Patryk Gorgol

Wpisy z kategorii Bieżące wydarzenia

Irański racjonalizm – jak to działa?

Brak komentarzy
źródło: wiadomosci.dziennik.pl

źródło: wiadomosci.dziennik.pl

Dlaczego działający w Libanie Hezbollah nie uderza w Izrael? Po co Chaled Meszal, lider Hamasu, ogłasza czasami rozejm w walce z Izraelem? Czemu Iran – mimo różnych możliwości – nie przeprowadza ataków terrorystycznych na terenie Izraela?

Na zaprzyjaźnionym portalu “Polityka Wschodnia” znajdujemy dziś informacje o wypowiedzi generała Hassana Firouzabadiego, który stwierdza, iż celem istnienia Iranu jest anihilacja (co za ładne słowo!) Izraela i porównuje “reżim syjonistyczny” do guza nowotworowego, który należy wyciąć. Od razu przypominają się inne wypowiedzi – w tym wiele zapowiedzi Mahmuda Ahmadineżada pt. co zrobi, gdy złapie Izrael, ale też inne – bardziej urocze – jak propozycja jednego z dowódców Rady Strażników Rewolucji, iż jest gotów wysłać swoich ludzi w ramach misji peacekeeping do Wielkiej Brytanii -  w czasie zeszłorocznych.

Islamska Rewolucja, koncepcja założycielska obecnego Iranu – wbrew zapewnieniom jej twórców – nie wygrała. Dla młodych Irańczyków ważniejszy jest brak perspektyw, wysokie bezrobocie i inflacja, aniżeli wymazanie Izraela z mapy świata. Arabska Rewolucja nie tylko nie idzie w kierunku Islamskiej Rewolucji, a wręcz przeciwko niej, co świetnie pokazuje sytuacja w Syrii. Prezydent Assad to jeden z nielicznych sojuszników Iranu w regionie,, dlatego Teheran go desperacko popiera. Identycznie postępuje, założony w latach 80-tych przez Radę Strażników Rewolucji, Hezbollah.

Iran znajduje się więc w defensywie, a jeszcze dodatkowo “otrzymał” od Unii Europejskiej oraz Stanów Zjednoczonych pakiet sankcji, który powoduje, iż Teheran, w kontaktach z niektórymi państwami, powrócił do epoki wymiany barterowej (Indie), a z innymi przestał w ogóle handlować surowcami (państwa UE). Skorzystać na tym chcą Chiny i Indie, które teraz chętnie renegocjują z Iranem warunki dostaw. Presja na Teheran nigdy nie była tak silna.

To wszystko jest kosztem irańskich starań o … niezależność polityczną i pozycję mocarstwa regionalnego. Tak, to jest celem Iranu, a nie bezwarunkowe zniszczenie Izraela. Izrael jest potrzebny Iranowi z innego powodu – państwo ajatollahów potrzebowało, potrzebuje i będzie potrzebowało wroga ideologicznego. Czy jest na świecie ktoś, kto by do tego celu lepiej się nadawał? Inaczej zagrożenie irańskie odbiera z kolei Izrael – dla niego broń nuklearna w rękach Iranu to potencjalne śmiertelne zagrożenie. Jak jednak – część z nich – ocenia samo zagrożenie Holocaustem? Oddajmy głos izraelskim politykom.

Ehud Barak, Minister Obrony Narodowej, były premier:
“Irańczycy w pełni rozumieją, jakie miałoby to konsekwencje (atak nuklearny na Izrael – dop. PG)). Są radykalni, ale nie są szaleni. Mają całkiem nowoczesny proces podejmowania decyzji i rozumieją rzeczywistość – powiedział w Waszyngtonie Barak, który spotyka się tam z przedstawicielami władz USA.” – 26.02.20120

Konsekwencja ta, co należy przypomnieć i sugeruje Barak, to odpowiedź Izraela. Nuklearna odpowiedź. Wymazanie Izraela z mapy równa się wymazaniu Iranu z mapy. Nie wolno też zapominać o jeszcze jednej kwestii – decydując się na taki atak Irańczycy mogą dokonać Holocaustu jeszcze jednego narodu – palestyńskiego, w którego przecież obronie występują przeciwko Izraelowi. Izrael – ze względów bezpieczeństwa – nie może pozwolić na zdobycie przez Iran broni, ale to polityka, a nie kwestia egzystencji.

Najlepiej o irańskiej racjonalności świadczy inna sytuacja – z początku tego roku. Od samego początku dywagacji na temat konfliktu z Iranem cały świat obawia się blokady cieśniny Ormuz, kluczowej z punktu widzenia światowej gospodarki. Iran straszył, iż zablokuje cieśninę, jeżeli UE nałoży na niego sankcje. Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami nie cofnęły się o krok. Konflikt oznaczał – prawdopodobnie – spektakularną klęskę Iranu, a światu – nawet państwom antyamerykańskim z definicji – ciężko byłoby potępić uwolnienie cieśniny Ormuz. Ucierpiałaby światowa gospodarka, o irańskiej nie mówiąc, bo dla niej byłoby to samobójstwo.

Jak się zakończyła cała historia? Iran nie zablokował cieśniny, przez Ormuz dalej pływają tankowce, sankcje zostały nałożone. Strasznie racjonalne postępowanie jak na wariata, który wie, że nie atakuje się silniejszych, a co najwyżej można ich spróbować przechytrzyć. Tym razem się nie udało, a sprawdzenie kart wykazało blef. Znajdujący się pod presją Iran powrócił również do stołu negocjacyjnego.

Racjonalizm w polityce międzynarodowym nie polega na tym, co się mówi, a na tym co się robi. Cytując klasyka gatunku – czyny, nie słowa.

Polska, Hollande i “Pakt Fiskalny”

Brak komentarzy
źródło: tokfm.pl

źródło: tokfm.pl

Zwycięstwo kandydata socjalistów na prezydenta Francji jest wydarzeniem istotnym, ale jednocześnie trudno przyznać mu cechę niespodziewaności. “Koniec Merkozego” – oświadczyły media. Pomimo starać partii chadeckich z całej Europy – w tym właśnie z Niemiec, ale również Polski – Franocis Hollande wygrał wybory wysyłając Sarkozego albo na emeryturę albo do opieki nad swoim małym dzieckiem.

Związek Merkel z Sarkozym to też nie była miłość jak z “Przeminęło z wiatrem”, a raczej małżeństwo z rozsądku. Zarówno Hollande, jak i Merkel, nie mają wyboru i współpracować razem będą musieli, bo jeżeli przewróci się Unia Europejska, to te dwa państwa odczują to najmocniej i jednocześnie oznaczać to może powrót do realiów polityki dwudziestolecia międzywojennego, gdy oba państwa ze sobą rywalizowały. Tymczasem między kanclerzem Francji, a przyszłym prezydentem Francji rysuje się różnica – Niemcy chcą oszczędzać, a francuscy socjaliści wydawać. Hollande już “zaproponował” renegocjację Traktatu o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w unii gospodarczej i walutowej, czyli tzw. Paktu Fiskalnego. Merkel odrzuciła możliwość renegocjacji podnosząc argument, iż to nie pora na tworzenie nowych, kosztownych programów stymulujących wzrost. Na pewno stanowiska Hollande’a nie będzie można jednak lekceważyć, bo jeżeli Francja nie ratyfikuje Paktu, to ze spokojnym sumieniem będzie go można wrzucić do niszczarki.

Co to wszystko oznacza dla Polski?
Polska podpisała Pakt Fiskalny, ale jeszcze go nie ratyfikowała. Dokument został jednak tak skonstruowany, że nie wiąże się dla nas z nałożeniem żadnych obowiązków, chyba że sami postanowimy inaczej. Trudno jednak oczekiwać, by polski rząd narzucił sam na siebie, dobrowolnie i bez powodu, obciążenie w postaci ograniczenia deficytu strukturalnego. Część budżetowa Paktu dotyczy więc jedynie państw, których walutą jest euro i ich zadaniem jest zmniejszenie deficytu strukturalnego do maksymalnie 0,5% (do 1%, jeżeli dług publiczny będzie niższy niż 60%).

Polska może zatem przyglądać się rozwojowi wypadków ze spokojem, niezależnie walcząc o swoją dyscyplinę budżetową. Paradoksalnie – nasze konstytucyjne 60% – jest dużo lepszym rozwiązaniem niż Pakt Fiskalny i w razie problemu, zobowiąże rządzących do oszczędności (zresztą – po przekroczeniu progi ostrożnościowego – pewne sankcje np. dotykające sektora budżetowegoi, występują automatycznie).

Pozostają jeszcze dwie wątpliwości. Pierwsza dotyczy zgodności z prawem UE. Pakt Fiskalny – w wielu miejscach – angażuje lub co najmniej absorbuje instytucje unijne. Unijne, znaczy także czeskie i brytyjskie. Pakt może stanowić, iż przewodniczący Komisji Europejskiej to czy tamto, ale przewodniczący Komisji Europejskiej ma postępować zgodnie z prawem pierwotnym i wtórnym unijnym, a nie pozunijnym, które go nie obowiązuje. Państwa-sygnatariusze mogą się zobowiązać do czego chcą, ale nie mogą skutecznie związać podmiotów trzecich, które im nie podlegają. Oczywiście, zakładam iż Barroso na szczytach będzie się pojawiał, ale ma pełne prawo odmówić.

Druga kwestia to szczyty państw euro. Wynegocjowanie ograniczenia ich roli to umiarkowany sukces Polski i państw spoza strefy, ale nie jest to kluczowe z banalnego – i niestety brutalnego dla nas – powodu. Państwa strefy euro nie potrzebują zgody Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Danii itd, na to, aby coś ustalać w swoim gronie. Obserwacja części takich szczytów umożliwi nam dostęp do stołu, ale bez prawa współdecydowania. Trzeba przy tym jednak pamiętać, iż trudno robić państwom euro zarzut z tego, że we własnym gronie o tej strefie chcą decydować. Zastosowany symetryczny model relacji odpowiedzialność-obowiązki. Państwa, na które nałożono obowiązki, posiadają również możliwość współdecydowania pod warunkiem, iż będą w strefie euro. Spowoduje to, iż żadnemu z państw spoza strefy, nie będzie się opłacało przyjmować zobowiązań wynikających z tej umowy międzynarodowej.

Nie rozwiązano także innego problemu – Niemcy z długiem wynoszącym ponad 80% PKB są liderem Europy i nikt nic z tym nie zrobi, a państwa – aspirujące do strefy euro – nadal muszą spełniać kryteria konwergencji> Te same, których nie spełniają państwa euro.

Ukraina: między Tymoszenko a bojkotem

1 komentarz
źródło: wiadomosci.gazeta.pl

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

Nie ulega wątpliwości, iż wyrok skazujący i kolonia karna dla Julii Tymoszenko były dużymi krokami za daleko. Ukraina jednocześnie pokazała jak daleko jest jej do Unii, a zwłaszcza do spełnienia tzw. kryteriów kopenhaskich. Prawo na Ukrainie stosowane jest selektywnie i wtedy, gdy życzy sobie tego obecna władza – na czele z Wiktorem Janukowyczem. Julia Tymoszenko niewątpliwie nie jest wcieleniem cnót wszelakich, jednakże decyzja Partii Regionów zadziwiła nawet Władimira Putina i na usta aż ciśnie się – chociaż jeszcze nieśmiało – porównanie z Michaiłem Chodorkowskim, który również pojechał sobie na długoletnią kolonię…

W tle pojawiają się dwa tematy “europejskie”. Umowa stowarzyszeniowa Unii Europejskiej z Ukrainą oraz Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w Polsce i na Ukrainie. Pierwszy temat jest jak najbardziej aktualny. Umowa stowarzyszeniowa została wynegocjowana już parę miesięcy wcześniej i miała być perłą w koronie polskiej prezydencji. Wyrok skazujący na Tymoszenkę storpedował ten plan i układ nie został podpisany do dziś. Trzydziestego marca doszło jedynie do parafowania umowy, czyli … złożenie podpisu potwierdzającego autentyczność dokumentu. Unia Europejska – przynajmniej na dziś – nie zamierza pójść o krok dalej tłumacząc to problemami Ukrainy z praworządnością. W efekcie integracja Ukrainy stoi w miejscu, a rozgrywka wokół byłej premier Tymoszenko trwa. Czy została pobita przez strażnika? Jaką należy jej zapewnić pomoc? W tych warunkach Ukraina oddala się od Europy i trudno oczekiwać, aby ktoś Janukowycza nagradzał w zamian za siarczyste policzki wymierzane w ten sposób Europie. W październiku na Ukrainie odbędą się wybory parlamentarne i do tego czasu na pewno umowa stowarzyszeniowa nie wejdzie w życie. Inna sprawa, że wśród grup państw AKP (Afryka-Karaiby-Pacyfik), mających umowę stowarzyszeniową, również nie znajdują się państwa o krystalicznie demokratycznych systemach (m.in. Zimbabwe, Erytrea, Somalia)

Jednocześnie – zwłaszcza w Niemczech – pojawiła się kwestia bojkotu Euro 2012, ze względu na łamanie praw człowieka przez … polityków. Idea wydaje się szczytna, punkty u wyborców łatwe do zdobycia, ale taka operacja – naturalnie poza pozyskiwaniem głosów – ma niewiele wspólnego z przedstawianymi celami. Powiedzmy sobie szczerze – kogo interesuje czy Angela Merkel pojawi się na meczu? A Barroso? A władze holenderskie z rodziną królewską? Przeciętny człowiek nie zwróci na to uwagi – co innego, gdyby na boisku zabrakło, z powodów politycznych, reprezentacji Niemiec i Holandii. Tak, to byłby rzeczywisty bojkot. Kto jednak się ze mną założy, że ani Niemcy ani Holendrzy się na to nie zdecydują? Oczy świata nie będą przecież skierowane na trybuny, a na piłkarzy. Istnieje też druga możliwość – odebrania organizacji imprezy Ukrainie, ale trudno oczekiwać, aby zgodziła się na to UEFA, która – raz na cztery lata – na takim turnieju zarabia miliard euro. Bojkot to był w 1980 roku w czasie Igrzysk Olimpijskich w Moskwie, gdy kilkadziesiąt państw zdecydowało się pozostawić swoich sportowców w domu, a nie na Ukrainie, gdzie – prawdopodobnie – nie będzie Angeli Merkel i Jose Manuela Barroso. Z punktu widzenia kibica – czy oni będą na stadionie, w Dubaju czy na grillu rodzinnym – to bez wielkiej różnicy. To tylko gest, choć wygląda na szlachetny to bez większego znaczenia.

Pozostaje jeszcze inne sprawa – na to jak pusty jest ten dzwon wskazuje bezproblemowość, z jaką światowi przywódcy uczestniczyli w ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, oskarżanym nieustannie o łamanie praw człowieka, a także fakt, iż zimowe igrzyska w Soczi, podobnie jak MŚ w piłce nożnej w 2018 w Rosji, nie są dla nikogo żadnym problemem, pomimo “niedociągnięć” w demokracji tego kraju,  opozycjonistach w więzieniach, a obrońcach prawa człowieka nawet czasami na cmentarzach. Realpolitik i trudno politykom się dziwić, bo dbają o interes własnego państwa, ale nie spodziewajmy się za wiele od “bojkotu” Euro 2012. Jeżeli ktoś chciałby rzeczywiście postraszyć Janukowycza – a nie jedynie zademonstrować dezaprobatę – to wycofałby swoje drużynę złożoną z gwiazd albo doprowadził do odebrania organizacji turnieju. To by obecne władze ukraińskie zabolało dużo mocniej.

Rozejm w Syrii? “Mały” problem Kofiego Annana

3 komentarzy
źródło: arabnews.com

źródło: arabnews.com

Od ponad roku trwa w Syrii wojna domowa, która – zdaniem ONZ – pochłonęła życie około 9 tysięcy ludzi. Tymczasem słyszymy polityków mówiących “jeżeli nie powiedzie się plan Annana, czeka nas wojna domowa”.  Trudno jednak przeciwdziałać wybuchowi czegoś, co już się wydarzyło. Sytuacja w Syrii to wojna domowa, a plan ONZ i LPA to rozejm, pytanie czy skuteczny i – jeżeli tak – na ile trwały.

Plan pokojowy:
1. Syryjczycy przeprowadzą proces pokojowy skierowany do ludu syryjskiego oraz uwzględniający syryjskie aspiracje i obawy.

2. ONZ będzie nadzorować zaprzestanie zbrojnej przemocy w każdej formie i przez wszystkie strony w celu ochrony cywilów (tutaj istotna jest informacja o wysłaniu dodatkowych 300 obserwatorów przez ONZ).

3. Strony zapewnią dostarczenie pomocy humanitarnej do wszystkich terenów objętych walkami i wprowadzą codzienną, dwugodzinną “przerwę humanitarną”.

4. Władze zintensyfikują tempo i skalę wypuszczania zatrzymanych.

5. Władze zapewnią wolność poruszania się na terytorium całego kraju przez dziennikarzy

6. Władze będą respektować wolność do zrzeszania się oraz prawo do pokojowego demonstrowania.

Rozejm miał wejść w życie 10 kwietnia.

Jak na razie można stwierdzić, że na 24 kwietnia:
1) nie widać żadnej szansy na dialog;
2) należy czekać, bo obecnie w Syrii znajduje się za mało obserwatorów, przemoc trwa (np. 19 ofiar ostrzału artyleryjskiego), a opozycja donosi o kolejnych zabitych;
3) brak sprawdzonych informacji;
4) władze – co zrozumiałe – nie palą się do wypuszczania opozycjonistów, a i dyskusyjna będzie kwestia – kto jest opozycjonistą, kto nie, kto został zatrzymany “arbitralnie”, a kto a przestępstwa kryminalne itd?
5) historie zabitych dziennikarzy są najlepszą przestrogą dla innych, reprezentujących ten fach, aby nie spieszyć się do Syrii;
6) walki rzeczywiście mają mniejszą intensywność, ale nadal nie ma rozejmu i trudno mówić o respektowaniu wspomnianych praw.

Czy należy winić Annana?
Nie, Kofi Annan robi więcej niż należało od niego wymagać. Uzyskanie poparcia Rosji i Chin dla jego planu należy uznać za sukces, jednakże przedstawiciel ONZ i LPA nie może zrobić więcej, aniżeli prosić. Annan, zmniejszając rozlew krwi, już osiągnął drobny sukces. Jeżeli udałoby mu się doprowadzić do końca wojny domowej – mógłby liczyć nawet na Nagrodę Nobla. Na razie mamy nieprzestrzegany plan pokojowy i robienie dobrej miny do złej gry.

A opozycja i rząd? Grają na czas i przegrupowują siły, chowając broń przed obserwatorami (aż się Irak przypomina…). Rząd syryjski przetrwał obserwatorów LPA to poradzi sobie również z tymi z ONZ – zdaje się myśleć prezydent Assad. Plan Annana nie zakłada przecież zaprzestania sponsoringu przez bogate państwa Zatoki Perskiej dla opozycji, a i reżim syryjski przecież się nie rozbroi. Władze syryjskie od początku konfliktu “zgadzają się” na wszystkie propozycje pokojowe, by potem nie przestrzegać postanowień. Jednocześnie Turcy szykują się do organizacji drugiego szczytu Przyjaciół Syrii – zapewne znowu bez udziału Moskwy i Pekinu…

Nienegocjowalny kompromis?
Problem jest inny. Można negocjować zawieszenie broni, przerwy na dostawy humanitarne i obserwatorów ONZ, ale gdzie tu miejsce na trwały pokój?

Obie strony dzieli przepaść – Alawici nie zamierzają opuszczać Assada i negocjować oddania władzy, a Pekin, Moskwa i Teheran również nie widzą powodu (czy raczej możliwości zabezpieczenia swoich interesów) do zmian. Opozycja (podzielona i różnorodna) też nie jest skłonna do kompromisu, zwłaszcza takiego, który pozostawiałby u władzy znienawidzonego Assada. Przy tak przeciwstawnych celach, braku zaufania i wzajemnej nienawiści, jak mówić o możliwym pokoju?

Kofiemu Annanowi należy życzyć powodzenia w jego misji i Nagrody Nobla, bo jeżeli doprowadzi do trwałego pokoju, będzie geniuszem, który na nią zasłuży.

Guntera Grassa przypadki. Czy wolno krytykować Izrael?

1 komentarz
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Schemat nie jest skomplikowany. W Niemczech – z historycznych powodów – krytyka Izraela nie należy do pożądanych zachowań publicznych. Od razu rodzi wspomnienia Holocaustu, antysemityzmu i pytania o historyczne prawo do ocen. Jeszcze większy problem ma laureat Literackiej Nagrody Nobla, Gunter Grass, który opublikował w “Suddeutsche Zeitung” wiersz pod tytułem “Co musi zostać powiedziane”. Grass, krytykując Izrael, momentalnie został oskarżony o antysemityzm, a temu z kolei zarzutowi towarzyszyło – zgodne z prawdą zresztą – przypomnienie, iż pisarz był członkiem Waffen-SS. Kombinacja tych dwóch faktów oznacza koniec dobrze zapowiadającej się dyskusji. Nie czekali również długo Izraelczycy, którzy – ustami ministra spraw wewnętrznych Eli Yishai z religijnej Partii Szas – ogłosili, iż Gunter Grass jest persona non grata w Izraelu. Swój komentarz dodał też minister spraw zagranicznych Izraela Avigdor Liberman, którego zdaniem egoistyczni tzw. intelektualiści są gotowi poświęcić Żydów calem zwiększenia sprzedaży swoich książek i dla zdobycia uznania.

Nie trzeba być jednak wybitnym intelektualistą, a nawet laureatem Nagrody Nobla, aby odróżniać od siebie krytykę polityki rządu danego państwa od antysemityzmu. Czy każda krytyka poczynań rządu jest dowodem na antysemityzm? Idąc tą drogą – największymi antysemitami są izraelscy opozycjoniści z Partii Pracy i z Kadimy o Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości nie mówiąc Przekonany jestem o tym, że odróżniają te sytuacje od siebie także politycy izraelscy, jednak im nazwanie Grassa antysemitą, przypomnienie mrocznego faktu z przeszłości, a także błyskawiczna reakcja jest najzwyczajniej na rękę, bo zamyka – niewygodną fragmentami – dla nich dyskusję. Proszę teraz znaleźć poważnych polityków, którzy staną w obronie Grassa. Zamiast dyskutować o niuansach polityki bliskowschodniej zajmujemy się biografią Guntera Grassa.

A cóż takiego dowiadujemy się z wiersza? Że Izrael ma broń atomową i jego potencjał nuklearny należy również monitorować? Że – zdaniem autora – zagraża światowemu pokojowi? Że Niemcy – eksportując broń – mogą być współudziałowcami w potencjalnej zbrodni na Irańczykach? Że Izrael zagraża Iranowi?
. O wszystkim tym możemy dyskutować, z częścią poglądów nie zgadzać, ale czy to przejaw antysemityzmu? Wątpię.

Sam co jakiś czas krytykuję politykę izraelską wobec Palestyńczyków. Czy jestem zatem antysemitą, ponieważ już od kilku lat zauważam, iż obecny rząd izraelski, ze względu na swoje zaplecze wyborcze, nie jest zainteresowany osiągnięciem pokoju, o wycofaniu izraelskich osiedli z Zachodniego Brzegu Jordanu nie mówiąc? Zobaczmy jednocześnie, jakie wątki wrzucił pisarz do dyskusji, o których się nie mówi i o których zapominają media.

1. Kwestia izraelskiego i irańskiego programu atomowego
Broń atomowa w posiadaniu Iranu to nic, czego Amerykanie, Europejczycy, a przede wszystkim, Izraelczycy by sobie życzyli. Izrael obecnie posiada monopol na tę broń, co gwarantuje mu gigantyczną przewagę, a w połączeniu z sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi skutkuje absolutną nienaruszalnością. Tylko że … jak to jest, że jedni mogą mieć broń atomową, a inni nie? Nikt rozsądnie myślący nie uzna nigdy, że w przypadku Izraela jest to broń ofensywna – bo nie jest. Izrael potrzebuje broni atomowej jako broni odstraszającej, dzięki której atakujący ma pewność, że o ile nawet nie przegra, to na pewno nie jest w stanie wygrać wojny.

Pytanie brzmi – po co więc broń Iranowi? Aby wymazać Izrael z mapy? Wątpliwe, ponieważ Irańczycy wymazaliby wtedy również Palestyńczyków, a poza nimi – także siebie po błyskawicznym odwecie (tutaj odpowiedź dla Guntera Grassa – po co Izraelowi okręty). Iran potrzebuje broni atomowej, aby ugruntować swoją pozycję, pokazać aspiracje oraz odstraszyć swoich wrogów. Przyczyny pragmatyczne i Grass słusznie porównuje te sytuacje. Jednym się pozwala i ich wspiera, a na drugich nakłada sankcje. Ja rozumiem tego przyczyny, ale czy patrząc z góry – są to reguły równe dla wszystkich?

Sytuacja wynika zatem z kalkulacji interesów – broń atomowa zwiększa możliwości Iranu, zmniejsza manewr Izraela, stąd nastawienie tych państw. Ehud Barak, minister obrony Izraela sam rozsądnie – jakiś czas temu – zauważył, że Iran, nawet jeżeli zdobędzie broń, nie użyje jej. Dla Izraelczyków problem jest jeszcze jeden – ciężko byłoby zaakceptować, iż wrogie mu ideologicznie państwo będzie dysponować tak niebezpiecznym narzędziem.

Z kolei dla Stanów Zjednoczonych pozyskanie takiej broni przez Iran oznacza destabilizację regionu i zwiększenie wpływów Iranu, a także obniżenie bezpieczeństwa Izraela. Dlaczego władze Turcji, Egiptu czy Arabii Saudyjskiej miałyby również nie prowadzić swoich programów atomowych w takiej rzeczywistości?

2. Izrael jako zagrożenie dla pokoju
Z opinią, że Izrael jest zagrożeniem dla pokoju na Bliskim Wschodzie można się zgadzać lub nie, ale nie ulega dyskusji, że to Izrael oficjalnie informuje, że rozważa podjęcie kroków militarnych przeciwko Iranowi, a nie Iran przeciwko Izraelowi. To Iran otoczony jest amerykańskimi wojskami i to w okolicy cieśniny Ormuz kręcą się grupy amerykańskich lotniskowców. W potencjalnej konfrontacji – Irańczycy są bez szans.

Czy to izraelscy naukowcy giną na ulicach Tel Awiwu czy irańscy na ulicach Teheranu?

Osobiście uważam, że dyskusja kto jest wyłącznie winny jest bez sensu, ponieważ konflikt Izraela z Iranem wynika z naturalnych interesów tychże państw. Co więcej – gdyby irańscy przywódcy byli na miejscu izraelskich robiliby to samo i vice versa. Czy Grass jednak nie porusza ciekawiej kwestii – kto kogo tak naprawdę zamierza zaatakować?

3. Niemieckie okręty dla Izraela
Niemcy mają prawo sprzedawać broń, a Izraelczycy kupować, ale czy sprzedając okręty podwodne typu Delfin, które są zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych, nie przesyłają jasnego sygnału – jedne zasady obowiązują wobec Iranu, a inne wobec naszych przyjaciół z Izraela? Można oczywiście dyskutować dlaczego tak jest i czy Niemcy – z historycznych powodów – nie czują się moralnie odpowiedzialni za izraelskie bezpieczeństwo, ale czy podnoszenie tego w dyskusji jest czymś nieakceptowalnym jak argument ad hitlerum?

Z Gunterem Grassem można się nie zgadzać. Co więcej – sam mam pewne wątpliwości czy osoba będąca w przeszłości w Waffen-SS nie powinna sobie darować niektórych przemyśleń – np. nie uważam, aby Izrael chciał wymazać z mapy Irańczyków, ale to potrzebny głos w dyskusji. Takiej, jakiej brakuje i w kwestii, która jest dla nas wszystkich bardzo ważna. Szkoda, że media i tzw. intelektualiści (cytując klasyka: można być intelektualistą i można być ignorantem) zamiast przedyskutować kwestię, skupiają się nie na treści wiersza, a na jego autorze. W imię poprawności politycznej zabiliśmy dyskusję.

Polska polityka w czasie Arabskiej Wiosny, czyli gdzie nas (jeszcze?) nie ma…

Brak komentarzy
źródła: polskieradio.pl

źródła: polskieradio.pl

Arabska Wiosna zaskoczyła prawdopodobnie wszystkich aktorów bliskowschodniej sceny politycznej. Od Amerykanów przez Rosjan i Chińczyków, a na władcach (o niektórych z nich można już mówić w czasie przeszłym) kończąc. Czy my, zarówno samodzielnie jak i w ramach UE, wypracowaliśmy skuteczny mechanizmy polityczne pozwalające na reagowanie na bieżąco na wydarzenia w tamtym regionie świata?

Jak zwykle w Unii Europejskiej jest niespokojnie, ponieważ poszczególne państwa zgadzają się co do pryncypiów (np. promowania demokracji), ale wiadomo, iż każde z silnych krajów (Francja, Wielka Brytania, Niemcy, ale też Włosi) ma w tym regionie swoje interesy. W grudniu UE podjęła decyzję o udzieleniu Komisji mandatu do negocjacji w/s strefy wolnego handlu z Egiptem, Jordanią, Marokiem i Tunezją. Duże państwa wiedzą co robią, starając się otwierać rynki dla swoich firm oraz ich produktów.

Gorzej sytuacja ma się z Polską dla których państwa z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej to jedynie promil importu i eksportu. Zacytujmy twarde dane:

Całkowity eksport Polski za 2011 rok: ok. 125,3 mld euro
Całkowity import Polski za 2011 rok: ok. 138,1 mld euro

Dane: GUS

Relacje gospodarcze z wybranymi państwami regionu Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej:

Dane: msz.gov.pl, w większości za 2011r

To dowodzi jak słabe jest polskie zaangażowanie gospodarcze w tamtym regionie. Najbardziej perspektywiczne są relacje z Arabią Saudyjską Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Katarem (kwestia kontraktu gazowego), czyli państwami które nie zostały doświadczone tak mocno Arabską Wiosną jak Tunezja, Maroko czy Egipt. Co ciekawe, w większości tych relacji mamy nadwyżkę w handlu, co jednak – ze względu na niską wartość eksportu i importu – jest bez większego znaczenia.

Jak zwiększyć naszą obecność? Kilka sugestii
Punkt startowy mamy zatem słaby – kraje Arabskiej Wiosny nie mają prawie żadnego wpływu na naszą gospodarkę. O tyle omawiany region jest istotny, gdyż to na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej znajduje się ok. 63% zasobów ropy i 43,2% zasobów gazu. Nasze zainteresowanie importem z tamtych okolic powinna właśnie wynikać z tych “warunków energetycznych”. W tym kontekście istotną rolę może (choć oczywiście nie musi) odegrać gazoport w Świnoujściu, który będzie infrastrukturą, dzięki której będziemy mieli możliwości dywersyfikacji. Na razie – aby być uczciwym – należy dodać, iż zakontraktowany gaz z Kataru do najtańszych nie należy.

Jako iż nie jesteśmy światowym mocarstwem i na razie nie wypracowaliśmy pozycji w tamtym regionie świata, powinniśmy wykorzystać spryt, a nie siłę – zatem wykorzystać inne narzędzia, raczej miękkie, zwiększania wpływów. Jednym z pierwszych kroków powinno być uatrakcyjnienie oferty uniwersytetów celem ściągania młodych mieszkańców regionu na studia do Polski. Jednocześnie powinniśmy wysyłać jak najwięcej studentów na Bliski Wschód i do Afryki Północnej tak, aby zawiązywali tam kontakty i poznali kulturę. Związanie młodych studentów z Polską może spowodować zwiększeniem obrotów gospodarczych, a wtedy znajdziemy się na dobrej drodze.

Drugi pomysł to działalność polskich organizacji pozarządowych, takich jak np. Polska Akcja Humanitarna, już działających na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Polski rząd powinien maksymalnie zwiększyć poparcie dla tego typu podmiotów, niosących bezinteresownie pomoc czy szkolących m.in. w zakresie społeczeństwa obywatelskiego, mieszkańców regionu. To pomaga w budowaniu zaufania i kreowaniu pozytywnego wizerunku. Jednocześnie należy rozważyć zastosowanie bezpośredniego narzędzia promocyjnego Polski – pomocy rozwojowej, która w tym momencie, w opisywanym regionie, trafia tylko do Palestyńczyków (ok. 1,7 miliona złotych) oraz Afgańczyków (33 miliony złotych).

Polskie organizacje pozarządowe mogą również pomagać w transformacji, jednakże powinny to robić przy jednoczesnym uszanowaniu odrębności kulturowych. Pomoc w transformacji i próba przełożenie znanych nam instytucji powinny być ostrożne, ponieważ skoro w Polsce trudno zaadoptować amerykańskie instytucje to co dopiero np. w Tunezji. Społeczeństwo obywatelskie potrzebuje czasu i tutaj jest szansa dla nas – państwa, które zna problemy transformacji od podszewki, a nasi naukowcy z pewnością doskonale rozumieją te procesy. Należy jednak robić to na zasadzie pomocy i dobrych rad, a nie narzucenia odgórnie systemu politycznego wraz z naszym systemem wartości. Wartości z upływem czasu, krótszego lub dłuższego, powinny się same wprowadzić. Europejski Fundusz na rzecz Demokracji brzmi całkiem sensownie, ale na razie brak na jego temat szczegółów, a doniesienia prasowe mówią o śmiesznie niskim budżecie – 50 milionów euro rocznie. Za tę kwotę świata się niestety nie zmieni. Jeżeli jednak społeczeństwa arabskie będą gotowe i chętne na demokrację -  należy pomóc bez zastanowienia.

Polskim przedsiębiorcom brakuje również wsparcia dyplomacji, co – według zapowiedzi MSZ – ma się niebawem zmienić. To, czego należy oczekiwać od Ministerstwa to budowa pewnego rodzaju sieci informacji – gdzie można zainwestować, skąd kupić, jakie są bariery prawne etc? Należy przy tym pamiętać, że kwestie kontaktów gospodarczych i wizerunku Polski są ze sobą ściśle związane. We wspomnianych krajach społeczeństwa są dopiero na dorobku, a to oznacza, że wiele można w nich zbudować. Równa się to szerokim perspektywom – nad nimi należy pracować.

Na razie na Bliskim Wschodzie nas nie ma. Perspektywy jednak są i należy liczyć na to, iż zaangażowanie naszej dyplomacji, zarówno w Libii (członek grupy kontaktowej), jak i w Syrii (opieka konsularna nad amerykańskimi obywatelami) nie zostaną – jak to zwykle bywało w przeszłości – pominięte.

Obamy z Miedwiediewem rozmówki w tle tarczy antyrakietowej

Brak komentarzy
źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Nic sensacyjnego. Tak w dwóch słowach można by podsumować nieoficjalną wymianę zdań pomiędzy prezydentem Obamą, a (tymczasowym) prezydentem Miedwiediewem w czasie ostatniego szczytu nuklearnego w Seulu.  Jestem zupełnie przekonany, że obaj panowie przeprowadzają  takich rozmów mnóstwo, ale tak to już czasem bywa, że dziennikarzom uda się coś podchwycić lub zostawić włączony mikrofon/kamerę.  Z czegoś jednak sensacje trzeba zrobić, a więc wybrano ten temat. Z drugiej jednak strony – lepiej wpaść mówiąc o tarczy antyrakietowej, aniżeli nazywając kogoś “wielkim dupkiem z ‘New York Timesa’” (copyright by George W. Bush).

Pewien obraz powinny dawać też przecieki z WikiLeaks, które bezlitośnie obnażyły nie tylko realne myśli, ale również sposób ich wyrażania. Z polityką amerykańską można się zgadzać albo nie, ale rewelacji w tym filmiku nie ma niestety żadnej.

Od zawsze wiadomo, że Obama jest – jakby to ładnie ująć – umiarkowanym entuzjastą tarczy antyrakietowej (drogi, konfliktowy projekt), której to Polacy z kolei są zwolennikami, uważając że zwiększone amerykańskie zaangażowanie militarne w Europie Środkowo-Wschodniej zmniejszy możliwości oddziaływania Rosjan. Z tego również samego powodu, jak również paru innych, Rosjanie są jej przeciwnikami. Tarcza antyrakietowa za Obamy spadła na dalszy plan, a każdy racjonalnie myślący zrozumie, iż amerykański projekt, tworzony w świecie unilateralnym, nie bardzo pasuje do tego obecnego, coraz mocniej multilateralnego. Stąd włączenie do projektu tarczy NATO oraz nieśmiałe, choć nieodwzajemnione, uśmiechy w kierunku Moskwy. Przykładowo ja mogę mieć pretensje do Amerykanów niemalże o wszystko – od przecieków do prasy w/s tajnych więzień CIA poprzez znikomą pomocą wojskową aż po wizy, ale rozumiem prezydenta Stanów Zjednoczonych, dla którego stosunki z Rosją są ważniejsze niż stosunki z Polską. Jeżeli Amerykanie i Rosjanie nie są na ostrej kontrze – a za prezydenta Obamy nie są – to nie należy stawać się kartą przetargową jednego z nich, bo to samo podsuwa rozwiązanie…

Jeżeli Amerykanie chcą, niech budują tarczę w zamian za modernizację polskiego wojska, technologie czy specjalne gwarancje, jeżeli nie – niech spadają, do NATO należymy, jesteśmy lojalnym sojusznikiem, więc pomoc w razie problemów nam się po prostu należy. To nie do nas będą celować rakietami panowie z Iranu lub Korei Północnej (o ile uznamy, że to tylko przeciwko nim skierowana jest tarcza i że tego rzeczywiście chcą – dwa wątpliwe założenia). Mniej więcej tak w 1-2 zdaniach brzmiałaby instrukcja negocjacyjna ode mnie.

Tymczasem politycy w Rosji i w Stanach Zjednoczonych nadal używają siebie nawzajem w charakterze straszaków, a społeczeństwa z radością to kupują. Niedawno uczynił tak Putin, a teraz dołączył do niego Mitt Romney nazywając Rosję “wrogiem numer 1″. Umiarkowany Romney tak bardzo stara się upodobnić do konserwatywnego Reagana, że postanowił go aż przeskoczyć (generalnie polecam stronę: http://whichmitt.com). Za oceanem oczywiście rozwinęła się dyskusja na temat polityki Stanów Zjednoczonych wobec Rosji, a Obamie zarzuca się brak odwagi i ukrywanie prawdy.

Sam filmik nie jest raczej korzystny dla Obamy, bo dowodzi powiązania dwóch kwestii – jego polityki zagranicznej z kalendarzem wyborczym. Tutaj puszczam oko do wszystkich przewidujących atak na Iran w najbliższym czasie. Skoro prezydent Obama nie chce sporów w tej sprawie to tym bardziej nie powinna mu się marzyć wojna Stanów Zjednoczonych/Izraela z Iranem.

Jedno jest pewne – aż do wyborów prezydenckich temat tarczy nie ruszy do przodu i w tej sprawie – niestety – jesteśmy zakładnikami ustaleń na linii Waszyngton-Moskwa. Właśnie taką wiadomość daje nam to nagranie. Na zakończenie wypada też pochwalić Miedwiediewa – prezydent RP (obecny i poprzedni) informacji od Obamy by nie zrozumiał, o przekazaniu nie mówiąc. Właśnie dlatego nasi politycy powinni znać języki obce – bo to często na korytarzach i w czasie krótkich, prywatnych rozmów, zapadają najważniejsze decyzje.

Europejska perspektywa Serbii – wrażenia z Belgradu

1 komentarz

Po wylądowaniu na lotnisku w Belgradzie i krótkiej podróży przez miasto moja pierwsza myśl była dość prosta – “ja już to gdzieś widziałem”. Architektura podobna do tej z Polski, generalnie – a leci się tylko półtorej godziny z Warszawy – człowiek nie czuje się, jakby był za granica. Nawet język podobny. Polska lat 90-tych i przedakcesyjna – to Serbia w roku 2012, ponad 7-milionowe państwo o dużych ambicjach, ale równocześnie wielkich problemach. Bałkańskie wojny opóźniły transformację i rozwój tego państwa, a największa szansa na zmianę tego stanu rzeczy może zostać zatrzymana przez nierozwiązany problem Kosowa. Na początek dwa założenia – pierwsze, to tylko moje obserwacje, niezwykle subiektywne, a drugie – byłem jedynie w Belgradzie, co bardzo ogranicza moje możliwości percepcyjne.

Kosowo i Unia Europejska – naczynia powiązane
Serbowie pamiętają Amerykanom bombardowania. Naprzeciwko Ministerstwa Spraw Zagranicznych znajdowała się była główna kwatera wojsk serbskich – jej “zniszczenie” zostało utrzymane tak, aby każdy mógł zobaczyć. Pracownicy ministerstwa, codziennie do niego wchodząc, widzą olbrzymią dziurę w budynku po drugiej stronie ulicy. Zapytany przez nas właściciel jednej z belgradzkich knajpek odpowiedział – perfekcyjna angielszczyzną – że nawet nie chce tracić energii na wymawianie słowa NATO, a Unię Europejską skrytykował za zbyt łagodną politykę handlową wobec Amerykanów. “Amerykanie sprzedają mnóstwo swoich produktów w Europie, a Europejczycy w Stanach praktycznie nic – czy to równy podział?” – pytał.

Pamiętacie dyskusję w Polsce na temat akcesji do Unii Europejskiej? Przeciwna Liga Polskich Rodzin, z początku wahający się PiS, a także mnóstwo innych organizacji – z reguły prawicowych – straszących hasłami “ja, tata i tata, w Unii Europejskiej już za dwa lata?” oraz straszących legendarnym już Niemcem?

Na tym właśnie etapie są Serbowie.

Plakat przeciwników UE - Serbia. Autor zdjęcia: Elżbieta Kwiecińska

Plakat przeciwników UE - Serbia. Eurosceptycy są dużo silniejsi niż byli w Polsce, ale według moich rozmówców koncepcja integracji powoli zyskuje szersze poparcie. Jaka alternatywa?

tadic-nie-da-fotelu

tabloidy również mają się całkiem nieźle, zwłaszcza że w Serbii mamy czas wyborów

Na początku marca Serbii przyznano status państwa kandydującego do Unii Europejskiej, jednakże kraj wydaje się bardziej podzielony w tym względzie niż Polska przed akcesją. Szczególnie ze względu na powiązanie kwestii rozszerzenia UE z Kosowem. W Europie nie mówi się o tym głośno, ale Serbia nie wejdzie do Unii Europejskiej, jeżeli nie dojdzie do porozumienia między Serbami, a Albańczykami z Kosowa. Z kolei Kosowo potrzebuje europejskiego wsparcia, by w ogóle egzystować. Kraj jest biedny, pełno jest przestępców, gospodarka dopiero się – bardzo mozolnie – buduje, a na północy sytuację destabilizują Serbowie.

Efekt tego jest komiczny – co potwierdzali po cichu niektórzy Serbowie. Serbia udaje, że rozmawia z Kosowem, aby iść do przodu z integracją, a Kosowo udaje, iż rozmawia z Serbią, aby nie podpaść Europie. A porozumienia nadal nie ma. W grze są jeszcze Rosjanie, którzy udzielają Serbom, również tym z Mitrowicy, położonej na północy Kosowa, wsparcia politycznego i – zapewne również – nie tylko. Podgrzewanie Serbii i zaognianie konfliktu to naturalny interes Moskwy, raczej niezainteresowanej akcesją tego kraju do Unii Europejskiej.

W końcu jednak dojdzie do momentu, w którym Serbowie będą musieli zadecydować – pamiętać o historii i nie odpuścić ze względu na honor albo wejść do UE. Wymaga to większej odpowiedzialności od polityków, którym niezwykle wygodnie jest posługiwać się tematem Kosowa, aby zyskać poparcie społeczne (jakie to wygodne – posłużyć się nienawiścią). Jednocześnie pozwala również na to, aby nie rozmawiać o faktycznych problemach – wielkiej trójce – wszechobecnej biurokracji, korupcji oraz nepotyzmie. Spadku po Jugosławii (brzmi znajomo?). Ustawianie przetargów publicznych, zatrudnianie krewnych w administracji publicznej, marnotrawienie publicznych pieniędzy brak rzeczywistej woli walki z korupcją przez beneficjentów tego systemu – polityków z każdej opcji politycznej. Chcesz coś załatwić? Płacisz. To nie jest obraz Serbii, który sam sobie namalowałem, z mojej perspektywy Belgrad to normalne, nowoczesne, europejskie miasto – tak przedstawili mi swój kraj młodzi Serbowie, świetnie wykształceni, często mający doświadczenia z zagranicznymi uniwersytetami.

Serbia potrzebuje czasu i odważnych zmian. Obecnie politycy nie wydają się na to gotowi, ale to integracja z Unią może być dla tego dumnego kraju szansą na przezwyciężenie swoich historycznych problemów. Pieniądze europejskie ciężej się marnotrawi niż te podatników, ponieważ są one kontrolowane. Jednocześnie ewentualna akcesja otworzyłaby ten kraj na unijne inwestycje i otworzyła bramy dla młodych Serbów w Europie. Kosztem tego byłoby zapewne – podobnie jak w Polsce – uderzenie w niektóre gałęzie gospodarki serbskiej, które nie będą w stanie wytrzymać konkurencji.

Już teraz Belgrad jest miastem prześlicznym – polecam zwłaszcza epicki Kalemegdan. Na koniec  wpisu – parę zdjęć.

konwersacje-z-serbkami

konwersacje z Serbkami

na symulacjach ONZ - wcielałem się w postać delegata z Izraela w posiedzeniu RB ONZ na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego

na symulacjach ONZ - wcielałem się w postać delegata z Izraela w posiedzeniu RB ONZ na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego

kalemegdan

Kalemegdan

Widok z twierdzy

Widok z twierdzy

kalemegdan-3

most

w-knajpce

W jednej z tradycyjnych serbskich restauracji połozonych na reprezntacyjnej uliczce w centrum Belgradu. Ceny jak najbardziej europejskie!

Autorem prawie wszystkich zdjęć z artykułu jest Elżbieta Kwiecińska, której bardzo dziękuje za ich udostępnienie i zgodę na publikację!

Syria-Iran-Afganistan: 3 pytania nurtujące prezydenta Obamę

Brak komentarzy
źródło: foxnews.com

źródło: foxnews.com

W ostatnim czasie Amerykanie znaleźli się na Bliskim Wschodzie i “okolicach” w defensywie. W kontekście wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych to bez różnicy, o ile nie wybuchnie konflikt, nie dojdzie do ludobójstwa w Syrii lub nie powtórzą się masakry, jak ta ostatnia dokonana przez amerykańskiego żołnierza (16 zabitych, 30 rannych – czym to się różni od ataku terrorystycznego?) , gdyż wtedy opinia publiczna za oceanem może zainteresować się tym nieprzewidywalnym regionem, a rywale Obamy – choć nieznający się na polityce międzynarodowej – dostaną wiatru w żagle.

1. Jeżeli już zaatakować Iran to jak to zrobić, aby zaskoczyć Persów?
Barack Obama nie poszedł za głosem Stephen S. Walta i nie stwierdził, że wyklucza opcję militarną w relacjach z Iranem. Żaden polityk – ani amerykański, ani izraelski – nie powie, iż wyklucza takie rozwiązanie, ponieważ spowodowałoby to całkowite zniesienie presji na ajatollahach. Praktycznie jednak nic nie zapowiada amerykańskiej akcji militarnej w następnych tygodniach, a ewentualna operacja przed wyborami raczej zaszkodzi prezydentowi, a nie mu pomoże. Jest jeszcze jedna kwestia – media cały czas (od 8 lat!) mówią o potencjalnym ataku, o tym, że Stany Zjednoczone/Izrael się zbroją, iż już tuż tuż (najczęściej: następna pora roku – na wiosnę, że w lecie, w lecie, że na jesieni, a na jesieni, ze w zimę…) dojdzie do interwencji.

Tylko że jak w takich warunkach zaskoczyć Irańczyków? Cały czas im się powtarza, że mają być gotowi na atak z powietrza, że chcąc-nie chcąc, muszą się z tym liczyć i zabezpieczać. Siłą dotychczasowych operacji izraelskich ukierunkowanych na niszczenie programów atomowych było właśnie zaskoczenie (Osirak w Iraku, Syria niedawno) i względny brak zaawansowanej technologii.

Tymczasem prezydent Obama i Unia Europejska nałożyli mocne sankcje gospodarcze na Iran i Teheran od razu wyraził gotowość powrotu do rozmów. Obamie, z oczywistych względów, bardziej odpowiada rozwiązanie dyplomatyczne, aniżeli ruletka związana z tak kosztowną i ryzykowną operacją wojskową (w tym kontekście zapraszam do artykułu “Iran w ‘ofensywie’ – Teheran pod ścianą”, który pokazuje rzeczywiste pozycje w regionie).

2. Syria – chronić przeciwników Assada kosztem łamania prawa międzynarodowego oraz sporu z Moskwą i Pekinem, czy pozwolić na długotrwałą wojnę domową?
Amerykanie mają też inny problem – Syria. Assad nie został – w przeciwieństwie do Kaddafiego -opuszczony przez Pekin i Moskwę, które dość mają zachodniej ingerencji w Arabską Wiosnę. Chińczycy i Rosjanie, z oczywistych względów, raczej nie występują przeciwko autorytarnym państwom, w których nie ma gwarancji demokratycznych i poszanowania praw mniejszości.

Do bombardowań zachęca republikański senator, były kontrkandydat prezydenta Obamy, John McCain Nie czyniąc nic, Amerykanie doprowadzają do kontynuacji wojny domowej, której skutki są nieprzewidywalne, ale jednocześnie oznaczają dalszą część śmierci niewinnych istnień i katastrofę humanitarną. Assad będzie naśladował taktykę Kaddafiego, która prawie przyniosła skutek (gdyby nie “Świt Odysei” pułkownik zająłby Benghazi i prawdopodobnie przeprowadził rzeź) – fizycznej eksterminacji swoich przeciwników, strzelanie do żałobników,. Lepsza jest taktyka prezydenta Syrii wobec dziennikarzy, którym nie pozwala pracować, w przeciwieństwie do rodu Kaddafich, którzy o swój PR walczyli do końca, będąc z góry na przegranej pozycji.

Obama zatem stanie przed wyborem – przyglądać się kolejnym starciom i narażać na krytykę z powodu śmierci kolejnych cywilów albo zainterweniować, uderzyć w reżim Assada, wesprzeć opozycję, może odwrócić część zwolenników i … narazić się na krytykę z powodu łamania Karty Narodów Zjednoczonych oraz braku zgody Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Już Libia dostarcza nowych problemów, w postaci starć, łamania praw człowieka (czarnoskórzy ludzie w klatkach…) i autonomicznych ambicji przywódców libijskich plemion na wschodzie kraju.

3. Afganistan – jak odwrócić przegraną wojnę o dusze Afgańczyków?
W Afganistanie nie wygrali Brytyjczycy, polegli Sowieci i wiele na to wskazuje, iż na tarczy wrócą również Amerykanie. Oczywiście, oficjalnie będzie się mówiło o wycofaniu i szkoleniu, ale szanse na ustabilizowanie się kraju po wycofaniu należy ocenić na poziomie szans trenera Smudy na poprowadzenie Barcelony po odejściu Guardioli. Sytuacji nie poprawiają problemy z Pakistańczykami, chcącymi zachować swoje wpływy u sąsiadami i niechętnie patrzącymi się na Hamida Karzaia, wcale nie z powodu nepotyzmu, korupcji czy fałszerstw wyborczych (co czwarty głos został sfałszowany!), a ze względu na … potencjalne proindyjskie sympatie. Tego w Islamabadzie się nie wybacza…

Na temat strat i tendencji kompetentnie wypowiedział się Piotr Wołejko w artykule “Afganistan to kosztowna klęska. Raport Davisa”, więc nie będę analizował liczb. Są one jednak druzgocące i dowodzą, iż sprawy nie idą w dobrym kierunku.

Na pewno trendu nie odwrócą takie historie jak ta z ostatnich dni, gdy żołnierze amerykańscy zaczynają strzelać bo bezbronnych cywilów, być może pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzającycb. Nie wiemy też, ile takich przypadków dzieje się bez naszej wiedzy, jest wyciszanych, a ofiary klasyfikuje się jako terrorystów. Słyszałem o podobnych “wypadkach” w Iraku – dowodzą one zarówno demoralizacji – w przypadku jednych, jak i olbrzymiego obciążenia psychicznego, ciągłego życia w strachu – w przypadku drugich. Atmosferę wojny świetnie oddaje reportaż zamieszczony na stronach Interii.pl, obrazujący codzienność Afganistanu.

Barack Obama zaryzykował i wysłał dodatkowych żołnierzy na wojnę, którą na razie – nie tyko w mediach – przegrywa. Zdecydował się jednak na podjęcie dwóch kroków, które są światełkiem w tunelu. Wojsko ma w większym stopniu skupić się na odbudowie kraju, a jednocześnie rozpoczęto również rozmowy z talibami celem zakończenia wojny domowej. Efektów na razie nie ma, ale stratedzy w Pentagonie mają poważny problem, bo nawet jeżeli uda się porozumieć z wrogami, to kto da gwarancję, iż po wycofaniu wojsk będą dalej respektować ustalenia? Poczekali 11 lat, poczekają jeszcze 2-3…. Podobnie postąpił Wietnam Północny po tzw. porozumieniach paryskich. Zabijanie niewinnych cywilów nie spowoduje wzrostu popularności Ameryki w tym kraju, a Afgańczycy nie są gotowi przejąć odpowiedzialności za kraj. Nie pomagają też informacje o paleniu Koranu. Jednym takim zachowaniem można zniweczyć miesiące pracy nad poprawą reputacji w społeczeństwie afgańskim. Co to za różnica dla zabitego, czy do niego strzelał Pasztun czy Amerykanin?

Parę słow o mediokracji – tabloidyzacja

1 komentarz
źródło: deser.pl

źródło: deser.pl

Media bywają określane mianem IV władzy i coraz częściej mam wrażenie, że sprawy idą w złym kierunku, bo poziom prezentowanych treści dramatycznie spada, powodując spłycenie debaty publicznej.  Odpowiedzialność za taki stan rzecz rozkłada się – winić należy  zarówno dziennikarzy, którzy wykonują swoją pracę i zapotrzebowanie na jak “najgłośniejszą”  treść (już nawet “adopcja” kota przez Jarosława Kaczyńskiego może być super newsem) bez większych ambicji, ale także odbiorców, którzy niechętnie interesują się skomplikowanymi procesami rządzącymi światem. Zamiast tego wolą prosty przekaz i demagogię.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Jesteście początkującym politykiem, z osiągnięciami naukowymi, specjalistą w zakresie prawa/stosunków międzynarodowych/ekonomii/fizyki. Pytanie za 100 punktów – gdzie lepiej opublikować swój tekst lub list przed wyborami parlamentarnymi? W “Fakcie” i “Super Expressie” czy na łamach “The Economista”, “Der Spiegela” czy nawet branżowej gazety? Serce podpowiada – zagraniczna, renomowana prasa. Rozum – trzeba pisać dla tabloidów, ponieważ to są Wasi wyborcy. Skoro jednak piszemy dla “Faktu” to przekaz musi być prosty i w jasny sposób deklarować nasze stanowisko, bez zbędnych refleksji i – w żadnym wypadku – jakichkolwiek wątpliwości. W efekcie powstaje słaby tekst dla tabloidu, który zostanie wrzucony między cycki Dody, a nową fryzurę Ewy Farny, przeczytany przy okazji, ale z większym przełożeniem na wyborców, aniżeli prestiżowy artykuł w zagranicznej prasie. Koło się zamyka.

Nie pisałbym tego akapitu wyżej, bo nie mam żalu do tabloidów o to, iż chcą zarabiać pieniądze. Każdy ma jakiś target. Problem rozpoczyna się wtedy, gdy inne media do tych tabloidów się dostosowują – zwłaszcza wysokonakładowe gazety, portale internetowe i telewizje informacyjne.

Jak już jesteśmy przy telewizji. Kilka lat temu rozmawiałem z jednym z pracowników takowej (mniejsza o okoliczności).
- Wiesz czym różni się nasz  produkt od tego, który sprzedają tabloidy? – spytał.
- Nie?
- Opakowaniem.

D-o-k-ł-a-d-n-i-e. Ważniejsza jest cieknąca rura sąsiada, “wilcze oczy” Tuska, aniżeli budżet kraju, reforma emerytalna, czy przyszłość Unii Europejskiej. Czy naprawdę głównym problemem – zajmującym media w Polsce przez kilka tygodni – powinien być tzw. “CSI: Sosnowiec” i tragedia jednej rodziny? Jakie ma to znaczenia dla obecnego i przyszłego życia Polaków? Czy nie macie wrażenia, że robi się z nas idiotów w ten sposób? Może odpowiedź jest inna  oglądając te bzdury sami już to zrobiliśmy i nikt nam nie musi pomagać? Gdyby odbiorcy byli bardziej wymagający, co do treści, poziom musiałby wzrosnąć. Wymagań jednak brak, a tabloidyzacja postępuje.

Zobaczcie na ostatnią okładkę “Newsweeka”. Biedni Zbigniew Hołdys z Jarosławem Kuźniarem jako ofiary nagonki. Przepraszam, ale jakie to ma znaczenie, że redaktor TVN24 dostał kilka tysięcy niemiłych maili? Niech je wyrzuci do kosza… To samo portale “publicystyczne” czy wielkie serwisy internetowej – im głupsze hasło, tym bardziej się przebija – z bombą termojądrową w polskiej Tutce czy parówkami z Orlenu na czele. Co w parówkach czy paranoicznych fantazjach jest publicystycznego?

Jednocześnie jednak media dysponują bronią masowego rażenia – są sumieniem społeczeństwa. Nic nie jest bardziej urocze jak redaktor TVP Info próbujący tłumaczyć, o co chodzi w ACTA i nie mający zielonego pojęcia co to jest dozwolony użytek i jaki czyn jest w Polsce karany. Facet powtórzył bzdury, które przeczytał w komentarzach, z tą różnicą, iż upowszechnił informację dla następnych tysięcy osób. Potem te idiotyzmy, o próbie odcięcia ludziom Internetu niczym w Chinach czy Iranie, ludzie będą powtarzać i tak w kółko. ACTA ma wiele wad i kilka kontrowersyjnych przepisów, ale o nich się kompletnie nie mówi – może poza uniwersyteckimi dyskusjami. Znowu druga strona medalu – to też nasza wina, iż na widok prawników tłumaczących przepisy (niekiedy przynudzających – prawda) najchętniej przełączamy kanał, a kłótnię “detektywa” Rutkowskiego z rzecznikiem Sokołowskim z miłą chęcią obejrzymy.

Obecnie media to po prostu biznes. Sprzedają się tylko gorące newsy, więc często temat trzeba pociągnąć lub nawet wykreować. Oglądalność kosztem rzetelności. W tym celu media są w stanie nawet zaszczuć niewinnego człowieka, który następnie ma szanse na kilkuletni proces o obronę dóbr osobistych. Wystarczy jeden “dobrze” podany news o polityku, aby zniszczyć jego karierę. Potem najwyżej powie się, że nie mieliśmy racji i to smutna pomyłka. Kłania się trzecia liga hokeja. Sprytny dziennikarz podał nieprawdziwą informację (iż nie ma takiej ligi), ale powszechnie przyjęło się, iż to minister Mucha wpadła w pułapkę. Pewnie by wpadła, gdyby dziennikarz najpierw sprawdził czy istnieje jednak odpowiednik III ligi hokeja, a tak to powinien przeprosić.

Jeden z moich kolegów, zajmujący się PR-em, miał dla mnie świetną poradę. “Pamiętaj o mocnych tytułach o emocjonalnym wydźwięku, bo to napędza czytelników”. Wchodzę na portal wPolityce.pl i co widzę? Mój inny kolega, szanowny bloger, stosuje się do tej porady, daje w tytule pytanie z nieprawdziwą tezą, o której zresztą wie, iż jest niezgodna z prawdą, ale zapewni klikalność. Jednocześnie w tekście co prawda tłumaczy o co chodzi, ale nie dystansuje się od tego pytania. Efekt jest taki, ze przeciętny czytelnik zapamiętuje tytuł, który jest nonsensem, powtarza go i tak, ten news krąży sobie dalej. Dziękuję, ale ja jednak postoję.

Pamiętacie kapitalny film “Władcy marionetek”? Tomasz Sekielski, autor tego filmu, zapomniał, że media wcale nie postępują inaczej. Polityków kręci władza za wszelką cenę, dziennikarzy popularność i pogoń za newsem, którego można sprzedać – również.

 12345678...272829Starsze artykuły