Patryk Gorgol

Prognozy na 2012 rok

Brak komentarzy
źródło: fakt.pl

źródło: fakt.pl

Z okazji zbliżającego się końca roku, a zatem i początku następnego, postanowiłem pobawić się w prognostyka. Swoje prognozy opublikowali już m.in. korespondenci BBC, tradycyjnie robi to też brytyjski tygodnik “The Economist”.

Zaznaczam jednak, że to raczej zabawa, ponieważ świat zmienia się w przeciągu sekundy i ciężko prognozować na tydzień do przodu, a co dopiero na rok. Kto by przypuszczał rok temu w grudniu, że Mubaraka i Kaddafiego z nami już nie będzie?  Zastrzegam, że w prawie wszystkich sytuacjach ciężko o jednoznaczną odpowiedź, a najlepsza byłaby warunkowa odpowiedź “zależy”, ale zaryzykujmy!  W każdym razie, wzorem mojego idola, wróżbity Macieja, rozpoczynamy prognozowanie.

1. Kto wygra prawybory Republikanów w Stanach Zjednoczonych?
Mitt Romney.

2. Kto wygra przyszłoroczne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych?
Barack Obama Na dziś wygląda, jakby znajdował się na straconej pozycji i zawiódł swoich wyborców z 2008 roku, ale prezydent Obama dużo lepiej czuje się w kampanii, a jego przeciwnicy lepszy wynik otrzymaliby, gdyby występowali pod imieniem “Nie” i nazwiskiem “Wiadomo”. Pamiętać jednak należy o tym, jak dynamiczna jest amerykańska kampania, więc to ostrożna prognoza.

3. Kto wygra przyszłoroczne wybory w Rosji?
Sensacja. Władimir Putin, ale … jeżeli wybory będą “w miarę” uczciwe to nie uzyska 50% w pierwszej turze.

4. Czy powstanie niepodległa Palestyna?
Nie. Nawet jeżeli dojdzie do rozmów, zakończą się fiaskiem.

5. Czy Stany Zjednoczone i Izrael zaatakują Iran?
Scenariusz niewykluczony, ale raczej nie. Zbyt duże ryzyko, a prezydent Obama ma do przegrania nie tylko stabilność regionu, ale również reelekcję.

Temat zresztą nie jest “świeży”, gdyż przykładowo…

21.09.2004
„Tymczasem izraelskie media informowały wczoraj, że Ameryka sprzedaje Izraelczykom 500 “bunker bursters”, czyli ważących 2,2 tys. kg bomb, które niszczą podziemne cele, przebijając się przez nawet dwumetrowe ściany bunkrów. – Te pociski są nam potrzebne tylko przeciw irańskim fabrykom broni. W Syrii czy Strefie Gazy nie ma dla nich celów – pisali eksperci..(…)
Choć zatrzymanie irańskiego programu atomowego za pomocą bombardowań jest o wiele trudniejsze, to nie można wykluczyć, że i tym razem Izrael ucieknie się do ataku wyprzedzającego – mówi “Gazecie” prof. Gerald Steinberg z Centrum Studiów Strategicznych Begin-Sadat w Tel Awiwie” – wyborcza.pl,

1.07.2008
„Amerykański Departament Obrony poważnie obawia się, że Izrael może przed końcem tego roku zaatakować z powietrza irańskie instalacje nuklearne, co miałoby ogromne, groźne konsekwencje dla USA i całego świata – podała telewizja ABC News. (…)

Jak podaje telewizja ABC News, niektórzy przedstawiciele Pentagonu obawiają się również, że Izrael może zaatakować, zanim władzę w USA obejmie nowy prezydent, który może w mniejszym stopniu popierać Izrael..(…)” – wp.pl za PAP

21.09.2009
„Szef armii Izraela gen. Gabi Aszkenazi powiedział w poniedziałek, że jego kraj dopuszcza wszelkie możliwości działania w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Wcześniej wiceszef MSZ Dany Ajalon oznajmił, że Izrael nie zrezygnował z opcji militarnej odpowiedzi na irański program.” – fakty.interia.pl

6  Co z paktem fiskalnym wynegocjowanym na szczycie Rady Europejskiej?
Rozpocznie się procedura ratyfikacyjna i wielka wojna dotycząca drogi dochodzenia do poszczególnych parametrów makroekonomicznych (np. deficytu w wysokości 3% PKB). Niemcy w charakterze złego policjanta.

7. Czy Irak się ustabilizuje?
Nie.

8. Czy stosunki izraelsko-tureckie ulegną poprawie?
Nie.

9. Czy prezydent Assad utrzyma się u władzy w Syrii?
To zależy od tego, czy w pierwszych miesiącach roku stłumi powstanie – jeżeli nie to albo ustąpi albo skończy podobnie jak Kaddafi. W samej Syrii zapowiada się na eskalację konfliktu, a swoje do powiedzenia mają również sąsiedzi i Liga Państw Arabskich.

10. Czy strefa euro wytrzyma 2012 rok?
Tak, ale przyszły rok okaże się przełomowy. Zadecyduje o tym, czy wspólna waluta się utrzyma czy nie…

Jednocześnie chciałbym życzyć wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku i udanej imprezy sylwestrowej! Dziękuję za kolejny rok czytania mojego bloga, komentowania i merytorycznej dyskusji.

O tym, co rządzi polityką międzynarodową – pragmatyzm, handel, kalkulacja…

4 komentarzy
źródło: polskieradio.pl

źródło: polskieradio.pl

Od dawna trwa dyskusja o tym, jakie wartości powinny kierować polityką zagraniczną państwa. W Europie i Stanach Zjednoczonych przekonuje nas się, że powinny być nimi m.in. solidarność i krzewienie idei praw człowieka a wręcz, naprawianie świata. Przeciętny Amerykanin naprawdę wierzy w to, że jego kraj jest policjantem stojącym na straży globalnego porządku, reagującym w razie potrzeby, równocześnie zapominając o cywilnych ofiarach różnorodnych “sprawiedliwych wojen”.  Pomyłka – zarówno Amerykanie jak i Europejczycy angażują się tylko wtedy, gdy mają w tym interes. Prawa człowieka, zbawianie świata służą jedynie za narrację – niezwykle wygodną, bo łatwą do zaakceptowania z punktu widzenia demokratycznych społeczeństw. To lekcja dla polskich polityków, którym niekiedy nadal zapominają, że koncepcja Mesjasza Narodów jest stworzona przez polską literaturę, a nie myśl polityczną.  Spójrzmy na Koreę Północną po śmierci Kima. Politycy rosyjscy, amerykańscy, południowokoreańscy i chińscy wręcz z radością przyjmują informację, że sytuacja wydaje się pod kontrolą i wojsko wraz z Kim Dzong Unem powinno utrzymać w ryzach ten jeden, wielki obóz koncentracyjny.

Pragmatyzm, pragmatyzm…
Dyskutować powinniśmy o tym, co jest w naszym interesie narodowym, a niekoniecznie o słuszności danych rozwiązań. Interwencja w Iraku – czy to z udziałem Polski czy bez – i tak by się odbyła. Identycznie sytuacja przedstawia się w Afganistanie. Wygląda na to, że nasi żołnierze pojechali na wojnę w zamian za obietnice bez pokrycia, a nie weksel in blanco. Trudno mi zatem zdobyć się na krytykę polskiego rządu za brak udziału w “Świcie Odysei”, bo i tak to nie my będziemy rozdawać tam karty. Jednocześnie – na przykład – trzeba pamiętać o tym, że kompletnym nonsensem byłoby natychmiastowe wycofanie wojsk z Afganistanu, w wypadku, gdy mamy już przygotowany harmonogram wyjścia.

Nie dlatego, że Polacy mają misję, obowiązek itd, bo to argumentacja aksjologiczna, którą można jedynie się podeprzeć. Chodzi o maksymalizację zysków z tej inwestycji. Pragmatyczne i brutalne, ale szczere. Wysyłanie wojsk w ramach NATO ma jedną zaletę – buduje naszą pozycję w organizacji. Ustaliliśmy już, że Polska nie zyskała na amerykańskich interwencjach, a zwłaszcza nie wzbogacił się polski podatnik płacący za to wszystko miliardy złotych. Jednakże – nie ma sensu w tym momencie pogarszać wypracowanej pozycji w NATO, a misja może posłużyć jako świetny argument przy następnych negocjacjach, pokazujących polską gotowość do poświęceń, oddanie i doświadczenie.

Identycznie sytuacja przedstawia się z pogrzebem byłego prezydenta Czech, męża stanu, bohatera historycznego, Vaclava Havla. Havel zasłużenie posiada własne miejsce w podręcznikach historii Polski, Europy i Świata. Nie mam słów, aby oddać to, jak odważnym był człowiekiem, gdy wielu bało się odezwać. Problem pojawia się jednak inny – polski prezydent po raz pierwszy, w czasie swojej kadencji, poleciał do Chin. Czy teraz powinien przerywać swoją wizytę, rzucić wszystko i przylecieć na pogrzeb? Oczywiście – prezydent Havel na to zasłużył, ale … nie jest to w polskim interesie. Polacy muszą się zastanawiać, w jaki sposób zmaksymalizować zyski z handlu z Chinami, bo obecny bilans handlowy jest tragiczny. Z punktu widzenia polskiej racji stanu dużo ważniejsze są potencjalne pieniądze, które będzie można zarobić, aniżeli udział w pogrzebie bohatera, niebędącego już czynnym politykiem. Smutne, ale taka jest polityka międzynarodowa i trzeba wybrać, co jest ważniejsze. Wysłanie Lecha Wałęsy – przynajmniej pod względem PR-owym – pozwoli zminimalizować straty na polu środkowoeuropejskim, na którym również potrzebujemy sojuszników z powodu turbulencji w Unii Europejskiej.

Uczyć się od najlepszych
Słusznie zauważa Andrzej Szczęśniak w artykule napisanym na łamach bloga “Dyplomacja” na temat polskiej porażki w kwestii “Nord Streamu”:

“(…)Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki.(…)”

Dokładnie. Polityka to jeden, wielki handel i – dodałbym – kalkulacja. Nie dlatego powinniśmy ratować strefę euro, bo jesteśmy tak wspaniałomyślni, ale ze względu na powiązanie sytuacji w np. Niemczech czy Francji, z polskim rozwojem gospodarczym i modernizacją kraju. Pisałem o tym w ostatnim artykule pt. “Refleksje na temat szczytu Rady Europejskiej”. Identycznie z “Nord Streamem” – skoro nie byliśmy w stanie się przeciwstawić, trzeba było się do niego podłączyć.

Najwygodniej byłoby uczyć się na błędach cudzych, a nie własnych, lecz jest już niestety za późno. Pamiętacie historię z kandydaturą ministra Sikorskiego na Sekretarza Generalnego NATO? Komedia. Polska nie decyduje się wystawić kandydata, ale chce, aby o nim mówiono jako o kandydacie, rząd wydaje dziecinne instrukcje negocjacyjne, a prezydent i tak robi według własnego uznania, czyniąc słaby plan beznadziejnym. Wykluczyliśmy się z rozgrywki, zanim jeszcze do niej doszło.

Reorientacje w polityce są bardzo ważne. Turecki przykład uczy, że zawsze jest wybór. Skoro Unia Europejska nie chce Ankary, to Ankara może w odczuwalny ochłodzić stosunki nie tylko z Brukselą, ale również ze Stanami Zjednoczonymi i czekać na dalsze propozycje (pieniądze za …).  Jednocześnie dyplomatycznie kopiąc się z Izraelem oraz układając z Iranem, budując tym samym alternatywę. Premier Erdogan może śmiało swoim zachodnim partnerom przedstawiać różne alternatywy, a sam ma swoje atuty w postaci położenia geograficznego. My z kolei mamy reorientację – w kwestii białoruskiej – co pół roku. Raz chcemy nakładać zakazy wyjazdowe i izolować gospodarczo Białoruś, a chwilę potem nasza prokuratura udziela pomocy prawnej w sprawie Alesia Bialackiego, a nasi politycy oferują wielomiliardową pomoc. Cóż zrobi prezydent Łukaszenka? Pobiegnie do sklepiku w Moskwie i spyta, ile dają Rosjanie. bo Europa tyle i tyle… Trzeba się zdecydować – czy zwalczamy Mińsk jako Unia Europejska z pełną mocą i czekamy aż to oni do nas przyjdą, albo akceptujemy Mińsk ze wszystkimi patologiami, jakie są i próbujemy przeciągać ich na naszą stronę, powoli szykując grunt do pozbycia się prezydenta Łukaszenki.

Element historyczny powinien pełnić funkcję pomocniczą w polityce zagranicznej. Wiemy, co się działo w przeszłości, walczymy o pamięć, zachęcamy do wspólnych inicjatyw, badamy historię i wyciągamy z niej wnioski, ale to nie jest najważniejsze. Dużo bardziej cenię wzrost obrotów handlowych w stosunkach polsko-rosyjskich niż kolejne kilka tomów akt przekazanych Polakom w/s Katynia. Oczywiście – Rosjanie powinni nam je oddać, ale ważniejszy jest interes – w tym gospodarczy – tu, teraz i w przyszłości, aniżeli długie zużywanie sił na walkę o historię, której przebieg akceptujemy zarówno my (uchwała Sejmu RP), jak i Rosjanie (uchwały Dumy) oraz awantura w Polsce – czy mamy do czynienia ze zbrodnią wojenną czy ludobójstwem.

Dlatego polityką zagraniczną rządzą interesy poszczególnych graczy, a celem dobrej dyplomacji jest ich określenie i realizacja. Mechanizmy działania nie są zbyt skomplikowane – można przekonywać (w tym przekupywać), można też straszyć, należy szukać (i pozyskiwać) partnerów z podobnymi problemami lub celami. Sojusze są często bardzo dynamiczne, ze względu na względu na dużą liczbę zmiennych i kalkulacje polityczne. Konfrontacja militarna w XXI wieku jest w Europie nieopłacalna, ale gospodarcza – jak najbardziej.

Polityka zagraniczna to pragmatyzm, handel i kalkulacja polityczna, połączone z elementami słuszności w charakterze narracji, a nie na odwrót. Akceptują to Amerykanie, Rosjanie, Chińczycy, Niemcy, Rosjanie, Irańczycy i Turcy. Pora, aby zrozumieli też to Polacy.

Flobens Saraci: Albanian paradox in politics

Brak komentarzy
źródło: wikipedia.org

źródło: wikipedia.org

Zapraszam do lektury gościnnego tekstu poświęconego Albanii, a w szczególności jej historii oraz teraźniejszości. Autorem jest albański dziennikarz, Flobens Saraci.

————————————–

Albania is a southeastern post communist country which had its challenges and difficulties in its long transition to become e democratic one , and become part of European and western organizations and alliances . There has been of course a great progress in many fields and Albania had the fastest economical growth after China while the western countries where struggling with the enormous crisis . Still there is a lot to do . After becoming a member of Nato Albanian application to become a candidate for the membership into the UE was denied from the European family cause Albania didn’t furfill the UE’s expectations . The main cause was the political climate in general and especially the political two years lasting crisis which recently ended up with an agreement .

Albania was occupied for more than four hundred years from the Ottoman Empire , then had a period between two World Wars ruled by king Zogu I , wich in reality were the first democratic years to a certain degree. After the World War II communists came into power and in few years they isolated the country from all the world . Albania after the invasion of Czechoslovakia by the Soviet Union , stopped being a member of the Warsaw Pact and isolated itself totally . Massive prisons were built and a regime of terror was applied in the whole country . The main goal of the communists who later changed the name of their party into “The Working Party of Albania “ (PPSH in original) , were focused mostly into building a strong and resistant army , especially after the four day war with Russia in the strategic peninsula of Karaburun .

After the death of Enver Hoxha , the Albanian dictator for four decades , a wind of changes started to take place , of course helped by changes in the eastern Europe , starting from Poland. The Albanian rulers of those five left years till the falling of communism felt that they could not hold on any more , taking in consideration that the long isolation and the huge investments in the military had left the country almost bankrupt and the nation in a very poor situation . There were riots in every city , and with less blood than in Romania, communism finally fell.

Albanians being enthusiastic that are finally free , massively joined under the new born party “The Democratic Party “ (PD ), which took power in 1992 after the contested election of 1991 which communists manipulated . “The Working Party of Albania “ very rapidly changed its name into “ The Albanian Socialist Party “ (PS) in order to restore its reputation and to have another image . In reality nothing changed . Communists were not only members of the now reformed Socialist Party but some of them even joined the Democratic Party with the hope that they wouldn’t be judged for their crimes . In fact they were right , none of them faced a court .
The now supposed democratic regime of Albania was a hope in the first years . The President of that time Sali Berisha (who now is the actual Prime Minister of Albania) started to build a strong regime , based on almost the same tactics of the communist era but with a western orientation in his philosophy. Anyway his rivals were arrested and sometimes even violated by the Intelligent Service(SH.I.K) or the police. He allowed pyramid schemes to take place and a lot of other frauds which made possible the collapse of the Albanian economy and led to a revolution , (which by nowadays informations was helped as well by the intelligent services of neighbouring countries ) which made possible overthrowing him from the power . Elections were held and the Socialist Party won.

People were aware that the same figures who they voted were the same ones who in the 90’ threatened them , sent the army and the police to kill them and hold on communism regime . Still they seemed to not care . The Socialist Party started to change things , but implemented a massive corrupted sytem in politics and in every other dimension of the the government and social life . Many exponents who had had in the past connections with the organized crime were becoming important political exponents within the party . Big companies and wealthy individuals started to get strong support from the party in power wich isn’t the philosophy of a left wing political force . The Democratic Party felt the unrest which was taking place in the common ordinary people , and very fast , even why a self-proclaimed as a right wing conservative party changed its programme into a social one . The balance was broken . Albania got a conservative party which was being socialist and liberal , and a liberal-left wing which was in power and had built an oligarchy were the rich were getting even richer .
As if it wasn’t enough , the people who were working in high ranks were actually mediocre in every possible meaning .

In 2005 elections the citiziens of Albania went out to vote in large numbers . The Democratic Party had based its campaign on the fact that they had reformed and admit the mistakes they made in their four years rule and they wouldn’t repeat any of them . People were skeptical but still tired of the communism which the ex-communists had implanted for eight long years .
The Democrats won . With a lot of energy and will to change things as soon as possible in the first two years their electorate grew in a considerable way . Progress was really visible .
In the years to come though , The right wing Democratic Party of Albania which promised in its campaign to have a social philosophy , started to be conservative again .

Meanwhile the leader of the Socialist Party Fatos Nano , who actually was a prime minister even in the last years of communism , retired from his post after loosing the elections of 2005. His place was taken by the Mayor of Tirana at that time Edi Rama . With a very charismatic character and popularity among people , he was seen as the hope of the Socialists. The Democrats started to loose some of their supporters due to the new leadership of the socialists who among all was chosen two times in a row as the best mayor of the world.

However , in the elections of 2009 the Democrats won again . The Socialist Party of Albania went into massive protests, boycotting of the Parlament , hunger strikes and so on . Their point was that the Democrats had massively manipulated the elections. The European Council sent several negotiators of the highest rank but with no result at all . The gap between two camps grew more . The socialists even why still have among them the same wealthy people who used to rule before 2005 , turned back again into a left wing philosophy . Most probably in order to grow their electorate seeing that the unrest is growing again between the people . It still didn’t give the expected result they were willing to have . No extraordinary elections were held.
After two years , in order to get the Candidate Status to join the UE , both sides sat down and wrote an agreement .Socialists turned back to the Parlament of Albania in order to vote the laws which need three-fifths ratio ,which are very vital in the road to reforms in many fields and , which would open a door to the UE.
Still the climate doesn’t seem to be perfect. The Albanian philosopher Artan Fuga explains the situation by analyzing a very old Albanian myth .

Three brothers used to build a castle by day , which would be destroyed by itself at night , and this was going for years and years and they didn’t know what to do . Finally one morning as they were rebuilding the castle again an old man from far away comes and tells them the solution. The solution was harsh . One of their wives had to be in the column of the castle cause mythological gods wanted a sacrifice . They started to argue and promised that the wife that will bring the lunch to them would be the sacrifice and they wouldn’t tell them in the evening .So one of the wives would be chosen by destiny so it would not be a conflict between brothers. The two eldest brothers could not handle it and told their wives . The young one kept his promise. So his wife became the sacrifice cause the two others knowing what is going on sent her to the castle . The castle stands nowadays , and its called Rozafa Castle who according to the myth was the name of the youngest brother’ wife. According to Fuga the old man in the story are the foreigners , the two eldest brothers are the politicians and the rulers , and the one who is doing the sacrifice is the symbol of the people and citiziens .
And I can not agree more .

Flobens Saraci has worked as a journalist , reporter and writter for several years . He has been reporting from Iraq in 2006 and later on from Georgia . He has studied journalism in the Tirana University for one year and then in Warsaw University, for another 2 years , where is now studying International Relations . He speaks fluently in six languages and still writes for different newspapers abroad.

Refleksje po szczycie Rady Europejskiej

5 komentarzy
źródło: tokfm.pl

źródło: tokfm.pl

Problem został “ruszony”, ale nadal nie jest rozwiązany. Szczyt Rady Europejskiej pokazał, iż państwa UE są zdeterminowane, aby ratować euro, ale brukselskie ustalenia to nie cudowny lek na całe zło, a co najwyżej wypisana recepta, być może niewystarczająca, którą trzeba będzie zastosować. Zagotowało się w Wielkiej Brytanii, bo Dawid Cameron postanowił nie wchodzić w tzw. pakt fiskalny, co spotkało się z krytyką niektórych mediów oraz jego koalicyjnego partnera, liberalnego Nicka Clegga. W poniedziałek premier Cameron tłumaczył się przed Izbą Gmin.

Polska to nie Wielka Brytania
Politycy i media oceniając szczyt zapominają o tym, że Warszawa to nie Londyn i mamy kompletnie inną perspektywę. Mówiąc brutalnie – Wielka Brytania poradziłaby sobie bez Unii Europejskiej, ale Polska – ad. 2011 – już nie. Powtórzę teraz banał, ale Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej jest państwem bogatym, chroniącym swoje posiadanie, stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ a Polska to kraj na dorobku, którego celem jest wzbogacenie się, rozbudowa infrastruktury, podwyższenie średniego poziomu życia, likwidacja biedy itd, ale jednocześnie niemający się czego wstydzić.

Na początku odrzućmy wiarę w to, że ktokolwiek podejmuje działania w Unii Europejskiej z miłości i braterstwa. Propagandowo to interesujące argumenty, ale zarówno Niemcy, Polacy, Brytyjczycy, Francuzi, Czesi, Hiszpanie, Włosi, Grecy etc kierują się kalkulacjami politycznymi. Jesteśmy solidarni, gdy jest to korzystne z naszego punktu widzenia – np. daje nam to gwarancję, że jak nam się powinie noga, to inni również wyciągną do nas rękę. Gdyby bankructwo zabolało tylko upadającego to nie chciałbym być premierem Grecji, Hiszpanii czy Włoch.

Postawę premiera Camerona można rozpatrywać z dwóch pozycji. Jedna z nich, ta zastosowana przez konserwatystę, zakłada iż Zjednoczone Królestwo jest państwem w 100% suwerennym i Londynowi nie zależy na silnej Unii i wykraczaniu poza jednolity rynek. To stanowisko postuluje nieoddawanie poszczególnych kompetencji – zwłaszcza tych związanych z budżetem i podatkami – na poziom ponadnarodowy. Zgoda na ingerencję oznacza, przynajmniej częściową, dobrowolną utratę kontroli, a to z kolei nie jest w interesie Wielkiej Brytanii – przekonuje premier Zjednoczonego Królestwa. Jest to nielogiczne? Absolutnie nie.

Można też przekonywać w drugą stronę – Brytyjczycy sami skazują się na izolację, bo 26-stka będzie szła do przodu bez oglądania się na Londyn i jego City. Jeżeli Londyn nie chce być w silnej Europie, to Europa będzie próbowała stać się silna bez udziału Londynu. Cameron zamiast zyskać na znaczeniu w Unii, doprowadził do marginalizacji swojego państwa – i to w momencie, w którym Zjednoczone Królestwo nie jest wszechpotężnym imperium rządzącym na morzach i oceanach. Ciekawe, kiedy powróci kwestia rabatu brytyjskiego, wartego kilka miliardów euro rocznie? Czy ta argumentacja również nie brzmi sensownie? Brzmi. Cameron ma więc swoją rzeczywistość i dwie ścieżki, którymi może podążyć. W Wielkiej Brytanii wrze…

Jako iż nie sposób porównać interesów brytyjskich, położonych w części “poza Europą”, oraz polskich, będących głównie w Unii Europejskiej, bezpośrednie zestawianie Camerona z Tuskiem jest upraszczające i populistyczne, bo to tak jakby rozważać, czy lepszy jest LeBron James (koszykarz), czy piłkarz Leo Messi (piłkarz). Obaj mają inne warunki do gry, inne zasady rządzą ich dyscyplinami i posiadają kompletnie odmienne ograniczenia. W zależności od okoliczności – interes narodowy Polski może być zbieżny, sprzeczny albo neutralny w stosunku do interesu narodowego brytyjskiego, ale nie można stawiać między nimi znaku równości, a taką optykę proponują nam niektórzy uczestnicy życia publicznego. Dyskutujmy o decyzji Polski pod kątem polskich realiów, nie brytyjskich.

Polskie realia
Skoro Brytyjczycy się zastanawiają, czy mogą sobie pozwolić izolacjonizm, to wiem jedno – na pewno nie stać na niego Polaków. Podpisując Traktat Akcesyjny zawarliśmy małżeństwo, trochę z miłości, trochę z rozsądku. Jego istotą jest zasada, że Polska otwiera swój – największy z państw nowej UE – rynek dla państw zachodnich, dzięki czemu mogą zwiększyć eksport i inwestować nad Wisłą, a w zamian Polacy otrzymują otwarte granice, miejsca pracy i miliardy złotych na modernizację kraju, co jest korzystne dla bogatych państw z dwóch powodów. Po pierwsze – infrastrukturę buduje się także dla nich, a po drugie, jak podkreśla minister Bieńkowska, duża część z każdego wydanego euro wraca na Zachód. Układ biznesowy.

Ze względu na nasze położenie geograficzne nie mamy również gdzie uciekać w przypadku izolacjonizmu. Polska granica wschodnia jest przecież granicą zewnętrzną UE. Rosyjsko-niemiecki uścisk byłby dopiero wtedy mocno odczuwalny, gdyby Republika Federalna Niemiec była poza Unią Europejską i na kontrze do nas (prawdopodobnie też Francuzów) próbowała odbudowywać swoją pozycję. Jest to możliwe i niebezpieczne dla nas tylko w przypadku jednego scenariusza – rozpadu Unii Europejskiej. Polskie postulaty wewnątrz UE to nie przypadek – rozszerzenie na wschód ma spowodować przesunięcie Polski bliżej centrum, a wspólna polityka energetyczna – na razie ledwie sen – służyłaby jako gwarant bezpieczeństwa. W perspektywie kilkudziesięciu lat do Unii powinna dołączyć również Rosja – wtedy oprócz zaplecza technologicznego, mielibyśmy również zaplecze surowcowe. Na dziś to oczywiście fantastyka.

Polska nie jest wyspą, więc nie może się zachowywać, jakby była schowana za Kanałem La Manche. Jako jednak, że nasza gospodarka jest mocno związana z euro, możemy oberwać rykoszetem. Czy to w wyniku kryzysu, czy też gdy padnie propozycja “oszczędzajmy na funduszach”…. Parafrazując jednego z bohaterów filmu “Chłopaki nie płaczą”, zapytamy wtedy, gdzie jest nasze 300 miliardów?

Niewielki koszt dla Polski
Pakt fiskalny nie rozwiązuje problemu zadłużenia, sięgającego bilionów euro. Nie obudzimy się w kwietniu w innej rzeczywistości. To jednak krok naprzód, jeden z kilku, które należy uczynić. Rozwiązanie ma spowodować, że państwa nie będą miały możliwości życia ponad stan połączonego z bezmyślnym zadłużaniem się.

Jakie mieliśmy alternatywy? Mogliśmy nie przystąpić, oszczędzić – do 10 miliardów euro – rezerw walutowych, zabezpieczających w pewnej części naszą walutę, wyizolować Polskę i nie gwarantować spełnienia kryteriów fiskalnych (przy czym 60% relacji dług publiczny-PKB jest u nas konstytucyjnie zapisany, więc zostalibyśmy z tym przepisem jak Jan Himilsbach z językiem angielskim).

Podpisanie paktu fiskalnego dużo Polskę nie kosztuje, ponieważ pieniądze z NBP idą jako pożyczka (nie mylić z bezzwrotną pomocą) do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a przecież tych środków i tak nie wrzucilibyśmy do budżetu (np. na drogi), bo nie takie byłoby ich zastosowanie. Tracimy część środków do interwencji walutowej, co oczywiście może osłabić złotego. Należy też przypomnieć, iż obniżenie deficytu poniżej 3% jest planem na najbliższe lata rządu, który chwali się, że do 2015 doprowadzi “dziurę budżetową” do poziomu 0% (chciałbym to zobaczyć).

Zaboleć by nas mogło, gdyby Unia chciała ujednolicić na całym swoim terytorium wszystkie podatki. O tym się wspomina, lecz na to na pewno nie będzie zgody wśród państw UE. A tak to możemy tylko współczuć tym państwom, które 60% długo do wartości PKB minęły jakieś 20-30% temu, bo to one, a w szczególności ich mieszkańcy, najmocniej odczują doprowadzenie do stanu spełniania w/w kryteriów. W tym przypadku to nie Polska musi się dostosowywać do wymogów, a inne państwa członkowskie Unii Europejskiej.

Nie ma róży bez kolców
Tymczasem jednak państwa optujące za paktem fiskalnym będą miały do rozgryzienia kilka niecierpiących zwłoki problemów.

Po pierwsze, rację ma Cameron, kiedy mówi, że zadaniem Komisji Europejskiej nie może być nadzór i poprawianie budżetów, ponieważ to instytucja unijna (a więc po części też brytyjska), której – bez zmiany traktatów – nie sposób nadać takiej władzy. Państwa-sygnatariusze powinny sobie do tego powołać nowy organ, a jaki nowy organ, to zaraz pytanie o jego skład i niezależność.

Po drugie, należy być sceptycznym, co do okresu, w którym państwa dostosują się do wymogów. To ponownie będzie przedmiotem targów. Włosi? Grecy? Irlandczycy? Hiszpanie?

Po trzecie, na spłatę długów brakuje po prostu pieniędzy i 200 miliardów euro poprawi sytuację, ale jej nie naprawi. Ten parasol starzy na lekki deszcz, ale już nie na ulewę.

Po czwarte – prawdopodobnie najważniejsze – znamy tylko parę szczegółów i musimy wykazać cierpliwość, bo wiemy obecnie niewiele. Trudno wypowiedzieć się na temat skuteczności ustaleń, których nie znamy. Kto i jaką karę nałoży? Jaki mechanizm powstrzymujący? Czy ten ponadnarodowy organ będzie miał tylko kompetencje do kontroli, czy też będzie mógł wprowadzać poprawki do budżetów? Dużo pytań.

Po piąte, w Polsce będzie gorąco, bo na dzień dzisiejszy – w związku z nieznajomością tekstu prawnego przedstawionego na szczycie – nie wiadomo, czy będzie tu umowa międzynarodowa, na której ratyfikację należy uchwalić w drodze ustawy, czy umowa międzynarodowa przekazująca część władzy organów państwowych na szczebel ponadnarodowy (np. obligatoryjne poprawianie polskiego budżetu). Różnica jest kolosalna, bo w pierwszej wersji, do ratyfikacji, wystarczą głosy koalicji PO-PSL, a w drugiej – sprzeciw PiS-u i SP powoduje, iż dokument można wyrzucić do kosza. O trybie ratyfikacji zadecyduje .. Sejm bezwzględną większością  głosów. Teoretycznie tutaj jest pole manewru dla rządu, aczkolwiek nie chciałbym być w jego skórze, gdyby traktat rzeczywiście przekazywał część naszej suwerenności, a parlament głosowałby w trybie art. 89 Konstytucji (zgoda wyrażona w ustawie) i zdecydował głosami koalicji.

Po szóste, państwa spoza strefy euro muszą zastrzec w traktacie, że skoro nie mają prawa głosu, to ponadnarodowy organ nie może wydawać wobec nich wiążących decyzji. Inaczej będzie to od początku nierówny układ. Można też umówić się w drugą stronę – zgodzimy się na ponoszenie konsekwencji, jeżeli dostaniemy głos.

Ciąg dalszy nastąpi
Oczywiście, do tematu paktu fiskalnego będę z pewnością jeszcze powracał. Na razie jednak uzbroimy się w cierpliwość, bo jak uczą agencje raitingowe – czasami lepiej powiedzieć dwa słowa za mało niż za dużo. Dyscyplina budżetowa to dobry krok, ale to – przypominając brytyjskiego premiera, Winstona Churchilla – dopiero koniec początku.

Unia Europejska – szukając wyjścia z lasu

4 komentarzy
źródło: gover.pl

źródło: gover.pl

Niewiele jak do tej pory wiadomo o propozycji Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego przedstawionej w ostatnich dniach i mającej na celu uratowanie strefy euro, a może i całej Unii Europejskiej. Generalnie Europa znalazła się, w głównej mierze dzięki włoskim i greckim przewodnikom, w lesie, z którego teraz intensywnie szuka się wyjścia.

Którą drogą iść?
Jeżeli chcemy wyjść z tego niebezpiecznego lasu, musimy zadecydować, którą z dróg chcemy pójść. Problemem Unii Europejskiej jest, że jednocześnie wymaga się od niej skutecznej polityki finansowej czy zagranicznej, dając jej słabe narzędzia, a na wykonawców – zapewne nie przez przypadek – zatrudniając ludzi bez charyzmy i z mało przekonywującą przeszłością (Barroso, von Rompuy, Ashton). Pierwszą rzeczą, nad którą musi się zastanowić Europa jest kwestia ścisłości integracji.

Obecnie Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa to fikcja i ogranicza się do nawoływań, protestów, sugestii etc i ignorowania tego stanowiska przez poszczególnych uczestników międzynarodowego teatru. Jednocześnie nie mogę sobie wyobrazić, aby Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Hiszpanie i Polacy mogli mieć w kwestii np. Libii czy Białorusi, identyczne stanowisko. Kończy się więc na zawieraniu kompromisów, które powodują, iż UE każdy problem próbuje ugryźć jakby z wybitymi zębami i bez pazura. Oddanie spraw zagranicznych w ręce Unii jest więc nie tylko nie w interesie Polaków, ale również pozostałych państw. Równocześnie należy pamiętać o zagrożeniu dla naszej pozycji. Unia Europejska, niebawem, będzie mogła odgrywać poważną rolę w świecie tylko wtedy, jeśli będzie w stanie skutecznie reagować i błyskawicznie podejmować decyzje. W obecnych warunkach traktatowych jest to niewykonalne. Kwestia decyzji – czy zapewniamy sobie prawie 100% suwerenność w zakresie decyzji o polityce zagranicznej, czy część tej suwerenności oddajemy na poziom europejski. O ile teraz dominuje pogląd, iż każdy sobie rzepkę skrobie, o tyle w perspektywie około 10 lat, w zmieniających się okolicznościach, może to ulec modyfikacji.

Inaczej nieco jest ze wspólną walutą i budżetem, ale działa podobny mechanizm. Jeżeli chcemy, żeby to skutecznie funkcjonowało, musimy zapewnić gwarancję wypełnienia kryteriów konwergencji (odpowiednia inflacja, wysokość stóp procentowych, deficytu budżetowego, długu w stosunku do PKB itd) nie tylko wobec kandydatów do strefy, ale także jej członków czy też – jak proponuje kanclerz Merkel – państw spoza strefy. Dotychczas kara spotkać mogła tylko kandydata, który nie spełniał kryteriów – można było mu nie pozwolić na przyjęcie euro. Same największe państwa strefy nie miały jednocześnie problemów z łamaniem zasady 3% deficytu budżetowego czy relacji 60% długu publicznego do wysokości PKB. Jeżeli policjanci łamią prawo, to kto będzie stał na straży jego porządku?

To, co – według mediów – proponują Sarkozy z Merkel to akceptacja maksymalnie 3% deficytu budżetowego, którego przekroczenie łączyło by się z automatycznym nałożeniem kary na takie państwo. Propozycja może być dużo szersza, ale kart nie ma jeszcze na stole. Brzmi to o tyle sensownie, że de facto, państwa strefy euro już do tego się zobowiązały – zmienia się tylko kwestia nieuchronności kary.

Samej propozycji nie rozważałbym autonomiczne, bo rozumiem, iż jest to pakiet. Niemcy i Francuzi wyłożą pieniądze na stół, jeżeli reszta państw zgodzi się na bezwzględną dyscyplinę budżetową. Czy zapisane 3% deficytu budżetowego będzie zagrożeniem dla państw? Nie, jedynie dla rozrzutnych rządów, które będą musiały się liczyć z brakiem możliwości prowadzenia polityki zadłużania i życia ponad miarę. W Polsce nie żyjemy ponad miarę, więc niewiele ryzykujemy, przystępując do paktu. Kluczem jest jednak, aby rozliczać państwa z realnych efektów, a nie narzucać im sposób ich osiągania. Tu z kolei pojawią się kontrola – co zrobić, aby uniknąć sztuczek z liczbami podobnych do tych, które prezentowali nam Węgrzy czy Grecy? A co, jeśli – chociaż to czysta fantazja -państwo przekroczy deficyt nie ze swojej winy (np. padnie ofiarą napaści zbrojnej)?  Po raz kolejny jednak zastrzegam, że nie znam całej oferty i treści tego dokumentu, więc są to wolne rozważania, oparte na ledwie kilku zmiennych.

Trudno też uznać za przypadek, że Niemcy tak szybko odpowiadają na wygłoszone w … Berlinie  wezwanie polskiego ministra Radosława Sikorskiego, a Sikorski z Tuskiem tak szybko wypowiadają się – pozytywnie – w kwestii propozycji duetu prezydent Francji-kanclerz Niemiec. My swoje 60% długu wobec PKB i tak mamy zapisane w Konstytucji RP i teraz proponujemy tę zasadę wszystkim – zdają się mówić polscy politycy. Oznacza to, że Sarkozy, Merkel i Tusk grają w jednej drużynie, chociaż każdy z innego powodu. Sarkozy i Merkel chcą ratować Unię, aby nie stracić tak długo wypracowanej pozycji głównych rozgrywających w Europie, a Polacy – nie chcą się znaleźć w Europie dwóch prędkości, a jeżeli już, to wybierają “pierwszą prędkość”.

Z powodu braku szczegółów swoje rozważania zamknę w tym miejscu, czekając na rezultaty szczytu Rady Europejskiej.

Interes Polski w tym całym bałaganie
Polska, jako jeden z największych beneficjentów funduszy unijnych, ma interes w tym, aby Unia trwała, przynajmniej do 2020 roku, czyli do zakończenia negocjowanej następnej perspektywy budżetowej. Ciekawa jest sytuacja Niemiec, które – co słusznie zauważył minister Sikorski w swoim wystąpieniu – zwielokrotniły swój eksport do “nowej Europy” po rozszerzeniu z 2004 roku i są jego największym beneficjentem. Polski sukces jest jednocześnie sprzężony z niemieckim. Historycznie zabawnie, ale w tej grze jesteśmy po tej samej stronie. Podobne są też nasze poglądy na budżet – Polacy, bo mają całkiem przyzwoite wskaźniki makroekonomiczne, Niemcy, bo nie chcą sponsorować bankrutów po to, aby ci za kilka lat znowu byli bankrutami.

Nie wolno nam jednak zapominać, że przetrwanie strefy i całej UE jest w naszym żywotnym interesie, ale sami do zmiany waluty się wcale nie musimy spieszyć. Nie presja polityczna, a przyczyny ekonomiczne powinny spowodować przyjęcie wspólnej waluty – jeżeli już, to po rozwiązaniu problemów euro. W tym miejscu warto zaznaczyć, że do zmiany waluty w Polsce potrzebna jest poprawa Konstytucji, co w obecnych realiach politycznych byłoby polityczną bombą, której rząd nie będzie chciał zdetonować w najbliższym czasie.

Którą drogą wyjdzie Europe i czy wyjdzie z lasu? To się okaże, ale jedno jest pewne – należy obrać jedną drogą i nią konsekwentnie iść, a nie zawracać w jej połowie i wysyłać część wyprawy jeszcze inną ścieżką Bądźmy też realistami – jeżeli nie dajemy odpowiednich narzędzi – nie wymagajmy.