Patryk Gorgol

Refleksje po odlocie prezydenta Obamy

2 komentarzy
źródło: wiadomosci.gazeta.pl

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

Świetnym podsumowaniem wizyty Obamy jest wypowiedź napoleońskiego (i nie tylko) ministra spraw zagranicznych – “uprzejmość tak niewiele kosztuje, a tak wiele można za nią kupić”. Konkretów, przynajmniej oficjalnie, brakowało, ale za to było sympatyczne. Tak jak jednak pisałem w swoim tekście zapowiadającym wizytę prezydenta Stanów Zjednoczonych – nie należało oczekiwać cudów.

Oficjalnie usłyszeliśmy to samo, co zwykle, ale tym razem od amerykańskiego przywódcy. Że jesteśmy jednym z najsilniejszych i najbliższych sojuszników, że jesteśmy liderem Europy Środkowo-Wschodniej, że jesteśmy przykładem udanej transformacji, a wizy – obecne przy każdych rozmowach polsko-amerykańskich niczym “Kevin sam w domu” w telewizji podczas każdych świąt – prędzej lub później się zniosą. Rozmawiano również o rotacyjnym stacjonowaniu amerykańskich myśliwców oraz polityce energetycznej, ale szczegółów nie podano.

Pozwolę sobie odnieść się do poszczególnych wątków, mimo wszystko odrzucając kurtuazyjną otoczkę, a skupiając się na konkretach. Bez wątpienia europejskie tournee Obamie bardzo się przyda. Dla przykładu, słowa, że w jakiejś części czuje się Polakiem nie były wcale skierowane do mieszkańców Polski, a raczej do 9-milionowego elektoratu polskiego pochodzenia, co zresztą niemal wprost wynika z tłumaczenia tego “poczucia” swoją bliskością z miastem Chicago. Skoro prezydent Obama mógł być w małej cząstce Irlandczykiem (36 milionów obywateli Stanów Zjednoczonych irlandzkiego pochodzenia!), to tym bardziej może być Polakiem.

Konkrety między wierszami
Trzeba też zauważyć słowa dotyczące liderowania Europie Środkowo-Wschodniej. Tutaj zatrzymam się na moment. Polska nie jest i nie będzie liderem Europy Środkowo-Wschodniej, bo tak oświadczył Barack Obama. Pozycję lidera, czy może lepiej brzmiałoby określenie reprezentanta, należy sobie wypracować przy pomocy aktywnej i skutecznej dyplomacji. Mówiąc banalnie – im silniejsza jest nasza pozycja w Europie, tym lepsza jest nasza pozycja w rozmowach ze Stanami Zjednoczonymi czy też Rosją. Reprezentowanie regionu oparte musi być na autorytecie,  zwłaszcza wiarygodności, a także sukcesie gospodarczym. A to oznacza konieczność prowadzenia niezależnej i konsekwentnej polityki. Jeżeli społeczeństwa z Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu będą chciały się demokratyzować i poproszą naszych ekspertów o poradę w zakresie transformacji, to czemu mielibyśmy odmówić? Na pewno jednak nie będziemy u nich budować demokracji przy pomocy Tomahawków i samolotów bezzałogowych.

Obama wyłożył również, na czym polega istota NATO – jedni sojusznicy bronią drugich w razie ataku. Polska nie ma się czego obawiać, gdyż obecnie nie istnieje żadne bezpośrednie zagrożenie militarne, a potencjalny agresor musi zmierzyć się na samym początku, z potencjałem odstraszającym NATO. W tym kontekście naiwnie brzmi wiara w to, że mała baza lotnicza amerykańskich wojsk cokolwiek nam więcej zagwarantuje. Oczywiście, może być przydatna, przeszkolić naszych wojskowych, pokazać im, jak powinna wyglądać profesjonalna obsługa itd, ale nie jest to żadna polisa ubezpieczeniowa. Nie ma się więc czym ekscytować.

Prezydent Obama puścił również oczko do swojego ulubionego duetu z Rosji – Putina i Miedwiediewa. Zapewnił, że Rosja powinna uczestniczyć w systemie obrony antyrakietowej NATO. Co ciekawe, oficjalne polskie stanowisko brzmi mniej więcej tak: “szanujemy Rosję, ale nie jest członkiem Sojuszu i nie chcemy, aby uczestniczyła w naszej obronie przeciwrakietowej”. Nie wiadomo jednak, ile Obama proponuje Rosjanom. Trzeba pamiętać, że prezydent Reagan, niejako rozpoczynając ten projekt w latach 80-tych kierował go przecież nie przeciwko Iranowi, a Rosji. Takie były tez założenia polskich dyplomatów – umieścić tarczę osłabiając jednocześnie pozycję rosyjską. Chyba że ktoś wierzy w to, że każdy kolejny polski rząd bał się rakiet irańskich, które do nas nawet nie dolecą?

Lekcja dla nas jest jednak oczywista. Dla Amerykanów ważniejsze są stosunki z Rosją niż z Polską, pomimo tego, że my jesteśmy “jednym z najsilniejszych i najbliższych sojuszników” (ta magia słów). Należy unikać sytuacji, w której nasze kontakty z Amerykanami będą narażać nas na niepotrzebny konflikt z Moskwą. Niepotrzebny oznacza awanturę o nic, nie w swoim interesie, a nie np. współpracę w sprawie gazu łupkowego, co przecież może być niekorzystne dla Gazpromu. To byłby przecież element bardziej propolski niż antyrosyjski.

Dobrym pomysłem była kolacja Komorowski-Obama-Janukowycz. Przykładem rozbieżności w zapatrywaniu się na politykę zagraniczną Polski i Rosji jest kwestia Białorusi i Ukrainy. Polska chce te państwa ściągnąć na zachód, w kierunku Unii Europejskiej (stąd m.in. Partnerstwo Wschodnie), a Rosja na wschód, kontynuując uzależnienie gospodarcze i utrzymując strefę buforową pomiędzy Federacją, a zjednoczoną Europą. Inne spojrzenie na te kwestie nie oznacza jednak wojny, a w sprawie Ukrainy sytuacja się nieco ustabilizowała. Kijów chciałby wejść do Unii Europejskiej, ale nie zamierza wstępować do NATO. Sama UE też nie zamierza szybko przyjmować naszych wschodnich sąsiadów. W kwestii Białorusi udało się nawet ostatnio wydać wspólne oświadczenie z ministrem Ławrowem. Amerykanie, wspierając polską politykę wschodnią, działają jak najbardziej w swoim interesie. Polacy, aby być skuteczni na tym froncie, potrzebują jednak wsparcia nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale też Unii Europejskiej.

Wizyta w studiu Polsatu News i rozmowa na temat Bliskiego Wschodu

7 komentarzy

Na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego miałem przyjemność rozmawiać z redaktorem Robertem Bernatowiczem oraz Amal el-Maaytah, szefową działu Bliski Wschód czasopisma “Stosunki Międzynarodowe”

W moich wypowiedziach ukrył się jeden mały chochlik. Powierzchnia Zachodniego Brzegu Jordanu to 1/7 województwa mazowieckiego, a nie 1/2. Wyobraźcie więc sobie, że na tej mniej więcej 2/3 województwa mazowieckiego (Izrael, Strefa Gazy, Zachodni Brzeg Jordanu) trzeba zmieścić około 12 milionów ludzi. Strefa Gazy, która jest prawie dwukrotnie mniejsza niż powiat warszawsko-zachodni ma nieco mniej mieszkańców niż cała Warszawa.

Wypowiedź dla rosyjskiego Radia Vesti na temat wizyty Obamy

Brak komentarzy
źródło: radiovesti.ru

źródło: radiovesti.ru

Wizyta prezydenta Obamy w Polsce budzi również zainteresowanie rosyjskich mediów. Ne może to dziwić – wszakże wszelkie decyzje odnośnie np. instalacji wojskowych czy decyzji związanych z gazem łupkowym, interesują naszych sąsiadów.

Miałem przyjemność pokrótce wypowiedzieć się w jednym z materiałów dotyczących tej wizyty – rosyjskiego Radia Vesti. (tłumaczenie na polski – tutaj).

Pozwolę sobie również wkleić swoją całą wypowiedź, bo została ona – na potrzeby materiału – skrócona.

“”Stany Zjednoczone, zarówno za prezydentury prezydenta Kaczyńskiego jak i Komorowskiego, były i są uważane za bezcennego sojusznika, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa – stąd np. rozmowy dotyczące rozlokowania amerykańskich wojsk i elementów tarczy antyrakietowej. Rząd premiera Tuska, wraz z prezydentem Komorowskim, próbują prowadzić bardziej zdystansowaną politykę wobec Waszyngtonu niż ich poprzednicy. Polska dyplomacja stara się, aby stosunki transatlantyckie nie wpłynęły negatywnie na jej pozycję w Unii Europejskiej, a także poprawiające się relacje z Rosją, co zdarzało się już w przeszłości. Wizyta prezydenta Obamy pokaże, czy Polacy nauczyli się negocjować z Amerykanami bez emocji, z umiejętnością kalkulacji polskiej racji stanu i stawiania racjonalnych warunków współpracy.”

… a tymczasem zobaczymy, co przyniesie wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Niedługo może uda mi się wrzucić moją wizytę w studiu stacji “Polsat News”.

Wizyta Obamy w Polsce – na co możemy liczyć?

1 komentarz
źródła: wydarzeniowy.com

źródła: wydarzeniowy.com

Najprawdopodobniej najgorętszym wydarzeniem tygodnia będzie wizyta prezydenta Obamy w Polsce. Odwiedzi on nasz kraj na dwa dni, w czasie których spotka się z prezydentem Komorowskim, premierem Tuskiem, a także przywódcami krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce toczy się dyskusja – co przywiezie nam prezydent Obama? Elementy tarczy antyrakietowej? Amerykańską bazę lotniczą? A może legendarne wizy? Niektórzy jakby zapomnieli, że Obama jest prezydentem supermocarstwa, a nie świętym Mikołajem.

Nie ulega wątpliwości, że polsko-amerykańskie stosunki są – na stopie oficjalnej – bardzo dobre. Podkreślają to zarówno Amerykanie, jak i Polacy. Minister Sikorski wspomina o podobnych wartościach, czy nawet wspólnych elementach w polityce wobec Białorusi. Gdy jednak zaczniemy kopać głębiej, okaże się, że wartości wartościami, ale biznes biznesem, zaś Amerykanie – poniekąd słusznie – nie traktują nas jako swojego najważniejszego sojusznika. Miłe słowa są potrzebne, ale w polityce międzynarodowej liczy się przede wszystkim interes narodowy.

Kto jest ważny dla Amerykanów?
Stany Zjednoczone liczą się z trzema typami państw. Zaznaczam przy tym, że niektóre państw mogą występować w więcej niż jednej z niżej wymienionych kategorii.

Po pierwsze, swoimi strategicznymi sojusznikami. Niewątpliwie należą do nich np. Izrael, Turcja czy – jeszcze – Wielka Brytania. Bliskie kontakty z Turcją utrzymywane są pomimo tego, iż m.in. Ankara nie zezwoliła na użycie tureckich baz wojskowych w czasie ataku na Irak. Kolejną rzeczą, która nie podlega wątpliwości jest troska o bezpieczeństwo Izraela. Obama z Netanjahu mogą się różnic co do kilku kwestii bliskowschodnich, ale sojusz amerykańsko-izraelski ma się jak najlepiej, o co dbają również niezwykle skuteczni lobbyści z AIPAC.

Drugim typem państw, z którym liczą się Amerykanie są ich partnerzy handlowi. Należą do nich Chińczycy, Kanadyjczycy, Niemcy, Brytyjczycy oraz Japończycy. Teoretycznie do tej grupy powinien należeć też Meksyk, ale z powodu swojej niestabilności, jest przede wszystkim dla Waszyngtonu głownie źródłem problemów. Potencjalnie znajduje się tutaj też miejsce dla Unii Europejskiej, gdyby ta potrafiła mówić jednym głosem. Na razie jednak – cytując Henry’ego Kissingera – nadal Obama nie może znaleźć telefonu do Europy. Nie mówiąc już o tym, że jeżeli rozmowy z nim mieliby przeprowdzać Herman von Rompuy oraz Catherine Ashton, to może lepiej, żeby na razie wspólna polityka zagraniczna UE pozostała fasadą.

Trzeci typ państw to rozgrywający na arenie międzynarodowej oraz potencjalni wrogowie. Waszyngton nadal musi się liczyć ze zdaniem największych państw Unii Europejskiej (Niemcy, Francja, Wielka Brytania), a także Chińczyków (wzrastająca siła + amerykańsko-chiński uścisk gospodarczy), Rosjan (chociaż to już nie czasy ZSRR), Indii czy Brazylii. Regionalnie, Stany Zjednoczone troszczą się szczególnie o losy m.in. Egiptu, Izraela, Turcji, Pakistanu,  Australii, Korei Południowej oraz Tajwanu, , z którymi nierozerwalnie jest związana ich polityka zagraniczna w poszczególnych regionach świata.

A co z Polską?
Przejdźmy więc do meritum. Gdzie jest nasze miejsce na tej mapie? Czy jesteśmy strategicznym sojusznikiem Amerykanów? Wysłaliśmy przecież żołnierzy do Iraku, kupujemy amerykański sprzęt wojskowy, nasze wojska stacjonują w Afganistanie oraz jesteśmy gorącymi orędownikami instalacji elementów tarczy antyrakietowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Odpowiedź jest oczywista – nie jesteśmy strategicznym partnerem. Warto w tym miejscu raz na zawsze zapisać sobie słowa Zbigniewa Brzezińskiego, przychylnego przecież Polsce, że znajdujemy się w drugiej dziesiątce sojuszników amerykańskich.

Nasza zaangażowanie w misje, choć istotne z punktu widzenia budżetu MON (setki miliony złotych rocznie), nie przełożyło się na żadne korzyści. Nasi politycy nie targowali się przed wysłaniem kontyngentu, więc potem pozostali z niczym, poza słowami o wdzięczności, przyjaźni, a także rarytasem w tym gronie – wypowiedzi wiceprezydenta Bidena o byciu przez Polaków “championem” Europy Środkowo-Wschodniej.

Reasumując, jesteśmy elementem polityki Stanów Zjednoczonych wobec Europy Wschodniej, w szerszym kontekście – Rosji. Bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych nie jest zależne od bezpieczeństwa Polski, ale możemy być przydatnym sojusznikiem w ramach NATO i na zachodnich granicach Rosji (polityka wobec Ukrainy oraz Białorusi). O tym z kolei trzeba pamiętać. Historia jednak kilka razy nauczyła nas, że Waszyngton jest w stanie poświęcić interes Polski w imię swoich porozumień z Rosjanami (jak w przypadku wymiany – elementy tarczy antyrakietowej za oficjalne zaprzestanie popierania Iranu).

W kwestii wymiany handlowej. Większy import i eksport mamy nie tylko z Rosją i Niemcami, ale również z Republiką Czeską. Koniec dyskusji w tej kwestii. Sytuacja może się zmienić, jeżeli się okaże, że wartość gazu łupkowego liczona jest w miliardach dolarów i obie strony zaczną na tym zyskiwać. Na razie jednak tak nie jest i realia wyglądają tak, jak opisałem w pierwszym zdaniu tego akapitu.

Nie jesteśmy również trzecią kategorią państw – rozgrywającymi w Europie, ani potencjalnym wrogiem. Mamy wspólne interesy- na Białorusi czy Ukrainie, ale w pojedynkę nie decydujemy o losach Europy. Warto jednak pamiętać o naszym sukcesie gospodarczym, a także udanej transformacji. W koalicji z dużymi państwami europejskimi, nasza rola wzrasta błyskawicznie. Skoro Amerykanie mogą stawiać na multilateralizm, to my możemy robić to tym bardziej. Silniejsza i niezależna Polska w regionie dysponuje lepszą kartą przetargową w stosunkach ze wszystkimi.

W tym fragmencie tekstu chciałem odwzorować obraz pozycji Polski w oczach amerykańskich polityków. Bez patetycznego powoływania się na Pułaskiego, Kościuszkę, udział Polski w II wojnie światowej czy też pomoc dla Polaków ze strony CIA w czasie stanu wojennego. Jeśli dla Amerykanów, w stosunkach z całym światem (czyli też z Polską!) najważniejszy jest ich interes narodowy, to dlaczego my nie możemy postępować analogicznie? Traktujmy stosunki z Waszyngtonem biznesowo – na zasadzie wzajemności.

Co możemy zaoferować i czego oczekujemy?
Elementy tarczy antyrakietowej – jeśli zostaną wybudowane na terytorium Polski, będą związane z amerykańską lub NATO-wska obroną przeciwrakietową. Polacy mogą się zgodzić na rozmieszczenie tych elementów, wszakże na pewno nie zaszkodzi to strategicznemu położeniu państwa, ale przecież jest to ważniejsze z punktu widzenia Waszyngtonu. Oczekiwać zatem można rekompensaty za to, iż np. Rosjanie mogą wycelować w nas Iskandery, czy – chociaż to już mniej prawdopodobnie – Polska, wraz z pojawieniem się amerykańskich wojsk i sprzętu, stanie się atrakcyjniejszym celem dla terrorystów. W dodatku to kolejna komplikacja w stosunkach polsko-rosyjskich.

Tak samo jak rotacyjne posiadanie bazy amerykańskich myśliwców czy baterii Patriot nie szkodzi Polsce, ale również nie powoduje – a co przygnębiające, tak myślą wszyscy ważni politycy – ostatecznego zapewnienia bezpieczeństwa Polski. Oznaczałoby to, że uznajemy gwarancję NATO za niewystarczające. Skoro tak, to tym bardziej śladowa obecność Amerykanów nie zmieni tej sytuacji, bo przecież siła NATO to właśnie Waszyngton.

Zależy nam również na amerykańskim know-how (zwłaszcza w zakresie gospodarki) oraz nowoczesnym sprzęcie wojskowym – właśnie to powinniśmy dostać w zamian za nasz lojalny udział w misjach. Nie mam tutaj na myśli samolotów F-16, które nie osiągnęły nawet zdolności bojowej, pomimo że decyzje o ich zakupie zapadały około 10 lat temu.

Nie warto z kolei targować się o legendarne już wizy. Polski pracownik może spokojnie pojechać sobie do państwa Unii Europejskiej, gdzie będzie mógł legalnie pracować. Polakom nie opłaca się już masowo emigrować do Chicago. Zniesienie wiz byłoby oczywiście miłym gestem, ale nie jest to dla nas absolutnie kluczowe w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Szkoda, że inaczej uważają politycy.

Myśląc o wizycie Obamy, może lepiej przyjemnie się rozczarować niż nieprzyjemnie zaskoczyć. Trzeba pamiętać o naszych ograniczeniach i o tym, że prezydent Obama będzie traktował prezydenta Komorowskiego z szacunkiem, ale nie jak równego sobie. Mamy swoje karty do rozgrywania i warto porozumieć się z Amerykanami, ale nie za wszelką cenę. Zbytnia uległość wobec Amerykanów powodowała też problemy w stosunkach z państwami starej UE.  Jeżeli przedstawione warunki nie będą dla nas korzystne, może lepiej pójść inną drogą, utrzymując oczywiście oficjalną narracje o bardzo dobrych stosunkach, chociażby w ramach NATO oraz wspólnych wartościach takich jak demokracja?

Amerykańsko-pakistańskie niesnaski

Brak komentarzy
źródło: radio.gov.pk

źródło: radio.gov.pk

Pakistan idealnie wpasowuje się w znaną polityczną gradację. Przyjaciel – wróg – wróg śmiertelny – koalicjant. Pakistański rząd stanął przed trudnym zadaniem – dryfowanie między muzułmańskimi radykałami, a swoim najważniejszym sojusznikiem, Stanami Zjednoczonymi. Jak jednocześnie utrzymać strategiczną głębię na pograniczu pakistańsko-afgańskim na wypadek wojny z Indiami i nie zrazić Waszyngtonu?

Powiedzmy sobie wprost – na pewno rząd pakistański o operacji przeciwko bin Ladenowi po prostu nie wiedział. Decyzja Amerykanów jest sensowna – skoro Barack Obama nie powiedział nawet swojej żonie, to tym bardziej nie będzie zawiadamiał Pakistańczyków, by nagle okazało się, że Osama na kilka godzin przed operacją zapadł się pod ziemię w niewyjaśnionych okolicznościach. Szansa, że pakistański wywiad nie namierzył legendarnego przywódcy Al-Kaidy jest mniej więcej taka, jak to, że codziennie przechodząc się po Krakowskim Przedmieściu nie zobaczy się osławionego już namiotu “miłości”, a 10 dnia każdego miesiąca, niczego podejrzanego w okolicach Pałacu Prezydenckiego. Mówimy o dużej posiadłości, w okolicy pakistańskiej akademii wojskowej, w miejscowości, gdzie aż roi się od funkcjonariuszy pakistańskich służb specjalnych. Witamy w Abbottabad!

Pakistańczyków dość łatwo można zrozumieć. Akcja Amerykanów to przecież ewidentne naruszenie suwerenności Pakistanu, a sam ISI uznać należy albo za skompromitowany (skoro chronił głównego wroga Stanów Zjednoczonych) albo beznadziejny (jeśli nie namierzył posiadłości wcześniej). Kompromitacja w dwie strony, bo radykałowie z kolei również z postawy Islamabadu zadowoleni nie będą. Miały być i cnota i rubelek, a okazało się, że nie ma ani jednego, ani drugiego.

Reakcja Pakistanu wygląda mniej więcej tak: oficjalnie popieramy wojnę z talibami, ale obrażamy się, że zrobiliście to bez nas i pokazaliście, jak słabym państwem jesteśmy. Ujawnienie tożsamości amerykańskiego rezydenta CIA, w ramach rewanżu, to mimo wszystko piaskownica, bo zaraz przyjedzie nowy, a stary – najzwyczajniej w świecie – resztę życia prawdopodobnie spędzi przed biurkiem.

Skończy się zapewne jednak happy endem, bo małżeństwo z rozsądku musi jeszcze potrwać. Prezydent Zardari potrzebuje Amerykanów (a zwłaszcza ich sprzętu i pieniędzy), aby mu się Pakistan kompletnie nie rozsypał, a Stany Zjednoczone oczekują przyjaznego Pakistanu, nawet z nieco zbuntowanymi służbami specjalnymi, aby stabilizować sytuację w Afganistanie. Islamabad wie tez, że ewentualne zwycięstwo wrogów prezydenta Karzaia w Afganistanie niczego dobrego mu nie wróży.

Bin Laden trafiony, Obama zadowolony

2 komentarzy
źródło: rzeszow4u.pl

źródło: rzeszow4u.pl

Bin Laden is dead. “Jak to zdechł?” – odpowiedziałby legendarny Stefan “Siara” Siarzewski. Według informacji podawanych przez Amerykanów, namierzyli jego kryjówkę około 100 kilometrów od Islamabadu, zaatakowali i zabili. Niewątpliwe ciekawsze byłoby jego schwytanie i przeprowadzenie najbardziej widowiskowego procesu w historii, ale Osama Bin Laden prędzej popełniłby samobójstwa niż dał się schwytać. Jego ochroniarz podobno usłyszał rozkaz, który nakazywał zabicie legendarnego terrorysty w razie zagrożenia pojmaniem. Na samym procesie Osama bin Laden mógłby też powiedzieć o kilku “niepotrzebnych” rzeczach, takich jak jego współpraca z CIA w latach 80-tych. Interesująca jest też inna kwestia – kto otrzyma(ł) pieniądze za pomoc w odnalezieniu bin Ladena. Oficjalna wersja, głoszona przez Amerykanów, będzie mówiła o samodzielnym działaniu, ewentualnie w spółce z Pakistańczykami, ale nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś mimo wszystko połakomił się na 25 milionów dolarów albo przynajmniej kilka procent z tej sumy.

W Stanach Zjednoczonych nie mają teraz długiego weekendu, więc prezydent Obama udanie wszedł w tydzień. Zapewnił sobie chwytliwe hasło na przyszłoroczne wybory prezydenckie i na jakiś czas problemy gospodarcze zejdą na drugi plan.  Zabicie Osamy bin Ladena to jednak sukces przede wszystkim propagandowy.  San schorowany terrorysta nie walczył już na froncie, ani nie dowodził oddziałami terrorystów po 2001 roku. Rację ma profesor Danecki, który na spotkaniu Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa tłumaczył, iż nie istnieje taka organizacja jak al-Kaida, a jedynie sieć porozrzucanych siatek, bez centralnego zarządzania. Naturalnie, Osama kierował częścią podległych mu terrorystów oraz odgrywał ważną rolę jako symbol i autorytet. Nie jest on jednak bezpośrednio odpowiedzialny za amerykańskie problemy w Iraku czy teraz Jemenie. Sami Amerykanie przywykli do nazywania wszystkich swoich wrogów w świecie islamskim “al-Kaidą”, często na wyrost. Sparodiował to wręcz Kaddafi mówiąc, że on też w Libii walczy z “Bazą”.

Obama dostał oratorskiego wiatru w żagle. Prezydent dysponuje darem przemawiania. Teraz będzie mógł opowiadać o nieuchronnej sprawiedliwości, o sukcesach w walce z terroryzmem, a także podniesieniu bezpieczeństwa obywateli amerykańskich. Nie do końca jest to prawda, gdyż sytuacja strategiczna Amerykanów niewiele się zmieniła np. w Afganistanie. O ile w przypadku Iraku, pomimo niestabilności wszystko zdaje się iść w dobrą stronę, o tyle Afganistan wymaga olbrzymich nakładów.  Specjalną troską otoczony jest również Pakistan. Zabicie bin Ladena jest korzystne dla Amerykanów, ale geopolityki regionu nie zmieni.

Przy okazji przykryje to sprawę śmierci Saifa al-Araba Kaddafiego, 29-letniego syna Muammara, zabitego w czasie bombardowania NATO. NATO przyjęło założenie, że libijski konflikt skończy się wraz ze śmiercią pułkownika i nie pierwszy raz uderza w budynek, licząc na to, że odpowiedni człowiek będzie w środku. Prysła jednocześnie poprzednia “myśl strategiczna”, że Kaddafi, na wieść o rezolucji RB ONZ numeri 1973, jak również po rozpoczęciu bombardowania, sam przeprosi, położy się i poprosi o najniższy wymiar kary. Postępowanie NATO jest kolejnym dowodem na to, iż prawo międzynarodowe stosuje się niezwykle wybiórczo, niezależnie od tego, czy mowa o Unii Europejskiej, Stanach Zjednoczonych, Rosji czy Chinach, bo czy rezolucja zezwala na bombardowanie rządowych budynków? “Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Jeszcze ciekawsze są – wracając do głównego wątku – są informacje opublikowane przez niezmordowane WikiLeaks. Według nich, więźniowie z Guantanamo zeznali, iż Osama bin Laden pozostawił coś w rodzaju testamentu, którym jest ukryta w Europie broń atomowa. Na pierwszy rzut oka są to jedynie spekulacje, ale jeżeli jest inaczej, to prawdziwa praca się nie skończyła, a dopiero zaczęła. Zwłaszcza że koledzy Osamy z pewnością będą szukać rewanżu.