Patryk Gorgol

WikiLeaks – poczytaj mi mamo…

7 komentarzy
źródło: mojeopinie.pl

źródło: mojeopinie.pl

Opublikowano kolejne przecieki prosto z pracy amerykańskich dyplomatów, analityków i tak dalej. W większości wywiadów świata trwa pewnie nerwowe odliczanie i błyskawiczny podział nocnych dyżurów na najbliższe tygodnie. Ktoś przecież to wszystko będzie musiał przeczytać.

Cel powstania WikiLeaks nigdy nie stał się jednocześnie równie oczywisty. O ile w przypadku publikowania informacji o naruszeniach praw człowieka czy ofiarach w Iraku, można było jeszcze obronić tezę, że autorom zależało na ujawnieniu prawdy o niegodziwej postawie Amerykanów, a reszta wychodzi przy okazji i w ramach kary, o tyle teraz cel jest tylko jeden. Pisząc brzydko, dosadnie, ale oddając sens: dopier**** Ameryce.

WikiLeaks jest zatem narzędziem w nie wiadomo czyich rękach, które zajmuje się niszczeniem wizerunku Stanów Zjednoczonych. Dla przykładu, brak sympatii Arabii Saudyjskiej do Iranu jest powszechnie znany, podobnie jak “specjalne stosunki” pomiędzy Berlusconim, a Putinem czy korupcja wśród afgańskich urzędników, ale wyobraźcie sobie, jaką strawną pożywkę otrzymali teraz antyamerykańscy politycy. Tu nie chodzi o żadne etyczne pobudki, o transparentność czy prawa człowieka, a jedynie o realizację celu, jakim jest propagandowy atak na Stany Zjednoczone. Czy nikogo nie dziwi, iż WikiLeaks nie zwraca uwagi na to, co robią władze rosyjskie czy chińskie? A czy to nie tam prawa człowieka są łamane w dużo wyraźniejszy i częstszy sposób? Czy z tajnych dokumentów rosyjskich nie dowiedzielibyśmy się równie ciekawych rzeczy, chociażby o naszych politykach?

Po tym wszystkim trudno uznać,że informatorami WikiLeaks są tylko obecni lub byli urzędnicy. Prawdopodobnie któryś z wywiadów państw nieprzychylnych Ameryce uznał, że to doskonała skrzynka kontaktowa.

Szkoda o tyle, że świat wcale na tych przeciekach nie zyskał. Będziemy wiedzieć więcej, od kuchni poznamy mnóstwo smaczków, a pewne informacje – zazwyczaj schowane – przebiją się do świadomości ludzi. W działalności WikiLeaks nie ma jednak realizacji żadnego interesu publicznego. Za to kilku przywódców z pewnością się cieszy, nawet jeśli w dokumentach znajdą się szczere wzmianki o nich, bo Baracka Obamę i dyplomatów amerykańskich czekają ciężkie dni tłumaczenia się oraz walki z demoralizacją, jakie niechybnie pogłębi kolejne ujawnienie dokumentów.

O poprzednim przecieku pisałem w artykule “Kosztowny przeciek”

Tajne więzienia CIA a stosunki polsko-amerykańskie

Brak komentarzy
źródło: www.historycommons.org

źródło: www.historycommons.org

Przy okazji dyskusji na temat tajnych więzień CIA w Polsce warto odnieść się do nich jako elementu stosunków polsko-amerykańskich. Przecież polska decyzja o ich powstania nie wzięła się znikąd, a z ówczesnej polskiej polityki zagranicznej. Czy na kolejnym interesie z Waszyngtonem Polska wyszła jak Zabłocki na mydle? A może lepiej zastanowić się, czy to kogokolwiek powinno dziwić?

Ile znaczą Stany Zjednoczone dla Polski, a ile Polska dla Stanów Zjednoczonych?

Przeanalizujmy zatem, jak Polska i Stany Zjednoczone wzajemnie się postrzegają. Polscy politycy -od prawa do lewa – nie postawiają żadnych wątpliwości. Stany Zjednoczone to najważniejszy sojusznik, zarówno według Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego ( np. „”Stosunki Sojuszu z Rosją nie mogą być rozwijane kosztem interesów bezpieczeństwa innych państw Europy Wschodniej”, a Polska “będzie rozwijać strategiczne, dwustronne więzy” łączące ją z głównym sojusznikiem, jakim są Stany Zjednoczone – napisał dzień przed szczytem NATO Bronisław Komorowski w artykule opublikowanym w “Gazecie Wyborczej”. „), Jarosława Kaczyńskiego, a w przeszłości Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego. Dla Stanów Zjednoczonych mocno zadarliśmy z państwami tzw. starej Unii Europejskiej w czasie interwencji w Iraku, a sympatia wobec tego mocarstwa większa w całej Europie była tylko w Albanii. Stany Zjednoczone miały być lekiem na wszelkie zagrożenie, a za nie uważana była Rosja.

Do tanga jednak trzeba dwojga, a Amerykanie mają z kim tańczyć. Oficjalnie oczywiście Barack Obama mówi o „ważnym sojuszniku”, przyjaźni (a nawet przyjacielu Radosławie Sikorskim), ale tak naprawdę dla Ameryki ważne są stosunki z Wielką Brytanią, Rosją, Izraelem, Turcją, Niemcami Arabią Saudyjską, Chinami, Indiami czy Australią. W swojej polityce zagranicznej amerykańska administracja kieruje się, co zupełnie naturalne, swoim interesem. Polska jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, ale podziękować należy za szczerość Zbigniewowi Brzezińskiemu, który w rozmowie z Jackiem Żakowskim ocenił naszą pozycję jako „trzeciorzędną”. Pamiętacie hasło „You forgot Poland” z kampanii 2004 roku i kpiny z tej, skądinąd niefortunnej, wypowiedzi prezydenta Busha? Dlatego właśnie do słów amerykańskich i polskich polityków należy podchodzić ostrożnie, a Amerykanom, jeśli im pomagamy, wystawiać – podobnie jak to robią oni za każdym razem – wysoki rachunek.


Skąd przecieki?

Ujawnienie całej sprawy przez Amerykanów na pewno nie służy polskiej racji stanu. Warto prześledzić, skąd pojawiły się główne przecieki?

Wygląda to tak. Polacy wysyłają wojska na zagraniczne misje, realizowane w imię polityki amerykańskiej, narażamy życie naszych żołnierzy, wydajemy setki milionów dolarów na stacjonujące tam polskie wojsko. Dodatkowo, zgadzamy się łamać polską konstytucję i pozwalamy na istnienie tajnych więzień CIA. W zamian Amerykanie częstują nas przeciekami na ten temat.- pierwszy 2 listopada 2005 roku w „Washington Post”. Co prawda nie napisane wtedy, o jakie państwa chodzi – tłumacząc to naciskami ze strony urzędników amerykańskich – ale już dzień później, niejaki Tom Malinowski z Human Rights Watch, ogłosił, iż chodzi o Polskę i Rumunię. Oczy wszystkich instytucji i organizacji badających przestrzeganie praw człowieka zostały skierowane na Polskę – kwestią zajmowała się m.in. Rada Europy i Unia Europejska.

Kolejny poważny przeciek miał miejsce 8 września 2010 roku – „anonimowe źródła w wywiadzie” poinformowały agencję Associated Press o tym, jakie przyjemności czekały na Abda Al-Rahima Al-Nashiriego podczas jego pobytu w Polsce. Cytowano również raport inspektora generalnego CIA, z którego wynika, iż wobec Saudyjczyka stosowano tortury.

Cóż, ponownie Amerykanom można jedynie podziękować. Nie dość, że nasi amerykańscy przyjaciele łamali u nas prawa człowieka, to jeszcze sami postanowili o tym poinformować świat. Sprawdza się tutaj słynne powiedzenie: „chroń nas Boże przed takimi przyjaciółmi, bo z wrogami sobie sami poradzimy”. Wypada też zastanowić się, czy jeśli sprawa trafi np. do Strasburga, to czy rząd amerykański zrekompensuje nam wszelkie straty, w tym wizerunkowe? Nie jest również dla nas korzystne, gdy potencjalni terroryści dowiadują się, iż to właśnie w Polsce torturowano ich przyjaciół.

Nic w zamian?
Profitów z tego dealu dla Polski nie ma żadnych. Nasze bezpieczeństwo nie zwiększyło się w żaden sposób, gdyż nadal opiera się ono o NATO, gospodarka nie zyskała i ucierpiały również prawa człowieka. Co więcej, skoro istniały więzienia CIA w Maroku czy Tajlandii, to może były niepotrzebne Amerykanom w Polsce

W dwóch istotnych dla nas kwestiach za to Amerykanie zwodzą. Obiecany był udział Amerykanów w modernizacji polskiej armii. Na razie sprowadza się to do tego, że gdy Stany Zjednoczone mają jakiś stary, niepotrzebny sprzęt, oddają go w ramach programu pomocowego Polsce, zastrzegając sobie opłaty licencyjne i konieczność serwisowania u swoich firm. Tylko robić taki interes – oddawać niepotrzebny złom i jeszcze brać pieniądze za części zamienne oraz naprawy. Zresztą, słynny jest przypadek oddanego Polsce samolotu transportowego Hercules, który o mało nie rozbił się w Afganistanie już podczas swojego trzeciego lotu. Amerykanie, owszem, modernizują armie sojuszników, ale dotyczy to Izraela, Turcji czy Egiptu, a nie Polski. Według szacunków „Polityki”, która z kolei opierała się na danych Ministerstwa Obrony Narodowej – od Amerykanów otrzymaliśmy w przeciągu ostatnich kilkunastu lat ponad 400 milionów dolarów, a wydaliśmy ponad 4 miliardy dolarów.

Nie inaczej było z tarczą antyrakietową, której założenia kompletnie zmieniono, a udział Polski w projekcie, znacznie zmniejszono. Miała nam pozostać na pocieszenie bateria rakiet Patriot. Okazało się jednak, że owa Bateria nie będzie wersją bojową, a szkoleniową, obsługiwać będą ją Amerykanie, a nie Polacy, stacjonować w Polsce na razie będzie rotacyjne i przede wszystkim – będzie elementem systemu obrony przeciwrakietowej Stanów Zjednoczonych, a nie Polski, już nie mówiąc o tym, że taka jedna bateria nie starczy nawet do obrony samej tylko Warszawy.

Możliwości wyjścia z tej sytuacji są więc tylko dwie. Albo my przeorientujemy naszą politykę zagraniczną albo Amerykanie zaczną nas poważnie traktować.
————————
Powyższy tekst został – w nieco okrojonej wersji – przedstawiony na spotkaniu “Tajne więzienia CIA” organizowanym przez Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa.

Tajne więzienia CIA w Polsce – zaproszenie

Brak komentarzy
źródło: niepoprawni.pl

źródło: niepoprawni.pl

W mediach brakuje rzetelnej dyskusji na poważne tematy. Dominuje za to polityczna nawalanka PiSu z PO (albo jak kto woli – PO z PiSem), w tle z SLD, PSL, Palikotem i pisowskimi dysydentami. Zamiast rozmawiać o gospodarce, ekscytujemy się krzyżem. Zamiast rozmawiać o polskiej polityce zagranicznej, śledzimy “wyprawę” Fotygi i Macierewicza do Stanów Zjednoczonych, co karykaturuje jakąkolwiek dyskusję.

Nie inaczej jest z tajnym więzieniami CIA w Polsce. Czy były? Cóż, zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że jednak nie. Zresztą – spotykamy się tutaj z niemal zaskakującą solidarnością wszystkich polityków. Zapraszam do przeczytania mojego poprzedniego tekstu na temat tajnych więzień CIA w Polsce.

Pytanie więc – co teraz? Czy w końcu dowiemy się, jak polskie władze zamierzają to uzasadnić prawnie? Lub – co dla mnie ważniejsze – co otrzymaliśmy takiego od Amerykanów, że zdecydowaliśmy się kompletnie zlekceważyć naszą Konstytucję? Dlaczego Amerykanie, skoro już nabroili, nie potrafią milczeć i co rusz do zagranicznych agencji trafia kolejny przeciek? Ciekawe, czy teraz to Waszyngton będzie bronił polskie władze przez problemami w Radzie Europy i Unii Europejskiej?

A może to nie jest takie oczywiste, bo skąd ów przetrzymywany Saudyjczyk mógł wiedzieć, że jest w Polsce? Prawdopodobnie polskiego nie zna, a sam uważany jest za prominentnego działacza al-Qaidy. Może informacje, którymi dysponował, zmuszały do podjęcia tak dramatycznych decyzji? Nie wyobrażam sobie wywiadu, który działa za granicą i jednocześnie przestrzega prawa tego państwa, zgodnie z Konwencja Wiedeńską o stosunkach dyplomatycznych. Wywiad jest właśnie od robienia rzeczy niemożliwych i uzyskiwania informacji, których nie udałoby się zdobyć w normalnym trybie. Czasami oznacza to brutalne łamanie prawa państwa, w którym się znajduje.

Pole do dyskusji jest olbrzymie, dlatego serdecznie zapraszam Państwa na spotkanie organizowane przez Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa, które odbędzie się 24.11.2010 roku, w Collegium Iuridicum II (ul. Lipowa 4) w sali A2.

Naszymi gośćmi będą:
Pan Mecenas Mikołaj Pietrzak – pełnomocnik Abd Al-Rahima Al-Nashira, Saudyjczyka twierdzącego, że był przetrzymywany w Polsce.

Pani Irmina Pacho – osoba zajmująca się sprawą tajnych więzień CIA w Polsce w ramach Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Przyjemność prowadzenia spotkanie przypadnie mojej skromnej osobie. Pozwolę sobie również na przedstawienie kwestii tajnych więzień na tle stosunków polsko-amerykańskich.

Jednocześnie trwają poszukiwania jeszcze jednego prelegenta. Zależy mi bardzo na zrównoważeniu panelu i pojawieniu się kogoś, kto będzie bronił decyzji polskich władz o zgodzie na działania CIA lub wytłumaczy pragmatykę działania służb specjalnych. Jeżeli Drogi Czytelniku masz jakiś pomysł, zapraszam do kontaktowania się ze mną. Jak dotąd,żadna z zaproszonych przez nas osób, nie była zainteresowana udziałem w tym charakterze.

Swoją obecnoś na spotkaniu można potwierdzić na Facebooku, do czego zachęcam.

Co jeszcze Stany Zjednoczone mogą dać Izraelowi?

2 komentarzy
źródło: thewashingtonnote.com

źródło: thewashingtonnote.com

Groteski ciąg dalszy. Stany Zjednoczone próbują namówić Izrael do tego by przedłużył moratorium na rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Poprzednia oferta została odrzucona, ale administracja Baracka Obamy jest konsekwentna i proponuje coraz więcej.

Najnowszy pakiet zawiera:
- obietnicę wetowania ewentualnych inicjatyw dotyczących pokoju na Bliskim Wschodzie w Organizacji Narodów Zjednoczonych
- kwestie związane z bezpieczeństwem, w tym 20 myśliwców F-35 (PAP szacuje ich wartość na 3 miliardy dolarów);
- gwarancję, że w przypadku przedłużenia moratorium o 90 dni, Stany Zjednoczone po upływie tego terminu, nie będą naciskać na jego przedłużenie.

W zamian przedłużenie moratorium o 90 dni, ale bez Jerozolimy Wschodniej, czyli ustępstwo Izraela byłoby jedynie częściowe. Oficjalnie Palestyńczycy deklarują, że dopóki w Jerozolimie Wschodniej będzie trwała rozbudowa osiedli, nie powrócą do rozmów.

Cóż, na miejscu Netanjahu, którego rządowi nie zależy na rozmowach pokojowych (i jak widać – trzeba mu za nie płacić) ofertę bym natychmiast przyjął, 90 dni poudawał, że negocjuję, a potem – jak to mawiają Arnold Schwarzenegger i Dmitrij Miedwiediew – “hasta la vista baby”. Sprzęt będzie, gwarancja w ONZecie raczej słaba, bo wiadomo, że Amerykanie nie poparliby takiej rezolucji, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

Desperacja Amerykanów jest tutaj wręcz komiczna. W zamian za przejściową zgodę na wstrzymanie rozbudowy osiedli, co powinno być rzeczą najzupełniej normalną przy poważnym traktowaniu rozmów pokojowych, płacą mocnymi i stałymi korzyściami.

Jeżeli ktoś by mnie spytał, co powinni zrobić Amerykanie wobec rządu Netanjahu, to powiedziałbym, że albo zmusić do koalicji z Kadimą albo dramatycznie zmniejszyć wszelką pomoc finansową, technologiczną i polityczną dla Izraela aż do momentu, gdy obecny gabinet rozpocznie poważnie traktować amerykańskie prośby. To jednak nierealne, bo lobby żydowskie nie pozwoli zrobić krzywdy Izraelowi. Administracja więc, zamiast się postawić, płaci niczym nieradzący sobie z dziećmi dorośli  “cukierkami” za spokój.

W takim razie przedstawiam premierowi Izraela listę rzeczy, o które może prosić administrację amerykańską w zamian za następne ustępstwa takie jak przedłużenie moratorium, wstanie z łóżka na rozmowy pokojowe czy podanie ręki Mahmudowi Abbasowi.

a) dostęp do wszelkich tajemnic technologicznych Stanów Zjednoczonych tak, by Mossad nie musiał już działać na terytorium amerykańskich – szkoda ludzi narażać;
b) dwukrotne zwiększenie pomocy finansowej, najlepiej kosztem Egiptu;
c) atak i pełne wzięcie odpowiedzialności za niego na irański program atomowy;
d) możliwość każdorazowego obsadzenia stanowiska wiceprezydenta;
e) mianowanie 1/3 składu Izby Reprezentantów i 1/3 Senatu przez wyborców izraelskich, naturalnie nie wykluczając obecnej działalności lobby izraelskiego na pozostałych kongresmenów;
f) wydzierżawienie 2-3 lotniskowców, oczywiście – jak to w rodzinie – za darmo;
g) scedowanie prawa weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na rzecz Izraela – częściowo ma to już miejsce;
h) zagrożenie Turcji wyrzuceniem z NATO w razie braku ochoty ze strony Ankary do powrotu do świetnych stosunków politycznych, zmuszenie Gulla i Erdogana do napisania “osobistych i szczerych” przeprosin;
i) oddanie pakietu kontrolnego przez firmy amerykańskie zajmujące się wydobyciem ropy naftowej.
j) poprowadzenie gazociągu Nabucco przez Izrael i zapewnienie stronie izraelskiego odpowiedniego udziału w nim.

Jest zatem o co prosić, a moratorium nieraz pewnie trzeba będzie przedłużyć.

Przesadzone obawy Litwinów

Brak komentarzy

źródło: wiadomosci.onet.pl

Piękne słowa, zarówno po stronie polskiej, jak i litewskiej, o przyjaźni i sojuszu  a za nimi kompletny brak czynów. To realia stosunków polsko-litewskich. Okazuje się, że strategiczny sojusz to dwa słowa, napisane na kartce, które nie są wypełnione treścią, a jedną z nielicznych, łączących nas rzeczy, są tajne więzienia CIA, będące w przeszłości na terytorium tychże państw. Perspektywicznej współpracy brak, a sporów – co najmniej kilka.

Litwini pamiętają Polakom ociąganie się z uznaniem niepodległości ich kraju po 11 marca 1990 roku, zarzucają chęć wtrącania się w sprawy wewnętrzne, a takie mają głęboki uraz historyczny, gdyż – co trzeba przyznać – w dwudziestoleciu międzywojennym prowadziliśmy wobec Litwy politykę bezpardonową, a to zajmując tzw. Litwę Środkową, a to wymuszając, praktycznie pod groźbą wojny, nawiązanie stosunków dyplomatycznych w 1938 roku. Jako Polak, mogę bronić tych decyzji, ale rozumiem brak ich aprobaty po stronie litewskiej.

Teraz tylko te obawy są kompletnie nieuzasadnione. Polska zrezygnowała ze swoich roszczeń wobec Wilna, nie dąży do polonizacji tego państwa i wcale nie uważa Litwinów za “nieco innych Polaków”. Rezygnacja ze wszelkich roszczeń terytorialnych, teraz oczywista, nie musiała być taka wcale 20 lat temu, kiedy odradzała się niepodległa Litwa. Atmosferę negocjacji z Litwinami opisuje śp. Stefan Meller w wywiadzie-rzece, jaki przeprowadził z nim Michał Komar. Litwini, nawet ci znający język polski, kryli się z tym i życzyli sobie rozmów w języku obcym dla Polaków i Litwinów, chcieli również gwarancji integralności terytorialnej Litwy (pomimo niezgłaszania przez Polski pretensji) z gwarancją bycia przez Wilno stolicą odrodzonego państwa – jednym zdaniem, bardzo się Polaków obawiali. Dobrze, że nie przyszli uzbrojeni.  Gdy odzyskam tę książkę, rozwinę wątek tych rozmów w osobnej notce.

Niezwykle ciekawie, w rozmowie z Polską Agencją Prasową, wypowiedział się profesor Alfredas Bumblauskas.

“Historyk zaznaczył m.in., że to zawdzięczając Polsce “nie mamy dzisiaj u siebie drugich Bałkanów”.

“Polska zrzekła się sentymentów wobec Wilna, Grodna i Lwowa. Przyjęła wyzwanie powstania nowych państw i dlatego uniknęliśmy losu Bałkanów” – zaznaczył Bumblauskas.”

To prawda, że polska dyplomacja zrezygnowała z roszczeń, co pozostaje kompletnie niezauważone przez państwa sąsiednie. A szkoda, bo wtedy być może zrozumiałby, skąd u nas troska o los mieszkańców tych terenów, w tym walka o polską oświatę czy pisownię imion i nazwisk. Łatwo wyobrazić sobie równocześnie polskich nacjonalistów dla których perspektywa odzyskania Lwowa czy Wilna byłaby ważniejsza niż pokój.

Polski rząd kierował słusznie wyważył, że od nierealistycznej walki ważniejsze jest bezproblemowe przystąpienie do Unii Europejskiej i NATO. Odważnie można napisać, że bez akcesji Polski do UE, nie byłoby również akcesji Litwy. Jeśli chodzi zaś o NATO, to Polacy przystąpili w 1999 roku, a Litwini pięć lat później, przy poparciu naszej dyplomacji.

Obecnie też nie dążymy do dominacji Litwy, która prowadzi niezależną politykę. Problemem Polski jest to, iż nigdy nie będzie prawdziwym liderem państw Europy Środkowo-Wschodniej, dopóki nie porozumie się z Litwą. Taki lider ma przecież reprezentować inne państwa, a jest to niemożliwe, przy istnienie rozbieżnych interesów. O problemach z polską mniejszością, a także Możejkami otwarcie mówi polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz władze spółki PKN Orlen.

Litwini samodzielnie, a nawet wspólnie, z Łotwą czy Estonią, mają mniejszą siłę przebicia niż sama tylko Polska, z natury rzeczy z sympatią patrzącą na te republiki. W naszym wspólnym interesie jest m.in. niezależność energetyczna czy aktywne uczestniczenie w projektach Sojuszu Północnoatlantyckiego. W tej sytuacji groteskowa jest polsko-litewska kłótnia o Możejki , gdzie Polacy narzekają, że Litwini nie potrafią doprowadzić do wznowienia dostaw ropociągiem “Przyjaźń” i nie chcą wybudować około 20 km torów ułatwiających transport ropy , a Litwini, że Polacy nie naciskają w żaden sposób Rosję, by przezwyciężyła “awarię techniczną”. Sama Rosja nie jest zainteresowana nie tylko przezwyciężeniem “awarii technicznej”, ale również odrzuca wszelkie propozycje pomocy (!). Efekt tego może być taki, że Rosjanie, po bardzo niskiej cenie (tj. dużej stracie PKN Orlen), kupią rafinerię od Polaków i ograna zostanie zarówno Warszawa, jak i Wilno. Tego właśnie chcemy?

Wybory na Białorusi – żadnych złudzeń Panie i Panowie

1 komentarz
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Aleksander II w 1856 roku powiedział do Polaków, liczących na korzystne dla nich zmiany w Królestwie Polskim, w tym nawet na niepodległość – “żadnych złudzeń panowie”.   Podobne zatytułowane przemówienie prezydent Aleksander Łukaszenka powinien wygłosić do odwiedzających go Radosława Sikorskiego (tym razem bez żony) i ministra spraw zagranicznych Niemiec, Guido Westerwelle (tym razem bez męża). Niezależnie od pragnień i marzeń Polaków i Niemców, Łukaszenka pozostanie prezydentem Białorusi i będzie sprawował swoją autorytarną władzę. Jedyną szansą na niewygranie przez niego wyborów byłaby śmierć, ale wspominam o niej tylko ze względu na analogię z Aleksandrem II, zabitym przez Polaka, Ignacego Hryniewickiego.

Opozycja białoruska to nie “Solidarność”, a jej główni przedstawiciele, nie tylko podzieleni, ale również nie posiadają legendy Lecha Wałęsy, Bogdana Borusewicza, Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz Zbigniewa Bujaka itd. Brak im też tak powszechnego poparcia społecznego. Słowa Łukaszenki z wywiadu opublikowanego w “Rzeczpospolitej” (bardzo polecam!), że ludzie nie mają na kogo głosować, nie są typową manipulacją (często obecną we wspomnianej rozmowie), a w miarę realnym oddaniem skali. Na Białorusi nie ma kto z Łukaszenką wygrać. Czy doda sobie 10% przy okazji fałszerstw, czy będzie dyskryminował opozycję w inny sposób, czy też nie,  i tak te wybory wygra. Nie zmienia to oczywiście faktu, że Łukaszenka jest odpowiedzialny za wiele nieszczęść w tym kraju, a niewyjaśnione zabójstwa prowadzą nawet jeśli nie do niego, to do jego ludzi.

Prezydent ze stoickim spokojem mówi o demokratyczności wyborów, a białoruscy dyplomaci zapraszają polskich studentów Instytutu Stosunków Międzynarodowych na Białoruś w celu ich obserwacji. Sytuację prezydenta Łukaszenki pogarszają jego, złe ostatnio, kontakty z Federacją Rosyjską, które w naturalny sposób zachęcają go do skierowania się w stronę Unii Europejskiej. System jest zbudowany w taki sposób, że podzielona opozycja, nawet jeśli dostanie swobodę działania, nie zdoła przekonać do siebie społeczeństwa, które zresztą nie bardzo szuka zmiany. W zamian za wolne wybory, Łukaszenka ma obiecane 3 miliardy euro pomocy.

Łukaszenka więc, niezależnie od okoliczności, się nie zmieni. Mówiąc wprost – jeśli okaże się, że może wygrać demokratycznie, to wygra, jeśli okaże się jednak, że nie może, to też wygra, ale jednocześnie kombinując przy urnach Kwestia tego, jak podejdą do tego nie tylko Polacy, ale też Unia Europejska. Skoro akcja “Wolna Białoruś” i tak nie wypali, to może lepiej postawić na pragmatyzm i nawiązując znowu do Polaków z XIX wieku za czasów początku panowania Aleksandra II – zastosować zasadę “brać i nie kwitować”? Białoruski rynek, dla polskich przedsiębiorców, to bardzo atrakcyjne miejsce, a gdyby jeszcze udało się załatwić liberalizację gospodarki białoruskiej (do czego w końcu będzie musiało dojść) i osłonę polityczną dla działalności naszego biznesu, perspektywa byłaby niezwykle interesująca

Interwencja amerykańska w Iraku – garść statystyk

Brak komentarzy

Przy okazji spotkania dyskusyjnego Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa warto zebrać w jednym miejscu podstawowe statystyki dotyczące Iraku, bo dają one obraz amerykańskiej interwencji i sytuacji w tym kraju. Nie jest on oczywiście czarno-biały, jak to sugerują zarówno zwolennicy lub przeciwnicy interwencji. Przedstawię statystyki dotyczące zabitych w Iraku. Sama wojna kosztowała do tej pory 740 miliardów dolarów (źródło)

Zabici w Iraku
Szacunki wahają się między 100 tysiącami, a milionem (!). Amerykańskie dane, które wyciekły do Wikileaks mówią o 109 tysiącach zabitych, z czego 66 tysięcy zakwalifikowano jako cywilów, resztę przyporządkowano jako “wrogów”.

Problemów z tą statystyką jest kilka. Po pierwsze, dotyczy to okresu od 1 stycznia 2004 do grudnia 2009 (z pominięciem maja 2004 i grudnia 2009), ,czyli nie obejmują całego okresu stacjonowania, po drugie, opierają się na oficjalnych statystykach. Jak powszechnie wiadomo, “administracja” iracka do najsprawniejszych nie należy i dużo przypadków śmierci mogło nie zostać po prostu zarejestrowanych.

Przykład (źródło: Altair):

“Analitycy zwracają uwagę na liczne braki w ujawnionej dokumentacji. Nie odnotowują one na przykład żadnych cywilnych ofiar zaciętych walk w Faludży w dwóch okresach 2004. Według Iraq Body Count, między kwietniem a listopadem zginęło tam 1226 – 1362 cywilów.

Wątpliwości budzi też kwalifikowanie ofiar w dokumentach Pentagonu. Śmierć wielu cywilów jest klasyfikowana jako straty bojowe. W najbardziej znanym przypadku z 2007, gdy amerykański śmigłowiec ostrzelał grupę ludzi na ulicach Bagdadu, zabijając m.in. 2 dziennikarzy agencji Reuters, wszystkich zabitych zaklasyfikowano jako enemy.”

Jak już psiałem powyżej, organizacje pozarządowe wskazują na o wiele większą liczbę zabitych. Na pewno z czasem uda się to uporządkować.

Strona “casualties.org” prowadzi “monitoring” zabitych żołnierzy koalicji w Iraku i Afganistanie. W Iraku zginęło do tej pory ponad 4700 żołnierzy koalicji (głównie Brytyjczycy, ale też Polacy), w tym 4427 Amerykanów.

Irak za Saddama

Ustalenie powyższych danych (poza całkowitą liczbą zabitych osób w czasie wojny) nie było zbyt problematyczne. Dane te należy traktować szacunkowo i uznać za mniej więcej wiarygodne. Gorzej ze znalezieniem innej statystyki – zabitych przez Saddama Husajna w czasie jego rządów (lata 1979-2003). To jest dopiero wolna amerykanka – dane od kilkudziesięciu tysięcy do dwóch milionów (!). Tak naprawdę nie znalazłem żadnego wiarygodnego szacunku.

Oczywiste jest, że Saddam Hussajn był okrutnym dyktatorem, który nie wahał się masowo mordować swoich obywateli, wcześniej ich brutalnie torturując. Pod tym względem to rzeczywiście postęp, bo Amerykanom zdarza się zamordować cywilów, ale nie w takich ilościach i – poza przypadkami zwyrodnialców – nie czynią tego specjalnie. Nie można Waszyngtonu rozgrzeszyć za cywilne ofiary wojny, ale należy uczciwie zaznaczyć, że to nie amerykańskie wojska podkładają bomby na bazarach. Jednocześnie nie można zapominać o przestępstwach, jakie oczywiście popełniają amerykańscy żołnierze, takie jak gwałt, kradzież, a niekiedy torturowanie czy zabijanie – tego usprawiedliwić w żaden sposób nie można. Sprawców należy surowo ukarać.

Podaje dane dotyczące czasów Hussajna  za “New York Timesem” i Human Right Watch

Zabici w wojnie iracko-irańskiej po stronie irackiej: według szacunków Irakijczyków – 500 tysięcy osób (Irańczycy swoje straty szacują na ponad 300 tysięcy)

Wojnę bezsensownie prowadził oczywiście Saddam, ale robienie mu z tego “wyrzutu” przez Amerykanów, jest nie na miejscu. Iracki dyktator użył przeciwko Irańczykom broni chemicznej, co nie wywołało reakcji na Zachodzie, a sami politycy amerykańscy jak najbardziej wspierali świeckiego prezydenta w walce z “fundamentalistami”, grożącymi islamską rewolucją.

Również jedynie szacunkowe może być liczba prześladowanych szyitów i Kurdów. Ponownie, statystyki są różne – w linkowanym tekście autor nieśmiało sugeruje – ale bez podania źródła – że było to 200 tysięcy.  Poza “codziennym” terrorem, trzeba wziąć pod uwagę okrutne tłumienie powstań Kurdów i szyitów. W 1988 użyto brutalnych środków przeciwko Kurdom, w tym gazu musztardowego i Sarinu. Według organizacji broniących praw człowieka, zamordowano kilkadziesiąt tysięcy osób. W 1991 roku, po przegraniu przez Irak I wojny w Zatoce Perskiej, wybuchły powstania szyitów i Kurdów. Również zostało krwawo stłumione. Human Right Watch szacuje, że zabitych zostało minimum 20 tysięcy Kurdów i 60 tysięcy szyitów.

W wypadku tłumienia powstań celowo podałem najniższe ze znalezionych danych. Liczba ofiar brutalnych i dyktatorskich rządów Saddama Husajna nie jest do tej pory precyzyjnie oszacowana i do różnych danych należy podchodzić z dystansem.