Patryk Gorgol

ACTA – kilka ważnych pytań…

1 komentarz
źródło: interia.pl
źródło: interia.pl

ACTA. Temat numer jeden od kilku dni. Jak zwykle w takich sytuacjach trudno odróżnić merytoryczne uwagi od bełkotu. W gruncie rzeczy problemy wynikają w dużej mierze z chaosu i niedoinformowania społeczeństwa.  Dziennikarze i politycy, zamiast wyjaśniać, skupiają się raczej na mąceniu i podgrzewaniu nastrojów. Cóż, bardziej to media kreują rzeczywistość niż rzeczywistość media, a jest to zjawisko co najmniej niepokojące.

1. Jaki będzie wpływ ACTA na prawo polskie?

Ten problem można rozpatrywać z dwóch stron – pozycji ACTA w polskim porządku prawnym oraz wpływu na ustawodawstwo. Warto przy tym podkreślić, że zdaniem Ministerstwa oraz Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Komisji Europejskiej, ACTA nie będzie nakładać na Polskę żadnych obowiązków prawnych, ponieważ mowa tutaj o standardach już w Polsce istniejących.

Rozpatrzymy najpierw hierarchię prawa. Jeżeli ACTA zostanie ratyfikowany za zgodą wyrażoną w ustawie (bezwzględna większość głosów) to będziemy mieli sytuację, w której przepisy tego dokumentu będą ważniejsze, aniżeli przepisy rangi ustawowej. Wyobraźmy sobie sytuację, w której przepis A z ACTA jest niezgodny z przepisem A1 z ustawy. Pierwszeństwo stosowania w takim przypadku przypada normie z umowy międzynarodowej. Umowy międzynarodowe – nawet te ratyfikowane za zgoda ustawową – nie mają jednak pierwszeństwa przed Konstytucją, a na jej straży stoi Trybunał Konstytucyjny, który ma możliwość reakcji Jeżeli nie będzie zgody wyrażonej w formie ustawy (chociaż to raczej niedopuszczalne), a np. zatwierdzenie przez Radę Ministrów, to ta umowa międzynarodowa będzie – w kontekście polskiego prawa – warta mniej więcej tyle, co papier służący do jej wyprodukowania, bo pierwszeństwo nad nią będzie przysługiwać ustawom.

Co teraz jest kluczowe? Ustalenie czy ACTA koliduje z polskim prawem. Trzeba zwrócić uwagę na to, że czym innym jest nienakładanie nowych obowiązków, a czym innym to, o czym pisze GIODO w swojej opinii, a mianowicie tworzenie nowej, że to tak nazwę, infrastruktury prawnej, pozwalającej na uzyskanie czy wymianę informacji na temat naruszyciel praw, co może wynikać z umowy i jest przedmiotem krytyki Inspektora. Wszystko rozbija się o brak konkretności umowy, która pozwala na jego różnorodną interpretację. W tym kontekście polecam też Art 4 ust. 1, który zastrzega, że żaden przepis nie nakłada obowiązku ujawniania informacji, których ujawnienie byłoby sprzeczne z prawem. Jeżeli rozumieć by ten przepis tak, że wymiana/uzyskanie danych jest możliwe tylko wtedy, gdy pozwala na to inne polskie prawo (i nie jest to ACTA) to utrzymujemy w 100% obecne prawo.

Całość wymaga analizy – m.in. Kodeksu Postępowania Cywilnego czy Kodeksu Postępowania Karnego w zakresie możliwości organów. Warto przy tym pamiętać o szerokich uprawnieniach przysługujących np. policji (m.in. przeszukania w szczególnych przypadkach czy zabezpieczenia dowodów). Policja może to robić teraz, tak jak sąd zastosować środki tymczasowe. Nic nowego w tym zakresie, ale dowodzi tego, jak niska jest świadomość prawna w naszym społeczeństwie… Tak, jeżeli handlujecie podrobionymi płytami to organy ścigania mogą przyjść i nie potrzebują ACTA do szczęścia.

Podkreślam też, że jak w umowie jest napisane, że “strona może” to oznacza tyle, ze umowa dopuszcza, że państwo może (ale nie musi!) zdecydować się na dane uregulowanie w określony sposób. Ma to niewielką doniosłość, bo już teraz możemy uchwalić prawie wszystko, przy pomocy ustawy, o ile nie będzie to niezgodne z Konstytucją. Konstytucję też możemy zmienić, w dowolnie określony przez siebie sposób, o ile dysponujemy odpowiednią większością. Nawet możemy zamienić płci miejscami tak, że – zgodnie z polskim prawem – kobieta będzie mężczyzną, a mężczyzna kobietą…

Badanie kolizji zostawiam ekspertom w dziedzinie prawa ochrony własności intelektualnej. Ja jestem w niedoczasie z powodu sesji. Prof. Robert Gwiazdowski przedstawił potencjalne kolizje w interesujący sposób.

Chciałbym podkreślić, że nie ze wszystkimi jego uwagami się zgadzam (np. to, że nie ma wymogu nakładania kar na urzędników nie oznacza, że nie ma takiej możliwości! czy “jakiekolwiek zgodne z prawem odszkodowanie” można by przeczytać jako jakiekolwiek zgodne z polskim prawem odszkodowanie i nie kombinować), ale to jest jak najbardziej merytoryczne postawienie sprawy. Istotne jest chociażby pytanie o to, jakie jest ratio legis zaznaczania, że środki tymczasowe sąd może stosować bez wysłuchania drugiej strony…? Nawet post factum?

Co powinien zrobić rząd?
Rząd powinien złożyć zastrzeżenie do umowy, w którym stwierdza, że – napiszę to na skróty – umowa w żaden sposób nie koliduje z polskim prawem ochrony własności intelektualnej, polskim Kodeksem Postępowania Cywilnego, Kodeksem Postępowania Karnego, ustawą o policji etc ad. 2012 i że tak ją będzie interpretował polski rząd. Jednocześnie władze powinny jednoznacznie wyjaśnić, że nie nakłada się żadnych nowych obowiązków na dostawców internetowych (np. sprawdzenia danych dla organów niepaństwowych na podstawie podejrzenia, monitorowania ruchu w internecie itd), a odpowiednie organy już teraz mogą się do nich zwrócić z prośbą o podanie danych osoby naruszającej prawo. Przede wszystkim trzeba zapewnić, ze nic się nie zmienia w kwestii dozwolonego użytku. Słowa klucze – analiza porównawcza.

W skrócie -rząd powinien to wszystko, od początku do końca, wytłumaczyć i nadrobić swoje błędy z okresu przygotowywania się do negocjacji/podpisania umowy, bo ewidentnie zabrakło udziału społeczeństwa w tym projekcie.

Skoro umowa “nic nie zmienia”/niewiele zmienia, to po co się nią wiązać?
Umowa jest podpisana przede wszystkim w interesie państw rozwiniętych i chroni ich interesy. Chodzi o związanie normami na poziomie ochrony Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej innych podmiotów międzynarodowych, zwłaszcza tych naruszających prawo własności intelektualnej. Jeśli zatem nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Przekonywanie/negocjowanie/narzucanie korzystnego pod względem prawnym porozumienia jest naturalnym narzędziem rozszerzania swoich wpływów.

Punkt 2 uzasadnienia:

“Mimo iż ACTA nie zmieni dorobku prawnego UE, ponieważ prawodawstwo UE jest
znacznie bardziej zaawansowane niż bieżące standardy międzynarodowe –
wprowadzi jednak nową międzynarodową normę, w oparciu o porozumienie TRIPS
Światowej Organizacji Handlu (przyjęte w 1994 r.). Umowa ta będzie zatem
korzystna dla unijnych eksportujących posiadaczy praw, działających na światowym
rynku i spotykających się obecnie za granicą z nieustannym i rozpowszechnionym
naruszaniem swoich praw autorskich, praw związanych ze znakami towarowymi,
patentami, projektami i oznaczeniami geograficznymi.”

Należy też podkreślić, że umowa może “coś zmienić” (a może nawet zmienia) w polskim prawie, jeżeli Trybunał Konstytucyjny – na wniosek – stwierdzi, że przepis ACTA (a jest tam przecież masa klauzul generalnych) jest w kolizji w stosunku do polskiej ustawy, a jednocześnie pozostaje w zgodzie z Konstytucją. Wszelkie kolizje – zgodnie z polską Konstytucją – należy czytać na korzyść ACTA i zapewnić pierwszeństwo stosowania przepisom umowy międzynarodowej.

Co jest skandalem?
To, że nikt właściwie nie interesuje się tym, co kryje się pod ACTA, a media zamiast do prawników, idą do polityków. Skandalem jest również, że politycy w Parlamencie Europejskich biorą dziesiątki tysięcy złotych za głosowanie, w które wkładają tyle intelektu, że można by było wyszkolić małpę, aby również bezmyślnie robiła to samo (klikanie przycisku bez czytania).

Niepokojące jest też to, jak wiele klauzul generalnych zostało wprowadzonych do tekstu. Nawet jeżeli jego autorzy nie chcieli naruszać prawa żadnych z państw wysoko rozwiniętych, zrobili to mimochodem, ponieważ znaczenie dokumentu zależy właśnie od sposobu operowania klauzulami generalnymi, a te można interpretować na różne sposoby. Z drugiej strony ma to też pewien sens, bo niektóre instytucje – oczywiste w naszym prawie – już takie w ustawodawstwie np. Maroka być nie muszą.


Czy na podstawie ACTA można będzie wprowadzić cenzurę lub utrudnienie obiegu informacji?

Nie, nie można będzie. Jeżeli jakimś cudem ktoś by to jakoś wyinterpretował (w co nie wierzę) to jest jeszcze polska Konstytucja i prawo europejskie, myślę że dość jednoznaczne w tej dziedzinie.

Czy protestujący ludzie dobrze robią?
Protesty są trochę na wyrost, ale bardzo dobrze, że mają miejsce, ponieważ młodzi ludzie podkreślają prawo do wolności w Internecie. Należy bardzo uważnie monitorować ustawodawstwo w kwestii przepływu informacji i wolności słowa w sieci. Jednocześnie rozumiem i podzielam oburzenie na temat braku przejrzystości w uchwalaniu tego dokumentu. Cóż, technika legislacyjna w naszym kraju nigdy nie rzucała na kolana i teraz zostały obnażone jej słabści.

Czy popieram hakowanie polskich stron rządowych?
Naprawdę urocza jest wojna między ministrem Sikorskim, a hakerami z Anomynous, ale to odbywa się na nasz koszt. Nieaktywność strony internetowej nie jest niedogodnością dla urzędników, a dla obywateli i dostępu do informacji publicznej. W dodatku za mało patriotyczne uważam cieszenie się z tego, że ktoś łamie polskie prawo i naraża państwo na kolejne koszty, bo jak państwo ponosi wydatki, to zgadnijcie kto za to płaci?

Daleko od pokoju na Bliskim Wschodzie

Brak komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

W dniu dzisiejszym zapraszam do lektury kolejnego tekstu. Tym razem jest to esej poświęcony sytuacji na Bliskim Wschodzie, wskazujący główne problemy oraz proponujący sposób ich rozwiązania. Tekst będzie zamieszczony w publikacji z okazji pięciolecia istnienia Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa. Redaktorami tej książki są Piotr Sosnowski oraz Aleksandra Surma.

Tekst można przeczytać w pdf-ie tutaj. Miłej lektury!

P.S. Sesja i zima zaskoczyły mnie równocześnie, dlatego w najbliższych dwóch tygodniach mogę mieć problem z aktualizacją bloga, aczkolwiek pamiętam o nim! Szykuję coś na temat rosyjskich działań na Bliskim Wschodzie oraz o polskiej prezydencji. Tymczasem zapraszam również do śledzenia mnie na Twitterze oraz śledzenia bloga i komentowania na Facebooku.

Ile kosztuje atak na Iran?

4 komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

Jeżeli Unia Europejska nałoży embargo na dostawy irańskiej ropy, to Iran zablokuje cieśninę Ormuz, a wtedy Amerykanie – używając słów amerykańskiego Sekretarza Obrony, Leona Panetty – ponownie ją otworzą. Tak wygląda najczarniejszy scenariusz na następne dni/tygodnie, równający się bezpośredniej konfrontacji  Oznacza to, że gdy ajatallahowie zechcą zamknąć cieśninę Ormuz, spotkają się z amerykańskim (i zapewne nie tylko) wojskiem, z którym nie mają większych szans.  Amerykanie na wojsko wydają najwięcej, są najsilniejsi militarnie, a także dysponują najnowocześniejszymi technologiami  O ile świat może pieścić się – i robi to od kilku ładnych lat – w sprawie programu atomowego, o tyle zatamowanie transportu przez Ormuz (a idzie tamtędy ok. 40% morskiego transportu ropy) musi spotkać się ze zdecydowaną reakcją i brakiem aprobaty przez niemal wszystkich uczestników życia międzynarodowego. To zresztą, ze strony Teheranu,  krok w rodzaju ataku Kamikaze – taktyka pt. utopić siebie i innych, bo irańskie okręty też tamtędy pływają. Prafrazując Talleyranda, zamknięcie cieśniny to gorzej niż zbrodnia – to błąd.

Kompletnie jednak zmienia się kontekst sytuacji. Czym innym jest tzw. atak prewencyjny, wymierzony w irańskie ośrodki nuklearne, niezgodny z prawem międzynarodowym, a czym innym odpowiedź na zamknięcie cieśniny Ormuz. Inna byłaby ocena społeczności międzynarodowej, sąsiadów Iranu, ludności muzułmańskiej, a także mediów. Kto wie, może nawet udałoby się uchwalić rezolucję RB ONZ? Wszakże taka blokada uderzyłaby również w Chińczyków, a i nawet Rosjanom ciężko byłoby tłumaczyć Persów. Amerykanie naturalnie wtedy mogliby zdecydować się na przekroczenie mandatu i zaatakowali również z powietrza, ale odbiór tego wydarzenia – ze strony świata – byłby już zupełnie inny. Irańczycy sami podają się na tacy, bo w przypadku konfrontacji morskiej są skazani na porażkę (ale mogą na jakiś czas zablokować ruch w cieśninie – starcia, miny, zatapianie statków etc), a jeżeli blefują – tym gorzej dla nich, gdyż tym razem prezydent Obama może powiedzieć “sprawdzam”. Irańczycy zagrali od początku swoją najmocniejszą kartą, zostawiając sobie ograniczone możliwości na przyszłość.

Iracka eskapada kosztowała Amerykanów około biliona dolarów. Kosztowna decyzja. Zastanówmy się jednak, “ile” kosztować (w znaczeniu bardzo szerokim) może atak na Iran. Mówiąc inaczej – czemu Amerykanie od tylu lat zastanawiają się nad atakiem na irańskie ośrodki nuklearne? Czym to grozi? Różnie można oceniać prawdopodobieństwo i skalę tych negatywnych skutków, ale analizując sytuację – niewątpliwie nie można od nich abstrahować i Biały Dom powinien zrobić wszystko, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się poniższych problemów.

1. A co, jeśli się nie uda?
O to, że amerykańskie i/albo izraelskie samoloty poradzą sobie z lotnictwem irańskim można być spokojnym. Iran ma czym odpowiedzieć, ale nie będzie w stanie skutecznie się obronić.

Tylko że atak może okazać się nieskuteczny. Irańczycy porozrzucali po kraju około pięciu razy większym niż Polska, a część instalacji znajduje się głęboko pod ziemią. Ewentualny nalot może po prostu nie objąć wszystkich obiektów, co spowoduje jedynie kupienie krótkiego okresu czasu.

Inne pytanie brzmi – czy Irańczycy nie są na takim poziomie technologicznym, że będą w stanie szybko wyleczyć rany i wrócić do poziomu wyjścia? A jeśli okaże się – tak jak w przypadku Iraku – ze było to więcej hałasu niż zagrożenia?

Obama decydując się na atak z powietrza wie, że ewentualne niepowodzenia będzie niezwykle kosztowne w kampanii wyborczej. Starcia na morzu – w słusznym celu jakim może być odblokowanie cieśniny – to zupełnie inna piłka, którą trzeba będzie kopnąć, jeżeli Iran się nie cofnie.

2. Umocnienie władzy w Iranie
Pamiętacie protestujący Teheran po wyborach prezydenckich z 2009 roku? Władza bez większych problemów uporała się z rozbitą opozycją, ale mieliśmy do czynienia z kiełkowaniem społeczeństwa obywatelskiego, Bombardowanie może zatrzymać ten proces, ponieważ nuklearne ambicje nie są wymysłem tylko Chamaneia czy Ahmadineżada. Pierwsze prace – m.in. z pomocą francuską – przeprowadzał szach Reza Pahlavi. Ludność – ta sama, która nie ma perspektyw, musi walczyć z olbrzymią inflacją oraz bezrobociem – nie będzie przecież popierać bombardowania własnego kraju. Przy okazji władze znajdą sobie winnego swoich niepowodzeń gospodarczych..

Zmiana władzy mogłaby nastąpić tylko w przypadku operacji a’la w Libii (tylko kogo popierać w Iranie? Kurdów? Fundamentalistów?) albo w przypadku interwencji lądowej. Nie wiem, po jakiej wódce musieliby być Władimir Putin z Hu Jintao, aby dopuścić do takiej sytuacji. Interwencja lądowa oznacza problemy z poparciem międzynarodowym, ale również kolejną drogą eskapadę, na którą Amerykanów nie bardzo stać.

3. Problemy w Iraku i Afganistanie
W Iranie szyici stanowią 98% społeczeństwa, w Iraku – około 60%. W Iraku – po wycofaniu Amerykanów – mamy do czynienia z festiwalem fajerwerków, zamachami i wielką kłótnią polityczna, w ramach której wiceprezydentowi, sunnicie zarzuca się wspieranie terroryzmu, a on sam … ukrywa się u Kurdów. Iran posiada możliwość oddziaływania na sytuację w Iraku – przecież niestabilność Iraku była w dużej mierze sponsorowana przez Iran. Dochodziło nawet do bezpośrednich, amerykańsko-irańskich walk. Podsumowując – Iran może odpowiedzieć w Iraku, pogarszając niestabilną sytuację i wykorzystując część niechętnych Ameryce szyitów (i nie tylko) do zwalczania nowych władz, pozbawionych amerykańskiego oparcia militarnego. Pomijając już zupełnie inny aspekt – Iran był od zawsze mocno zaangażowany w psuciu Waszyngtonowi w Iraku (np. przerzucanie broni), ponieważ słaby Irak nie będzie zagrożeniem dla Teheranu.

Cóż, w Afganistanie są z kolei żołnierze NATO, głównie amerykańscy, i co prawda pomimo tego, że między Irańczykami, a talibami nie ma miłości, to zastosowanie znajduje zasada “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W Afganistanie jednak Teheran może mniej niż w Iraku. Amerykanie mogliby osłabić argument afgański, gdyby porozumieli się z talibami.

4. Bezpośrednia i pośrednia odpowiedź Iranu
Iran dysponuje zapleczem technologicznym, aby spróbować bezpośrednio odpowiedzieć. Tak, spróbować to odpowiednie sformułowanie, bo o ile nikt nie zarzuca rakietom irańskim, że daleko nie dolecą (np. do Turcji, do Izraela czy do baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie), o tyle problemem może okazać się ich precyzyjność. Trochę mogliby się rozczarować, gdyby celowali w Tel Awiw, a trafili w Ramallah. W każdym razie Iran środki do odpowiedzi ma, w postaci m.in. rakiet Shabab.

Zupełnie innym problemem są możliwości pośredniego wspierania ataków – na przykład na Izrael. Przecież to Rada Strażników Rewolucji założyła i wyszkoliła w latach 80-tych, współrządzący obecnie w Libanie, Hezbollah. Oczywiście w bezpośredniej konfrontacji z Izraelem byłby bez szans, ale z pewnością udałoby się napsuć dużo krwi Izraelczykom na północy.

Iran dysponuje również wpływami w Hamasie, ale radykałowie – przynajmniej na tę chwilę – zmienili strategię i ogłosili, że są gotowi uznać granice z 1967 roku. Nietrudno jednak zgadnąć, że ewentualny atak na Iran – jednego ze sponsorów Hamasu – nie spotkałby się z aprobatą w dowództwie, o dołach już nie mówiąc.

5. Niezadowolenie i gniew ludzi na Bliskim Wschodzie
Amerykanie – łagodnie mówiąc – dobrego PR-u na Bliskim Wschodzie nie mają, a ewentualny atak lotniczy na Iran tylko pogorszyłby te notowania. To z kolei może grozić wzrostem poparcia dla ekstremistów i napędzaniem rekrutów do organizacji terrorystycznych działających w świecie muzułmańskim. Efektem byłby wzrost zagrożenia i kolejne osłabienie amerykańskiego “soft power”.

Tym ryzykują Stany Zjednoczone decydując się na atak militarny na program atomowy Iranu lub popierając takowy ze strony Izraela. Ryzyko jest olbrzymie, a zyski niepewne.  Inaczej będzie w przypadku blokady cieśniny Ormuz – wtedy Waszyngton będzie zmuszony do błyskawicznej reakcji, a świat usprawiedliwi starcie.

Opinia doradcza Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w/s Kosowa – glosa

Brak komentarzy
źródło: crossed-flag-pins.com

źródło: crossed-flag-pins.com

Zapraszam serdecznie do lektury mojej glosy poświęconej opinii doradczej Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie deklaracji niepodległości Kosowa. Jest to tekst naukowy, umieszczony w publikacji pokonferencyjnej “Rola Trybunału i Doktryny w prawie międzynarodowym” wydanej przez Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa pod redakcją Piotra Sosnowskiego i Anity Garnuszek  Ten temat – w wersji publicystycznej – poruszałem też w artykule “Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości a samostanowienie Kosowa”.

Co stwierdził Trybunał? Jakimi argumentami się posłużył? Co to oznacza dla innych państw?

Artykuł naukowy “Opinia doradcza Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w/s Kosowa – treść, kontekst prawnomiędzynarodowy”   można przeczytać tutaj.