Patryk Gorgol

Wpisy z kategorii Historia

Dopaść “Iwana Groźnego”

2 komentarzy

 Prokuratura w Monachium zarzuca Iwanowi Demianiukowi udział w zabójstwie 29 tysięcy europejskich Żydów. Rozstrzygnięcia, czy Demianiuk to osławiony „Iwan Groźny” chcą doknać Niemcy. To oni wydali nakaz aresztowania 88-letniego Ukraińca. Już niebawem może dojść do ekstradycji. Na mocy wyroku sądowego mogą jej żądać Niemcy, Polacy lub Ukraińcy. Przez długi okres czasu żadne z tych państw, pomimo amerykańskich zapytań, nie chciało sądzić Demianiuka. W końcu Niemcy skorzystali z „furtki prawnej”, jaką otworzył fakt, że Demianiuk był straznikiem obozu w Flossenburgu, który położony był na terenie Niemiec. To będzie bardzo symboliczny proces.

Iwan Demianiuk to jednak żaden wysoki dygnitarz NSDAP, RSHA, ani „gruba ryba” totalitarnego systemu nazistwoskiego. To „jedynie” były strażnik obozów koncentracyjnych – m.in. w Sobiborze, Treblince i Majdanku. Był na tyle małym trybikiem tej zabójczej maszyny, że Sąd Najwyższy Izraela uchylił wydany na niego wyrok śmierci, gdyż nie mógł bezsprzecznie stwierdzić, że Demianiuk to „Iwan Groźny”. Pseudonim pochodzi od sposobu traktowania więźniów obozów koncentracyjnych. Ukrainiec był wobec nich niezwykle okrutny. Sam koordynował też akcje wysyłania Żydów do komór gazowych. Udowodnienie winy Demianiukowi, po 64 latach (!), ma symbolizować, że nazistów dosięga również karcąca ręka sprawiedliwości. W dodatku niemiecka. Trzeba pochwalić naszych zachodnich sasiadów, bo Instytut Pamięci Narodowej nie chciał zająć się tą sprawą i umorzył śledztwo. 

To przerażające, ale Demianiuk nie jest największym zbrodniarzem nazistowskim. „Jedynie” wykonywał polecenia i dodawał do tego swój niekwestionowany sadyzm. Jego proces jest możliwy, gdyż pojawiły się nowe dowody potwierdzające jego tożsamość i fakt, że był straznikiem. Ukrainiec tak naprawdę będzie listkiem figowym sprawiedliwości, bo osoby odpowiedzialne za nazistowskie zbrodnie nie zostały należycie rozliczone po II wojnie światowej. Oczywiście, był proces norymberski i inne rozstrzygnięcia, jednak miały one wymiar raczej propagandowy niż realny. Większość ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo Żydów, Polaków, obywateli ZSRR itd., nigdy nie usłyszało zarzutów. Przecież decyzji o zagazowaniu Żydów nie podejmowal Demianiuk, a Himmler z Hitlerem w Berlinie, a trzeba przypomnieć, że przechodziła ona przez ręce tysięcy Niemców na wielu szczeblach. Rozliczenie ich, tuż po wojnie, byłoby dla Republiki Federelnej Niemiec zbyt kosztowne. Szczególnie, że część z tych osób, jak w przypadku przemysłu, gdzie masowo wykorzystywano pracowników przymusowych, a nazywając rzecz po imieniu – niewolników, było potrzebnych do odbudowy niemieckiej gospodarki.  

Pomimo tego, rozliczenie każdego zbrodniarza, nawet tak niskiego w obozowej hierarchii, jest w XXI wieku bardzo ważne. Jednym z powodów jest medialność tej sprawy. Ludzie, poznając jego historię, dowiadują się, jak wyglądała rzeczywistość obozowa i zyskują pojęcie na temat skali ludobójstwa. Europa nie może zatracić tej szczególnej wrażliwości. Jako symbol, „Iwan Groźny” nadaje się idealnie do rozliczenia. Chodzi tutaj o rozstrzygnięcie dziejowe. To, czego próbują uniknąć Rosjanie w/s Katynia. Przyznaja się do masowych zabójstw polskich oficerów i inteligencji, ale nie nazwą tego ludobójstwem. Nie można zapominać o tym, że okrucieństwo nazizmu i komunizmui jest bardzo zbliżone pod względem stopnia. Dwa systemy totalitarne różniły się ideologią i podejściem do gospodarki, ale nie brutalnością radzenia sobie z wrogami – prawdziwymi lub domniemanymi.

Dotychczasowa linia obrony Iwana Demianiuka opierała się na teorii, że do 1942 roku służyl w Armii Czerwonej, a potem znalazł się w niemieckiej niewoli. Jednym z kluczowych dowodów oskarżenia ma być legitymacja strażnika Demianiuka i – co naturalne – zeznania ocalałych. Autentyczność dokumentu została potwierdzona. Problemem jest jego stan zdrowia i polityczność sprawy. Trudno wyobrazić sobie skalę kompromitacji niemieckiego i amerykańskiego systemu sprawiedliwości, gdyby oskarżonemu coś się przyrafiło w czasie lotu do Monachium. 

Ciężko w dzisiejszych czasach wyobrazić sobie tak bezwzglednego mordercę. Najgorsza jest jednak świadomość, że „Iwan Groźny” nie był jedynym okrutnym strażnikiem w obozach koncentracyjnych, a może być – bo to jeszcze nic pewnego – jednym z nielicznych rozliczonych. Po II wojnie światowej, o czym się raczej nie mówi, nazistowskie know-how zostało wykorzystane przez supermocarstwa w czasie zimnej wojny. O możliwych eksperymentach osławionego „doktora” Mengele mówi się do dziś, w dużej części ze znakiem zapytania, bo pozamykane są jeszcze archiwa . Śmierć części najwyższych członków dowództwa niemieckiego do dziś budzi poważne kontrowersje i sprzeczności. Tezę, że ewentualny proces Demianiuka będzie ostatecznym rozliczeniem II wojny światowej i holocaustu uznać można za chwytliwą, ale nieprawdziwą. Zbrodniarzy nikt już nie rozliczy. Na to jest już za późno.

Więcej na tematy związane z historia

- Pawelka & Steinbach – duety do mety

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

Pawelka & Steinbach – duety do mety

2 komentarzy

 „Trzeba przypomnieć o tym, że Polska napadła w 1920 roku na Rosję i zagarnęła te tereny. Później musiała zwrócić je Stalinowi” – powiedzial w debacie telewizyjnej Rudi Pawelka, założyciel Powiernictwa Pruskiego. Nie należy oczywiście z tego powodu rozdzierać szat czy zrywać stosunków dyplomatycznych z Niemicami. Pawelka w Niemczech nie znaczy wszakże wiele. Mój niepokój budzi jednak to, że w niemieckich mediach pojawiają się wypowiedzi, których zgodność z realiami historycznymi jest co najmniej wątpliwa. Niemcy, choć przykro mi, że muszę ich dyskryminować, mają niezwykle nikłe prawo do wypowiadania się na tematy historyczne w taki sposób. Tak naprawdę z taką tezą nie spotykam się po raz pierwszy, bo powstała przecież ona na wschodzie, ale w ustach niemieckich brzmi to niezwykle podle. 

Jeśli uznać, że wojna polsko-bolszewicka zaczęła się w kwietniu 1920 i skończyła w październiku to tak, .cynicznie można twierdzić, że Polska zaatakowała bolszewikow, a potem zagarnęła tereny przez nich zajmowane. Ignorancja przecież nie jest bolesna. Niektórzy pozwalają sobie na takie frywolne historyczne zabawy. Mówienie o wojnie, w oderwaniu od jakichkolwiek faktów fałszuje historię. Rozumowanie Pawelki przypomina tezę ZSRR, dla którego wojna rozpoczęła się w czerwu 1941. Nie można rozpatrywać wojny polsko-bolszewickiej w tak tendencyjny sposób, bo teza o biednej III Rzeszy, która padła ofiarą napaści Francji, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Stanów Zjednoczonych, zbliża się nieuchronnie. Nie chodzi przecież w tym wszystkim o nas, ale o przyszłe pokolenia. Niemiecka młodzież po prostu musi być w 100% świadoma dziedzictwa, jakie jej zostało w spadku. Nie będzie to takie oczywiste, jeśli coraz popularniejsze będą wypowiedzi podobne do tych Rudiego Pawelki czy członków NDP. Ostatnim hitem jest krytyka Polski z dodaniem, że nie potrafimy kontynuować pięknej karty, którą rozpoczęli polscy biskupi wysyłając list „Wybaczymy i prosimy o wybaczenie” w listopadzie 1965. Ktoś w Berlinie chyba zapomniał o tym, że odpowiedź na ten list była bardzo niezadowalająca i nic nie mówiła o granicy na oOdrze i Nysie Łużyckiej. Polski episkopat był bardzo rozczarowany, a władze PRL-u rozpoczęły propagandową nagonkę pt. „Nie przebaczymy”, a rezolutni nieznani sprawcy dopisywali „Katynia”. Polscy biskupi wyprzedzili swoje czasy, niemieccy jeszcze nie dorośli. Stać ich było jedynie na polityczną poprawność. Erika Steinbach głosowała przeciwko uznaniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, mentalnie do dziś jeszcze żyje przed 1989r.

Rozprawmy się najpierw z mitem o polskim ataku na bolszewików i zagarnięciem jego terytoriów. Większość ludzi, jakich znam, reaguje emocjonalnie i raczej odnosi się do bitwy warszawskiej. Na sprawę trzeba jednak spojrzeć w szerszej perspektywie. Wojna polsko-bolszewicka wybuchła w 1919 roku, była wojną – z polskiego punktu widzenia – o kształtowanie się granic. W międzyczasie w Rosji bolszewickiej trwała wojna „czewronych” z „białymi”, zachodnie państwa posiadały na terenach przyszłego ZSRR siły interwencyjne. Politycy przewidywali, że komuniści zostaną obaleni. Nie chcę podejmować polemiki w stylu, kto pierwszy do kogo strzelił i gdzie. Faktem jest, że na terenach, na których toczyły się walki, bolszewików miało nie być na mocy pokoju brzeskiego, w których zrzekli się tych ziem I nie obchodzi mnie, że był to pokój taktyczny. Zrzekli się? Tak. Mieli prawo do tej ziemi? Nie. Maszerowali na zachód? Tak. Konfrontacja o ziemie dawnej, przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, była nieunikniona. W tym momencie mógłbym już skończyć swoje rozmyślania, bo jakie ziemie zabrali Polacy, skoro bolszewicy sami się ich zrzekli? Oczywiście, teoretycznie „anulowali” jednostronnie ten pokój, jednak nie można mówić o „własności” Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Białorusi itd. 

Polską kontrofensywe w 1919 roku zatrzymał sam Józef Piłsudski. Uważał, że łatwiej będzie mu walczyć z „czerwonymi” niż „białymi”. Nie chicał pomagać Denikonowi w wygraniu wojny domowej. Ten zresztą „łaskawie” zapowiedział, że zgodzi się na Polskę w graniach z 1815 roku. Piłsudski wybierał więc między dżumą, a cholerą. Postanowił zawiesić działania na froncie wschodnim. Taktycznie pomógł więc komunistom. Tutaj dochodzimy do momentu, do którego odnosi się wypowiedź Rudiego Pawelki, który twierdził, że to Polacy zaatakowali i zagarnęli ziemie w 1920 roku. Jak można mówić o wojnie polsko-bolszewickiej pisząc tylko o 1920 roku? W historii II wojny światowej też chce brać pod uwage tylko rok 1945 i dywanowe naloty na Drezno?

Bolszewicy – po wygraniu wojny domowej – zaczęli koncentrować swoje siły przeciwko Polsce. Polacy musieli zatem zaatakować wojska bolszewickie, zanim one zaatakowałyby Polskę. Plany komunistycznej ofensywy zresztą nikogo nie dziwiły. Lenin i jego towarzysze dużo mówili o przyszłym tryumfie światowego proletariatu. Liczył, iż uda się dokonać przewrotu w Niemczech. Czy w tym kontekście można mówić o tym, że Polacy bezpodstawinie zaatakowali Armię Czerwoną? Bez zartów. Polacy opanowali prawobrzeżną Ukrainę, ale po uporządkowaniu wojsk inicjatywę przejęli bolszewicy. Celem taktycznym Piłsudskiego było zapewnienie Polsce bezpieczeństwa przy pomocy koncepcji federacyjnej, stąd układ z Petlurą. Bolszewicy chcieli doprowadzić do światowej rewolucji – po trupie Polski. Resztę układanki już pewnie wszyscy pamiętają – wojska bolszewickie zostają odparte dopiero pod Warszawą, komuniści uciekają w popłochu. Zostaje zawarte zawieszenie broni, a później Pokój ryski. Idąc na Warszawę komuniści mówili jasno, że ich celem jest połączenie się z niemieckimi towarzyszami. Polska odmieniła więc bieg historii i mówienie o zagarnięciu „rosyjskich ziemi” jest po prostu bzdurą. Nasze prawa do nich były co najmniej takie same, jak bolszewickie. Inna sprawa, że fatalnie potraktowaliśmy prawo do samostanowienia innych narodów. Teza o tym, że te ziemie zostały ZSRR po prostu zwrócone też jest kosmiczna. Pokój ryski jasno określał granice, a Związek Radziecki bez pardonu i skrupułów odebrał nam polskie Wilno i Lwów. Tak, odebrał, a nie my mu zwróciliśmy. 

Można mówić, że te niemieckie wypowiedzi są marginalne i nic nie znaczą. Jasne, ale pojawiają się regularnie. Rozumiem oburzenie Władysława Bartoszewskiego. Media niemieckie zupełnie zapominają, ze jeszcze niedawno Erika Steinbach apelowała, żeby nie rozszerzzać UE o Polskę i Czechy, dopóki nie wynagrodzą one szkód wypędzonym. Kwestionowała również nasze demokratyczne zdobycze. Trudno posądzić Bartoszewskiego o antyniemieckie fobie. Jego stosunek do Niemców należy określić jako przyjazny, a mowa przecież o byłym więźniu Auschwitz. Steinbach żeruje na tragedii ludzkiej. Tak jak w przypadku wojny polsko-bolszewickiej. Nie można wypędzeń rozpatrywać bez odniesienia się do II wojny światowej. Jeśli ktoś został wysiedlony, to przykro mi z tego powodu, ale nic dla niego nie mogę zrobić. Ze swojej strony z kolei nie domagam się odszkodowań wojennych. Nie czuję się zatem zobowiązany wobec Niemców. Być może demonizujemy Steinbach, ale nie możemy pozwalać, by ktoś próbował zmienić naszą historię. Pamiętajmy o ofiarach niemieckich, ale nie one są tutaj najważniejsze. Wypędzenia to przecież następstwo polityki Hitlera, a nie spełnienie polskiego marzenia narodowego, co zresztą szefowa Związku Wypędzonych sugeruje. Kto tu kogo demonizuje?

Więcej na tematy historyczne

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię

Szczególnie gorąco polecam również tekst Piotra Cywińskiego z "Rzeczpospolitej"

 

 

Obronić przed zapomnieniem: rotmistrz Witold Pilecki

2 komentarzy

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Parlament Europejski ustanowi nowe święto UE – Międzynarodowy Dzień Walki z Totalitaryzmem. Olbrzymie szanse, aby zostać jego patronem, ma rotmistrz Pilecki. Projekt dysponuje – wg „Dziennika” – poparciem Unii na Rzecz Europy Narodów i Europejskiej Partii Ludowej – Europejskich Demokratów. „Dziennik” podaje, że to większość wystarczająca do przegłosowania. Niestety – tak nie jest, gdyż będzie to trochę ponad 300 głosów, gdy w parlamencie zasiada obecnie 795 europosłów. Dlaczego jednak inne frakcje nie miałyby poprzeć tak mało kontrowersyjnego projektu?

Rotmistrz Pilecki idealnie nadaje się na patrona tego święta. Wszystkim polecam tzw. raport Witolda z jego pobytu w Oświęcimiu. Jest długi, wczoraj czytałem go prawie cały dzień, ale niezwykle wciągająćy. Na jego podstawie można by nakręcić interesujący film. Uświadamia też coś bardzo ważnego – kto był kim w czasie wojny. Takie źródła są niezwykle cenne, bo nasi dziadkowie/pradziadkowie brali udział w II wojnie światowej, przez co my nie możemy nabrać do niej dystansu, ale już następne pokolenie będzie wolne od tego dziedzictwa, gdyż kombatanci umrą. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa walka o pamięć na temat II wojny światowej oraz realne próby zmieniania historii. W naszej kulturze pamięć o tej straszliwej wojnie jest bardzo istotna, co pokazują żywe spory polityczne na tym tle. Inaczej to będzie wyglądało za lat 20, gdy ta wojna będzie jakimś smutnym wspomnieniem pokoleń. Coś podobnego dzieje się w/s I wojny światowej obecnie. Wystarczy porównać chociażby stereotypową wiedzę na temat I i II wojny światowej.

Poziom bohaterstwa Pileckiego jest niezwykły. Ten człowiek dał się złapać Niemcom, by „przeniknąć” do Oświęcimia i zbadać dla podziemia – co tam się tak naprawdę dzieje. Najlepszym podsumowaniem jego działalności jest fakt, że gdy Polacy donosili o masowej eksterminacji, to alianci nie bardzo chcieli w to wierzyć. Pilecki to wszystko opisywał w swoim raporcie, a na terenie obozu stworzył coś w rodzaju ruchu oporu, który ułatwiał przeżycie w tych makabrycznych warunkach. Demaskował również cynizm Niemców i główne reguły rządzące obozem. W samym raporcie przeczytać możemy mnóstwo ciekawych historii, o tym, jak rotmistrz unikał dekonspiracji, jak radził sobie (i pomagał innym) w beznadziejnych sytuacjach. Po około dwóch i poł roku Witold Pilecki – wraz z dwoma kolegami – uciekł. Potem walczył w Powstaniu Warszawskim, a po wojnie został aresztowany przez komunistów i skazany na karę śmierci. O sposobie, w jaki go traktowali miał mówić: „Auschwitz to przy tym igraszka”. Rotmistrz doświadczył więc „uroku” represji od dwóch systemów totalitarnych. Równie obrzydliwych i obłudnych. Zasługuje na bycie symbolem UE, ale przede wszystkim – na ocelanie w naszej pamięci. Szansa na prawdziwe docenienie rotmistrza przyszła dopiero po 1989 roku. Progamy historyczne, pisane już w wolnej Polsce, nie nakładają jednak odpowiedniego nacisku na osobę rotmistrza. Inna sprawa, że generalnie program jest zbyt obszerny (albo czasu na lekcjach jest zbyt mało). Nie miałem w swoim życiu lekcji historii, na której pojawiłoby się nazwisko Pilecki. Chyba pora to zmienić? Historia powinna zaciekawić, a osoba rotmistrza jest fascynująca.

Czytając raport czułem się jak przy lekturze Bartoszewskiego. Doskonałe odróżnienie dobra od zła. Trzeba jednak otwarcie powiedzieć – przygody Pileckiego są dużo bardziej niebezpieczne i o wiele ważniejsze. Nie można stopniować odwagi, bo w innym wieku byli obaj panowie, a przede wszystkim – rotmistrz był doskonale wyszkolony, a Bartoszewski nie. Imponuje mi ta generacja ludzi, która dla ojczyzny zrobi wszystko. Oczywiście, nie popieram wypowiedzi Władysława Bartoszewskiego na temat PiSu. Były trochę zbyt mocne i mógl sobie ich oszczędzić. Dużo gorsi są jednak „młodzi”, którzy niczego nie osiągnęli, a krytykują profesora (tak, tak, wiem, że nie jest profesorem…). Bartoszewski, tak jak Pilecki (przy zachowaniu odpowiedniej skali oczywiście) też był więźniem obozu koncentracyjnego, też brał udział w Powstaniu Warszawskim i też siedział w komunistycznym więzieniu. Chcę pokazać, że istnieje pewna generacja ludzi, już starszych, którzy swoją wierność wobec państwa pokazali w najtrudniejszych warunkach. Pilecki jest wielkim bohaterem. Jego raport z kolei to nieocenione źródło historyczne.

Dlatego bardzo podoba mi się aktywność Bartoszewskiego w/s Eriki Steinbach. Niemcy zresztą rozgrywają to na własnym podwórku. SPD celowo popiera Polaków, bo wie, ile głosów ma do stracenia CDU/CSU w przypadku niewejścia Steinbach do zarządu fundacji „Ucieczka. Wypędzenie. Pojednanie”. Wybory już niebawem. Angela Merkel znajduje się między młotem, a kowadłem. Chce wyjść z twarzą z tej opresji, zadowalając Związek Wypędzonych i polski rząd. Roszczenia niemieckie są kompletnie nieuzasadnione, ale niemieckiemu rządowi brakuje odwagi, by ogłosić, że wszelką odpowiedzialność za wysiedlenia bierze na siebie. Nie chodzi o to, czy wysiedlenia były dobre, czy złe, ale Niemcy nie mają prawa moralnego mówić cokolwiek na ten temat. Szczególnie, że część „wysiedleńców” przyprowadził do nas sam Adolf Hitler. Nie przypominam sobie też, abyśmy dostali od Berlina adekwatne odszkodowanie wojenne. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Histeria, jaką rozpętała polska strona, jest zbyt duża, ale powód jest słuszny. Z rekomendacji Związku Wypędzonych i tak wejdą 3 osoby, a więc Steinbach utrzyma nieformalny wpływ. Spór jest więc bardziej prestizowy.

Należy pamiętać o obliczach totalitaryzmów: nazistowskiego i komunistycznego, bo pochłonęły one w cyniczny sposób miliony ofiar. Najbardziej przerażająca jest bezwzględność, z jaką to robiły, a pokazuje to w swoim raporcie Witold Pilecki. Wspominanie o Oświęcimiu jest o tyle ważne, że muzeum znajdujące się tam potrzebuje pomocy, by się utrzymać. List w tej sprawie miał wysyłać ostatnio Donald Tusk. Wiele osób zapomina o tym, że ginęli tam nie tylko Żydzi, ale również Polacy i osoby innej narodowości (żołnierze radzieccy, Cyganie). Obóz śmierci trzeba utrzymać, bo jest unikatowym świadectwem prawdy historycznej. Prawdy, której Polacy nie muszą się bać. Wierzę w to, że Polska i Europa wspólnie utrzymają to miejsce.

Więcej na tematy historyczne

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię
 

 

Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?

1 komentarz

Jakie warunki muszą spełnić Izraelczycy i Palestyńczycy, by mogło dojść do podpisania prawdziwego pokoju na Bliskim Wschodzie? Warto zająć się tym tematem w kontekście ostatnich wydarzeń w Strefie Gazy. Polacy, jak pewnie prawie wszyscy Europejczycy, są nieświadomi historii tamtego rejonu świata. Mój tekst nie będzie miał charakteru szczegółowego opracowania. Chcę jedynie zaznaczyć kilka główych powodów, przez które niemożliwe jest podpisanie pokoju. 

Konstanty Gebert, w „Wojnie czterdziestoletniej” przewidywał, że konflikt izraelsko-palestyński będzie się kończył około 2008r. Jak widać – mylił się. Nie zanosi się na to, aby w najbliższych miesiącach proces pokojowy ruszył z miejsca. Pomiędzy Żydami, a Palestyńczykami istnieje coraz głębsza czerwona od krwi rzeka nienawiści. Po stronie Palestyńczykow, nie widać siły przebicia u ludzi, którzy chcieliby rozwiązań pokojowych. Hamas umocnił swoją władzę w Strefie Gazy. Z kolei ostatnie sondaże wskazują na możliwą wygraną Likudu w wyborach do Knessetu. Na czele Likudu stoi Benjamin Netanjahu, który uważany jest za zwolennika twardej polityki. Co prawda Kadima wraz z Partią Pracy prawdopodobnie uzyskają razem więcej głosów niż Likud, jednak nie będzie to większość pozwalająca samodzielnie rządzić. Wszystko znowu zależne będzie od nietrwałych koalicji m.in. z partiami religijnymi.

 Po pierwsze, żeby podpisać porozumienie pokojowe, trzeba w ogóle rozmawiać. Na początek rzut oka na mapę.

Kto z kim ma się porozumieć? Izrael ma demokratycznie wybrane władze i oczywiste jest, że jest to jedna ze stron sporu. Z drugiej strony mamy Palestyńczyków, ale kto ich reprezentuje? Na terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu rządzi prezydent Mahmud Abbas z al-Fatahu, a w Strefie Gazy Hamas. Trzeba przy tym przypomnieć, że Izrael nie może rozmawiać z Hamasem, bo oficjalnym celem tej organizacji jest zniszczenie Żydów (kiepski więc to rozmówca)…. Z tego samego względu Hamas też nie chce rozmawiać z Izraelem. Uważa, że nie ma po co, a rozmowy pokojowe byłyby hańbą. Władze al-Fatahu są uznawane przez Izrael i UE. Kontrolują one jednak jedynie część „Palestyny”, w związku z tym nie można uznać je za reprezentatywne. Z kim ma więc rozmawiać Tel Awiw? Po drugiej stronie nie ma partnera. Mahmud Abbas jest człowiekiem, który byłby w stanie podpisać porozumienie pokojowe, ale nie dysponuje on dostateczną władzą. Porozumienie izraelsko-palestyńskie zostałoby zbojkotowane przez Hamas i w efekcie Abbas wyszedłby na clowna, a nie odpowiedzialnego prezydenta. Dopóki władza w „Palestynie” nie zostanie ujednolicona, tj. nie przejmie jej w całości al-Fatah albo nie dojdzie do podpisania porozumienia palestyńsko-palestyńskiego, po drugiej stronie nie ma wiarygodnego partnera.

Czy Palestyńczycy zdołają uporządkować swoje sprawy? Być może, ale nie jest to kwestia dni. Wśród Palestyńczyów brakuje mężów stanu, a na wysokich stanowiskach są głównie mali chłopcy z piaskownicy. Na pewno dogadaniu się Fatahu z Hamasem nie służą też ostatnie doniesienia o zabijaniu i przestrzeliwaniu kolan członków i zwolenników Fatahu w Gazie. 

Rozwiązań jest teoretycznie kilka. Na przykład Fatah przejmuje władze w Strefie Gazy. Naiwni przewidywali, że to jest właśnie celem „Płynnego Ołowiu”. Od początku było jednak jasne, że obalenie Hamasu byłoby możliwe jedynie przy naprawdę dużym wysiłku – a na to Ehud Olmert i Ehud Barak się nie zdecydowali, a w dodatku władzy „od Izraela” Mahmud Abbas nie mógłby przejąć. Obecnie szansa na zmianę rządów w Strefie Gazy się zmniejszyła. Popularność Hamasu jest niezachwiana.

W prasie pojawiają się sugestie dotyczące możliwego dogadania się pomiędzy Hamasem, a Fatahem. Teoretycznie powinno być to niemożliwe, w obliczu fali wojny palestyńsko-palestyńskiej, ale Arabowie to taka dziwna nacja, która najpierw do siebie strzela, by potem nazywać kogoś swoim „przyjacielem”. Doskonale pokazuje to historia np. Jasera Arafata. Dlatego nie można wykluczyć, że jednak do porozumienia dojdzie. W takim przypadku, rozmowy izraelsko-palestyńskie też stałyby pod znakiem zapytania, bo Hamas musiałby uznać sens negocjacji z Izraelem i zmienić swoje statutowe zapisy. W kazdym razie Izrael ine jest zbytnio zainteresowany bilaternymi rozmowami z Hamasem i vice versa. Nawet zawieszenie broni zostało pokazane jako porozumienie „odgórne”, tj. najpierw Żydzi ogłosili jednostronne zawieszenie broni, a potem Hamas powiedział, na jakich warunkach będzie go przestrzegać. W ten sposób ukryto dwustronne porozumienie.

Najpierw należy więc poradzić sobie z pierwszą przeszkodą – brakiem wiarygodnych stron w negocjacjach. Jest to warunek niezbędny, jeśli ktoś chce myśleć o trwałym pokoju.

Druga kwestia – terytorialna. Palestyńczycy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny uznali rezolucję ONZ „tworzącą” dwa państwa – Izrael i Palestynę. Otworzyło to drogę do negocjacji pomiędzy Izraelem, a Arafatem. Problem w tym, że już Hamas tej rezolucji nie uznaje. Jakiekolwiek rozmowy będą możliwe, gdy wszyscy Palestyńczycy przyznają Izraelowi prawo do istnienia. Załóżmy, że ma to miejsce. Jakie są główne problemy terytorialne?

Najmniej kontrowersyjna jest Strefa Gazy. Ariel Szaron zdecydował się na wycofanie wszelkich wojsk i osadników z tamtego terenu. Decyzja ta wywołała niezwykłe kontrowersje, jednak „Arik” postawił na swoim. Dzięki autorytetowi i niewątpliwej charyźmie. Mówiło się wtedy o tzw. jednostronnym procesie pokojowym. Miało go zapewnić wycofanie się ze SG i mur bezpieczeństwa. Izrael chciał bezwzględnie odzdzielić się od Palestyńczyków. Szarona, przed realiacją takiego scenariusza, powstrzymały dwie rzeczy – opór w partii i choroba. Generalnie jednak Izraelczycy nie mają żadnego interesu w utrzymywaniu Strefy Gazy, dlatego przy potencjalnych negocjacjach oddaliby ją bez płaczu. Oczywiście, pod pewnymi warunkami, ale to są już kwestie dla negocjatorów.

Mniej oczywista wydaje się kwestia Zachodniego Brzegu Jordanu. Żydzi są skłonni oddać około 80-90% terytorium, ale chcą również zachować swoje osiedla. Tutaj widać poważny zgrzyt, bo Palestyńczycy domagają się całego ZBJ i wycofania osiedli. Problem polega na tym, że wspomiane 10% terytorium zabiera sam mur bezpieczeństwa, który obejmuje w ten sposób część żydowskich osiedi. Palestyńczycy uważają to za politykę faktów dokonanych. Uznają też, że samo zgodzenie się na granice sprzed roku 1967 byłoby ustępstwem z ich strony. Trudno więc wypracować tutaj dobre rozwiązanie. Generalnie uważam, że najrozsąniejsze byłoby wycofanie osadników. Izrael ma miejsce i pieniądze, by ich przesiedlić, a być może w części kosztów partycypowaliby Palestyńczycy. Osadnicy jednak nie chcą opuszczać ZBJ, a część polityków próbuje zbijać na tym kapitał (w tym wspomniany już wcześniej Netanjahu). Gorzej z problemem ziemi ZBJ, bo obie strony nie będą chciały ustąpić. Niewątpliwie jednak, przy olbrzymiej determinacji obu stron, powstałaby formuła zadawalająca obie strony. Trzeba jednak napisać, że postawiony mur oddala perspektywę pokoju, a nie ją przybliża.

Jerozolima. To jest dopiero prawdziwa szukanie wyjścia z labiryntu Minosa. Tam właśnie oficjalnie znajduje się stolica Izraela. Palestyńczycy również nie wyobrażają sobie, aby w ich nowo powstałbym państwie Jerozolima nie miała takiego statusu. W przypadku Żydów i Palestyńczyków łączą się z tym kwestie religijne, tj. znajdujące się w mieście: Ściana Płaczu i Wzgórze Świątynne. Trudno znależć, to będzie chyba trafne powiedzenie, salomonowe wyjście z tej sytuacji. Żadna ze stron nie zgodzi się, aby Jerozolima znajdowała się pod jurysdukcją tego drugiego. Nie można również dokonać podziału na np. „Jerozlimę Wschodnią” i „Jerozolimę Zachodnią”, bo byłoby to sztuczne. Jeśli podzielić by miasto etnicznie, mielibyśmy do czynienia z dziesiątkami enklaw. Były też propozycję, by nadać miastu status międzynarodowego. Pole negocjacyjne obydwu stron w tej sytuacji jest jednak bardzo nikłe. Przez m.in. Jerozolimę upadł ostatni plan pokojowy..

Z „terytorialnych” pozostaje jeszcze sprawa połączenia SG z ZBJ. Terytoria te są od siebie odzdzielone i Palestyńczycy, co naturalne, chcieliby je połączyć. Problem w tym, że nie ma takiej możliwości, bo to oznaczałoby bardzo niekorzystne rozwiązania dla Izraela. Tel Awiw nie odda żadnych terenów pod jurysdycję palestyńską. Może jednak poprowadzić np. eksterytorialną autostradę. Istnieją jednak rozwiązania, które – przy pewnej detereminacji – można by wprowadzić. Problemu jednak nie można bagatelizować, bo w tym przypadku to Izrael musiałby pójść na poważne ustępstwo. Palestyńczyków z kolei formuła w/w autostrady wcale nie musi zadowalać. Jest to więc kolejny martwy punkt.

W dzisiejszej notce omówię jeszcze trzecią sprawę, którą są uchodżcy. Pewne jest jedno: Izrael ich nie może przyjąć, bo oznaczałoby to naturalną śmierć tego państwa. Żydzi staliby się mniejszością w swoim kraju. Arabowie muszą to sobie w końcu uświadomić. Sprawę można jednak rozwiązać – jak to proponował Piotr Wołejko w swoim wpisie – przy pomocy symbolicznych odszkodowań. Każdy przesiedleniec dostałby określoną kwotę, a jeśli by nie żył, to kwota ta dzielona byłaby między jego dzieci. Tych ludzi mogłoby przyjąć państwo Palestyna. W zasadzie jest to jedyne wyjście z tej sytuacji, bo sprawę uchodżców trzeba jakoś doprowadzić do końca. Przecież nie wszyscy będą chcieli wracać. Obecnie to kolejny martwy punkt, bo Żydzi nie czują się zobowiązani wobec uchodzców, a że nie trwają obecnie żadne negocjacje, nikt nie rozważa powaznie tej kwestii. Izrael ma zresztą problem z własną mniejszością arabską, która ma niezwykle wysoki przytost naturalny.

Poruszyłem jedynie te najważniejsze kwestie. Istnieje jeszcze co najmniej kilkanaście kontrowersyjnych punktów. Na sprawę rozmów pokojowych wpływają również państwa ościenne (nie opisywałem problemu Wzgórz Golan). Celowo nie porszuam tej kwestii. Chciałem pokazać jedynie te największe kontrowersje. Wybrałem trzy kluczowe zagadnienia. Uważam, że ad. 2008 nie ma woli podpisania pokoju. Może sytuację zmieni „change” Baracka Obamy? Na razie się na to nie zanosi, brakuje impulsu, a konflikt się pogłębia. Sytuacja przypomina zakochanych, którzy mieli bolesne rozstanie. Są na siebie skazani.
 

Co dalej z Tybetem?

Brak komentarzy

W komentarzu do ostatniej wizyty Dalajlamy XIV w Polsce warto zadać innym Polakom i całemu światu pytanie o Tybet. Po zagłębieniu się w temat, kilku rozmowach i przede wszystkim lekturze ciekawych źródeł, okazuje się, że to zagadnienie wcale takie czarno-białe, jak przedstawiają go media. W debacie publicznej pomijanych jest wiele argumentów, które powodują, iż na sprawę można spojrzeć z bardziej złozonej perspektywy. W kwestii Tyetu kluczowe jest zweryfikowanie kilku mitów i zaproponwanie nowych, bardzo kontrowersyjnch, argumentów, które są celowo przez społeczeństwa zachodnie – które oczywiście nie są bez winy – pomijane.  

Czy zatem Tybet ma szanse na wolność lub choćby autonomię na poziomie Hong Kongu? Nie ma i w najbliższych latach nie będzie mieć. 

Chińczycy traktują Tybet jako integralną część swojego państwa i robią wszystko, by doprowadzić do asymiliacji tego regionu. W tym miejscu warto zatrzymać się i opisać kilka ruchów chińskich władz, które w przyszłości mają doprowadzić do unifikacji. Po pierwsze, typowa polityka osadnicza. W Tybecie osiedla się coraz więcej Chińczyków, którzy „w ramach promocji” dostają za to olbrzymie dodatki do pensji i ulgi podatkowe. Daje to pewną możliwość „zrobienia kariery”, co prawda jest ona ograniczona, ale dla ludzi, którzy pozbawieni są perspektyw, jest to zupełnie niezłe wyjście. Powoduje to frustrację Tybetańczyków, którzy takich możliwości zawodowych nie mają. Trzeba pamiętać o tym, że popularna wizja Tybetu, jako kraju mnichów, nie pokrywa się z tym prawdziwym obrazem, gdzie jest to bardzo biedny rejon, w którym dominuje rolnictwo, hodowla i rzemiosło. Mnisi stanowią jedynie określony, już teraz nieduży, odsetek mieszkańców. Tybetańczyk może wybić się tylko wtedy, gdy nauczy się języka mandaryńskiego oraz zapisze się do partii. „Żadnych złudzeń panowie” – jak to mawiał car Aleksander II. Do tego należy dodać standardowe aspekty takie jak szkolnictwo chińskie, które stara się wyprzeć tybetańskie wartości i język. Generalnie polityka społeczna bardzo propaguje postawę prochińską, a walczy z rozpowszechnianiem się kultury tybetańskiej. Chińczycy robią też bardzo dużo, aby „kupić” Tybetańczyków. Ekonomicznie patrząc – asymilowanie się opłaca. Żadna nowość. Kij i marchewka. Można powiedzieć, że w Tybecie prowadzona jest polityka gospodarczego i społecznego – jak to ujął Dalajlama – apartheidu.  

Oznacza to mniej wiecej tyle, że głównym celem Pekinu nie jest całkowite zniszczenie tej kultury, a zmniejszenie jej wpływów. Właśnie dlatego mnisi mają zakaz rozmawiania na tematy polityczne i filozoficzne. Wszelkie akty sprzeciwu są brutalnie tłumione, jak te zamieszki w maju. Społeczeństwo zostaje pozbawione wewnętrznej siły do stawiania oporu, jest pogodzone ze swoim losem, ale jednocześnie pamięta i szanuje swoją religię i tradycję. Część Tybetańczyków już zapisała się do partii. Gubernatorem Xizangu (prowincji obejmującej około połowy historycznego Tybetu) jest obecnie Tybetańczyk.  

W interesie Chińczyków jest jednak istnienie apolitycznej kultury tybetańskiej. Brzmi skomplikowanie, ale w gruncie rzeczy chodzi o pozbawienie nadziei Tybetańczyków na wolność, przy jednoczesnym pozostawieniu im prawa do praktykowania np. własnej religii. Służby bezpieczeństwa prowadzą bezwzględną politykę. Ideał mnicha według Chin to taki, który siedzi w klasztorze, daje się oglądać turystom i nie ma zamiaru nic powiedzieć. Pekin uświadomił sobie, że rozwój Tybetu jest w jego interesie, nie tyko ze względu na wielu turystów, którzy zaczęli tam przybywać w latach 90-tych, ale również dlatego, gdyż to bardzo ważne miejsce pod względem strategicznym, przy granicy z Indiami, gdzie znacznie ruzbudowano infrastrukturę wojskową. Polityka chińska wobec Tybetu przeszła olbrzymia ewolucję, od mordowania, torturowania i więzienia Tybetańczyków oraz niszczenia klasztorów (przyjmuje się, że zburzono około 80%!), do nieco bardziej liberalnej polityki, w ramach której te same klasztory… odbudowano lub pomagano odbudować. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w przypadku powstania jakiegokolwiek oporu, np. takiego jak powstanie w 1959r, zostanie równie bezwzględnie i okrutnie potraktowany. Obecnie inwestuje się w tamten region miliardy dolarów. Chińcycy nie chcą zniszczyć Tybetu, chcą z niego zrobić rezerwat! Przyjedzie obcokrajowiec, zapłaci, poogląda mnichów, zwiedzi klasztory, kupi trochę pamiątek… Co roku do Tybetu przybywa milion turystów. Ich przewodnikami są Chińczycy. Przypadek? Nie, przepisy są stworzone w taki sposób, by byli nimi głównie Chińczycy. To jest naprawdę dobrze zorganizowana polityka. Tybetańczycy są dyskryminowani w swoim kraju w ramach prawa.

Tybetańczycy mieliby podzielić los Indian. W kwestii Tybetu Chiny zachowuja się jak Stany Zjednoczone. Wielkie inwestycje, próba poprawy poziomu życia oraz narzucenie swoich uwarunkowań kulturowych i politycznych. Jak to mawia Stefan „Siara' Siarzewski w „Kilerze” – „Mają rozmach skur******”. Pekin łamie prawa człowieka wtedy, gdy ktoś w Tybecie się wychyli. Ci Tybetańczycy, którzy chcą stawiać opór, są zastraszeni. Nikt się o nich nie upomni. Z kolei ci podporządkowani mogą żyć w miarę normalnie. Świat bije granice hipokryzji, bo dużo mówi o szanowaniu praw człowieka, ale nic nie robi, by je egzekwować. Czy Tybetańczycy podzielą los Indian? 

Czas działa na korzyść Chin, z każdym kolejnym miesiącem sytuacja Tybetu pogarsza się. Władze chińskie podjęły decyzję o bezpośednim ingerowaniu w praktyki religijne Tybetańczyków. To dlatego porwano XI Panczenlamę. Wyjaśnię. Panczenlama jest drugą, po dalajlamie, osobą w hierarchii buddyjskiej. Jest odpowiedzialny za wskazanie kolejnego wcielenia Dalajlamy. W 1995 roku Dalajlama XIV rozpoznał XI Panczenlamę, 6-letniego wówczas chłopcu. Dwa dni później został on aresztowany (porwany?) przez chińskie władze oraz odizolowany. Co się z nim teraz dzieje? Nie wiadomo. Na pewno nie praktykuje nauk tybetańskiego buddyzmu. W każdym razie uznaje się go za najmłodszego więźnia politycznego. W ten sposób Chińczycy uderzają w fundament religijny Tybetu. Rezolutni aparatczycy partyjni wyznaczyli zresztą … własnego, partyjnego Panczenlamę. Nie jest on prawowity. Plan jest jednak prosty. Po śmierci Dalajlamy „koncesjonowany” Panczenlama ogłasza nowego Dalajlamę, zgodnie z życzeniem Pekinu. Jako że prawowity Panczenlama jest nadal odizolowany (albo gorzej: zindoktrynowany), nie będzie w stanie wskazać nowego przywódcy duchowego. Chiny zrobią wszystko, by narzucić swojego kandydata.  

Zagadką jest, czy rząd na uchodźstwie, pozbawiony autorytetu Jego Świątobliwości oraz społeczeństwo tybetańskie, będą w stanie sobie poradzić z tym problemem. Sporną kwestią jest też zachowanie mnichów. Świat zapewnie będzie milczał. Sprawa tybetańska, bez sławy i autorytetu Dalajlamy, stanie się jeszcze bardziej marginalna. Jeżeli Chinom do tego udałoby się narzucić nowego Dalajlamę, to sytuacja stałaby się dramatyczna. Na całe szczęście to akurat nie będzie takie łatwe, bo mnisi nie uwierzą nieprawowitemu Panczenlamie. Szykuje się jednak zdecydowana konfrontacja, w której Chińczycy mają zdecvydowaną przewagę. Tybet jest papierem lakmusowym dla europejskich polityków, jeśli chodzi o szanowanie wartości. Papierek w całosci zabarwił się na czerwono. Prawdopodobnie ze wstydu.

Tybet nie będzie też wolny z innych powodów. Geopolitycznych. Jego położenie powoduje, iż Chińczycy nie chcą tracić tego punktu na granicy z Indiami Ponadto niedawno odkryto tam – o czym się jakoś się głosno nie mówi – olbrymie złoża ropy naftowej oraz – wg wikipedii – są tam największe na świecie złoża uranu. Znajdują się tam też bardzo ważne instalacje wojskowe  Ponadto z Tybetu jest blisko do prowincji Xinjinang, w któym znajdują się surowce, ropociąg i gazociąg z Kazachstanu oraz do prowincji Sichuan (surowce, spichlerz Chin, w którym mieszka 100 milionów ludzi). Chińczycy nie chcą oddać kury, która znosi złote jaja. 

Pora zająć się samym Dalajlamą XIV. To bardzo wytrawny polityk. Jego postulaty dotyczące autonomi nie wynikają z rzeczywistych oczekiwań, a z realizmu poltiycznego. Postuluje hy Tybetowi został nadany status podobny do tego, który mają Hong Kong oraz Makao, według zasady „Jeden kraj, dwa systemy polityczne”. Poza tym zgłasza oczekiwania zrozumiałe z punktu widzenia ochrony tożsamości tybetańskiej, takie jak zakaz osiedlania się Chińczyków w Tybecie. Domaga się również prawa do swojego powrotu i pełnej swobody dla siebie oraz wycofania wojsk chińskich. Pekin jednak nie chce zaakceptować tych warunków, gdyż dopuszcza jedynie -że tak to nazwę – autonomię koncesjonowaną. Szczególnie, że Tybet jest formalnie autonomiczny. Hu Jintao nie widzi też sensu ustępowania Dalajlamie, który nie ma żadnych argumentów politycznych, ani gospdarczych, ani tym bardziej militarnych. Realpolitik. Najlepiej skomentuje to powiedzenie Stalina: „Papież, a ile ona ma dywizji?”.

Potęga Dalajlamy XIV to jego światowy PR. O sprawie pamięta się głównie ze względu na niego oraz mistyczny obraz Tybetu. W Chinach mieszka wiele zapomnianych narodów, których wojownicy walczą o swoje prawa z władzami chińskimi, a media o tym nie onformują albo robią to w zdawkowy sposób. Potęga tybetańskiego przywódcy duchowego polega nie na tym, że spotyka się z Nicolasem Sarkozym czy G.W. Bushem, ale na umiejętności dotarcia do normalnego człowieka. Przeciętny człowiek zapytany o Tybet wie, że „łamane są prawa człowieka”, ale nie potrafi z reguły powiedzieć nic ponad kilka ogólników i ma bardzo stereotypową wizję tego górzystego regionu. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę ignoranctwo zachodnich społeczeństw, to sukces. Ludzie jednak powinni więcej czytać, by zrozumieć, że sam Dalajlama nie widzi szansy na „Free Tibet”. 

Jest jeszcze jeden problem, o którym się w ogóle nie mówi. Dalajlama, choć bardzo popularny w świecie, nie jest tak krystalicznie czysty, jak się go nieraz przedstawia. Na pewno każda osoba interesująca się Tybetem spotkała się z książką„Siedem lat w Tybecie. Moje życie na dworze Dalajlamy” napisaną przez Heinricha ,Harrera, byłego nauczyciela przywódcy duchowego Tybetańczyków. Okazało się, iż ten człowiek był członkiem NSDAP i SS. Ta rysa jednak o niczym nie świadczy, bo tak naprawdę trudno uznać, by Dalajlama ideały narodowosocjalistyczne wprowadzał w życie. Okazuje się jednak, że Dalajlama ma więcej podejrzanych znajomości. Czy wszystkie można przypisać wrodzonej dobroci i jednocześnie pewnej uroczej naiwności? Jeżeli do tego dodamy fakt, iż na początku popierał porozumienia z Chinami, a nawet był w pewien sposób zafascynowany maoizmem, okazuje się, że jak każdy, popełniał błędy, bardzo kosztowne błędy. Inna sprawa, że w latach 50-tych świat wcale nie kwapił się do pomocy Tybetowi, ale o czerwonym papierku lakmusowym już pisałem.

Siła Dalajlamy polega na jego potędze duchowej, ale również na umiejęnościach medialnych. To doskonały przykład na to, że można pokazać prawdziwe oblicze Chin i jednocześnie nie atakować tego państwa zbyt agresywnie. Łagodność Dalajlamy jest jego siłą. Jego kompromisowość jest doskonale sprzedawana, chociaż tak naprawdę jego oczekiwania w/s autonomii wcale nie są minimalistyczne. Tybetańczycy zaczynają się już niecierpliwić. Szczególnie młodzież, która nie zna innych realiów życia niż pod okupacją. Działający głownie na emigracji, Kongres Młodzieży Tybetańskiej, radykalizuje swoje stanowisko. Młodzi coraz mniej chcą słuchać Dalajlamy. Uważają, że jest nieskuteczny, ich sympatia idzie w stronę fundamentalistów. Duchowy przywódca nie jest dla nich prawdziwym autorytetem. Bardzo możliwe, że po śmierci Dalajlamy, młodzież wkroczy na drogę bezpośredniego starcia z Chińską Republiką Ludową. Ta walka jest skazana na porażkę, bo w takiej sytuacji dojdzie do brutalnej pacyfikacji. To młodzież najbardziej ucierpiała w wyniku represji po majowych zamieszkach. Wynikały one z poczucia bezradności i wściekłości wobec skuteczności chińskiej polityki. Reakcja świata była zresztą standardowa. Słowa, nie czyny. Igrzyska odbyły się normalnie i bez zakłóceń.

Tybet znajduje się więc między młotem, a kowadłem. Żadna z dróg – ani pokojowa, ani wojenna, nie doprowadzą do uwolnienia Tybetańczyków. Pozycja Chin umacnia się z każdym dniem. Chińczyków stać na ostentacyjne odwołanie spotkania z Unią Europejską ze względu na gdańską rozmowę Sarkozy-Dalajlama Jedyną szansą dla Tybetu jest wspieranie kultury i upowszechnianie informacji na jej temat. Tak naprawdę rządy (np. amerykański) tylko pozornie mówią o tej sprawie. Alibi przed opinią publiczną. Trzeba też informować świat na temat konsekwentnej polityki chińskiej, która doprowadzić ma tybetańską kulturę do utraty ducha, a umożliwić jej jedynie pozostanie folkolorem.

Współpraca: Michał Kołakowski

Więcej o Chinach

Władze chińskie idą na "ustępstwa" – MKOL znowu zrobiony w bambuko

Chińska imaginacja

Wieki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

Brak komentarzy

Około 3,5 miliona ofiar. Oto bilans rządów Józefa Stalina na samej tylko Ukrainie w latach 1932-1933. W międzyczasie w zachodniej prasie pojawiały się informację, iż Związek Radziecki, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych i Europy, jest państwem mlekiem i miodem płynącym. Fakt, Wielki Kryzys w ZSRR przybrał łagodniejszą formę (gospodarka centralnie zarządzana). Od 1929 roku realizowano tam kolektywizację. Cena zabierania rolnikom ziemi i jednocześnie uprzemysłowienia państwa była jednak ze społecznego punktu widzenia niezwykle wysoka. Ludzie ginęli masowo, a zachodni obserwatorzy nie mogli wyjść z podziwu, jak to możliwe, że komuniści rozwijają się tak szybko. Słońce Narodów – geniusz ekonomiczny. Poświęcił setki tysięcy ludzi, ale pięciolatka została wykonana.

Jeżeli Wielki Głód nie był ludobójstwem, to jak należy go zdefiniować? „Przypadkowa śmierć 3,5 miliona ludzi z głodu, będąca wynikiem omyłkowego pozbawienia ich przez władze żywności na drodze konfiskaty”? Nie ma żadnych wątpliwości. Wielki Głód był ludobójstwem na niewyobrażalną skalę. Wybór był naprawdę dramatyczny. Można było zginąć z głodu albo zostać zastrzelonym próbując zdobyć lub ukrywając żywnośc. Z głodu ludzie zjadali wszystko co się da, kanibalizm nie był żadną sensacją. Wsie były otoczone przez wojska radzieckie, które pilnowały, by wszystko odbywało się zgodnie z planem kierownictwa radzieckiego, często zbuntowane wioski trzeba było pacyfikować. Dyktatura proletariatu…

Samo zjawisko niedoboru żywności występowało wtedy w Związku Radzieckim, to fakt. Na Ukrainie jednak kierownictwo radzieckie celowo doprowadziło do eksterminacji kilku milionów ludzi. Państwo zabierało ludziom wszystko, co wyprodukowali. Wielki Głód można też śmiało nazwać prawdziwą twarzą systemu radzieckiego i podsumowaniem kolektywizacji. Przecież ziemie zabierano nie tylko na Ukrainie, wszędzie co bardziej przedsiębiorczych rolników (zwanych kułakami) zabijano. W latach 1929-1933/1934 rozprawiono się ostatecznie z elementami Nowej Polityki Ekonomicznej (NEP), która dopuszczała drobną inicjatywę prywatną.

Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich swoją potęgę zbudował na śmierci milionów ludzi, dlatego nie potrafię słuchać entuzjastów tego typu gospodarki. Rosyjskie twierdzenie, że Wielki Głód jest kwestią przypadku, jest równie prawdopodobne, jak przypadkowe lądowanie Amerykanów na Księżycu. Dzisiejsze obchody rocznicy na Ukrainie zostałby zbojkotowane przez przywódców rosyjskich. Nic dziwnego, dla Kremla fakty, a linia propagandowa, nie mogą się ze sobą zgadzać. W kontekście lat 30-stych Ukraińcy mogliby docenić, że w Polsce szanowano ich trochę bardziej. Nie oznacza to, że w II RP żyli na właściwych warunkach, ale nikt im jedzenia nie konfiskował. Prawdziwym wrogiem Ukraińców nigdy nie byli Polacy, ale jako, iż nasz system polityczny był mniej represyjny od radzieckiego (trudno sobie wyobrazić bardziej, ale to inna sprawa), dlatego to nam OUN zabił Ministra Spraw Wewnętrznych. Wspominam o tym dlatego, że Polacy – majacy przecież wywiad – informowali świat o Wielkim Głodzie na Ukrainie, ale zwyczajowo nikt nam nie wierzył.

Nie można zapominać o zbrodniach przeciwko ludzkości, a taką było ludobójstwo na Ukrainie. Przeglądając podręczniki do historii, ciągle mam wrażenie, że temat ten nie jest dostatecznie wyczerpany. Historia jest nauczycielką życia i przekazów na temat ZSRR przed II wojną światową nie wolno spłycać do Wielkiego Terroru. Pamiętajmy dziś o Ukraińcach i niezbywalnego prawda do godności każdego człowieka.

Mój dzisiejszy komentarz celowo pozbawiony jest historycznych szczegółów.

Więcej na tematy historyczne:

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

Brak komentarzy

Brytyjczycy są znani ze swojego humoru. Gorzej, gdy ich żarty nikogo nie śmieszą albo jeszcze gorzej – okazuje się, że tak naprawdę nie są to dowcipy, a poważne uwagi. Rzekomo. Ile jeszcze będę musiał czytać tych bredni o polskiej winie w sprawie żydowskiej w czasie II wojny światowej i po niej?

Tak, trzeba to powiedzieć otwarcie. Nie mamy czystego sumienia. Antysemityzm w Polsce był widoczny przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Można pisać o ONR, o antysemityźmie gospodarczym w latach trzydziestych, o szmalcownikach podczas II wojny światowej i o pogromach na wsi i tym największym – kieleckim, po wojnie. Trzeba śmiało powiedzieć, Polacy nie zawsze zachowywali się przyjaźnie w stosunku do Żydów, ale….

W Polsce Żydzi działali (niektórzy twierdzą, że robią to i dziś) swobodnie, to do nas przyjechali w średniowieczu i doświadczyli – co piszę bez ironii – polskiej gościnności. Oczywiście, nie wszyscy Polacy za nimi przepadali, ale nie wszyscy Polacy przepadają też za Niemcami, Rosjanami, czy Francuzami. To normalne. W XX-leciu międzywojennym Żydzi stanowili olbrzymi odsetek ludności i, co ciekawe, walczyli też (nie wszyscy – uprzedzając kontrargument) w kampanii wrześniowej. Czy Polska była antysemicka? Wydaje m się, że dużo mniej, niż Zachód, który jak zwykle lubi bawić się w przerzucanie winy na polską stronę, a jego hobby jest pouczanie Polaków – na temat moralności i historii. Szczególną gorliwość w tej kwestii przejawiają Francuzi i Amerykanie, a teraz Brytyjczycy.

Najgorsze, przed nami: brytyjski publicysta, niejaki Giles Coren oskarża Polaków. Cytuje za "Dziennikiem".
"Przypomina mu się głównie, że jego rodzina też musiała uciekać z Polski. Wszystko przez "Polaków, którzy dla rozrywki otaczali w Wielkanoc synagogi, a potem podpalali zamkniętych w nich Żydów". Coren dodał, że Polska nigdy nie rozliczyła się ze swojego antysemityzmu. Ani przed sobą, ani przed Żydami."

Zaczynamy więc zabawę.
Tak jak pisałem, trzeba się przyznać do tego, że duża część społeczeństwa była nastawiona do Żydów wrogo. Dochodziło do pogromów i wypędzeń. Czasami działo się to z inspiracji władz, czasami była to inicjatywa samych mieszkańców. Można wskazać patologiczne przykłady podpaleń, zabójstw i szantażowania. Tylko, że w Polsce po 45 roku nie prześladowano tylko i wyłącznie Żydów. Niech Pan Coren poczyta sobie "Wywiad rzekę" z Władysławem Bartoszewskim. W Polsce zabijani i więzieni byli też żołnierze Armii Krajowej. Majątki tracili wszyscy obywatele II RP, nie tylko Żydzi. Polacy nigdy dla rozrywki nie otaczali synagog w Wielkanoc. Być może robili to ze strachu, mogli być napędzani najniższymi uczuciami ludzkimi i trzeba to potępić, ale nie robili tego dla zabawy. Z drugiej strony to Polacy mają najwięcej tytułów Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Dziwne, jak na naród z do szpiku kości zakorzenionym antysemityzmem.

Ciekawe, jak maja się te dwa, trzy lata po wojnie, do średniiowiecznych pogromów i wypędzeń? Niezły relatywizm moralny, nie? Jak my wypędzaliśmy to w porządku. Ciekawe, kiedy Zachód rozliczy się z tego? Pewnie nigdy, ale przynajmniej wiadomo, kto jest pierwszy do pouczania. To tak, jakby złodziej tłumaczył, dlaczego nie należy kraść.

Polska nie musi się z niczego rozliczać. Kwestia naszego antysemityzmu jest nieustannie dyskutowana w mediach, powstają nowe książki (często b. kontrowersyjny jak "Strach" J. T. Grossa). Jest mi przykro z powodu niektóych zajsć, ale to Polacy w czasie II wojny światowej ryzykowali życie, by ratować Zydów (Brytyjczycy chyba nie…). Często chowali ich po domach, dostarczali jedzenie i tzw. aryjskie papiery. Były grupy, które nawet pomimo, powiedzmy, około antysemickiego nastawienia, uważały, że w tej wyjątkowej sytuacji należy Żydom pomagać Tutaj pozwolę sobie nawet zacytować ostatnie zdanie z artykułu Zofii Kosak-Szczuckiej, w którym protestowała przeciwko mordowaniu Żydów- "Kto tego nie rozumie, kto dumną, wolną przyszłość Polski śmiałby łączyć z nikczemną radością z nieszczęścia bliźniego – nie jest przeto ani katolikiem, ani Polakiem." . W tym czasie zachodnie elity bardzo elegancko unikały tematu holocaustu. To Polacy dostarczali informacji na temat obozów koncentracyjnych. Zachód w to nie wierzył lub nie chciał wierzyć. Brytyjczycy nie zrobili nic, aby powstrzymać shoah. Kto tu więc nie rozliczył się z historią? Sądzę, że Polacy zrobili dużo więcej dla Żydów, niż Brytyjczycy i Francuzi razem wzięci. Niektórym naprawdę przydałyby się podręczniki od historii.

Podobno w pierwszym Knessecie większość rozmów prowadzono po polsku. To też o czymś świadczy. To w Polsce wychowała się żydowska elita, w tym obecny prezydent Izraela, Szymon Peres. Nie wszyscy Żydzi musieli uciekać z Polski po II wojnie, część została, a inni wyjechali do własnego państwa zwanego Izraelem. Właśnie wtedy, gdy Brytyjczycy wspierali Arabów w wojnie o niepodległość Izraela. Obiegowo mówi się, że tak wcale nie było (a wręcz odwrotnie), ale tak naprawdę celem dypomacji brytyskiej było zwycięstwo koalicji arabskiej. Jeśli ktoś nie wierzy, mogę posłużyć się kilkoma faktami z różnych publikacji. Broń żydowska pochodziła z Czechosłowacji, a po stronie izraelskiej walczyło dużo, że tak ich nazwę, Polako-Żydów.

Powiedziałbym więc, że więcej za brudu za uszami mają Brytyjczycy. Oczywiście, nie wiedzą o tym, ale cóż tam. Ignorancja jest darmowa, a klawiatura cierpliwa. Nawet bardziej niż papier.

Liga Narodów w okresie międzywojennym

Brak komentarzy

Woodrow Wilson, prezydent Stanów Zjednoczonych, w czasie trwania I wojny światowej w styczniu 1918 zaproponował w ostatnim, 14-stym punkcie, powołanie Ligi Narodów. W jego zamyśle miała to być organizacja międzynarodowa, która zajmowałaby się utrzymaniem pokoju na świecie. Powstała koncepcja tzw. zbiorowego bezpieczeństwa. Wilson wierzył, iż taka organizacja będzie zdolna utrzymać pokój. Jego pomysł został zaakceptowany przez większość przywódców politycznego świata, z wyjątkiem Rosji bolszewickiej, Niemiec. Przede wszystkim sam Wilson jednak nie był w stanie wprowadzić Stanów Zjednoczonych do Ligi. Podstawą prawną do powołania Ligi Narodów stał się traktat wersalski. Powołaniu Ligi Narodów przyświecały więc idee związane z utrzymaniem pokoju. Utworzono w ten sposób również forum, którego celem było rozwiązanie bieżących problemów gospodarczych i politycznych. Debatowano również na temat rozbrojenia. Zadaniem Ligi Narodów było zatem kontrolowanie sytuacji międzynarodowej w Europie w latach międzywojennych. Jej istnienie miało skutecznie zapobiegać wojnie i niesprawiedliwości. O ile można pozytywnie oceniać same idee przyświecające założeniu Ligi Narodów, o tyle trzeba zaznaczyć, że Liga Narodów nie była w stanie sobie poradzić zarówno z częścią problemów bieżących (Mandżuria, Abisynia, rozmowy rozbrojeniowe), jak i z najważniejszym zadaniem – zapewnieniem stałego pokoju w Europie. W swojej pracy chciałbym przedstawić różne sposoby realizacji celów i idei Ligi Narodów w dwudziestoleciu międzywojennym. Podział pracy będzie opierał się na zakreśleniu różnych koncepcji, kompetencji, struktury i członków Ligi Narodów w jednej części, a w drugiej zaś skupię się na kwestiach międzynarodowych, którymi zajmowała się Liga Narodów. Cezurą czasową będzie powołanie Ligi Narodów oraz wybuch II wojny światowej, które położył de facto kres znaczeniu politycznemu znaczeniu tej organizacji (formalnie rozwiązano ją dopiero po wojnie).

Liga Narodów funkcjonowała w dwudziestoleciu międzywojennym. Powstała na mocy traktatu wersalskiego. Jej siedzibą została Genewa.. Członkami Ligi Narodów stawały się prawie wszystkie państwa świata. Trzeba zaznaczyć jednak, że niezwykle istotne jest, iż do grona państw członkowskich Ligi Narodów nie należały nigdy Stany Zjednoczone. Kongres dwukrotnie odrzucił możliwość wejścia do Ligi Narodów. Oznaczało to, że organizacja ta pozbawiona zostanie najważniejszego elementu politycznego i gwaranta stabilności. Woodrow Wilson, który wymyślił koncepcję Ligi Narodów – nie był w stanie doprowadzić do wejścia Stanów Zjednoczonych do tej organizacji. Ligę zdominowały więc państwa zachodnioeuropejskie. Nie były one jednak na tyle zdeterminowane, ani skuteczne, by skutecznie wprowadzić idee Wilsona w życie. Państwa europejskie nie były w stanie porozumieć się w wielu kwestiach, ponadto niemożliwe okazało się utrzymanie pokoju. Liga Narodów była organizacją międzynarodową. Państwa członkowskie starały się ją podporządkować własnym interesom. Koncepcja bezpieczeństwa zbiorowego istniała jedynie teoretycznie, nie wprowadzano jej de facto w życie, co związane było z wspomnianym już brakiem determinacji oraz strukturą członkowską. Niemcy wstąpiły do Ligi dopiero w 1926 (co związane było z podpisaniem w roku 1925 traktatów lokarneńskich), aby już w 1933r z niej wystąpić (zerwanie konferencji rozbrojeniowej w Genewie). Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich wstąpił do Ligi w 1934r, a został wyrzucony w wyniku ataku na Finlandię. Miało to wymiar jedynie prestiżowy.

Liga Narodów składała się ze Zgromadzenia Ogólnego i Rady Ligi Narodów. Każde państwo należące do organizacji posiadało jeden głos w Zgromadzeniu Ogólnym. Na posiedzeniach zajmowano się sprawami mniej ważnymi, ustalano sprawy podstawowe, głosowano deklaracje. Dużą ważniejsza była Rada Ligi Narodów. Składała się ona z członków stałych (np. Francja, Wielka Brytania) oraz niestałych, powoływanych na 2-letnią kadencję (dwukrotnie powoływana była Polska). To w Radzie Ligi Narodów podejmowane były najważniejsze decyzje dotyczące pokoju,, miała możliwość nałożenia sankcji na państwo, które działało przeciwko pokojowi. Rada Ligi Narodów była jednak bardzo nieskuteczna, co pokazuje przykład Włoch, na które nałożono jedynie drobne sankcje ekonomiczne, które nie miały wpływu na dalszą politykę Włoch. Kompetencją Ligi Narodów było tez przydzielanie mandatów na określone terytoria (np. Wielka Brytania dostała mandat na Palestynę, a Polska na Galicję Wschodnią).

Niektórym państwom członkowskim narzucono też tzw. mały traktat wersalski, który miał chronić mniejszości narodowe np. w Polsce czy Czechosłowacji. Pozwalał on mniejszościom narodowym do składania skarg do Ligi Narodów, w przypadku, gdyby uznałyby one, że ich prawa nie są respektowane. Była to istotna kwestia dla Czechosłowacji i mniejszości niemieckiej, która znajdowała się w Sudetach. Niemcy nie podpisali małego traktatu wersalskiego.

Liga Narodów zajmowała się sprawami granic europejskich. W tym kontekście należy wspomnieć o Polsce, której kształt w dużej mierzy zależał od plebiscytów. Liga Narodów nadała tez Polsce Galicję Wschodnią na 25 lat. Szczególne rozwiązanie wybrane zostało dla Wolnego Miasto Gdańsk. Przebywał w nim stały komisarz Ligi Narodów. Wolne Miasto Gdańsk znajdowało się pod nadzorem Ligi Narodów. Istotne jest, że sprawy zagraniczne Wolnego Miasta Gdańsk prowadziła Polska. Gdańsk znalazł się też w polskiej strefie celnej. Liga zajmowała się też mediacją w sprawach związanych z Polską. Innym wydarzeniem, w którym brała udział, jest spór o Kłajpedę w roku 1923. Ostatecznie, na co wpływ miała też sama organizacja, została ona włączona do Łotwy. Jak więc można zauważyć, na początku swojego istnienia była to organizacja, które spełniała w podstawowy sposób swoje założenia (dotyczące pokoju). Państwa Europy Zachodniej za pomocą Ligi wpływały na bieg spraw europejskich. Liga stałą się instrumentem służącym do załatwienia bieżących problemów na arenie międzynarodowej. Z czasem jednak to znaczenie zaczęło się zmniejszać. Liga stała się miejscem ścierania interesów i forum do sporów. Sytuację pogorszyło również przyjęcie Niemiec, które od razu otrzymały też stały głos w ramach Rady Ligi Narodów (1926). Za pozytywne można uznać mediowanie w sporze polsko-litewskim. W roku 1928 państwa Ligi Narodów podpisały się pod paktem Kellogga-Brianda, który zakładał wyrzeczenie się wojny jako środka polityki zagranicznej. Zakładał, że wszystkie państwa wystąpią przeciwko narodowi, który złamie pakt. Ne opisano jednak, w jaki sposób te państwa miałyby reagować, sam pakt dawał pole do szerokiej interpretacji. Nie istniało żadne narzędzie wpływu na państwa łamiące pokój, toteż dokument ten traktować można jedynie w ramach deklaracji (podpisanej też przez Niemcy czy ZSRR). Dla państw Ligi ważniejsze było jednak znaczenie propagandowe. Przyjęte rozwiązania, w ramach Ligi Narodów oraz paktu Kelogga-Brianda, okażą się nieskuteczne.

Na początku lat 30-stych Japonia zajęła Mandżurię oraz stworzyła marionetkowe państwo Mandżukao. Sprawami stała się przedmiotem obrad Ligi Narodów. Japonia złamała prawo międzynarodowe. Była jednocześnie członkiem Ligi Narodów. Ta jednak, z uwagi na małe znaczenie Mandżurii z punktu widzenia państw europejskich oraz niechęć do podejmowania kroków przeciwko Japończykom, postanowiła wysłać na miejsce specjalną komisję. Napisała ona raport, który usankcjonował zajęcie Mandżurii przez Japonię. Liga Narodów tym samym zdradziła ideę sprawiedliwości i zaakceptowała złamanie pokoju przez jednego ze swoich członków. Był to jednoznaczny dowód słabości organizacyjnej i politycznej. Utworzył się dzięki temu pewien precedens.

Również na początku lat 30 w Genewie toczyły się rozmowy rozbrojeniowe. Dotyczyły m.in. wyporności floty, lotnictwa, ilości żołnierzy, broni pancernej itd. Brały w nich udział państwa Ligi Narodów. Ścierały się ze sobą interesy państw członkowskich. Ponownie Liga okazała się organizacją nieskuteczną. Nie tylko nie udało się dojść do porozumienia w kluczowych sprawach, ale to właśnie konferencja rozbrojeniowa stałą się pretekstem do wystąpienia Niemiec z Ligi. Był to początek agresywnej polityki zagranicznej Adolfa Hitlera. Nie zostały wypracowane żadne procedury, ani sposoby działania, które byłyby w stanie powstrzymać III Rzeszę przed wystąpieniem i zerwaniem konferencji genewskiej. Hitler, korzystając z wynegocjowanego przez wcześniejsze rząd w 1932r. równouprawnienia w sprawach uzbrojenia, uznał, że może opuścić organizację z korzyścią dla Niemiec. Liga Narodów była wbrew jego interesom, szczególnie po korzystnym dla Polski rozwiązaniu problemu Rady Portu i Dróg Morskich.

Sytuacją, w wyniku której prestiż Ligi Narodów ucierpiał najbardziej była sprawa Abisynii. Była ona członkiem Ligi Narodów, została zaatakowana w 1935r przez Włochy, ostatecznie Włosi zajęli ją w roku 1936. Liga była bezradna, pomimo apeli cesarza Abisynii – Hajle Sellasje, nie zmusiła Benito Mussoliniego do wycofania się. Znowu niemożliwe okazało się zrealizowanie koncepcji pokoju i sprawiedliwości. Nie podjęto żadnych kroków militarnych wobec Włoch. Nałożono jedynie drobne sankcje gospodarcze, które nie obejmowały handlu ropą. Liga Narodów okazała się niezdolna do chronienia jednego ze swoich członków przed innym. Wszelkie deklaracje o pokoju straciły sens i znaczenie.

Liga Narodów niezdolna była tez do skutecznej reakcji podczas następnych kryzysów międzynarodowych. Nie zareagowała na remilitaryzację Nadrenii (1936), anschluss Austrii (1938(, kryzysie sudeckim czy ultimatum w sprawie Kłajpedy dla Łotwy (1939). O dalszych losach Europy w całości decydowały Wielka Brytania, Francja, Włochy i Niemcy.
Liga Narodów miała za zadanie obronienie pokoju. Była to główna idea Wodorowa Wilsona.. Nie udało się jej zrealizować, nie wprowadzono również w praktyce koncepcji zbiorowego bezpieczeństwa. Państwa Ligi nie były zdolne do obrony pokoju. Duży wpływ na to miała skomplikowana sytuacja wewnętrzna w wielu krajach, gdzie społeczeństwa sprzeciwiały się zdecydowanym działaniom. Na Ligę Narodów wpływ miały też przemiany polityczne w dużej części państw europejskich. Państwa autorytarne i totalitarne nie były gotowe zaakceptować postanowień Ligi Narodów. Liga zaś nie miała środków, by te państwa zdyscyplinować. Należy jednak zauważyć, że na początku swojego istnienia Liga Narodów była skuteczna i przyczyniła się do ustabilizowania sytuacji politycznej w Europie, szczególnie w latach 20-stych. Skutecznie też mediowała w niektórych sporach międzynarodowych. Niepowodzenie idei Ligi Narodów można też wiązać z istnieniem sprzecznych interesów jej członków i brakiem utworzenia skutecznych mechanizmów kontrolujących jej członków. Nade wszystko wyróżnić należy brak akcesji Stanów Zjednoczony, który spowodował zmniejszenie znaczenia i rangi Ligi. Kluczowymi wydarzeniami były też zajęcie Mandżurii oraz atak na Abisynię. To właśnie wtedy Liga pokazała w największym stopniu swoją nieskuteczność w obronie pokoju. Państwa, które dążyły do rewizji postanowień traktatu wersalskiego, mogły prowadzić swoją politykę w sposób nieskrępowany. Nie udało się obronić szlachetnych idei. W drugiej połowie lat 30-stych zdawały sobie sprawę z tego praktycznie wszystkie państwa. Istnienie Ligi stało się niepotrzebne. Idei Ligi Narodów nie udało się wprowadzić w życie.

ONZ – krótkie opracowanie

Brak komentarzy

Organizacja Narodów Zjednoczonych

W XX wieku powstały i zostały zrealizowane koncepcje organizacji międzynarodowych skupiających w swoich szeregach niepodległe i wolne (przynajmniej teoretycznie).państwa. Pierwszą taką organizacją była Liga Narodów (LN), utworzona w roku 1920. Jej funkcjonowanie oparte było na zasadzie tzw. bezpieczeństwa zbiorowego. Celem Ligi było rozwijanie stosunków pomiędzy jej członkami oraz pokojowe rozstrzyganie sporów międzynarodowych. Historia pokaże jednak, że ze względu na różne uwarunkowania polityczne, organizacja będzie zarówno nieskuteczna, a jej faktycznie istnienie zakończy się wraz z wybuchem II wojny światowej. Do największych porażek LN należy sprawa okupacji Mandżurii przez Japonię oraz atak faszystowskich Włoch na Abisynię – członka wspólnoty. Opisanie przyczyn upadku LN mogłoby być tematem szerszego opracowania, warto jednak wymienić te najważniejsze, gdyż była to przykra lekcja dla przyszłych twórców Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ). Upadku LN należy upatrywać w specyfice ładu powersalskiego oraz braku wypracowania odpowiednich narzędzi, które umożliwiałyby karanie państw, które np. dopuściłyby się agresji. Do LN nie należały również Stany Zjednoczone, których legendarny prezydent, Woodrow Wilson, był autorem projektu Ligi. Ameryka wróciła do polityki izolacjonizmu, którego głębokie korzenie sięgają początku XIX wieku i doktryny Monroe.

Po upadku Ligi Narodów w czasie II wojny światowej zajęto się opracowaniem schematu nowej, uniwersalnej i skutecznej organizacji międzynarodowej. Warto w tym kontekście wspomnieć o kilku najważniejszych wydarzeniach, które praktycznie ostatecznie ukształtowały fundamenty, na których zbudowana została Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ). Chodzi zarówno o podstawy prawne, jak i moralne, które utworzyć miały zasady współistnienia narodów. W dniu 14 sierpnia, 1941 roku podpisano tzw. Kartę Atlantycką. Jej postanowienia są bardzo istotne, gdyż mówią o – niemożliwym w rzeczywistości – przywróceniu terytorialnego statusu quo oraz bezpieczeństwu wolnych państw po zakończeniu wojny. Pierwszego stycznia 1942 roku 26 państw koalicji antyfaszystowskiej podpisało Deklarację Narodów Zjednoczonych, która potwierdzała postanowienia Karty Atlantyckiej. Szczegóły statutu przyszłej organizacji opracowały cztery najważniejsze mocarstwa podczas konferencji w Dumbarton Oaks (rok 1944). Kwestia ONZ została również poruszona w Jałcie (4-11 lutego 1945), gdzie ostatecznie przesądzono o utworzeniu organizacji. Formalnie powstała ona w kwietniu, 1945 na konferencji w San Francisco. Karta Narodów Zjednoczonych (KNZ), statut ONZ, weszła w życie 24 października 1945. Główną siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych został Nowy Jork.

Organizacja Narodów Zjednoczonych, jako międzynarodowa instytucja, ma do spełnienia szereg zadań. Przy ich opisaniu warto oprzeć się o Kartę Narodów Zjednoczonych, gdyż to zgodnie z jej treścią działa cała organizacja i zmuszone są postępować państwa członkowskie. O celach ONZ-etu mówi artykuł 1 KNZ. Wspólnota ma za zadanie utrzymywać międzynarodowy pokój, tłumić wszelkie akty agresji oraz łagodzić i likwidować spory. Wszystko zgodnie z idea sprawiedliwości i prawa międzynarodowego. Innym celem tejże organizacji jest rozwijanie przyjaznych stosunków między państwami przy jednoczesnym, koniecznym, poszanowaniu praw: samostanowienia oraz równouprawnienia. ONZ zajmuje się również rozwiązywaniem problemów międzynarodowych o charakterze m.in. humanitarnym lub kulturowym. Przy opisywaniu tego celu niezbędne jest wspomnienie o uchwalonej 10 grudnia, 1948 w Paryżu, poprzez aklamację, Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Składa się z 30 artykułów oraz preambuły. Zawiera wartości i prawa do jakich mieć prawo powinien każdy człowiek.(m.in. prawo do zrzeszania się, prawo do własności prywatnej, prawo do wolności itd.). Ostatnim celem, według KNZ jest funkcja stanowienia ośrodka, w którym swoje działania uzgadniają narody. Ma to doprowadzić do „osiągania tych wspólnych celów”.
Organizacja opiera się również na kilku, bardzo istotnych regułach, które są fundamentem dla istnienia Narodów Zjednoczonych. Wspomina o nich oczywiście KNZ. Podstawowa zasada mówi o suwerennej równości wszystkich członków. Poprzez podpisanie Karty członkowie ONZ-etu zobowiązują się rozstrzygać wszelkie konflikty drogami pokojowymi oraz reagować na zagrożenia pokoju i bezpieczeństwa. Państwa członkowskie są również zobligowane wyrzec siły jako narzędzia politycznego oraz pomóc państwu, którego bezpieczeństwo zostanie zagrożone.
Do ONZ może przystąpić każde państwo miłujące pokój oraz akceptujące postanowienia Karty Narodów Zjednoczonych. Następuje to na podstawie decyzji Zgromadzenia Ogólnego (ZO) ONZ podjętej po zaleceniu Rady Bezpieczeństwa (RB). Działa to również w drugą stronę – ZO może zawiesić dane państwo (lub też je usunąć) na podstawie zalecenia RB.
Organizacja nie byłaby w stanie funkcjonować, gdyby nie jej najważniejsze organy – takie jak ZO ONZ, RB ONZ, Rada Gospodarcza i Społeczna, Rada Powiernicza (kiedyś), Sekretariat i Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Ich funkcjonowanie reguluje oczywiście KNZ..

Do Zgromadzenia Ogólnego ONZ należy każde państwo wspólnoty. Wszyscy członkowie wspólnoty dysponują tylko jednym głosem. Najważniejsze decyzje, tj. w/s przyjęcia nowych państwo do organizacji, zawieszenia lub usunięcia z organizacji, sprawy budżetowe i dotyczące pokoju i bezpieczeństwa zapadają większością 2/3 głosów. W pozostałych sprawach wnioski głosowane są według zasady zwykłej większości. ZO ma prawo zwrócić uwagę RB na dany problem na zasadzie wniosku. Rozpatruje i udziela również rekomendacji w sprawach, które wchodzą w zakres Karty Narodów Zjednoczonych. ZO ma prawo również wydawać zalecenia w celu rozwijania stosunków międzynarodowych oraz zachowania pokoju i sprawiedliwości. Nie mają one jednak de facto charakteru wiążącego. Zgromadzenie uchwala również budżet i zajmuje się pozostałymi sprawami finansowymi. Państw w nim zasiadające wybierają również kadencyjnych członków RB ONZ, Rady Gospodarczej i Społecznej, wspólnie z RB ONZ sędziów Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości oraz – na podstawie rekomendacji RB ONZ – Sekretarza Generalnego ONZ.

Największe polityczne znaczenie ma RB ONZ. Składa się ona z 15 członków – 5 stałych (obecnie są to Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania, Federacja Rosyjska i Chińska Republika Ludowa) i 10 niestałych, wybieranych według klucza geograficznego (5 państw z Azji i Afryki, 2 z Ameryki Południowej oraz 3 z Europy). Kadencja członków kadencyjnych trwa dwa lata. Wybierani są przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Rada Bezpieczeństwo jest najważniejszym organem, który zagwarantować ma bezpieczeństwo i pokój. Posiada prawo nakładania sankcji gospodarczych i politycznych, a nawet wysyłania sił zbrojnych pod egidą ONZ. Najbardziej znanym tego przykładem jest wyparcie sił irackich z Kuwejtu w 1991 roku. W wojnę koreańska (1950-1953) r również zaangażowana była ONZ, jednak było to możliwe jedynie dzięki braku udziału w głosowaniu przez ambasadora Związku Radzieckiego. Stali członkowie mają w kwestiach merytorycznych prawo veta. Wnioski zostają uchwalone większością 9 głosów, kwestie proceduralne zwykłą większością 8 głosów, zaś żadne państwo nie dysponuje w takim przypadku prawem veta.Przykładem zastosowania uprawnień statutowych przez RB ONZ są sankcje nałożone na Koreę Północną, Irak, Afganistan i (byłą już) Jugosławię. Każda z tych sytuacji była związana z łamaniem zasad pokojowego współistnienia i samostanowienia narodów (w przypadku Jugosławii). Wielokrotnie w Radzie dochodziło do poważnych sporów pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Związkiem Radzieckim. Było to związane z próbą forsowania korzystnych dla siebie rozwiązań geopolitycznych.

Ogromną rolę odgrywa również Sekretarz Generalny, który stoi na czele Sekretariatu ONZ. Ma on prawo zwrócić uwagę RB na sprawę, która jego zdaniem jest godna rozpatrzenia. Dysponuje określonym budżetem. Jest najwyższym funkcjonariuszem ONZ, wybieranym przez ZO na podstawie rekomendacji RB. Sekretarz Generalny składa również roczne sprawozdanie z działalności organizacji. Sekretarz Generalny uczestniczy we wszystkich posiedzeniach Zgromadzenia Ogólnego ONZ, Rady Bezpieczeństwa, Rady Gospodarczej i Społecznej oraz Rady Powierniczej. Obecnie Sekretarzem Generalnym jest Ban ki-Moon z Korei Południowej. Swoją funkcję sprawuje od 1 stycznia 2007. Zastąpił urzędującego przez dwie kadencje (od 1997) Koffiego Annana z Ghany. Jedna kadencja Sekretarza Generalnego ONZ trwa pięć lat.
W skład Rady Gospodarczej i Społecznej wchodzi 54 członków, kadencja trwa 3 lata, przy czym co roku następuje wymiana 1/3 państw. Rada zajmuje się m.in. sprawami gospodarczymi i kulturalnymi. Stara się promować lepsze warunki pracy oraz rozwój gospodarczy i społeczny. Rada ma tez za zadanie ułatwić współpracę międzynarodową.
Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (MTS) składa się z 15-stu sędziów na 9-cioletnią kadencję z możliwością reelekcji. Co 3 lata następuje rotacja 1/3 składu sędziowskiego. Osoba zasiadająca w MTS-ie nie może jednocześnie pełnić innych obowiązków i nie może w nim zasiadać dwóch obywateli tego samego państwa. MTS jest głównym organem sądowniczym, powstałym na mocy Karty NZ z siedzibą w Hadze. MTS posiada własny status, który jest integralną częścią KNZ. Nie rozpatruje spraw indywidualnych, a jedynie te wnoszone przez państwa. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości wydaje również opinie doradczą w sprawie prawnej dla ZO i RB ONZ.

Obecnie często poruszanym tematem jest reforma ONZ. W jej kontekście mówi się o zmianie finansów, a przede wszystkim o rozszerzeniu RB ONZ (ostatnie rozszerzenie miało miejsce w 1965 roku – z 11 do 15 członków). Jest to ściśle związane ze zmianami geopolitycznymi oraz wzrostem aspiracji i znaczenie niektórych państw. Najczęściej wymienianymi państwami są Niemcy i Japonia. Ich słaba pozycja w ONZ związana jest ze względami historyczno-politycznymi. W momencie zakładania Organizacji Narodów Zjednoczonych były one traktowane jako potencjalne zagrożenia dla pokoju. W XXI wieku sytuacja jest już jednak skrajnie inna, a co bardzo istotne państwa te swoją siłę opierają głownie na potężnej gospodarce, a nie sile militarnej. Państwami wymienianymi w drugim szeregu w perspektywie rozszerzenia są Indie, Brazylia i Republika Południowej Afryki. Ich pozycja jest jednak dużo gorsza niż japońska czy niemiecka. Zwolennicy reformy mówią o zmianie realiów politycznych oraz sposobów prowadzenia polityki. Przyszły skład RB miałby dokładniej odzwierciedlać obecną sytuację międzynarodową. Obecny system uważany jest za skostniały i zimnowojenny, a sama organizacja jest w związku z tym w określonych sytuacjach nieskuteczna. Ewentualna reforma miałaby usprawnić ONZ. Tutaj godne zaznaczenia jest odnotowanie faktu, że Stany Zjednoczone, właśnie w oparciu o własną interpretację rezolucji RB ONZ, wkroczyły do Iraku. Ta sprawa podzieliła ekspertów prawnych, a sam autorytet ONZ bardzo ucierpiał w związku z tą sprawą. Reforma miałaby uniemożliwić takie sytuacje. Innym zagadnieniem jest zbytnia ogólnikowość omawianej rezolucji. Obecnie ONZ zajmuje się właśnie problemami Iraku, Iranu, konfliktu bliskowschodniego (Izrael-Palestyna). To właśnie od tego, czy uda się je rozwiązać zgodnie z KNZ – metodami pokojowymi przy uszanowaniu powszechnie uznawanych praw – zależeć będzie prestiż ONZ. Na sam koniec warto wspomnieć również o organizacjach wyspecjalizowanych ONZ, które działają na podstawie podpisanych umów. Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Oświaty, Nauki i Kultury (UNESCO), która zajmuje się rozwojem oświaty i ochroną kultury, Światowa Organizacja Zdrowa (WHO), która zajmuje się podniesieniem poziomu opieki zdrowotnej, a w krajach tzw. Trzeciego Świata szczególnie intensyfikuje swoją działalność np. walcząc z AIDS, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który udziela pożyczki państwom pod określone inwestycje lub reformy, Fundusz Narodów Zjednoczonych Pomocy Dzieciom (UNICEF), który zajmuje się m.in. dokarmianiem dzieci, dostarczaniem im lekarstw czy ubrań oraz szerzeniem informacji dotyczących możliwości pomocy dzieciom. Jest też tak popularna ostatnio Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA), która zajmuje się pokojowym rozwojem energii atomowej oraz w niektórych przypadkach kontrolą rozwoju programów atomowych poszczególnych państw.

Jak zatem pokazuje ta praca, Organizacja Narodów Zjednoczonych ma bardzo szerokie kompetencje oraz możliwości. Jest bardzo rozbudowaną organizacją, które wymaga jednak pewnego dostosowania do dzisiejszych czasów poprzez stosowną reformę. Trudno nie docenić ogromu pozytywnych skutków, jakie niesie za sobą działalność UNESCO czy UNICEF-u. Nie zawsze ONZ jest w stanie spełniać swoje statutowe zapisy o ochronie pokoju czy zapobieganiu zagrożeniom. Trudno przy tym zliczyć udane inicjatywy pokojowe podejmowane przez członków ONZ. Należy jednak zauważyć, że sama organizacja swoje cele wypełnia o wiele skuteczniej i lepiej niż Liga Narodów. Godne pochwalenia są też działania humanitarne (szczególnie w Afryce), choć niewątpliwie ich efektywność nie jest optymalna. Idea Narodów Zjednoczonych nie umarła przez ponad 60 lat. To świadczy o sile organizacji oraz jej użyteczności. Pewne kontrowersje wzbudza zbliżająca się niedługo konieczność wyboru nowego Sekretarza Generalnego. Nowy Sekretarz Generalny stoi przed bardzo trudnym wyzwaniem. Musi zmierzyć się z problemem reformy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dodatkowo przez cały czas swojego urzędowania będzie musiał zajmować się ochroną autorytetu Narodów Zjednoczonych. Dziedzictwo osiągnięć tej organizacji jest niewątpliwie olbrzymie, zarówno dla tego, jak i przyszłego pokolenia ludzi wychowanych już w postzimnowojennym świecie.

Bibliografia:
www.poznajmyonz.pl
www.unic.un.org
Stanisław Parzymies – „Stosunki Międzynarodowe”

Wielka Brytania – polityka zagraniczna w latach 1918-1939

1 komentarz

Znane powiedzenie mówi, iż „Imperium Brytyjskie nie ma przyjaciół, a jedynie interesy”. Ze względu na swoje położenie geograficzne Wielka Brytania bardzo często zmuszona była do zawierania nietrwałych sojuszów w celu obrony swoich wpływów w Europie i koloniach. Politykę zagraniczną Wielkiej Brytanii scharakteryzować można próbą utrzymania równowagi sił w Europie. Oznaczało to, że żadne z państw europejskich nie miałoby szansy na uzyskanie hegemonii polityczno-gospodarczej na kontynencie. W razie konfliktu Wielka Brytania byłaby decydującą siłą, która – przynajmniej teoretycznie – mogłaby przywrócić status quo. Naturalnym wrogiem (zarówno ze względów geograficznych jak i historycznych) była Francja, celem brytyjskiej dyplomacji (zarówno w XVIII jak i XIX wieku) było uniknięcie dominacji francuskiej na kontynencie. Wiązało się to często z bezpośrednim wspieraniem wrogów Francji, a nawet wojną. Doskonałym przykładem są czasy napoleońskie. W drugiej połowie XIX wieku koncepcję równowagi sił unicestwiło zjednoczenie Włoch i Niemiec oraz kompromitacja Francji. Cały system, stworzony przez Kongres Wiedeński, został całkowicie przeformowany. Bezpośrednim tego efektem był wybuch pierwszej wojny światowej. Była ona nieunikniona, ale przede wszystkim konieczna dla stworzenia nowego układu sił w Europie.
Po zakończeniu I wojny światowej sytuacja polityczna została całkowicie zmieniona. Niemcy zostały znacząco osłabione i za pomocą Traktatu Wersalskiego narzucono im wiele ograniczeń jak maksymalna ilość żołnierzy, zakaz posiadania floty powietrznej czy po prostu zabrano im m.in. Śląsk, Wielkopolskę, Alzację i Lotaryngię.. Francja teoretycznie więc została bardzo wzmocniona politycznie, jednak w praktyce demoralizacja polityczna i skutki gospodarcze I wojny światowej będą mieć katastrofalne skutki dla tego narodu. Opisana powyżej zmiana układu sił oznaczała dla Wielkiej Brytanii powrót do tradycyjnej polityki równowagi. Oznaczało to chłodny stosunek do nowopowstałych państwo Europy Centralnej – Polski i Czechosłowacji oraz nieśmiałe wzmacnianie Niemiec celem stworzenia równowagi dla Francji. Na tych właśnie założeniach polityka Wielkiej Brytanii opierała się aż do roku 1939, gdy okazało się, iż wszelkie kompromisy z nazistowskimi Niemcami nie mogą mieć stałej formy.

W mojej pracy chciałbym opisać chronologicznie wydarzenia i stosunek do nich brytyjskiej dyplomacji. Do tego celu dokonam podziału na trzy okresy. Pierwszy, 1918-1925 będzie dotyczył polityki Wielkiej Brytanii zaraz po I wojnie światowej. Ujmę w nim kwestię Traktatu Wersalskiego, stosunek do działań francuskich, które na celu miały zapewnienie temu państwu bezpieczeństwa, czy też problemy związane z wojną polsko-bolszewicką. Bardzo ważne będzie określenie znaczenia traktatu z Locarno. Drugim etapem będą lata 1926-1933, czyli okres od traktatu lokareńskiego aż do dojścia do władzy Adolfa Hitlera i pierwszych miesięcy jego władzy. Trzecim okresem, najważniejszym i najbardziej tragicznym w skutkach politycznych, będą lata 1934-1939. W swojej pracy pragnę udowodnić, iż polityka brytyjska była do pewnego stopniu bardzo konsekwentna, a nawet przewidywalna, jednakże między innymi to właśnie koncepcja równowagi sił jest jednym z czynników, które odpowiedzialne są za wybuch II wojny światowej.

Lata 1918-1925 są bardzo istotne, gdyż to właśnie w czasie ich trwania Wielka Brytania przystosowywała swoją politykę zagraniczną do realiów powojennych. Powrót do naturalnej polityki opartej na próbie wytworzenia równowagi sił widać już w działaniach premiera Lloyda George’a w Wersalu. Obawiał się on zupełnego spadku znaczenia Niemców kosztem Francji, która – jak słusznie przewidywał – spróbuje się politycznie związać z Polską i Czechosłowacją. Tym między innymi należy uzasadnić stosunek Wielkiej Brytanii do granicy zachodniej Rzeczpospolitej. Można przyjąć, iż Wielka Brytania nie chciała inwestować w stosunki z Polską, gdyż obawiała się, że II RP będzie państwem sezonowym, co głosili zarówno Niemcy, jak i Rosjanie (Rosja nie brała udziału w konferencji pokojowej). Władze brytyjskie wiedziały, iż zabierając Niemcom Śląsk i Wielkopolskę na stałe wprowadzą atmosferę wzajemnego niepokoju między Polskę, a Niemcy. Dlatego właśnie, przy współpracy z Francją, wypracowano metodę plebiscytów, które zastosowano właśnie np. na Śląsku czy Warmii i Mazurach. Wielka Brytania chciała uniknąć sytuacji, w której Francja wspólnie z państwami Europy Centralnej byłaby w stanie zdominować kontynent. Wyróżnikiem tej polityka była postawa Wielkiej Brytanii wobec wojny polsko-bolszewickiej. Brytyjczycy nie chcieli wspierać Polski, ograniczyli się jedynie do działań dyplomatycznych – w tym zaproponowali linie Curzona. W zasadzie nie naciskali na bolszewików w/s zaprzestania walk w lipcu 1920 roku, a wymusili na Polsce zgodę na wszelkie postanowienia alianckie na konferencji w Spa. Prawie zgadzali się z argumentacją, że Polska może być państwem jedynie sezonowym. Oznaczało to cichą akceptację dla działań Niemców, którzy nie dopuszczali do jakichkolwiek transportów do II RP ciesząc się jednocześnie z prawdopodobnej klęski Polaków. Warto wziąć pod uwagę również stosunek Wielkiej Brytanii do powstań w Polsce. Znamienne jest, że dużą większą sympatią u Brytyjczyków cieszyli się Czechosłowacy. To właśnie m.in. dzięki decyzji Rady Ambasadorów Zaolzie zostało przyłączone do Czechosłowacji. Innym przykładem typowej polityki wobec kontynentu było zachowanie Brytyjczyków po wkroczeniu Francuzów i Belgów do Zagłębia Ruhry w 1923 roku. Wielka Brytania naciskała, by władze francuskie i belgijskie wycofały się z tego terytorium (co miało miejsce rok później). Co istotne, Londyn wspierał również plan Dawesa, dzięki któremu Niemcy mogli poprawić stan swojej gospodarki oraz spłacić część reparacji wojennych. Podsumowaniem tejże polityki był podpisany w 1925 roku traktat w Locarno, który potwierdzał możliwość rewizji granic wschodnich Republiki Weimarskiej jednocześnie kończąc analogiczną kwestię na zachodzie na zasadzie wzajemnych gwarancji politycznych. W kwestii Związku Radzieckiego, w 1924 roku Wielka Brytania zawarła z nim stosunki gospodarcze, a następnie porozumienie handlowe. Był to wynik rozsądnego gospodarczego myślenia oraz wpływów radzieckich w Wielkiej Brytanii. Londyn z entuzjazmem zareagował na dojście do władzy we Włoszech Benito Mussoliniego (1922 rok). W oderwaniu od spraw czysto europejskich warto wspomnieć o traktatach waszyngtońskich (1922), które równoważyły flotę morską brytyjską z amerykańską oraz nakładały limity na Francję, Japonię oraz Włochy. Oznaczało to, iż po I wojnie światowej nadchodzi kres bezwzględnego panowania brytyjskiego na morzu.
Drugim omawianym etapem w polityce zagranicznej Imperium są lata 1926-1933. Warto wspomnieć o nich w kontekście stopniowego oddalania się Wielkiej Brytanii od Francji, paktu Kelogga-Brianda, planu Younga oraz sympatii brytyjskiej wobec Niemiec. Wraz z upływem lat od podpisania Traktatu Wersalskiego zauważalne było stopniowe izolowanie się Wielkiej Brytanii od Francji. Między tymi państwami brakowało bezpośredniej współpracy oraz determinacji w celu zatrzymania rewizjonistycznych działań Niemiec. Brak tej determinacji widać było szczególnie we Francji, która w omawianym okresie historycznym przyjęła wybitnie defensywną taktykę polityczną i militarną. Pomimo olbrzymiego potencjału skupiała się na rozbudowie tzw. linii Maginota, czyli potężnych umocnień na granicy francusko-niemieckiej. Błędem było brak rozbudowy tejże linii na granicę francusko-belgijską. Ta wybitnie defensywna taktyka była skutkiem polityki Londynu, który nie był gotowy ani chętny do wspierania prób powstrzymania Niemiec. W roku 1928 podpisany został pakt Kolegga-Brianda, w którym wszyscy sygnatariusze (w tym Wielka Brytania, Francja, Republika Weimarska, a nawet ZSRR czy Japonia) wyrzekały się wojny jako sposobu rozstrzygania sporu. Nie było jednak określone, jak wszystkie państwa zareagują na złamanie tego paktu. W roku 1930 doszło do wycofania wojsk alianckich z Nadrenii. Ich wycofanie oznaczało całkowitą zmianę doktryny politycznej na defensywną. Wiązało się to w przypadku Francji z bardzo niestabilną sytuacją wewnętrzną w tym państwie. Liga Narodów, powołana by strzec pokoju (tzw. koncepcja bezpieczeństwa zbiorowego) nie radziła sobie ze stawianymi jej zadaniami. Był to efekt tego, że Wielka Brytania nie była zainteresowana wspieraniem Francji ze względów wielokrotnie wymienianych wyżej, czyli z powodu strachu przed jej dominacją w Europie. W roku 1932 rozpoczęły się rozmowy rozbrojeniowe w Genewie z udziałem Wielkiej Brytanii, w wyniku których Niemcy otrzymały prawo do równouprawnienia w zbrojeniach. Nie przyniosły one żadnych skutków, a w październiku 1933 roku Niemcy wycofały się z niej. W tym kontekście warto wspomnieć o braku jakichkolwiek nacisków na, już wtedy, III Rzeszę. Sam stosunek rządów oraz przedsiębiorców brytyjskich wobec NSDAP był bardzo pozytywny. Przedsiębiorcy inwestowali w partię Hitlera pieniądze, zaś politycy uważali, iż będzie on idealnym kandydatem do powstrzymania ekspansji komunizmu. W efekcie splotu wielu czynników – np. wielkiego kryzysu czy kolejnych kompromitacji rządów – Paul von Hindenburg mianował Adolfa Hitlera na kanclerza. Było to możliwe dzięki uzyskaniu wysokiego wyniku wyborczego w wyborach w 1932r. Po dojściu do władzy Hitler rozpoczął rozprawianie się z opozycją demokratyczną. Londyn ponownie nie reagował zbyt stanowczo, nawet po wystąpieniu III Rzeszy z Ligi Narodów. W odniesieniu do Polski rząd brytyjski zachowywał ciągle neutralność przewidując, iż w przyszłości dojść może do rewizji granic Rzeczpospolitej. W czasie krótkotrwałego kryzysu w Gdańsku, który dotyczył kontroli nad policją portową i żołnierzy polskich w Westerplatte, wszystkie stolice dużych państw europejskich – w tym Wielkiej Brytanii – skrytykowały postawę Polski. Ocena polityki brytyjskiej nie byłaby możliwa, gdyby nie wziąć pod uwagę dwóch istotnych czynników, czyli wielkiego kryzysu, który dotknął też Imperium oraz niestabilnej sceny politycznej (rozłam w Partii Pracy).
Lata 1934-1939 są dowodem na zupełną klęskę brytyjskiej dyplomacji. Nadal brakowało współpracy w ramach Ligi Narodów (i poza nią) z Francją. Władze brytyjskie wierzyły w dobrą wolę Adolfa Hitlera jednocześnie polityczne izolując ZSRR aż do roku 1939. Wobec Francji utrzymano kurs polityki zagranicznej, ograniczając go do formalnie bardzo dobrych stosunków. Wobec Japonii Wielka Brytania zachowała faktyczną neutralność. Dla ukazania słabości polityki zagranicznej Wielkiej Brytanii najlepsze byłoby zobrazowanie reakcji na konkretne działania III Rzeszy. W roku 1935, gdy Hermann Goering zaczął tworzyć Luftwaffe oraz rozpoczęła się poważna przebudowa Reichmarine, podpisano traktaty morskie, które ograniczały tonaż floty niemieckich w odniesieniu do brytyjskiej. Było to jednoznaczne i formalne przyzwolenie do złamania zapisów wersalskich. Adolf Hitler widząc taką niekonsekwencję mógł spokojnie rozbudowywać swoją armię, zresztą – nikt mu w tym nie przeszkadzał. Rok 1936 był przełomowy. To właśnie wtedy doszło do remilitaryzacji Nadrenii. Francuzi ograniczyli się do oficjalnych protestów, zaś Brytyjczycy nawet formalnie się nie sprzeciwili i w rozmowach dyplomatycznych zachęcali Francję do zaakceptowania tego kroku. Jednocześnie w Abisynii walczyły wojska włoskie, tutaj Wielka Brytania zareagowała oficjalnie w Lidze Narodów, Londyn nie chciał jednak sporu z Mussolinim, dlatego nałożone sankcje były niewielkie i nie miały żadnego wpływu na gospodarkę faszystowskich Włoch. Pod koniec 1936 wszelkie sankcje wycofano. W roku 1938 Adolf Hitler doprowadził do przyłączenia Austrii z III Rzeszą. Ponownie odbyło się to przy biernej postawie Wielkiej Brytanii, która nadał łudziła się, iż tylko Niemcy mogą sprzeciwić się nadciągającemu ze wschodu komunizmowi. Polityka ustępstw aliantów wobec III Rzeszy fachowo nazywa się appaesementem. We wrześniu 1938 roku w Monachium miała miejsce konferencja z udziałem Adolfa Hitlera, Benito Mussoliniego, Edouarda Daladier’a oraz Arthura Neville’a Chamberlain’a, na której postanowiono o przekazaniu ważnego gospodarczo i militarnie (ufortyfikowania) terenu Sudetów, który należał do Czechosłowacji. Władze niemieckie twierdziły, iż na tym terenie prześladowani są Niemcy i powinien on zostać im oddany pod kontrolę. Tak też się stało Porozumienie z Monachium uznane zostało w Wielkiej Brytanii za bardzo korzystne, gdyż Adolf Hitler obiecał (po raz kolejny), iż będzie to jego ostatnie żądanie. Kiedy, po „proozycjach” niemieckich wobec Wolnego Miasta Gdańsk, Brytyjczycy zorientowali się, iż polityka appaesementu nie przynosi żadnych korzyści, postanowili ją zmienić. III Rzesza żądała od Polski zgody na przyłączenie Gdańska oraz autostradę przebiegającą przez tzw. polski korytarz. Polacy zdecydowanie odrzucili niemieckie groźby nie zgadzając się przy tym nawet na negocjacje. Niespodziewanie Polskę poparła Wielka Brytania, w marcu 1939 roku udzieliła jednostronnych gwarancji bezpieczeństwa, było to o tyle istotne, że kilka tygodni wcześniej Londyn musiał podporządkować się kolejnym niemieckim decyzjom – rozdzielenia Czechosłowacji (powstanie Słowacji z księdzem Tisso) oraz stworzenia Protektoratu Czech i Moraw. W następnych miesiącach Brytyjczycy podpisali formalną umowę z Polską o sojuszu jednocześnie zmieniając swój stosunek do Francji. Premier Wielkiej Brytanii zdawał sobie już wtedy sprawę, iż bezpieczeństwo Imperium będzie zależne od bezpieczeństwa Francji oraz dalszego istnienia Polski. Postanowił również podjąć rokowania dyplomatyczne ze Związkiem Radzieckim, które jednak nie przyniosły efektów, gdyż Józef Stalin postanowił podpisać pakt z Niemcami (Ribbentrop-Mołotow). W sporze polsko-niemieckim dyplomacja brytyjska starała pośredniczyć, jednak bez skutku, dlatego po wybuchu wojny 1 września 1939 roku Wielka Brytania, zgodnie z umowami sojuszniczymi, wypowiedziała wojnę Niemcom, jednak ze względu na niepopularność poglądu o konieczności interwencji zbrojnej oraz indolencji oraz niechęci politycznej rządu Chamberlaina Wielka Brytania zachowała faktyczną neutralność.. Wraz z wybuchem II wojny światowej Wielka Brytania poniosła olbrzymią klęskę polityczną i prawie wszystko założenia jej polityki zagranicznej się nie sprawdziły.

Polityka brytyjska nie została prawidłowo dopasowana do realiów dwudziestolecia międzywojennego. Popełniono błąd w założeniu – źle określono interes narodowy. Na dłuższą metę musiało to doprowadzić do wybuchu II wojny światowej, gdyż osłabiono Niemcy zbyt mocno, by mogli się z tym pogodzić, ale zbyt słabo, by powstrzymać ich od podjęcia działań rewizjonistycznych. Francja była zdemoralizowana politycznie i gospodarczo, a jej taktyka ograniczała się jedynie (pomijając wkroczenie do Zagłębia Ruhry) do defensywy. Wielka Brytania nie wspierała wystarczająco energicznie Francji, Polski i Czechosłowacji, co na przestrzeni 20. lat umożliwiło Niemcom pełne odbudowanie się. Problemem było również nieprawidłowe określenie kursu wobec Adolfa Hitlera. Decydujący był tu zupełny brak reakcji (a nawet przyzwolenie) na łamanie zapisów Traktatu Wersalskiego. Francja nie była w stanie samodzielnie pilnować przestrzegania tej umowy, a Liga Narodów była zbyt słaba do tego celu. Wielka Brytania w dwudziestoleciu wykazywała tolerancję dla różnych systemów rządów, jej przywódcy nie potrafili jednak zrozumieć tożsamości interesów francuskich z brytyjskimi, jeśli chodzi o zasadniczą sprawę pokoju. Żyli w przeświadczeniu o możliwości kontrolowania militaryzmu niemieckiego jednocześnie utrzymując bardzo dobre stosunki zarówno z Polską, jak i Francją, ale nie wspierając ich aż do roku 1939. Sama Republika praktycznie do końca prowadziła politykę appaesementu, co wynikało właśnie z postawy brytyjskiej. Francja była politycznie uzależniona od Wielkiej Brytanii w tak olbrzymim stopniu, że w roku 1940 kraj ten skapitulował od razu po ewakuacji wojsk brytyjskich. Nie ulega wątpliwości, że gdyby Wielka Brytania prowadziła dużo bardziej zdecydowaną i mniej kompromisową politykę wobec Niemiec zarówno na początku, jak i na końcu dwudziestolecia, to II wojna światowa nie byłaby nieunikniona. Rola Francji jako samodzielnego mocarstwa w dwudziestoleciu uległa całkowitej marginalizacji.

Żaden z angielskich polityków, ani Ramsay MacDonald, Stanley Baldwin czy Neville Chamberlain, nie był na tyle świadomy by zmienić kurs polityki zagranicznej Wielkiej Brytanii. Winston Churchill zaczął odgrywać pierwszorzędną rolę zbyt późno. Henry Kissinger pisze w „Dyplomacji”, że prawdziwego męża stanu poznaje się po tym, iż dostrzega fakty, których nie są w stanie zobaczyć inni. Właśnie Churchill widział błędy w polityce zagranicznej Imperium, jednak gdy pojawił się na scenie politycznej jako poważny gracz, było już za późno na uniknięcie tragedii. Odwieczna polityka równowagi sił na kontynencie przyniosła najgorsze z możliwych rozwiązań. Wojnę i śmierć.

 Nowsze artykuły12