Czego uczą się studenci na II roku prawa?

Historia Komentarze (5) » dodajdo
źródło: kdc.pl

źródło: kdc.pl

Obowiązkowym podręcznikiem na II roku studiów prawniczych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego jest “Prawo międzynarodowe publiczne w zarysie”. Jest to praktycznie oficjalna pozycja, polecana przez wszystkich ćwiczeniowców na WPiA. Wśród moich kolegów, studentów prawa, nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto nie uczyłby się z tej książki – zwłaszcza, że między Instytutem Prawa Międzynarodowego (WPiA), a Zakładem Prawa i Instytucji Międzynarodowych (Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, w ramach Instytutu Stosunków Międzynarodowych) istnieje spór w kilku kwestiach, wynikiem czego studentom tworzy się problemy z przepisywaniem ocen między wydziałami i nakazuje korzystać z dwóch innych podręczników. Studenci prawa uczą się ze wspomnianej wyżej pozycji, a studenci stosunków międzynarodowych – z książki Remigiusza Barzanka i Jacka Symonidesa.

Nie zamierzam porównywać tych książek – do czynienia mam zresztą tylko z jedną z nich, a do drugiej, nie zamierzam nawet zaglądać. Dysponuję 13, najnowszym wydaniem książki profesora Góralczyka i profesora Sawickiego, z roku 2009.. Przejdę do sedna.

Czego ciekawego może dowiedzieć się student z książki?

Podręcznik ten wydawany był przed 1989 rokiem, co istotnie wpływało na jego treść. Komunistyczne wstawki były wtedy częścią praktycznie wszelkich dzieł naukowych i nie powinno to nikogo dziwić. Rzeczywistość nie rozpieszczała, książki musiały przejść przez cenzurę.

Aktualnie mamy jednak rok 2010, a co mogą przeczytać studenci prawa w swoim podstawowym podręczniku?

Na stronie 123, punkt C czytamy:

“Decydujące znaczenie dla powstania państwa polskiego miała rewolucja w Rosji i uznanie prawa narodów Rosji do samostanowienia. W traktacie pokojowym podpisanym 3.III 1918r. w Brześciu Rosja Radziecka zrzekła się praw do obszaru byłego Królestwa Kongresowego a dekret Rady Komisarzy Ludowych z 29. VIII 1918 r. uznał umowy w sprawie rozbiorów Polski za uchylone jako sprzeczne z zasadą samostanowienia narodów”

Trzeba przyznać, iż wydarzenia mające miejsce w Rosji z 1917 roku (rewolucja lutowa i dwuwładza) miały istotne znaczenia dla powrotu sprawy polskiej na arenę międzynarodową, ale czy były DECYDUJĄCE dla odzyskania przez Polskę niepodległości? Czy Polska odrodziła się dzięki deklaracji bolszewików, iż mamy prawo do niepodległości, gdy nawet jeszcze nie rządzili? Czy bolszewicy, zaraz po wojnie, nie stwierdzili, iż postanowienia traktatu brzeskiego już ich nie dotyczą?

Czy powielanie takiej tezy, w 2010 roku, nie jest kompromitujące?

To dopiero jednak początek. Strona 50

“Wielka Brytania i Francja zgodnie z przyjętymi wobec Polski zobowiązaniami 3 IX 1939 wypowiedziały wojnę Niemcom. 17 IX 1939 r. na wschodnie terytoria Polski wkroczyły wojska radzieckie.”

Krótko i konkretnie, wkroczyły. Bez zbędnego komentarza, w stylu np. “łamiąc pakt o nieagresji”.  Ktoś nieznający historii nie wiedziałby, że chodzi o agresję bez wypowiedzenia wojny.

oraz strona 51 ( o koalicji antyhitlerowskiej, jak ją zgrabnie nazywa się w książce,  “Związku Radzieckiego z państwami kapitalistycznymi)

“Powstanie tej koalicji i wyniki jej działania dowiodły, że możliwa jest współpraca polityczna, gospodarcza, a nawet wojskowa między państwami o odmiennych ustrojach społeczno-politycznych, prowadzona w imię wyższych celów, odparcia agresji, obrony demokracji i podstawowych praw człowieka.”

Owszem. Związek Radziecki powszechnie znany jest z obrony demokracji i podstawowych praw człowieka, zarówno na swoim terytorium, jak i po wojnie, w Europie Środkowo-Wschodniej.

Strona 52

“Powstanie dwóch państw niemieckich i rewizjonistyczna polityka RFN utrudniły dojście do porozumienia, mimo wielokrotnie ponawianych przez ZSRR propozycji i wysiłków”

Tak, m.in. odcinając miasto od wszelkich dostaw, co skutkowało uruchomieniem olbrzymiego mostu powietrznego (I kryzys berliński), budując mur berliński (1961 r.) czy tłumiąc przy pomocy radzieckich wojsk protesty robotników (czerwiec 1953 r.). Typowe działania podjęte w celu porozumienia i pokojowego rozstrzygnięcia sporu.

Teraz może trochę o organizacjach międzynarodowych?

Strona 117 – NATO.

“NATO powstało w okresie zimnej wojny i miało umożliwić Stanom Zjednoczony prowadzenie polityki “z pozycji sił” w stosunku do państw socjalistycznych”

Celu powstania NATO lepiej się już chyba ująć nie da

Strona 317 – tym razem o ONZ

“Zasada jednomyślności wielkich mocarstw zapobiegła w okresie tzw. zimnej wojny przekształceniu ONZ w koalicję państw kapitalistycznych wymierzoną przeciwko państwom socjalistycznym, do czego dążyły wówczas Stany Zjednoczone.”

Gdyby nie prawo weta, państwa kapitalistyczne osiągnęłyby swój cel! Przewaga “państw kapitalistycznych” w Organizacji Narodów Zjednoczonych przejawiała się na przykład w tym, że Izrael prawie wyrzucono z organizacji, a syjonizm został uznany za jedną z odmian rasizmu. Zupełnie po myśli Stanów Zjednoczonych.

Ruch Państw Niezaangażowanych bardzo chętnie krytykował Stany Zjednoczone i bliżej mu było do Moskwy. Po II wojnie światowej powstało wiele państw, więc Amerykanie nie dysponowali przewagą liczebną w ZO ONZ.  W Radzie Bezpieczeństwa wpływy amerykańskie i radzieckie równoważyły się.

W tym miejscu kończę przepisywanie fragmentów podręcznika, chociaż jestem przekonany, iż gdybym szukał, znalazłbym więcej “historycznych ciekawostek”.

Dlaczego tak to wygląda?

Najczęściej spotykanym tłumaczeniem takiego stanu rzeczy jest niechęć do ingerowania w treść książki, ze względu na szacunek do zmarłego w 1994 roku profesora Góralczyka.

Należy postawić inne pytanie. Czy nieingerowanie w wyżej wspomniane fragment, nie szkodzi profesorowi jeszcze bardziej? W 2010 roku studenci bez problemu wyłapują, iż tezy przedstawione w książce, są nieprawdziwe.

Ponadto, czy studenci prawa, nie powinni uczyć się z książki, w której nie ma tak ewidentnych przekłamań, prawdopodobnie pisanych, by przejść przez cenzurę? Czy poprawienie tekstu rzeczywiście byłoby tak olbrzymim brakiem szacunku dla profesora Góralczyka? W mojej ocenie, większym problemem jest, iż duch PRL-u nadal straszy na Uniwersytecie.

——-
Część przykładów, które podałem i inne, znaleźć można w tej dyskusji na portalu grono.net

Nagroda Nobla na kredyt

Bieżące wydarzenia, Historia Komentarze (1) » dodajdo

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Barackowi Obamie stało się już obiektem żartów i kpin. Tylko, czy kogoś to tak naprawdę powinno dziwić? Jeśli prześledzimy decyzje Komitetu Noblowskiego na przestrzeni ostatnich 108 lat, to zorientujemy się, że nie jest to najgorsza decyzja w historii. Na pewno również nie najlepsza.

W dwudziestoleciu międzywojennym nagrodzeni zostali trzej ministrowie spraw zagranicznych. Brytyjski, Joseph Austen Chamberlain w 1925 roku, a w 1926 – polityk francuski, Aristide Briand i jego odpowiednik z Niemiec, Gustaw Stresemann.. Za Traktat z Locarno. Cóż takiego zrobili ci panowie dla pokoju?

Traktaty podpisane w Locarno (1925 rok), w dużym skrócie, gwarantowały granice francusko-niemiecką i niemiecko-belijską, czyli potwierdziły ustalenia traktatu wersalskiego co do zachodnich granic Republiki Weimarskiej. Nie zagwarantowano przy tym żadnych innych granic – ani niemiecko-czechosłowackiej, ani polsko-niemieckiej itd. Mocarstwa zachodnie pozostawiły zatem w tej sprawie otwartą furtkę. Oficjalny ton niemieckich polityków brzmiał więc mniej więcej tak: granice zachodnie ustaliliśmy, ale zawsze możemy porozmawiać o granicy wschodniej, bo ustalenia wersalskie były w tej kwestii niesprawiedliwe. Traktat z Locarno stał się jednym z punktów zaczepiania dla tematu rewizji granicy. Od tej chwili mieliśmy w Europie niemieckie granice zagwarantowane przez mocarstwa zachodnie oraz te, których utrzymanie nie było takie oczywiste. Łatwo wyobrazić sobie, jak przełożyło się to na koncepcje prowadzenia niemieckiej polityki zagranicznej i zwiększenie presji na państwa, których granice nie zostały dodatkowo potwierdzone.

Traktat z Locarno również znacząco wzmocnił pozycję Niemiec. Zaowocował m.in. wstąpieniem do Ligi Narodów. Na tej podstawie III Rzeszę budował Adolf Hitler, który bez problemu naruszył granicę niemiecko-czechosłowacką i niemiecko-polską. Historia może się tylko zaśmiać nad decyzją Komitetu Noblowskiego, bo wspomniane umowy raczej przybliżały wojnę i konfrontację niż im zapobiegały.

W 1929 roku nagrodę dostał Frank Kelogg, Sekretarz Stanu USA z pakt Kelloga-Brianda, w którym wyrzekano się wojny jako instrumentu polityki zagranicznej. Dokument, bardzo idealistyczny i zamknięty w sferze aksjologii, nie zakładał żadnych sankcji. Podpisało go kilkadziesiąt państw, w tym Niemcy, Włochy i Japonia. Okazało się, że był warty tyle, ile papier zużyty na jego wydrukowanie, co pokazały inwazje Japonii na Mandżurię i Włoch na Abisynię. Nagroda bardzo podobna dla tej Baracka Obamy – za deklarowane chęci.

W 1973 roku Pokojową Nagrodę Nobla przyznano Henry’emu Kissingerowi oraz Le Buc Tho. Za podpisane w Paryżu „porozumienie pokojowe”. Tak naprawdę ciągle trwała wojna, ale Amerykanie wycofywali swoje wojska głosząc koniec konfliktu. Wietnamczyk nie był jednak aż takim hipokrytą i nagrody nie przyjął. Sajgon, stolica Wietnamu Południowego, został ostatecznie zdobyty w 1975 roku i od tego czasu w całym Wietnamie rządzą komuniści. W 2007 roku nagrodę otrzymał Al Gore i Międzynarodowy Zespół do Spraw Zmiany Klimatu. Skoro Al Gore mógł zostać laureatem, to czemu nie Barack Obama?

Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych aktywnie uczestniczył w olimpijskiej kampanii Chicago. Przegrał z Rio de Janeiro, więc może Nobel jest w tym przypadku nagrodą pocieszenia?

W sprawie „wizji świata wolnego od zbrojeń” ciężko uznać zasługi tegorocznego laureata Nagrody Nobla. Oficjalnie głosi taką koncepcję, ale sam w nią nie wierzy. Jeśli Nobel jest efektem negocjacji amerykańsko-rosyjskich, to czemu nie otrzymał go również Dmitrij Miedwiediew? Należy jednocześnie pamiętać, że jednymi z najbliższych sojuszników amerykańskich są Izrael, który – co jest tajemnicą poliszynela – dysponuje bronią atomową oraz Pakistan, który oficjalnie ją posiada. Oba te kraje zdobyły ją w sposób nielegalny i nic nie będzie w stanie ich nakłonić do pozbycia się tego strategicznego złotego jajka. Co więcej, Amerykanie podpisali umowę z Indiami, która de facto sankcjonuje posiadanie przez ten kraj broni nuklearnej. Likwiduje wszelkie ograniczenia indyjsko-amerykańskie, które zostały nałożone po uzyskaniu przez New Delhi tego środka. Zakłada wymianę cywilnymi technologiami jądrowymi. Amerykanie, co jest niejako koniecznością, liczą na rozwinięcie kontaktów polityczno-gospodarczych z Indiami, państwem o niezwykłym potencjale.

W sprawie nierozprzestrzeniania broni atomowej można wspomnieć jedynie o – jak na razie nieskutecznych – próbach wpłynięcia na Iran i pewną zmianę rozumowania na takie, które dopuszcza rozmowy z Teheranem. Efektów na razie brak.

Barack Obama dał nadzieję milionom ludzi w Ameryce i na świecie na zmiany. Zmienił kurs amerykańskiej polityki zagranicznej, ale po pierwsze – na razie wszelkie pokojowe deklaracje kończą się na słowach, a po drugie – fundamentalne założenia amerykańskiej polityki zagranicznej są nadal takie same. Za oceanem Jimmy Fallon żartuje, że Obama odbierze Nobla zaraz po tym, jak skończy wojny w Afganistanie i Iraku. Obama ma do czynienia z tym, co każdy polityk głoszący w czasie kampanii idealistyczne koncepcje – z rzeczywistością.

Fakty wyglądają tak: w Iraku i Pakistanie jest niestabilnie, w Afganistanie trwa wojna. Amerykanie w swoim kraju borykają się z największym kryzysem gospodarczym od 80 lat, a pakiety pomocowe Obamy pomogły, owszem – ale głównie menadżerom, zadłużając kolejne pokolenia. Na Bliskim Wschodzie nadal bez zmian. Trudno oczekiwać, by na izraelskim premierze, Netanjahu i na Hamasie, nagroda zrobiła jakiekolwiek wrażenie. Iran z rozwagą prowadzi swoją politykę zagraniczną i radzi sobie z coraz mocniejszymi naciskami. Obama zmienił koncepcję tarczy antyrakietowej, kierując ja głównie tam, gdzie są interesy Izraela – przeciwko Teheranowi.

Nie można wykluczyć, a nawet należy życzyć, Obamie, by w przyszłości zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Na razie powoli zmienia klimat międzynarodowy na mniej konfrontacyjny, jest dużo łagodniejszy od prezydenta Busha. Nagroda przydzielona została za starania, a nie efekty.

Tylko że, jak pokazuję wyżej, nie jest to najgorszy wybór, jakiego można było dokonać. Istniała jeszcze jedna możliwość – nie przyznanie tej nagrody nikomu, co było już praktykowane. Prezydent Stanów Zjednoczonych ma jeszcze 3 lata, by pokazać, że Komitet Noblowski postąpił słusznie, dając mu nagrodę na kredyt i wzmacniając tym samym jego międzynarodową pozycję. W kolekcji Baracka Obama brakuje już chyba tylko Paszportu Polsatu.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle
- Wyreżyserowany spektakl – Obama w Moskwie

Szaleni dyktatorzy

Historia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo

Mieli wielki wpływ na XX wiek. Częstokroć od ich decyzji zależało życie setek tysięcy, a nawet milionów osób. Oto trzech najbardziej szalonych dyktatorów XX wieku…

W zestawieniu celowo ominąłem osoby Józefa Stalina i Adolfa Hitlera.

Idi Amin
W drugiej połowie do XX wieku do władzy w Afryce dochodzili dyktatorzy, co było bezpośrednim skutkiem dekolonizacji. Doskonałym przykładem takiego schematu był Idi Amin z Ugandy rządzacy w latach 1971-1979, nazywany „hańbą Afryki”.

Amin był bezwzględny, ale w przeciwieństwie do Pol Pota, Mao Zedonga, faszystów czy komunistów nie był inspirowany ideologią. Chciał przetrwać i rządzić. Był prymitywnym człowiekiem, który kierował się najniższymi instynktami. Już w czasie dokonywania zamachu stanu postanowił zabić wszystkich żołnierzy, którzy mogliby stanowić potencjalne zagrożenie. Uczynił to z zaskoczenia. Po przejęciu władzy rozpoczął się terror.

Cyniczny zabójca, kanibal i bokser
Wyrzucił z kraju i pozbawił wszelkiego majątku 70 tysięcy Hindusów. Rozpoczął zabijanie faktycznych i domniemanych wrogów. Mordował całe plemiona i każdego, kto mu się nie podobał. W stolicy Ugandy istniały specjalne więzienia z izbami tortur – jedna z nich naprzeciwko ambasady francuskiej.. Dyktator był bardzo ostrożny – w obawie przed zamachem nigdy nie nocował dwa razy w jednym miejscu.  Ryszard Kapuściński zwrócił uwagę na fakt, że swoje przyszłe ofiary często zapraszał na obiad. Idi Amin zamordować mógł nawet pół miliona osób. W Ugandzie znana jest historia byłej dziewczyny dyktatora, której ciało znaleziono na śmietniku.

„Po jego obaleniu znaleziono w pałacu lodówkę wypełnioną ludzkim mięsem” – napisał historyk, Andrzej Garlicki. Kanibalizm nie był wśród dyktatorów afrykańskich rzeczą wyjątkową -Jean Bedel Bokassa z Republiki Środkowoafrykańskiej, znany z tego, że kazał rozstrzelać kilkudziesięciu uczniów za sprzeciw wobec noszenia mundurków szkolnych, również podejrzewany był o jedzenie ludzkiego mięsa (sąd uniewinnił go od tego zarzutu). Według zeznania głównego świadka w procesie Charlesa Taylora, byłego dyktatora Liberii, miał on rozkazywał swoim żołnierzom jedzenie wrogów, w tym żołnierzy ONZ. Opowiadał przy tym ze szczegółami o sposobach jedzenia ludzi.

Idi Amin został bokserskim mistrzem Ugandy w wadze ciężkiej. W czasie swoich rządów próbował wykorzystać ten fakt wyzywając królową Elzbietę II na pojedynek bokserski. Następnie ogłosił się „pogromcą Imperium Brytyjskiego”. Uważał się tez za „ostatniego króla Szkocji” – na pogrzeb króla Arabii Saudyjskiej przybył w kilcie. Na pojedynek wyzwał również znanego z krępej budowy ciała prezydenta Tanzanii. To właśnie wojska tego kraju obaliły Idi Amina.

W bezwzględności i szaleństwie Idi Amin nie miał na kontynencie afrykańskim sobie równych. Znalazł się jednak człowiek, który przewyższył go pod tym względem w Azji – konkretniej w Kambodży…

Pol Pot i Czerwoni Khmerzy
W latach 1975-1979 w Kambodży rządzili Czerwoni Khmerzy pod przywództwem byłego nauczyciela i byłego studenta francuskiej uczelni technicznej, Pol Pota.

Czerwoni Khmerzy za cel postawili sobie stworzenie idealnego społeczeństwa komunistycznego. Efektem ich rządów była śmierć prawie 2 milionów osób, co stanowiło wówczas ok. 1/4 (według innych danych: ponad 1/3) populacji Kambodży.

Likwidacja miast i „pola śmierci”
Pol Pot i jego zwolennicy z Komunistycznej Partii Kambodży, zaraz po dojściu do władzy, rozpoczęli rewolucję. Zmienili nazwę państwa na Demokratyczna Republika Kampucza. Miasta zostały uznane za skażone kapitalizmem źródła zła i postanowiono je zlikwidować, a mieszkańców  deportować na obszary wiejskie. W wyniku przymusowych wysiedleń liczba ludności w stolicy, Phnom Penh, zmalała z 2 milionów do 23 tysięcy. Cały kraj miał zamienić się w wieś i utrzymywać z rolnictwa. Zlikwidowano szkoły, fabryki, pieniądze i wszelką wartość prywatną. Ludzie mieli być zorganizowani w komunach wiejskich kontrolowanych przez partię i żołnierzy.

Ludność wysiedlania z miast trafiała albo do obozów koncentracyjnych, gdzie niewolniczo pracowała i często umierała z głodu lub wycieńczenia albo była mordowana, nie rzadko przy zastosowaniu wyrafinowanych tortur. Wrogów systemu chowano  w masowo wykopanych grobach na „polach śmierci”. Z uwagi na oszczędzanie amunicji, ofiary zabijano też w brutalny sposób przy użyciu np. kijów bambusowych czy siekier. W obozach zdarzało się, że ludzie zastępowali woły w ciągnięciu pługów.

Państwo przejęło kontrolę nad całym życiem mieszkańców.  Nie istniała swoboda wyboru małżonka, a donosicielstwo stało się powszechne nawet w ramach jednej rodziny. Do „obozów reedukacji”, co oznaczało niemal pewną śmierć, można było trafić zarówno za posiadanie większej ilości jedzenia niż przepisowa 1 miska ryżu dziennie, jak i noszenie okularów mogące – zdaniem władzy – świadczyć o przynależności do inteligencji. To właśnie ona, duchowni i byli urzędnicy byli najokrutniej traktowani przez Czerwonych Khmerów.

Pol Pot został obalony w 1979 roku przez wojska wietnamskie.

Czerwoni Khmerzy byli fanatykami. Swoje pomysły czerpali jednak z nauk innego komunistycznego dyktatora….

Mao Zedong
„Wielki Sternik Narodu” rządził w Chinach w latach 1949-1976 Jego polityka doprowadziła do śmierci kilkudziesięciu milionów ludzi. Sam Wielki Skok pochłonął ponad 20 milionów osób, kolektywizacja w latach 50-tych kolejny milion, Rewolucja Kulturalna też milion. Warto zaznaczyć, że nie są to wszystko ofiary Mao.

Najgorszy z pomysłów Mao
Najwięcej ofiar spowodował wymyślony przez Mao Zedonga i ogłoszony w 1957 roku „Wielki skok”. Zakładał on błyskawiczne uprzemysłowienie Chin i 25% wzrost gospodarczy, a w dalszej perspektywie dogonienie i prześcignięcie Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych. Znawcy Mao uważają, że naprawdę wierzył w to, że Wielki Skok się uda.

Plan zakładał m.in. masowy wytop stali w prymitywnych domowych lub zakładowych dymarkach. Przetapiano wszelkie metalowe przedmioty. W czasach „Wielkiego skoku” wytapianie stali było obowiązkiem. Brakowało zatem rąk do pracy w rolnictwie, chłopi nie zebrali plonów. Dodatkowo użyteczne narzędzia rolnicze zostały przetopione. W tamtych czasach masowe były również roboty publiczne. Uzyskana stal była z reguły bezużyteczna, a produkcja rolna i przemysłowa spadała w dramatyczny sposób. Rolników organizowano w komunach wiejskich.

Program kontynuowano. W następnych latach wyznaczono bardzo wysokie dostawy obowiązkowe, z których chińskie rolnictwo nie było w stanie się wywiązać. Władze przymusowe odbierały im żywność. Ludzie ginęli z głodu, który ogarnął cały kraj, umierali z zimna, chorób lub byli mordowani za brak entuzjazmu wobec „Wielkiego skoku”. Liczba ofiar pomysłu Mao Zedonga jest trudna do oszacowania. Oficjalne informacje władz chińskich mówią o 14 milionach osób, inne źródła podają liczbę 20-30 milionów, a nawet 46 milionów „Wielki Sternik” utracił stanowisko przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej, pozostając przywódcą Komunistycznej Partii Chin.

Palenie książek i wojna z imperializmem
Pełnię władzy odzyskał w wyniku Rewolucji Kulturalnej, która wybuchła w 1966 roku. Jej oficjalnym celem było niszczenie wszelkich przejawów imperializmu. Faktycznie Mao przy pomocy Czerwonej Gwardii (tzw. hunwejbinów), złożonej z młodzieży, przywrócił swoją władzę. Hunwejbini, chronieni przez armię walczyli z kulturą i obyczajami. Grabili i niszczyli. „Kontrrewolucjonistów” napadano, poniżano, więziono, torturowano i zabijano. Przeprowadzano publiczne egzekucje, rabowano ich domy. Niszczono zabytki, palono zachodnie książki i ubrania, burzono miejsca kultu religijnego.  Czerwona Gwardia wyposażona była w  „Małe czerwone książeczki” zawierające cytaty z Mao, którymi mieli kierować się hunwejbini. Mao Zedong swój cel osiągnął i ogłosił koniec Rewolucji Kulturalnej w 1969 roku. Kosztowała ona życie milion osób. Istnieją również opinie, iż  rewolucja zakończyła się dopiero w 1976 roku.

Mao Zedong nie szanował życia ludzkiego. Podczas rozmowy z Nikitą Chruszczowem, w latach 50-tych, proponował atak atomowy na Stany Zjednoczone argumentując ,że nawet jeśli w wyniku wojny atomowej zginie połowa Chińczyków, to druga połowa przetrwa i zbuduje komunizm.

Przewodnik po rosyjskich manipulacjach

Bieżące wydarzenia, Historia, Warto przeczytać Komentarze (4) » dodajdo

Przy okazji polsko-rosyjskiej wojny historycznej warto zebrać wszystkie zarzuty ze strony naszego sąsiada i poddać je weryfikacji. Zapewne nagrody prezydenta Miedwiediewa dla propagatorów „prawdziwej historii” nie otrzymam, ale nie wątpię w sens takiej publikacji. Wybrałem cztery najczęściej pojawiające się zagadnienia. Odpowiedzi nie są rozbudowane ponad miarę, bo każde z poniższych zagadnień może być tematem osobnego tekstu, a moim celem jest napisanie pewnego rodzaju szybkiej ściągawki.

1. Kwestia /40/60/100 tysięcy zamordowanych żołnierzy bolszewickich w polskich obozach w czasie wojny polsko-bolszewickiej

Skąd to się wzięło?
Informacje takie czasami ukazują się w rosyjskiej prasie jako wytłumaczenie Katynia.

Ostatnio: za tvn24.pl
„W latach dwudziestych na terytorium okupowanym przez Piłsudskiego więzionych było 100 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej. Ci żołnierze umierali z głodu: ich specjalnie nie karmili, patrzyli jak umierają… – mówi prof. Natalia Narocznicka z utworzonej przez rosyjskiego prezydenta komisji ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii na szkodę Rosji. – Dlaczego tego się nie zalicza Polakom? – pyta na łamach “Komsomolskiej Prawdy”.

Zdaniem rosyjskiej historyk, “był to pierwowzór faszystowskiego obozu koncentracyjnego”. – Polacy nie chcą o tym pamiętać, a od nas wymagają przeprosin – dodaje.”

Jeńcy bolszewiccy znaleźli się w polskich obozach w czasie wojny polsko-bolszewickiej (1919-1921). Rzeczywiście, nie wszyscy jeńcy wrócili do swoich domów.

Jak było naprawdę?

W tej sprawie nie powinno być żadnych kontrowersji. Śmierć bolszewickich była przedmiotem polsko-rosyjskich badań.. Z polskiej strony była to Dyrekcja Archiwów Państwowych, z rosyjskiej Federalna Agencja ds. Archiwów Rosji. Prezydentem w tamtym czasie był Wladimir Putin. W 2004 roku wydano dokument “Krasnoarmiejcy w polskom plenu w 1919–1922 g. Sbornik dokumentow i materiałow”.

Liczbę jeńców oszacowano na 80-85 tysięcy.
Liczbę zmarłych – wg Polaków – 16-17 tysięcy, wg Rosjan – 18-20 tysięcy.

Z ustaleń wynika również, że jeńcy ginęli nie w wyniku eksterminacji, a przyczyna ich śmierci były choroby zakaźne. Ich problem nie dotyczył tylko obozów jenieckich, a całej ówczesnej Europy. W latach 1918-1919 grypa „hiszpanka” spowodowała śmierć kilkudziesięciu milionów osób na całym kontynencie.

Powiedzieć oczywiście możemy, że jest nam przykro, gdyż przepełnienie obozów jenieckich powstrzymywaniu epidemii nie pomogło, ale podawane liczby – 40, 60 czy 100 tysięcy, nie mają z rzeczywistością nic wspólnego. Co więcej, ci żołnierze nie byli mordowani, jak to sugerują rosyjscy historycy.

Z drugiej strony trzeba odnotować, ze Rosja bolszewicka wzięła do niewoli 45 tysięcy żołnierzy, z czego do Polski powróciło 26 tysięcy. Śmiertelność w rosyjskich obozach była zatem o wiele wyższa.

2. Polska jako pierwszy sojusznik Hitlera

Skąd to się wzięło?
To zarzut pojawiający się w ostatnich tygodniach.

Za tvn24.pl

„Film “Sekrety tajnych protokołów” Wadima Gasanowa Rosjanie wyemitowali w sobotę. ZSRR był ostatnim krajem, który zawarł pakt o nieagresji z Niemcami. Podobne układy i tajne protokoły były normą europejskiej polityki w tamtych latach – podkreślono w filmie.

Jako pierwsza – zaznaczono – z hitlerowskimi Niemcami porozumiała się Polska. W filmie nie wspomniano, że wcześniej – w 1932 roku – Polska zawarła pakt o nieagresji z ZSRR i respektowała go do końca, czyli do radzieckiego najazdu 17 września 1939 roku.

Według autora filmu, Polska prowadziła tajne rozmowy z Niemcami od jesieni 1933 roku, a ich tematem była walka z komunizmem.

- 26 stycznia 1934 roku ambasador Polski w Berlinie Józef Lipski i szef MSZ Niemiec Konstantin von Neurath podpisali deklarację o niestosowaniu przemocy. Polska stała się pierwszym w świecie sojusznikiem politycznym hitlerowskich Niemiec”

Jak było naprawdę?

Prawdą jest, że Polska miała podpisany pakt o nieagresji z III Rzeszą. Taki sam dokument obowiązywał również w stosunkach ze Związkiem Radzieckim.

Jeżeli posiadanie paktu o nieagresji z III Rzeszą jest dowodem bycia w sojuszu, to oznaczałoby, że ZSRR był również sojusznikiem Polski … do 17 września 1939. Związek Radziecki napadł na własnego sojusznika! Rozumowanie rosyjskie jest w tym względzie szczególne. Przyjęcie tezy, że pakt o nieagresji świadczy o sojuszniczych relacjach, oznaczałoby, iż Polska była w sojuszu zarówno z III Rzeszą, jak i ZSRR.

Czy Polska prowadziła rozmowy z Niemcami?

Nie, to Niemcy prowadzili rozmowy z Polakami. Polacy nie mieli wobec Niemiec żadnych żądań ani zobowiązań. To Hitler – po sukcesie w Monachium w 1938r – chciał uzyskać Gdańsk oraz zaatakować Związek Radziecki. Polacy wielokrotnie odmawiali ustami ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Ribbentrop w prywatnej rozmowie mówił do polskiego ministra: „Pan jest tak uparty w sprawach morskich. Morze Czarne także jest morzem”. Polacy z oferty niemieckiej nie skorzystali.

Trzymanie „równej odległości” między Berlinem i Moskwą było jednym z filarów polskiej, jak się później okaże – nieskutecznej, polityki zagranicznej. Wejście w sojusz z Hitlerem nieuchronnie – zdaniem ówczesnych elit – zakończyłoby się wasalizacją i utratą niezależności. Ponadto Polskę obowiązywał układ o nieagresji z 1932 roku. Ze strony II RP Związkowi Radzieckiemu nie groziło jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Co więcej, marszałek Piłsudski, po dojściu Hitlera do władzy, s proponował przeciwko Niemcom wojnę prewencyjną.

Układ o nieagresji Niemcy wypowiedzieli Polsce 28 kwietnia 1939 roku. Związek Radziecki, można tak powiedzieć, zrobił to 17 września.

Polscy historycy (m.in. Tomasz Nałęcz) rozważali niekiedy, co by się stało, gdyby Polska poszła „pod rękę” z Hitlerem. Na pewno w 1939 roku Związek Radziecki nie był gotowy do wojny. Najzdolniejszych dowódców zamordowano w czasach wielkiej czystki częstokroć pod zarzutem bycia niemieckimi agentami…

Polska, a odzyskanie Zaolzia w 1938 roku
Często Rosjanie, na poparcie swojej tezy o polsko-hitlerowskim sojuszu, powołują się na rozbiór Czechosłowacji w 1938 roku. W Monachium Niemcy uzyskały Sudety, a zaraz potem swoje ultimatum wobec Zaolzia zgłosili Polacy – Czesi je przyjęli. Należy naturalnie wspomnieć, ze to Czechosłowacy pierwsi złamali ustalenia z Polakami o plebiscycie jeszcze za czasów wojny polsko-bolszewickiej, a potem wykorzystali dramatyczne położenie Polaków w lipcu 1920 i następnie przejęli Zaolzie na podstawie dokumentu podpisanego przez premiera Grabskiego w Spa, przy okazji nie wywiązując się z obietnicy przepuszczenia broni dla Polaków . Pomimo tej wzajemności, z takiej formy odzyskania terytorium Polacy nie powinni być dumni. Polacy wykorzystali sytuację, ale nie ma żadnych przesłanek pozwalających stwierdzić, że była to polsko-niemiecka skoordynowana akcja Można nawet dopatrywać się w tym incydencie motywów antyniemieckich, dochodziło do niemieckiej dywersji w czasie wkraczania polskich wojsk. Przez 11 miesięcy tamtejszy przemysł pracował dla Polski, a nie dla III Rzeszy Na pewno Czechosłowaków opuścili Związek Radziecki i Francja, którzy w tamtym okresie, mieli wobec tego państwa zobowiązania sojusznicze.

Zarzut, że Polska była aktywną sojusznikiem Hitlera byłby nawet zabawny, gdyby nie był głupi. Szczególnie, że po traktacie w Rapallo (1922) aktywna współpraca Niemiec i ZSRR jest niezaprzeczalnym historycznym faktem. W tym kontekście wspomnieć należy m.in. o niemieckim sprzęcie i ludziach na poligonach rosyjskich.

3. Związek Radziecki nie jest odpowiedzialny za mordy w Katyniu/Niemcy są współodpowiedzialni za mordy w Katyniu

Skąd to się wzięło?
O tym, że Polaków w Katyniu zamordować mieli Niemcy uczono w komunistycznej Polsce przez ponad 40 lat. W latach 90-tych Rosjanie oficjalnie przyznali się, a w 1993 r Borys Jelcyn nawet przeprosił. Nie przeszkadzało to w umorzeniu śledztwa w tej sprawie oraz powstawaniu publikacji sugerujących, ze ponad 20 tysięcy Polaków zamordowali naziści.

Ostatnio na temat tej sprawy wypowiedziała się profesor Natalia Narocznicka Cytuję za stroną internetową RMF FM.

„Tam jest nasz ślad, ale tam jest także i ślad niemiecki – stwierdziła profesor Natalia Narocznicka z utworzonej przez Dmitrija Miedwiediewa komisji ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii na szkodę Rosji. Historyk obarczyła Niemcy współodpowiedzialnością za mord radzieckiego NKWD na polskich oficerach w Katyniu w 1940 r.”

Jak było naprawdę?
Pani profesor ma rację. Jeden z katów Berii posługiwał się niemieckim pistoletem Walter. Na tym kończy się fizyczny udział Niemców w tej zbrodni.

Trzeba jednak przyznać, że akcje przeciwko polskiej inteligencji były równocześnie prowadzone przez ZSRR oraz Niemców (w ramach akcji AB). Może o tę winę chodziło pani profesor Narocznickiej?

Sprawa jest na tyle oczywista, ze nie wymaga dalszego komentowania.

4. Po 17 września Związek Radziecki zajął „terytorium imperium rosyjskiego” i zaopiekował się Ukraińcami i Białorusinami

Skąd to się wzięło?
Już oficjalne tłumaczenie radzieckiej interwencji, przekazane polskiemu ambasadorowi w Moskwie 17 września 1939, opierało się na tezie, że państwo polskie przestało istnieć, ZSRR nie obowiązują żadne traktaty, a Białorusinami i Ukraińcami należy się zaopiekować. Ziemie te ładnie nazwano „zachodnią Białorusią i zachodnią Ukrainą”.

Rosjanie uważają również, ze Polska okupowała ziemie radzieckie.

Za RMF FM.
„Rosyjska historyk zaznaczyła także, że zachodnia Ukraina, na terytorium której 17 września 1939 r. wkroczyła Armia Czerwona, a którą Warszawa nazywa Polską Wschodnią, była terytorium imperium rosyjskiego okupowanym przez Polskę Józefa Piłsudskiego.”

Jak było naprawdę?
W momencie radzieckiego ataku funkcjonował rząd polski i walczyło wojsko polskie. Działała również polska dyplomacja. Polska przegrywała, ale się broniła. Nie można zatem znaleźć uzasadnienia dla tezy, ze II RP przestała istnieć jako państwo, a wszelkie trakty podpisane stały się niezobowiązujące. ZSRR złamał pakt o nieagresji oraz zapisy traktatu ryskiego. Związek Radziecki zaatakował Polskę bez wypowiedzenia wojny.

„Zachodnia Ukraina” i „zachodnia Białoruś” to terminy wymyślone przez radziecką propagandę. W czasach II RP funkcjonowała Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy i Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi. Z drugiej strony, na terenie naszego państwa działała również prawicowa Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów.

O ile można dyskutować o prawach (niepodległość? Autonomia?) Ukraińców do ziem, w których stanowili większość – a były to 3 województwa dawnej Rzeczpospolitej, o tyle ciężko odnaleźć prawa ZSRR do tych terenów. Podobnie jak do Litwy, Łotwy czy Estonii.

W traktacie brzeskim, podpisanym w marcu 1918, Rosja bolszewicka zrzekła się praw do Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Białorusi, Finlandii i dużej części Zakaukazia.

Granica polsko-bolszewicka została ustalona w traktacie ryskim podpisanym w marcu 1921 roku, będąca oficjalnym zakończeniem wojny polsko-bolszewickiej.

Powyższe dokumenty dowodzą, że ZSRR nie miał żadnych praw do polskich ziem wschodnich – sam się ich zrzekł i to w dodatku dwa razy. Nie ma mowy o żadnym okupowaniu radzieckich terytoriów.

Pani Narocznicka mówi, że to terytoria imperium rosyjskiego okupowane przez Polskę. Przecież w 1939 roku nie istniało już żadne imperium rosyjskie, a ostatniego cara, wraz z jego rodziną, zabili bolszewicy. Poza tym nie wszystkie zajęte przez Armię Czerwoną tereny należały do carskiej Rosji. Przykładem może być tutaj zajęcie części Galicji z Lwowem, które były częścią Austro-Węgier.

Pozostaje jeszcze kwestia „opieki nad bratnimi narodami”. Jak już pisałem wyżej – w kwestii ukraińskiej autonomii/niepodległości Polacy mają sobie dużo do zarzucenia. Poczucie winy z tego powodu miał m.in. marszałek Piłsudski, który przepraszał ukraińskich żołnierzy. Sytuacja Ukraińców w Polsce była jednak duża lepsza niż za wschodnią granicą, gdzie miliony ich rodaków umierały z głodu lub było rozstrzeliwanych. Wątpię, by Ukraińcy życzyli sobie takiej opieki. Zresztą – w czasie II wojny światowej duża część Ukraińców walczyła przeciwko ZSRR.

Polska “prawdziwa” myśl historyczna

Historia Komentarze (1) » dodajdo

Cały świat uwziął się na nasz naród. Jedynie Polska ma krystalicznie czystą historię. W swoich szeregach nigdy nie mieliśmy złodziei, morderców ani szmalcowników. Zajęcie Moskwy w 1610 roku było koniecznością taktyczną, a śmierć bolszewickich jeńców (1920) – cóż, nie ma co się tłumaczyć, epidemie przecież wybuchają wszędzie. O winie wobec Ukraińców nawet nie ma co wspominać – nie wywalczyli sobie niepodległości, to jej nie mieli. Jakie to jest proste. Białorusini? Banda wieśniaków bez elity, zaś Litwini niech się cieszą, że ich w całości nie podbił Żeligowski w czasie swojego „buntu”. Jeszcze nam nie podziękowali za to, że w 1938 roku zmusiliśmy ich do zawarcia z nami stosunków dyplomatycznych. Czechosłowacy (uwielbiam tę konstrukcję) powinni nam również być wdzięczni, że jedynie z nimi wyrównaliśmy rachunki za Zaolzie, a nie np. postanowiliśmy sobie wziąc kilkaset kilometrów kwadradowych kolejnej ziemi.

To historia okiem „prawdziwych patriotów”, w której Polska zawsze jest stroną poszkodowaną, a jej szlachetne pobudki nie powinny budzić jakichkolwiek kontrowersji. Z kolei wszyscy w około chcą nas zniszczyć. Mesjasz wśród narodów świata.

Z naszej historii możemy być dumni. Mamy zdecydowanie więcej wydarzeń, w której owa mityczna „racja” była po naszej stronie. Ile jednak można tolerować zupełnie bezrefleksyjne podejście do historii, w ktorym my zawsze jesteśmy dobrem, a reszta świata złem? Takie właśnie rozumowanie przedstawia nam pan Citisus w swoim komentarzu do mojego tekstu odnośnie ś.p. Rajdu im. Stepana Bandery. Starałem się w nim wykazać, że Polska, chcąc prowadzić konsekwentną politykę zagraniczną, nie może pozwolić na przejazd rowerowy dzieci z Banderą na ustach. Postulowałem również o to, by lekceważyć rzezi wołyńskiej, bo nie jest ona mniej ważna niż zbrodnie dokonywane na Polakach przez Związek Radziecki.

W mniemaniu „prawdziwych historyków” popełniłem jednak błąd. Jak śmiałem zakwestionować naszą politykę wobec Ukraińców w czasach II RP? Jak mogłem zauważyć, że nie wszystko z naszej strony było w porządku?

„Zbrodnia jest zbrodnią, ludobójstwo, ludobójstwem. A fakty faktami” - napisał przenikliwie pan Citisus. Jajko jest jajkiem, a szafka szafką! W każdym razie zaczął przedstawiać owe fakty.

„Także o tym, że Piułsudskiego w Kijowie potraktowano jak okupanta a bolszewicka armia czerowa cieszyła się zdecydowanym poparciem Ukraińców w przeciwieństwie do Petlury ?”

Petlura okazał się bardzo słabym graczem, jednak Piłsudski nie dotrzymał zawartej z nim umowy. Polska uznała pełnomocnictwa bolszewików do reprezentowania Ukrainy. Szlachetnie.

Pewnie pan nie wie, ale na Ukrainie większość „panów” było Polakami. Najpierw zostali przepędzeni, a później wracali wraz z polską armią. Teraz pan już wie, czemu większość Ukraińców, wśród których 80% było chłopami, nie stanęła z bronią u nogi, gdy zaczął się marsz Armii Czerwonej na wschód? Niektóre wsie przechodziły z rąk do rąk 6 razy. Ja wiem, że pan pewnie zrobiłby partyzantkę i poradził sobie ze znaną z okrucieństwa armią konną Budionnego, ale chłopi już mieli dosyć.

To też typowe – oceniamy prawo Ukraińców do posiadania własnego narodu po tym, jak ludzie zareagowali na Piłsudskiego. Urocze.

Odpowiedź na moją sugestię, że Polska nie zastosowała wobec Ukrainy zasady samostanowienia, tej samej, która była dyplomatycznym wytłumaczeniem naszego państwowego odrodzenia
„Wolne żarty, Polska sobie niepodległość wywalczyła sama. Własnym wysiłkiem i krwią.”

Tak, trzeba docenić wysiłek wojenny Polaków i walkę o nasze granice w latach 1918-1921. Bez consensusu wśród aliantów i rewolucji lutowej sprawa Polski nie wróciłaby na arenę międzynarodową. Było to konieczne dla odzyskania niepodległości. Znam przykłady mniej bitnych narodów, które po I wojnie światowej dostały prawo do posiadania własnego państwa.

Pisanie, że Polska odrodziłaby się bez udziału mocarstw pachnie mitomanią. Odzyskanie niepodległości było olbrzymim sukcesem dyplomatycznym. Wystarczy powołać się tutaj na słynne 14 punktów Woodrowa Wilsona. Po I wojnie światowej na zasadzie prawa samostanowienia narodów niepodległość uzyskało mnóstwo krajów – w tym Polska, kraje bałtyckie i Czechosłowacja. Zwolennicy „prawdziwej historii” wspominają o tym, że Polacy mają prawo ustanowić swoją władzę na terytoriach etnicznie polskich, ale tego samego prawa odmawiali Ukrainie. Piłsudski chciał się z nimi na siłę skonfederować, co mu się nie udało, a Dmowski po prostu spolonizować. Ciekawe, ze tych „historycznych patriotów” nie razi fakt, że Polacy zajmowali ziemie, na których stanowili mniejszość. Czym to rozumowanie się różni od spojrzenia carskiej Rosji, Prus czy Austrii w stosunku do Polsk w czasie zaborów?

Tutaj pojawiają się wspomniane fakty. „Poza województwem Stanisławowskim i Wołyńskim nigdzie ludność Ukraińska nie przekraczała 50%.” (pisownia oryginalna) – analizuje pan Citisus udowadniająć tezę, że Ukraińcy nie stanowili większości na…. teranach “ukraińskich”, zajętych przez Polskę w ramach traktatu ryskiego.

Zacznijmy zatem od rzutu okiem na mapę. Analizujemy więc 4 województwa – lwowskie, tarnopolskie, wołyńskie i stanisławowskie.

Wołyńskie – Ukraińcy – 68%, Polacy – 16,6%
Tarnopolskie – Ukraińcy – 50% Polacy – 45%
Stanisławowskie – Ukraińcy– 68% Polacy – 23%
Lwowkie – Ukraińcy – 33% , Polacy – 57%

(źródło: Spis ludności, 1921 rok)

Na podstawie tych danych można bez wątpienia stwierdzić, że – poza województwem lwowskim – są to ziemie, na których przewagę etniczną mają Ukraińcy. To całkiem zabawne, ze pan Citisus uznał, że w tamtych regionach „tylko” w województwie stanisławowskim i wołyńskim Ukraińcy byli większością. Zapomniał pan o województwie tarnopolskim – taka drobnostka, a robi różnice – jak to mawiają mechanicy Roberta Kubicy. Tylko w ¾? W zasadzie to przecież nie większość…

Ukraińcy byli poddawani polonizacji. Utrudniano im naukę w ojczystych szkołach i placówkach kulturalnych, często zamykając je. Narzucano system tzw. szkół utrakwistycznych (dwujęzycznych). Ukraińcy nie mieli żadnej autonomii. Aż tak trudno dziwić sę im, że taka sytuacja im nie odpowiadała? Polacy nigdy nie przedstawili Ukraińcom ciekawej oferty. Żałośne położenie tego narodu polegało też na tym, że za wschodnią granicą mieli jeszcze gorzej. U nas przynajmniej nie zostali z premedytacją zagłodzeni na śmierć.

„Państwo ma obowiązek przedziwdziałania terrorowi. A może pan zaprzeczy wzrostowi nacjonalizmu, mordom i rabunkom ludności polskiej, mordom na funkcjonariuszach państwowych ?” – skomentował pan Citisus konieczność pacyfikacji ukraińskiej wsi. Oczywiście – w ramach walki z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów trzeba było niszczyć domy i cerkwie. Tak prewencyjnie.

Nie popieram w żadnym wypadku działań OUN. Potępiam z całej siły. Zwłaszcza, że głównym sponsorem tej organizacji były Niemcy, a jej celem destabilizacja Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że represje np. z roku 1930 były zupełnie nieproporcjonalne do zagrożenia. Tak samo nikt mnie nie przekona do słuszności procesu brzeskiego. Tego należy się wstydzić.

Więcej na podobny temat:
- Śladami Stepana Bandery, czyli absolutny brak konsekwencji

Putin na Westerplatte – braw nie będzie

Bieżące wydarzenia, Historia Komentarze (1) » dodajdo

Nadal niepotwierdzone zostało przybycie premiera Wladimira Putina do Polski w rocznicę wybuchu II wojny światowej. Kontakty z Rosją powinniśmy kształtować w taki sposób, by obie strony miały z tego jak największe korzyści polityczno-gospodarcze, jednak trudno oczekiwać, by Wladimir Putin otrzymał brawa za podpisanie przez ZSRR paktu Ribbentrop-Mołotow, czy zajęcie kresów wschodnich.

To właśnie pakt Ribbentrop-Mołotow ostatecznie przesądził o wybuchu II wojny światowej. Dokonano symbolicznego IV rozbioru naszego kraju w momencie, gdy II Rzeczpospolita miała podpisany ze Związkiem Radzieckim pakt o nieagresji, który ważny miał być przez kolejnych parę lat. Postępowanie typowe dla Stalina, dla któego nie papier i układy miały znaczenie, a realna siła. Kogoś jeszcze dziwi lansowanie przez Rosjan tezy, ze tak naprawdę II wojna światowa wybuchła w czerwcu 1941 roku, gdy Wehrmacht ruszył na Moskwę?

Polska i Rosja, pomimo fatalnej przeszłości, powinny prowadzić ze sobą interesy i temu celowi mogą służyć spotkania międzynarodowe. Termin 1 września jest przy tym co najmniej niefortunny. W momencie, gdy Rosja dojdzie do wniosku, że Polska jest podmiotem stosunków międzynarodowych, a nie przedmiotem (patrz sprawa tarczy antyrakietowej), oba państwa mogą wiele zyskać. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje, ale nikt w Polsce nie będzie udawał, że 17 września nóż w plecy wbiły nam krasnoludki.

Rosjanie, czy tego chcą, czy tez nie, historii nie zmienią. Mało kto wie, ale w czasach wielkiej czystki w ZSRR zamordowano ponad 100 tysięcy Polaków. Dane te podaje Simon Sebag Montefiore w książce „Stalin. Dwór czerwonego cara”. Może to niewiele, jak na potencjał całego Związku Radzieckiego w latach 1936-1938, ale koło takich faktów również nie należy przechodzić obojętnie. Do tego dochodzi Katyń, proces szesnastu, prześladowania Akowców, PRL itd. Historia nie powinna determinowac stosunków międzynarodowych, ale nie można jej pomijać w naszych rozważanach. Dlatego przy okazji rocznicy – braw nie będzie. Szczególnie w odniesieniu do człowieka, który powiedział kiedyś, że upadek Związku Radzieckiego było największą katastrofą geopolityczną XX wieku.

Pierwszy krok mogą wykonać Rosjanie. Nie sądzę, by przeprosili nas za którekolwiek z tych wydarzeń. Na początku wystarczy jednak, że skończą z traktowaniem nas jak młodszego, mniejszego i głupszego brata. Nie jesteśmy już bliską zagranicą, ani republiką ludową. Jeśli Rosjanie chcą kształtować z nami dobre stosunki, muszą nas traktować jak znajomego. I vice versa. Lepiej wspólnie zarabiac niż osobno tracić.

Polacy z kolei powinni podchodzić do Rosjan bez kompleksu. Dobre stosunki z Rosją są wazne dla naszej gospodarki. Możemy je kreować sami albo z pomocą Unii Europejskiej. Problem na razie polega na tym, że Europejczycy nie potrafią rozmawiać z Moskwą i nie rozumieją interesów nie tylko Polski, ale i Litwy, Łotwy i Estonii. Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego dla całej wspólnoty jest jednym z najważniejszych celów zjednocznej Europy. Tutaj zasada “jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, miałaby idealne zastosowanie. Gdy Rosjanie zaakceptują, że odbudowa imperium w Europie to mission impossible i skończą z groźnym pomrukiwaniem, to współpraca europejsko-rosyjska (w tym polsko-rosyjska) jest jest niezwykle perspektywiczna.

Otwarta pozostaje kwestia „wojny o Ukrainę”. Spór Juszczenko-Tymosenko powoduje, że zwycięstwo Moskwy w tym starciu wydaje się prawdopodobniejsze. Należy również docenić rolę Polski w pośredniczeniu między Europą, a Ukrainą. Doskonale to było widać przy okazji pomarańczowej rewolucji oraz teraz, gdy wspólnie pracujemy nad Euro 2012.

Tusk z Putinem mają zatem o czym rozmawiać, ale termin 1 września nie jest najlepszy. Polacy znają swoją historię i jak byk na czerwoną płachtę reagują na próbę jej zmieniania i zafałszowania, czym ostatnio zajmują się Rosjanie. Przykładem niech będzie teza, że Polacy odrzucili polsko-radziecki sojusz antyhitlerowski. Trzeba jednak przy tym wspomnieć, że radziecki propozycja zakładała „wspólną” obronę na terytorium Polski. Jaką Polacy mieli gwarancję, że bolszewicy się wycofają? Pozostawiam to domysłom czytelników.

Optymistycznym akcentem niech będzie fakt, że po moim hiszpańskich wojażach bardzo doceniam serdeczność grających ze mną w siatkówkę Rosjan i sympatyczność Rosjanek, które w prywatnych rozmowach uśmiechały się nader często ;) .

Więcej na podobny temat:
- Nabucco – rura bez gazu…
- Wyreżyserowany spektakl – Obama w Moskwie
- Patrioty – przyjacielskie robienie w balona
- O solidarności europejskiej…

Trzy źródła o Auschwitz

Historia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo

W kontekście finansowych problemów związanych z zarządzaniem i konserwacją byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego chciałbym poprzez poniższe materiały pokazać, dlaczego utrzymanie tego miejsca jest naszym narodowym obowiązkiem.

Zapraszam do oglądania dwóch filmów dokumentalnych oraz czytania Raportu Witolda.


Ochotnik do Auschwitz from Marcin Machniewski on Vimeo.

Raport Witolda Pileckiego – lektura obowiązkowa dla każdego pasjonata historii

“Ucieczka. Wypędzenie. Pojednanie” – zaufanie i kontrola

Bieżące wydarzenia, Historia Komentarze (1) » dodajdo

Markus Meckel, poseł SPD i przewodnicząćy parlamentarnej grupy polsko-niemieckiej, w wywiadzie dla „Dziennika” twierdzi, iż sprawa Eriki Steinbach w zarządzie fundacji „Ucieczka. Wypędzenie. Pojednanie” jest definitywanie zamknięta. Naprawdę warto przeczytać ten wywiad, gdyż Meckel jest najlepszym dowodem na to, iż nie możemy oceniać Niemców miarą Eriki Steinbach i Rudiego Pawelki. Byłoby to po prostu niesprawiedliwe.

Być może słowa Markusa Meckela są tylko elementem przedwyborczej gry., ale trzeba przyznać to otwarcie – język SPD w tym sporze politycznym bardzo Polsce odpowiadał. Niemiecki polityk w bardzo rozsądny sposób tłumaczy, że powołanie Eriki Steinbach do fundacji byłoby złamaniem kompromisu, który zakładał, że Polacy nie będą mieli zastrzeżeń do powstania miejsca upamiętniającego wysiedlenia, ale w pracach nad nim nie będą uczestniczyć osoby, które Polacy omgliby uznać za „budzące niepokój”. Tym samym niemiecki socjaldemokrata tłumaczy od razu ostrą i słuszną reakcję Władysława Bartoszewskiego. Umów należy dotrzymywać, a powołanie Eriki Steinbach byłoby ewidentnym złamaniem kompromisu. Polacy i tak bardzo sceptycznie odnoszą się do pomysłu stawiania niemieckiego muzeum i z podejrzliwością patrzą na niemieckie działania w tej sprawie.

Meckel nie wspomina jednak o tym, że pomimo tego, iż może rzeczywiście kwestia Steinbach w zarządzie fundacji została rozstrzygnięta, o tyle ma ona wpływ na to, kogo Związek Wypędzonych nominuje do niego. Oczywiście, nie ma tutaj automatycznego powołania, ale przecież rząd niemiecki nie będzie robił problemów z pozostałymi kandydatami. Prestiżowo zatem Erika Steinbach poniosła porażkę, jednak jej pozycja nie uległa takiemu zachwianiu, jakiego byśmy sobie życzyli. Jeszcze, jakby tego było mało, Angela Merkel ostentacyjnie pokazuje swoją solidarność z szefową Związku Wypędzonych. Działania niemieckiej kanclerz nie mogą budzić zaufania w Polsce, ponieważ jej stanowisko nie było klarowne od początku. Prawdopodobnie Angela Merkel politycznie kalkulowała, ale w tak drażliwych sprawach nie powinna unikać takiego działania. W „Uieczce. Pojednaniu. Wypędzeniu” nie może być miejsca dla polityków, a w szczególności takich, którzy lansują własną wizję historii. Fundacja ma otrzymywać rządowe dotacje i upamiętniać też ofiary wypędzeń z innych krajów. W tym przypadku wszelkie wątpliwości należy interpertować na niekorzyść oskarżonego. Bartoszewski to były więzień Auschwitz, a Steinbach to córka żołnierza Luftwaffe służącego w Polsce. Jeżeli nasz były minister spraw zagranicznych, uważany nad Wisłą za bardzo proniemieckiego, tak angażuje się w tę sprawę, to znaczy, że pewna granica tolerancji została przekroczona.

Mało się o tym mówi, ale z niemieckimi wypędzonymi jest jeszcze jeden problem. Przecież niemiecka V kolumna nie była zorganizowana spontanicznie ani w Polsce, ani w Czechosłowacji. Chcę przez to powiedzieć, że nie można rozpatrywać kwestii wypędzonych bez wzięcia pod uwagę wyrażnego poparcia niemieckiego społeczeństwa dla działań III Rzeszy. Niemcy, zamieszkująćy II Rzeczpospolitą, stanęli po stronie Wehrmachtu, zabijali Polaków. Nie można wypędzeń rozpatrywać w kontekście jednego wydarzenia historycznego. Po pierwsze, była to konsekwencja II wojny światowej wywołanej przez Adolfa Hitlera, przywódcę III Rzeszy, a po drugie – decyzje dotyczące wysiedleń nie były podejmowane w Warszawie, a przez specjalistów w tym zakresie – towarzyszy ze wschodu, dla których przesiedlenie ponad dwóch milionów osób to niewinna statystyka, jeśli wziąć pod uwage „osobiste sukcesy” Józefa Stalina w tym zakresie. On narody przesiedlał niemal tak, jakby przestawiał figury podczas gry w szachy.

Markus Meckel zwraca uwagę na inny ważny aspekt wysiedlenia. Przesiedleńcy otrzymali wsparcie w Niemczech i ich asymliacja do społeczeństwa przebiegła bezproblemowo. Rozumiejąc bol przesiedlonego człowieka, trzeba się jednak zastanowić nad pewną kwestią. Czy ci Niemcy lepiej mieliby pod rządami polskich komunistów? Zwłaszcza ci, którzy na ziemie polskie przyszli wraz z niemieckimi wojskami? Warunki życia w Niemczech były lepsze. Nie tłumaczę wysiedleń. Uważam je za niesprawiedliwe, ale Niemcy nie chcieliby chyba zacząć licytacji na winy II wojny światowej. Polska bardziej ucierpiała w wynku wojny, bo faktyczną niepodległość odzyskaliśmy dopiero w 1989r, a nasze elity intelektualne w większości zostały zamordowane przez III Rzeszę i Związek Radziecki. Czy te straty można przeliczyć na pieniądze?

Niemcy mają prawo upamiętniać swoje ofiary, ale nie w szowinistyczny sposób. Polska polityka w/s wysiedleń jest bardzo tolerancyjna, Bartoszewski, Sikorski i Tusk są totalnie pozbyci zbędnego nacjonalizmu w tej sprawie. Warszawa ma prawo wymagać od Berlina uczciwości.. Jest to o tyle ważne, że rząd polski dał Niemcom wysoki kredyt zaufania. Tylko od nich zależy, czy będzie to projekt prohistoryczny, pokazujący tragedię II wojny światowej (w tym wysiedleńców niemieckich), czy antyhistoryczny i szowinistyczny, z nastawieniem roszczeniowym wobec „oprawców” (Polaków Czechów itd.).

W kontaktach historycznych z Niemcami mamy taką zaletę, że argumenty są po naszej stronie. Polska nigdy nie dązyła do zdominowania Niemiec, a odwrotnie miało to miejsce wielokrotnie. Chodzi głównie o to, by utrzymać odpowiednie proporcje. Wysiedlenia trzeba potępiać, ale wolałym zostać przesiedlony do Niemiec po II wojnie światowej, aniżeli do komory gazowej w niemieckim obozie koncentracyjnym. III Rzesza zbyt wiele zbrodni popełniła, byśmy teraz mieli użalać się nad losem Niemców. Nasi zachodni sąsiedzi do dziś nie rozliczyli się ze swoimi zbrodniarzami.

Przewodniczącego parlamentarnej grupy polsko-niemieckiej trzeba właśnie pochwalić za bardzo dobre rozumienie historii i dostrzeganie naszej wrażliwości. Naprawdę warto wierzyć w to, że większość Niemców w kwestii podejścia do stosunków polsko-niemieckich bliżej ma do Markusa Meckela niż do Eriki Steinbach, która kwestię przesiedleń wykorzystuje do własnej promocji. Przewodnicząca Zwiążku Wypędzonych naprawdę nie jest osobą rozpoznawalną w Niemczech. Reprezentuje jednak coraz głośniejsze środowisko, w związku z tym należy na nią uważać. Niemcom należy ufać, ale jednocześnie ich kontrolować.

Więcej na podobny temat
- Dopaść “Iwana Groźnego”
- Pawelka & Steinbach – duety do mety
- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Dopaść “Iwana Groźnego”

Historia Komentarze (2) » dodajdo

 Prokuratura w Monachium zarzuca Iwanowi Demianiukowi udział w zabójstwie 29 tysięcy europejskich Żydów. Rozstrzygnięcia, czy Demianiuk to osławiony „Iwan Groźny” chcą doknać Niemcy. To oni wydali nakaz aresztowania 88-letniego Ukraińca. Już niebawem może dojść do ekstradycji. Na mocy wyroku sądowego mogą jej żądać Niemcy, Polacy lub Ukraińcy. Przez długi okres czasu żadne z tych państw, pomimo amerykańskich zapytań, nie chciało sądzić Demianiuka. W końcu Niemcy skorzystali z „furtki prawnej”, jaką otworzył fakt, że Demianiuk był straznikiem obozu w Flossenburgu, który położony był na terenie Niemiec. To będzie bardzo symboliczny proces.

Iwan Demianiuk to jednak żaden wysoki dygnitarz NSDAP, RSHA, ani „gruba ryba” totalitarnego systemu nazistwoskiego. To „jedynie” były strażnik obozów koncentracyjnych – m.in. w Sobiborze, Treblince i Majdanku. Był na tyle małym trybikiem tej zabójczej maszyny, że Sąd Najwyższy Izraela uchylił wydany na niego wyrok śmierci, gdyż nie mógł bezsprzecznie stwierdzić, że Demianiuk to „Iwan Groźny”. Pseudonim pochodzi od sposobu traktowania więźniów obozów koncentracyjnych. Ukrainiec był wobec nich niezwykle okrutny. Sam koordynował też akcje wysyłania Żydów do komór gazowych. Udowodnienie winy Demianiukowi, po 64 latach (!), ma symbolizować, że nazistów dosięga również karcąca ręka sprawiedliwości. W dodatku niemiecka. Trzeba pochwalić naszych zachodnich sasiadów, bo Instytut Pamięci Narodowej nie chciał zająć się tą sprawą i umorzył śledztwo. 

To przerażające, ale Demianiuk nie jest największym zbrodniarzem nazistowskim. „Jedynie” wykonywał polecenia i dodawał do tego swój niekwestionowany sadyzm. Jego proces jest możliwy, gdyż pojawiły się nowe dowody potwierdzające jego tożsamość i fakt, że był straznikiem. Ukrainiec tak naprawdę będzie listkiem figowym sprawiedliwości, bo osoby odpowiedzialne za nazistowskie zbrodnie nie zostały należycie rozliczone po II wojnie światowej. Oczywiście, był proces norymberski i inne rozstrzygnięcia, jednak miały one wymiar raczej propagandowy niż realny. Większość ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo Żydów, Polaków, obywateli ZSRR itd., nigdy nie usłyszało zarzutów. Przecież decyzji o zagazowaniu Żydów nie podejmowal Demianiuk, a Himmler z Hitlerem w Berlinie, a trzeba przypomnieć, że przechodziła ona przez ręce tysięcy Niemców na wielu szczeblach. Rozliczenie ich, tuż po wojnie, byłoby dla Republiki Federelnej Niemiec zbyt kosztowne. Szczególnie, że część z tych osób, jak w przypadku przemysłu, gdzie masowo wykorzystywano pracowników przymusowych, a nazywając rzecz po imieniu – niewolników, było potrzebnych do odbudowy niemieckiej gospodarki.  

Pomimo tego, rozliczenie każdego zbrodniarza, nawet tak niskiego w obozowej hierarchii, jest w XXI wieku bardzo ważne. Jednym z powodów jest medialność tej sprawy. Ludzie, poznając jego historię, dowiadują się, jak wyglądała rzeczywistość obozowa i zyskują pojęcie na temat skali ludobójstwa. Europa nie może zatracić tej szczególnej wrażliwości. Jako symbol, „Iwan Groźny” nadaje się idealnie do rozliczenia. Chodzi tutaj o rozstrzygnięcie dziejowe. To, czego próbują uniknąć Rosjanie w/s Katynia. Przyznaja się do masowych zabójstw polskich oficerów i inteligencji, ale nie nazwą tego ludobójstwem. Nie można zapominać o tym, że okrucieństwo nazizmu i komunizmui jest bardzo zbliżone pod względem stopnia. Dwa systemy totalitarne różniły się ideologią i podejściem do gospodarki, ale nie brutalnością radzenia sobie z wrogami – prawdziwymi lub domniemanymi.

Dotychczasowa linia obrony Iwana Demianiuka opierała się na teorii, że do 1942 roku służyl w Armii Czerwonej, a potem znalazł się w niemieckiej niewoli. Jednym z kluczowych dowodów oskarżenia ma być legitymacja strażnika Demianiuka i – co naturalne – zeznania ocalałych. Autentyczność dokumentu została potwierdzona. Problemem jest jego stan zdrowia i polityczność sprawy. Trudno wyobrazić sobie skalę kompromitacji niemieckiego i amerykańskiego systemu sprawiedliwości, gdyby oskarżonemu coś się przyrafiło w czasie lotu do Monachium. 

Ciężko w dzisiejszych czasach wyobrazić sobie tak bezwzglednego mordercę. Najgorsza jest jednak świadomość, że „Iwan Groźny” nie był jedynym okrutnym strażnikiem w obozach koncentracyjnych, a może być – bo to jeszcze nic pewnego – jednym z nielicznych rozliczonych. Po II wojnie światowej, o czym się raczej nie mówi, nazistowskie know-how zostało wykorzystane przez supermocarstwa w czasie zimnej wojny. O możliwych eksperymentach osławionego „doktora” Mengele mówi się do dziś, w dużej części ze znakiem zapytania, bo pozamykane są jeszcze archiwa . Śmierć części najwyższych członków dowództwa niemieckiego do dziś budzi poważne kontrowersje i sprzeczności. Tezę, że ewentualny proces Demianiuka będzie ostatecznym rozliczeniem II wojny światowej i holocaustu uznać można za chwytliwą, ale nieprawdziwą. Zbrodniarzy nikt już nie rozliczy. Na to jest już za późno.

Więcej na tematy związane z historia

- Pawelka & Steinbach – duety do mety

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

Pawelka & Steinbach – duety do mety

Bieżące wydarzenia, Historia, Warto przeczytać Komentarze (2) » dodajdo

 „Trzeba przypomnieć o tym, że Polska napadła w 1920 roku na Rosję i zagarnęła te tereny. Później musiała zwrócić je Stalinowi” – powiedzial w debacie telewizyjnej Rudi Pawelka, założyciel Powiernictwa Pruskiego. Nie należy oczywiście z tego powodu rozdzierać szat czy zrywać stosunków dyplomatycznych z Niemicami. Pawelka w Niemczech nie znaczy wszakże wiele. Mój niepokój budzi jednak to, że w niemieckich mediach pojawiają się wypowiedzi, których zgodność z realiami historycznymi jest co najmniej wątpliwa. Niemcy, choć przykro mi, że muszę ich dyskryminować, mają niezwykle nikłe prawo do wypowiadania się na tematy historyczne w taki sposób. Tak naprawdę z taką tezą nie spotykam się po raz pierwszy, bo powstała przecież ona na wschodzie, ale w ustach niemieckich brzmi to niezwykle podle. 

Jeśli uznać, że wojna polsko-bolszewicka zaczęła się w kwietniu 1920 i skończyła w październiku to tak, .cynicznie można twierdzić, że Polska zaatakowała bolszewikow, a potem zagarnęła tereny przez nich zajmowane. Ignorancja przecież nie jest bolesna. Niektórzy pozwalają sobie na takie frywolne historyczne zabawy. Mówienie o wojnie, w oderwaniu od jakichkolwiek faktów fałszuje historię. Rozumowanie Pawelki przypomina tezę ZSRR, dla którego wojna rozpoczęła się w czerwu 1941. Nie można rozpatrywać wojny polsko-bolszewickiej w tak tendencyjny sposób, bo teza o biednej III Rzeszy, która padła ofiarą napaści Francji, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Stanów Zjednoczonych, zbliża się nieuchronnie. Nie chodzi przecież w tym wszystkim o nas, ale o przyszłe pokolenia. Niemiecka młodzież po prostu musi być w 100% świadoma dziedzictwa, jakie jej zostało w spadku. Nie będzie to takie oczywiste, jeśli coraz popularniejsze będą wypowiedzi podobne do tych Rudiego Pawelki czy członków NDP. Ostatnim hitem jest krytyka Polski z dodaniem, że nie potrafimy kontynuować pięknej karty, którą rozpoczęli polscy biskupi wysyłając list „Wybaczymy i prosimy o wybaczenie” w listopadzie 1965. Ktoś w Berlinie chyba zapomniał o tym, że odpowiedź na ten list była bardzo niezadowalająca i nic nie mówiła o granicy na oOdrze i Nysie Łużyckiej. Polski episkopat był bardzo rozczarowany, a władze PRL-u rozpoczęły propagandową nagonkę pt. „Nie przebaczymy”, a rezolutni nieznani sprawcy dopisywali „Katynia”. Polscy biskupi wyprzedzili swoje czasy, niemieccy jeszcze nie dorośli. Stać ich było jedynie na polityczną poprawność. Erika Steinbach głosowała przeciwko uznaniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, mentalnie do dziś jeszcze żyje przed 1989r.

Rozprawmy się najpierw z mitem o polskim ataku na bolszewików i zagarnięciem jego terytoriów. Większość ludzi, jakich znam, reaguje emocjonalnie i raczej odnosi się do bitwy warszawskiej. Na sprawę trzeba jednak spojrzeć w szerszej perspektywie. Wojna polsko-bolszewicka wybuchła w 1919 roku, była wojną – z polskiego punktu widzenia – o kształtowanie się granic. W międzyczasie w Rosji bolszewickiej trwała wojna „czewronych” z „białymi”, zachodnie państwa posiadały na terenach przyszłego ZSRR siły interwencyjne. Politycy przewidywali, że komuniści zostaną obaleni. Nie chcę podejmować polemiki w stylu, kto pierwszy do kogo strzelił i gdzie. Faktem jest, że na terenach, na których toczyły się walki, bolszewików miało nie być na mocy pokoju brzeskiego, w których zrzekli się tych ziem I nie obchodzi mnie, że był to pokój taktyczny. Zrzekli się? Tak. Mieli prawo do tej ziemi? Nie. Maszerowali na zachód? Tak. Konfrontacja o ziemie dawnej, przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, była nieunikniona. W tym momencie mógłbym już skończyć swoje rozmyślania, bo jakie ziemie zabrali Polacy, skoro bolszewicy sami się ich zrzekli? Oczywiście, teoretycznie „anulowali” jednostronnie ten pokój, jednak nie można mówić o „własności” Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Białorusi itd. 

Polską kontrofensywe w 1919 roku zatrzymał sam Józef Piłsudski. Uważał, że łatwiej będzie mu walczyć z „czerwonymi” niż „białymi”. Nie chicał pomagać Denikonowi w wygraniu wojny domowej. Ten zresztą „łaskawie” zapowiedział, że zgodzi się na Polskę w graniach z 1815 roku. Piłsudski wybierał więc między dżumą, a cholerą. Postanowił zawiesić działania na froncie wschodnim. Taktycznie pomógł więc komunistom. Tutaj dochodzimy do momentu, do którego odnosi się wypowiedź Rudiego Pawelki, który twierdził, że to Polacy zaatakowali i zagarnęli ziemie w 1920 roku. Jak można mówić o wojnie polsko-bolszewickiej pisząc tylko o 1920 roku? W historii II wojny światowej też chce brać pod uwage tylko rok 1945 i dywanowe naloty na Drezno?

Bolszewicy – po wygraniu wojny domowej – zaczęli koncentrować swoje siły przeciwko Polsce. Polacy musieli zatem zaatakować wojska bolszewickie, zanim one zaatakowałyby Polskę. Plany komunistycznej ofensywy zresztą nikogo nie dziwiły. Lenin i jego towarzysze dużo mówili o przyszłym tryumfie światowego proletariatu. Liczył, iż uda się dokonać przewrotu w Niemczech. Czy w tym kontekście można mówić o tym, że Polacy bezpodstawinie zaatakowali Armię Czerwoną? Bez zartów. Polacy opanowali prawobrzeżną Ukrainę, ale po uporządkowaniu wojsk inicjatywę przejęli bolszewicy. Celem taktycznym Piłsudskiego było zapewnienie Polsce bezpieczeństwa przy pomocy koncepcji federacyjnej, stąd układ z Petlurą. Bolszewicy chcieli doprowadzić do światowej rewolucji – po trupie Polski. Resztę układanki już pewnie wszyscy pamiętają – wojska bolszewickie zostają odparte dopiero pod Warszawą, komuniści uciekają w popłochu. Zostaje zawarte zawieszenie broni, a później Pokój ryski. Idąc na Warszawę komuniści mówili jasno, że ich celem jest połączenie się z niemieckimi towarzyszami. Polska odmieniła więc bieg historii i mówienie o zagarnięciu „rosyjskich ziemi” jest po prostu bzdurą. Nasze prawa do nich były co najmniej takie same, jak bolszewickie. Inna sprawa, że fatalnie potraktowaliśmy prawo do samostanowienia innych narodów. Teza o tym, że te ziemie zostały ZSRR po prostu zwrócone też jest kosmiczna. Pokój ryski jasno określał granice, a Związek Radziecki bez pardonu i skrupułów odebrał nam polskie Wilno i Lwów. Tak, odebrał, a nie my mu zwróciliśmy. 

Można mówić, że te niemieckie wypowiedzi są marginalne i nic nie znaczą. Jasne, ale pojawiają się regularnie. Rozumiem oburzenie Władysława Bartoszewskiego. Media niemieckie zupełnie zapominają, ze jeszcze niedawno Erika Steinbach apelowała, żeby nie rozszerzzać UE o Polskę i Czechy, dopóki nie wynagrodzą one szkód wypędzonym. Kwestionowała również nasze demokratyczne zdobycze. Trudno posądzić Bartoszewskiego o antyniemieckie fobie. Jego stosunek do Niemców należy określić jako przyjazny, a mowa przecież o byłym więźniu Auschwitz. Steinbach żeruje na tragedii ludzkiej. Tak jak w przypadku wojny polsko-bolszewickiej. Nie można wypędzeń rozpatrywać bez odniesienia się do II wojny światowej. Jeśli ktoś został wysiedlony, to przykro mi z tego powodu, ale nic dla niego nie mogę zrobić. Ze swojej strony z kolei nie domagam się odszkodowań wojennych. Nie czuję się zatem zobowiązany wobec Niemców. Być może demonizujemy Steinbach, ale nie możemy pozwalać, by ktoś próbował zmienić naszą historię. Pamiętajmy o ofiarach niemieckich, ale nie one są tutaj najważniejsze. Wypędzenia to przecież następstwo polityki Hitlera, a nie spełnienie polskiego marzenia narodowego, co zresztą szefowa Związku Wypędzonych sugeruje. Kto tu kogo demonizuje?

Więcej na tematy historyczne

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię

Szczególnie gorąco polecam również tekst Piotra Cywińskiego z "Rzeczpospolitej"

 

 

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się