Patryk Gorgol

Syryjskie piekło – Liga Państw Arabskich nakłada sankcje

2 komentarzy
źródło: menic.org

źródło: menic.org

Bashar Assad, prezydent Syrii, otrzymał właśnie poważne ostrzeżenie. Liga Państw Arabskich nałożyła na ten kraj sankcje gospodarcze, a wcześniej, zawiesiła to państwo w prawach członkowskich. Nikt nie glosował “przeciwko” sankcjom, a dwa głosy wstrzymujące się należały do Iraku i Libanu.

Assad, podobnie jak Kaddafi, wyciągnął już lekcję z Arabskiej Wiosny (w zasadzie już Arabskiej Jesieni, a niebawem i Arabskiej Zimy). Albo on pokona demonstrantów albo oni wywiozą jego. Kaddafi z pewnością był na tyle okrutny, że – kosztem rzezi opozycji – poradziłby sobie z buntem, ale sytuację uratowały państwa NATO, dzięki którym Muammar Kaddafi wącha – w zasadzie to nie wiadomo gdzie – kwiatki od spodu.

Dylemat Zachodu
“Zachód łamie prawa człowieka i prawo międzynarodowe”, “Śmierć cywilów w wyniku bombardowań Zachodu”, a z drugiej strony “A gdzie był Zachód?” lub “Czemu społeczność międzynarodowa siedziała cicho, gdy okrutny tyran tłumił powstanie?”. Mniej więcej na takie zarzuty – niezależnie od tego, co się dzieje w kraju ogarniętym Arabską Wiosną – można wysunąć wobec państw zachodnich, w zależności od sytuacji. Zachód staje więc przed niezwykle ciężkim wyborem – która z tych dróg będzie mniej kosztowna?

Syria to nie Libia, a Libia to nie Egipt, Egipt to nie Jemen, a Jemen to nie Tunezja. Nie ma jednej udanej strategii postępowania na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej.

Prezydent Assad znajduje się nie tylko w innym środowisku międzynarodowym aniżeli Kaddafi, ale również dysponuje poparciem stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ – Rosji. Kreml boi się ewentualnej utraty portu oraz sojusznika, płacącego chętnie i często za broń. Wątpliwe również, aby Moskwa chciała ryzykowany manewr, jakim było poparcie rezolucji RB ONZ numer 1970 (m.in. zamrożenie kont Kaddafiego) i wstrzymanie się od głosu przy rezolucji RB ONZ 1973 (m.in. strefa zakazu lotów), co pozwoliło na jej uchwalenie. Rosjanie przestali rozgrywać karty w tamtym regionie, a przypomnijmy,że wcześniej mieli podpisane kontrakty na miliardy dolarów z Trypolisem. Czas pokaże, czy się opłacało, aczkolwiek Rosjanie nie mają żadnej gwarancji, iż sposób ich głosowania w Radzie im się zwróci. Za to taką pewność mają Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy.

W Syrii również Rosjanie maja dużo do stracenia. Na razie Rada Bezpieczeństwa nie jest w stanie uchwalić żadnej twardej rezolucji, a Sekretarz Generalny NATO, Anders Fogh Rasmussen, zapewnia o tym, iż Sojusz nie zamierza interweniować w Syrii. Z jednej strony oznacza to, iż Zachód nie będzie łamał prawa międzynarodowego, ale z drugiej, iż Assad pozostanie bezkarny dopóki, dopóty posiada poparcie wojska i służb specjalnych, opanowanych przez Allawitów.

Dlatego na razie syryjski reżim, odpowiedzialny za śmierć kilku tysięcy ludzi (3,5 tysiąca osób – według ONZ), poddawany jest presji z dwóch stron – wewnętrznej opozycji, w tym armii dezerterów, żądającej ustąpienia prezydenta, oraz państw regionu, które robią wszystko, aby pokazać, że nie popierają Assada. Syryjski prezydent pozostał z poparciem Teheranu, ale utracił Ankarę. Premier Erdogan troskliwie pytał się nawet, czy Assad pamięta, jak skończyli Muammar Kaddafi i Adolf Hitler?

Kto z Assadem?
Prezydent Assad zapowiadał nawet wolne wybory, jednak układ etniczny Syrii świadczy o tym, że takie wydarzenie nie byłyby w jego interesie. Większość mieszkańców Syrii to sunnici i to niechybnie oni przejęliby panowanie nad krajem.

Na rządy sunnitów w Syrii nie chcą się zgodzić także szyiccy Irańczycy, chociażby ze względu na bliskie kontakty Iranu z urzędującym (i współrządzącym) w Libanie Hezbollahem. “Utrata” Syrii to dla ajataollahów krok do tyłu i porażka z Turcją i Arabią Saudyjską w regionie. O sympatii Saudów do Iranu niech świadczą opublikowane materiały przez WikiLeaks według których to Arabia Saudyjska, ustami króla Abdullaha, mocno nakłaniała Amerykanów do ataku na Iran – aby “odciąć głowę wężowi”. Z kolei Teheran jest oskarżony o próbę zorganizowania zamachu na ambasadora Królestwa Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie.

Również Rosjanie – z powodów wskazanych w poprzedniej części tekstu – na razie wspierają Assada.

Promienie nadziei
Trzeba jednocześnie pamiętać, że Assad, w porównaniu z Kaddafim, jest mniej popularny, a w pamięci utkwić może hasło demonstrantów, które przywołuję z pamięci, mogąc nieco zniekształcić – “Assad – jeżeli jesteś taki odważny, aby zabijać bezbronnych protestujących, to zaatakuj Izrael i odbij Wzgórza Golan”. Protesty w Syrii trwają już od 8 miesięcy i ich krwawe tłumienie wymusiło reakcję Ligi Państw Arabskich i Turcji. Plan pokojowy przewidywał np. wysłanie setek obserwatorów, którzy kontrolowaliby przebieg protestów i ich pokojowy charakter. Jak łatwo się można domyśleć – Damaszek taki pomysł odrzucił, proponując poprawkę do projektu, która zakładała wysłanie ich zaledwie kilkudziesięciu.

Tymczasem powoli wobec Assada powstaje opór zbrojny, którego głównym źródłem są syryjscy żołnierze, którzy nie chcą zabijać swoich współbraci. Na razie nie są to duże siły, ale niewątpliwie mają potencjał i – jeżeli nie zostaną brutalnie stłumione – mogą się poważnie rozrastać

Zależy to od kilku czynników, mogących występować oddzielnie lub łącznie. Formowanie się takiego źródła oporu będzie zależeć od upływu czasu (czyli de facto dalszych dezercji), okrucieństwa rozkazów, jakie będą otrzymywali żołnierze, słabnięcia Assada oraz zewnętrznej pomocy (państwa LPA, Turcja, może jednak NATO?) dla nich. Ważne będzie również zorganizowanie i zdyscyplinowanie całej opozycji (podjęto już dawno pierwsze starania), co zazwyczaj w warunkach bliskowschodnich jest arcytrudne, gdyż poglądy bywają skrajnie różne, a jedynym łącznikiem jest nienawiść wobec autorytarnego prezydenta.

Kluczowe pytanie brzmi, jak długo wojsko i służby specjalne będą wierne Assadowi? Na nich opiera się władza prezydent i jeżeli uda się wbić między nich klin, rozpocznie się proces dezintegracji reżimu. Zależeć to znowu będzie od interesów, w tym Allawitów, którzy mogą sobie uświadomić, że w dłuższej perspektywie Assad może się nie utrzymać, a wtedy oni zostaną osądzeni. Wierność żołnierzy zależeć będzie też od tego, czy Assad nie rozkaże im dokonać kilku rzezi, a także od finansowania wojska, czyli sytuacji gospodarczej kraju.

Liga Państw Arabskich zatwierdziła bardzo mocne sankcje:

- zamrożenie kont bankowych;
- zakaz podróżowania dla ludzi rezimu;
- wstrzymanie inwestycji;
- zakaz transakcji z syryjskim bankiem centralnym.

Swoje poparcie dla sankcji – oraz ich wykonanie – zapowiedziała Turcja. Liga Państw Arabskich wchodzi zatem ostro do gry i w olbrzymim stopniu doprowadza do izolacji Assada. Jeżeli członkowie LPA będą solidarni w wykonywaniu sankcji, Assad wpadnie w poważne tarapaty. Demonstranci nie ustąpią, urzędujący prezydent ma na to niemalże ostatnią szansę. Później możliwe są tylko dwa rozwiązania – albo brutalne rozpędzenie tych tysięcy ludzi przy pomocy czołgów i broni ciężkiej w nadziei, iż nikt z zewnątrz nie zainterweniuje, a wojsko pozostanie wierne albo podzielenie losu Muammara Kaddafiego, jeżeli wcześniej nie uda się uciec.

Napięcie wokół Iranu – stara miłość nie rdzewieje

1 komentarz
źródło: crossed-flag.com

źródło: crossed-flag.com

Co roku na jesień, tak mniej więcej od 2003 roku, pojawia się ten sam temat. Irański program atomowy. Izrael twierdzi, że jest gotowy do ataku, a Iran, że jest przygotowany na obronę, a jego program ma jedynie cel pokojowy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można ocenić, iż sytuacja ta powtórzy się w przyszłym roku, a potem jeszcze w następnym. Zazwyczaj zaczyna się tak samo – od przecieków z raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej stwierdzającej, iż Iran prawdopodobnie pracuje nad skonstruowaniem broni atomowej.

Izrael i Iran – jakie cele?
Dla zrozumienia sytuacji należy przedstawić sytuację strategiczną obydwu państw. Izrael jest izolowany w regionie, a chłodne stosunki łączą go nawet z tymi nielicznymi państwami, z którymi posiada stosunki dyplomatyczne (Jordania, Egipt, Turcja). Najważniejsza dla każdego premiera Izraela jest polityka bezpieczeństwa, a jednym z jej głównych założeń jest monopol na broń atomową. Każdy, kto zdecyduje się zaatakować Izrael w celu jego zniszczenia, musi liczyć się z tym, iż również jego kraj zakończy swoją egzystencję i stanie się niezamieszkaną pustynią.

Iran z kolei potrzebuje broni atomowej wcale nie po to, aby Ahmadineżad mógł wcisnąć przycisk i zniszczyć Izrael. Irańskiej dyplomacji marzy się przywództwo w świecie muzułmańskim i status mocarstwa regionalnego. Zamiast go uzyskać przy pomocy gospodarki, Persowie postawili na siłę militarną. Pozyskanie broni atomowej wzmocniłby pozycję Teheranu w regionie kosztem m.in. Arabii Saudyjskiej, ale także Stanów Zjednoczonych, jednocześnie osłabiając znaczenie przewagi atomowej Izraela. Program atomowy jest więc narzędziem politycznym – stąd też niejednoznaczna polityka Moskwy i Pekinu, które godzą się na nakładanie miękkich sankcji, ale nie chcą topić ajatollahów. Sama Rosja rozgrywa o tyle ciekawą partię, iż z jednej strony, sama pomaga w budowaniu elektrowni atomowych w Iranie, a z drugiej, głosuje za sankcjami i wycofuje się z realizacji kontraktu na dostawę systemów przeciwlotniczych S-300.

Izrael i Stany Zjednoczone – ze względu na swoją pozycję – muszą czynić wszystko, aby Iran nie wszedł w posiadanie broni atomowej, a Iran – ze względu na swoją potencjalną pozycję – stara się takową broń zdobyć albo przynajmniej przekonać wszystkich, iż nad nią pracuje.

Eskalacja konfliktu
Uprzejmości wobec Iranu są wręcz nieustannie. Podejrzane wybuchy, śmierć naukowców pracujących przy programie atomowym czy tajemniczy wirus Stuxnet, który miał zastopować irański program atomowy – tak wyglądał ten rok.

To jednak nic w porównaniu z potencjalnym bombardowaniem. Jedno jest pewne – jeżeli atak nastąpi to na pewno w momencie, gdy nikt się tego nie będzie spodziewał. Izrael, jeżeli poczuje, że zagrożone jest jego bezpieczeństwo i nie ma innego wyboru, dokona ataku. Największy ból Izraelczyków jest jednak inny. Prezydent Obama średnio pali się do wspomagania takiej akcji – a przecież bombowce gdzieś muszą wylądować, a także przez czyjąś strefę lotniczą (Irak?) przelecieć. Ponadto – nie ma żadnej gwarancji, że bombardowanie przyniesie wymierny efekt. Panuje powszechne przekonanie, że ewentualny atak – bardzo kosztowny politycznie – może jedynie wstrzymać prace nad bronią o – mniej więcej – dwa lata. Iran w odpowiedzi zdestabilizowałby – i tak niespokojny – region poprzez swoje działania w Libanie (Hezbolllah), Iraku czy Arabii Saudyjskiej.

Polityka jest więc tutaj decydująca. W zamieszaniu wokół atomowego Iranu największą rolę odgrywają interesy poszczególnych państw i ich pozycja w regionie, a w mniejszym stopniu kwestie pokoju na Bliskim Wschodzie, którego nie chce ani Izrael, ani, Iran. W samej układance najciekawszy – z punktu widzenia Teheranu – jest inny fakt. Przy obecnej technologii i celności (a raczej niecelności) rakiet, wycelowanie w Tel Awiw może się skończyć Holocaustem nie narodu żydowskiego, a palestyńskiego…

Dzień Niepodległości – pora na brutalną pobudkę

Brak komentarzy

źródło: follow.salon24.pl autor zdjęcia: Jan Słupski miejsce: Plac Konstytucji

Jedenasty listopada, 1918 roku.  Data “rozejmu” (choć w zasadzie to kapitulacji) Niemiec z Ententą oraz czas rozbrojenia Niemców w Warszawie przez Józefa Piłsudskiego i wierne mu oddziały. Pamiętacie, kto pojechał do Francji na negocjacje warunków pokoju w ramach Traktatu Wersalskiego? Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski. Marszałek nie był z tego tytułu zbyt szczęśliwy, ale rozumiał konieczność historyczną, a przede wszystkim fakt, że to m.in. Roman Dmowski stał na czele Polskiego Komitetu Narodowego, uznawanego przecież przez państwa zwycięskiej koalicji za oficjalnych polskich przedstawicieli.

A teraz co widzimy? Festiwal wyzwisk – jedni mówią o drugich tylko “faszyści”, a drugi o pierwszych, że “lewaki” i “pedały”. Brakuje umiarkowania, a przecież zarówno lewica, jak i prawica, mają w swoim polskim życiorysie piękną kartę niepodległościową. Gdyby Piłsudski z Dmowskim kłócili się w równym stopniu, to dziś pisałbym ten tekst – w zależności od rozwoju wypadków – albo po niemiecku albo po rosyjsku.

Dzień “atrakcji” – kilka założeń wstępnych
Ustalmy kilka rzeczy dla porządku, przed opisaniem przeze mnie tego, co widziałem w dniu 11 listopada, dniu naszego (tak, naszego, a nie waszego, ich, jego, jej itd) Święta Narodowego.

Po pierwsze, mam ograniczony zasięg wzroku – mogę tylko widzieć to, co zaobserwuję. Banał, ale np. dziennikarze “Gazety Wyborczej” czy “Rzeczpospolitej” nie potrafią się do tego zastosować.  Dlatego jak ktoś mi mówi, ze z tyłu marszu było spokojnie i rodzinnie – jestem mu w stanie uwierzyć. Proszę tylko w zamian o jedno – liczę na wiarę w to, że tak jak ja nie mogłem widzieć tego, co było z tyłu, tak ci sami – mówiący o spokojnym marszu – nie mogli widzieć tego, co było z przodu. Myślę, że to dość logiczne rozumowanie i bez jego przyjęcia nie możemy mówić o żadnej dyskusji.

Po drugie, nie mogę się rozpisywać na temat Kolorowej Niepodległej, bo mnie na niej nie było (!!!!). Uważam jednak, że blokowanie legalnego przemarszu jest ewidentną eskalacją konfliktu, a nie próbą pokojowej manifestacji. Nie znaczy to jednak, że można tym usprawiedliwić zachowanie w stylu rzucanie petardami w policję, użycia koktajlów Mołotowa, niszczenie mienia (w tym państwowego – jaki patriota niszczy coś, co należy do jego państwa?!) czy ganianie kamerzystów TVNu-24.

Po trzecie, takie same czyny jednej strony należy ocenić analogicznie z tymi popełnionymi przez drugą stronę. Po jednej i po drugiej stronie ludzie mieli prawo zamanifestować swoje poglądy, w sposób zgodny z prawem.

Po czwarte,  choć niektórym będzie ciężko w to uwierzyć, nie mam interesu w oczernianiu (i wybielaniu) kogokolwiek. Nie jestem członkiem ONR-u, MW, ale też nigdy nie miałem nic wspólnego zarówno z “Krytyką Polityczną”, ale także “Gazetą Wyborczą”.  Podziwiam logikę ludzi, którzy uważają, że jak ktoś krytykuje skutki MN negatywnie, to jest “lewakiem”, a jak skupia się na Niemcach atakujących grupę rekonstrukcyjną czy ludzi z flagami – faszystą.  Świat nie jest dwubiegunowy i pora sobie to uświadomić. O jednym wydarzeniu NIE MOŻNA MÓWIĆ bez pamiętania o drugim. Jeżeli ktoś tak czyni, jest najzwyczajniej nierzetelny. Za swoje teksty nie otrzymuje również pieniędzy.

Tak to leciało – Nowy Świat i anarchiści zabarykadowani w “Nowym Wspaniałym Świecie”
Dzień po imprezie nigdy nie jest prosty i częstokroć sprzyja przygodom. Tak też było tym razem, gdy na porannym spotkaniu z Michałem Kolanko (blog Spin Room, portal “wpolityce.pl”) zaciekawiony jego pójściem na MN, postanowiłem się tam udać wraz z nim. Miałem tylko zjeść zestaw All American w Jeffsie, a skończyło się na Nowym Świecie, potem Placu Konstytucji, a na końcu – na Rozdrożu.

Zacznijmy zatem od Nowego Światu – około godziny 13. Mnóstwo ludzi, w tym rodzice i babcie z dziećmi, kulturalnie przyszli obejrzeć defiladę. Zresztą – przyznać muszę, iż bardzo interesującą. Budujące widoki starszych pań proszących by przepuścić do barierki ich wnuki, aby mogły zobaczyć samochody wojskowe czy przemarsz żołnierzy. Ludzie byli do siebie przyjaźnie nastawieni. Tak powinien wyglądać cały dzień.

Jedno wydarzenie zakłóciło przebieg – niemieccy anarchiści zabarykadowani w “Nowym Wspaniałym Świecie”. Cokolwiek by nie mówić – naprawdę byłby to nadzwyczajny zbieg okoliczności, gdyby się okazało, iż znaleźli się tam przez przypadek, bo na całym Nowym Świecie jest kilkadziesiąt kawiarni, restauracji itd. Średnio mi się w to chce wierzyć. Efektem była zmiana przemarszu defilady i kordon policji pod “NWŚ”.


(filmik nagrany przez “Nowy Ekran”)

Trzeba napisać otwarcie – ich zachowanie to skandal. Atakowanie ludzi za to, że noszą polską flagę czy są grupy rekonstrukcyjną wojsk Księstwa Warszawskiego jest niedopuszczalne. Nie życzę sobie takich gości z Niemiec i najchętniej zapoznałbym ich z instytucją trzymiesięcznego tymczasowego aresztowania, a także zarzutami, nie z Kodeksu Wykroczeń, a z Kodeksu Karnego. Zresztą – wyraziłem to w sarkastycznym komentarzu na miejscu, że to miło ze strony Niemców, że znowu zostaną przez Polaków rozbrojeni w dniu 11 listopada.

Lewica nie ma prawo pouczać prawicy, dopóki sama nie upora się z takimi przypadkami. Jak można pozwolić na to, aby Polacy w Dniu Niepodległości byli bici za to, że wyszli z flagami? Ktoś przecież też zapraszał tych ludzi – nawet w sposób otwarty na stronie internetowej. Jeżeli lewica nie uderzy się w pierś – powinna się zamknąć.

Niemców jednak na Placu na Rozdrożu i na Placu Konstytucji nie było…

Plac Konstytucji i bitwa z policją
Cóż, po Nowym Świecie i budującym widoku polskich patriotów, w tym rodzin z dziećmi, przeniosłem się – wraz z Michałem, Rybitzkim oraz Followem na Plac Konstytucji. Po drodze mijaliśmy wielu “młodych chłopców w sportowym stroju” – część z flagami, część nie.

Przebiliśmy się – chyba nieświadomie – na stronę marszu, tuż przy kordonie policji, która postanowiła odgrodzić Marsz Niepodległości od Kolorowej Niepodległej. Dla zorientowanych – znajdowaliśmy się w okolicach salonu Play’a,, więc w centrum przyszłej bitwy. Zawinęliśmy się jednak stamtąd – ja zresztą bardzo szczęśliwie, bo Michał i Rybitzky pokazali legitymację prasową, a mnie policjant nie chciał przepuścić ze względu na brak tego dokumentu (nota bene – o niemal zerowej doniosłości prawnej). Ostatecznie udało się przedostać (”zapomniałem legitymacji, koledzy mogą potwierdzić”) w okolice KFC – zaraz obok miejsca, w którym rozegra się bitwa.

Nagrania Rybitzkiego. Stałem metr obok niego – na niektórych ujęciach mnie widać

Więc tak:
1) policja, zanim wkroczyła, wzywała do zachowania porządku i przestrzegania prawa – mniej więcej około 10 minut;
2) to demonstranci rozpoczęli zadymę – rzucając petardy, koktajle Mołotowa (tutaj nie jestem na 100% pewien), race i płyty chodnikowe – na filmikach zresztą słychać było, jak jest głośno i ile sprzętu dla ilu ludzi trzeba było mieć “w magazynie”, aby przez prawie pół godziny toczyć bitwę z policją;
3) walce z policją towarzyszył – na początku – krzyk, proszę mi wierzyć, nie kilku małych grup, “precz z komuną”;
4) policja użyła armatek wodnych oraz gazu łzawiącego, z którym – przy okazji – zapoznałem się też ja – można powiedzieć, że aż się wzruszyłem…;
5) podsumowując – policja według mnie nie nadużyła prawa i co więcej, spokojni uczestnicy tego “spotkania”, stojący przy KFC, nie zostali nawet potraktowani armatką, czego się mocno obawialiśmy ;) (nawiasem mówiąc – na “gorąco” myślałem, że jeżeli mnie poleją, to “będę miał za swoje”)

Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi teraz tłumaczył, że policji tam być nie powinno, bo gdyby jej tam nie było, mielibyśmy regularną bitwę, pewnie z ofiarami. Zresztą – uciekający ludzie, bojące się dzieci i ludzie chowający się w restauracjach dowodzą, jakie uczucia panowały na Placu Konstytucji w tamtym czasie. Ktoś powie – to nie organizatorzy Marszu Niepodległości.

Zapewne to prawda, ale trzeba zaznaczyć, że przecież zaproszeni – jak w przypadku niemieckich anarchistów – byli wszyscy, a “kibole” czy też skrajnie prawicowe organizacje to integralna część ich środowiska. Pamięta ktoś poręczenia Kempy? A rzecznika kibiców, Przemysława Wiplera? A Kaczyńskiego broniącego “kontekstu zatrzymania” jednego z kibiców – przy okazji Święta Narodowego? Intelektualnie trzeba być konsekwentnym – jeżeli za niemieckich anarchistów winimy Kolorową Niepodległą i “Krytykę Polityczną”, to za bojówki i bandy agresywnych dresiarzy z patriotycznymi hasłami “jebać policję” i “ITI spierdalaj” na ustach również odpowiada organizator.

Marsz
W końcu jednak Marsz ruszył, a my w pogoni – na skróty – za nim. Najpierw kawałek w nim przeszliśmy. W końcu udało się wyjść przed niego i tą pozycję utrzymaliśmy do końca. Aż do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie działo się nic szczególnego, naturalnie poza kontrowersyjnymi hasłami dotyczącymi czystości narodowej polskiego społeczeństwa Pod KPRM poleciały petardy, bo przecież tam również pojawiła się policja. Marszowi – tj. jego czołówce – towarzyszył patriotyczny śpiew “Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Znowu – nie w wykonaniu małych grup kibicowskich, a Marszu. “Czuję się jak w tuskobusie” – zripostował jeden z moich towarzyszy.

Niezależna TV dobrze oddała atmosferę marszu, w jego najspokojniejszej części.

Gdyby tak wyglądał cały marsz, słowa bym o nim nie napisał…

Im bliżej jednak Placu na Rozdrożu, tym więcej ludzi z zakrytymi twarzami, dresiarzy, bojówek kibicowskich, które zaczęły podbiegać, wyprzedzając czołówkę Marszu Niepodległości. Aż do Rozdroża…

Impreza na Rozdrożu
“Tak, czekamy, jesteśmy z (tu pada nazwa klubu piłkarskiego” – usłyszałem rozmowę rezolutnego młodzieńca. Widząc jednak przemieszczające się grupy paramilitarne czułem się coraz mniej pewnie. Jak już wyżej wspomniałem – dużo z zakrytymi twarzami, a to nie zwiastowało dobrze. Ja coraz aktywniej zacząłem się zastanawiać, w którą stronę biec w razie problemów. Mam około 7 sekund na 60 metrów, więc dałbym radę.

Ewidentnie zaczął się proces, dostrzegalny u pewnego typu osobników, szukania sobie wrogów. Wyzwiska zostały skierowane do policji, ale wiadomo – “powyżej” armatek wodnych i gazu łzawiącego raczej by nie przeskoczyli.

Nagle nadzieje odżyły – z dołu nadbiega grupka osób i już szykuje się na nich komitet powitalny. Niestety – rozczarowanie i żal, bo to narodowcy z Częstochowy.

Skoro więc nie ma anarchistów, bo ci bardziej bojowi zostali zatrzymani dużo wcześniej, to trzeba było zaatakować media. Ja widziałem, w jaki sposób został potraktowany wóz transmisyjny TVN24 oraz uciekającego ze skarpy, przed kilkoma “patriotami”, kamerzystę. Według informacji, jakie uzyskałem później – na całe szczęście nic mu się nie stało, a wyglądało to dramatycznie. Rozpoczęło się niszczenie mienia prywatnego i publicznego.

Tymczasem rozpoczęło się “kto nie skacze, ten z policji”, stojąc na uboczu przewijała mi się jedna myśl – może trochę egoistyczna i naiwna – a jeżeli ktoś prawy zauważy, że ja nie podskakuje z radością? Znowu, skakali wszyscy w zasięgu mojego wzroku po prawej stronie. A co, jeżeli proces szukania wrogów się nie zakończył? Grupki – po części zamaskowane – nadal przebiegały, w poszukiwaniu “szczęścia”… Na przodzie były głownie bojówki i dresiarze, które stały się jednocześnie – być może nieuczciwie – wizytówką Marszu Niepodległości.

Po chwili zawinęliśmy się z Marszu.

Jeden podstawowy wniosek
Za zabezpieczenie marszu odpowiadają organizator i policja. Organizator w zakresie jego przebiegu, a policja – zabezpieczenia interesu publicznego. Jeżeli organizator – a nie wątpię w jego dobrą wolę – nie potrafi zabezpieczyć przemarszu, nie powinien go organizować. Chcąc upowszechnić ideę, zaprosił nieodpowiednich ludzi. Albo jesteśmy dorośli i odpowiedzialni za to, co robimy, albo nie. Jeżeli druga możliwość – lepiej zająć się sadzeniem kwiatków w ogródku.

Problem jest jeszcze inny. Zgoda, w Marszu Niepodległości szły – w przeważającej liczbie – osoby normalne, chcące zademonstrować swój patriotyzm i mające do tego pełne prawo. Gdyby tyle tysięcy osób chciało wywołać zadymę – zniszczenia byłyby sto razy większe.

… Ale przecież niszczenie mienia, ataki na dziennikarzy i policję nie było czymś, czego normalni ludzie nie widzieli i nie dlatego się temu nie sprzeciwili. Chwała jednemu z organizatorów, który bronił – zniszczonego już co prawda – auta TVN, ale przecież dziesiątki, jeśli nie setki osób, widziały, co się działo na Placu Konstytucji i na Placu na Rozdrożu i nikt – poza policją – nie zareagował.

Oczywiście, wymaga to olbrzymiej odwagi cywilnej, bo można poważnie ucierpieć, ale tłum dał – poprzez swoją bierność- przyzwolenie na takie działania. Potem łatwo się odciąć, ale co zrobili organizatorzy, aby zapobiec tym incydentom? Czy też uważają – jak część uczestników – że “zawsze i wszędzie, policja jebana będzie”?


(autor: Jan Słupski)

Tak ja to widzę. Nie jestem obiektywny, bo żadna publicystyka taka nie może być, ale starałem się być jak najbardziej bezstronny.

Narodzie, obudź się. Dzień Niepodległość to czas radości, pamięci o bohaterach, a nie walk i nienawiści. Nie o taką Polskę walczyli nasi przodkowie.

—————
Na deser proponuję ten tekst – absolutny hit. Marsz z jeszcze innej perspektywy…

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – V

Brak komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Zapraszam do lektury kolejnego wydania Przeglądu Międzynarodowych Absurdów. Tym razem numer V. Jak zwykle – wielcy, ale również trochę mniejsi, tego świata pracują na to, aby znaleźć się w notowaniu.

6. Premier Grecji proponujący referendum w/s przyjęcia pakietu pomocowego UE
Premier Papandreu wygrałby niechybnie dzisiejsze notowanie, gdyby nie fakt, iż ze swojego pomysłu się wycofał. Przypomnijmy – chciał, aby kwestię następnego pakietu pomocowego dla Grecji rozstrzygnęli Grecy w referendum.

Brzmi nieźle – rzekliby demokraci. Owszem – gdyby nie fakt, że Grecy sami ten pakiet negocjowali i zakłada on pomoc finansową, ale również bolesne reformy, tak niezbędne Grekom. Przeciętny Grek głosowałby zatem, czy chce pomocy (która służyłaby głownie do spłaty długów) i bolesnych cięć (które odczułby na swojej skórze). Według pierwszych badań – przeciwko było ok. 60% społeczeństwa.

Niemcy i Francuzi byli bezwzględni. Jeśli Grecy nie przyjmą propozycji to nie zobaczą już ani euro. Pojawiały się nawet głosy o wyjściu z euro lub nawet całej Unii Europejskiej. Premier Grecji ostatecznie wycofał się ze swojego pomysłu, otrzymał wotum zaufania i teraz czekamy na rozmowy koalicyjne i dalszy ciąg programu.

Grecka tragedia trwa w najlepsze…

5. Najtańsze papierosy w Moskwie? Tylko u polskich dyplomatów!
“Szef MSZ Radosław Sikorski zwalnia w trybie natychmiastowym dwójkę pracowników polskiej ambasady w Moskwie. Zostali oni wczoraj zatrzymani przez Straż Graniczną w związku z próbą przemytu około 100 tys. sztuk papierosów. – Minister Sikorski podjął decyzję o ich zwolnieniu w trybie natychmiastowym – powiedział rzecznik MSZ Marcin Bosacki. Zostaną wydaleni z pracy w służbie zagranicznej w trybie dyscyplinarnym. “

Cóż, że kiepsko płatna bywa praca dyplomaty – o tym powszechnie wiadomo. Dwójka polskich urzędników postanowiła sobie pohandlować papierosami i – mam wrażenie – że będzie im to dane, ale już na bazarze w Polsce, a nie w Moskwie.

To mi przypomina opowieść o polskich dyplomatach z Azji, gdzie ściągali na potęgę luksusowe samochody, gdyż jako korpus dyplomatyczny byli zwolnieni z cła.

Polak jednak potrafi ;) .

4. Sarkozy jak Chirac!
To, że wszyscy będący poza strefą euro cieszą się z tego powodu jak małe dzieci, rzecz oczywista. Cieszy się na przykład Wielka Brytania, a jej konserwatywny premier – Dawid Cameron – za winne problemów uważa państwa będące w strefie i pozwala sobie na pouczanie innych przywódców. Kopie leżącego, ale trudno go krytykować, bo leżący sobie na to bardzo zasłużył.

Tymczasem jednak prezydent Nicolas Sarkozy postanowił wykorzystać stary sposób Jacquesa Chiraca na dyskusję z przywódcami innych państw. Były prezydent państwa zakomunikował Polsce (i innym państwom popierającym interwencję w Iraku), że straciła okazję, aby siedzieć cicho…

(…)”Potąd mamy waszego krytykanctwa, pouczania nas co robić. Najpierw mówicie, że nie znosicie euro, a teraz chcecie się wtrącać do naszych spotkań”. Ale tylko dziennik “The Guardian” dodaje zdumiewającą odzywkę Francuza pod adresem Camerona: “Była dobra okazja, żebyś się zamknął”.”

Francuzom i Brytyjczykom zasugerować możemy tylko ochłonięcie i polski wynalazek. Politykę miłości.

3. Dmitrij Rogozin, przedstawiciel Rosji przy NATO, proponuje, aby rosyjski stał się językiem urzędowym UE
Rosjanom trzeba przyznać, iż starają się nie opuszczać czytelników “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów” od samego początku. Kierunek – na samym początku – wskazał wódz, Władimir Putin – i od tego czasu Rosjanie nie spuszczają z tonu.

Rogozin zaproponował, aby rosyjski stał się językiem urzędowym UE. Argumentacja jest prosta – skoro mniejszości narodowe (szczególnie w Estonii, Litwie i Łotwie) się nim posługują, to czemu ma być dyskryminowany?

Pomysł nierealny i na pewno nie zostanie zrealizowany. Jakby to powiedzieć dyplomatycznie – Panie Ambasadorze, oficjalnymi językami są tylko te, które są urzędowymi w państwach członkowskich. Jest jedna “furtka” – jeśli Rosja wjedzie do UE, postulat Rogozina zostanie spełniony. Obawiam się jednak, że Dmitrij Rogozin, znany z antyzachodnich wypowiedzi (w tym krytyki wizyty ministra Sikorskiego w Afganistanie w latach 80-tych w charakterze dziennikarza), nie pójdzie – jak to mówi pewien klasyk, tą drogą.

2. Rozmowa trójkąta Westerwelle-Sikorski-Łukaszenka na temat homoseksualizmu.
Pamiętacie wizytę ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec w Mińsku u prezydenta Łukaszenki, mniej więcej z rok temu? Proponowali oni Białorusi pomoc liczoną w miliardach euro, w zamian za demokratyzację życia politycznego. Łukaszenka propozycji nie przyjął, bo pojęcie “wolnych wyborów” budzi w niego, byłego dyrektora Kołchozu, wręcz naturalny absmak, a poza tym UE przelicytowali Rosjanie.

Panowie jednak nie nudzili się. Jak powszechnie wiadomo, Guido Westerwelle, minister spraw zagranicznych Niemiec, znany jest z racji swojej funkcji, ale również ze swojej, jak to elegancko ujął minister Sikorski, nietradycyjnej orientacji seksualnej. Oddajmy głos zainteresowanym.

“(…)- Westerwelle obraził się, kiedy powiedziałem, że nie zgadzam się z… Jak to się nazywa… Homo… Homo… Kiedy facet z facetem… Homoseksualizm! – mówił w piątek Łukaszenka. – Sikorski zadaje mi pytanie: “Jak, Aleksandrze Grigoriewiczu, odnosicie się do nietradycyjnej orientacji?”. Powiedziałem, co sądzę. Że jak kobiety są lesbijkami, to jest to nasza, chłopów, wina. Zresztą jak kobieta z kobietą, to można to wybaczyć. Ale facet z facetem! Ohyda!”

Aleksander Łukaszenka poradził sobie z zagadnieniem z gracją śp. Andrzeja Leppera, czy też legendarnego już posła Węgrzyna (obecnie bezpartyjny), który podobnie odpowiedział. Kobieta z kobietą – można wybaczyć (a nawet popatrzeć)! Samego Łukaszenkę można docenić za rozmach i wyczucie czasu drugim miejscem w dzisiejszym notowaniu.

1. Polskie MSZ gratuluje Libijczykom zabójstwa Kaddafiego
“Ministerstwo Spraw Zagranicznych z uwagą śledzi wydarzenia w Libii po śmierci pułkownika Muammara Kadafiego. Gratulujemy narodowi libijskiemu ostatecznego zakończenia trwającego dziesiątki lat okresu dyktatury.” – napisało polskie MSZ w oświadczeniu wydanym po śmierci pułkownika Kaddafiego.

Polski MSZ rozbił bank. Śmierć Kaddafiego to raczej nie powód do międzynarodowej histerii. Sam Pułkownik zrobiłby ze swoimi przeciwnikami to samo, ale mówimy przecież o celach humanitarnych samej interwencji oraz jako przyczynę wspierania powstańców, a tu widzimy – prawdopodobnie – lincz. Obie strony konfliktu mają tam międzynarodowe prawo humanitarne, gdzie miał mieć komisarz Ryba paragrafy w “Killerze” (podpowiedź: rzeczownik, pierwsza litera na d). Sam Kaddafi był bezwzględnym dyktatorem, wielokrotnym zabójcą i – przede wszystkim – okrutnym przywódcą, który najpierw strzela do cywilów, a potem zadaje pytania.

Nie ulega jednak wątpliwości, że zabójstwo Kaddafiego było złamaniem Konwencji Genewskiej o Ochronie Ofiar Wojny, a jeżeli uznamy, że na podstawie rezolucji RB ONZ 1970 możemy postawić przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym Saifa al-Islama Kaddafiego, to tak samo możemy poczynić z zabójcami Kaddafiego, którzy popełnili zbrodnię wojenną.

Mówiąc zatem wprost - polskie MSZ pogratulowało Libijczykom dokonania zbrodni wojennej . Tego jeszcze nie grali i zasługuje to na zwycięstwo w notowaniu.

Sto lat za…. – pooksfordzkie refleksje

5 komentarzy
źródło: oximun.org

źródło: oximun.org

Podróże kształcą – co do tego banału nikt nie powinien mieć wątpliwości. Pora jednak uwypuklić poszczególne różnice między Polską, a Wielką Brytanią, między Uniwersytetem Warszawskim, a Oxfordem. Czego nam tak bardzo brakuje lub co powinniśmy poprawić?

Po pierwsze – biurokracja
Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o … biurokrację. Kocham swój Uniwersytet i czuje się jego częścią, ale irytuje mnie, że do wszystkiego potrzebuje albo podpisu (swojego jako prezesa, dziekana, opiekuna naukowego koła) albo pieczątki albo opinii naukowej. Wiecie ile razy podpisałem się na trzydniowej konferencji będąc na Oxfordzie i – formalnie – przewodząc delegacji? Zero. Na samym jednym wniosku na UW(a było ich przecież kilka) – trzy razy. Wszyscy w Wielkiej Brytanii mi wierzyli, że ich nie oszukuje i mam dobre intencje.

Sam jako student jestem częścią tej machiny biurokratycznej będąc przewodniczącym Rady Kół Naukowych Wydziału Prawa i Administracji. Mój wniosek jest taki – pora zacząć myśleć o studentach jak o dorosłych ludziach, mających ochotę na rozwój, a nie na wyłudzenie kilku złotych. Mówiąc brutalnie – nawet przy dzisiejszych barierach biurokratycznych wyłudzenie nie byłoby dla odpowiednio zdolnej osoby problemem. Dlatego będę robił wszystko, aby ułatwiać i przyspieszać procedury, nawet gdyby kosztować mnie to miało utratę tego wybieralnego stanowiska. Pytanie, czy ja będę silniejszy czy, mimo wszystko, system?

Wyjazd na osobę na czterodniową wycieczkę kosztował nas od około 1800 do 2000 zł na osobę. Mniej więcej połowę tej kwoty zwraca nam UW za co należą się podziękowania, zwłaszcza dla Rady Konsultacyjnej i wielu wspaniałych osób, które nam pomagały. Gdybym jednak na swojej drodze nie spotkał tak życzliwych osób, dostalibyśmy prawdopodobnie figę z makiem i do Londynu to chyba byśmy szli na piechotę.

Mowa tutaj o wielkiej międzynarodowej imprezie, kilkuset delegatach ze wszystkich kontynentów świata i symulowaniu obrad ONZ. Każda delegacja reprezentuje poszczególne państwo – my, z czego byłem średnio zadowolony, Bangladesz Człowiek na takich wyjazdach uczy się, jak funkcjonują organizacje międzynarodowe, jak wypracowuje się kompromisy, walczy o swoje interesy, występuje publicznie, a także poznaje ludzi, którzy prawdopodobnie w przyszłości będą dyplomatami lub urżędnikami. Właśnie dlatego np. Holendrzy  dostają na organizacje takiej konferencji  środki od swojego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy jeżdżą na tego typu imprezy co miesiąc, a my możemy – ze względów biurokratyczno-finansowych – jedynie dwa razy do roku. Nie dziwię się zatem, dlaczego potem mała Belgia ma więcej urzędników w Unii Europejskiej i potrafi się świetnie poruszać po – nomen omen – Brukseli.

Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę pisząc, że AD. 2011 Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa, którego mam przyjemność być prezesem, jest największym kołem naukowym, o tego typu tematyce, na całym Uniwersytecie Warszawskim. Skąd, jak nie od nas, mają się wywodzić przyszli nasi dyplomaci czy urzędnicy? My organizujemy dla potencjalnych kadr wyjazdy, szkolenia, spotkania dyskusyjne i międzynarodowe konferencje. Czy myślicie, że kiedykolwiek ktoś z MSZ-u się do mnie odezwał?

Za to często słyszę, że albo chcemy za dużo pieniędzy (przy czym hitem było, że kiedyś nie chcieli nas wpuścić z konferencyjnym cateringiem o 1/3 tańszym niż firma, która ma podpisaną umowę z UW) albo za często chcemy sale do dyskusji (tak, lepiej przecież, aby stały puste) czy że chcemy poruszać zbyt kontrowersyjne tematy (np. ekspercka dyskusja nt. międzynarodowych aspektów katastrofy smoleńskiej). Aby cokolwiek załatwić potrzebuję podania i zgody. Cały czas czuję nad sobą kontrolę – projekt, biurokratyczne uruchomienie środków, wykonanie, sprawozdanie, czyli de facto pisanie trzy razy o tym samym, umierające kolejne drzewa i urzędnicy, którzy i tak tego nie czytają.

Nasz Uniwersytet wydaje na ruch naukowy kwotę rzędu 400 tysięcy złotych rocznie. Brzmi nieźle, ale pod warunkiem, że nie zestawimy tego z liczbą ogólną studentów (około 50 tysięcy). Budżet Rady Kół Naukowych WPiA to około 24 tysięcy rocznie (na około 30 kół naukowych). Jednocześnie jestem przekonany, że w przypadku cięć, to nam, ruchowi naukowemu, dostanie się jako pierwszemu. Jak mamy rywalizować z zachodnimi uczelniami, gdy na rozwój ruchu naukowego przeznaczamy tak mało oraz tworzymy tyle przeszkód biurokratycznych? Kolejny przykład – w tym roku w Singapurze odbył się tzw. World Model United Nations. Koszt takiej imprezy to około 5-6 tysięcy złotych na osobę. Szanse na pozyskanie w takiej wysokości środków z Uniwersytetu, nawet tylko dla kilku osób, są zerowe, więc relację z tego projektu mogę co najwyżej przeczytać w Internecie. Jestem w stanie się jednak założyć o duże pieniądze, że delegacje z Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii, Chin czy Niemiec się tam pojawiły.

A później zdarzają się takie historie, jak słyszałem od jednego z moich znajomych (mam nadzieję, że się nie obrazi za publikację). Młody chłopak po studiach dostaje pracę w Brukseli w COREPERze (Komitet Stałych Przedstawicieli przy Radzie Unii Europejskiej). Nieobyty jeszcze, nieprzyzwyczajony do publicznego mówienia po angielsku, zostaje wysłany na posiedzenie bez stosownych informacji. Nagle pada sakramentalne zdanie:
- Tak, w tej kwestii mniej więcej mamy porozumienie, ale nasi polscy przyjaciele jeszcze mieli jakieś uwagi?
- …

Tak, na nieobyciu właśnie najwięcej się przegrywa w Brukseli. Doskonale ten fenomen opisał Piotrek Wołejko u siebie. Zamiast walczyć na poziomie powstawania projektu dokumentu, my dopiero się orientujemy, że mamy problem, na decydującym posiedzeniu Rady UE lub nawet po nim, gdy na tworzenie jakichkolwiek koalicji jest już za późno. Jak jednak my przygotowujemy nasze młode pokolenia do służby zagranicznej, a jak nasi partnerzy w Europie, czy nawet z Azji?

Merytorycznie – bez zarzutu
Najważniejsze jest to, że Polacy mają olbrzymi potencjał i merytorycznie nie tylko nie odbiegają od swoich rówieśników, a nawet ich często przerastają np. w kwestii znajomości prawa międzynarodowego. Nie “bywając” jednak tracimy co innego – sztukę perswazji i umiejętności autoprezentacji. Co z tego, ze mamy rację, jeśli gadająca bzdury Holenderka jest już 5 raz czy native speaker, jest nas w stanie po prostu przegadać przy pomocy pustych zdań? Co mają mówić – nauczą się w przyszłości w dyplomacji, ale jak – już teraz, na tego typu imprezach polegających na symulowaniu obrad i reprezentowaniu danego kraju. Siedząc tylko w Polsce fundujemy sobie sami, de facto, ujemne punkty za pochodzenie.

Nie wierzycie, że tak dobrze możemy być przygotowani merytorycznie? Cztery przykłady z mojej komisji.

1) Reprezentantka Stanów Zjednoczonych chcąca wzywać państwa do ekstradycji terrorystów do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (po pierwsze, MTS sądzi spory między państwami, a po drugie, nie jest to jego zakres orzecznictwa)).
2) Dyrektorka tego całego posiedzenia, która chcąc ratować tę dziewczynę, powiedziała, że chodzi jej pewnie o Międzynarodowy Trybunał Karny (!!!! – MTK zajmuje się takimi rzeczami jak np. zbrodnie przeciwko ludzkości)
3) delegaci, którzy chcieli, aby podstawą powołania nowej organizacji międzynarodowej była rezolucja ZO ONZ (rezolucje ZO ONZ nie mają mocy wiążącej – niewiele dobrego zrobiłem na tej konferencji, ale zamieniłem deklarację utworzenia na rekomendowanie utworzenia właśnie na poziomie projektu)
4) dyskusje i próby wrzucenia do rezolucji (na cale szczęście nieudane) definicji terroryzmu w kształcie z jednej z rezolucji RB ONZ (rezolucje RB ONZ, w przeciwieństwie do tych ZO ONZ, są wiążące prawnie dla adresatów i debatowanie nad “miękką definicją” było tylko stratą czasu, bo nie miało żadnej doniosłości prawnej).

Skoro zatem możemy z innymi delegatami się porównywać i dyskutować to róbmy to, szkolmy młode kadry i przygotowujmy do służby. Bierzmy przykład od najlepszych, bo jeżeli będziemy blokować młodzież to sami uniemożliwimy rozwój swojego kraju. Studia są dla studentów i pracowników naukowych, a nie dla biurokratów.

Rozmawiałem ze studentami Oxfordu. Tam student czuje się kimś – w tygodniu ma np. indywidualne zajęcia z profesorem. W Polsce student ma ćwiczenia w 30-35 osobowych grupach, a jego poczucie “bycia kimś” kończy się na pierwszej wizycie w dziekanacie.