Patryk Gorgol

Dni gniewu w Egipcie

Brak komentarzy
źródło: topnews.in

źródło: topnews.in

W takich opałach w czasie swoich 30-letnich rządów Hosni Mubarak jeszcze nie był. Po raz pierwszy ludzie w tak dużej ilości i z tak jasno określonym “programem” (odejście prezydenta) wyszli na ulice. Atmosferę – i tak gorącą -dodatkowo podgrzewają media poprzez publikację informacji prawdziwych, jak liczba zabitych i rannych (ok. 100 i ok. 3000) oraz tych mniej sprawdzonych według których prezydent Mubarak miałby uciec do … Izraela. Naturalnie, taki oczywisty nonsens, jak ten z Izraelem, był powtarzany przez wszelkie media.

Mubarak do odejścia zbiera się i tak, przy okazji tegorocznych wyborów prezydenckich W wieku 82 lat człowiekowi ciężko utrzymać autorytarną władzę i w naturalny sposób opiera ją na swoich najbliższych współpracownikach, a więc na wojskowych. Sam Mubarak to były generał armii, zatem jak najbardziej reprezentuje interesy wojska. Nowy premier Szafik to również wojskowy, a powołany właśnie wiceprezydent Omar Suleiman to wpływowy szef wywiadu, jeden z najważniejszych graczy na giełdzie tych, którzy mieliby zastąpić prezydenta Mubaraka, wymieniany jak dotąd w jednym szeregu z synem obecnego przywódcy, Gamalem. Można zatem mieć poważne wątpliwości, czy wojsko będzie miało jakikolwiek interes w obaleniu władzy, która jest przecież dla niego korzystna i likwidacji układu, w którym to generałowie, notabene wspierani przez Amerykanów, rządzą w Egipcie. Bez wojska zaś żadna “rewolucja” się nie uda.

Przegranym tych protestów prawdopodobnie będzie Gamal Mubarak. Jeśli jest w Egipcie ktoś mniej popularny od obecnego prezydenta, to jest nim właśnie jego syn, którego Egipcjanie nie cierpią. Sukcesja jest w tym momencie mniej prawdopodobna, a nominacja Suleimana może być sygnałem, iż to on zostanie następcą prezydenta. Nawet jeśli udałoby się przepchnąć Gamala, to trudno oczekiwać, by miał on równie mocną pozycję, jak dotąd jego ojciec. Trudno mieć też wątpliwości, czy wojsko stanęło po stronie reżimu – przecież nie żyje około 100 osób. Powiedzenie, że wszystko jest pod kontrolą, byłoby dużą przesadą, ale na wojnę domową się nie zanosi.

W “ciekawej” sytuacji znaleźli się Amerykanie i Izraelczycy. Rząd Netanjahu stosuje sprytną taktykę niewychylania się. To jedyne słuszne rozwiązanie, bo ewentualne wyrazy poparcia dla Mubaraka byłyby tylko pocałunkiem śmierci, a prawda jest taka, iż Izrael na wszelkie zmiany władzy patrzyłby się z wielkim niepokojem. Tutaj powrócę do informacji dotyczącej ewentualnej ucieczki Mubaraka do Izraela – ona miała na celu zaszkodzić prezydentowi – wiadomo jaki efekt wywoła taka informacja wypuszczona na kairską ulicę.

Gimnastykować za to się musi prezydent Obama. Wyobraźmy sobie, iż taka sama sytuacja ma miejsce w Birmie, czy nawet bliżej Polski – na Białorusi. Długie występy, oficjalne deklaracje poparcia, może nawet jakieś poważniejsze ruchy wojsk, a wszystko przy udziale dwóch haseł: demokratyzacja i prawa człowieka.

Tutaj sytuacja jest inna, bo mowa o drugim najważniejszym sojuszniku Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, do którego idealnie pasują słowa wypowiedziane niegdyś przez prezydenta Nixona “sukinsyn, ale to nasz sukinsyn”. Przewrócenie reżimu byłoby katastrofą dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Wypowiedzi Obamy są więc ostrożne: nawołuje do reform i niestosowania przemocy, jednocześnie nie kopiąc dołków pod Mubarakiem. Niewykluczone, iż reżim będzie zmuszony do reform, ale nikt rozsądny nie będzie chciał wspierać Bractwa Muzułmańskiego, które jest potężną siłą polityczną w Egipcie. Co ciekawe,  opublikowane przez “WikiLeaks” dokumenty świadczą, iż Amerykanie również wspierali opozycję, ale działo się to raczej w ograniczonym zakresie.

Samych protestujących łączy niechęć wobec Mubaraka, ale poza tym, są podzieleni. Protestują islamiści, demokraci,rozczarowani fatalną sytuacją gospodarczą i brakiem perspektyw mieszkańcy, a swoje nakraść próbują również najzwyklejsi szabrownicy, korzystający z chaosu (np. okradziona została ekipa Al-Jazeery). Na zamieszeniu skorzystali też więźniowie z zakładu karnego, dokonując ucieczki.  Protesty nie mają przywództwa politycznego – młodzieżowy Ruch 6 Kwietnia był w stanie zainspirować rozruchy, ale po odcięciu Internetu, jego rola została bardzo ograniczona. Pod protesty próbuje się “podpiąć” Mohammad El-Baradei, ale również on nie jest ich liderem i nie panuje nad tłumami.  Pozostaje jeszcze Bractwo Muzułmańskie, ale podobnie jak jak w przypadku byłego dyrektora Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, nie kontroluje ono protestujących i nie jest dla nich autorytetem.

Najkorzystniejszym rozwiązaniem z punktu widzenia obecnej władzy, niezależnie od tego, czy Mubarak odejdzie teraz czy za jakiś czas, byłoby przeprowadzenie części reform i wciągnięcie do rządzenia El-Baradeia i ludzi z nim powiązanych. Również Amerykanom i Unii Europejskiej takie rozwiązanie byłoby na rękę, gdyż gwarantowałoby utrzymanie obecnego kursu przez Kair. Demokratyzacja jest – uczciwie mówiąc – grą hazardową, bo można wyciągnąć demokratyczną, prozachodnią władzę, nastawioną na poprawę fatalnej sytuacji gospodarczej milionów Egipcjan, ale również Bractwo Muzułmańskie, niewątpliwe gotowe na przeorientowanie polityki Egiptu.

Hezbollah bierze Liban i pozdrawia WikiLeaks

3 komentarzy
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Sunnita, Nadżib Nikati, został nominowany na premiera Libanu. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, gdyby nie fakt, iż stoi za nim Partia Boga, czyli Hezbollah, który wcześniej skutecznie zdemontował rząd Saada Haririego poprzez jednoczesne złożenie 11 dymisji w czasie wizyty premiera w Stanach Zjednoczonych. Pretekstem był spór o współpracę z Organizacją Narodów Zjednoczonych w kwestii dochodzenia w/s śmierci Rafika Haririego, ojca Saada, zabitego prawdopodobnie przez syryjski wywiad lub właśnie Hezbollah. W Waszyngtonie są zaniepokojeni przetasowaniami na libańskiej scenie politycznej, za to Teheran pewnie rozpiera ojcowska duma – przypomnę, iż Hezbollah został założony i wyszkolony przez Irańczyków, a konkretniej Radę Strażników Rewolucji w 1982 roku w czasie wojny domowej i inwazji izraelskiej.

Liban nadal nie może otrząsnąć się po długoletniej wojnie domowej. Niegdyś “Szwajcaria Bliskiego Wschodu”, aktualnie kraj w ciągłym zagrożeniu ponownym wybuchem starć. Pozornie stabilność gwarantować miała konstytucja, zakładająca, iż prezydentem kraju będzie chrześcijanin maronita, premierem sunnita, a przewodniczącym parlamentu – szyita. Jak widać, szyickiemu Hezbollahowi udało się to obejść w banalnie prosty sposób, zgłaszając niewiele znaczącego sunnitę, którym będzie można sterować z tylnego siedzenia. Zobaczymy jeszcze, jak zostaną rozdane teki ministerialne, ale skoro nawet w gabinecie, uważanego za prozachodniego, Haririego Partia Boga dysponowała 11 ministrami, to trudno oczekiwać, aby w nowej, korzystniejszej, rozgrywce stan ten był mniej korzystny.

Czy jednak mamy do czynienia z jakąś dramatyczną rewolucją? Zdecydowanie nie, Hezbollah był, jest i będzie potężną organizacją działającą w Libanie, a co najważniejsze – posiadającą poparcie społeczne oraz kluczowy wpływ na losy państwa. Rządzić w Libanie bez Hezbollahu się zwyczajnie nie da. To nie tylko organizacja o charakterze militarnym, ale również społecznym, edukacyjnym, humanitarnym i przede wszystkim, politycznym. Skoro z Hezbollahem nie potrafili sobie poradzić Amerykanie i Izraelczycy, to tym bardziej nie są w stanie tego zrobić prozachodni Libańczycy.

Zresztą, świetnie obrazują to wydarzenia po ostatniej wojnie libańskiej (2006 rok). Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1701 zakładała, iż “wszystkie grupy” (czyt. Hezbollah) zostaną rozbrojone przez Libańczyków. Armia libańska nie podjęła się tego zadania, gdyż – szczerze mówiąc – prędzej to ona zostałaby rozbrojona przez ludzi Hassana Nasrallaha, który oświadczył, iż dopóki armia nie będzie gotowa do samodzielnego bronienia Libanu, jego organizacja się nie rozbroi. Co więcej, gdy rząd Fuada Siniory postawił się Hezbollahowi, ten na kilka dni przejął … panowanie nad stolicą Libanu, Bejrutem! Szyicka organizacja bardziej sformalizowała swoje wpływy aniżeli je uzyskała.

Hezbollah i Iran z pewnością nie pożałowały wydanych pieniędzy na odbudowę Libanu po 2006 roku. W dodatku, na granicy izraelsko-libańskiej panuje względny spokój. Partia Boga, pomimo oficjalnej propagandy sukcesu, nie chce kolejnych starć i spokojnie gromadzi broń. Również Izrael nie jest zainteresowany problemami na północy i wojną, której nie ma szans wygrać w sposób błyskawiczny, ze względu na taktykę wroga.

Amerykanie zapowiadają ochłodzenie swojego stosunku do Libanu, w tym zamrożenie lub przekierowanie pomocy, ale nie należy oczekiwać, iż zwolennicy Hezbollahu tym się przejmą. Amerykańska administracja ma powody do niepokoju, bo wydawało się, iż po wycofaniu wojsk syryjskich z Libanu (2005 rok) może być już tylko lepiej, a tu taka niespodzianka.

W ostatnim akapicie pojawia się miejsce dla WikiLeaks, któremu Hassan Nasrallah powinien przesłać serdeczne pozdrowienia i wpłacić pieniądze na dalszą działalność. Julian Assange i spółka ujawnili, iż były minister obrony narodowej, Elias Murr, a do niedawna wicepremier i zastępca Haririego, w rozmowie z amerykańskim dyplomatą podpowiadał, w jaki sposób zaatakować Hezbollah, uzyskać poparcie chrześcijan, a także poinformował, iż wydał armii libańskiej rozkaz niemieszania się w razie izraelskiego ataku. W sprawę subtelnie włączony został obecny prezydent, a ówczesny szef sztabu generalnego, Micheil Sulejman. Mówienie, iż obecny rząd upadł, a Hezbollah przejmuje władzę dzięki publikacji WikiLeaks byłoby oczywistą nieprawdą, jednak niewątpliwie tego typu przecieki siłom prozachodnim w Libanie nie pomogły, a już z pewnością zaszkodziły. Czy taki był właśnie cel WikiLeaks – pomaganie Hezbollahowi?

Wybuch bomby na izraelskiej scenie politycznej – rozłam w Partii Pracy

2 komentarzy
źródło: bp.blogspot.com

źródło: bp.blogspot.com

Prawdziwą bombę odpalił w tym tygodniu wicepremier i minister obrony narodowej Izraela – Ehud Barak, związany wcześniej z Partią Pracy, aż do czasu rozłamu, lider tego ugrupowania.

Postanowił on powołać – wraz z czwórką innych parlamentarzystów – ugrupowanie “Azmaut” (”Niepodległość”). Jest to efekt wewnątrzpartyjnych tarć w sprawie zostania/opuszczenia koalicji rządzącej, przez Partię Pracy. Skład tej koalicji od początku był komedią, bo mówimy o sojuszu partii mocno prawicowych, reprezentujących m.in. religijnych Żydów, osadników oraz inne osoby, w tym niechętne procesowi pokojowemu i Palestyńczykom. Premierem został uznawany za radykalnego Netanjahu (Likud), a wicepremierem oraz ministrem spraw zagranicznych jeszcze radykalniejszy Lieberman. Religijna Partia Szas (11 mandatów) otrzymała z kolei tekę wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych. W koalicji znajduje się również “drobnica”. Bez głosów Partii Pracy, nowa koalicja miałaby 61 mandatów w 120-osobowym Knessecie. Przy różnicach światopoglądowych (np. odmienny pogląd Partii Szas i Naszego Domu Izrael na kwestie ślubów cywilnych) w tym układzie, oznaczało to stan permanentnego zagrożenia rozpadem. Przekonano więc Ehuda Baraka i Partię Pracy (13 mandatów) do wejścia do rządu. Lewicowa – przynajmniej nominalnie – Awoda w ultraprawicowym rządzie? Brzmiało jak dowcip, ale tak właśnie funkcjonował rząd w Izraelu przez prawie dwa lata. To tak, jakby do koalicji rządzącej w Polsce w latach 2005-2007 (PiS-LPR-Samoobrona) dołączono jeszcze SLD. Wyniki wyborów komentowałem na bieżąco w lutym 2009 w artykule “Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?” nie przypuszczając, że za kilka tygodni do mocno prawicowego rządu wejdzie Ehud Barak i jego Partia Pracy. Obecnie, po wyjściu Partii Pracy z koalicji, sytuacja przedstawia się następująco:

źródło: The Economist

źródło: The Economist

Jak to się stało?
Koalicja zmniejszyła swoje posiadanie z 74 na 66 mandatów, co nadal daje stabilną większość w Knessecie. Barak utrzymał stanowisko wicepremiera i ministra obrony narodowej, a Partia Pracy skurczyła swoje posiadanie zaledwie do 8 mandatów. Już poprzedni wynik uzyskany przez Awodę był najgorszy w historii (13 mandatów, czwarte miejsce w wyborach, za partiami Netanjahu, Liwni i Liebermana), a teraz, to po prostu katastrofa. “Azmaut’ posiada obecnie 5 mandatów, a notowania nowego ugrupowania – wierząc badaniom na które powołuje się “Ha’aretz” – znajdują się na granicy progu wyborczego, który w Izraelu wynosi 2%.

W rządowej koalicji Partia Pracy nie odgrywała decydującego znaczenia. Po pierwsze, posiadała zbyt mało mandatów, a po drugie – o kształcie (a raczej jego braku) procesu pokojowego decydował premier Netanjahu, kierujący się bardziej oczekiwaniami swojego elektoratu. Ehud Barak i jego towarzysze robili dobrą minę do złej gry, niekiedy łagodniej wypowiadając się do prasy (wypowiedzi wicepremiera o podziale Jerozolimy np.), a także przekonując Amerykanów, iż wpływ na ruchy izraelskiego rządu mają niemały, co było nieprawdą. W końcu Amerykanie zgłosili swoje pretensje, gdyż nie tego oczekiwali od centrolewicowego ugrupowania, a w dodatku samemu Barakowi wyrosła potężna opozycja wewnątrzpartyjna, domagająca się wyjścia z koalicji i zmiany lidera.

Plan był bardzo prosty
. Na konwencji Partii Pracy w marcu doszłoby do głosowania nad postawieniem miesięcznego ultimatum premierowi Netanjahu – albo zaczną bezpośrednio rozmawiać z Palestyńczykami, albo Awoda opuszcza koalicję. Następnie – co prawdopodobne – zobaczylibyśmy zerwanie koalicji i odwołanie Ehuda Baraka z funkcji szefa partii. Sam Barak doskonale zdawał sobie sprawę z działalności nieprzychylnej mu frakcji i dokonał rozłamu, uciekając do przodu. Rząd Netanjahu bez głosów Partii Pracy dysponowałby 61 mandatami, co powodowałoby, iż byle choroba czy przypadek mogłyby decydować o niepowodzeniu głosowania. Gabinet premiera był więc zagrożony, co spowodowało, iż panowie Netanjahu i Barak musieli wspólnie zadziałać. Netanjahu utrzymał stabilną większość (66 mandatów), a Barak tekę wicepremiera i ministra obrony narodowej.

Po co Barakowi rozłam?
Powody dla których Ehud Barak dokonał rozłamu mogą być dwa, przy czym mogą występować oddzielnie lub łącznie.

Pierwszą z nich jest zwykła chęć utrzymania władzy i pozycji. Partia Pracy była zdeterminowana by wyjść z koalicji, co wiązałoby się również prawdopodobnie z odwołaniem Baraka z funkcji przywódcy partii. Barak – co widać szczególnie teraz – dobrze czuje się w roli ministra obrony narodowej (w poprzednim rządzie z Kadimą również piastował to stanowisko) i koalicji nie chciał opuszczać. Przebywanie w koalicji przez jego partię było problematyczne ze względu na jej koncyliacyjne nastawienie do rozmów pokojowych, którego brakuje zarówno Netanjahu, jak i Liebermanowi. Partia Pracy, w obecnym kształcie koalicji, nie była również w stanie realizować swojego programu. To zresztą nikogo nie może dziwić, bo mowa o układzie zawierającym partie od lewa do prawa. Jeśli partia chce zwiększyć swoje poparcie, to musi przejść bardziej na lewo, a to – przebywając jednocześnie w obecnym rządzie – byłoby niezwykle trudnym zadaniem. Różnica poglądów i interesów doprowadziła do tego, iż Barak dokonał rozłamu oraz utrzymał władzę.

Wpływów jednak na pewno nie, bo mowa przecież o 5 deputowanych. Barak stał się więc zakładnikiem Netanjahu i trudno uwierzyć w to, by jego nowe ugrupowanie polityczne osiągnęło sukces taki jak Kadima. Jeżeli rząd dobrze poprowadzi daną sprawę, chwała spadnie na przywódcę Likudu, jeśli będą problemy – łatwo będzie o kozła ofiarnego.  Sam stał się “drobnicą”.

W 2005 roku rozłamu w Likudzie dokonał premier Ariel Szaron. Powołał Kadimę, która jest obecnie najliczniej reprezentowaną partią w parlamencie. Szarona z Barakiem łączy wspaniała kariera wojskowa, ale ich sytuacji jako polityków nie sposób porównać. Obie sytuacje łączy osoba Benjamina Netanjahu. W przypadku podziału dokonanego przez Szarona, stał na czele wewnątrzpartyjnej opozycji krytykującej jednostronne wycofanie ze Strefy Gazy. Teraz też trudno uwierzyć, by premier o niczym nie wiedział. Rozłam przyjął wręcz z radością, czemu trudno się dziwić, bo utrzymując stabilną większość, udało mu się skonsolidować, pod względem światopoglądowym, rząd.

Warto jednak wskazać na podstawowe różnice między Szaronem, a Barakiem. Szaron był uważany za jastrzębia, który pod koniec swojego życia zaczął prowadzić łagodniejszą politykę, Barak to z kolei “gołąb”, uważana za takiego pomimo swojej kariery wojskowej oraz tego, iż to on był ministrem obrony narodowej w czasie operacji “Płynny Ołów”. Ariel Szaron dokonał rozłamu będąc popularnym politykiem i skutecznie przekonując elektorat, że nie chodzi o władzę, a o sprawę. Barakowi będzie niezwykle ciężko, bo to wygląda jednoznacznie, a obecnie nie należy do najpopularniejszych osób. Trzeba pamiętać, że Szaron ryzykował władzę (był przecież premierem), a Barak dzięki temu manewrowi część władzy utrzymał. Szaron kierował największą partią w parlamencie, a Barak – nic Partii Pracy nie ujmując – partią drugorzędną, która zajęła dopiero 4 miejsce w wyborach i szykowała się do zmiany przywódcy.

Jest też korzystniejsze wytłumaczenie dla Baraka. Chce on osiągnąć pokój, a do tego konieczne jest dalsze trwanie obecnej koalicji. Barak wielokrotnie wypowiadał się koncyliacyjne na temat rozmów pokojowych, to on również dekadę temu negocjował z Arafatem. Były to czasy, gdy osiągnięcie trwało porozumienia było najbliżej w historii. To polityk umiarkowany – jest świadomy, iż bez podziału Jerozolimy nie będzie pokoju, a irańscy przywódcy wcale nie myślą 24/h o ataku na Izrael. Być może wicepremier wie coś, o czym my nie wiemy i uważa, iż tylko obecny układ może doprowadzić do pokoju.

Istnieje jednak kilka problemów z taką koncepcją. Premier Netanjahu zapowiadał, iż “zadziwi sceptyków” – jak na razie trafniejsze byłoby stwierdzenie, iż ich po prostu nie zdziwił. Proces pokojowy jest na dnie, a może nawet puka od spodu. Przede wszystkim jednak, to nie Ehud Barak decyduje o dalszych losach tego procesu. Na razie wygląda to na złego policjanta (Lieberman) i dobrego policjanta (Barak), a wszystko stoi w miejscu.

Należy powiedzieć, iż jeżeli Barak chciałby zawarcia pokoju, to właśnie powinien jak najszybciej z koalicji wyjść. Co prawda Netanjahu tłumaczy, że teraz Palestyńczycy nie będą mieli wybory i będą rozmawiać bezpośrednio, bez żądania ogłoszenia moratorium na rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu (w tym we wschodniej Jerozolimie), ale w tym momencie to nie w Palestyńczykach jest problem. Rząd izraelski zwyczajnie nie chce postępu procesu pokojowego, upokarza stronę palestyńską (nadal oczywiście niereprezentującą wszystkich Palestyńczyków, co również jest problemem nie do przejścia). Stąd jednostronne uznania ze strony niektórych państw świata. Trudno również przypuszczać, że Naszemu Domowi Izrael, a także Partii Szas, zależy na podpisaniu pokoju. Genialnego planu Netanjahu-Barak nigdzie nie widać. Nawet jeśli udałoby się doprowadzić do bezpośrednich rozmów bez ogłaszania moratorium, to przecież Izrael proponuje na razie tak mało, że żaden palestyński polityk nie może tego wziąć bez popełniania samobójstwa politycznego, a może i nie tylko. Przede wszystkim – do rozwiązania zostają nadal główne problemy,  które przecież nie straciły na aktualności – m.in. status Jerozolimy, palestyńscy uchodźcy, izraelskie osiedla i osadnicy, kształt granic palestyńskich, neutralność wolnej Palestyny, dostęp do wody, problem z Hamasem. I tak można by mnożyć.

Co jednak miał na myśli Barak dokonując rozłamu? Wszystko wskazuje na pierwszą podaną przeze mnie przyczynę. Czy jednak można wykluczyć, iż Barak chciałby uwieńczyć swoje karierę polityczną podpisaniem pokoju? Oczywiście, że nie, ale sensowne byłoby pytanie – czy będzie to możliwe w obecnej koalicji?

Wieści z Izraela: Mosze Kacaw uznany za winnego

Brak komentarzy
źródło: money.pl

źródło: money.pl

Ostatnie tygodnie w Izraelu uznać należy za niezwykle barwne. Co prawda proces pokojowy stoi mniej w tym samym miejscu od kilku lat, czyli głęboko zakopany w błocie, aczkolwiek na izraelskiej scenie politycznej ruchu i zmian mamy aż za dużo. W dzisiejszej, krótkiej notce, przedstawię sprawę Mosze Kacawa, prezydenta Izraela, a w następnej – prawdopodobnie jutrzejszej – nieco dłuższej, kwestie rozłamu w Partii Pracy i postawy wicepremiera Ehuda Baraka.

Mosze Kacaw winny
Prezydent Izraela, w latach 2000-2007 roku, a także – wcześniej – wielokrotny minister z ramienia Likudu (m.in. turystyki), Mosze Kacaw uznany został za winnego popełnienia gwałtu i molestowania seksualnego. Przypomnijmy,iż sprawa wyszła na jaw w 2006 roku, a w 2007 roku – z powodu jej rozwoju – Kacaw podał się do dymisji. Jak się okazało, to nie był koniec, a dopiero początek jego problemów. “Będę bronić swojego honoru, choćbym nawet miał rozpętać wojnę światową” – odgrażał się w 2007 roku. Rzeczywiście, w obecnej sytuacji jego honor mogłaby ocalić już tylko III wojna światowa.

Nie sprawdziła się w tym momencie mądrość ludowa stosowana przez byłego prezydenta – “jak kobieta mówi nie, to znaczy tak”. Sąd pokusił się nawet w tym przypadku o zaakcentowanie, że nie znaczy nie. W sprawie Kacawa w 2006 roku niesmacznie wypowiedział się nawet sam prezydent Władimir Putin, podczas rozmowy z Ehudem Olmertem, ówczesnym premierem Izraela. Zacytujmy klasyka: “Przekażcie pozdrowienia swojemu prezydentowi! Okazał się bardzo silnym mężczyzną! Dziesięć kobiet zgwałcił! Nigdy bym się po nim (tego) nie spodziewał! Wszystkich nas zadziwił! Wszyscy mu zazdrościmy!” . Być może w Rosji prezydent Kacaw mógłby liczyć na podziw i pamiątkowe zdjęcia. W Izraelu ta sprawa jednak nikogo nie śmieszy.

Abstrahując jednak od podziwu i zazdrości samego Putina, byłego prezydenta czeka prawdopodobnie kilka lat za kratkami. Oficjalnej informacji o wysokości wyroku jeszcze nie podano, gdyż sąd naradza się, ale wątpię, by prawo izraelskie okazało się w tym względzie łagodne. Sam Kacaw zdecydował się na desperacki krok – podrzucił taśmy, na których rozmawia z jedną z molestowanych kobiet, a także jej koleżanką, co ma dowodzić temu, iż był szantażowany, a cała sprawa to próba wyłudzenia od niego pieniędzy. Rzeczywiście, kobiety próbują uzyskać od Kacawa pieniądze, ale nie wynika to z prostej chciwości i konfabulacji. Przede wszystkim – sąd uznał już Kacawa za winnego, a informacja poszła w świat.

Ani wyrok, ani taśmy, nie przedstawiają Kacawa w pozytywnym świetle, a sprawa jest bardzo wstydliwa dla Izraelczyków. Z pewnością budzi większe oburzenie niż np. “problemy korupcyjne” Ehuda Olmerta. Sprawy nie można przecież nazwać tak łatwo polityczną, a mowa przecież o prezydencie kraju – obywatelu numer jeden.

W następnym tekście zajmę się kwestią rozłamu w Partii Pracy i osobą Ehuda Baraka.

Ogłoszenie raportu MAK-u – kilka obserwacji na szybko

5 komentarzy

źródło: gazeta.pl

Kilka uwag do tego, z czym się zapoznałem do tej pory.

1) W żadnych standardach nie mieści się, żeby dowódca polskich sił powietrznych, mając we krwi cokolwiek (a miał tyle, że w Polsce prawie na pewno straciłby prawo jazdy), siedział aż do momentu lądowania w kabinie. W poprzednim tekście traktującym na ten temat przekonywałem, iż na razie nie ma dowodów na żadne wywieranie presji na pilotów, ale jeśli takowe miały miejsce, to niewątpliwie wyjdzie to przy okazji raportu. Tak się właśnie stało.  Co nie zmienia faktu, że nawet poddanie presji (czy to bezpośrednio czy pośrednio) nie usprawiedliwia podjęcia złej decyzji i późniejszych ich konsekwencji. Te sprawy zostawiam jednak ekspertom lotniczym. Piloci niewątpliwie znajdowali się pod presją, chociaż zasadne jest pytanie, czy powinni jej ulegać? Nie mieli prawa.

2) Kwestia nacisków prezydenta – nie do rozstrzygnięcia.  Nie ma na to obecnie żadnych dowodów poza poszlakami, takimi jak wypowiedzi  “jeśli nie wylądujemy, to on się zdenerwuje”.  Można jedynie gdybać, przypuszczać. Fakty są takie,  że u pilotów byli inni ludzie (Błasik, Kazana). Nagrań z innych obszarów samolotu nie ma.

3) To nie jest raport o winie, a o przyczynach. Nie znaczy to oczywiście, iż to się ze sobą nie wiąże, ale mówiąc wprost – to nie MAK decyduje o postawieniu zarzutów lub winie, a polskie i rosyjskie prokuratury i sądy

Odpowiedni artykuł z Konwencji Chicagowskiej:

“3.1 Jedynym celem badania wypadków i incydentów jest zapobieganie tego typu zdarzeniom w przyszłości. Działalność ta nie ma natomiast na celu ustalenia zakresu udziału czyjejkolwiek winy albo odpowiedzialności”

4) Najlepszym podsumowaniem całej sytuacji jest ocena, iż obie strony nie były przygotowane do tego lotu. My lecieliśmy według sobie tylko znanych procedur na lotnisko, w przypadku którego ciężko mówić o jakimkolwiek standardzie.

5) Prawdą jest, iż nasi piloci byli uprzedzani o dramatycznych warunkach w okolicach lotniska. Pilot Iła nie wylądował wcale, polski JAK  wylądował z problemami, a jego załoga również odzywała się do Tupolewa w tej sprawie. Wieża oczywiście również o tym informowała, ale…

…jeżeli Rosjanie rzeczywiście uważają, iż nie przyczyniła się do katastrofy, nawet w minimalny sposób,  to niech zostanie to dokładnie opisane. Piloci dostali “warunkową zgodę” (tutaj istnieje problem z tłumaczeniem), nie mamy też dostępu  do nagrań rozmów kontrolerów – oni również prawdopodobnie znajdowali się pod presją, ale podobnie jak polscy piloci – nie mieli prawa jej ulegać. Istnieją też wątpliwości co do sposobu naprowadzania samolotu. Powinno to podlegać badaniu i rozbudowanej ocenie. Nikt rozsądny przecież nie powie, iż samolot rozbił się przez Rosjan, ale czy przyczynili się do tego swoim postępowaniem? To powinno zostać zbadane. Niezwykle trudno uwierzyć, by fachowa analiza działalności kontrolerów wskazywała na ich profesjonalizm.

6) Co teraz? Pomijając możliwą wojnę polityczną. Przede wszystkim poczekajmy na opublikowanie polskich uwag do raportu -(de facto już upublicznionego jako uwagi)  zobaczymy, gdzie istnieją największe rozbieżności. Komisja Millera musi przeprowadzić swoje badanie i najważniejsze – należy, w związku z końcem badania MAK-u-, przejąć oryginały dowodów, co przecież obiecał nam prezydent Miedwiediew (zobaczymy, jak ze słownością Rosjan).  Istnieje również prawnomiędzynarodowa droga – ICAO, ale niezwykle bym się zdziwił, gdyby polski rząd by nią poszedł, bo nie gwarantuje sukcesu.

Ocenę prawnokarna powinna również zostać przeprowadzona przez polską prokuraturę. Zarówno wnioski komisji Millera, jak i polskich prokuratorów, mogą być zupełnie odmienne od tych przedstawionych przez MAk, czy rosyjską prokuraturę.

7) Jutro do całej sprawy ustosunkuje się premier Tusk. Wiadomo, iż w tej sprawie prezydent Komorowski ma niewiele do powiedzenia.

Uwagi są pisane na szybko. Za jakiś czas do całej sprawy postaram się odnieść w bardziej zorganizowany sposób.

A można rzetelniej?

7 komentarzy
źródlo: fakty.interia.pl

źródlo: fakty.interia.pl

Moją uwagę przykuł ostatni wpis na blogu Bronisława Wildsteina pt. “Objawienie Tuska”. Naprawdę rozumiem, że publicyści nie mają ambicji by zostać prawnikami, ale jednocześnie mają możliwość dotarcia do nich i podpytania. O tyle szkoda, że nigdy z tej możliwości nie korzystają i później kończy się to tak, jak w tym przypadku. W eter idą informacje na poziomie “gdzieś słyszałem, że coś”. Pana Wildsteina, jako czołowego publicystę w naszym kraju, czytają tysiące osób i następnie bezmyślnie powtarzają.

Pozwolę sobie za tym na odniesienie się do akapitu dotyczącego badania. Tak, badania, a nie śledztwa, jak pisze pan Wildstein. Międzypaństwowy Komitet Lotniczy prowadzi badanie, nie śledztwo. Śledztwo prowadzi prokuratura.

“I proszę nie powoływać się na konwencję chicagowską, do której odwołał się rząd i chór celebrytów dziennikarstwa III RP. Sprawa była bezprecedensowa, a więc konwencja odnosząca się do wypadków cywilnych nie miała tu specjalnego zastosowania, co więcej, i ona zawierała możliwość przejęcia śledztwa przez kraj-ofiarę wypadku, tylko rząd Tuska nie uczynił w tym kierunku żadnego kroku.”

Po kolei, aby być uczciwym – rzeczywiście, niezwykle ciężko uznać samolot Tu-154 za cywilny i jeszcze trudniej uznać, że nie był to samolot państwowy. Tylko jakie rodzi to skutki?

Polacy tracą wszelkie argumenty prawne i pozbawiają się realnej możliwości wpływu na badanie (czy też wtedy – śledztwo). Możemy się powoływać na umowę z 1993 roku, ale byłaby ona niestosowalna. Dlaczego? O tym napiszę poniżej. W tym przypadku doszło do uznania raka za rybę, co było zwykłym kompromisem i najlepszym z najgorszych wyjść. Zapytany przeze mnie na spotkaniu Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa pt. “Katastrofa smoleńska w świetle prawa międzynarodowego” – wprost – doktor Aleksander Gubrynowicz z Zakładu Lotniczego Instytutu Prawa Międzynarodowego potwierdził, że Polacy nie dysponowali żadnymi skutecznymi instrumentami prawnymi w razie złej woli Rosjan. Inna sprawa, że taka zła wola byłaby w tamtych chwilach strzałem we własną stopę ze strony Moskwy. Trzeba było się zatem dogadać, bo przecież nikt rozsądny nie uzna, że należało tam było wysłać nasze F-16 i GROM i próbować opanować okolice lotniska. Byłoby to niemalże wypowiedzenie wojny. Takie rzeczy mogą robić Amerykanie w Chorwacji czy Izraelczycy w Rumunii, ale nie Polacy w Rosji. Stąd konwencja.

Kwestia przejęcia badania (nie mylić ze śledztwem…) to jeszcze co innego. Zacytujmy konwencję chicagowską.

“5.1 Państwo miejsca zdarzenia, podejmuje badanie okoliczności wypadku i ponosi odpowiedzialność za prowadzenie takiego badania. Może ono jednak przekazać, w całości lub w części, prowadzenie badania innemu państwu na podstawie dwustronnej umowy. W każdym przypadku Państwo miejsca zdarzenia, powinno wykorzystać wszelkie dostępne środki pomocy w prowadzeniu tego badania”

Pozostaje mi teraz tylko cierpliwie poczekać aż pan Bronisław Wildstein wskaże umowę dwustronną, na postawie której Polacy mogliby przejąć to badanie. Obawiam się jednak, że takowa nie istnieje.

Podpowiem, że taką umowę można by zawrzeć po katastrofie, ale po pierwsze, musieliby się na to zgodzić Rosjanie (a nie bardzo mieli w tym interes, dlaczego mieliby się zrzec swojej suwerenności w tym obszarze?), a po drugie, negocjacje w tej sprawie, a następnie ratyfikowanie takiej umowy przez Polskę i Rosję, zajęłoby tygodnie, a problem pojawił się tu i teraz.  A w tym czasie kto na zasadzie wyłączności zajmowałby się katastrofą? Federacja Rosyjska.

Czy ktoś widzi jakąś inną, sprawnie działającą i przetestowaną, procedurę, którą można by zastosować w tej sytuacji i jednocześnie której podstawą prawną byłaby umowa obowiązująca zarówno Polskę, jak i Rosję?

Pan Wildstein myśli, że widzi…

“Co więcej, już w 1993 roku podpisaliśmy umowę z Moskwą na temat katastrof samolotów wojskowych, która była dużo bardziej właściwa dla badania tragedii smoleńskiej, a gwarantowała nam podmiotową rolę.”

Jaką przepraszam umowę? “Na temat katastrof samolotów wojskowych”? To by sugerowało, że w 1993 roku Polacy z Rosjanami długo siedzieli, negocjowali, opracowali procedurę, a następnie wdrożyli ją do porządków krajowych, przewidując, iż kiedyś może dojść do takiego nieszczęścia. Idąc tym tropem, czemu jej nie zastosowano i dlaczego to jest spisek?!?! A jak jest naprawdę?

Jak to jednak w życiu bywa – nie wszystko okazuje się takim, jakim byśmy chcieli. Nie jest to więc żadna umowa “na temat katastrof lotniczych”, a “Porozumienie między Ministerstwem Obrony Narodowej RP a Ministerstwem Obrony Narodowej Federacji Rosyjskiej w sprawie zasad wzajemnego ruchu lotniczego wojskowych statków powietrznych RP i Federacji Rosyjskiej w przestrzeni powietrznej obu państw”. Reguluje m.in. zasady łączności i w całości zajmuje się rzeczami, które raczej nie zainteresowałyby nikogo, oprócz pasjonatów lotnictwa. Uwagę zwraca jednak artykuł 11, który jednym zdaniem wspomina o katastrofach lotniczych:

„Wyjaśnienie incydentów lotniczych, awarii i katastrof spowodowanych przez polskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni powietrznej FR lub rosyjskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni powietrznej RP prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie”.

I to wszystko. Jeden artykuł! Ktoś chce porównać długość tego jednego artykułu z odpowiednim załącznikiem do Konwencji Chicagowskiej? Nic więcej na temat wspólnych właściwych organów polskich i rosyjskich nie ma. Jakieś definicje? Procedury? Jakie organy mają prowadzić śledztwo? Co z czarnymi skrzynkami? W jaki sposób podzielić pracę? W jaki sposób ma przebiegać współpraca prokuratorów? Czy powstanie jakiś raport? Kto będzie jego autorem? Na jakiej podstawie prawnej Polacy mają prowadzić swoją działalność w Rosji? Czy stosować polski Kodeks Postępowania Karnego, czy rosyjski? Co z rosyjską (lub polską, gdyby wypadek miał miejsce w Polsce) zwierzchnością terytorialną?  Umowa nie daje odpowiedzi na żadne z w/w pytań, a to byłby tylko początek.

Mówiąc wprost, za tym artykułem nie idzie kompletnie żadna procedura, ani możliwość prawna. Oznacza to, że Rosjanie mogliby powiedzieć tak: “ale przecież tego (np. dostępu Polaków do skrzynek) nie ma w umowie, więc to nas nie obowiązuje, a poza tym, w naszym rozumienie ‘wspólne’ oznacza….”. Czy Polacy mieliby instrumenty prawne do wymuszenia działania nieprzetestowanej procedury, która w dodatku nie istnieje? To pytanie retoryczne.

Naturalnie, problem można by rozwiązać renegocjując umowę. Co to oznacza? To co poprzednio, konieczność zgody Rosjan i długie, ciężkie negocjacje, wcale nie skazane na sukces. W tej sytuacji Konwencja Chicagowska wydaje się wyjściem korzystnym, bo daje możliwość uczestniczenia Polaków w badaniu, a przede wszystkim – jest stosowana na całym świecie od kilkudziesięciu lat.

Ja nawet rozumiałbym pana Wildsteina, gdyby napisał, że w sprawie Konwencji Chicagowskiej czy umowy z 1993 roku trzeba było nacisnąć Rosjan i starać się negocjować. Pan Redaktor jednak tego nie robi – kategoryczne przesądza, że trzeba było zastosować “umowę na temat katastrof lotniczych”. Powodzenia w jej poszukiwaniu, a potem jednostronnym stosowaniu…

“Rząd nawet o niej nie wspomniał, a po podniesieniu sprawy przez „Rzeczpospolitą” znowu wraz z chórem wiernych mediów tłumaczył, że nie można się było do niej odwołać, gdyż… opóźniłaby śledztwo o być może całe dwa tygodnie.”

A to już zwykłe kłamstwo albo niewiedza.

Odpowiedź CIR w/s publikacji “Rzeczpospolitej”
. Wyszukanie jej zajęło mi 2 minuty…

Można, a nawet należy, różnić się w poglądach. Trzeba jednak pamiętać o tym, by nie zagubić gdzieś zdrowego rozsądku. Jeżeli w tekście jednego z czołowych polskich publicystów są raczej mity niż fakty, to wypada być bardzo zaniepokojonym.

Czy Nobel dla Liu Xiaobo może zmienić Chiny? Spotkanie IKN Dyplomacji i Prawa

Brak komentarzy
źródło: chinageeks.org

źródło: chinageeks.org

Zapraszam serdecznie na kolejne spotkanie Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa. Tym razem rozmawiać będziemy na temat Chin po otrzymaniu nagrody Nobla przez Liu Xiaobo.

Dyskutować będą:

Radosław Pyffel – prezes Centrum Studiów Polska-Azja

Konrad Goldewski – dziennikarz, autor bloga “Papierowy Tygrys”, w przeszłości współpracownik m.in. “Gazety Wyborczej” i “Polityki”.

Dyskusję moderować będzie miała przyjemność moja skromna osoba. Jak zwykle, nie zabraknie czasu na pytania z sali,  na które bardzo liczymy.

Miejsce:  Warszawa, ul. Lipowa 4, Collegium Iuridicum II, ul . Lipowa 4
Godzina 18:30.

Warto przeczytać w temacie:
- “10 powodów dla których Liu Xiaobo to nie Wałęsa” – Radosław Pyffel
- “Ten Nobel zmieni Chiny” – Konrad Goldewski
- “Organizowałem w Pekinie demonstracje przeciwko rowerom” – Mariusz Zawadzki
- “Słuszny Nobel dla Liu Xiaobo?” – Patryk Gorgol

Niespodzianka na Nowy Rok!

1 komentarz

Nowy Rok, nowe wyzwania. Miło mi zakomunikować, iż dziś udało się pozbyć starego, siermiężnego designu, a pojawia się nowoczesna wersja Kącika Dyplomatycznego na rok 2011!

Za wykonanie projektu chciałbym podziękować Damianowi Wielgosikowi oraz Jakubowi Uczciwkowi. Wyrazy należą się zwłaszcza Damianowi, który nie tylko pracował nad designem, ale go jeszcze pociął i wstawił, a jakby tego było mało, hostuje od prawie dwóch lat mojego bloga na swoim prywatnym serwerze.

Pechowo zaczyna się dla mnie właśnie najgorszy czas na studiach, więc początek roku nie będzie obfitował w aktualizacje bloga w formie długich tekstów, aczkolwiek coś na pewno się pojawi. Jednocześnie wszystkich serdecznie zapraszam na profil Kącika Dyplomatycznego na Facebooku, gdzie polecane są różne materiały oraz prowadzone – nieraz bardzo zacięte – dyskusję. To też miejsce, gdzie można polecić materiał, w tym własny. Już prawie 420 osób śledzi bloga na Facebooku.

Z tego miejsca zapraszam też na spotkanie organizowane przez Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa dotyczące wpływu nagrody Nobla dla Liu Xiaobo na przyszłość Chin. Naszymi gośćmi będą Radosław Pyffel (prezes Centrum Studiów Polska-Azja) oraz Konrad Godlewski (dziennikarz, autor bloga “Papierowy Tygrys”) Będę jeszcze pisał osobne zaproszenie wraz z omówieniem tematu. Swoje stanowisko w tej kwestii wyraziłem w tekście “Słuszny Nobel dla Liu Xiaobo?”.

Korzystając z okazji, jak najbardziej zachęcam do dzielenia się sowimi przemyśleniami na temat bloga oraz nowego designu. Co zmienić, co poprawić?