Patryk Gorgol

Sto lat za…. – pooksfordzkie refleksje

5 komentarzy
źródło: oximun.org

źródło: oximun.org

Podróże kształcą – co do tego banału nikt nie powinien mieć wątpliwości. Pora jednak uwypuklić poszczególne różnice między Polską, a Wielką Brytanią, między Uniwersytetem Warszawskim, a Oxfordem. Czego nam tak bardzo brakuje lub co powinniśmy poprawić?

Po pierwsze – biurokracja
Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o … biurokrację. Kocham swój Uniwersytet i czuje się jego częścią, ale irytuje mnie, że do wszystkiego potrzebuje albo podpisu (swojego jako prezesa, dziekana, opiekuna naukowego koła) albo pieczątki albo opinii naukowej. Wiecie ile razy podpisałem się na trzydniowej konferencji będąc na Oxfordzie i – formalnie – przewodząc delegacji? Zero. Na samym jednym wniosku na UW(a było ich przecież kilka) – trzy razy. Wszyscy w Wielkiej Brytanii mi wierzyli, że ich nie oszukuje i mam dobre intencje.

Sam jako student jestem częścią tej machiny biurokratycznej będąc przewodniczącym Rady Kół Naukowych Wydziału Prawa i Administracji. Mój wniosek jest taki – pora zacząć myśleć o studentach jak o dorosłych ludziach, mających ochotę na rozwój, a nie na wyłudzenie kilku złotych. Mówiąc brutalnie – nawet przy dzisiejszych barierach biurokratycznych wyłudzenie nie byłoby dla odpowiednio zdolnej osoby problemem. Dlatego będę robił wszystko, aby ułatwiać i przyspieszać procedury, nawet gdyby kosztować mnie to miało utratę tego wybieralnego stanowiska. Pytanie, czy ja będę silniejszy czy, mimo wszystko, system?

Wyjazd na osobę na czterodniową wycieczkę kosztował nas od około 1800 do 2000 zł na osobę. Mniej więcej połowę tej kwoty zwraca nam UW za co należą się podziękowania, zwłaszcza dla Rady Konsultacyjnej i wielu wspaniałych osób, które nam pomagały. Gdybym jednak na swojej drodze nie spotkał tak życzliwych osób, dostalibyśmy prawdopodobnie figę z makiem i do Londynu to chyba byśmy szli na piechotę.

Mowa tutaj o wielkiej międzynarodowej imprezie, kilkuset delegatach ze wszystkich kontynentów świata i symulowaniu obrad ONZ. Każda delegacja reprezentuje poszczególne państwo – my, z czego byłem średnio zadowolony, Bangladesz Człowiek na takich wyjazdach uczy się, jak funkcjonują organizacje międzynarodowe, jak wypracowuje się kompromisy, walczy o swoje interesy, występuje publicznie, a także poznaje ludzi, którzy prawdopodobnie w przyszłości będą dyplomatami lub urżędnikami. Właśnie dlatego np. Holendrzy  dostają na organizacje takiej konferencji  środki od swojego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy jeżdżą na tego typu imprezy co miesiąc, a my możemy – ze względów biurokratyczno-finansowych – jedynie dwa razy do roku. Nie dziwię się zatem, dlaczego potem mała Belgia ma więcej urzędników w Unii Europejskiej i potrafi się świetnie poruszać po – nomen omen – Brukseli.

Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę pisząc, że AD. 2011 Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa, którego mam przyjemność być prezesem, jest największym kołem naukowym, o tego typu tematyce, na całym Uniwersytecie Warszawskim. Skąd, jak nie od nas, mają się wywodzić przyszli nasi dyplomaci czy urzędnicy? My organizujemy dla potencjalnych kadr wyjazdy, szkolenia, spotkania dyskusyjne i międzynarodowe konferencje. Czy myślicie, że kiedykolwiek ktoś z MSZ-u się do mnie odezwał?

Za to często słyszę, że albo chcemy za dużo pieniędzy (przy czym hitem było, że kiedyś nie chcieli nas wpuścić z konferencyjnym cateringiem o 1/3 tańszym niż firma, która ma podpisaną umowę z UW) albo za często chcemy sale do dyskusji (tak, lepiej przecież, aby stały puste) czy że chcemy poruszać zbyt kontrowersyjne tematy (np. ekspercka dyskusja nt. międzynarodowych aspektów katastrofy smoleńskiej). Aby cokolwiek załatwić potrzebuję podania i zgody. Cały czas czuję nad sobą kontrolę – projekt, biurokratyczne uruchomienie środków, wykonanie, sprawozdanie, czyli de facto pisanie trzy razy o tym samym, umierające kolejne drzewa i urzędnicy, którzy i tak tego nie czytają.

Nasz Uniwersytet wydaje na ruch naukowy kwotę rzędu 400 tysięcy złotych rocznie. Brzmi nieźle, ale pod warunkiem, że nie zestawimy tego z liczbą ogólną studentów (około 50 tysięcy). Budżet Rady Kół Naukowych WPiA to około 24 tysięcy rocznie (na około 30 kół naukowych). Jednocześnie jestem przekonany, że w przypadku cięć, to nam, ruchowi naukowemu, dostanie się jako pierwszemu. Jak mamy rywalizować z zachodnimi uczelniami, gdy na rozwój ruchu naukowego przeznaczamy tak mało oraz tworzymy tyle przeszkód biurokratycznych? Kolejny przykład – w tym roku w Singapurze odbył się tzw. World Model United Nations. Koszt takiej imprezy to około 5-6 tysięcy złotych na osobę. Szanse na pozyskanie w takiej wysokości środków z Uniwersytetu, nawet tylko dla kilku osób, są zerowe, więc relację z tego projektu mogę co najwyżej przeczytać w Internecie. Jestem w stanie się jednak założyć o duże pieniądze, że delegacje z Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii, Chin czy Niemiec się tam pojawiły.

A później zdarzają się takie historie, jak słyszałem od jednego z moich znajomych (mam nadzieję, że się nie obrazi za publikację). Młody chłopak po studiach dostaje pracę w Brukseli w COREPERze (Komitet Stałych Przedstawicieli przy Radzie Unii Europejskiej). Nieobyty jeszcze, nieprzyzwyczajony do publicznego mówienia po angielsku, zostaje wysłany na posiedzenie bez stosownych informacji. Nagle pada sakramentalne zdanie:
- Tak, w tej kwestii mniej więcej mamy porozumienie, ale nasi polscy przyjaciele jeszcze mieli jakieś uwagi?
- …

Tak, na nieobyciu właśnie najwięcej się przegrywa w Brukseli. Doskonale ten fenomen opisał Piotrek Wołejko u siebie. Zamiast walczyć na poziomie powstawania projektu dokumentu, my dopiero się orientujemy, że mamy problem, na decydującym posiedzeniu Rady UE lub nawet po nim, gdy na tworzenie jakichkolwiek koalicji jest już za późno. Jak jednak my przygotowujemy nasze młode pokolenia do służby zagranicznej, a jak nasi partnerzy w Europie, czy nawet z Azji?

Merytorycznie – bez zarzutu
Najważniejsze jest to, że Polacy mają olbrzymi potencjał i merytorycznie nie tylko nie odbiegają od swoich rówieśników, a nawet ich często przerastają np. w kwestii znajomości prawa międzynarodowego. Nie “bywając” jednak tracimy co innego – sztukę perswazji i umiejętności autoprezentacji. Co z tego, ze mamy rację, jeśli gadająca bzdury Holenderka jest już 5 raz czy native speaker, jest nas w stanie po prostu przegadać przy pomocy pustych zdań? Co mają mówić – nauczą się w przyszłości w dyplomacji, ale jak – już teraz, na tego typu imprezach polegających na symulowaniu obrad i reprezentowaniu danego kraju. Siedząc tylko w Polsce fundujemy sobie sami, de facto, ujemne punkty za pochodzenie.

Nie wierzycie, że tak dobrze możemy być przygotowani merytorycznie? Cztery przykłady z mojej komisji.

1) Reprezentantka Stanów Zjednoczonych chcąca wzywać państwa do ekstradycji terrorystów do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (po pierwsze, MTS sądzi spory między państwami, a po drugie, nie jest to jego zakres orzecznictwa)).
2) Dyrektorka tego całego posiedzenia, która chcąc ratować tę dziewczynę, powiedziała, że chodzi jej pewnie o Międzynarodowy Trybunał Karny (!!!! – MTK zajmuje się takimi rzeczami jak np. zbrodnie przeciwko ludzkości)
3) delegaci, którzy chcieli, aby podstawą powołania nowej organizacji międzynarodowej była rezolucja ZO ONZ (rezolucje ZO ONZ nie mają mocy wiążącej – niewiele dobrego zrobiłem na tej konferencji, ale zamieniłem deklarację utworzenia na rekomendowanie utworzenia właśnie na poziomie projektu)
4) dyskusje i próby wrzucenia do rezolucji (na cale szczęście nieudane) definicji terroryzmu w kształcie z jednej z rezolucji RB ONZ (rezolucje RB ONZ, w przeciwieństwie do tych ZO ONZ, są wiążące prawnie dla adresatów i debatowanie nad “miękką definicją” było tylko stratą czasu, bo nie miało żadnej doniosłości prawnej).

Skoro zatem możemy z innymi delegatami się porównywać i dyskutować to róbmy to, szkolmy młode kadry i przygotowujmy do służby. Bierzmy przykład od najlepszych, bo jeżeli będziemy blokować młodzież to sami uniemożliwimy rozwój swojego kraju. Studia są dla studentów i pracowników naukowych, a nie dla biurokratów.

Rozmawiałem ze studentami Oxfordu. Tam student czuje się kimś – w tygodniu ma np. indywidualne zajęcia z profesorem. W Polsce student ma ćwiczenia w 30-35 osobowych grupach, a jego poczucie “bycia kimś” kończy się na pierwszej wizycie w dziekanacie.

Komentarze

  1. 1.

    Ostatnio nawet w bibliotece wydziałowej WDiNP zarządali ode mnie odpowiedniego zaświadczenia o możwliości wypożyczania książek tamże. Mój dyplom na ISM wyrabiano 3 miesiące, co było i tak zrobione w trybie przyspieszonym, po mojej interwencji w Rektoracie, po 2,5 miesiąca czekania. Za tę usługę zapłaciłam 160 zł. Zgodnie z polskim zwyczajem, ponarzekałam sobie. ;)

    Ciekawa rzecz tyczy się języków obcych. Od nas wymaga się na studiach tylko zdania odpowiedniego certyfikatu. Natomiast w niektórych krajach UE np. Hiszpanii, funduje się młodym ludziom kursy językowe za granicą. Mówi się, że 2 tygodnie takiego kursu=1 rok nauki w kraju- byłam na czymś takim, potwierdzam. I taka znajomość jeżyka przynosi własnie umiejętność reagowania w różnych sytuacjach, a nie tylko suchą znajomość struktur gramatycznych czy umiejętność opowiadania o wadach i zaletach mieszkania na przedmieściach miasta. No i dochodzą też tzw. umiejętnosci miękkie jak umiejętność odnalezienia się w międzynarodowym środowisku. Jakby to przekalkulować, podpisać umowy między uczelniami i szkołami językowymi za granicą, ulokować studentów w akademikach tamtejszych uczelni i zdobyć dopłaty z UE, to okazałoby się, że takie kursy nie będą takim towarem luksusowym, jakim zdają się być teraz.
    Pozdrawiam i gratuluję osiągnięć :)

    Ela
  2. 2.

    Moim zdaniem to jest w dużej części wina tego, co opisujesz w ostatnim akapicie – braku indywidualnej bądź prawie indywidualnej pracy z najzdolniejszymi studentami.

    MZator
  3. 3.

    Patryku,
    twoje uwagi sa niezwykle trafne. Sam walczac z ta biurokratyczna maszyna na UW mialem czesto wrazenie, ze studenci pragnacy zrobic cos dobrego sa postrzegani jak oszusci, zlodzieje i inni szubrawcy. Co jeszcze gorsze, sami studenci – mam tutaj na mysli wieloletnia sekretarz RK, grali pierwsze skrzypce w tej bezsensownej walce ze studenckich ruchem naukowym. Ale rozpoczynajac zabawe z DiP-em juz kilka lat temu oraz patrzac na to jak to sie wszystko rozwija, jestem bardzo dobrej mysli. Tacy jak my w koncu pokonaja ta hydre. Musi sie udac. Sam przeciez zauwazyles, ze mamy olbrzymi potencjal. I UW musi sie zmieniac.

    Oktawian Kuc
  4. 4.

    Cóż można więcej napisać prócz tego że podpisuje się pod tym wszystkim obiema rękami?

    Piotrek
  5. 5.

    Byłem i ja tam także, widziałem to wszystko, wnioski też płyną dokładnie te same. Podpisuję się pod całym tekstem.
    Dodałbym też zachętę dla wszystkich studentów i (zwłaszcza) jeszcze-nie-studentów z Polski, aby nie wahali się wybierać studiów za granicą, w szczególności chodzi o zachodnioeuropejskie i amerykańskie uczelnie. Jeśli zaś nie całościowe studia za granicą, to przynajmniej częściowo – wymiana, etc. Dlaczego?
    Odpowiedź jest prosta. Należy zawsze przystosowywać się do warunków, w jakich w danej chwili się funkcjonuje. Komu uda się to najlepiej – ma największe szanse na zwycięstwo, niezależnie od dziedziny rywalizacji. Obecne warunki są takie, że język angielski jest czymś o wiele donioślejszym niż współczesna łacina. Nawet żul zagadnięty w Holandii odpowie Ci w nienagannym stylu. Tym bardziej: jeżeli nie władasz angielskim tak dobrze jak native speaker, nie masz z nikim szans w poważnej dyskusji. Nie ma co się oszukiwać, siedząc w kraju bardzo trudno osiągnąć taki poziom. Problem może nie byłby taki istotny, gdyby nie to, iż oferta studiów po angielsku w Polsce jest nader uboga – a nawet jeżeli byłaby niezła, w grę wchodzą także inne, wspomniane przez przedmówców, czynniki takie jak: lepsze możliwości techniczne, zaplecze naukowe, stosunek do studenta, mentalność (nie ukrywajmy, że PRL still alive), możliwość rozwoju umiejętności miękkich.
    Trzeba zatem wyjeżdżać, brać z zagranicy to, co tam najlepsze i następnie korzystać z tego z pożytkiem dla Polski. Tylko w taki sposób możemy dogonić bardziej rozwinięte kraje i nie dać się wyprzedzić przez te, które powszechnie uważamy za słabsze.

    Rafał

Dodaj komentarz