Patryk Gorgol

Międzynarodowy Trybunał Karny i jego “nakazy aresztowania”

Brak komentarzy

Pierwszym urzędującym liderem państwa, w przypadku którego Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał nakaz aresztowania był Omar Bashir . Wyjątkowo ohydny prezydent Sudanu, odpowiedzialny za śmierć tysięcy ludzi i długoletnią wojnę domową. Drugim przywódcą, niemniej “uroczym”, jest pułkownik Muammar Kaddafi z Libii. Doborowe towarzystwo.

“Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania”. Jak to dumnie brzmi. Można by pomyśleć, że zaraz ci mordercy zostaną uchwyceni i sprawiedliwie osądzeni. Niestety, to nie ta bajka. Rzut oka na Statut Rzymski konstytuujący MTK oraz praktykę międzynarodową przekonuje nas, że to kolejny fakt medialny, bez realnego wpływu na rzeczywistość.

Co prawda Muammar Kaddafi chowa się zapewne w podziemnych bunkrach, ale nie w obawie przed haską sprawiedliwością, a myśliwcami NATO. Czy ukrywa się Omar Bashir? Cóż, nie wydaje mi się…. Sudański prezydent właśnie wrócił sobie z wycieczki do Chin. Po lewej – Omar Bashir, po prawej, prezydent Chin, Hu Jintao

źródło: bbc.co.uk

źródło: bbc.co.uk

Gdy przypatrzeć się tym przypadkom, okaże się, że wyżej wspomniane mają ze sobą trochę wspólnego. W części przypadkowo, w części oczywiście nie. Do rzeczy jednak.

Po pierwsze, obydwaj rządzą swoim krajem, w Afryce, od lat, niewątpliwie odpowiedzialni są za śmierć tysięcy ludzi, a za najlepszy sposób przesłuchania uważają poddawanie torturom.

Po drugie, zarówno Sudan, jak i Libia, posiadają bogate zasoby surowców energetycznych, którymi wyjątkowo zainteresowani są lub byli, Chińczycy.

Po trzecie, ani Sudan ani Libia nie ratyfikowały Statutu Rzymskiego, więc nie podlegają jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego. Niewątpliwie panowie łamią wszelkie możliwe normy prawa międzynarodowego, ale z prawnego punktu widzenia, MTK nie powinien ich sięgnąć, a to on ma w założeniu sądzić osoby fizycznie w związku z wymienionymi w statucie zbrodniami (ludobójstwa, przeciwko ludzkości, wojennymi, agresji). Tym bardziej nie wyobrażam sobie ich aresztowania. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że Statut Rzymski nie obowiązuje również Stanów Zjednoczonych, Rosji i Chin.  Z takim stanem rzeczy można się nie zgadzać, ale tak to właśnie wygląda. Międzynarodowy Trybunał Karny jest w tej sytuacji policjantem z pistoletem na ślepe naboje.

W samych działaniach MTK trudno nie dostrzec wpływów politycznych. Wszakże istnieje wielu podłych dyktatorów, na których można by wydać nakaz aresztowania. Problem w tym, że żaden z nich nie jest na tyle naiwny, by ratyfikować Statut Rzymski i samemu ukręcić na siebie bicz. Dlaczego jednak prokuratorzy MTK nie usiłują uchwycić Kim Dzong Ila, Roberta Mugabe czy członków junty birmańskiej, a Kaddafiego i Bashira już owszem?

Wyegzekwować takie aresztowanie mogłyby państwa-sygnatariusze. Czy jednak MTK, bez aktywnego udziału Rosji, Chin czy Stanów Zjednoczonych będzie w stanie spełnić pokładane w nim nadzieje? Wątpliwe.

Prezydencja Polski w Radzie Unii Europejskiej – nie spieprzyć tego

Brak komentarzy
źródło: prezydencja.nog.pl

źródło: prezydencja.nog.pl

Już za kilka dni Polska przejmie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej od Węgrów i będzie je sprawować aż do końca roku. Tymczasem w samej Europie nastały ciekawe czasy – m.in. problemy w Libii, Partnerstwo Wschodnie, kryzys gospodarczy, negocjowanie mechanizmów mających powstrzymać imigrację, podpisanie traktatu akcesyjnego z Chorwacją. Jednocześnie trzeba pamiętać o tym, iż nie wolno przeceniać roli państwa sprawującego prezydencję. Może starać się nadawać impulsy, przekonywać, koordynować ale nie zmieni to układu sił w Radzie Unii Europejskiej, a także nie zdecyduje np. o zmianie traktatów, zamiast Rady Europejskiej. Ponadto powołanie na mocy Traktatu Lizbońskiego unijnego “ministra spraw zagranicznych” (w tej roli “bezcenna” Catherine Ashton) odebrało w zakresie polityki zewnętrznej kompetencje prezydencji.

Węgrzy mieli podwójnego pecha. Nie dość, że za ich czasów – chociaż nie z ich winy – pojawiło się kilka problemów, to poza tym niedobry PR- kwestia dyskusyjna czy słusznie – został stworzony przez zawirowania na węgierskiej scenie politycznej w związku ze zmianą konstytucji czy kontrowersyjną ustawą medialną. Czesi z kolei przeżywali kryzys polityczny. Takich sytuacji trzeba unikać. Dlatego Polacy powinni przeprowadzić przyspieszone wybory w maju albo czerwcu tak, aby nowy rząd dysponował niezbędnym poparciem, swobodą działania i nie był skrepowany słupkami poparcia. Wybory jednak mamy w październiku i prezydencja zapewne stanie się jednym z tematów kampanii wyborczej, co z kolei oznacza, prawdopodobnie naturalnie, sprowadzenie dyskusji na ten temat do poziomu dna.

Jaka powinna być nasza prezydencja?
Najważniejsze jest jednak co innego. Nikt od nas cudów wymagał nie będzie – losy Europy nie znajdują się w ręku Warszawy, a odpowiedzialni są za nią wszystkie państwa członkowskie. My powinniśmy się zaprezentować jako sprawni organizatorzy i poważne państwo na arenie międzynarodowej, który wykorzystuje swoją pozycję w Radzie UE, ale też doskonałe kontakty w Europie, do rozwiązywania problemów. Równocześnie wykorzystujemy prestiż i go budujemy (w tym miejscu przesyłam serdecznie pozdrowienia dla tych wszystkich, którzy uważają, że pozycję w Unii Europejskiej można budować w kontrze do wszystkich).

Każde państwo przejmujące prezydencję zgłasza swoje priorytety. Nie inaczej jest z Polską. Rada Ministrów 31 maja przyjęła „Program 6-miesieczny polskiej Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej w II połowie 2011 r.” (zob. też wywiad z Mikołajem Dowgielewiczem dotyczący priorytetów przeprowadzony przez portal Wirtualna Polska) Polska próbuje naciągać prezydencję w swoją stronę, stąd m.in. temat bezpieczeństwa energetycznego i próba skonsolidowania polityki UE na tym polu. Warszawa jest też naturalnym zwolennikiem budowania wspólnej polityki obronnej, we współpracy z NATO.  Nieprzypadkowo również na czas polskiej prezydencji zaplanowano szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, które ma definiować unijną politykę na wschodnich granicach, w okolicach Federacji Rosyjskiej. Zgłaszamy również ambicję do podpisania lub osiągnięcia znaczącego postępu w negocjacjach w/s umowy stowarzyszeniowej z Mołdawią i Ukrainą. Nie ma co ukrywać, państwa te są obecnie daleko od Unii Europejskiej, ale polska dyplomacja będzie ciągnąć Kijów i Kiszyniów na zachód.

Wynika to z prostej kalkulacji. Polska jest obecnie państwem granicznym Unii Europejskiej i przesunięcie granic pozwoli nam umocnić swoją pozycję i też – o czym oczywiście oficjalnie cicho sza – osłabić wpływy rosyjskie, bo wiadomo, że nikt tak uzależnionej gospodarczo Ukrainy i tak nieintegralnej terytorialnie Mołdawii,  do UE nie przyjmie.  Polska zyska też jako państwo rozumiejące procesy zachodzące na wschodzie, a także mające za sobą udaną transformację. Na pewno – wspominając już o temacie rozszerzenia – warto byłoby monitorować, żeby traktat akcesyjny z Chorwacją został podpisany za naszej prezydencji. Nazwijmy to trwałą pamiątką, którą będziemy potem przypominać jak premier Miller, że to za jego rządu zakończono rozmowy akcesyjne oraz Polska weszła do Unii Europejskiej.

Zadaniem naszej prezydencji jest przekonać innych, że Unia Europejska powinna iść właśnie w kierunku zacieśniania współpracy i otworzenia się na świat.. Polska ma obecnie prasę państwa proeuropejskiego, które osiąga dobre – na tle innych – wyniki gospodarcze. Budujemy, a nie burzymy. Mamy też całkiem niezłą zdolność koalicyjną. W czasach problemów hiszpańskich, portugalskich, węgierskich i przede wszystkim, greckich to istotny atut, bo z punktu widzenia np. Berlina jesteśmy partnerem.

Podsumowując ten ogólny tekst, prezydencja nie wymaga cudów, a kreatywności, konsekwencji i pracowitości. W Unii Europejskiej jesteśmy już od ponad 7 lat i następne pół roku będzie doskonałym sprawdzianem tego, czego się nauczyliśmy w tym czasie. To też test dla naszych polityków, których czeka ostra kampania wyborcza. Mamy szansę pokazać, że stać nas na odgrywanie pierwszoligowej roli w Unii Europejskiej. Proszę, nie spieprzmy tego.

Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było…

1 komentarz
źródło: businessinsider.com

źródło: businessinsider.com

Niemało zamieszania wywołała wypowiedź Baracka Obamy na temat przyszłych granic niepodległej Palestyny. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że podstawą porozumienia powinny być granice z 1967 roku.  Media i część polityków usilnie starali się znaleźć w tym możliwy przełom w konflikcie bliskowschodnim. Minął miesiąc i co się okazało?

Po pierwsze, Barack Obama po chwili “sprostował” swoje wystąpienie zaznaczając, że mówiąc o granicy z 1967 roku, nie miał na myśli Jerozolimy i to jest zupełnie osobna kwestia. Gdyby przyjąć opcję z powrotem do 1967 roku, oznaczałoby to utrzymanie przez Izrael Jerozolimy Zachodniej, ale oddanie Jerozolimy Wschodniej, wraz ze Starym Miastem (i 180 tysiącami Izraelczyków tam zamieszkujących).

Po drugie, w związku z pierwszym, nie ma więc tutaj żadnej rewolucji, ani nawet ewolucji. Granice z 1967 to baza do rozmów pokojowych od wielu lat i prezydent nie powiedział nic sensacyjnego. O tych granicach mowa już w Rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 242 z … 1967 roku. Jeżeli niepodległa Palestyna ma powstać, to w jakich innych granicach?

Po trzecie, znowu premier Netanjahu pokazał, jak potężną siłą dysponuje izraelska dyplomacja. Benjamin Netanjahu tym różni się od Baracka Obamy, że nie ma wrogów w Kongresie. Proszę zobaczyć obrazki z filmu, który umieszczam poniżej. Oklaski na stojąco na powitanie. Po uzyskaniu poparcia Kongresu premier Izraela mógł być spokojny, że nic złego ze strony prezydenta Obamy go nie spotka. Jednym zdaniem – amerykańska polityka wobec Izraela nie zmieni się.

Po czwarte, nadal nie ma jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków, gdyż proces pojednania jeszcze się nie powiódł. Obecnie między Hamasem, a Fatahem trwają przepychanki wokół osoby nowego (starego) premiera Fajada. Zakładając jednak, że uda się je przezwyciężyć, to co dalej, skoro Izrael wykluczył rozmowy z Hamasem, a Hamas do rozmów z Izraelem też – mówiąc bardzo dyplomatycznie – nie kwapi? Jak można mówić o pokoju, gdy dwie strony nawet ze sobą nie rozmawiają? Hamas – co na dzień dzisiejszy wydaje się mało prawdopodobne – musiałby uznać prawo Izraela do istnienia oraz wyrzec się terroryzmu, a Izrael uznać polityków Hamasu za przedstawicieli narodu palestyńskiego, z którymi trzeba rozmawiać. Brzmi prawdopodobnie a.d. 2011?

Po piąte, wiadome jest, że jeżeli ma dojść do podpisania pokoju, to większość, jeśli nie prawie wszystkie, osiedla z Zachodniego Brzegu Jordanu trzeba będzie ewakuować. Myśląc poważnie o porozumieniu, należałoby wstrzymać dalszą rozbudowę osiedli z pragmatycznego powodu. Więcej osadników to większy problem przy ewakuacji dla rządu izraelskiego. Co innego, gdyby obecna koalicja nie chciała się dogadywać – wtedy takie zamrożenie rozbudowy byłoby politycznym ciosem dla rządu premiera Netanjahu, który jest wśród osadników popularny.

źródło: gaza.haimbresheeth.com

źródło: gaza.haimbresheeth.com

Jak zatem widać niewiele się zmieniło. Dużo słów, mało czynów. Prezydent Obama tylko potwierdził, że podobnie jak jego poprzednicy, jest bezradny.

Mógłbym napisać – a nie mówiłem?

——-
Witam Czytelników po sesji, wracam do pisania i zapraszam do czytania. W następnym tekście zajmę się polską prezydencją, która już tuż, tuż.

Gates krytykuje Polaków w/s Libii. Zły i dobry policjant

Brak komentarzy
źródło: usembassywarsaw.wordpress.com

źródło: usembassywarsaw.wordpress.com

Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych, Robert Gates skrytykował m.in. Polskę za niedostateczny – jego zdaniem – udział naszych sił w czasie operacji w Libii. Czy nie przypomina to czegoś? Amerykanie, pod wpływem różnych czynników, decydują się na określone działania, bez wytyczania celów, a następnie okazuje się, że sytuacja wcale się nie poprawiła?

Polska ma prawo wysłać swoje siły, ale nie ma takiego obowiązku. Jeżeli będzie to korzystne z punktu naszej racji stanu – czemu nie wspomóc operacji NATO? O tym, dlaczego nie należy wysyłać wojsk do Libii, pisałem pierwszy raz pod koniec marca. Podsumowując w jednym zdaniu – to droga operacja, do której nie bardzo jesteśmy przygotowani i z której nie osiągniemy zysków.

Chciałbym też zwrócić uwagę na coś innego – mianowicie na to, że Amerykanie bawią się z nami w złego i dobrego policjanta. Dobry prezydent Obama przyjeżdża, podkreśla polskie osiągnięcia transformacji, jak zwykle szepnie coś o liderze Europy Środkowo-Wschodniej oraz zachęci – oficjalnie – do promowania demokracji. Tymczasem jego administracja (+ republikański senator John McCain) krytykuje Polaków za brak zaangażowania w Libii, odwołując się do wspólnych potrzeb i wartości.

W tym temacie uzupełnić należy jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, nie bardzo mielibyśmy, czym latać nad Libią, a wynika to z niepełnego wyposażenia F-16, za co odpowiedzialni są … Amerykanie.

Odpowiedź na zapytanie posła Ludwika Dorna

“Odpowiedź sekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej – z upoważnienia ministra -na zapytanie nr 8318 w sprawie terminu osiągnięcia przez polskie samoloty F-16 pełni zdolności bojowych

Szanowny Panie Marszałku! Odpowiadając na zapytanie pana posła Ludwika Dorna w sprawie terminu osiągnięcia przez polskie samoloty F-16 pełni zdolności bojowych (SPS-024-8318/10), uprzejmie proszę o przyjęcie następujących wyjaśnień.
Kwestia wyposażenia i oprogramowania samolotów F-16 w system obrony indywidualnej AIDEWS (Advanced Integrated Defensive Electronic Warfare Suite) była jednym z tematów rozmów prowadzonych podczas ostatniego przeglądu programu F-16 PMR XVI (Program Management Review) w listopadzie 2010 r. W trakcie ich trwania strona amerykańska przedstawiła harmonogram wdrażania i modernizacji systemu AIDEWS, z którego wynika, że uzyskanie pełnej zdolności operacyjnej przez system, co oznacza dostarczenie i implementację ostatecznej wersji oprogramowania systemu wraz z certyfikowaną bazą danych, nastąpi w maju 2013 r.
Samoloty F-16 będą posiadały pełne możliwości bojowe w zakresie obrony indywidualnej z chwilą zaimplementowania ostatecznej wersji oprogramowania systemu AIDEWS wraz z certyfikowaną bazą danych zagrożeń, co zgodnie z deklaracjami strony amerykańskiej nastąpi w maju 2013 r.
Od tego momentu samoloty F-16 będą posiadały zdolność wykonywania zadań w potencjalnych rejonach operacji w warunkach zagrożenia, zgodnie z wymaganiami celu Sił Zbrojnych A 3114: Samoobrona statków powietrznych, oraz będą spełniały wymagania określone dla statków powietrznych wydzielanych do Sił Wysokiej Gotowości NATO.
Do tego czasu samoloty F-16 wydzielane do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego będą posiadały ograniczenia w zakresie obrony indywidualnej wynikające z niepełnych możliwości użycia systemu AIDEWS, w tym m.in. braku możliwości emitowania zakłóceń aktywnych, a system wyrzutni tiar i dipoli będzie wykorzystywany w trybie ręcznym.
Przedstawiając powyższe wyjaśnienia, wyrażam nadzieję, że uzna je Pan Marszałek za wystarczające.
Łączę wyrazy szacunku i poważania
Sekretarz stanu
Czesław Piątas
Warszawa, dnia 26 stycznia 2011 r.”

Polski – w przededniu przejęcia prezydencji w Radzie Unii Europejskiej – nie stać na to, żeby prowadzić uległą politykę, czy to na Wschód, czy na Zachód. Jeżeli Warszawa, w ramach sprawowania prezydencji, zaangażuje się w pośrednictwo, mediacje, negocjacje itp w sprawie wydarzeń w Afryce Północnej, jej wiarygodność będzie dużo mniejsza w przypadku udziału militarnego. Z kolei zwiększy się ona, gdy Polacy pokażą, iż potrafią prowadzić samodzielną politykę i wspierać akcje unijne poprzez przykładowe – choć symboliczne – zgłoszenie naszych oficerów do operacji humanitarnej EUFOR Libia.

Po drugie, wojna domowa trwa w Libii od lutego. Jeżeli dojdzie do jej zakończenia – a na razie się na to nie zanosi – i trzeba będzie rozpocząć budowanie demokracji, a udział w tym brać mieliby Polacy, to lepiej byśmy nie byli zaangażowani militarnie w tym regionie. Nasza prezydencja nie uniknie konfliktu libijskiego. To zagrożenie, ale też wielka szansa. Jeżeli to Polacy pomogą w rozwiązaniu problemu Francuzów i Włochów, prestiż i pozycja naszej dyplomacji w Unii Europejskiej momentalnie wzrosną. Gdyby nie udało się tego zrobić, mielibyśmy do czynienia z utrzymaniem statusu quo. Najgorsze, co można by zrobić, to nie tylko nie popchnąć sprawy do przodu, ale jeszcze grzecznie wykonywać polecenia innych. Naszą zaletą powinna być zdolność do rozmów i budowania koalicji, a nie źle rozumiana pokorność.

Panie Gates, jeśli chce Pan naszego zaangażowania militarnego w Libii, czekamy na przedstawienie oferty w tej sprawie, a także wysłąnie planu pokojowego, chociażby zakładającego kompromisy. Odnoszę wrażenie, że desperackie próby upolowania “przypadkowym” nalotem NATO Kaddafiego są przejawem desperacji i braku koncepcji, a nie dalekosiężnej wizji.