Patryk Gorgol

Czego życzyć Polsce w 2011 roku?

Brak komentarzy

Nowy rok to nowe nadzieje, ale też nowe problemy. Czego chciałbym dla Polski i Polaków w 2011 roku?

Polakom życzę, by poczuli się w końcu dumni, pozbyli się zbędnych kompleksów i nie szukali wrogów tam, gdzie ich nie ma. Po 20 (już niebawem 21) latach od transformacji polska demokracja jest twarda niczym bracia Kliczko, jesteśmy członkami NATO i Unii Europejskiej, państwem którego znaczenie w Europie stale rośnie. Hasło “Polak potrafi” ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk, a niemieckie powiedzenie “polska gospodarka” nie ma już znaczenia negatywnego. Jednocześnie z drugiej strony życzę, zwłaszcza naszym politykom, by w swojej retoryce nie przeceniali naszych możliwości. W koalicji możemy wiele, ale pozycji Stanów Zjednoczonych, Rosji, Wielkiej Brytanii, Francji, Chin czy nawet Turcji, nie osiągniemy, chociaż – co naturalne – bardzo bym tego chciał. Rok 2011 będzie wyjątkową szansą na podkreślenie naszego zwiększającego się znaczenia – w drugiej połowie obejmiemy prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Panie i Panowie, zwłaszcza z dyplomacji  – nie spieprzmy tego.

Przede wszystkim jednak życzyłbym nam, abyśmy przestali się w końcu niepotrzebnie kłócić, a zaczęli konstruktywnie dyskutować. Polsce nie jest obecnie potrzebny spór personalny, a merytoryczny. Trzeba uwierzyć w to, że rodak, choćby mający inne poglądy, również chce dobrze i nie zamierza nam wcale wbijać noża w plecy.

Wszystkim zaś Czytelnikom mojego bloga pragnę podziękować za kolejny rok spędzony z Kącikiem Dyplomatycznym i życzyć hucznego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku!

Wiem, że wśród Czytelników bloga nie brakuje sympatyków napojów wyskokowych, także dla nich polecam sylwestrowy tekst sprzed roku na temat zainteresowania Unii Europejskiej różnymi rodzajami alkoholi.

Co począć z Łukaszenką?

6 komentarzy
źródło: pardon.pl

źródło: pardon.pl

Od “wyborów” na Białorusi minął tydzień. Stało się to, co było proste do przewidzenia – Aleksander Łukaszenka został ponownie wybrany prezydentem, chociaż wybory nigdy nie zostaną uznane za demokratyczne ze względu na brak możliwości kontroli sposobu przeliczania głosów.  Według oficjalnych informacji, prezydent otrzymał 79,65% wszystkich głosów.  Dla porównania:, w 2000 roku Putin otrzymał 53% głosów, w 2004 roku 71,2% głosów, a w 2008 roku Miedwiediew – 70,28% głosów. Łukaszenka postanowił, że nie będzie miał przecież kompleksów i zawstydził duet rządzący obecnie Rosją. Nawet najwięksi zwolennicy prezydenta nie wierzą w to, że mógł uzyskać 80%, chociaż oficjalnie to obniżka poparcia o ok. 2% w stosunku do poprzednich wyborów.

Wiadomo zatem, że po pierwsze, wybory zostały sfałszowane – kwestia tego, jak bardzo. Myślę jednak, że śmiało można założyć, iż prezydent Łukaszenka nie uzyskałby 50%+, gdyż wtedy pewnie z miłą chęcią przytuliłby 3 miliardy dolarów od Unii Europejskiej i śmiało układałby się dalej z Rosjanami. Dwie pieczenie na jednym ogniu, a tak to może zostać tylko z jedną. Postanowił więc podać kosmiczne wyniki tak, by pokazać, że trzyma Białoruś twardą ręką. Po drugie jednak, zalecałbym ostrożność w powoływaniu się na sondaże na zlecenie TV Belsat. W jednym z nich znajdujemy taki oto absurd, że Łukaszenka w pierwszej turze może liczyć na 30,5%, a w drugiej nie tylko przegrywa ze swoim kontrkandydatem, ale w dodatku poparcie spada mu do 29,7%. Czy to możliwe, aby urzędującemu prezydentowi nie tylko nie wzrosło nawet o 0,1%, ale żeby – po jego zwycięstwie w wyborach – jego zwolennicy się od niego odwrócili??

Europa swoje, Rosja swoje
Reakcje na wybory zależały od kierunku świata. Państwa Unii Europejskie, w tym zwłaszcza Polska i Niemcy, skrytykowały białoruskie wybory i zażądały zwolnienia więźniów, aresztowanych podczas wieczornej demonstracji i nie tylko, bo widać, iż reżim operację złapania opozycyjnych aktywistów zaplanował już wcześniej i nie przeszkadzało mu, że ktoś spał, zamiast demonstrować w Mińsku. Rosyjski prezydent z kolei wysłał do Aleksandra Łukaszenki gratulacje, a tydzień wcześniej Putin złożył korzystną propozycję – wysyłania 20 mln ton ropy naftowej bez cła. Oznaczałoby, iż Łukaszenka musiałby albo dramatycznie zwiększyć moce przerobowe białoruskich rafinerii albo zrezygnować z kontaktów z Hugo Chavezem, który dostarcza mu wenezuelską ropę. Oferta Putina warta jest kilka miliardów dolarów, bo bezcłowa ropa rosyjska jest dwukrotnie tańsza od tej ściąganej z Caracas. Rosjanie, wbrew obiegowej opinii, wcale nie dążyli do zmiany Łukaszenki. Nie było dla niego żadnego sensownego kontrkandydata, a szczególnie mało atrakcyjni byli ci, mówiący o marszu na Zachód. Poza tym baćkę znają z każdej strony. O stosunkach gospodarczych Białorusi z Rosją pisałem w artykule “Rosja, a białoruska gospodarka – czy to sponsoring?”

Teraz pytanie należy sobie zadać o polską politykę zagraniczną. Polski rząd musiał kalkulować, że – niezależnie od tego, jakie będą rzeczywiste wyniki – Łukaszenka utrzyma się przy władzy, a opozycja w konfrontacji z nim nie ma żadnych szans. Zresztą, o jakiej tutaj opozycji mówić – podzielonej i słabej, która zbiera swoich zwolenników i perfekcyjnie wystawia władzom?

Mesjasz Narodów czy pragmatyk?
Optymalnie byłoby, gdyby Polacy nie stosowali wobec Białorusi doraźnej taktyki, a posiadali długoletnią strategię, którą – w zależności od potrzeb – można by elastycznie modyfikować. Zainteresowanie Unii Europejskiej Białorusią, nie stanowiącą przecież bezpośredniego zagrożenia, jest znikome, z kolei Polacy bardzo interesują się losem Białorusi oraz Ukrainy, ze względu na aktywną politykę Rosji. Warszawa dąży do tego, by te dwa w/w państwa stały się zewnętrzną granicą Unii Europejskiej i to tam ścierały się wpływy Wschodu i Zachodu. Im Polska bliżej “centrum”, tym lepiej dla nas. Instrumentem służącym do realizacji tej polityki jest unijne Partnerstwo Wschodnie, nie przez przypadek chłodno przyjęte w Moskwie. W tym miejscu zaznaczyć trzeba jedną rzecz – Rosja nie ma i nie będzie mieć wspólnego interesu z Polską, by zmienić białoruski system polityczny na demokratyczny, z dużym udziałem społeczeństwa obywatelskiego.

Do wyboru zostają więc dwie główne drogi. Pierwszą z nich jest zgrywanie “Mesjasza Narodów”, wspomaganie opozycji, izolowanie reżimu i walka o prawa człowieka, bez aktywnego poparcia głównych unijnych graczy (Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji). Jest to rozwiązanie polityczne najwygodniejsze, gdyż umiejscawia bardzo wysoko polskie wartości, a także gwarantuje dobrą prasę. Tą drogą wydają się w tym momencie podążać premier Tusk z ministrem Sikorskim, być może jednak czekając na zmianę koniunktury, by powrócić do rozmów. Problem jest tylko taki, że Polska nic na rozwiązaniu konfrontacyjnym nie zyska, a wątpliwe, by obalono w ten sposób Łukaszenkę – polska “Solidarność” wszakże nie zwyciężyła dlatego, że dostawaliśmy powielacze od CIA, a ze względu na olbrzymie poparcie i brak akceptacji dla ówczesnych władz. Na razie Białorusinom brakuje takiego sprzeciwu wobec Łukaszenki, ale jego popularność spada i w odpowiednim momencie będzie można to wykorzystać. Teraz jest za wcześnie.

Drugą możliwością jest polityka pragmatyczna, układania się z Łukaszenką, dopóki nie będzie innego wyjścia. Prezydent Białorusi będzie musiał zreformować skostniałą białoruską gospodarkę, chociażby bez demokratyzacji, a na to potrzebne mu będą pieniądze. Mamy na Białorusi swoje interesy i rząd powinien je realizować w pierwszej kolejności, a jak np. zadbać o mniejszość polską bez układania się z reżimem? Groźby niewiele dały w przeszłości. Jednocześnie można utrzymać zapraszanie studentów, wspieranie Belsatu i opozycji białoruskiej, a także upominać się – choćby nieformalnymi kanałami – o aresztowanych opozycjonistów, ale nie należy z tego robić głównego oręża naszej polityki aż do momentu, gdy Łukaszenka będzie na tyle słaby, byśmy mogli to wykorzystać. Łukaszence spada poparcie (chociaż na razie jest na takim poziomie, że spokojnie może rządzić), a warto pamiętać, że nie będzie żył wiecznie. Najważniejsze jest jednak co innego. Prawdą jest, że nie przeciągniemy w obecnym układzie Białorusi na naszą stronę, ale możemy ją do tego przygotować i próbować odsunąć od Rosji, a nie zrobimy tego, otwarcie wojując z Łukaszenką. Demokratyczna Białoruś to ideał, a autorytarna Białoruś to rzeczywistość.

Co teraz?
Łukaszanka musi też rozumieć, iż skoro zdecydował się na tak ostentacyjne spacyfikowanie opozycji oraz sfałszowanie wyborów, to zbierze dyplomatyczne oburzene i krytykę. Jego głównym celem obecnie jest utrzymanie władzy, ale jednocześnie nie może już liczyć na tak bezkrytyczne podejście Moskwy, która swoją pomoc będzie cenić coraz wyżej. Problemem Łukaszenki jest, że błyskawicznie wyczerpuje zaufanie zachodnich (w tym polskich) polityków i nie daje im pretekstu do zmiany polityki Gdy już chcieli zrobić to Sikorski z Westerwelle, Łukaszenka ich poniżył skalą swojej brutalności.

Aktywna polityka wschodnia jest jak najbardziej w naszym interesie. Jeżeli z Łukaszenką nie można będzie dojść do żadnych sensownych porozumień, to wtedy pozostaje tylko ściana i powrót do polityki izolowania. Prezydent jest zainteresowany dialogiem, ale niezainteresowany utratą władzy. Podobnie jak azerski przywódca, Ilham Allijew. Pytanie, ile baćka jest w stanie zaoferować Zachodowi, bo jeśli nic, gospodarkę opartą na własności państwowej oraz uzależnienie od Rosji, to może rzeczywiście nie warto nikogo uszczęśliwiać na siłę? Nie dowiemy się tego jednak, jeśli nie sprawdzimy.

Spór o raport MAK-u – zaskoczenie?

7 komentarzy
źródło: niebezpiecznik.pl

źródło: niebezpiecznik.pl

Słuchając polskich polityków oraz dziennikarzy w sprawie sporu o raport MAK-u przypomina się dowcip. Czy wiecie jaki jest najlepszy środek antykoncepcyjny?  Szklanka wody. Przed czy po? Zamiast. Dokładnie to można zalecić podekscytowanym uczestnikom życia publicznego, którzy są bardzo zaskoczeni tym,  że wobec projektu raportu Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego Polacy zgłaszają swoje zastrzeżenia.

Zastrzeżenia Polaków do projektu raportu – zero zaskoczenia
Teraz mam nadzieję, że wszyscy rozumieją, iż pyskówka z Rosjanami przez media byłaby zwyczajnie bez sensu i tylko zaszkodziłaby sprawie. Taktyka “poczekamy, a potem ocenimy” wydaje się w tym przypadku najrozsądniejsza, bo trudno oceniać badanie, którego wyników jeszcze nie ma. Od dawna pisałem – jeśli z badaniem będzie jakiś problem, momentalnie wyjdzie to w raporcie MAK-u i wtedy będzie czas na polskie oburzenie. Polska przesłała swoją odpowiedź na rosyjski projekt raportu, a premier zakomunikował, iż przyjęcie go w takiej formie jest – z naszego punktu widzenia – niedopuszczalne. Karty są na stole – zobaczymy, co na to Rosjanie – teraz piłka znajduje się po ich stronie. Tak naprawdę w pełni merytorycznie całe badanie ocenić będziemy mogli dopiero po opublikowaniu jego ostatecznej wersji, co odbędzie się prawdopodobne w pierwszym kwartale przyszłego roku. Od siebie mogę obiecać, iż podobnie jak w piątek, 17 grudnia Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa zorganizuje spotkanie dotyczące tej kwestii z udziałem specjalistów od prawa międzynarodowego i lotnictwa.

Nie znamy treści polskiej odpowiedzi, ale “domyślać” się możemy, iż Rosjanie “nie docenili” udziału w całej katastrofie obsługi naziemnej oraz fatalne przygotowanie lotniska. Polacy nie mówią “to Wasza wina”, a raczej “wina jest w większości po naszej stronie, ale również przyczyniliście się do katastrofy”. Niestety, ten akapit to – mniej lu bardziej uzasadnione – spekulacje. Nie ulega wątpliwości, że wystąpił konflikt. Czym się jednak ekscytować? Nie jestem wróżbitą Maciejem, a udało mi się przewidzieć, że problem pojawi się w tym miejscu m.in. tu, tu

Przede wszystkim – więcej spokoju
Wszyscy nieobecni niech żałują, iż nie byli obecni na spotkaniu z doktorem Gubrynowiczem, ekspertem od międzynarodowego prawa lotniczego z Instytutu Prawa Międzynarodowego. W przystępny sposób objaśnił on podstawy prawne i główne problemy prawnomiędzynarodowe, które wystąpiły po katastrofie smoleńskiej.

Główny z nich to brak stosownych regulacji prawnomiędzynarodowych. Dlatego sięgnięto po Konwencję Chicagowską, nieidealną, w dodatku odnoszącą się do samolotów cywilnych, a nie państwowych (na potrzeby konwencji polski rząd twierdzi, że Tu-154 odbył “lot cywilny” – mnie ta argumentacja nie przekonuje), ale gwarantującym Polakom udział w badaniu. Innych regulacji, które moglibyśmy skutecznie wykorzystać w tej sytuacji, nie było. Na dobrą sprawę zatem Rosjanie mogli powiedzieć, że oni uznają Tu-154 za statek państwowy, a nie cywilny, więc Konwencja Chicagowska nie znajduje zastosowania. Oznaczałoby to, że nie dysponowalibyśmy ŻADNYMI mechanizmami prawnymi, którymi moglibyśmy się posłużyć. Pozostałyby apele i prośby. Na całe szczęście, ze względów politycznych, Rosjanie nigdy nie zdecydowaliby się na takie wyjście. Zastosowanie w/w konwencji było więc najwygodniejsze dla obu stron. Wypracowanie, a następnie wprowadzenie innych instrumentów prawnych to byłaby kwestia wielu miesięcy, a problem – i to olbrzymi – pojawił się tu i teraz.

Nie szklankę, a butelkę zimnej wody powinni z kolei sobie na głowę wylać ci, którzy uważali, że możliwe było “przejęcie śledztwa”. Po pierwsze, nie śledztwa, bo MAK prowadzi badanie (!). Po drugie, nie było to możliwe. Rosjanie nie oddaliby badania, gdyż oznaczałoby to wyzbycia się części swojej suwerenności i Putin z Miedwiediewem, nawet zszokowani katastrofą, w stosunku Polski nigdy by się na to nie zgodzili na ograniczenie zwierzchnictwa terytorialnego. Następna przyczyna zadowoli z pewnością tych, którzy nie akceptują pierwszej. Według Konwencji Chicagowskiej byłoby to możliwe na mocy dwustronnej umowy, a mówiąc brutalnie – nie mamy takiej z Rosją, a wynegocjowanie, podpisanie stosownej i jej ratyfikowanie, to znowu kwestia miesięcy. Badania więc nie można było przejąć z przyczyn subiektywnych (brak zgody Rosji) oraz obiektywnych (prawo międzynarodowe). Projekt rezolucji Sejmu RP w tej sprawie był kompletnym nonsensem, bo nie tylko nie wiązałby rządu, ale równie dobrze apelować mógłby o kolonizację Marsa, z podobnym skutkiem.

Nie butelkę zimnej wody, a wiadro, powinni sobie z kolei wylać na głowę ci, którzy uważają, że można było uznać wrak Tu-154 za eksterytorialny, wysłać nasze jednostki specjalne, pozbierać szczątki i ewakuować stamtąd. Zrobili tak – jak opowiadał doktor Aleksander Gubrynowicz – Amerykanie w Chorwacji, ale i oni złamali tym samym prawo międzynarodowe, a swoje poczynania zalegalizowali ex post. Zacznijmy od tego, że Polska to nie Stany Zjednoczone, a Rosja to nie Chorwacja. Podziwiam optymistów, którzy sądzą, że do takiej operacji bylibyśmy zdolni pod względem logistycznym, zwłaszcza kilka godzin/dni po 10 kwietnia. Jeszcze bardziej podziwiam tych, którzy uważają, że Rosjanie bez żadnych uwag patrzyliby, jak Polacy naruszają ich suwerenność terytorialną i nie reagują nie tylko na zajęcie części terytorium, ale również na bezprawne naruszanie przestrzeni powietrznej. Takie rzeczy może i moglibyśmy robić w tamtym regionie, ale nie w 2010 roku, a w 1610.

Trzeba pozostać cierpliwym i szykować się na opublikowanie ostatecznej wersji raportu, a także na obiecane, chociażby ostatnio przez prezydenta Miedwiediewa, dostarczenie przez Rosjan materiału dowodowego (zwłaszcza czarnych skrzynek). Dopiero wtedy będziemy mogli ocenić działalność Rosjan negatywnie/pozytywnie, a następnie punktować ewentualne błędy, czy mówiąc wprost, manipulacje. Ocenianie badania MAK-u przez pryzmat doniesień i spekulacji prasowych jest kuszącą perspektywą, aczkolwiek niewłaściwą. Co innego, gdy będziemy mieć dokumenty w ręku. Na dziś nie wiadomo nawet, jak Rosjanie odniosą się do naszych uwag.

O co walczy WikiLeaks?

Brak komentarzy
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Julian Assange wyszedł za kaucją i będzie oczekiwał na decyzję w/s ekstradycji na wolności. Sąd brytyjski, będąc poważnym, nie mógł w takim stanie faktycznym podjąć innej decyzji.  Przypomnijmy, że założyciel “WikiLeaks” został oskarżony przez dwie kobiety o przestępstwo – jakim jest w Szwecji – odbycie stosunku płciowego bez zgody na zrezygnowanie z zabezpieczenia, czyli z narażaniem zdrowia tychże niewiast.  Nie znam dokumentów sprawy, ale wygląda na to, że opiera się ona na zeznaniach w/w kobiet i analizie pękniętej prezerwatywy.  Nie oceniając zasadności szwedzkiego prawa (przecież one się na seks z panem Assange nie tylko zgodziły, ale wygląda na to, że mocno do niego parły) trzeba powiedzieć, że ja, na miejscu szwedzkiej prokuratury, trzy raz bym się zastanowił przed wydaniem Europejskiego Nakazu Aresztowania.

Amerykańska odpowiedź jest na razie zrównoważona. Używając swoich wpływów, “przekonali” PayPal, Vise i MasterCard by nie obsługiwały WikiLeaks. To jednak jak walka z hydrą, bo WikiLeaks zawsze znajdzie sposób na finansowanie. Ataki hakerskie również nie przyniosą skutków, gdyż również dokumenty można publikować na wiele sposobów. Jeśli nie przez stronę, to wystarczy odpowiednie materiały – co czyniono dotychczas – wysłać do kilku największych tytułów prasowych. Assange jest twarzą WikiLeaks, a nie jednoosobową instytucją, także zamknięcie go lub inny przypadek (np. “nieszczęśliwy” wypadek) tylko wspomoże “walkę o sprawę”, robiąc z niego męczennika, a ludzi do dalszego publikowania nie zabraknie.

Idealiści walczący o sprawę?
Pytanie, które warto postawić brzmi właśnie – “o co walczy portal WikiLeaks?”. Oficjalnie chodzi o “ujawnienie prawdy”, walkę o wolność słowa, a także prawa człowieka. WikiLeaks – według podawanych przez siebie informacji – redagują m.in. dysydenci z Chin, Tybetańczycy, rosyjscy emigranci, były amerykański analityk wywiadu.

Z brzmienia cele wydają się idealistyczne. Czy wśród nas nie brakuje romantyków, walczących o wolność słowa, walczących o prawdę oraz prawa człowieka? Można nie zgadzać się z motywacją, ale czy wtedy działania ludzi związanych z portalem nie byłyby wytłumaczalne pod względem aksjologicznym? Wariaci walczący o sprawę, uderzający np. w Amerykanów, Rosjan i Chińczyków, pokazujący ich fałszywą politykę oraz prawdziwe oblicze.

Prawa człowieka i wolność słowa?
Nie mówi się o tym głośno, ale z organizacjami walczącymi o prawa człowieka najczęściej jest taki problem, że najaktywniej prowadzą swoje działania tam, gdzie ludzi traktuje się najlepiej. Ma to nawet swoje sensowne wytłumaczenie – wiadomo, że żaden dyktatorski, okrutny reżim nie będzie przecież ułatwiał działalności obrońców praw człowieka na swoim terytorium. Podobnie jest z WikiLeaks – nawet samo “dowalanie” tylko Amerykanom, ale w słusznej sprawie ma jak najbardziej sens. Opublikowanie filmiku z amerykańskimi żołnierzami strzelającymi do bezbronnych cywilów było jak najbardziej usprawiedliwione, pomimo iż uderzało w Amerykanów. To samo będzie tyczyło się Guantanamo, gdzie Amerykanie bezprawnie przetrzymują więźniów.

WikiLeaks do tej pory nie opublikowało nic, co mogłoby by być problematyczne dla państw, w których prawa człowieka nie istnieją lub nie są przestrzegane. Istnieją tylko pomniejsze publikacje na temat gróźb wobec Anny Politkowskiej czy chińskiej działalności w Afryce – rzeczach, które nie mogą zadziwić nawet laików. WikiLeaks słusznie robi, gdy podaje poprzez przeciek, ile osób mogło do tej pory zginąć w Iraku, ale daleko wykracza poza swoje deklarowane cele, gdy w depeszach możemy odnaleźć taktyczne informacje mogące szkodzić poszczególnym państwom – najczęściej Stanom Zjednoczonym, a także pokojowi w regionie.

Walka o wolność słowa? Cóż, o wolność słowa należy walczyć w Chinach, w Birmie, w Korei Północnej, w wielu państwach Afryki, w Rosji, ale nie w Unii Europejskiej oraz Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym kręci się filmy, że ataki z 11 września to dzieło George W. Busha i jego przyjaciół z administracji. Ciekawe, co stałoby się z założycielem WikiLeaks, gdyby podobną wolność słowa zechciał uprawiać w Iranie, publikując tajne dokumenty tamtejszych dyplomatów? Wolność słowa nie polega na tym, że wszystko co tajne, staje się jawne (nie wiem, kto wymyślił ten nonsens), a na możliwości nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów do momentu, gdy nie łamie się praw innych ludzi. Tych nieprzekonanych mogę tylko zapytać, czy naprawdę chcieliby, aby ich wszystkie rozmowy prywatne nagle, w ramach polityki jawności, zostały opublikowane?

Od kogo pracownicy WikiLeaks dostaną prezenty na święta?
Czy jednak walką o prawa człowieka jest publikacja depeszy relacjonującej rozmowę amerykańskiego dyplomaty z ówczesnym (2008) ministrem obrony narodowej Libanu, Eliasem Murrem? Miał on dawać “dobre rady”, jak zaatakować Hezbollah. Poprzez amerykańskiego dyplomatę miały one trafić do Izraelczyków. Murr zapowiedział, że w przypadku ataku, wojska libańskie pozostaną w bazach, a w sprawę zamieszał wtedy dowódcę wojsk, a teraz prezydenta Libanu – Michela Suleimana. Niewątpliwie ta publikacja może zaognić sytuację w Libanie, w którym Hezbollah jest państwem w państwie. Armia libańska nie jest w stanie rozbroić “Partii Boga”. Czy Julian Assange weźmie odpowiedzialność w przypadku otwartej konfrontacji? Nie muszę chyba dodawać, że zarzut “kolaborowania” z Izraelem, ma w państwach muzułmańskich dość duże znaczenie.

WikiLeaks pomaga również Iranowi przeciwko Arabii Saudyjskiej i innym niechętnemu mu państwom arabskim. Na przykład Katar zgodził się nie tylko na użycie bazy lotniczej położonej na jego terytorium do bombardowania, ale również zaproponował, że pokryje 60% jej kosztów. Arabia Saudyjska z kolei ma nie tylko problem “odcięcia głowy węża” (czyli ataku na irański program atomowy). Ujawniono również, że próbowała stworzyć koalicję zdolną do zniszczenia irańskiej macki w Libanie – Hezbollahu. Prezydent Ahmadineżad powinien wysłać pracownikom WikiLeaks duże prezenty na święta, bo te depesze idealnie nadają się do propagandowego wykorzystania, nawet jeżeli oficjalnie twierdzi, że im nie ufa. Chaled Meszal, przywódca Hamasu, również powinien się dorzucić, bo fakt wycieku informacji o konsultowaniu interwencji w Strefie Gazy przez Izrael z Egiptem władzami Autonomii Palestyńskiej, choć oczywisty dla osób zainteresowanych tematem, nie jest taki dla “palestyńskiej ulicy”.

Niespodziankę sprawiono również terrorystom, którzy dostali całkiem niezły spis potencjalnych celów na ataki terrorystyczne. Co prawda są oni bardziej zainteresowani atakowaniem w metrze, pociągach, na stadionach itd, ale jakby zechcieli zmienić taktykę – proszę bardzo, wiedzą, gdzie znajdują się ważne obiekty z punktu widzenia amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego. Wesołych Świąt!

Na samym końcu Czytelnikom pozostawiam do refleksji pytanie, czy przecieki WikiLeaks o polskiej polityce wobec (albo precyzyjniej mówiąc: przeciwko) Rosji, szczegółach dotyczących powodów, rozbieżnych od deklarowanych, dla których chcieliśmy zainstalować tarczę antyrakietową, a także ocenie Sikorskiego dotyczącej zagrożenia ze strony Rosji oraz działań Polski w czasie wojny gruzińsko-rosyjskiej, były korzystne dla naszej racji stanu?  Wbrew pozorom to również nie są żadne rewelacje, ale teraz nie są już nawet tajemnicą Poliszynela, której oficjalnie można się wyprzeć, więc ja nic – poza rózgą – bym nie szykował.

Spotkanie dotyczące katastrofy smoleńskiej w świetle prawa międzynarodowego

Brak komentarzy

Mam zaszczyt zaprosić Was na kolejne spotkanie organizowane przez Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa. Tym razem poruszany zostanie temat niezwykle istotny i jednocześnie kontrowersyjny – katastrofy smoleńskiej.

Sprawa katastrofy smoleńskiej związana z prawem międzynarodowym, m.in. wykorzystaniem Konwencji Chicagowskiej, jest przedstawiana w mediach bardzo nieprecyzyjnie. Zresztą, dziennikarze z reguły nie znają się na prawie, więc jednocześnie trudno się temu dziwić. Czy zastosowanie tejże konwencji było jedyną możliwością? Czy Polska miała do dyspozycji inne instrumenty prawne? Zapytajmy o to – i nie tylko – prawdziwych fachowców, którzy nie są uwikłani w polityczną grę, jaka obecnie toczy się wokół katastrofy. Zamiast bezsensownej, telewizyjnej zadymy, rzeczowa rozmowa na poziomie akademickim.

Naszymi gośćmi będą:
dr Aleksander Gubrynowicz – opiekun IKN Dyplomacji i Prawa, ekspert w dziedzinie międzynarodowego prawa lotniczego, WPiA UW

mjr dr Michał Fiszer
– były pilot wojskowy, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika “Lotnictwo”, Collegium Civitas.

Dyskusję moderował będzie Piotr Sosnowski.

Spotkanie odbędzie się 17 grudnia (piątek) w Sala Balowej, Pałacu Tyszkiewczów-Potockich, Kampus Główny UW, Krakowskie Przedmieście 26/28. Początek o godzinie 18:30.

Gdzie to jest?

Swoją obecność można, jak zawsze, potwierdzić na Facebooku.

Kontakt do organizatorów: 508-399-084

Nietypowo, bo o kwotach i parytetach

Brak komentarzy
tvp.info

tvp.info

Raz na jakiś czas poruszam na blogu również problemy społeczne. Zjazd Kół Naukowych i Artystycznych UW zainspirował mnie do napisania notki na temat kwot i parytetów w kontekście udziału kobiet w życiu publicznym.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że jestem zwolennikiem jak najszerszego udziału kobiet w życiu publicznym. Bardzo się cieszę, że w zarządzie koła naukowego, w którym mam przyjemność być prezesem, na pięć osób, trzy z nich to dziewczyny. Warto podkreślić, że prawo w żaden sposób nie dyskryminuje nikogo ze względu na płeć, dając równe możliwości mężczyznom i kobietom. Wiele kobiet fantastycznie sobie radzi, będąc przedsiębiorcami, pracując w korporacjach, w samorządach, czy w polityce.

Trzeba jednak pamiętać o tym, że z niewolnika nie ma pracownika. O ile naszym celem powinno być zachęcenie pań do aktywnego udziału w życiu publicznym, o tyle przyznawanie sztucznych kwot jest kompletnie bez sensu. Wybierać powinniśmy osoby kompetentne, a kompetencja nie ma płci. Przypomnijmy, 4 grudnia Sejm przyjął ustawę o wprowadzeniu kwoty 35% dla kobiet i mężczyzn na listach wyborczych

Dlaczego aktywizacja kobiet przy pomocy ustawodawcy to fatalny pomysł?

Po pierwsze dlatego, że najpierw przekonać trzeba same kobiety do udziału w życiu publicznym. Dla przykładu, w mojej rodzinie kobiety kompletnie nie interesują się polityką i chcą się trzymać od niej jak najdalej. Efekt tego jest taki, że np. głosują tak, jak zasugeruje im ja z moim tatą. Nie tylko w mojej rodzinie tak jest – kobiety patrzą często na politykę z olbrzymim obrzydzeniem i nie chcą w żadnej formie w niej uczestniczyć. Wolą zająć się sprawami – w ich mniemaniu – ważniejszymi, takimi jak rodzina czy kariera zawodowa itd.  Przekonać kobiety można przy pomocy edukacji i odpowiednich, dobrowolnych programów, skierowanych również do mężczyzn. Jest to proces dłuższy niż przyjęcie ustawy, ale po pierwsze, skuteczniejszy, a po drugie, zdrowszy, bo wynikający z naturalnych przesłanek.

Po drugie, ta regulacja wcale nie zagwarantuje zwiększenia udziału kobiet w parlamencie. Wystarczy, że liderzy partyjni tak skonstruują listy, by te kilka kobiet, dopisanych tylko i wyłącznie ze względu na ustawę, znalazło się na niebiorących mandaty pozycjach na liście. Kwota zostanie utrzymana, a kobiet w polityce nadal będzie tyle samo (lub niewiele więcej). Prawdopodobnie dopisywane będą często nieprowadzące kampanii duchy.

Po trzecie, to dyskryminacja kobiet ze względu na płeć. Ustawodawca zakłada, że są one niepełnosprawne i nie potrafią bez jego pomocy trafić na listy. Nie przez przypadek istnieje zależność według której poparcia dla kwot i parytetów dla kobiet jest najniższe wśród najlepiej wykształconych pań. Wiedzą one, że nie ma żadnego powodu, dla którego określona kobieta nie mogłaby zawodowo zdeklasować np. swojego męża.

Po czwarte, w Polsce Polki stanowią większość, więc – teoretycznie – gdyby chciały, to by głosowały na inne Polki i rozmawialibyśmy o kwotach, owszem, ale dla mężczyzn. Jak daleko nasze panie są od takiego patrzenia na politykę, pokazuje fakt, iż poparcie dla Partii Kobiet to granica błędu statystycznego. Kobiety często nie tylko same chcą się trzymać z dala od polityki, ale też głosują z premedytacją na mężczyzn.

Po piąte, nawiązując do czwartego, są po prostu inteligentniejsze niż ustawodawca i wiedzą, że poseł i posłanka w parlamencie nie reprezentują płci, a naród.

Wojna turecko-turecka? Kolejne spotkanie IKN Dyplomacji i Prawa

Brak komentarzy

Zapraszam serdecznie na kolejne spotkanie Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa. Tematem środowego wieczoru będzie przyszłość Republiki Tureckiej ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich zmian w konstytucji tego kraju.

Gdzie? Warszawa, ul. Lipowa 4 (Collegium Iuridicum II), sala A2

Kiedy? 8 grudnia 2010, start: godzina 20

Naszymi panelistami będą:

Erhan Akdemir
(EU Research Fellow at EU Centre of Ankara University and Visitor Researcher at University of Warsaw Institute of International Relations)


Adam Szymański

analityk, PISM, specjalizuje się m.in w systemie politycznym i polityce zagranicznej Turcji, fundamentalizmie islamskim, integracją europejską i relacjami UE-Turcja)

Po wystąpieniu panelistów przewidywany jest – jak zresztą zwykle -  czas na pytania ze strony publiczności. Spotkanie odbędzie się w języku polskim i angielskim. Poprowadzi je Marta Hancyk.

W ramach przygotowania mogę jeszcze polecić swoje dwa artykuły z przeszłości:

- Stosunki izraelsko-tureckie: czy kłótnia skończy się rozwodem?
- Polityka niezależności Turcji – wzór do naśladowania?

Bliskowschodni proces pokojowy: ofensywa Abbasa?

Brak komentarzy
źródło: konflikty.wp.pl

źródło: konflikty.wp.pl

Rozmowy bliskowschodnie nadal stoją w miejscu – Izrael, pomimo amerykańskich zachęt (patrz: “Co jeszcze Stany Zjednoczone mogą dać Izraelowi?”), nie postanowił o przedłużeniu moratorium na rozbudowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Nawet uczynienie tego kroku nie gwarantowałoby powrotu do rozmów, gdyż Palestyńczycy uważają, że moratorium musi objąć jeszcze ich przyszłą stolicę, Jerozolimę Wschodnią, a Izraelczycy mają w tym względzie zupełnie inny pogląd, jako iż również nie wyobrażają sobie swojej stolicy poza Jerozolimą. Stanowisko Mahmuda Abbasa usztywniło się dodatkowo po rozmowach z prezydentem Egiptu, Hosnim Mubarakiem.

Izraelczycy od początku nie traktują poważnie tych rozmów, gdyż obecnemu układowi rządzącemu nie zależy specjalnie na pokoju, a Netanjahu nie wykazywał dotychczas ambicji by wejść do historii jako premier doprowadzający do porozumienia. Takie niekonstruktywne stanowisko ma jeden plus – izraelski polityk może, ale nie musi. Na razie jednak – przede wszystkim – nie chce.

Kto chce i kto może?
Abbas może i chce, ale nie może. Po pierwsze, jak pisałem wyżej, nie jest traktowany poważnie przez stronę izraelską, a po drugie, dysponuje ograniczoną władzą. W Strefie Gazy rządzi niepodzielnie Hamas i zbija kapitał na polityce izraelskiej. Prezydent Autonomii Palestyńskiej z kolei chętnie przeszedłby do historii, ale nie ma partnera do rozmów, ani niezbędnej siły w samej rozgrywce wewnątrz Palestyńczyków.

Abbas zatem robi co może. Jego propozycja dotycząca zrezygnowania z “historycznych praw” (czyt. prawa do powrotu) w zamian za gwarancję powstania niepodległego państwa omawiałem w artykule “Abbas gra va banque”. W końcu jednak padły dwa konkrety, które muszą zostać zaakceptowane przez obie strony:
1) Izrael nie pozwoli Palestyńczykom wrócić na terytorium swojego państwa, bo to byłoby dla niego samobójstwo i palestyńskie władze to rozumieją;
2) Palestyna musi dostać własne państwo.

Propozycja Abbasa przeszła bez echa, ale na pewno została przez izraelskich polityków odnotowana. Ustępstwo pozorne, bo i tak Palestyńczycy, chcąc pokoju, muszą z tego postulatu zrezygnować, ale bardzo istotne. W zamian jednak nic Palestyńczycy nie dostali – nawet przedłużenia moratorium. Abbas jest w tej wygodnej pozycji, że gdyby był cynikiem i nie chciał pokoju, a jego gesty były jedynie na pokaz, to polityka izraelska i tak by go uwiarygodniła.

Rozwiązać Autonomię Palestyńską?
Teraz Mahmud Abbas zaproponował, by w razie fiaska rozmów pokojowych i dalszej rozbudowy osiedli, rozwiązać struktury Autonomii Palestyńskiej.. Taktyka taka oczywiście nie doprowadziłaby do powstania państwa palestyńskiego, ale utrudniłaby życie Izraelowi.

Wątpliwe aby Abbas zdecydował się na taki krok, bo to oznaczałoby utratę władzy i setek milionów dolarów subwencji, dofinansowań itd, jakie otrzymuje OWP od państw muzułmańskich, Ligi Państw Arabskich, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Fatah, rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu byłby bardzo niepocieszony. Abbas już trochę ponad rok temu odgrażał się, że nie zostanie dłużej prezydentem, jeżeli nie zmieni się podejście Izraela do rozmów pokojowych i … nic się nie zmieniło.

Takie “rozwiązanie” jednak byłoby niezwykle niekorzystne dla Izraela, bo musiałby przejąć odpowiedzialność – w tym militarną – za Zachodni Brzeg Jordanu. Proszę bardzo, teraz trzeba byłoby zorganizować nową administrację, przekonać Palestyńczyków do wzięcia w niej udziału i zmarginalizować elementy radykalne. Niemożliwe – a jednocześnie pozostaje problem Strefy Gazy zarządzanej przez Hamas. Od razu pojawiłby się kolejny problem – co zrobić z tymi milionami wykluczonych Palestyńczyków? Dyskryminować, czy może realizować skrajnie niekorzystną dla Izraela politykę “jedno państwo – dwa narody” co przejawiałoby się w dopuszczeniu do współrządzenia Palestyńczyków? Na to Izrael, broniący żydowskiego charakteru swojego państwa, nie pozwoli – pozostanie dyskryminacja i państwo apartheidu. Abbas nie grozi na poważnie, ale nieśmiało pyta: to może lepiej jednak się dogadać?

Hamas zmienia stanowisko?
Tymczasem światełko w tunelu pojawiło się od strony Hamasu. Ismail Hanije, zapewne inspirowany tajnymi konsultacjami, ogłosił, że Hamas jest gotowy “zaakceptować Palestynę z 1967 roku”. Brzmi to nieco komicznie, bo w 1967 roku nie było Palestyny – Strefa Gazy była pod władzą Egiptu, a Zachodni Brzeg Jordanu – dzisiejszej Jordanii, ale to pozytywna wiadomość, bo mniej więcej takie same oczekiwania ma Fatah. Nie wiadomo, czy Hanije utrzyma długo tę rewolucją zmianę stanowiska, ale w takim przypadku – jest pole do porozumienia pomiędzy Fatahem, a Hamasem. Oczywiście, o ile obie organizacje dogadają się w kwestii podziału pieniędzy i stanowisk.

Naturalnie nie znaczy to, że Hamas zaraz będzie chciał podpisać pokój, bo nie wolno zapominać o jego bardzo ciepłych relacjach z Teheranem, a także większą radykalnością. Ciężko wyobrazić sobie ustępstwa Hamasu w wielu miejscach, ale z drugiej strony – Organizacja Wyzwolenia Palestyna, w tym Arafat, przez dziesięciolecia sponsorowała terrorystów, a stała się partnerem w rozmowach pokojowych. Hamas wyraził gotowość do zaakceptowania pokoju (oczywiście obwarował to zgodą wyrażoną w referendum, czyli de facto swoją zgodą) na innych warunkach niż zniszczenie Izraela, a to jest znaczący postęp.

Na końcu wypada się więc jedynie zastanowić, czy Abbasowi starczy sił (a także pieniędzy i stanowisk) na osiągnięcia porozumienia palestyńsko-palestyńskiego przy utrzymaniu swojej mocnej pozycji? Sam Izrael zresztą nadal jest niechętny konstruktywnym rozmowom i deklaracja w stylu “z Hamasem nigdy nie będziemy rozmawiać” też specjalnie by nikogo nie mogła dziwić.

Polska gra w czasie wojny gruzińsko-rosyjskiej

Brak komentarzy
źródło: politykazagraniczna.blox.pl

źródło: politykazagraniczna.blox.pl

Ciekawy fragment rzeczywistości odsłaniają kolejne dokumenty, podobno  przesłane jednej z rosyjskich gazet przez WikiLeaks. Krótko przeanalizujmy zatem rolę Polski w czasie wojny gruzińsko-rosyjskiej. Czy polskie władzy prowadziły spójną i skoordynowaną politykę służącą polskiej racji stanu?

W oczywisty sposób wojna na Kaukazie musiała zaniepokoić Polskę. Po pierwsze, nie były to czasy najlepszych stosunków polsko-rosyjskich, za to najlepsze lata kontaktów polsko-gruzińskich, pielęgnowanych zwłaszcza przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po drugie, niepokojąco wyglądał sposób pacyfikowania swojego sąsiada, który musiał podziałać elektryzująco szczególnie na państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Po trzecie, Polacy negocjowali z Amerykanami kwestie tarczy antyrakietowej w Polsce i wojna spowodowała zdecydowane przyspieszenie tych rozmów.

Kwestię winy za wybuch wojny omawiałem w artykule “Gruzja: winna czy niewinna?” do którego zapraszam. Konkluzja z niego jest taka, że Saakaszwili dał się sprowokować i wydał rozkaz “przywrócenia konstytucyjnego porządku”, za który historia niewątpliwie negatywnie go oceni. Podobnie okoliczności wybuchu wojny oceniali polscy analitycy. Nie zmienia to jednak faktu, że klęska Gruzji była w jak najmniejszym stopniu, w tamtym czasie, w naszym interesie. Pomimo ówczesnej wojny politycznej, kontrowersje wzbudzała forma reakcji (rząd – wyważona, prezydent Kaczyński – zdecydowana i otwarta), a nie treść (pomoc Gruzji). Z oceny amerykańskiej wynika, iż polska dyplomacja działała zdecydowanie i skutecznie – inny jednak wyjdzie nam wynik, gdy skonfrontujemy go z faktami.

Zaczynając od początku, Gruzja wojna przegrała niemal tak wysoko jak Real z Barceloną w czasie ostatnich Gran Derby. Rosjanie mogli sobie hasać nie tylko w Abchazji i Osetii Południowej, ale także w Gruzji. Zatrzymanie rosyjskich wojsk nie wynikało również ani z działań naszej dyplomacji, ani z rosyjskiego strachu przed konsekwencjami (niby jakimi?). Moskwa po prostu osiągnęła swoje cele strategiczne i pozwoliła jednemu ze swoich ulubieńców, Sarkozemu, na wynegocjowanie rozejmu. Jako zapas w rozmowach zachowała sobie część terytorium tzw. Gruzji właściwej. Saakaszwili na własne życzenia na zawsze pożegnał się z separatystycznymi republikami.

W tej sytuacji należy się tylko cieszyć, że w czasie trwania konfliktu nie doszło do sprzedaży broni do Gruzji, którą zapewne Rosjanie szybko by przejęli, urządzili skandal na pół Europy, a wyniku wojny by i tak przecież byśmy ni zmienili. Polski rząd swoją pomoc ograniczył do dyplomacji i gestów.

Pozostaje również kwestie MAP-u. Argumentacja Andrzeja Kremera była słuszna – jeśli Gruzja nie dostanie Planu na Rzecz Członkostwa, będzie to nagroda dla Rosji. Okazuje się jednak, że tak naprawdę nikt go nie chciał słuchać i ani Gruzja, ani Ukrainy MAP-u nie dostały. Fakty faktami, ale zwyciężył – jak zwykle – pragmatyzm.

Jedyne co ugraliśmy to dozgonna pamięć Gruzinów, których nie zostawiliśmy w tak dramatycznych dla nich chwilach. Wywieraliśmy presję na Sarkozym, ale to nie koalicja progruzińska wynegocjowała rozejm. Jednocześnie, co jest kluczem, nie można mieć do Polski żadnych pretensji, bo zrobiła więcej niż mogła, a to w interesie Stanów Zjednoczonych było niedopuszczenie do ostatecznej klęski Gruzji. Amerykanie w czasie trwania konfliktu zachowywali się biernie, ograniczając do oświadczeń, a po jego zakończeniu, tradycyjnie prowadząc politykę gestów (m.in. oświadczeń o integralności terytorialnej Gruzji). Wojna spowodowała również umocnienia orientacji proamerykańskiej wśród gruzińskich władz, jako przeciwwagi dla Rosji.

Sam konflikt gruzińsko-rosyjski doprowadził do szybszego podpisania polsko-amerykańskiej umowy w/s tarczy antyrakietowej. Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że trochę ponad rok później, 17 września 2009 roku, Amerykanie z tejże umowy się wycofali.. Plusem jaki wynieśliśmy z tego wszystkiego jest zdolność do aktywnej działalności i doświadczenie.

EDIT – 3.12: naturalnie, nie mogę być w 100% pewny treści tej pierwszej depeszy, na którą się powołuje. Dla samego tekstu jednak niewiele to zmienia, bo Polacy prowadzili aktywną politykę w tamtym czasie.