Patryk Gorgol

Raport Millera. Łańcuch przyczyn

Brak komentarzy
źródło: ostroleka.pl

źródło: ostroleka.pl

Raportowi komisji Millera jednego nie można zarzucić – nie był pisany na polityczne zamówienie, ale wszystkich nie mógł zadowolić. Poniżej moje omówienie kilku aspektów wczorajszej konferencji prasowej.

1. Konwencja Chicagowska – najlepsze z najgorszych wyjść
Potwierdziło się to, co powtarzam od samej katastrofy. Konwencja Chicagowska, choć delikatnie mówiąc, nieidealna (i dotycząca lotnictwa cywilnego, a nie państwowego), dawała nam możliwość zabezpieczenia dowodów i uczestniczenia w badaniu (w tym przy komisyjnym otwieraniu czarnych skrzynek, przegrywaniu, przesłuchaniach itd).

W tym miejscu apel do publicystów i polityków – MAK zajmował się badaniem, a nie śledztwem. Zaufajcie mi, że różnica w tym przypadku nie jest błaha. Śledztwo prowadzą prokuratury i one wskazują podejrzanych i kierują oskarżenie, a z kolei o winie decyduje sąd.

Polska komisja pracowała na podstawie tych samych dokumentów i dowodów, co MAK. Polskie wnioski nie musiały być tożsame z tymi rosyjskimi i nie były. Czy jakakolwiek instytucja prawa międzynarodowego dawała nam tego typu gwarancje? Nie. Na wypracowanie nowej umowy nie było czasu (późniejsza ratyfikacja itd), podobnie jak negocjowanie tej z 1993 roku podpisanie między Ministerstwami Obrony Narodowej. Więcej na ten temat pisałem w tekście polemicznym wobec artykułu Bronisława Wildsteina. Z perspektywy czasu – tylko dzięki Konwencji Chicagowskiej nasza komisja mogła dysponować odpowiednim materiałem dowodowym, dzięki którym zostać napisany polski raport.

Konwencja Chicagowska spełniła swój cel, chociaż całkowicie rozumiem wątpliwości dotyczące jej stosowalności w tym przypadku.

2. Łańcuch przyczyn
Komisja wskazała przyczyny katastrofy – część z nich znajdowała się po stronie polskiej, część rosyjskiej. Miller słowa dotrzymał i raport jest dla organizacji lotu druzgocący. Dla przykładu -tylko technik miał ważne uprawnienia do latania na Tupolewie (!). Obnażono również błędy w szkoleniu pilotów. Bardzo drogie błędy.

Pozwoliłem sobie nazwać to “łańcuchem przyczyn”. Działa to w prosty sposób – katastrofa mogła mieć miejsce dzięki zaistnieniu tych wszystkich aspektów jednocześnie. Wyjęcie pojedynczego z elementów łańcucha prawdopodobnie pozwoliłaby uniknąć katastrofy.

a) gdyby nie fatalne warunki atmosferyczne, samolot z pewnością by wylądował;
b) gdyby nie błędy w wyszkoleniu załogi, nie korzystaliby ze złego wysokościomierza i samolot odszedłby na większej wysokości, unikając zderzenia;
c) gdyby kontrolerzy nie utwierdzali pilotów w błędzie lub podali, że nie widzą ich na ścieżce, polska załoga mogłaby zmienić swoje pozycję, eksperci podkreślają, że wieża nie mogła widzieć wysokości samolotu i polscy piloci powinni kwitować. Tutaj pojawia się też największa niewiadoma badania – nagranie ekranu kontrolera, które “nie zachowało się”. Cóż za “nieszczęśliwy” zbieg okoliczności.

Należy też zaznaczyć, że gdyby lotnisko było nowoczesne, a systemy np. radiolokacyjne, na nim sprawne, to piloci mieliby dużo łatwiejsze lądowanie. Nie zmienia to jednak faktu, że Polacy doskonale wiedzieli, gdzie lecą, jakie warunki tam panują i jakimi systemami (a raczej jakimi nie) dysponują Rosjanie.

3. Generał Błasik w kokpicie
W kokpicie nie miał prawa znajdować się nikt poza załogą, bo to rozprasza uwagę i nie pomaga, dlatego obecności generała nie można – przynajmniej regulaminowo – zakwalifikować pozytywnie. Największym paradoksem jest jednak to, że generał, jako jedyny, podawał prawidłową wysokość i prawdopodobnie, gdyby to on siedział za sterami, samolot uniknąłby zderzenia.

Nie wiem, czy nasz generał miał we krwi alkohol. Nie jest to ważne, nie miał prawa znajdować się w kokpicie.

Najważniejsze jest jednak co innego – komisja stwierdziła, że nie było nacisków na pilotów, argumentując to w ten sposób, że nie znalazła na to dowodów, a decyzja o odejściu została podjęta przez pilotów wcześniej. Od początku zachęcałem, żeby poczekać na raport strony rosyjskiej, a potem polskiej, bo to dopiero da nam ogląd. Bezpośrednio odnosiłem to do osoby generała Błasika, o którym bardzo niepochlebnie rozpisywała się “Gazeta Wyborcza. Pisałem, abyśmy czekali na raport Millera, bo Polacy dysponują zapisami rozmów z kabiny i wszystko będzie jasne – bez zbędnych spekulacji, którymi żyły media, a jak w przypadku “Gazety Polskiej”, ośmielę się stwierdzić: żerowały na ludzkim nieszczęściu. Komisja w tym przypadku przyjęła słuszne założenie – nie ma na jakiś fakt dowodu, więc nie można stwierdzić, że zaistniał.

4. “Obezwładniony samolot”, “dwie eksplozje”, “śmiertelna pułapka”
Niestety, ale Antoni Macierewicz przekroczył wszelkie granice śmieszności i kompromitacji. Bez dowodów snując teorie fantasy (wszystkie wokół słowa “spisek”) pasujące bardziej niż do Sejmu, do serii filmów i  książek “Star Wars”. Z wisienką na torcie w postaci deklaracji postawienia Donalda Tuska przed trybunałem w Hadze. Tylko którym – tym zajmującym się zbrodniami w byłej Jugosławii czy tym zajmującym się m.in. ludobójstwem i zbrodniami przeciwko ludzkości?

Raport Millera nie jest idealny – wielu ekspertów ma wątpliwości, co do poszczególnych ustaleń, aczkolwiek jest to najlepszy raport, jaki mógł powstać w takich warunkach.

Egzekucje w Norwegii. Gdzie my żyjemy?

Brak komentarzy
źródło: tokfm

źródło: tokfm

Najpierw wybuch bomby w Oslo, a potem tragedia na wyspie Utoya. Blisko 100 osób zabitych, a może być więcej. Nie wiadomo też, jak wygląda sytuacja z rannymi. Anders Behring Breivik sam poddał się policji, gdy ta po półtorej godziny pojawiła się na wyspie. To nie będzie artykuł “newsowy (można je znaleźć na stronie “Gazety Wyborczej”“Rzeczpospolitej”, a także “BBC World News”)

Moja pierwsza myśl po usłyszeniu o zamachu była – islamscy fundamentaliści i ich święta wojna z Zachodem (od początku odrzucałem tezę o mściwym Kaddafim). Wybrali Norwegię, bo jest najbardziej tolerancyjna. A jednak, parafrazując Zofię Nałkowską, autorkę “Medialionów” – to Norweg Norwegom zgotował ten los. W imię swoich szalonych poglądów i nowej Europy 2083…

Pamiętacie szok w Wielkiej Brytanii po atakach z 7.07. 2005r? Dokonali go przecież ludzie posiadający brytyjskie obywatelstwo, pochodzący z rodzin emigrujących przed laty do Wielkiej Brytanii, będący drugim, trzecim pokoleniem.  Tutaj okazało się, że to nie żadne “zderzenie cywilizacji” – terrorystą okazał się Norweg, w dodatku mający o sobie błędne mniemanie, że jest patriotą i eliminacja jego wrogów politycznych spowoduje, że Norwegia zmieni swoją politykę np. imigracyjną. Po co nam zewnętrzni wrogowie? Sami się w Europie powybijamy.  Przy czym trzeba pamiętać, że szaleńców, pokroju Breivika, jest w społeczeństwie promil. Żadna, nawet bardzo radykalna organizacja, działająca w polityce i granicach prawa, czy to lewicowa czy prawicowa, nigdy nie będzie wzywać do zabijania przeciwników politycznych. Po reakcjach poszczególnych organizacji natychmiast będziemy wiedzieć, czy jego poglądy (a zatem i czyny) mają w Norwegii realne poparcie. Szczerzę mówiąc – nie sądzę. Co innego żądać wyjazdu wszystkich obcych lub restrykcyjnej polityki imigracyjnego, a co innego wziąć karabin, zbudować bombę i zabijać współobywateli z zimną krwią.  Rozczarują się na pewno ci, którzy liczą na wojnę domową w tym kraju.

Nie ma zatem głupszej dyskusji – a toczą ją oczywiście część polskich publicystów i polityków- czy winna jest za to prawica czy też nie? Którzy zabójcy są gorsi – “prawicowi” czy “lewicowi”? Takie skurwysyństwo nie ma barwy politycznej, chrześcijańscy demokraci, a nawet ugrupowania “na prawo” od niej nie są odpowiedzialne za to, co się wydarzyło w Norwegii. Tak samo, jak socjaldemokraci nie są odpowiedzialni za ludobójstwo Stalina czy handlująca narkotykami i zabijająca współobywateli kolumbijską partyzantkę FARC. Jeżeli skrajne ugrupowania dążą do łamania prawa, od tego są stosowne służby, by je infiltrować, a sądy – by rozwiązywać w przypadku np. nawoływania do przemocy. Zarówno te lewicowe, prawicowe, jak i “religijne” czy sekciarskie (patrz Japonia i zamach w tokijskim metrze z 1995 roku). Koniec – kropka.  Nie ideologizujmy działań Breivika, bo właśnie taki efekt chciał wywołać.  Żadna ideologia, o której warto by porozmawiać, nie zakłada dokonywania egzekucji na niewinnych ludziach. Z nimi trzeba po prostu walczyć.

Nie warto też upatrywać się w tej sprawie “systemowego” błędu w Norwegii. Oczywiście, zawiodły norweskie służby specjalne, a także policja, której funkcjonariusze szybciej na wyspę dopłynęliby wpław, aniżeli w przeciekającej łódce. Czy Norwegia idzie dobrą drogą, jeśli chodzi o system gospodarczy? Co zrobią, gdy skończą im się surowce? Czy “opiekuńcze państwo” wytrzyma? To jest temat dla publicystów i polityków, a nie czy z powodu wysokiego socjalu i podatków mężczyzna zaczął strzelać do ludzi jak do kaczek, bo tutaj odpowiedź jest prosta – NIE. Pamiętacie zabójstwo szwedzkiej socjaldemokratycznych minister spraw zagranicznych, Anny Lindh, w 2002 roku? Potem zabójca, Serb, tłumaczył, że działał pod wpływem “wewnętrznych głosów”.

Na pewno zatem Norwegia nie sprowokowała tego ataku. To trochę tak, jakby stwierdzić, że kobieta przyczyniła się do gwałtu na niej dlatego, że jest ładna. Ja się pytam – a co to za usprawiedliwienie? Norwegowie prowadzą taką politykę, jaką życzy sobie ich społeczeństwo, wybierające przecież w demokratycznych wyborach i paradoksalnie okazuje się, że to nie imigranci są zagrożeniem dla Norwegów (a tak właśnie twierdzi antyislamska skrajna prawica), ale oni sami dla siebie. Najciemniej jest zawsze pod latarnią.

Co łączy bin Ladena, Wali Karzaia i Muammara Kaddafiego?

Brak komentarzy
źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Trzy postacie – pierwsza, legendarny lider al-Kaidy, odpowiedzialny za ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku, druga, “król Kandaharu”, przyrodni brat prezydenta Afganistanu, Hamida Karzaia, trzecia, przywódca – ciężko powiedzieć aktualny, były czy przyszły – Libii. Każdy z nich wyznaje islam.  Łączy ich mianowicie to, że każdy z nich padł ofiarą zamachu na swoje życie. Bin Laden i Karzai – skutecznego, Kaddafi ocalał, ale za to stracił syna, Saifa al-Araba.

W Afganistanie mamy do czynienia z pewnymi zmianami. Tak naprawdę śmierć bin Ladena – wbrew sugestiom amerykańskich polityków – nie wpłynęła na położenie taktyczne Amerykanów w tym kraju. Wręcz zainicjowała wycofywanie amerykańskich wojsk, co nie może cieszyć prezydenta Karzaia, który swoją władzę zawdzięcza przecież Waszyngtonowi i sfałszowanym wyborom prezydenckim (co 4 głos!). Jedyna rozsądna taktyka, jaką przyjąć mogą Amerykanie i ich afgańscy sojusznicy brzmi – dogadać się z rebeliantami. Nie ze wszystkimi się da, ale przynajmniej z odpowiednią ich częścią – za zapomnienie przewin, pieniądze, bezpieczeństwo i udział w polityce. Seks, władza, pieniądze.

Tymczasem sami Talibowie również zmienili strategię na bardziej medialną. Współczesnego widza nie przeraża kolejny news o trzech zabitych Amerykanach/Brytyjczykach i dwóch rannych Polakach, nie mówiąc już o afgańskich policjantach czy cywilach, bo ich traktuje się jako statystykę. Za to informacja o zabiciu miejscowych liderów czy potężnego polityka – żyjącego ponoć z handlu narkotykami i łapówek – z rodziny prezydenta, momentalnie wzbudza zainteresowanie. Przy okazji obnaża się słabość afgańskiego państwa i przemawia do wyobraźni: w jakim stopniu nowe służby oraz wojsko mogą być zinfiltrowane przez wrogów rządu?

Zabójstwo Wali Karzaia z jednej strony, a bin Ladena z drugiej pokazuje, że obie strony stosują na wojnie zasadę – cel uświęca środki. Nie powinno to dziwić, jednakże to, co odróżnia te sytuacje – podobnie ma się to z Kaddafim – jest PR. W naturalny sposób Europejczycy nie będą popierali islamskich radykałów, którzy chcą zamykać kobiety w domu, nakazać noszenie tradycyjnego stroju islamskiego i zakazać im edukacji, jednakże ci sami światli Europejczycy częstokroć popierają ataki samolotów (w tym bezzałogowych), które przecież nie zawsze trafiają w bojowników, a ewentualną śmierć cywilów uznaje się za “wkalkulowane ryzyko”. Zabicie Kaddafiego (”przez przypadek” – oczywiście) byłoby niezgodne z prawem międzynarodowym, ale to nie budzi kontrowersji, gdyż mogłoby to zakończyć wojnę domową w Libii i brutalne rządy pułkownika. To w końcu wolno zabijać, czy też nie? Odpowiedź jest prosta. Nas nie można, my możemy. Taką moralność proponuje nam obecnie większość polityków z państw NATO (a także ich wrogów) i część mediów. Naszych liderów nie można zabijać, bo to niezgodne z normami prawa międzynarodowego, obcych można, bo to samoobrona i konieczność zapobiegnięcia tragedii humanitarnej.

Metody rozprawiania się z wrogiem od tysięcy lat nie zmieniły się i jedną z nich jest jego fizyczna eliminacja. Zapewne będzie tak przez kolejnych setki lat. Warto więc te poszczególne przypadki rozpatrywać pod względem interesu.

Taktycznie rzecz biorąc, zabicie Kaddafiego byłoby świetnym pomysłem, bo mogłoby znacząco skrócić czas trwania wojny domowej w Libii. Saif al-Islam Kaddafi byłby też bardziej skłonny do ewentualnych rozmów niż jego ojciec.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie Wali Karzaia było Talibom potrzebne, bo pokazało słabość afgańskiego państwa i możliwości rebeliantów w momencie, gdy Hamid Karzai układa się z częścią swoich wrogów.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie bin Ladena było świetnym ruchem. Pakistańczykom co prawda zaszkodziło, ale Amerykanie “osiągnęli sprawiedliwość”, a sam prezydent Obama – kilka punktów procentowych (pomimo, że każdy prezydent na jego miejscu wydałby ten sam rozkaz z takim samym skutkiem). Dało też pretekst do wycofania się z twarzą z niezwykle kosztownej operacji.

Nie mieszajmy jednak do tego prawa międzynarodowego i moralności, bo na wojnie wszyscy parzą się na to w ostatniej kolejności. Metody często są identyczne, inne są sprawy, o które walczą poszczególne strony i PR, który decyduje o poparciu lub jego braku dla działań poszczególnych państw.

Gruzja grała o republiki, nie o niepodległość – polemika z Piotrem Sosnowskim

4 komentarzy
źródło: rp.pl

źródło: rp.pl

Mój serdeczny kolega z IKN Dyplomacji i Prawa, Piotr Sosnowski, napisał polemikę wobec mojego ostatniego tekstu dotyczącego rewelacji Nino Burdżanadze na temat wojny rosyjsko-gruzińskiej. Uważam, że warto kontynuować tę dyskusję.

Na wstępie chciałem podkreślić, że mój tekst dotyczył samego nierozsądku Saakaszwilego, a mniej rozstrzygania o winie. Tym zajmowałem się w innym artykule – “Gruzja – winna czy niewinna?”. Pozwolę sobie zacytować jeden z fragmentów.

“Kto wywołał wojnę?
Ustaleniem przyczyn i przebiegu wojny zajmowała się specjalna komisja Unii Europejskiej pod przewodnictwem szwajcarskiej dyplomatki, Heidi Taglavini. Raport komisji został opublikowany 30 września 2009 roku. “Bombardowanie Cchinwali przez gruzińskie siły zbrojne w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 oznaczało początek zbrojnego konfliktu o dużej skali w Gruzji. Jednak chodziło tylko o kulminację długotrwałego wzrostu napięcia, prowokacji i incydentów” – napisano w dokumencie. Komisja stwierdziła, że Gruzja jest odpowiedzialna za wybuch wojny, czyli jest ona wynikiem decyzji Saakaszwilego. Autorzy podkreślili jednak, że Rosjanie świadomie destabilizowali sytuację w regionie m.in. wydając rosyjskie paszporty mieszkańcom Abchazji i Osetii Południowej oraz wspierając osetyjskich separatystów. Nie ulega wątpliwości, że wszelkie incydenty przygraniczne nie służą zachowaniu pokoju. Moskwa nie była zainteresowana rozwiązaniem konfliktu, a jego eskalacją.”

Przede wszystkim chciałbym przyjąć pewną zasadę – zarówno Rosjanie, jak i Gruzini mają interes w tym, aby przedstawiać siebie jako bohaterów i ofiary, a przeciwników jako nikczemników oraz agresorów. Dlatego proponuję opierać się na ustaleniach zachodnich, międzynarodowych organizacji, w szczególności NATO, UE i OBWE. Raport UE rozkłada winę i wydaje się obiektywny. Opowiada o prowokacjach Moskwy, ale podkreśla, że to Gruzja przerwała status quo i rozpoczęła działania wojenne. Gruzińska wersja mówi o tunelu Roki którym przybywali rosyjscy żołnierze jeszcze przed wydaniem rozkazu przez Saakaszwilego o ataku, szykując się na inwazję. Jest tylko jeden problem – ani UE, ani NATO, ani agencje wywiadowcze (np. CIA), ani OBWE tego nie potwierdzają. Nikt nie neguje tego, że na terytorium Osetii Południowej byli rosyjscy żołnierze, ale śladów i dowodów na szykowanie inwazji nie ma żadnych. Są za to dowody na to, że przez tunel przeszli 8 sierpnia o godzinie 11. Gdyby Rosjanie zareagowali dzień później, tunel mógłby być zablokowany i Saakaszwili mógłby wygrać wojnę, a wielu publicystów – w tym zapewne ja – uważałoby go za geniusza. Co nie zmienia faktu, że – zgodnie z prawem międzynarodowym – Rosjanie nie mieli prawa do użycia swoich sił na obcym terytorium. Manewry, owszem, odbyły się w lipcu, zarówno w wykonaniu Gruzji, jak i Rosji. Służyły, jak od lat, pokazowi siły.  Nie widzę więc powodu, dla którego miałbym uznać poczynania Saakaszwilego za samoobronę, jednocześnie podkreślając, że działania Rosjan również ciężko za takową uznać. Na granicy wzajemnie strzelano do siebie od 1 sierpnia, ale status quo przerwano dopiero 7 sierpnia, gdy gruzińskie czołgi wkroczyły do Osetii Południowej. To był ten błąd Saakaszwilego, o którym tyle pisałem. Przeliczył się i jednocześnie usunął Moskwie wszelkie hamulce.

Gra o republiki
Rosji, co też podkreślała komisja UE badająca przyczyny wybuchu konfliktu, zależało na destabilizacji Kaukazu. Gruzja z kolei musiała połączyć swoje prozachodnie aspiracje z problemem swojej integralności terytorialnej. Jak łatwo można skalkulować, są to odmienne interesy. W celu destabilizacji Rosjanie wykorzystywali aspirację Osetyjczyków i Abchazów a dumni Gruzini snuli plany reintegracji.

W czasie wojny, o której przecież pisałem czasem dwa razy dziennie, spotykałem się z wieloma przychylnymi dla Saakaszwilemu opiniami. Jedni twierdzili, że to genialny plan zastąpienia wojsk rosyjskich nierosyjskimi wojskami ONZ w Cchinwali lub na granicy (co za niedorzeczność), inni, że Saakaszwili specjalnie odpuszcza republiki, aby szybciej zintegrować się z NATO i UE (po 3 latach można się z takiej koncepcji tylko zaśmiać). Narracja, wbrew temu co twierdzisz Piotrze, była bardzo progruzińska. Polskie media – od Michnika do Ziemkiewicza – były złączone solidarnością z Gruzinami. O ofiarach bombardowań rosyjskich napisano wiele, o ofiarach w Osetii – dużo mniej. Jeszcze inną koncepcją, którą akurat prezentuje w polemice Piotr, a z którą się fundamentalnie nie zgadzam jest to, że była to “wojna prewencyjna” i gdyby nie ona Gruzja byłaby zależna od Rosji.

“Wojna prewencyjna”?
Jak już pisałem, nie ma żadnych dowodów na to, że Rosjanie szykowali inwazje na Gruzję, chcąc zając Tbilisi i zmienić rząd tego kraju. W tle toczyły się przygraniczne wymiany ognia w republice, w gruncie rzeczy nic sensacyjnego. Putin pojechał na otwarcie Olimpiady, a Miedwiediew wziął urlop. Czy Rosjanie chcieliby zmienić prozachodniego Saakaszwilego na kogoś prorosyjskiego i uzależnić Gruzję od siebie? Zapewne z miłą chęcią, ale nie przy pomocy militarnego zajmowania Gruzji, w której znajdowali się przecież amerykańscy wojskowi. Za duży koszt – w tym finansowy, olbrzymie ryzyko, nie ta siła, zbyt jednoznaczna wina – Zachód by tego nie zaakceptował. Na pewno Moskwie łatwo nie byłoby znaleźć sensownego gruzińskiego polityka chcącego rządzić i zdolnego utrzymać się z nadania Moskwy. To nie czasy “doktryny Breżniewa”.

Co najważniejsze jednak, Rosjanie, po przepędzeniu wojsk gruzińskich z Osetii Południowej, zajmowali się – poza republikami – głownie niszczeniem infrastruktury wojskowej i gruzińskiego sprzętu wojskowego. Owszem, Putin chciał wieszać Saakaszwilego “za jaja”, ale po wybuchu wojny, a nie przed i jest to raczej anegdota. Po osiągnięciu swoich celów wojennych, a mianowicie pozbawieniu Gruzinów jakichkolwiek wpływów w republikach,  zniszczeniu wojska gruzińskiego oraz odsunięciu o kolejne lata integracji Tbilisi z NATO i UE, Rosjanie byli gotowi zawrzeć porozumienie. Piotrze, czy posiadający jakiekolwiek karty przetargowe prezydent ogłaszałby, tak jak Saakaszwili, jednostronne zawieszenie broni, gdy obce wojska znajdują się w jego granicach? To są osiągnięcia męża stanu? Mamy go chwalić?

Tak, Rosjanie mogli spokojnie podjąć próbę zmienienia Saakaszwilego. Nie zrobili tego z powodów, jakie napisałem wyżej.  Nie chcieli zajmować Tbilisi, bo osiągnęli swoje cele (o tym też pisałem w czasie konfliktu, a nie po jego zakończeniu). Ich reakcja już teraz jest powszechnie uznawana za nieproporcjonalną. Na temat intencji Rosjan nie byłoby żadnej dyskusji, gdyby rozpoczęli szturm na gruzińską stolicę. Jeśli celem Rosjan było obalenie rządu Saakaszwilego i zainstalowanie marionetek to dlaczego tego nie zrobili po pokonaniu wojska gruzińskiego? Sarkozy ich powstrzymał? Po prostu wiedzieli, że to się nie uda – Gruzja jest progruzińska i takiego działania nie zaakceptowałaby UE, ale też NATO ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Nie był to więc cel operacji, bo gdyby tak było, to lepszej sposobności ku temu niż w sierpniu 2008 nie będą już mieć nigdy.

Piotr Sosnowski: Saakaszwili – czy rzeczywiście przegrany?

2 komentarzy

źródło: politykazagraniczna.blox.pl

źródło: politykazagraniczna.blox.pl

Zapraszam do lektury polemiki do mojego tekstu nadesłanej przez Piotra Sosnowskiego. Pozwolę sobie odnieść się do niej wieczorem lub jutro. Merytorycznej dyskusji nigdy za wiele.

——————————————

Niniejszy tekst stanowi polemikę do wpisu „Saakaszwili, który przegrał wojnę” autorstwa Patryka Gorgola (http://patrykgorgol.pl/2011/07/saakaszwili-ktory-przegral-wojne/)

Komentowany wpis zawiera wiele powszechnie występujących w mediach opinii, dotyczących zarówno samej wojny w Gruzji jak i osoby jej prezydenta.

Pierwszą z nich jest to, że wojna rozpoczęła się od ataku Gruzji na stolicę Osetii Południowej Cchinwali. Jest to opinia całkowicie błędna, choć szeroko rozpowszechniona. Przyznać trzeba, że jest to pierwszy powszechnie znany „fakt medialny” tej wojny. Natomiast trudniej (co nie znaczy, że jest to niemożliwe) jest natrafić na informacje, które podaję niżej. Otóż w lecie 2008 odbyły się na granicy z Gruzją manewry wojskowe „Kaukaz 2008”, w ramach których przerzucono nad granicę większość jednostek armii rosyjskiej biorących później udział w walkach na terenie Osetii, Abchazji oraz samej Gruzji. Zakładając jednak elementarną poczytalność prezydenta Saakaszwilego oraz jego otoczenia politycznego (wbrew temu co pisze Patryk), atak w takich okolicznościach był nie do pomyślenia. Dla porządku należy też dodać, że manewry rosyjskie były odpowiedzią na wspólne manewry Gruzja-NATO z połowy lipca, których scenariusz zakładał opanowanie terytorium na którym zbuntowali się separatyści. Zgoda, że scenariusz był mocno prowokacyjny – ale tylko skończony idiota (a za takiego nie sposób uznać Władimira Putina, który decydował o ataku) uwierzyłby, że Gruzja wspólnie z NATO faktycznie szykuje się do wspólnej akcji zbrojnej przeciwko rosyjskim protektoratom (gdzie w tym interes państw NATO???).

Druga kwestia, całkowicie pominięta przez Patryka – od 1 sierpnia nasiliły się „incydenty” na granicy osteyjsko-gruzińskiej. Możemy założyć, że Saakaszwili faktycznie myślał o tym, żeby z Osetią zrobić to samo co parę lat wcześniej z Adżarią. W takim wypadku on stałby za wzrostem napięcia na granicy. Wciąż upierając się przy elementarnej poczytalności Gruzinów – kto miał lepszą pozycję, żeby przeprowadzać prowokacje w momencie, gdy u granic stoi armia rosyjska – Gruzja czy Osetia? Odpowiedź jest oczywista.

W świetle tych dwóch faktów, należy odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czy Gruzja faktycznie dała się sprowokować, czy wojna w Osetii była klasyczną próbą wojny prewencyjnej, mającej na celu opóźnienie głównego uderzenia? Trzeba mieć przy tym na uwadze, że Rosjanie zaczęli przerzucać wojsko do Osetii PRZED gruzińską deklaracją o „przywracaniu porządku”.

Moim zdaniem wojna w 2008 roku miała na celu zlikwidowanie niezależności Gruzji. Doprowadziła do niej Rosja, wykorzystując separatyzm osetyjski i abchaski. Działania armii gruzińskiej były i tak spóźnione (Rosjanie – zarówno siły regularne jak i „ochotnicy” – nie wliczam tzw. sił rozjemczych – już byli na terytorium Osetii i Abchazji) poza tym jak słusznie zwraca uwagę Patryk – nie miały szans na zwycięstwo militarne w starciu z armią rosyjską i na wyparcie jej z terenów Osetii. Moim zdaniem cel Gruzinów był inny – zachować niezależność, a nie podporządkować Abchazję i Osetię Tbilisi. Agresywna retoryka Putina i Medwiediewa – w tym teksty o „wieszaniu Saakaszwilego za jaja” – dla mnie świadczą o takim celu operacji. Jeśli faktycznie cała awantura byłaby wywołana przez Gruzję (jak słusznie zauważył Patryk – prozachodnią), to Putinowi wystarczyłoby ogłaszanie, że Gruzja jest agresorem a Rosja tylko broni Osetii i Abchazji i uderzanie w tą nutę przez cały czas i konsekwentnie. Sympatia Zachodu odwróciłaby się momentalnie – wystarczyło zresztą wcześniej ogłosić, że Gruzja szykuje się do ataku – to zrobiłoby z Gruzji agresora i zmniejszyło poparcie dla niej na Zachodzie. Takie postępowanie pokazuje, że Rosja chciała po prostu rozwiązać kwestię gruzińską poprzez siłowe obalenie Saakaszwilego i zainstalowanie posłusznego sobie rządu (odpowiedź jaki był w tym interes Rosji jest prosta, jeśli popatrzy się na mapy gazo- i rurociągów regionie).

Z tego punktu widzenia Saakaszwili nie jest wcale przegranym w tej wojnie. Owszem, Gruzja straciła jakiekolwiek złudzenia, że będzie kiedyś kontrolować tereny Osetii i Abchazji (no chyba, że Rosja się rozsypie, co jest jednak w najbliższych latach mało prawdopodobne). Utrzymała jednak niezależność. Rosjanie swoich celów nie zrealizowali – bo trudno nazwać ich celem „wyzwolenie” Abchazji i Osetii, które i tak mieli już pod kontrolą.

Owszem można pisać o ambicjach Saakaszwilego i jego beznadziejnych doradcach. Problem w tym, że taka wizja osób w gruzińskim przywództwie jest bardzo uproszczona – i bardzo korzystna dla Rosji. A ja mam do siebie to, że nie wierzę w zbyt proste scenariusze. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą stosunki międzynarodowe, a w nich – interesy rosyjskie.

Piotr Sosnowski

Saakaszwili, który przegrał wojnę

Brak komentarzy
źródło: tvn24.pl

źródło: tvn24.pl

Mijają już prawie 3 lata od wybuchu i zakończenia wojny rosyjsko-gruzińskiej. Był to nietypowy konflikt, bo zazwyczaj to słabszy unika starcia z silniejszym, a tymczasem prezydent Saakaszwili – także pod wpływem swoich doradców – stwierdził, że Gruzini sobie poradzą, rozkazem “przywrócenia konstytucyjnego porządku” przerwał status quo i rozpętała się wojna. Rosjanie błyskawicznie, choć w mało efektownym stylu, pokonali Gruzinów. Pamiętam, że te prawie 3 lata temu, kiedy zaczynałem swoją przygodę z pisaniem, oceniałem, że kulawy pokonał ślepego.

Interesujące światło na ten konflikt rzuca wywiad jednej z liderek opozycji, Niny Burdżanadze dla “Echa Moskwy”. Wcześniej związana z prezydentem Szewardnadze, potem jedna z bohaterek “Rewolucji Róż” (2003r), najbliższa współpracowniczka prezydenta Micheila Saakaszwilego, wieloletnia przewodnicząca parlamentu. Trzeba jednakże podkreślić, że Burdżanadze jest obecnie przeciwnikiem politycznym Saakaszwilego, dlatego jej krytyka, w dodatku w rosyjskich mediach, nie powinna być przyjmowana jako prawda objawiona. Sama Burdżanadze uważana jest za polityka prorosyjskiego.

W świecie racjonalnych polityków prezydent Saakaszwili robiłby wszystko, aby uniknąć konfliktu. Nie staje się do ringu z bokserem dwie kategorie wagowe cięższym, o podobnej szybkości. Gruzini nie mieli też żadnego genialnego planu taktycznego. A jednak Saakaszwili wydał rozkaz zbombardowania i zajęcia Cchinwali, gdzie przecież – poza rosyjskimi żołnierzami działającymi formalnie jako siły międzynarodowe – znajdowali się również cywile. Rosjanie momentalnie wyczuli swoją szansę na ostatecznie oderwanie Abchazji i Osetii Południowej od Gruzji i jednoczesne pokazanie, że stary niedźwiedź wcale nie śpi i panuje nad okolicą. Reakcja nieproporcjonalna, ale kto cokolwiek zrobi Moskwie? W tydzień okazało się, że Gruzini nie mają już lotnictwa, wojsko przegrało nie tylko w Abchazji i Osetii ale także na terytorium Gruzji “właściwej”. Na pomoc NATO nie ma co liczyć, a w imieniu UE z Rosjanami negocjował Nicolas Sarkozy tak, że Gruzini zakończyli ten konflikt na dużym minusie.

Zapraszam do moich starszych tekstów nt. konfliktu gruzińsko-rosyjskiego gdzie bardziej szczegółowo analizowałem przebieg konfliktu. Wracając do rewelacji Burdżanadze, wskazuje ona na postawę środowiska stojącego za Saakaszwilim, które było zwolennikiem szybkiego, zwycięskiego konfliktu (aż przypomina się wojna rosyjsko-japońska z początku XX wieku). Oczywiście, podkreślić trzeba, że otoczenie polityczne prezydenta Saakaszwilego ma bardzo podobne poglądy polityczne do niego – prozachodnie aspiracje związane z NATO i UE (żeby było śmieszniej – w dużej mierze przekreślone przez ten konflikt), nutka antyrosyjska w tle, a także przekonanie, podzielane przez społeczeństwo gruzińskie, że Abchazja i Osetia Południowa (a wcześniej Adżaria) to nieodłączne terytorium gruzińskie.

Do czego jednak zmierzam? Pamiętacie może Polskę z początku lat 90-tych? Czy ZSRR nie stosował wobec swoich satelitów taktyki “ufaj, ale bardzo dokładnie kontroluj”? Tak, Polska była bardzo dokładnie infiltrowana przez Rosjan po transformacji. To teraz wyobraźmy sobie Gruzję, byłą republikę radziecką, której prezydentem przez wiele lat był, były minister spraw zagranicznych ZSRR, Eduard Szewardnadze. Dla przykładu, ostatnio okazało się, że z rosyjskim wywiadem prawdopodobnie współpracował jeden z fotografów prezydenta. Rosyjski wywiad zawsze funkcjonował sprawnie i trudno się dziwić, że gruziński – a w latach 90-tych polski – kontrwywiad za nim nie nadąża.

Rosjanie zatem mieli doskonałe rozeznanie w nastrojach wśród ludzi Saakaszwilego, a być może – czego nie jestem w stanie udowodnić – sami nakłaniali go do ataku jednocześnie szykując kontratak. Nie zmienia to jednak jednego, podstawowego faktu:

Prezydent Micheil Saakaszwili w czasie napięcia na granicy, pod wpływem własnych ambicji, a także doradców, podjął fatalną dla swojego kraju decyzję. Polityka ocenia się wszakże po wyniku. W tym starciu to Rosjanie byli górą, przejmując ostatecznie “opiekę” nad republikami i odpychając Gruzję od NATO i UE. Zastanówmy się, czy ktoś z Sojuszu będzie chciał w najbliższym czasie ryzykować wojnę z Rosją z powodu ambicji Saakaszwilego oraz niepoprawnych ocen jego doradców?

Państwo holendarskie odpowiedzialne za Srebrenicę – wyrok sądu w Hadze

Brak komentarzy
źródlo: guardian.co.uk

źródlo: guardian.co.uk

Wydarzenia ze Srebrenicy, pomimo iż upłynęło od ich czasu prawie 16 lat, budzą emocje i są przedmiotem ożywionej dyskusji. Niedawno władze serbskie ponownie przepraszały za Srebrenicę. Przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławiii stanął generał Ratko Mladić, odpowiedzialny za masakrę 8 tysięcy muzułmańskich Bośniaków. Na Bałkanach większość narodów ciągle uważa, że rachunki są niewyrównane. Wyrok holenderskiego sądu jest precedensowym i niezwykle interesującym epizodem (niestety jeszcze nie epilogiem) tych wydarzeń.  Sąd w Hadze uznał, że państwo holenderskie jest winne śmierci trzech Bośniaków, a więc ponosi konsekwencje za działania własnych żołnierzy służących w misji ONZ.

Zanim przejdę do omówienia samego wyroku, warto by wspomnieć, że w tej wojnie nie było niewinnych stron. Muzułmańscy Bośniacy zabijali cywilów serbskich Bośniaków i vice versa. Wojny na Bałkanach bezsprzecznie kojarzą się z tragedią cywilów i okrucieństwem walczących sił. Strony nie przestrzegały konwencji międzynarodowych i nawet nieszczególnie się z tym kryły. Prawo dżungli, w Europie, równo 50 lat po zakończeniu II wojny światowej.

Ile może misja peacekeeping?
Holenderski batalion (DUTCHBAT) był częścią operacji UNPROFOR w Bośni i Hercegowinie. Była to operacja typu peacekeeping. Najczęściej stosowanym argumentem, na swoją obronę, przez Holendrów zakaz użycia broni przez siły holenderskie. Podkreślano również słabe uzbrojenie tych wojsk oraz brak wsparcia ONZ w krytycznych dniach lipca 1995.

Operacje typu peacekeeping zakładają bezstronność sił ONZ oraz zakaz użycia sił, to prawda, ale absolutnie dopuszczalna jest samoobrona. Żołnierze holenderscy – w myśl prawa międzynarodowego – nie mogliby zaatakować sił Ratko Mladicia, ale jak najbardziej mogliby się przed ich atakiem bronić. Nie należy też zapominać, że generał Mladić posiadał silną kartę przetargową w postaci 30 Holendrów, których śmiercią groził w razie wznowienia bombardowań NATO.

W holenderskiej bazie w Potcori schroniło się kilka tysięcy muzułmańskich Bośniaków. Dowództwo holenderskie – będąc pod silnym naciskiem – podjęło decyzję o wypuszczeniu ich z obozu, co równało się ich wydaniu na śmierć (po uprzednim rozdzieleniu kobiet i dzieci do 12 roku życia). Momentalnie przejęli ich Serbowie, a resztę dopisała już historia. Przeprowadzono kilka tysięcy egzekucji muzułmańskich mężczyzn i chlopców z Potcori oraz innych regionów.

Sensownie brzmią pytania, czy Holendrzy musieli wydawać cywilów? Nie, nie musieli. Czy mogli ich bronić? Mogli, chociaż rzeczywiście byli słabo uzbrojeni i było ich zaledwie 300. Mając jednak do wyboru narażenie swojego życia, a posłanie na śmierć muzułmańskich Bośniaków, wybrali to drugie, bezpieczniejsze dla nich samych wyjście. Wypuszczając ich z obozu, podali ich Mladiciowi na tacy. Podobnie uznał holenderski sąd – państwo holenderskie zawiniło wydając Bośniaków w ręce Serbów.

Prawdą jest oczywiście że Holendrzy nie jechali tam być stroną konfliktu ani przesądzać o jego losie. Zadaniem misji było jednak zapewnienie ochrony ludności cywilnej, a zwłaszcza ustanowienie stref bezpieczeństwa. To jest kryterium do oceny działań żołnierzy. Holendrzy zrobili dużo mniej niż mogli, aby zapobiec masakrze w Srebrenicy, a dużą część muzułmańskich Bośniaków sami Mladiciowi dostarczyli.

Znaczenie precedensowego wyroku
Holenderski sąd zasądził odszkodowanie za śmierć trzech Bośniaków, a także uznał odpowiedzialność państwa. Należy jednak rozróżnić możliwe skutki dla roszczeń wysuwanych wobec Holandii w/s Srebrenicy, a odpowiedzialności innych państw ONZ za działania/zaniechania swoich żołnierzy.

Przy ocenianiu wpływu wyroku należy jednak zwrócić uwagę na to, iż rzeczywiście, może stać się podstawą do kolejnych roszczeń krewnych ofiar w stosunku do Holandii. Oczywiście, jeśli wyrok stanie się prawomocny. Holendrzy sami uznali odpowiedzialność swojego państwa i jeżeli sądy mają być konsekwentne – powinny na tej podstawie przyznawać odszkodowania w razie pojawienia się kolejnych spraw.

Wyrok jest więc historyczny, ale sądy innych państw wcale nie muszą orzekać identycznie w sprawach dotyczących odpowiedzialności państwa za żołnierzy misji pokojowych. Decyzje holenderskiego sądu nie wiążą w żaden sposób ani polskich, ani amerykańskich, ani niemieckich sędziów. Nie zmienia to jednak faktu, że wyrok jest arcyciekawy, zwłaszcza, że mamy lipiec i przed nami kolejna, szesnasta, rocznica masakry w Srebrenicy.