego pokoju na Bliskim Wschodzie? Warto zająć się tym tematem w kontekście ostatnich wydarzeń w Strefie Gazy. Polacy, jak pewnie prawie wszyscy Europejczycy, są nieświadomi historii tamtego rejonu świata. Mój tekst nie będzie miał charakteru szczegółowego opracowania. Chcę jedynie zaznaczyć kilka główych powodów, przez które niemożliwe jest podpisanie pokoju. 

Konstanty Gebert, w „Wojnie czterdziestoletniej” przewidywał, że konflikt izraelsko-palestyński będzie się kończył około 2008r. Jak widać – mylił się. Nie zanosi się na to, aby w najbliższych miesiącach proces pokojowy ruszył z miejsca. Pomiędzy Żydami, a Palestyńczykami istnieje coraz głębsza czerwona od krwi rzeka nienawiści. Po stronie Palestyńczykow, nie widać siły przebicia u ludzi, którzy chcieliby rozwiązań pokojowych. Hamas umocnił swoją władzę w Strefie Gazy. Z kolei ostatnie sondaże wskazują na możliwą wygraną Likudu w wyborach do Knessetu. Na czele Likudu stoi Benjamin Netanjahu, który uważany jest za zwolennika twardej polityki. Co prawda Kadima wraz z Partią Pracy prawdopodobnie uzyskają razem więcej głosów niż Likud, jednak nie będzie to większość pozwalająca samodzielnie rządzić. Wszystko znowu zależne będzie od nietrwałych koalicji m.in. z partiami religijnymi.

 Po pierwsze, żeby podpisać porozumienie pokojowe, trzeba w ogóle rozmawiać. Na początek rzut oka na mapę.

Kto z kim ma się porozumieć? Izrael ma demokratycznie wybrane władze i oczywiste jest, że jest to jedna ze stron sporu. Z drugiej strony mamy Palestyńczyków, ale kto ich reprezentuje? Na terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu rządzi prezydent Mahmud Abbas z al-Fatahu, a w Strefie Gazy Hamas. Trzeba przy tym przypomnieć, że Izrael nie może rozmawiać z Hamasem, bo oficjalnym celem tej organizacji jest zniszczenie Żydów (kiepski więc to rozmówca)…. Z tego samego względu Hamas też nie chce rozmawiać z Izraelem. Uważa, że nie ma po co, a rozmowy pokojowe byłyby hańbą. Władze al-Fatahu są uznawane przez Izrael i UE. Kontrolują one jednak jedynie część „Palestyny”, w związku z tym nie można uznać je za reprezentatywne. Z kim ma więc rozmawiać Tel Awiw? Po drugiej stronie nie ma partnera. Mahmud Abbas jest człowiekiem, który byłby w stanie podpisać porozumienie pokojowe, ale nie dysponuje on dostateczną władzą. Porozumienie izraelsko-palestyńskie zostałoby zbojkotowane przez Hamas i w efekcie Abbas wyszedłby na clowna, a nie odpowiedzialnego prezydenta. Dopóki władza w „Palestynie” nie zostanie ujednolicona, tj. nie przejmie jej w całości al-Fatah albo nie dojdzie do podpisania porozumienia palestyńsko-palestyńskiego, po drugiej stronie nie ma wiarygodnego partnera.

Czy Palestyńczycy zdołają uporządkować swoje sprawy? Być może, ale nie jest to kwestia dni. Wśród Palestyńczyów brakuje mężów stanu, a na wysokich stanowiskach są głównie mali chłopcy z piaskownicy. Na pewno dogadaniu się Fatahu z Hamasem nie służą też ostatnie doniesienia o zabijaniu i przestrzeliwaniu kolan członków i zwolenników Fatahu w Gazie. 

Rozwiązań jest teoretycznie kilka. Na przykład Fatah przejmuje władze w Strefie Gazy. Naiwni przewidywali, że to jest właśnie celem „Płynnego Ołowiu”. Od początku było jednak jasne, że obalenie Hamasu byłoby możliwe jedynie przy naprawdę dużym wysiłku – a na to Ehud Olmert i Ehud Barak się nie zdecydowali, a w dodatku władzy „od Izraela” Mahmud Abbas nie mógłby przejąć. Obecnie szansa na zmianę rządów w Strefie Gazy się zmniejszyła. Popularność Hamasu jest niezachwiana.

W prasie pojawiają się sugestie dotyczące możliwego dogadania się pomiędzy Hamasem, a Fatahem. Teoretycznie powinno być to niemożliwe, w obliczu fali wojny palestyńsko-palestyńskiej, ale Arabowie to taka dziwna nacja, która najpierw do siebie strzela, by potem nazywać kogoś swoim „przyjacielem”. Doskonale pokazuje to historia np. Jasera Arafata. Dlatego nie można wykluczyć, że jednak do porozumienia dojdzie. W takim przypadku, rozmowy izraelsko-palestyńskie też stałyby pod znakiem zapytania, bo Hamas musiałby uznać sens negocjacji z Izraelem i zmienić swoje statutowe zapisy. W kazdym razie Izrael ine jest zbytnio zainteresowany bilaternymi rozmowami z Hamasem i vice versa. Nawet zawieszenie broni zostało pokazane jako porozumienie „odgórne”, tj. najpierw Żydzi ogłosili jednostronne zawieszenie broni, a potem Hamas powiedział, na jakich warunkach będzie go przestrzegać. W ten sposób ukryto dwustronne porozumienie.

Najpierw należy więc poradzić sobie z pierwszą przeszkodą – brakiem wiarygodnych stron w negocjacjach. Jest to warunek niezbędny, jeśli ktoś chce myśleć o trwałym pokoju.

Druga kwestia – terytorialna. Palestyńczycy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny uznali rezolucję ONZ „tworzącą” dwa państwa – Izrael i Palestynę. Otworzyło to drogę do negocjacji pomiędzy Izraelem, a Arafatem. Problem w tym, że już Hamas tej rezolucji nie uznaje. Jakiekolwiek rozmowy będą możliwe, gdy wszyscy Palestyńczycy przyznają Izraelowi prawo do istnienia. Załóżmy, że ma to miejsce. Jakie są główne problemy terytorialne?

Najmniej kontrowersyjna jest Strefa Gazy. Ariel Szaron zdecydował się na wycofanie wszelkich wojsk i osadników z tamtego terenu. Decyzja ta wywołała niezwykłe kontrowersje, jednak „Arik” postawił na swoim. Dzięki autorytetowi i niewątpliwej charyźmie. Mówiło się wtedy o tzw. jednostronnym procesie pokojowym. Miało go zapewnić wycofanie się ze SG i mur bezpieczeństwa. Izrael chciał bezwzględnie odzdzielić się od Palestyńczyków. Szarona, przed realiacją takiego scenariusza, powstrzymały dwie rzeczy – opór w partii i choroba. Generalnie jednak Izraelczycy nie mają żadnego interesu w utrzymywaniu Strefy Gazy, dlatego przy potencjalnych negocjacjach oddaliby ją bez płaczu. Oczywiście, pod pewnymi warunkami, ale to są już kwestie dla negocjatorów.

Mniej oczywista wydaje się kwestia Zachodniego Brzegu Jordanu. Żydzi są skłonni oddać około 80-90% terytorium, ale chcą również zachować swoje osiedla. Tutaj widać poważny zgrzyt, bo Palestyńczycy domagają się całego ZBJ i wycofania osiedli. Problem polega na tym, że wspomiane 10% terytorium zabiera sam mur bezpieczeństwa, który obejmuje w ten sposób część żydowskich osiedi. Palestyńczycy uważają to za politykę faktów dokonanych. Uznają też, że samo zgodzenie się na granice sprzed roku 1967 byłoby ustępstwem z ich strony. Trudno więc wypracować tutaj dobre rozwiązanie. Generalnie uważam, że najrozsąniejsze byłoby wycofanie osadników. Izrael ma miejsce i pieniądze, by ich przesiedlić, a być może w części kosztów partycypowaliby Palestyńczycy. Osadnicy jednak nie chcą opuszczać ZBJ, a część polityków próbuje zbijać na tym kapitał (w tym wspomniany już wcześniej Netanjahu). Gorzej z problemem ziemi ZBJ, bo obie strony nie będą chciały ustąpić. Niewątpliwie jednak, przy olbrzymiej determinacji obu stron, powstałaby formuła zadawalająca obie strony. Trzeba jednak napisać, że postawiony mur oddala perspektywę pokoju, a nie ją przybliża.

Jerozolima. To jest dopiero prawdziwa szukanie wyjścia z labiryntu Minosa. Tam właśnie oficjalnie znajduje się stolica Izraela. Palestyńczycy również nie wyobrażają sobie, aby w ich nowo powstałbym państwie Jerozolima nie miała takiego statusu. W przypadku Żydów i Palestyńczyków łączą się z tym kwestie religijne, tj. znajdujące się w mieście: Ściana Płaczu i Wzgórze Świątynne. Trudno znależć, to będzie chyba trafne powiedzenie, salomonowe wyjście z tej sytuacji. Żadna ze stron nie zgodzi się, aby Jerozolima znajdowała się pod jurysdukcją tego drugiego. Nie można również dokonać podziału na np. „Jerozlimę Wschodnią” i „Jerozolimę Zachodnią”, bo byłoby to sztuczne. Jeśli podzielić by miasto etnicznie, mielibyśmy do czynienia z dziesiątkami enklaw. Były też propozycję, by nadać miastu status międzynarodowego. Pole negocjacyjne obydwu stron w tej sytuacji jest jednak bardzo nikłe. Przez m.in. Jerozolimę upadł ostatni plan pokojowy..

Z „terytorialnych” pozostaje jeszcze sprawa połączenia SG z ZBJ. Terytoria te są od siebie odzdzielone i Palestyńczycy, co naturalne, chcieliby je połączyć. Problem w tym, że nie ma takiej możliwości, bo to oznaczałoby bardzo niekorzystne rozwiązania dla Izraela. Tel Awiw nie odda żadnych terenów pod jurysdycję palestyńską. Może jednak poprowadzić np. eksterytorialną autostradę. Istnieją jednak rozwiązania, które – przy pewnej detereminacji – można by wprowadzić. Problemu jednak nie można bagatelizować, bo w tym przypadku to Izrael musiałby pójść na poważne ustępstwo. Palestyńczyków z kolei formuła w/w autostrady wcale nie musi zadowalać. Jest to więc kolejny martwy punkt.

W dzisiejszej notce omówię jeszcze trzecią sprawę, którą są uchodżcy. Pewne jest jedno: Izrael ich nie może przyjąć, bo oznaczałoby to naturalną śmierć tego państwa. Żydzi staliby się mniejszością w swoim kraju. Arabowie muszą to sobie w końcu uświadomić. Sprawę można jednak rozwiązać – jak to proponował Piotr Wołejko w swoim wpisie – przy pomocy symbolicznych odszkodowań. Każdy przesiedleniec dostałby określoną kwotę, a jeśli by nie żył, to kwota ta dzielona byłaby między jego dzieci. Tych ludzi mogłoby przyjąć państwo Palestyna. W zasadzie jest to jedyne wyjście z tej sytuacji, bo sprawę uchodżców trzeba jakoś doprowadzić do końca. Przecież nie wszyscy będą chcieli wracać. Obecnie to kolejny martwy punkt, bo Żydzi nie czują się zobowiązani wobec uchodzców, a że nie trwają obecnie żadne negocjacje, nikt nie rozważa powaznie tej kwestii. Izrael ma zresztą problem z własną mniejszością arabską, która ma niezwykle wysoki przytost naturalny.

Poruszyłem jedynie te najważniejsze kwestie. Istnieje jeszcze co najmniej kilkanaście kontrowersyjnych punktów. Na sprawę rozmów pokojowych wpływają również państwa ościenne (nie opisywałem problemu Wzgórz Golan). Celowo nie porszuam tej kwestii. Chciałem pokazać jedynie te największe kontrowersje. Wybrałem trzy kluczowe zagadnienia. Uważam, że ad. 2008 nie ma woli podpisania pokoju. Może sytuację zmieni „change” Baracka Obamy? Na razie się na to nie zanosi, brakuje impulsu, a konflikt się pogłębia. Sytuacja przypomina zakochanych, którzy mieli bolesne rozstanie. Są na siebie skazani.
 

Porażka w Strefie Gazy

Brak komentarzy

Zawieszenie broni w Strefie Gazy, w obecnej formule, jest zdecydowaną porażką zarówno państwa Izrael, jak i organizacji Hamas. Spełniły się przewidywania, według których konflikt zakończy się przegraną zarówno jednej, jak i drugiej strony. Taki scenariusz rozważałem m.in. w tekście „Bajońskie zawieszenie broni”, jednak wtedy uznałem, że Izrael prawdopodobnie nie zgodzi się na takie warunki. 

Po krótkiej przerwie wracam do opisywania wydarzeń z zakresu polityki międzynarodowej. Zajmować się będę tym, co lubię najbardziej, a więc analizowaniem. 

Klęska Hamasu jest bardzo prestiżowa. Okazało się, że Chaled Meszal i spółka nie mają żadnych skutecznych rozwiązań militarnych przeciwko Izraelowi. Straty jednej i drugiej strony są niewspółmierne, a Hamas może tylko sobie o zwycięstwie pomarzyć. Bojówkarze wyglądali na totalnie zaskoczonych, a za hańbiące należy uznać chowanie się za cywilami. W świecie arabskim Hamas też raczej nie zyskał respektu, bo okazał się papierowym tygrysem. Realne wsparcie irańskie zaś z kolei ma w sobie tyle prawdy, co legenda o szewcu Dratewce. Hamas wychodzi z wojny cały, ale ośmieszony. To prawda, że nie doszło do prawdziwych walk w miastach, ale Palestyńczyków nie powinno dziwić, że Izrael starał się ograniczać straty własne. Do tego należy dodać legendarne już ataki rakietowe, które okazały się w czasie trwania konfliktu nie tylko moralnie naganne, ale również nieskuteczne. Nie wyobrażam sobie taraz szacunku dla Hamasu w państwach arabskich, nawet tych nastawionych antyizraelsko. Należy zaznaczyć, że to Hamsowi bardziej zależało na zawieszeniu broni, co świadczy o braku wypracowania żadnej innej taktyki, niż ta przewidująca, że należy prowokować jak największe straty wśród ludnosci cywilnej. Hamas nie ma zresztą już prawdziwych przyjaciół, a jedynie znajomych z rozsądku. Egipt de facto stanął po stronie Izraela, Iran zakończył swój udział w konfikcie na „groźnych pohukiwaniach”. Co prawda serwis debka.com donosił, że ajatollahowie wymyślili sposób na wzmocnienie palestyńskich radykałów. W bój mieliby zostać posłani piraci z Somalii, którzy dostarczyliby broni. Już widzę piracką flotę przepływającą Kanał Sueski wpływającą na izraelskie wody terytorialne i np. walkę z łodziami podwodnymi. Ktoś z tymi pirtami miał naprawdę niezłą wyobraźnię. Dobrze, że do pomocy Hamasowi nie wyznaczono jeszcze Batmana. Iran w każdym razie nie udzielił żadnego realnego sparcia Hamasowi. Nie wystrzelił żadnej rakiety, nie straszył embargiem. Nie stać Teheranu na takie fajerwerki. Syria też ograniczyła się do pohukiwań i robiła wszystko, by nie sprowokować Izraela. W Libanie również było spokojnie, pomijając jeden – i jak się okazało – niegroźny incydent. 

Izrael z kolei zgodził się na zawieszenie broni, które reguluje sytuację jedynie czasowo. Fundamenty Hamasu zostały nienaruszone. Kilkuset bojówkarzy zginęło, ale na ich miejsce przyjda nowi. Zniszczona została część broni należącej do fundamentalistów. Ustało ostrzeliwanie i wzmocniona zostanie kontrola na granicy z Egiptem, tak by ograniczyć przemyt broni. Czy jednak Hamas został zniszczony? Czy władza Hamasu w Stefie Gazy została podważona? Czy proces pokojowy posunął się naprzód? Czy szanse Mahmuda Abbasa na przejęcie władzy w Gazie się zwiększyły? Nie. Obecne zawieszenie broni utrzymuje status quo. W dodatku bardzo nagłośniona została kwestia bombardowania przez Żydów obiektów cywilnych, a to raczej nie sprzyja dobrej opinii w świecie. Izrael pokazał, że jest bezwzględny i nie cofnie isę przed niczym, co w ocenie władz zagwarantuje bezpieczeństwo. Wyleczone zostały jedynie skutki, a nie przyczyny, a to w tym przypadku grozi nawrotem choroby. Nie wiem daczego skupiono się na ataku ilościowym, kosztem jakościowego. Życie ocaliłoby wielu cywilów, a zabicie liderów Hamasu na pewno byłoby naprawdę potężnym uderzeniem w tę organizację. Izrael zwięksył również nianawiść palestyńskiej ulicy wobec siebie. Nikt nie uzna przecież, że za obecną sytuację odpowiedzialny jest Hamas i jego nierozważna polityka. Szczególnie nie będą tego analizować młodzi chłopcy. Operacja w Gazie przyczyniła się więc do umocnienia władzy fundamentalistów w Strefie Gazy. Nie przypuszczam, by stali się oni teraz mniej bezwzględni. Ich pozycja jest obecnie bardzo stabilna, a pośrednio otrzymali międzynarodowe gwarancję, że nikt jej nie będzie podważał. Najlepiej wie to sam prezydent Abbas. Kolejny przegrany tego konfliktu.

Optymiści twierdzą, że pieniędzmi na odbudowę Strefy Gazy będzie rozporządzał m.in. Abbas. W tym też upartują szansy na przejęcie przez al-Fatah władzy. Problem leży jednak w tym, że prezydent dysponuje pieniędzmi już od jakiegoś czasu i nie widać, by Palestyńczycy patrzyli na niego z dużo większą sympatią. Konstaty Gebert w „Wojnie czterdziestoletniej” opisuje takie zdarzenie, że na posiedzeniu gabinetu Arafat w komentarzu do propozycji wprowadzenia kary obcięcia ręki za łapówkarstwo, zapytał – ponoć serio – swoich ministrów, ilu z nich będzie w stanie prowadzić samochód jedną ręką? Nie sądzę, by poziom korupcji po jego śmierci drastycznie spadł . Palestyńscy dignitarze to często bardzo bogaci ludzie. Inne pytanie brzmi, czy warto odbudowywać Strefę Gazy, jeśli później znowu treba będzie ją niszczyć?  

Według Carla von Clausewitza wojna to przedłużenie polityki. W grobie by się przewracał, widząc jak jego myśl realizuje Izrael. Bitwa z Hamasem raczej przypominała walkę dwóch gimnazjalistów podczas popularnej – przynajmniej za moich czasów – sołowki, aniżeli zaplanowany i rozważny element polityki zagranicznej. Hamas z kolei nie rozumie, że dopóki nie zmieni swojego nastawienia względem istnienia Izraela, dopóty zawsze w tej solówce będzie wychodził bardziej poobijany. Kiepsko to wyglada, dostać kilka popularnych „strzałów”, a potem chodzić po szkole dumnym jak paw. 

Więcej na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie

- Strefa Gazy: prosto z mostu o prawie do życia

 

- Bajońskie zawieszenie bron

- Na Bliskim Wschodzie bez zmian

- Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy

- Wjechali!

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

 

 

Strefa Gazy: prosto z mostu o prawie do życia

Brak komentarzy

p> Czy na Bliskim Wschodzie istnieje jeszcze coś takiego, jak prawo do życia? Mam coraz większe wrażenie, że nie. Pisząc notki na temat obecnego konfliktu, zauważam, że bardzo dobrze zorganizowana jest grupa komentatorów popierająca interwencję izraelską. Nie wnikam w ich pochodzenie ani inne prywatne sprawy, ale doskonale wpasowują się w medialny nurt, który nazwałbym proizraelskim. Dlatego właśnie moje uwagi, gdzie świat nie jest czarno-biały, jedni są winni, a drudzy niewinni lub źli i dobrzy, są uznawane za „propagandę antyizraelską”. 

Dzisiaj chciałbym poruszać kwestię dla mnie fundamentalną. Prawa do życia. Pisałem już o Palestyńczyku, którego poznałem w Dortmundzie i popierał on „częściowo Hamas i częściowo Fatah”. Czy ten Palestyńczyk to terrorysta? Czy zasługuje na śmierć? Czy ten emigrant, zapewne przymusowy, będzie nadal popierał „częściowo Hamas, częściowo Fatah”, czy już w całości ugrupowanie radykalniejsze?

Czy naprawdę muszę wklejać takie zdjęcia, by ludzie pojęli ogrom tragedii? To naprawdę nie jest film akcji.

lub takie

Więcej zdjęć i zarazem źródło

Wkleiłbym również zdjęcia izraelskich ofiar tego konfliktu, ale są to głównie żołnierze, w związku z tym dostęp do zdjęć jest zapewne ograniczony. Przepraszam, nie znalazłem. Pamiętam o tym, że Żydzi też giną. Chociaż niesamowicie widoczna jest dysproporcja – 13 Żydów na około 1000 Palestyńczyków. O rannych nie będę pisał.

Przechodzę więc do głównego wątku mojego dzisiejszego tekstu – prawa do życia. Każdy człowiek dysponuje od swojego urodzenia albo poczęcia (w zależności od światopoglądu) prawem do życia. To prawo nie jest jednak uznawane ani przez izraelskie władze, ani przez Hamas. Zresztą, ten drugi to według mnie organizacja terrorystyczna. Jej celem są w dużej mierze cele cywilne, w związku z tym nie mogę ich nazwać np. partyzantami. Terroryści uderzają w cywilów, w dodatku z premedytacją. Nie ma więc tutaj zadnej wątpliwości. Hamas = terroryści. Według mnie, ale również według Stanó Zjednoczonych i Unii Europejskiej.

Czy jednak państwo izraelskie jest państwem terrorystycznym? Tutaj zaczyna się duży problem, bo istnieją argumenty za tą tezą oraz przeciw niej. Ja dokonam tylko ogólnej oceny i stwierdzę: Izrael nie respektuje prawa Palestyńczyków do życia Czy Żydzi tego chcą, czy nie, gdyby nie interwencja w Strefie Gazy, to ci wszyscy cywile by żyli. W związku z tym Izrael ponosi odpowiedzialność za ich śmierć. Po Hamasie, czyli terrorystach, nie spodziewam się niczego dobrego. Innych standardów mogę jednak oczekiwać od państwa prawa. Dlatego jestem rozczarowany, bo rozumiem, dlaczego należy zniszczyć Hamas. Nie popieram jednak metody, bo Żydzi byli świadomi tego, jak duże będą straty ludności palestyńskiej. Izraelczycy dokonali prostego rachunku sumienia i wyszło im, że lepiej by ginęło np. kilkuset cywilnych Palestyńczyków niż kilku cywilnych Zydów. Można w pewien sposób to rozumowanie zrozumieć, bo przecież Izrael musi przede wszystki bronić swoich obywateli. Tylko, że reakcja jest nieproporcjonalna, a wkalkulowane zabijanie cywilów nikomu chwały nigdy nie przyniesie. Izrael nie walczy już o swoje przetrwanie, a handluje życiem. 

Wojna to też wiele rozterek moralnych. Czy należy zabić jednego bojownika, a przy okazji jego dwie żony i troje dzieci? Co z ich prawem do życia? Czy gdyby Izraelowi naprawdę zależało na ich życiu, to nie użyłby swoich perfekcyjnych komórek wywiadowczych do akcji takiej, jakie przeprowadzał w przeszłości wobec najpotężniejszych terrorystów? Zginęłaby tylko jedna osoba, w dodatku ta, co powinna. Można oczywiście tłumaczyć, że te żony to pewnie potencjalne terrorystki były, a młodzież i tak wstąpiłaby do Hamasu. Karząc zbiorowo można by taki sam model zastosować np. w rodzinach pataologicznych. Ojciec bije matkę? Zamknijmy też ją i ich dzieci, bo miały do czynienia z patologią i mogłyby robić to samo. Bez sensu. Trudno wyprowadzić rachunek, ilu cywilów jest warty jeden terrorysta. Żydom jest łatwiej, bo przecież nie chodzi o ich życie.
 
Znowu delikatna kwestia – a jak tam z poparciem cywilów dla Hamasowców i co z Hamasowcami „przebranymi” za cywilów? Wg danych podawanych przez szpitale i ludzi z Gazy, zginęło ponad 1000 osób, z czego ponad połowa to ofiary cywilne. Obraz ten próbują zmieniać komentatorzy (np. Eli Barbur), którzy piszą, że część Hamasowców przebrana jest np. w strój personelu sanitarnego, w kitle medyczne etc etc. Tak, na pewno Hamasowcy postępują w taki sposób. Być może dane są więc odbrobinę zawyżone, ale przecież nie wszyscy ludzie, którzy zginęli w stroju cywilnych to przebrani bojówkarze. To nie jest żaden reality show w stylu „Big Brothera”. Ginące dzieci to nie antyizraelska fikcja, a realny obraz rzeczy. 

Sceptyczny mam też stosunek do opowieści, jak to Palestyńczycy sami idą pod bomby. Przy tej gęstości zaludnienia to po prostu niemożliwe, by w czasie bombardowania w pobliżu nie było ludności cywilnej. Doskonale wiedział o tym Izrael, gdy decydował się na operację. Doskonale wie też o tym Hamas, który próbuje się uratować na tragedii ludzkeij. Podli tchórze. Wracając jednak do wątku cywilów. Będę ironiczny, ale nie wyobrażam sobie matki, która mówi do swojego syna „no, dostałam smsa od Żydów, że będą bombardować xyz, więc Ahmed, weż małego Hassanka i tam trochę pobiegajcie, my z tatusiem zaraz dojdziemy”. Już sama afera o telefonach jest ironiczna, bo przecież żona takiego terrorysty nie dostanie telefonu „niech pani weźmie dzieci i wyjdzie z domu, bo zaraz wpadniemy zlikwidować pani męża”. W dodatku, nie zawsze przecież ludzie odbierają telefony. Albo czasami ich w domu nie mają. Ciekawe, czy Żydzi dzwonili też do tej ostrzelanej szkoły i siedziby ONZ? Ja jednak proponuje podejść do sprawy z większym rozsądkiem, bo gdyby Izraelczycy dzwonili do każdego domu i każdej siedziby, to w budynku na pewno nie byłoby terrorystów. Ta metoda jest więc skuteczna głównie w przypadku np. magazynów z bronią.

Przyjmijmy – dla rozważań – że co drugi zabity Palestyńczyk to terrorysta. Jaka więc to jest sprawiedliwość dla tej połowy, która nie zasłużyła na śmierć? Jak można, przy takich stratach, mówić o chirurrgicznych cięciach? Co z tym lekarzem, który był bardzo pokojowo nastawiony, a Żydzi przez pomyłkę zabili mu troje córek (i ich kuzynkę). Ja nie twierdzę, że Izraelczycy zrobili to przez przypadek, to pewnie naprawdę była pomyłka. Takie jednak zdarzały się częściej.

Ja, jako komentator, mam ten komfort, że nie jestem ani Żydem, ani Palestyńczykiem. Nie mam też z nimi żadnych związków, w związku z tym trudno uznać, żebym był wcześniej uprzedzony do którejś ze stron. Generalnie to wszystko mnie przygnębia. Izrael ogłosił w nocy jednostronne zawieszenie broni i jednocześnie pozostawił wojska w Strefie Gazy. Walki mają więc teraz nieciągły charakter. Hamasu nie udało się jednak zniszczyć. Olmert twierdzi, że cel operacji został zrealizowany. Na pewno militarnie Izrael zgniótł Hamas Ja jednak ciągle zastanawiam się nad tym, po co to wszystko było? Żeby zabić kilkuset bojowników, zniszczyć część magazynów i zablokować ostrzeliwanie (chociaż to ostatnie na dziś jeszcze nie zostało osiągnięte)? Hamas zregeneruje isę personalnie, to nie ulega wątpliwości, bo młodzież ze Strefy Gazy nie wybaczy Izraelowi bombardowań, broń też pewnie uda się jakoś zdobyć, a ostrzeliwanie to według mnie bardziej kwestia prestiżowa. Proces pokojowy – jak stał, tak stoi dalej. Terroryści, jak istnieli, tak będą istnieć dalej. 

Warto było?

Więcej na temat obecnego konfliktu

- Bajońskie zawieszenie broni

- Na Bliskim Wschodzie bez zmian

- Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy

- Wjechali!

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

Bajońskie zawieszenie broni

Brak komentarzy

 Czy potencjalne zawieszenie broni przelamie impas na Bliskim Wschodzie? To wszystko zależy od warunków. Wczoraj Hamas zaproponował roczne zawieszenie broni, w zamian za wycofanie wojsk izraelskich ze Strefy Gazy. Do tego doszliby np. tureccy obserwatorzy, otworzenie granic oraz konferencja na temat odbudowy Strefy Gazy. Hamas stara się więc stawiać warunki, na które Żydzi i tak nie przystaną. Jest to jednak zaproszenie do rozmów w specyficznej formie. Izrael, jednocześnie, w stosunku do państw europejskich występuje w tym momencie w roli damy, w przypadku której należy zgadywać, jakie ma zachcianki. 

Jest to de facto powrót do sytuacji z początków grudnia. Takie porozumienie udowodniłoby tezę, że nie da się jednocześnie zatrzymać pieniążka i cnoty. Hamas przegra i Izrael przegra. W gruncie rzeczy takie same warunki można było ustalić przed samą interwencją, a ile osób ocaliłoby życie i swój dobytek? Tak naprawdę, w natłoku medialnych doniesień, trudno powiedzieć, kto rozpoczął ten konflikt. Starcie było jednak nieuniknione, bo ani Hamas, ani Izrael, nie wiedzieli, jakimi kartami dysponują. Teraz to wszystko wydaje się jakby bardziej oczywiste. Za duże jednak są tego koszty.

Jeżeli Izrael zaakceptuje takie (lub podobne) porozumienie, to poniesie polityczną klęskę. Celem operacji było zniszczenie Hamasu, a zatrzymanie operacji militarnej – pod presją UE i Rosji – przekreśliłoby jakąkolwiek szansę na zrealizowanie tego planu. Należy też pamiętać, że 50-70% ofiar bombardowań, to cywile. Po wycofaniu się Cahalu nie będzie medialnego „zmiłuj się” nad zniszczonymi szpitalami, siedzibami ONZ, szkołami etc. Karta może się odwrócić, propagandowo zwycięski Izrael straci wiele medialnych atutów, pojawią się niekorzystne reportaże. Psychologowie twierdzą, że większość ludzi ma wzrokowy system reprezentacji. Widząc zdjęcia i nagrania z Gazy na pewno nie pomyślą, że niemożliwe było uniknięcie tych bombardowań, a izraelskie cele usprawiedliwiają takie działania. Należy też dodać, że straty izraelskie w trakcie tej interwencji wynoszą mniej więcej tyle, ile życia straciło Żydów w trakcie kilku lat ostrzału rakietowego. Na co więc było to wszystko? Izrael jedynie potwierdzi swoją bezwzględność i determinację, ale nikt w te cechy akurat nie wątpił. Słowem: Izrael takiego rozejmu raczej nie przyjmie. Poza tym obecnie to jego sytuacja jest lepsza. Będą trwały rozmowy i to Żydzi mają większy komfort. Ryzyko się opłaciło.

Hamas sam się przyznaje do porażki. Propozycja zawieszenia broni nie wynika przecież z troski o cywilów, a z faktu, że Hamas nie spodziewał się tak wysokiej skuteczności operacji izraelskiej. Hamas to nie Hezbollah, jego siły były przeszacowane. Hamasowcy zdali sobie również sprawę z tego, że przed Żydami nie ma ucieczki. Może militarna porażka w Gazie spowoduje, że radykalni Palestyńczycy nabędą taką istotną cechę, jak umiejętność realistycznej oceny sytuacji? Ukąszenia komara, choć nieprzyjemne, okazały się mniej skuteczne, niż przypuszczał Hamas. Co prawda nie doszło jeszcze do prawdziwych walk w miastach, ale Hamas zdał sobie sprawę, że z tego starcia nie wyjdzie zwycięski i nie zmusi siłowo Izraela do wycofania się. Stąd propozycja zawieszenia broni, która pozwala utrzymać władzę, ale jednocześnie podkopuje autorytet Hamasu. Zaprzestanie ostrzeliwania rakietami to sprawa raczej prestiżowa niż faktyczna. Taka likwidacja pretekstu, chociaż Hamasowcy zdają sobie sprawę, że posiadane przez nich rakiety są niezbyt groźne. Więcej osób ginie na drogach niż od palestyńskich „rakiet”. Hamas ma nadzieję wrócić do statusu quo, ale to Żydzi starają się narzucać porozumienie z pozycji siły. Hamas – na dziś – raczej się nie złamie. Ma jeszcze kilka atutów. Wszystko będzie zależeć od elastyczności stanowisk. Izrael ma czas, gorzej z Hamasem. A cywile giną…

Zapowiada się więc na to, że żadne zawieszenie broni nie zostanie dziś ani jutro podpisane. W zaciszu gabinetów trwają rozmowy, jednak Izrael – nie niszcząc Hamasu – odniósłby fiasko operacji, której ukończenie jest jeszcze możliwe. Zyskałby jedynie zawieszenie broni, którego przedłużeniem wcześniej nie był zainteresowany. Ehud Olmert wyszedłby na durnia. Spełnienie żydowskich warunków przez Hamas na dzien dzisiejszy byłoby zbyt upokarzające, a na to radykałowie nie mogą sobie pozwolić. Od dalszych postępów „Płynnego Ołowiu” zależy zawieszenie broni. Wspólnota międzynarodowa jest za słaba, by cokolwiek na Izraelu i Hamasie wymóc. 

Nie ma więc co się ekscytować tymi wszystkimi newsami o możliwym szybkim zawieszeniu broni. Na sprawę należy spojrzeć z szerszej perspektywy. Politycznie można pisać, kto gdzie wygrał, kto jaką uzyskał przewagę, ale prawdziwego zwycięzcy nie będzie. Za to przegrali już wszyscy. Poza producentami broni. Długofalowo Hamas i Izrael nie osiągną swoich celów. Doraźny sukces jest wart tylko PR, nic więcej, a jego cena jest zdecydowanie niewspółmierna. Etniczny apartheid w XXI wieku.

Więcej na temat obecnego konfliktu

- Na Bliskim Wschodzie bez zmian

- Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy

- Wjechali!

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

Na Bliskim Wschodzie bez zmian

Brak komentarzy

 Konflikt w Strefie Gazy przedłuża się i nic nie zapowiada, by szybko się skończył. Co prawda zdarza mi się czytać, że – mniej więcej – „Hamas jest już na wyczerpaniu i błaga o rozejm”, ale tak naprawdę nie ma żadnego oficjalnego potwierdzenia tych informacji. Z kolei zachowanie izraelskiej dyplomacji wskazuje na to, że Żydzi realizują swój plan. Gdzieś tam na boku, między dyplomacją, a wojną, są cywile, którzy giną i są jedynie statystyką, jak to mawiał klasyk.

Obecny konflikt pokazuje, jak bardzo konieczna jest reforma Organizacji Narodów Zjednoczonych, a raczej zmodernizowanie jej do współczesnych realiów. Paranoją jest, gdy RB ONZ uchwala rezolucję, o zawieszeniu broni, a odrzucają ją obie walczące strony. Organizacja nie dysponuje przy tym żadnymi środkami przymusu. Po co więc nam takie tępe narzędzie wprowadzania pokoju? Okazuje się, że nie istnieje coś takiego, jak światowy hamulec bezpieczeństwa. Pokazały to też konflikty w Iraku i Sudanie, ale o tym poprawnie politycznie media nie pisały. Karta Narodów Zjednoczonych, choć wspaniale brzmiąca, okazała się papierem, który jak wiadomo, może znieść wszystko.

W komentarzach publicystów spotykam się z opinią, że Żydzi walczą o swoje prawo do życia. To chyba jedna z większych bzdur, jakie ostatnio miałem przyjemność czytać, a muszę przypomnieć, że powoli rozpoczynam przygotowania do sesji, w związku z tym z różnego typu „przyjemnościami” mam do czynienia na bieżąco. Cele operacji izraelskich można szukać w różnych miejscach. Można twierdzić, zgodnie z oficjalną propagandą, że Żydzi walczą o bezpieczeństwo i o to, by nie było rakietowych ostrzeliwań. Zgodzę się też z opinią, że celem wojny jest zmuszenie podmiotów międzynarodowych do objęcia kurateli nad Strefą Gazy i tym samym zabezpieczenie żydowskich interesów. Taki plan podrzucenia kukulczego jaja, jak nie ONZ, to państwom arabskim, może się udać. Niewykluczone, że Żydzi nie blefują i naprawdę chcą fizycznie wyeliminować Hamas. Mniejsza o moiją opinię na temat sensu takiej operacji, ale są to jakieś cele, które Cahal ma zrealizować. Tymczasem patetyczne uwagi o prawie do życia nie mogą być odbierane poważnie. Już pisałem o tym, że palestyńskie rakiety wyrządzały znikome szkody przez ostatiną dekadę i tak naprawdę gróźniejsi są zamachowcy-samobójcy, a ciekawe ilu ich przygotował Hamas do walki w centrum Gazy? Nie mogę jednak odrzucić tezy o tym, że rakiety zabijały (i zabijają) Żydów. Tak, robią to. Skuteczność rakiet jest jednak porównywalna z potencjalną skutecznością ataku maczugami na posterunek wojskowy. Łatwo można przeliczyć, jaki jest stosunek zabitych Żydów do zabitych Palestyńczyków. Oczywiście, Hamas w/w rakietami uderza w obiekty cywilne i jest to nie do zaakceptowania, ale w wyniku tych maczugowych ataków nigdy nie będzie zagrożony naród izraelski. Owszem. Walczył on o przetrwanie, ale w latach 1948-1949, 1967 i 1973 – wtedy Żydzi naprawdę toczyli boje o swoje być albo nie być. W roku 2009 Żydzi walczą o swoją pozycję i bezpieczeństwo. Dawid Ben Gurion może Ehudowi Olmertowi jedynie pozazdrościć.

Jednocześnie pogarsza się sytuacja Fatahu w Strefie Gazy. Hamas po prostu fizycznie eliminuje swoich politycznych przeciwników. Świadczy to o tym, że w obecnej sytuacji pozycja radykałów w wojnie palestyńsko-palestyńskiej wcale nie jest taka zła. Umiarkowani Palestyńczycy znaleźli się pod ścianą. Kogo zainteresują wołania Abbasa o swoich zwolenników, którym – podobno – są przestreliwane kolana? Mamy też wypowiedzi prezydenta Autonomii Palestyńskiej, które krytykują izraelską interwencję. Pisałem o tym od pierwszej mojej notki na temat obecnego konfliktu, chociaż wtedy spotykałem się z zarzutami, że się „nie znam” i patrzę ns sprawę „zbyt powierzchownei”. Fatah ma duży problem, bo z jednej strony jego popularność spadnie, a z drugiej nie może – mówię o sytuacji potencjalnej – przejąć władzy z rąk izraelskich, bo to dopiero byłoby harakiri. Tak źle, a tak niedobrze…

Hamas szykuje się do ulicznej walki. Ta organizacja – „reprezentująca Palestyńczyków” – dąży do tego, by straty w ludności cywilnej były jak największe. Jeżeli prawdziwe są doniesienia, że najważniejsi ludzie z Hamasu ukrywają się pod największym szpitalem w Gazie, to mogę jedynie napisać – hańba. Bojownicy nie wyjdą walczyć z Izraelem otwarcie, bo nie mieliby żadnych szans. Czołgi, lotnictwo, artyleria w starciu z przestarzałą bronią, którą dysponują hamasowcy, zgniotłyby radykałów. Dlatego to Palestyńczycy czekają na Żydów w miastach. Gra będzie toczyła się o jak największe straty armii izraelskiej. O ile rzeczywiście nie okaże się, że udało się podpisać jakieś zawieszenie broni. To cyniczne, ale Hamasowi bardziej opłaca się wyraźnie przegrać w SG, aniżeli podpisać bardzo niekorzystne zawieszenie broni. Pytanie: czy czołowi Hamasowcy są naprawdę gotowi zginąć? Może jednak wolą żyć? Jedno wiemy na pewno – cywile nie mają w ich świętej wojnie żadnego znaczenia. Takich sobie Palestyńczycy wybrali reprezentantów. 

W dzisiejszym komentarzu pociągnę jeszcze wątek irański, który moim zdaniem jest niesamowicie wyolbrzymiony. Strefa Gazy to obszar o niezwykle małej powierzchni, bardzo zaludniony. Teraz trochę uproszczę Palestyńczycy (w tym Hamas) to sunnici, a w Iranie rządzą szyici. Palestyńczycy to Arabowie, zaś Irańczycy to Persowie. W związku z tym poparcie irańskie ma charkter prestiżowy i polityczny, a nie realny. Nie ma prawdziej solidarności Ajatollahowie to bardzo rozsądni ludzie, wiedzą jaki jest potencjał izraelski i że mały Hamas nie zniszczy Izraela. Podtrzymują go, ale nie użyją żadnej ze swoich możliwości strategicznych, by pomóc Chaledowi Meszalowi i jego wesołej kompanii. Wszyscy mówią o tym, jak to Iran popiera Hamas, gdy tak naprawdę problemem jest realnie wspierany przez Teheran Hezbollah, który przed żydowskim atakiem się naprawdę obronił w 2006r. Czy więc Strefa Gazy jest rozgrywką między Żydami, a Irańczykami? Nie, Irańczycy może przesyłają broń dla Hamasu, ale w skali mikro i nie wiążą z tym żadnych nadziei. Nie jest to też żadna nauczka dla Ahmadineżada. Obecny scenariusz jest mu nawet na rękę.

Tajny ośrodek w Dimonie (tajny jak cholera) nadal stoi. Media podawały informację o tym, że może być on zagrożony. Co prawda jest strzeżony pewnie lepiej, niż Biały Dom, ale wyobrażam sobie, co by się stało, gdyby jednak Arabom udalo się uderzyć w reaktor atomowy. W sumie wtedy siła uderzenia objęlaby tez Strefę Gazy i Zachodni Brzeg Jordanu! Palestyńczycy sami zrobiliby sobie holocaust. Może więc nie warto panikować?

Najsmutniejsze jest to, że tak naprawdę nie ma realnych sposoóbów wygaszenia tego konfliktu – i w skali doraźnej, w Strefie Gazy ad 2009, i w skali ogólnej, czyli unormowania sytuacji i powstania państwa palestyńskiego obok państwa żydowskiego. Obie strony są zacietrzewione i zdeterminowane.
 

Więcej na temat obecnego konfliktu na Bliskim Wschodzie

- Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy

- Wjechali!

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy

Brak komentarzy

 Ilu jeszcze cywilów musi zginąć, by Izrael i Hamas uświadomili sobie, że w tym konflikcie będzie jeden wygrany militarnie – i to będą Żydzi, ale dwa przegrae narody – żydowski i palestyński. Generalnie jestem gruboskórny, ale jak czytam o tym, że czołg izraelski ostrzelał szkołę, tylko dlatego, że kiedyś z tamtego terenu wystrzelono rakietę, to pytam Gdzie jest granica? Czy śmierć jednego czy dwóch terrorystów jest równoważna z „koniecznością” zabicia kobiet i dzieci? A co, jeśli w budynku wcale nie było bojówkarzy, o czym mówi Organizacja Narodów Zjednoczonych? Czy państwo, w ramach przymusu, ma prawo zabijać niewinnych ludzi? Żydzi, ze względu na historię, powinni mieć szczególny szacunek dla życia.

Hamas okazał się – jakby to ujął Denis Diderot – kolosem na glinianych nogach. Fakty są jednak dwa. Bojówkarze są bez szans w bezpośednim starciu, mogą jednak zadawać straty. (w moich poprzednich postach anzwałem to ukąszeniami komarów). Do prawdziwych walk jednak jeszcze nie doszło. Czy Hamas coś szykuje, czy może nastawia się na walkę „w trakcie okupacji’? A może rzeczywiśćie jego struktury nie mają komunikacji i niedługo zaakceptują zawieszenie broni? Trzeba jednak napisać, że Zydzi ponieśli już w tej wojnie pierwsze straty. Dziennikarze nie mają dostępu do Strefy Gazy, coraz częściej spotyka się więc opinie, iż izraelskie dowództwo celowo zaniża swoje statystyki poległych i rannych. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, jak doskonale Izrael rozgrywa tę wojnę pod względem medialnym. Jeżeli dołożyć do tego koalicję z Kairem i Waszyngtonem, na razie „Płynny Ołów” jest sukcesem. Dysproporcje widać np. wtedy, gdy mało mówi się o ofiarach cywilnych w Gazie, a często powtarzanym newsem jest ostrzał Hezbollahu z północy, w wyniku któego …. ranne zostały dwie osoby. Współczuje im i ich rodzinom, ale nadal będę uważał, że życie w Gazie jest trudniejsze, bo tam nie tylko można zostać zabitym, ale również sytuacja gospodarcza jest katastrofalna.

Większość komentatorów nastawionych jest proizraelsko. Moi znajomi z reguły też zawsze posądzali mnie o ten punkt widzenia. Moim zdaniem, gdyby nie upartość Arabów w pewnych kwestiach, na Bliskim Wschodzie możliwy byłby pokój. Dlatego z niecierliwością czekam az ktoś w komentarzach nazwie mnie antysemitą. Były już koncepcje bym typował zwycięzców w „You Can Dance” i „Gwiazy tańczą na lodzie” (może mógłbym zastąpić Dodę w charakterze jurora?), ale ku mojej rozpaczy nie widzę tych programów w ramówce. Doceniam jednak te propozycje. Wracając jednak do meritum. Nawet, jeśli Izrael wygra militarnie i uda się wymusić na Hamasie zawracie zawieszenia broni na egipsko-izraelskich warunkach, to nie rozwiąże to ani jednego problemu – uchodżców, biedy, państwowości Palestyny, trudnej historii, Jerozolimy, muru bezpieczeństwa, osadnictwa żydowskiego oraz przemytu. To są realne problemy izralesko-palestyńskie, a nie rakiety, które przez blisko dekade zabiły mniej osób, niż jeden (góra dwa) naprawdę skuteczny atak przy pomocy zamachowca-samobójcy. Lepiej jednak pisać o tym, że zagrożony jest ściśle strzeżony „ośrodek w Dimonie”. Co prawda wszyscy wiedzą, co to za ośrodek, ale nie będę tego głośno pisał. Tajemnica Poliszynela. W każdym razie ośrodek jest komplekoso chroniony i rakiety palestyńskie po prostu nie są w stanie mu wyrządzić krzywdy. Co najwyżej tyle, co lewy prosty Andrzeja Gołoty w czasie walki z Rayem Austinem.

Przecież Żydzi i Palestyńczycy będą zmuszeni mieszkać koło siebie. Tylko bardzo naiwna osoba może sądzić, że ojciec dziewczynki, która zginęła w wyniku nalotu, nagle stwierdzi, że za wszystko odpowiedzialny jest Hamas. Raczej nie zagłosuje tez na Fatah. Można sobie tylko wyobrazić, co czuje taki rodzic w stosunku do Izraela. Nienawiść narasta, a poteguje ją jeszcze bieda. Mało się o tym pisze, ale Izrael celowo doprowadził do katastrofy humanitarnej w Strefia Gazy. Przed końcem zawieszenia broni. 

Mąż stanu myśli o natępnym pokoleniu. Czy tak właśnie czyni Ehud Olmert? Ostrzeliwanie z rakiet być może ustanie, ale pozostanie ocean nienawiści między narodami. Tak jest zawsze, gdy giną ludzie. Prawie połowa młodych Palestyńczyków dorośnie, ale w jakim duchu? Ekumenizmu? Nie sądzę… Tak naprawdę każdy chce żyć, ale jak wygląda Strefa Gazy w tym momencie? Czy ktoś z moich czytelników chciałby tam mieszkać na stałe?

Czytam o tym, że się nie znam, nie rozumiem Bliskiego Wschodu. Pal trzy, że są to gołe stwierdzenia, z reguły niepoparte argumentami, ale ja miałem możliwość rozmawiania z Palestyńczykami, którzy nie mogą wrócić do domu. Przez cały czas trwania konfliktu tłumaczę na swoim blogu, że problem izraelsko-palestyński nie ma charakteru militarnego, a jest polityczny. Ten Palestyńczyk, z którym rozmawiałem nie był ani zbyt dobrze wykształcony, nie miał w sobie też zacięcia intelektualnego. Typowy dzieciak pozbawiony dzieciństwa, bardzo sympatyczny. Gdy jednak spytałem się go o sympatie polityczny, powiedział, ze popiera w pewnych kwestiach Hamas, a w innych Fatah. Palestyńczycy nie dzielą partii na „zły” Hamas i „dobry” Fatah. Inni Palestyńczycy przyznawali, że są „za” Hamasem. Ta organizacja naprawdę wygrała demokratyzne wybory w Izraelu. U władzy był wtedy Fatah, więc trudno nawet zarzucić, iż doszło do poważnego fałszerstwa.  

Na marginesie mówiąc, z chłopakami zagraliśmy wtedy w piłkę nożną i skład polsko-indonezyjsko-irakijski (piata kolumna na bramce)-jemeński pokonał ekipę irakijsko-palestyńsko-algierską. Bomby nam pod pokój nie podłozyli, więc chyba im też się podobało ;)

Fotka sprzed dwóch lat.


Ten konflikt ma ludzką twarz. Po jednej i drugiej stronie giną przecież ludzie, a nie roboty. Czy za pomocą środków militarnych da się politycznie obalić Hamas? Raczej nie, bo Hamas rządzi z nadania Palestyńczyków. Można fizycznie usunąć Hamas, jednak kto będzie wtedy zarządał tym terytorium? Izraelczycy,? Czy Fatah „przyjmie” władzę z rąk izaelskich? Strefa Gazy ma 360 km2, dla porównania – powiat warszawski – 1766 km2. Powyższe dane pochodzą z wikipedii. Mówimy więc o bardzo małym terytorium, którego zajęce przez Izrael jest bardzo prostą operacją militarną. Co dalej?

Trzeba też zrozumieć Izrael. Sytuacja, w której ostrzeliwuje się obywateli, jest – delikatnie mówiąc – niekomfortowa. Hamas nie jest też patnerem do rozmów, bo jego statut mówi o zupełnym zniszczeniu Izraela. W dodatku radykałowie rozumieją jedynie argument siły, co świetnie wychodzi w trakcie tego konfliktu. Żydzi osiągają swoje doraźne cele, chociaż doniesienia z obozu Hamasu, o ich słabnięciu, są jak na razie nieoficjalne. Czy jednak ktokolwiek wyobraża sobie teraz izraelsko-palestyńskie rozmowy pokojowe? Hamas zresztą, jak na razie, to straszni tchórze, którzy chowają się za cywilami.

Jak rozwiązać problem wzajemnej nienawiści? Arafat grał z Izraelem w ciepło-zimno, ale w jakiś sposób gwarantował stabilność. Obecnie nie ma takiej osoby. Cele Hamasu są jasne, a Abbas – przy całej mojej sympatii do niego – nie jest charyzmatyczny. W ogóle mały się o tym mówi, ale radykałów Izrael wychował sobie sam. Mieli być batem na Fatah, a stali się największym wrogiem Izraela. Historia isę niewątpliwie śmieje w tym momencie.

Problemy, o których pisałem wyżej, wrócą po pewnym czasie jak bumerang. Uchodżcy palestyńscy nie mają swojego domu, nie mogą też wrócić do niego wrócić. Tutaj sprawa jest niewątpliwie wrażliwa, bo gdyby Izrael zgodził się na ich powrót w granice Izraela, przestałby istnieć jako państwo. Jest to newralgiczny punkt, bo Palestyńczycy muszą zrozumieć, że co się stało – już się nie odstanie i wrócić mogą, owszem, ale do nowo powstałego państwa palestyńskiego, a nie w okolice Hajfy. Pytania się mnoża, jak połączyć Zachodni Brzeg Jordanu ze Strefą Gazy? Jak uregulować status Jerozolimy? Obecnie na ten ten temat nawet nie toczą się rozmowy. Nikt więc nie stawia pytań, a skoro nikt ich nie stawia, to nikt też nie szuka odpowiedzi.

Za to na salonie możemy poczytać uradowanego Eli Barbura, któy jest żywym dowodem na to, że Żydzi mają przewagę w mediach. To coś nieprawdopodobnego, jak można „pomijać” straty ludnośći cywilnej w Gazie, a jak wyolbrzymiać „rakietowe” zagrożenie ze strony Hamasu, dramatycznie dodając, że część osób doznała szoku, bo w ich okolicy spadła jedna taka rakieta. Ciekawe, co czuły dzieci w szkole zaatakowanym przez czołg? W czym małe dziecko izraelskie jest lepsze od palestyńskiego? 

Wszystkim przypominam, że my ciągle mówimy o ludziach. Takich samych jak pan Eli Barbur. Ciekawe, jakby się Pan czuł, jakby to Pana ostrzelali?

Więcej o aktualnym konflikcie na Bliskim Wschodzie

- Wjechali!

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

 

Wjechali!

Brak komentarzy

Operacja „Płynny Ołów” przeszla w nową fazę. Korzystniejszą dla Hamasu. Jeżeli Izrael będzie chciał wjechać do miast, jego straty dramatycznie wzrosną. Już teraz mówi się o kilku zabitych Żydach, Hamas zapowiada porwania. Jak już pisałem wcześniej, będą to bardzo demoralizujące ukąszenia komarów. Na razie wjechały czołgi i Żydzi osłabiają siłę ognia Hamasu. W tym momencie przeszli do bezpośedniego ataku. Ehud Olmert pokazał, iż Żydzi nie boją się Hamasu, a ich fanatyczność nie jest odmienna od arabskiej.

Próbuje do sprawy podejść z dystansem, ale nie rozumiem żydowskiej strategii. To prawda, że bardzo poobijają Hamas, a może nawet uda im się całkowicie odciąć sod Strefy Gazy przy pomocy sił międzynarodowych. W ten sposób powstałby niewidzialny drugi mur bezpieczeństwa. Odpowiedzialność za spokój w Strefie Gazy przejęłaby ONZ. Ta operacja nie rozwiązuje jednak na poziomie długoterminowym żadnych izraelskich problemów. Jeżeli to jest inwazja, to Hamas przygotowywał się do niej miesiącami. To nie jest banda beduinów walcząca włóczniami, a zorganizowana struktura. Izrael jest w stanie potęznie uderzyć w organizacje, ale im dłużej będzie trwała operacja – tym gorzej dla Tel-Aviwu. Bez trwałej okupacji, bardzo ciężko będzie obalić rządy Hamasu, a oznaczałaby ona ogromne straty. Nie zapominajmy, że Hamas jest demokratycznym wyborem Palestyńczyków. Skoro popularność tej organizacji była tak olbrzymia kiedyś, to ciekawe, jaka jest teraz?

Jeżeli żołnierze wejdą do Gazy, to pewnie pojawią się zamachowcy-samobójcy. Prawdopodobne jest wznowienie ostrzeliwania przez Hezbollah. Co więc z tego, że Izrael wygra, jak nic z tego zwycięstwa nie będzie wynikać? Palestyńczycy wlaśnie w Żydach będą nadal widzieć swoich śmiertelnych wrogów. Będący na dnie proces pokojowy będzie już mógł tylko pukać od spodu, a pomiędzy w/w narodami umocni się kolejny mur – nienawiści. 

Codziennie czytam, że giną kolejni ludzie wysoko postawieni w hierarchii Hamasu (lub jej bojówki), jednak to tylko umacnia ich mit. Zostają męczennikami i zarazem bohaterami. Żydowska skuteczność, w umysłach Palestyńczyków, obraca się przeciwko nim. Izrael jest w stanie obalić Hamas, ale niewyobrażalnym wysiłkiem, a w efekcie wbrew Palestyńczykom, co spowoduje, że siły sprawujące rządy w późniejszym czasie, nie będą ani prawowite, ani stabilne. Znowu, Mahmud Abbas dostanie rykoszetem.

Naprawdę podziwiam izraelską precyzję i skuteczność. Najnowocześniejsze technologię, doskonale wyszkolenie, ale to nie jest droga do zwycięstwa. Być może strategia Izraela zakłada instalację wojsk ONZ w ramach sił buforowych – o tym pisałem wyżej, ale wystarczy, że jedno z państw zavetuje tak zaproponowaą rezolucję i tyle będzie z tego planu. Według mnie Olmert z Barakiem muszą meć inny, bo ten jest dość ryzykowny, choć korzystny dla Izraela. Może naprawdę chcą obalić Hamas? Naród żydowski pewnie w zamian za to zapłaciłby wysoką cenę. Krwi swoich żołnierzy. Zaczęły się długie i strome schody.

Hamas (i Hezbollah) nie stanowią same w sobie zagrożenia militarnego dla Izraela, ale dzięki tym organizacjom ciężko Żydom czuć się bezpiecznie. Palestyńczyków uda się bez problemu pokonać na poziomie statystyk i rozwiązań politycznych, ale w polityce gra, w której jeden przegrywa, a drugi wygrywa, jest najgorszą z możliwych. Proces pokojowy miał doprowadzić do sytuacji, by obie strony „zwyciężyły”, a obecnie widzimy miniwojnę Dawida z Goliatem. Ciężko by Żydzi nie pokonali „armii” z przestarzałym sprzętem, bez lotnictwa i sił pacnernych. Przestałem wierzyć, że chodzi o te rakiety. Żydzi są czuli na punkcie swojego bezpieczeństwa, reakcja jest zupelnie nie proporcjonalna. Stanowiska można było niszczyć z powietrza, a nie zajmować je czołgami. Usprawiedliwienie za to jest idealne: wkroczyliśmy, zajęlismy stanowiska, dzięki czemu nie będzie ostrzeliwań teraz i w przyszłosci.

W tej sytuacji nie dziwi fakt, że Izrael odrzucił proponowany 48-godzinny rozejm. To zupłenie psułoby mu jego plan. Skoro Hamas nie złożył broni i nie zgodził się zaprzestać ostrzeliwania, to pora wprowadzić kolejny „argument”. Siły lądowe. Cała strategia jest świetnie przygotowana i żadne izraelskie ruchy nie są improwizowane. Ciekawy jestem, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Szczególnie, że niedługo przedterminowane wybory parlamentarne i  czas rozliczeń.

 

Więcej o aktualnym konflikcie na Bliskim Wschodzie

- Wjadą czy nie wjadą?

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

Wjadą czy nie wjadą?

Brak komentarzy

  Ile czasu potrzebował Izrael, by zająć półwysep Synaj, Strefę Gazy, Wzgórza Golan oraz 
Zachodni Brzeg Jordanu? Dokładnie 6 dni. W czasie wojny sześciodniowej. Był to rok 1967, czyli ponad 40 lat temu, kiedy technika wojskowa była dużo gorzej zorganizowana. Czy w roku 2009 ( ;) ) Żydzi potrzebują więc kilku dni, aby uderzyć na Strefę Gazy? Maja taka możliwość w każdym momencie, zgrupowanie wojsk na granicy to głównie demonstracja, a nie „długie i żmudne przygotowania do interwencji”.

Historia państwa izraelskiego uczy nas, że Żydzi w imię osiągania swoich celów są w stanie zrobić niemal wszystko. Za każdym razem, gdy Arabowie sprawdzali, czy Tel-Aviw blefuje (1956, 1967), natrafiali na karetę asów. Arabowie nie chcą powtórzyć tego samego błędu, wiedzą, że Izrael – jak będzie trzeba – do Strefy Gazy wjedzie. Wejście lądowe jest jednak planem B albo C izraelskiego rządu. Ehud Barak mówił ostatnio o tym, że na razie nie przewiduje uderzenia lądowego. Tak naprawdę mobilizacja na granicy, to na razie głównie pokaz siły, groźba, próba narzucenia rozejmu na własnych warunkach . Dopiero, gdy to nie przyniesie skutku, Izrael może uderzyć. O tym, że byłoby to bezsensowne pisałem w moich poprzednich notkach. W skrócie: Izrael narazi się na bardzo duże straty, osiągnie cele tymczasowe, ale te długofalowe – takie jak np. pokój – oddalą się jeszcze dalej. Poza tym Żydzi sami wychowają sobie radykałów wśród bardzo licznej młodzieży. 

Izrael tak naprawdę nie chce uderzyć lądowo, bo ma środki, by niszczyć cele w Strefie Gazy bez udzialu czołgów. Gdyby Olmert z Barakiem naprawdę chcieli przeprowadzić inwazję, już by to zrobili. Gra toczy się o Hamas i jego pozycję. Rakiety odpalane na izraelskie miasta są problemem bardzo prestiżowym, ale o dość małym realnym znaczeniu Palestyńczycy je odpalają, ale nie powodują one realnego zagrożenia. Na pewno dużo mniejsze inż palestyńscy zamachowcy-samobójcy, którzy atakowaliby izraelskich żołnierzy, gdyhy ci pojawili się w Strefie Gazy.

Jeżeli Hamas ugiąłby się pod naporem Izraela i opinii międzynarodowej, to byłaby to niezwykle dotkliwa porażka dla tej organizacji. Ponieśli duże straty, świat arabski pomaga im jedynie pozornie, a tak w rzeczywistości ze spokojem patrzy, jak niszczona jest infrastruktura i giną bojówkarze. Kompromitujące dla Chaleda Meszala jest też to, że Hamas nie potrafi do tej pory w żaden sposób odpowiedzieć na izraelski atak. Prawdopodobnie jedyną szansą na wyjście z twarzą dla Hamasu jest teraz izraelska inwazja, do której radykałowie są odpowiednio przygotowani. Hamas, podpisując rozejm pod bagnetami, okazałby się słaby, a Palestyńczycy mogliby uznać, że jest bardzo nieskuteczny i źle reprezentuje ich interesy. Żydzi standardowo odrzucają wszelkie propozycje przerwania ognia, bo chcą trzymać radykałów pod nieustanną presją, a 48 godzin zawieszenia godzin byłoby korzystne głównie dla Hamasu. Jeżeli ktoś myśli, że w tych kalkulacjach – z jednej i drugiej strony – są brane pod uwagę interesy cywilów, to pora uzmysłowić sobie, że są oni traktowani na zasadzie piątego koła u wozu (Żydzi) i atutu (Hamas). Izraelczycy robią niezbędne minimum, by ograniczyć ich straty, a Hamas zyskuje żywe tarcze, które przydają się w wojnie propagandowej. Arabowie też nie robią nic, aby pomóc cywilom. Na Bliskim Wschodzie życie ludzkie jest wyjątkowo tanie.

W przerwanie ognia nie wierzą też zresztą nawet Francuzi. Zaproponowali, bo wypadało. Bez wiary. 

Czekamy na rozwój sytuacji. Izrael ma zielone światło do dalszego uderzania w Strefie Gazy i jak zwykle będzie bezkarny. Trochę to przypomina sytuację Rosji w czasie wojny z Gruzją. Wszyscy czekali na zajęcie Tblisi, gdy tak naprawdę wejście do tzw. Gruzji właściwej nie było w interesie Federacji. Tutaj jest bardzo podobnie. Izrael nie wyklucza ataku lądowego, ale chce tego uniknąć. Presja na Hamas będzie się zwiększać. Jej źródłami będą państwa arabskie, takie jak Egipt i Królestwo Arabii Saudyjskiej,, podmioty międzynarodowe (ONZ, UE) oraz sami Palestyńczycy, którzy nie chcą przecież ginąć. Inwazja jest więc planem awaryjnym, bezsensownym, ale pokazującym, że Izrael znowu nie blefował. 

Więcej o aktualnym konflikcie na Bliskim Wschodzie

- Izraelska wojna z komarami

- Izrael idzie na całość

 

Izraelska wojna z komarami

Brak komentarzy

 Kolejny dzień na Bliskim Wschodzie. Izrael – wg mediów – szykuje się do ataku lądowego na Strefę Gazy. Służby specjalne oznaczają cele. Izrael jest prawdopodobnie najbardziej zmilitaryzowanym państwem świata, w którym obowiązkiem służby wojskowej objęte są nawet kobiety (najładniejsze izraelskie żołnierki można obejrzeć tutaj). Izraelskie wojsko jest przy tym niezwykle zaawansowane pod względem technologicznym. Kraje arabskie są pod tym względem kilka klas niżej. Żydzi mają też jeden z lepszych (o ile nie najlepszych) wywiadów świata. W konwencjonalnym starciu – żaden z sąsiadów Izraela nie ma szans.

Problem jest jednak zdecydowanie niekonwencjonalny. Kwestii palestyńskiej nie uda się rozwiązać za pomocą rakiet, karabinów i czołgów. Oczywiście, uderzenie w „oficjalny” Hamas powiedzie się. Przed Izraelem w Strefie Gazy nie będzie ucieczki, a sama operacja została bardzo precyzyjnie zaplnowana. Żydzi wyciągnęli również wnioski z nieudanego wypadu na Liban w 2006r. Zniszczenie hamasowskich biur, magazynów, infrastruktury, a nawet ludzi jest kwestią jedynie użycia odpowiednich środków, którymi Żydzi dysponują. Do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem Olmerta i Baraka, ale dopiero teraz operacja może przechodzi w najtrudniejszą fazę. Kluczowe jest pytanie, czy Izrael zamierza wojskowo wkroczyć do Strefy Gazy, czy jedynie uszczelnić granicę w taki sposób, by nawet mysz się nie prześlizgnęła?

Zaczyna się moment, w którym dużo rzeczy może się popsuć. Już teraz czytamy o ofiarach cywilnych, małych dziewczynkach zabitych przez Żydów. Najtragiczniejsze, że to prawda. Tylko tutaj pojawia się moralny dylemat. Kto jest bardziej winny – Żydzi bombarduący Hamas, ale świadomi tego, że zginą cywile, czy Hamas świadomy, że Izrael bombarduje ich, ale chowający się za cywilami, by uzyskać bardzo silny efekt propagandowy? W dodatku – jak rozróżnić cywila od bojówkarza i czy przypadkiem cywile nie wspierają Hamasu?  

Walka z Hamasem w Strefie Gazy przypomina więc walkę z komarami nad dużym jeziorem. Pojedynczego komara łatwo unieszkodliwić, ale nie da się przed nimi zabezpieczyć ani całościowo pozbawić chęci kąsania. Izrael, wkraczając wojskowo do Gazy, naraża się na nieustanne ataki. Co prawda nie są one w stanie zagrozić wojskom, ale są niezwykle demoralizujące. Wojska w Strefie Gazy dużo łatwiej zaatakować. Izrael, przy wkroczeniu, zniszczyłby całą infrastrukturę. Może to zrobić mniej dokładnie, z powietrza i za pomocą służb specjalnych. Ciekawe, którą z tych koncepcji zrealizują Olmert z Barakiem? 

Potężne uderzenie w Hamas obniży sprawność tej organizacji, ale zwiększy nienawiść typowego Palestyńczyka przeciwko Żydom. Sytuacja Palestyny i Izraela nic się nie zmieni. Hamas będzie musiał się odbudować, ale przybędzie mu sponsorów i sympatii. To jest prawdziwy kapitał Hamasu, a nie karabiny zostawione w magazynach. Izrael nie zniszczy mentalności palestyńskiej młodzieży, którzy uważają go za okupanta. Ta młodzież dorośnie i będzie hurtowo zasilać Hamas lub inne ugrupowania terrorystyczne. Al-Fatah utrzyma swoje wpływy na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale jego pozycja – w wyniku izraelskiego ataku – uległa znacznemu pogorszeniu. Co może teraz zrobić Abbas? Tylko płakać. Gaza jest – przynajmniej na razie – stracona. Umiarkowani Palestyńczycy, którzy już przed atakiem nie mieli tam nic do powiedzenia, zostają teraz przyparci do ściany i zmuszeni do zajęcia konfrontacyjnego stanowiska. Jakby nie patreć, Izrael niszczy domy palestyńskie, więc jak na sprawę może patrzeć mieszkaniec Gazy? Przecież tam Palestyńczycy są u siebie.

Spotykam się z opinią, że akcja izraelska jest bardzo skuteczna. Jest i to nikogo nie powinno dziwić. Co jednak osiąga Tel-Aviw? Niszczy jakąś część struktur Hamasu. Osłabia jego infrastrukturę. Czy jednak sam Hamas i problem palestyński przestają istnieć? Nie. Czy zmniejsza się zagrożenie atakiem terrorystycznym? Nie, zwiększa się. Czy zbawiennie wpłwa to na gospodarkę Izraela? Firmy zbrojeniowe może się cieszą, ale niech teraz izraelskie przedsiębiorcy odważą się zatrudniać palestyńską tanią siłę roboczą. 

Jeżeli Izrael zajmie Gazę, to żołnierze tam stacjonujący bez przerwy narażeni będą na partyzanckie ataki. Na zasadzie ukąszeń komara. Izrael pokaże swoją potęgę, ale zwycięstwo w tym starciu będzie pyrrusowe. Interwencja jest więc zupełnie bez sensu. Strefa Gazy to pieklo, w którym zmuszeni są żyć Palestyńczycy, uzależnieni od pomocy humanitarnej, gospodarczo gnębieni przez Izrael. Żydzi chcą się całkowicie oddzielić od Palestyńczyków. Dlatego uszczelniona jest granica w Gaza i istnieje „mur bezpieczeństwa”. Chodzi o utrudnienie inflirtacji terytorium zamieszkałego przez Żydów. Zajmując Strefę Gazy, Izrael naraża się na wybuch prawdziwej „III intifiady”. 

Dużym plusem takiej akcji może być chyba jedynie efekt propagandowy. Żydzi utwierdzą się we własnej sile, chociaż ich strategiczne położenie nie zmieni się ani trochę, bo bombardowanie Gazy raczej nie wpływa pozytywnie na proces pokojowy, ani nie zniechęca terrorystów do potencjalnych ataków. Co prawda realnym zwycięstwem byłoby teraz ogłoszenie wzajemnego rozejmu, ale Hamas się na to nie zgodzi. Izraelskie władze chcą pokazać (co ważne przecież przed wyborami), że potrafią troszczyć się o bezpieczeństwo.

Przy bezwarunkowym wsparciu Stanów Zjednoczonych międzynarodowe położenie Izraela jest niezwykle korzystne. Rada Bezpieczeństwa ONZ nic nie przegłosuje. Państwa arabskie mogą uchwalać różne deklaracje, czy to indywidualnie, czy to w ramach Ligi Państw Arabskich, ale ich realne możliwości są znikome. Syria jest w ostatnich latach w defensywie, próbuje odzyskać wpływy w Libanie. Nie zaczepi Izraela, bo nic tym nie zyska, a narazi się na potężne straty. W konwecjonalnym starciu Damaszek nie ma żadnych szans. Bashir al-Asad ograniczy się do wspierania wrogów Tel-Aviwu dostawami broni i pieniędzy, będzie krzyczał o jedności arabskiej, ale to również kąsanie komara. To samo tyczy się Iranu. Na użytek propagandowy – obecna sytuacja jest dla niego bardzo przydatna. Być może wymusi na Hezbollahu większą aktywność, ale poza tym ograniczy się do potępiania. Mahmud Ahmadineżad wie, że im więcej będzie się mówić o Strefie Gazy, tym mniej o Iranie. Będzie więc mu zależało na trwaniu konfliktu. Egipt będzie się modlił, by nie zostać zmuzonym do zaangażowania się w to zamieszanie, ze względu na swoje położenie względem SG. W skrócie: od zewnątrz Izraelowi nic nie grozi. Nikt nawet nie odważy się postraszyć embargiem naftowym. Wyznawcy islamu, jak mało kto, rozumieją, że biznes to biznes, a słowa mogą być piękne. Po co jednak narażać swoje dolary?

Palestyńczycy pozostaną w swoich gettach. Bezradni. Obecna sytuacja to tragedia, w której nikt nie wygra, bo mieszkańcy Strefy Gazy nadal nimi będą. Radykalizm arabski się zwiększy, a Hamas zyska na popularności. Gaza, jak była biedna, teraz będzie doszczętnie zniszczona. Żydzi nie rozwiąża w ten sposób żadnego problemu związanego z Palestyńczykami. Postawili na militarną konfrontację, w której wygrają, ale zwycięstwo nie przybliży ich nawet o krok do pokoju. Palestyny nie da się spacyfikować, a do tego Tel-Aviw niszczy Mahmuda Abbasa, człowieka, którego stać na podpisanie historycznego dokumentu pokojowego. Czy w tej atmosferze możliwe są negocjcje? Czy Palestyńczycy z Gazy uznaliby jakiekolwiek rozmowy? Nie. Abbas zostałby uznany za zdrajcę nawet na Zachodnim Brzegu Jordanu. Czy na tym ma polegać zwycięstwo Izraela? Na ograniczaniu sobie pola manewru?

Trzeba powiedzieć, że bombardowanie obiektów, w których mogą znajdować się cywile, jest niezgodne z Konwencją Genewską, ale ukrywanie się za cywilami, raczej też nie jest elementem żadnego kodeksu honorowego, a w dodatku ostreliwanie izraelskich miast też raczej z założeniami w/w konwencji nie ma nic wspólnego. Stosujemy identyczne standardy dla Palestyńczyków i Żydów. 

Lądowe wkrocznie do Strefy Gazy byłoby głupotą. Zobaczymy co zwycięzy, rozmach, czy zdrowy rozsądek. Uszczelnienie granic byłoby za to logiczne, bo groźba odwetu Hamasu wielokrotnie się zwiększyła. 

 

 12Starsze artykuły