Patryk Gorgol

Czy powinniśmy wysyłać wojsko do Libii?

6 komentarzy
źródlo: wiadomosci.dziennik.pl

źródlo: wiadomosci.dziennik.pl

Do tej pory z wysyłania wojsk udało się nie robić rodzimej awantury politycznej – polscy żołnierze w misjach ONZ-etowskich czy NATO-wskich działali w warunkach consensusu. Nie inaczej jest w przypadku Iraku czy Afganistanu – główne siły polityczne, tj. PO, PiS i SLD jednakowo pozytywnie reagowały na prośby amerykańskie. Z wysłanymi wojskami były dwa problemy. Pierwszy taki, że posiadanie takiego kontyngentu np. w Afganistanie kosztowało nas w 2010 roku prawie 2 miliardy złotych (!!!!), a drugi – dużo większy – że jedynym wyrazem docenienia za zaangażowanie polskiego żołnierza były podziękowania, w formie ustnej, a wszelkie korzyści zgarniali inni gracze.

W swoim tekście dla portalu “wpolityce.pl” Anna Fotyga krytykuje postawę rządu wobec sytuacji w Libii. W jeszcze ostrzejszym tonie szaty rozdziera Rybitzky w tekście “‘Bez emocji’”- Donald Tusk patrzy na rzeź”. Autor krytykuje w nim spokojną politykę Polski i brak zaangażowania. Różnica polega na tym, iż o ile Rybitzky może nie znać się na polityce międzynarodowej (i się nie zna), o tyle Anna Fotyga jest byłym Ministrem Spraw Zagranicznych i pisanie aż takich bzdur, jak te o rządzie polskim uciekającym od wartości świata zachodniego (!) jej nie przystoi. Podobnie jak pisanie “ból” przez “u” w wykonaniu urzędującego prezydenta.

W sprawie Libii nie mamy żadnych interesów, aby wychodzić przed szereg. Naturalnie, należy oświadczać, że łamanie praw człowieka jest niedopuszczalne, że nie wolno zabijać cywilów,  że w pełni popieramy rezolucje ONZ, działania NATO wobec rządu libijskiego, a także politykę naszych przyjaciół z Paryża, Waszyngtonu i Londynu, ale tyle wystarczy. Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy bardzo opierają się przed przeprowadzeniem operacji lądowej, a my mamy się już oficjalnie deklarować? Przepraszam, ale czy to jest jakiejś marnej jakości dowcip? Niektórych wypada tylko rozczarować i napisać szczerze, że niestety, ale i tym razem nie będziemy mieć kolonii.

Amerykanie na przykład kalkulują w taki sposób. Za rok wybory w Stanach Zjednoczonych, Afganistan i Irak zżerają miliardy dolarów rocznie, nasza opinia w świecie muzułmańskim jest fatalna, ewentualna operacja zostanie i tak potraktowana jako wyraz neokolonializmu, a szansa na zakopanie się na kilka lat jest olbrzymia. Dlatego prezydent Obama zastanowi się 10 razy, zanim Amerykanie postanowią wykroczyć poza bombardowania i pilnowanie strefy zakazu lotu.

Jak powinni kalkulować Polacy?
Nasze spojrzenie również powinno być realistyczne. Co najważniejsze – nie mamy w Libii żadnych interesów, w przeciwieństwie do Włochów, Francuzów, ale również Chińczyków czy Rosjan. To nie nasza rozgrywka, pułkownik Kaddafi nie ma miliardów dolarów na naszych kontach, jego synowie rozbijają się w Monachium i Paryżu, a nie Warszawie i Poznaniu. Nasze firmy może i mają (miały?) w Libii kontrakty, ale są to groszowe sprawy, na pewno niewystarczające do podjęcia zdecydowanej reakcji. Reżim Kaddafiego nie jest – jak w przypadku Włoch czy Szwajcarii – kluczowym dostawcą ropy naftowej. Wspomnianego surowca – patrząc z doświadczeń irackich – również dla nas by nie było. Skoro zatem nie zostały naruszone nasze żadne żywotne interesy, a do wygrania w całej tej układance nie mamy praktycznie nic, to po co angażować się militarnie? Libia jest zmartwieniem innych bokserów, chodzących w trochę wyższej kategorii wagowej, zwłaszcza jeśli chodzi o możliwości gospodarcze i wojskowe.

Nas zwyczajnie na zaangażowanie wojskowe … nie stać. Zobaczmy na wykres z Afganistanu, jeżeli chodzi o koszty.

źródło: money.pl za MON

źródło: money.pl za MON

Czy “w imię zasad”, w obronie których i tak mielibyśmy znikomy udział (ze względu na ograniczony potencjał militarny), warto wydawać kolejne dziesiątki, a pewnie setki miliony złotych? Czy Ministerstwo Obrony Narodowej ma za dużo środków? Pojawiają się też pytania m.in. o polskie zdolności logistyczne. Oczywiście, na symboliczny udział czy misje humanitarną możemy sobie pozwolić, ale na nic więcej już nie. To nie nasz problem – nie jesteśmy Mesjaszem Narodów, a GROM-u Kaddafi się nie przestraszy. Sarkozy odkrył w sobie powołanie do zawodu policjanta na rok przed wyborami? Proszę bardzo.

Skoro już wiemy, iż z wysłania wojsk nie mielibyśmy zbyt wielu korzyści, a jeśli nawet, to byłyby one niewspółmierne z kosztami, to warto zastanowić się, co będzie dalej? “Świt Odysei” ocalił rebeliantów od porażki i powstrzymał marsz Kaddafiego, ale kim są opozycjoniści? Na pewno w części to byli koledzy pułkownika, tylko skłóceni z nim, ale czy są oni w stanie pokonać uzbrojone i zdyscyplinowane wojsko Kaddafiego, a także nieźle opłacanych najemników? Na krótką metę – należy w to wątpić. Opozycyjne wojska należałoby przeszkolić i uzbroić, co jest zadaniem na co najmniej kilka miesięcy. Kaddafiego szybciej może pokonać międzynarodowa koalicja, o ile podejmie się interwencji lądowej albo zabije dyktatora, jednocześnie dogadując z jego zapleczem. Dopóki Muammar, jak go pewnie nazywał jego były przyjaciel, Silvio Berlusconi, będzie miał pieniądze na żołd i najemników, dopóty będzie walczył. Oczywiście, można by się jeszcze dogadać z samym dyktatorem, zrobić jakiś rządowo-opozycyjny układ etc, ale wtedy byłaby to kompromitacja Zachodu, bo okazałoby się, że zarówno cywilów nie obronili, jak i Kaddafiego nie obalili.

W tej niepewnej sytuacji, gdy ryzyko jest duże, korzyści mierne albo żadne, a także gdy nie mamy decydującego znaczenia dla rozwoju sytuacji, należy reagować w sposób opanowany i stonowany. Oczywiście, co innego, gdyby na stole pojawiła się doskonała oferta – płatna z góry dodajmy – ale bądźmy realistami. Nikt nam takiej nie złoży.

Nie ma za co dziękować panu Eizenstatowi

Brak komentarzy
Stuart Eizenstat  źródło: harrywalker.com

Stuart Eizenstat źródło: harrywalker.com

Ostatni tekst “Restytucja mienia żydowskiego – każdy kij ma dwa końce” wzbudził wiele kontrowersji w różnych miejscach Internetu i doczekał się jednej, niezwykle interesującej i merytorycznej odpowiedzi ze strony pana Tomasza Deptuły, korespondenta “Newsweeka” z Nowego Jorku w artykule “Podziękujmy Żydom za wezwania do reprywatyzacji”. Po jej lekturze przyznać muszę, iż świat, rzeczywiście, wygląda inaczej z każdej ze stron oceanu. Pozwalam sobie na replikę.

“A u was biją murzynów”
W części swojego pierwszego tekstu wyliczałem, dlaczego Amerykanie nie mają prawa pouczać Polaków w/s reprywatyzacji wymieniając różne argumenty – m.in. historyczne (brak pomocy w czasie Holocaustu w przeciwieństwie do Polskiego Państwa Podziemnego) i prawne (amerykańscy obywatele będą mieli co najmniej utrudnione dochodzenie swoich roszczeń na mocy umowy z 1960 roku), a w ostatnim akapicie – w formie puenty – umieszczając uwagi odnoszące się do zajęcia olbrzymich terenów indiańskich przez Amerykanów, a także los majątków ponad 700 tysięcy uchodźców palestyńskich z lat 1948-1949, którym Izrael nie zamierza nic zwracać. Pan Tomasz zwraca uwagę, iż to argument w stylu “a u was biją murzynów”.

Cóż – dlaczego się z tym nie da zgodzić? Moje uwagi nie dotyczyły nowego obszaru dyskusji, a dokładnie tego, który poruszył specjalny doradca Hillary Clinton. Znacjonalizowanej, zabranej, zrabowanej etc, własności.  Zarzut o używania argumentu w stylu “bicia murzynów” można by postawić, gdybym w odpowiedzi na wystąpienie Eizenstata odpisał, że nie ma racji, bo rząd amerykański bezprawnie przetrzymuje więźniów z Guantanamo – wtedy rzeczywiście pisałbym nie na temat, a tak wkroczyłem na grunt praw Kalego – jak Kali komuś ukraść krowę (własność indiańska, palestyńska) to dobrze, ale jak ukraść Kalemu, to źle. Jeżeli osoba reprezentująca amerykański rząd strofuje polski rząd, to może warto, aby przede wszystkim wymagała wpierw od swojego państwa, a potem od innych.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja wcale nie nawołuje do zwrotu ziemi indiańskiej, ani palestyńskiej. Izraelczycy nie oddadzą ani ziemi, ani jej wartości, bo w tym pierwszym przypadku – popełniliby zbiorowe, demograficzne samobójstwo, a w drugim – ich budżet by tego nie wytrzymał. Prezydent Autonomii Palestyńskiej, Mahmud Abbas, wydaje się to zresztą rozumieć. Gdyby jakiś dyplomata amerykański lub izraelski przypadkiem natrafił na ten tekst, to z pewnością uśmiechnęliby się na widok w/w roszczeń, wiedząc że to nierealne i być może pytając, czy to nie jest żart? Ciekawe, czy wyśmialiby żądania reprywatyzacyjne względem Polski? Nie sądzę. Tak działa prawo Kalego i w ramach elementarnej uczciwości proszę o to, aby rząd amerykański nie pouczał Polaków. Co chcę przez to przekazać? W tej sprawie gra nie idzie o zasady i sprawiedliwość, lecz o duże pieniądze i – w mniejszym stopniu – politykę, w którą często powyższa hipokryzja jest wpisana. Nie zawsze należy o tym publicznie mówić, ale nigdy nie wolno o tym zapominać.

Czy żydowskie wezwania są w interesie Polaków?
Pan Tomasz Deptuła podkreśla w swoim tekście, iż na ewentualnych spełnieniu roszczeń związanych z reprywatyzacją zyskają nie tylko Żydzi, ale przede wszystkim obywatele polscy. To prawda, tak jak pisałem już w poprzednim tekście, okradane było przede wszystkim polskie społeczeństwo. Roszczenia polskie stanowią zdecydowaną większość. Kontrowersji nie budzi też to, iż partycypacja żydowska wynosi wśród całości roszczeń około 17% Co do liczb i faktów się zgadzamy – inaczej jednak jest z ich oceną.

Nie widzę również sporu w innym miejscu – problem reprywatyzacji trzeba będzie rozwiązać i najlepszym sposobem jest częściowa rekompensata. Z tą różnicą, iż ja uważam, że powinna być symboliczna i wynosić niski procent wartości według ówczesnych cen – np. 5%-10% lub mieć formę np. miesięcznej zapomogi. Całkiem sensowne byłoby również oddanie ziemi należącej np. do Agencji Nieruchomości Rolnej lub wykorzystanie pozyskiwanych przez nią funduszy do spłat. Na inne rozwiązanie na razie państwa polskiego nie stać. Może to rzeczywiście wina “perspektywy oceanicznej”, ale pomimo niezłych wyników gospodarczych, na tle państw Unii Europejskiej, wcale drugim Luksemburgiem nie jesteśmy, pieniądze nie rosną na drzewach, mamy olbrzymi deficyt budżetowy, nie najniższe bezrobocie i standard życia zauważalnie gorszy niż wśród państw “starej Unii”.

Przechodząc do meritum, kto będzie płacił za ewentualne spełnienie roszczeń w całości lub w większym stopniu (np. 20-30%)? Odpowiedź jest oczywista – my wszyscy  i to prawdopodobnie przez długie lata. Alternatywnie, rząd może zwiększyć zadłużenie państwa, ale efekt tego będzie taki sam, jak w zdaniu poprzednim. Oszacujmy – 20% wartości, kopiując przykładowo rozwiązanie z tego zastosowanego w przypadku mienia zabużańskiego, z około 65 miliardów złotych roszczeń daje 13 miliardów złotych, co już jest olbrzymim obciążeniem. Za oceanem być może to drobne, ale z czego my tutaj zrezygnujemy? Utniemy na kilka lat edukacji, kulturze, wojsku czy infrastrukturze, a może wszystkim po trochu? Nawet przyjmując ten scenariusz, musimy pamiętać, iż 20% wartości wcale nie musi zadowolić ludzi, a to jeszcze pewnie swoje trzeba by odstać w kolejce i zmierzyć się z polską administracją. Być może więc wcale byśmy sprawy nie zamknęli i nadal kończyłoby się to postępowaniami przed sądami międzynarodowymi o zwrot 100% wartości.

Może to niesprawiedliwe, ale w interesie polskiego państwa jest zapłacenie jak najniższych rekompensat i z pewnością żaden “pozytywny” image – o którym wspomina pan redaktor – nam olbrzymich wypłat nie wynagrodzi. Czy Polska zyskała w oczach przeciętnego Amerykanina po pomocy udzielonej w Iraku i Afganistanie? Czy zaczęli się z nami liczyć? Inaczej – skoro tylko Polska nie uregulowała kwestii reprywatyzacji – czy inne państwa, które to zrobiły,  są w jakiś sposób z tego powodu nobilitowane lub uprzywilejowane? Nie zauważyłem… Tak jak mówiłem – pieniądze i polityka, a nie zasady i sprawiedliwość.

Czasami lepiej przemilczeć
Stuart Eizenstat miał kilka niezłych powodów, aby się nie wypowiadać. Jako doradca amerykańskiej Sekretarz Stanu powinien bardzo uważać przy konstruowaniu swoich publicznych wypowiedzi. Chociażby dlatego, iż polsko-amerykańska umowa wyklucza dochodzenie  roszczeń powstałych przed 1960 rokiem , a ewentualne istniejące – kieruje w ostatecznym rozrachunku na konto Stanów Zjednoczonych. Skoro doradca Hillary Clinton jest tak oburzony, nic nie stoi na przeszkodzie, by rząd federalny pokrył roszczenia amerykańskich obywateli.

Oczywiście, polska-amerykańska umowa nie może wykluczyć roszczeń np. obywateli szwedzkich lub izraelskich i oni – o ile nie ma podobnej umowy np. polsko-szwedzkiej czy polsko-izraelskiej – mogą dochodzić swoich praw. Jak wiadomo ocalali z Holoacaustu uciekali nie tylko do Stanów Zjednoczonych. Po co jednak Eizenstat się wypowiada, skoro ni czyni tego nawet w interesie amerykańskich obywateli?

To właśnie uczyniłem przedmiotem swojej krytyki. Niech każdy rozwiązuje problemy na swoim podwórku, a to, że ustawa reprywatyzacyjna jest konieczna, nie jest przeze mnie podważane w żadnym punkcie. Dobrze by jednak było po drodze wyraźnie nie zaszkodzić Polsce – tej dzisiejszej.

Restytucja mienia żydowskiego – każdy kij ma dwa końce

1 komentarz
źródło: wiadomosci.dziennik.pl

źródło: wiadomosci.dziennik.pl

W Departamencie Stanu istnieje stanowisko specjalnego doradcy Sekretarza Stanu do spraw Holocaustu. Piastuje je Stuart Eizenstat. Istnienie takiego etatu świetnie pokazuje wpływy żydowskiej diaspory, której, niestety, nasza Polonia do pięt nie dorasta. O Holocauście powiedziano i napisano już niemal wszystko, a Stany Zjednoczone mają w Departamencie Stanu specjalnego pracownika w momencie, gdy nie ma go na przykład w Polsce, a Zagłada była prowadzona przecież przez Niemców na terytoriach polskich.

Na sojusznika można zawsze liczyć
Wspomniany pan Eizenstat, jak na sojusznika przystało, postanowił pouczyć rząd polski w sprawie zwrotu mienia żydowskiego skonfiskowanego po 1939 roku. W jego przekonaniu, Stany Zjednoczone powinny wpłynąć w tym zakresie na Polskę dzięki przyjaznym stosunkom i współpracy łączącej nasze państwa. Ciężko oprzeć się wrażeniu, iż były ambasador Stanów Zjednoczonych przy Unii Europejskiej, do swojego wystąpienia, został delikatnie zachęcony.

Trzeba stanąć twarzą w twarz z prawdą. Tak, między 1939, a 1989 rokiem skonfiskowano majątek żydowski o niebagatelnej wartości. Pierwsze żądania Światowego Kongresu Żydów w wysokości 65 miliardów dolarów wydają się bardzo przesadzone. Bardziej realistycznie brzmią informacje AFP z 2008 roku – 65-70 miliardów owszem, ale złotych i nie mienie żydowskie, a całe zagrabione przez nazistów i komunistów. Partycypacja Żydów w tych roszczeniach wynosi 17%, czyli około 11-12 miliardów złotych. Tę różnicę, ale nie wiadomo czy w całości, można wytłumaczyć faktem, iż Światowy Kongres Żydów żądał “na wszelki wypadek” zwrotu całej wartości posiadanej przez Żydów do 1939 roku, a dane AFP dotyczą już konkretnych roszczeń.

Przedstawiciel amerykańskiej administracji jednak mocno się zagalopował. Zacznijmy od tego, iż jest to doradca Hillary Clinton, a nie sekretarz Clinton czy prezydent Obama. Mam poważne wątpliwości, czy urzędnik – mimo wszystko nie najwyższej rangi – powinien organizować konferencje prasowe i krytykować polski rząd. O tyle warto zaznaczyć, że o samej sprawie mało mówi rząd izraelski. Problem reprywatyzacji, rzeczywiście, nie został przez Polaków rozwiązany, ale Polska będzie w stanie zwrócić tylko część roszczeń. Poza tym, istnieją sądowe sposoby dochodzenia utraconej własności i trzeba uświadomić sobie, iż jakąś część sumy Polska będzie musiała wypłacić. Problem w końcu trzeba będzie rozwiązać, ale naciski w tej formie są nie do zaakceptowania.

Dlaczego Stany Zjednoczone nie powinny pouczać Polski?
Amerykanie popełniają niezwykłą niezręczność wypominając Polsce kwestie zagrabionego mienia żydowskiego.

Trudno obwiniać Stany Zjednoczone o wybuch drugiej wojny światowej, ale o to, iż Polska znalazła się za “Żelazną Kurtyną”, już jak najbardziej. W Teheranie, Jałcie i Poczdamie amerykańscy dyplomaci oddali nas Związkowi Radzieckiemu. Ponadto, mówiąc o reprywatyzacji nie wolno zapominać o 1950 roku i złodziejskiej wymianie pieniądza. Ci trzymający pieniądze na rachunkach bankowych otrzymali w zamian za 100 zł, 3 nowe złote. Ci trzymający gotówkę w domu – jedynie 1 złotówkę. W efekcie, prawie całe społeczeństwo ograbiono z 2/3 pieniędzy (!). Komuniści i naziści okradali więc przede wszystkim polskie społeczeństwo i III RP niekoniecznie stać na płacenie za nich rachunku i nie dotyczy to tylko Żydów. Dlatego Polacy bronią się rękami i nogami przed pełną reprywatyzacją.

Co więcej, wyjątkowo zaskakująca i celna jest odpowiedź ministra Sikorskiego. Amerykanie mogli pomóc Żydom w czasie Holocaustu i nie zrobili tego. Tutaj pozwolę sobie na rozwinięcie. Politycy zachodni, w tym wpływowi Żydzi amerykańscy, do końca mieli wątpliwości dotyczące losu ludzi wysyłanych do Auschwitz-Birkenau. W czasie Zagłady na Węgrzech, Rezso Kasztner, negocjujący wykupienie pociągu Żydów od nazistów (tak, Niemcy handlowali też ich życiem), nie był w stanie uzyskać większych funduszy od organizacji żydowskich oraz aliantów. Były również inne pomysły – jak na przykład odpowiednie zbombardowanie obozów koncentracyjnych w celu umożliwienia ucieczki więźniom. Niczego takiego jednak nie zrobiono.

Polskie Państwo Podziemne robiło tyle, ile mogło – to my próbowaliśmy uświadomić światu, że Żydzi wcale nie jadą do Auschwitz pracować. Struktury podziemne również organizowały pomoc dla Żydów. Rotmistrz Witold Pilecki sam “zaciągnął” się do Auschwitz-Birkenau, napisał niezwykle szczegółowe relacje i zorganizował wewnątrz obozu konspirację w imieniu państwa. A co w tym czasie robiły wszechpotężne Stany Zjednoczone?

Amerykańscy obywatele sami zaś będą mieć problem z restytucją, bo w 1960 roku – według uowy umieszczonej na stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych – rząd Stanów Zjednoczonych w zamian za 40 mln $ sam zrzekł się wszelkich roszczeń za nich (”Układ między Rządem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a Rządem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej dotyczący roszczeń obywateli amerykańskich“). Według artykułu IV, w przypadku pojawieniu się takich roszczeń ze strony obywateli amerykańskich “Rząd Polski przekaże je Rządowi Stanów Zjednoczonych”. Jeżeli dobrze interpretuję ten artykuł, oznacza to, iż odszkodowania – w ostatecznym rozrachunku – wypłacałyby w takim przypadku … Stany Zjednoczone.

Na wystąpienie Stuarta Eizenstata odpowiedzieli również internauci na Facebooku . Powstało wydarzenie “Polska wzywa USA do restytucji mienia indiańskiego”. Oczywiście, prawnie jest to niedopuszczalne, ale oceniając sprawę od kwestii moralnej – rzeczywiście, niech Amerykanie nawet nie oddają majątku, a równowartość, według średnich stawek rynkowych, ziemi obejmującej kilka stanów. Dla samego rządu izraelskiego – który na całe szczęście tematu nie forsuje, przynajmniej oficjalnie – odpowiedź może być podobna. Zaraz po tym, jak nastąpi pełna restytucja majątku ponad 700 tysięcy uchodźców palestyńskich, Polska przystąpi do wypłacania odszkodowań.

“Trzecia Intifada”?

Brak komentarzy
źródło: cfwatch.com

źródło: cfwatch.com

Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu Jordanu szykują własny Dzień Gniewu. Planują masowe demonstracje na 15 maja i na Facebooku dumnie – i prawdopodobnie na wyrost – nazywają je “Trzecią Intifadą”. Stronę “lubi” już ponad 110 tysięcy ludzi, jednak należy wspomnieć, że kliknąć może każdy użytkownik Facebooka, niekoniecznie Palestyńczyk, co znacząco deprecjonuje wartość tej liczby. Jednocześnie trzeba pamiętać, że wszelkie inicjatywy antyizraelskie zarówno w Strefie Gazy, jak i na Zachodnim Brzegu Jordanu, łatwo mogą zyskać poklask wśród mieszkańców. Urokowi całej stronie na portalu społecznościowym dodaje groźba Palestyńczyków, iż jeżeli zostanie zablokowana, zbojkotują serwis. Ciekawe czy wiedzą, iż jego założyciel nazywa się Mark Zuckenberg?

Dlaczego 15 maj?
Data jest kompletnie nieprzypadkowa. Czternastego maja 1948 roku ogłoszona została izraelska Deklaracja Niepodległości, która jest świętem narodowym w Izraelu. Piętnastego maja Palestyńczycy obchodzą Dzien Makbah (Dzień Katastrofy) mający przypominać o ich wypędzeniach lub ucieczkach, które miały miejsce głównie w wyniku wojny o niepodległość (1948-1949) i dotknęły około 711 tysięcy według UNRWA (Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie). Obecnie UAgencja zarejestrowała 4,8 miliona palestyńskich uchodźców. – najwięcej w Jordanii – ponad 2 miliony.

Na ulicę ma więc kto wychodzić, a sam termin jest wręcz naturalny do demonstracji swojego gniewu. Przy sprawnej organizacji, dobrym marketingu, w połączeniu z biedą i brakiem perspektyw, a także “arabskimi rewolucjami” w Egipcie, Tunezji i Libii – Palestyńczycy nie mają po co zostawać w domu.

Czy to ma sens i co na to wszystko Izrael?
Izraelskie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na pewno podjęły już stosowne działania, począwszy od kliknięcia “lubię to!” to Facebooku i monitorowania strony. Izrael na ewentualny wybuch zamieszek będzie przygotowany, a potencjalna palestyńska Intifada nie będzie takim zagrożeniem dla Izraela jak w 1987 i 2000 roku. Mur oddzielający Izrael od Zachodniego Brzegu Jordanu jest powszechnie krytykowany jako dzielący Izraelczyków i Palestyńczyków na dwa narody, z których jeden może wszystko, a drugi nie ma żadnych praw. To prawda, ale teraz izraelscy politycy mogą powiedzieć – w obliczu zagrożenia ze strony Palestyńczyków nasze bezpieczeństwo zdecydowanie się zwiększyło.

Kolejna Intifada nie ma również sensu z punktu widzenia Palestyńczyków z jeszcze jednego powodu. Jak pokazują statystyki, jej ofiarami staliby się głownie oni sami. Przed niezwykle trudnym dylematem stoją z kolei władze Autonomii Palestyńskiej. Muszą zrobić wszystko, by Dzień Gniewu nie obrócił się przeciwko nim, a mają ku temu Palestyńczycy powody. Kiedy ogółem 51% Palestyńczyków (dane Ośrodka Informacji ONZ w Warszawie) żyje poniżej granicy ubóstwa, skorumpowani urzędnicy mają się jak najlepiej. Prezydent Mahmud Abbas powinien więc wesprzeć demonstracje – z jego punktu widzenia lepiej by skierowane były one przeciwko Izraelowi, aniżeli przeciwko niemu.

Szczególnie że niedawno Fatah ponownie dostał “od życzliwych” po głowie. Telewizja Al-Jazeera ujawniła poufne palestyńskie dokumenty z czasów negocjacji z Izraelem. Wynika z nich, iż Palestyńczycy byli gotowi na niepopularne w świecie arabskim kompromisy, takie jak np. przekazanie kontroli nad Wzgórzem Świątynnym międzynarodowemu komitetowi. Jeżeli Al-Jazeera chciała zaszkodzić umiarkowanemu Abbasowi to nie mogła znaleźć lepszego czasu. W momencie, gdy Izrael odrzuca amerykańskie sugestie zamrożenia rozbudowy osiedli, katarska telewizja dodatkowo osłabia pozycję Palestyńczyków. Efektem tego jest rezygnacja głównego palestyńskiego negocjatora – Saeba Erekata.

Izrael również powinien zrobić wszystko, aby te protesty były przeciwko … Izraelowi. Dalsze osłabianie Fatahu na Zachodnim Brzegu byłoby krótkowzroczne, ponieważ trudno, by nawet premier Netanjahu uznał, iż lepsze byłoby wzmocnienie na tamtym terytorium roli Hamasu, który być może właśnie zaciera ręce. Oskarżanie Fatahu o zdradę jest dużo prostsze, gdy do mediów przeciekają takie informacje, jak te dotyczące kontroli nad Haram-al-Shariff (wspomniane wcześniej Wzgórze Świątynne), trzecim najważniejszym miejscem dla muzułmanów. Same demonstracje nie będą zagrożeniem dla bezpieczeństwa Izraela.

Czy Palestyńczycy powinni się uczyć o Holocauście?

1 komentarz
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Na profilu facebookowym “Kącika Dyplomatycznego” rozgorzała gorąca dyskusja nad kwestią – czy palestyńskie dzieci powinny uczyć się o Shoah? Spór pojawił się po tym, jak Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA) ogłosiła, iż zamierza nauczać o zagładzie w prowadzonych przez siebie szkołach. Zgodnie zaprotestowały Hamas i Fatah.

Może jednak to pytanie zostało postawione w zły sposób? Czy istnieje jakikolwiek powód, dla którego młodzież w jakiejkolwiek szkole świata nie powinna wiedzieć, czym był Endlosung (”ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”)? Oczywiście, część Palestyńczyków może twierdzić, że zagłady Żydów nie było, ale umówmy się – wśród poważnych historyków nie ma co do tego żadnych wątpliwości. O Shoah należy nauczać w szkołach izraelskich, palestyńskich, polskich, węgierskich, rosyjskich, filipińskich, kongijskich a nawet irańskich chociażby po to, by pokazać, co człowiek mógł zrobić człowiek w “cywilizowanej Europie”. Wydarzenia z początku lat 90′ w Rwandzie pokazują, iż świat nie odrobił tej lekcji historii.

Inną kwestią jest oczywiście, czy Palestyńczycy chcą się uczyć o zagładzie. i czy ich uczuć nie należy po części zrozumieć. Sami Izraelczycy – piszę teraz o obecnym rządzie – w żaden sposób nie są uwrażliwieni na cierpienia narodu palestyńskiego, a operacja “Płynny Ołów” zakończyła się śmiercią nie tylko bojówkarzy Hamasu, ale również setek cywilów (w tym 320 dzieci – dane B’Tselem) . Izraelczycy często zapominają, iż nie tylko oni potracili swoje domy, a teraz prowadzą intensywną akcja osadniczą na terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu. Na szczególną uwagę zasługuje osadnictwo w Jerozolimie Wschodniej, gdzie przy okazji administracyjnie prześladuje się Palestyńczyków, a także burzy ich domy (od 1967 roku na terytorium całego Zachodniego Brzegu Jordanu – 23 tysiące – dane ONZ). Według raportu organizacji BTselem z około 9 tysięcy dotychczasowych ofiar około 7300 to Palestyńczycy.

Można krytykować politykę izraelskiego rządu, ale to nie oznacza, że wobec wszystkiego należy być na “nie”. Palestyńczykom i Izraelczykom brakuje wzajemnego zrozumienia i zamiast poważnych rozmów,  obserwujemy głośne pokrzykiwania, kto jest bardziej winny. Tylko że zwycięstwo w takiej akademickiej dyskusji jest iście pyrrusowe, bo do niczego nie doprowadzi. Izrael nie będzie miał pokoju, a Palestyńczycy nie będą mieć swojego państwa, zaś ich byt materialny pozostanie nadal fatalny. Zamiast tego próbujmy poszukać rozwiązania, a dobrym krokiem w jego kierunku jest edukacja młodzieży i uwrażliwianie na traumatyczne przeżycie drugiego narodu. Jeżeli Hamas nie chce zaakceptować istnienia Izraela oraz faktu historycznego, jakim jest Holocaust, to o jakim my pokoju mówimy? Identycznie jest z Izraelem -  izraelska młodzież powinna zrozumieć, iż około 800 tysięcy Palestyńczyków musiało opuścić swoje domy i rezygnacja z powrotu na ziemie izraelskie – a na to jest gotowy Mahmud Abbas – jest co prawda realistycznym postawieniem sprawy (Izrael przecież nie popełni demograficznej samobójstwa), ale także olbrzymim ustępstwem politycznym. Kompletną ignorancją jest więc kontynuowanie akcji osadniczej na Zachodnim Brzegu Jordanu, bo gdzie mają zamieszkać ci uchodźcy z np. Libanu?

Pokój jest obecnie daleko niczym Słońce, ale jeżeli kiedyś uda się jakiś zawrzeć, aby się utrzymał, musi być sprawiedliwy i niewymuszony. Czy pokój na Bliskim Wschodzie da się budować na, niestety już mocno zakorzenionych, nienawiści i kłamstwie? Będzie to zadanie co najmniej ciężkie. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że próba przekłamywanie historii jest właśnie tym, czego oczekują radykałowie żyjący z tego konfliktu. Im przecież na pokoju zależy najmniej.

Dlatego pomysł UNRWA jest bardzo dobry. Młodzi Palestyńczycy powinni uczyć się o Shoah, tak samo życzyłbym sobie, żeby w izraelskich szkołach, a może zwłaszcza w tych, do których uczęszczają dzieci osadników, uczono o cierpieniu i biedzie palestyńskich uchodźców. To już jednak temat na zupełnie inną dyskusję…