Patryk Gorgol

Nowojorska rozgrywka izraelsko-palestyńska

Brak komentarzy
źródło: aljazeera.net

źródło: aljazeera.net

Mahmud Abbas ogłosił decyzję – Palestyna złoży na ręce Sekretarza Generalnego ONZ, Ban Ki-Moona, wniosek o przyjęcie w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pierwotnie taki wniosek miał być złożony 20 września, ale Palestyńczycy grają na czas i złożą go nieco później – czekając do końca na odpowiadającą im ofertę, wiedząc że po głosowaniu w/s członkostwa – na 100% przegranym – wcale nie obudzą się w lepszym świecie.

W Nowym Jorku znajduje się też prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, oraz premier Izraela, Benjamin Netanjahu. Obama zapowiedział już publicznie zawetowanie wniosku palestyńskiego w RB ONZ, co przesądza o jego losie. Jednocześnie ani Izraelczykom, ani Amerykanom nie zależy na dojściu do głosowania, bo cały świat będzie krytykował Waszyngton – podobnie jak w przypadku potępienia izraelskiego osadnictwa na Bliskim Wschodzie, poprzednim razem, gdy 14 państw głosowało “za”, a Amerykanie “przeciwko”.

Proponowane wyjście z impasu?
Oficjalna propozycja amerykańska i izraelska brzmi: wróćmy do rozmów, ale bez warunków wstępnych. Z medialnego punktu widzenia – brzmi to co najmniej nieźle. Pokazuje chęć rozmów i to natychmiast. Równocześnie trwa izraelsko-amerykańska ofensywa dyplomatyczna mająca na celu maksymalnie zmienić wynik głosowania w taki sposób, aby to nie tylko amerykańska postawa zapobiegła przyjęciu Palestyny do ONZ.

Tylko że Abbas – zgadzając się na powrót do bezpośrednich rozmów – nie uzyskuje nic, poza dialogiem, który przecież – oficjalnie czy też nie – trwa od kilkudziesięciu lat. Warunek wstępny Palestyńczyków zakłada wstrzymanie rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Jerozolimie Wschodniej, które w istocie jest szantażem. Izrael najpierw zainstaluje osadników, a potem powie, że oni już tam są i trudno o ich ewakuację. Polityka faktów dokonanych – bardzo skuteczna. Warunek palestyńskich – z racjonalnego punktu widzenia – wcale nie jest zaporowy, a jest rzeczywistym minimum, takim jak na przykład to,  że na czas rozmów zbrojne ramię Fatahu nie będzie atakować Izraelczyków.

Fatah (partia Mahmuda Abbasa) już teraz znajduje się w nie najlepszej sytuacji, a różne patologie władzy obecne w Palestynie wzrostowi poparcia nie służą-  zwłaszcza w czasie Arabskiej Wiosny. Nawet jeśli przegra głosowanie, ma szanse wzmocnić swoją pozycję, gniew kierując w stronę Izraela i Stanów Zjednoczonych. Jeśli się wycofa i w ramach bezpośrednich rozmów dostanie to samo co zwykle – czyli nic + następne izraelskie osiedla, to z pewnością za wygranego wśród swoich rodaków uchodził nie będzie. A sam proponował już Izraelczykom m.in. rezygnację z nierealnego prawa Palestyńczyków do powrotu.

Abbas zatem może odpuścić tylko wtedy, gdy uzyska odpowiednie gwarancje ustępstw izraelskich, a na to z kolei – również z powodów politycznych – pójść nie zamierza reprezentujący mocno prawicowy elektorat, w tym osadników, premier Netanjahu. Jego wyborcy nie chcą pokoju z Izraelem, na pewno nie w granicach z 1967 roku, a z własnych domów – czyli osławionych już osiedli – również się nie mają ochoty wyprowadzać.

A Amerykanie?
Sytuację mogliby uratować Amerykanie. Co prawda cały prestiż Waszyngtonu wyparował wraz z interwencją w Afganistanie i Iraku, ale mają oni ważne argumenty mogące przekonać Izraelczyków i Palestyńczyków do pokoju – amerykańskie, oryginalne dolary. Izrael otrzymuje, w różnej formie, pomoc o wysokości kilku miliardów dolarów. Autonomia Palestyńska również finansuje się m.in. z pieniędzy amerykańskich. Między Izraelem, a Stanami Zjednoczonymi istnieje też strategiczny sojusz wojskowy.

Amerykanie mają zatem możliwość pociągania za odpowiednie sznurki. Robią to jednak jedynie w jedną stronę – Palestyńczycy nieraz stawali przed groźbami odcięcia strumienia pieniędzy. O analogicznym przypadku w stosunku do Izraela nie słyszałem.

Nie wygląda jednak na to, aby Obama miał rozplanowaną grę – wszakże sam proponował granice z 1967 jako podstawę rozmów, a teraz się z tego wycofuje. Wielokrotnie oficjalnie potępiał również rozbudowę osadnictwa i zachęcał do jej zaprzestania – już tego nie robi. Naciska zatem na ustępstwa na Abbasa, czyli słabszego zawodnika, który nie dysponuje wpływowym lobby na Kapitolu. To on ma oszczędzić Ameryce nieprzyjemności związanych z wetowaniem, w tym wykorzystaniu go przez antyamerykańskie ugrupowania na Bliskim Wschodzie.

Na odsiecz Palestyńczykom – przynajmniej oficjalnie – ruszyła Arabia Saudyjska. Ustami księcia Turkiego al-Faisala zapowiedzieli, że w razie amerykańskiego weta dojść może do kryzysu na linii Waszyngton-Rijad.

Trzeba pamiętać, że tzw. Arabska Wiosna wręcz naturalnie jest propalestyńska, a zatem i antyizraelska. Doskonale widać to przy okazji wydarzeń w Egipcie, gdzie niszczy się gazociągi prowadzące do Izraela, demonstruje przed ambasadą czy otwiera – wcześniej zamkniętą – granicę ze Strefą Gazy. Saudyjczycy – chcąc, nie chcąc – muszą ostentacyjnie demonstrować poparcie dla Palestyńczyków, chociażby względu na niepokoje oraz oficjalną linię państw muzułmańskich (w tym Turcji). Trudno jednak oczekiwać, by w wyniku weta doszło do zerwania przyjaznych stosunków amerykańsko-saudyjskich.

To co teraz?
Aż do głosowania Mahmud Abbas poddawany będzie olbrzymiej presji. Różne scenariusze są otwarte. Jeżeli Amerykanie chcą pokoju – muszą przekonać premiera Netanjahu, aby na czas rozmów powstrzymał izraelskie osadnictwo. Proszę wyobrazić sobie – jesteśmy na etapie problemów ze wznowieniem rozmów, a co dopiero o rozwiązaniu olbrzymiej liczby problemów (osadnictwo izraelskie, granice, status Jerozolimy, woda na Zachodnim Brzegu itd).

Najbardziej optymistyczny, aczkolwiek mało prawdopodobny, scenariusz zakłada, że Obama i Netanjahu mają gotowe propozycje dla Abbasa i nie ujawniają ich, nie chcąc ich spalić. O ile te prezydenta Obamy są czasami sensowne, o tyle zawsze – w razie konfliktu ze stanowiskiem Izraela – wycofuje się z nich. Bezpośrednie rozmowy mają sens tylko wtedy, gdy idą za nimi konkretne propozycje, a nie tylko przystawki.

Obama i Netanjahu mają rację, gdy podkreślają, że faktycznie niepodległa Palestyna może powstać tylko na drodze negocjacji, a nie jednostronnych wniosków do ONZ, aczkolwiek obie strony mogą dojść do porozumienia jedynie w razie dwustronnych, olbrzymich ustępstw. Chęci do nich, zwłaszcza po stronie obecnego rządu, brakuje – zgodnie zresztą z głosami wyborców, którzy taki układ polityczny w Izraelu popierają. Palestyńska polityka w Nowym Jorku pokazuje tylko ich bezradność.

Przesuwanie pionków na przykładzie Libii

2 komentarzy

Premiera Wielkiej Brytanii, Dawida Camerona, a także prezydenta Francji, Nicolasa Sarkozy’ego przywitano w Trypolisie entuzjastycznie. Sarkozy mógł wyczytać “merci”, a Cameron “thank you”. Jednocześnie obaj otrzymali zapewnienie o wdzięczności narodu libijskiego od przewodniczącego Narodowej Rady Libijskiej (używam sformułowania zaczerpniętego z polskich mediów – angielska wersja to National Transition Council) Mustafy Abdula Jalila. Siły Kaddafiego się jeszcze bronią, ale straciły kontrolę nad państwem po ponad półrocznej wojnie domowej.

Bohaterscy opozycjoniści?
Sama osoba Mustafy Abdula Jalila pokazuje, że moralność w polityce jest jedynie narzędziem. Przypomnijmy, że uzasadnieniem dla interwencji w Libii było zabijanie cywilów przez reżim pułkownka Kaddafiego. Kontekstem zaś: Arabska Wiosna (chociaż właściwie to mamy już prawie jesień, a całość zaczęła się w zimę) Ludów. Około lutego Kaddafi wyczuł, że znajduje się w poważnych opałach. Próbował nawet wspierać – jako jeden z ostatnich – sądzonego obecnie w Kairze Hosniego Mubaraka. Sam – po obaleniu Ben Alego w Tunezji i wydarzeniach na kairskim Placu Tahrir – stał się celem. Zdecydował się na krwawe stłumienie swoich przeciwników, niewątpliwie łamiąc prawa człowieka i zabijając niewinnych ludzi. Równocześnie część jego najbliższych współpracowników zaczęła się od niego odwracać – w tym Mustafa Abdul Jalil, minister sprawiedliwości w latach 2007-2011. Obecny przyjaciel Sarkozego i Camerona, który stanął na czele opozycji w Benghazi.

Pytane brzmi, czy przyjmując optykę zaproponowaną przez Francuzów i Brytyjczyków, Jalil jest kryształowym opozycjonistą? Trudno wszakże przypuszczać, aby pełniący swoją funkcję przez 4 lata Jalil przez 4 lata był libijskim Konradem Wallenrodem, walczącym z reżimem od środka na stanowisku, na którym odpowiada się m.in. za prowadzenie procesów … opozycji. Naturalnie, teraz pojawiają się już informacje o heroizmie Jalila z lat 2007-2011, jednak trzeba dużo dobrej woli, aby uznać ich pojawienie się za przypadkowe. Identycznie jak nikt przesadnie nie nagłaśnia raportu Amnesty International, w którym owszem, podkreśla się zbrodnie reżimu Kaddafiego, ale zauważa, iż opozycjoniści również częstokroć nie byli zainteresowani przestrzeganiem praw człowieka.

Tu właśnie obserwujemy przestawianie pionków. Libia, ze względu na swoje położenie oraz zasoby surowców naturalnych, była, jest i będzie łakomym kąskiem dla państw. Nowe libijskie władze – podobnie jak w Iraku – będą dzielić swoje zasoby i tym, którzy zasłużyli (a niektórzy twierdzą, że w tym gronie znajduje się też Polska) otrzymają swój kawałek tortu. Jalilowi i jego ludziom w rządzeniu bardzo pomogą miliardy dolarów zgromadzone przez Kaddafiego i spółkę na zagranicznych kontach, zamrożonych na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Czy to gra o zasady? Nie, to gra o pieniądze i interesy. Nadarzyła się okazja, aby Kaddafiego pozbawić władzy, to ją wykorzystano.

Jak przesunąć pionki przy aprobacie społeczeństwa?
Do przesunięcia opozycji do władzy potrzebnych było spełnienie kilku warunków. Trzeba pamiętać o tym, że europejscy i amerykańscy politycy – w przeciwieństwie do np. rosyjskich czy chińskich – są ograniczeni opinią własnego społeczeństwa. Dlatego nikomu nie spieszyło się do inwazji lądowej, niepopularnej “formy” od czasów Iraku i Afganistanu. Obecne społeczeństwa potrzebują nie tyle wiary w to, że interwencja jest w interesie ich państwa, ale także tego, aby była ona w “słusznej sprawie”. Politycy za “słuszną sprawę” mogą uznać ropę czy gaz, ale dla przeciętnego mieszkańca “Zachodu” będzie to opowiedzenie się za słabszym, gnębionym przez totalitarnego potwora, który nie przestrzega żadnych zasad i w przeciwieństwie do nas – naturalnie – nie dysponuje kręgosłupem moralnym. Dlatego w miesiąc zmienił się cały PR Muammara Kaddafiego i jego syna, Saifa, przedstawiając ich jako bezwzględnych zabójców (którymi w sumie są), a gloryfikując opozycję z Benghazi (zapominając o tym, że w części to byli pomocnicy Kaddafiego).

Później wiadomo – należało się postawić w obronie słabszego i pokrzywdzonego, zanim przegra. Warte podkreślenia jest, iż “Świt Odysei” ruszył niemal w ostatniej chwili, gdy ten “niepopierany i niepopularny” Kaddafi już prawie zgładził rebeliantów. NATO, a głównie Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi uratowali opozycję, a potem wyposażyli ich w broń, przeszkoli wywiadowczo i wojskowo, a także wysyłali swoje służby specjalne do wspomagania operacji opozycjonistów. Inaczej nie mieliby żadnych szans na zwycięstwo. Najlepsze (a może typowe?) jest w tym, jak notorycznie ignorowano prawo międzynarodowe – według doniesień prasowych broń dla reżimu – przez pośrednictwo Algierczyków – sprzedawali m.in. Chińczycy.

A to oznacza, że embargo na broń do Libii, uchwalone przecież przez Radę Bezpieczeństwa, łamały – i to w dwie strony – państwa głosujące za jego przyjęciem.

Międzynarodowe szachy zawsze wymagają strategii, a bardzo często również ignorowania lub łamania obowiązujących norm prawnych. Każdy przecież chce wygrać swoją partię i nie liczy się styl, lecz wynik.

Żenada, a nie debata o sprawach zagranicznych

Brak komentarzy

źródło: kampanianazywo.pl

źródło: kampanianazywo.pl

Debata polityczna w założeniu ma przedstawić społeczeństwu poglądy poszczególnych ugrupowań na daną tematykę. Zestawić koncepcje, uwidocznić różnicę, porównać strategie. Zamiast tego otrzymaliśmy godzinę utrzymaną w tonie “bla bla bla”, “będziemy się starać o …”, ‘umowy powinny być dobre” i dziesiątki innych, nieznaczących, banalnych hasełek na poziomie uczniów liceum. Tabloidyzacja debaty dotyczy też Moniki Olejnik, która tak dobrała tematy, by – chociażby przez przypadek – nie zmusić uczestników do wysiłku. Najbardziej zadowolony mógł ze studia wyjść Radosław Sikorski, któremu nikt nie robił zbędnych trudności, a pytania jakie otrzymywał, były tak oczywiste, że minister spokojnie obronił swoją pracę w MSZ-ecie.

Trzeba przyznać, że sama debata była bardzo kulturalna – za to olbrzymi plus, ale przy okazji dobrze byłoby, gdyby – nawet lekko kosztem tej kultury – była przynajmniej w minimalnym stopniu merytoryczna. Panowie dostali po 2 minuty czasu (fakt, że to za mało), w czasie których mogli spokojnie zbudować około 10 zdań i zacytować kilka statystyk, prezentując wyraziście swoje poglądy. Niestety, zamiast tego tonęli w dygresjach, a my nie dowiedzieliśmy się niczego nowego.

Podaję przykład. Debata o podstawie prawnej katastrofy smoleńskiej. Sikorski twierdzi, że zastosowaną dobrą, ale już Kowal ma inny pogląd i mówi, że była “niedobra”. Ja rozumiem, że ten temat jest niesamowicie złożony (sam go poruszałem kilka razy u siebie), ale po czym ci biedni ludzie mają poznać, czy podstawa była właściwa czy nie? Po uśmiechach polityków czy wyrazie twarzy? “Ja uważam A”, “A ja uważam B”. Pięknie się poróżnili, ale gdzie tutaj debata i argumenty?!

Czy kwestia palestyńska – to urocze, jak nieprzygotowani byli WSZYSCY politycy do tego pytania. Deklarowali, że ‘trzeba wypracować wspólne stanowisko w ramach UE”, ale do cholery – przecież w ramach Unii Europejskiej trwa w tej sprawie dyskusja o treści tego stanowiska. To co, my nie mamy poglądu w tej sprawie? To zabawne, bo Niemcy i Francuzi potrafią się różnić w tej kwestii. W “debacie” najbardziej idącą wypowiedzią było groteskowe wyznanie Kalinowskiego, że “sympatią jest przy przyszłym państwie palestyńskim”. Polityka polega przecież na ścieraniu się poglądów i pracowaniu nad kompromisem, a nie sztuce “niezajmowania stanowiska”.

Myślicie, że to naprawdę takie trudne, żeby powiedzieć coś nieszablonowego przy tym pytaniu? W moich oczach najbardziej zapunktowałby ten polityk, który powiedziałby, że cała dyskusja wokół Palestyny i ONZ jest bez sensu, bo jeżeli tam ma zapanować pokój, należy zmusić obie strony do powrotu do stołu negocjacyjnego. Popieranie w ciemno działań Ashton – bez stanowiska – to intelektualne harakiri. A co, jeżeli Ashton powie, że teraz trzeba zbombardować Jerozolimę, bo to rozwiąże problem statusu tego miasta? Panowie też będą ją tak ochoczo popierać? Jasne, że tak nie uczyni, ale pokazuję mechanizm – w tym pytaniu wyszła cała bezpłciowość uczestników debaty, którym bardziej zależało na tym, aby ładnie wyglądać, aniżeli dobrze się przygotować. Kwestie bliskowschodnią chcieli odepchnąć od siebie czym prędzej.

Czy wałkowanie tematu minister Fotygi – naprawdę są ważniejsze sprawy. Znam kilka osób w PiS-ie, a także wielu jego zwolenników i w zasadzie nikt się ze mną nie spiera w kwestii jej braku kompetencji do kierowania sprawami zagranicznymi. Po co więc tracić czas na cytowanie depesz WikiLeaks? Jaki to ma cel merytoryczny? Czy Polska zdywersyfikuje dostawy gazu albo umocni swoją pozycję w UE dzięki rozmowom na poziomie “kto gorzej ocenia byłego pisowskiego ministra – Polacy, Amerykanie czy Europejczycy?”. Naprawdę nie było inteligentniejszych pytań do Pawła Kowala?

Nawiązując do Pawła Kowala, to ten tez błyskotliwie próbował przekonać, że rozwiązaniem wszelkich problemów jest zgoda narodowa. Ok, racja – kłótliwość naszych polityków powoduje też u mnie zażenowanie i w kluczowych kwestiach konsensus jest niezbędny, aczkolwiek wolałbym posłuchać o jego pomysłach na przyszłość, zamiast propagandowej papki o pojednaniu. Znowu z przykładem – Paweł Kowal skrytykował umowę gazową, ale jednocześnie nie podał kwoty, jaką płacimy za gaz, nie porównał z innymi umowami podpisanymi przez Gazprom, a przede wszystkim – wspomniał, że “były alternatywy”, ale nie powiedział jakie! Skoro można było podpisać lepszą umowę gazową, to ja chciałbym wiedzieć “jak?”, a nie słuchać zdania oznajmującego, bez wyjaśnienia.

Mocno zalicytował również Marek Siwiec, który stworzył własną koncepcję geopolityczną – obecny rząd zawdzięcza swoją pozycję na arenie międzynarodowej interwencjom w Iraku i Afganistanie. Doskonale – zwłaszcza, że inwazja na Irak była niezgodna z prawem międzynarodowym i formalnie Organizacja Paktu Północnoatlantyckiego w nim nie uczestniczyła. Jakie więc “wzmocnienie” naszej pozycji w NATO ma na myśli Siwiec? Wobec Niemców czy Francuzów, którzy wtedy głośno krzyczeli przeciwko Waszyngtonowi? Za zachowanie Polski wobec sytuacji w Libii należą się obecnemu rządowi słowa uznania, ale minister Sikorski krytykujący interwencję w Iraku i Afganistanie też wygląda groteskowo – bo czy Platforma była wtedy przeciwko? Czy to nie koalicja wysyłała naszych żołnierzy do Afganistanu i – fakt – też ich wycofała z Iraku?

Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale to bez sensu. Szkoda czasu, bo rozmowa była infantylna i płytka. Panowie – może momentami poza Kalinowskim – nie posługiwali się danymi gospodarczymi, a przecież polityka zagraniczna ma służyć przede wszystkim bezpieczeństwu i gospodarce.

Warto jeszcze wspomnieć, o czym nie powiedziano wcale (albo jednym zdaniem) w czasie piątkowego spotkania:

- o Partnerstwie Wschodnim jedno zdanie powiedział minister Sikorski w podsumowaniu, a to przecież kluczowy projekt z punktu widzenia naszej dyplomacji;
- Białorusi sobie wcale nie przypominam;
- Gruzji również zabrakło;
- o stosunkach z Niemcami wspomniano tylko w kontekście mniejszości narodowej i sporu o gazoport (Kowal ma rację – należy spisać z Niemcami umowę międzynarodową w tej sprawie);
- o Rosji tylko w kontekście Smoleńska (i ze 2 zdania Sikorskiego w podsumowaniu);
- o prawie 2,5 miliarda ludzi, to znaczy o Chinach i Indiach, nie było ani słowa, nie mówiąc już o takich “malutkich” jak Japonia czy Korea;
- dyskusja o roli Polski w UE to groteska – “mamy dużo”, “mamy mało” – i wybierz sobie telewidzu;

Za to dyskutowano o “kluczowych’ dla polskich interesów narodowych sprawach – depeszy WikiLeaks o Annie Fotydze, żywności GMO i wspólnej polityce rolnej, a także wyprawkach dla Polaków na Litwie (doceniam problem, ale to nie brak wyprawek jest powodem zaniepokojenia naszej mniejszości narodowej, poza tym polskie dzieci w Polsce nie dostają wyprawki.. .).

Złota myśl debaty należy do Marka Siwca, a brzmiała ona mniej więcej tak: poza Euro żyć mogą tylko państwa albo bardzo bogate albo bardzo biedne. Panie Pośle, około 180 państw świata żyje poza strefą euro. Są wśród nich oczywiście państwa bardzo bogate oraz bardzo biedne, ale są też te bogate, średnio bogate i biedne.

Tylko najsmutniejsze jest to, że taki “spektakl’ jest nam fundowany z naszej winy. Polaków kompletnie nie interesują sprawy międzynarodowe, gdyż dla nas centrum wszechświata jest Polska. Stąd dziennikarze komentujący tę debatę w studiu byli taki podekscytowani – oni naprawdę myśleli, że to była ekspercka rozmowa i “waga ciężka”. Dopóki Polaków bardziej będzie interesować kolejny spór o siano w polskiej polityce niż kwestia budżetu europejskiego czy bezpieczeństwa energetycznego, dopóty taka będzie oferta naszych polityków. Politycy dopasowują ją wszakże do odbiorców.

Przegląd Międzynarodowych Absurdów – cz. III

2 komentarzy
źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Można powiedzieć, że z mojego punktu widzenia wakacje rozpoczynają się na nowo, zatem zapraszam do kolejnego wydania “Przeglądu Międzynarodowych Absurdów”. Dawno nic nie pisałem, więc trochę w międzyczasie się wydarzyło. Notowanie trzecie!

5. Iran prowadzi badania nad bronią atomową.
Co w tym absurdalnego? Oczywiście nic – Iran prawdopodobnie rzeczywiście prowadzi takie działania i izraelsko-amerykański wirus mocno pokrzyżował mu szyki, aczkolwiek zabawne są momenty pojawienia się takiej informacji.

Sezon ogórkowy? Nic się nie dzieje? Media nie mają o czym pisać? Zawsze z pomocą przybędą MAEA i Iran. MAEA wyda oświadczenie, że podejrzewa, iż Teheran prowadzi badania i ma na to dowody, Iran odpowie, że prowadzi badania nad energią atomową tylko do celów pokojowych, a nawet jakby było inaczej, to ich sprawa. Tylko w Izraelu się nie śmieją.

A redaktorzy działów zagranicznych szczęśliwi. Jest temat i to w dodatku nośny. Na koniec tekstu dorzuci się przecież tę samą frazę co od mniej więcej 10 lat – “Izrael i Stany Zjednoczone rozważają bombardowania”.

4. Palestyńczycy “140 państw na 193 poprze nas w ONZ”
Palestyńscy liderzy są przekonani, iż uzyskają dobry wynik w ONZ w kwestii swojego uznania. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy – uznać to ich może, kto tylko chce. Czym innym jest jednak zapowiadany przez nich cel – mianowicie przystąpienie do ONZ, wymagające przejścia i przez Zgromadzenie Ogólne i przez Radę Bezpieczeństwa.

Z tego co wiem, to Amerykanom nadal “zależy na pokoju, ale priorytetem pozostaje bezpieczeństwo Izraela”, co oznacza mniej więcej tyle, że w razie problemu Amerykanie zawetują palestyński wniosek w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Szansą na wygranie głosowanie przez Palestyńczyków jest otrzymanie statusu obserwatora. Rzeczywiście, taką większość w ZO ONZ mogą uzyskać. Tylko że będzie to pyrrusowe zwycięstwo – wszakże Organizacja Wyzwolenia Palestyny otrzymał taki status już w latach siedemdziesiątych. Jeżeli jednak rzeczywiście 140 państw uznałoby Palestynę za niepodległe państwo w jakimś innym trybie lub innej procedurze, byłby to sukces dyplomatyczny Abbasa i spółki. Problem z tym, że takiego sukcesu nie uda się przełożyć w negocjacjach. Sztuka dla sztuki.

Palestyńczycy nie mają pomysłu na pokój i są podzieleni, z kolei obecny izraelski rząd nie chce pokoju. Jeżeli ktoś jest optymistą, to może pora, żeby wytrzeźwiał?

3. “Negocjacje” Ukrainy z Rosją w sprawie gazu
Jednym z pierwszych dealów zawartych po dojściu do władzy przez prezydenta Janukowycza i premiera Azarowa była korekta umowa gazowej.

Wszystko przebiegało sensownie – Rosjanie obniżają cenę gazu (450 dol. za 1000 m3) o około 1/3, a w zamian Ukraińcy przedłużają pobyt Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu. Ukraińcy nie chcą do NATO, a obecni liderzy w szczególności. Rozmowy z pewnością przebiegały w miłej atmosferze, bo obaj panowie lepiej radzą sobie z rosyjskim niż ukraińskim. Obniżenie ceny za przedłużenie czegoś, co przecież i tak istnieje (mówię o bazie floty) wydawało się całkiem niezłym biznesem.

Teraz jednak Ukraińcy są pod ścianą. Dostali klasyczny wybór między dżumą, a cholerą. Z własnej winy, bo przecież poprzednią umowę gazową podpisała Tymoszenko. Świetnie obrazuje to stan elit ukraińskich, które bardziej przejmują się swoimi interesami, aniżeli losem narodu.

Prezydent Miedwiediew przedstawił “opcję wyboru” – albo zostajemy przy stałych cenach gazu, co jest – zwłaszcza dla biednej Ukrainy – olbrzymim problemem gospodarczym albo wpuszczacie nas do swojego systemu przesyłowego, a my obniżamy ceny. Rosjanie zabezpieczają sobie dostawy i uzależniają Kijów. Ciekawe jak do tego ma się perspektywa integracji Ukrainy z Unią Europejską? Miedwiediew zaproponował przecież też przystąpienie do unii celnej, co w zasadzie przekreśliłoby szansę – nawet teoretyczną – na członkostwo

Gratuluję Ukraińcom. Niech wybierają.

2. Chińska “konsekwencja” w/s Libii.
Chińczycy mieli świetną okazję, aby wspomóc Kaddafiego. Wystarczyło zawetować rezolucję 1970 i 1973 RB ONZ. Dzięki temu NATO nie miałoby żadnej podstawy prawnomiędzynarodowej (a i ta jest wątpliwa, jeżeli chodzi o poszczególne aspekty) do rozpoczęcia operacji. Według najnowszych doniesień medialnych, Chińczycy, za pośrednictwem Algierii oraz Republiki Południowej Afryki, mieli dostarczać broń reżimowi. Naturalnie za pieniądze.

Takie niekonsekwencje raczej się Pekinowi nie zdarzają. Warto jednak podkreślić jedną, bardzo ważną rzez, dostawa broni dla reżimu jest równie nielegalna z prawnomiędzynarodowego punktu widzenia, jak dla powstańców ze strony chociażby brytyjskiej. Trudno jednak przypuszczać, aby zarówno Chińczyków, jak i Brytyjczyków, czekały jakieś nieprzyjemności.

Cieszyć za to mogli się chińscy robotnicy w liczbie 30 tysięcy, których w lutym ewakuowano na … Kretę.

1. Berlusconi wyjeżdża z “gównianego kraju”, czyli Włoch.
Z reguły w rankingu zwyciężają osobowości – w pierwszym wygrał Putin, który wyłowił starożytną amforę na głębokości 2 metrów, następnie Sikorski, który chciał pozbawić władzy prezydenta Assada z Syrii przy pomocy Twittera. ( zapraszam do śledzenia mojej skromnej osoby!). Dzisiaj konkurencję w polu zostawia premier Silvio Berlusconi z Włoch.

Premier Włoch był wielokrotnie oskarżany o korupcję, a także o przesadne zamiłowanie do kobiet. Słowa wierność prawdopodobnie w swoim słowniku nie odnotował, a swoich gości – i siebie naturalnie – raczył w swojej rezydencji luksusowymi prostytutkami, młodymi aktoreczkami itd. Serwis “Deser.pl” zebrał listę “kobiet Berlusconiego”.

“Za parę miesięcy odejdę, wyjadę z tego gównianego kraju, który przyprawia mnie o mdłości” – powiedział Silvio. Owszem, jego wiek już jest zdecydowanie emerytalny, jednak pamiętajmy, że jest to prywatna, ale jednak, wypowiedź polityka z wieloletnim doświadczeniem na stanowisku premiera Włoch. On sam ten kraj budował. O jednym jednak jestem pewien – prędzej premier Berlusconi zrezygnuje z Włoch niż z “pomaganiu w karierze” młodym kobietom. Altruista.

Bunga bunga Silvio!