Patryk Gorgol

Partycypujemy w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych?

Brak komentarzy
źródło: gazetaprawna.pl

źródło: gazetaprawna.pl

Na mocy Traktatu Lizbońskiego doszło do kilku zmian w kwestiach związanych z Wspólną Polityką Zagraniczną i Bezpieczeństwa. Przede wszystkim powołano Wspólnego Przedstawiciela Unii Europejskiej ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, który “przejął” obowiązki Wysokiego Przedstawiciela ds. WPZiB oraz stał się równocześnie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej.  Unijnemu “ministrowi spraw zagranicznych” pomagać ma Europejska Służba Działań Zewnętrznych, czyli zorganizowana europejska dyplomacja, w tym sieć ambasad wśród partnerów Unii Europejskiej.

Walka o stanowiska się rozpoczęła się z tempem kolejnej serii “Tańca z gwiazdami” lub lepiej – wyścigu do jedzenia na konferencjach z cateringiem. Do obsadzenia jest wszakże nie tylko kilkadziesiąt stanowisk ambasadorskich, ale też prezydium Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, a także sześć departamentów.

W tej rozgrywce Polacy mają swoje ambicje. Zależało nam, by obsadzić ważne, z naszego punktu widzenia, stolice – np Kijów czy Moskwę. Unijni dyplomaci odpowiadają w ten sposób: ambasador unijny w danym państwie nie powinien pochodzić z kraju, które jest z nim szczególnie powiązane. Stąd m.in. nominacje dla Polaków do Jordanii czy Korei Południowej. W założeniu mają być to politycy unijni, a nie narodowi, a ambasador ma realizować politykę Unii Europejskiej, a nie Polski.

W praktyce to oczywiście nieprawda. Skoro to takie nieistotne, to dlaczego Niemiec dostał ambasadę w Chinach, a nie, dajmy na to, Cypryjczyk? Wiadomo, że o stanowiska w UE toczy się ostra batalia, gdzie owszem, interes wspólnoty też się liczy, ale każde z państw chce urwać dla siebie jak najwięcej. Czy tego UE chce, czy nie, komisarze UE, również nie są apolitycznymi, ponadnarodowymi, stanowiskami, chociażby z tego powodu, że duża część tych polityków liczy na ponowną nominację, a tego dokonują przecież de facto poszczególne państwa.

Nominacja dla Macieja Popowskiego na zastępcę sekretarza generalnego ESDZ to sukces polskiej dyplomacji. Oznacza to, że nasz człowiek będzie w ścisłym kierownictwie europejskiej dyplomacji. Nie jest to wybór tak spektakularny, jak w przypadku Jerzego Buzka, ale lepiej mieć chyba jednego człowieka więcej w kierownictwie niż dwóch ambasadorów więcej na przysłowiowej Jamajce. Jeżeli polska dyplomacja dobrze rozegra jakąś partię, to warto, post factum, o tym głośno mówić. Jak sobie nie radzi – jak w przypadku stosunków z Litwą – również.

Jednocześnie liczyć trzeba na kolejne nominacje i walczyć nadal o uczciwy podział stanowisk. Praktycznie przesądzone jest, że nie będziemy mieli ambasadorów w interesujących nas stolicach. Trzeba też powiedzieć, że w ESDZ nie obowiązuje zasada proporcjonalności, która byłaby dla Polski stanem dużo korzystniejszym niż ten obecny, gdy naszych pracowników jest po prostu mało . Zresztą, dyskryminacja nie dotyczy tylko Polski, ale innych nowych członków również. Przy obsadzie stanowisk nadal obowiązuje zasada “równych” (stara UE) i “równiejszych” (nowa UE). Polski Instytut Spraw Międzynarodowych pomylił się, wieszcząc klęskę przy podziale stanowisk, ale ma rację, wskazując, że Polaków w unijnej dyplomacji, na 1700 pracowników, jest ledwie 37.

A sama ESDZ? Trudno powiedzieć, jak będzie funkcjonować, podobnie jak solidarność energetyczna. To dopiero nowe wynalazki. Na pewno optymistycznie nie nastraja osoby pani Ashton, która pracy w dyplomacji dopiero się uczy, a swoje stanowisko zawdzięcza prawdopodobnie znajomości z byłym brytyjskim premierem, Tonym Blairem. Roczne osiągnięcia urzędowania brytyjskiej baronessy są niemal zerowe, ale uczciwie trzeba oddać, że pełna i rzetelna ocena po tak krótkim czasie, nie jest możliwa.

Stosunki polsko-rosyjskie pół roku po katastrofie smoleńskeij

4 komentarzy

źródło: crossed.flag-pins.com

źródło: crossed.flag-pins.com

Nie ulega wątpliwości, że atmosfera wokół relacji Polski z Rosją uległa zmianie po wydarzeniach z 10 kwietnia.Rozważając stosunki polsko-rosyjskie po katastrofie smoleńskiej należy zastanowić się, czy doszło w tym przypadku do niespodziewanej rewolucji, zmiany kierunku wektora, czy do przyspieszenia realizacji procesu, który rozpoczął się w 2007 roku. Fakty przemawiają za drugą tezą, gdyż przed katastrofą można było zauważyć wzajemną chęć poprawy stosunków, czego dowodem może być wizyta premiera Putina na Westerplatte, która pokazywała, że II wojna światowa zaczęła się 1 września 1939 roku atakiem III Rzeszy na Polskę, a nie 22 czerwca 1941, inwazją nazistów na Związek Radziecki. Kolejnym przełomowym wydarzeniem miały być wspólne obchody w Katyniu, odbywające się w dniu 7 kwietnia, po raz pierwszy z udziałem rosyjskich władz i to reprezentowanych przez Władimira Putina. Tego wydarzenia nie „skonsumowano” we wzajemnych relacjach, gdyż 3 dni później doszło d katastrofy smoleńskiej.

Rewolucja w polityce historycznej
Do czasu wypadku mieliśmy do czynienia z powolną ewolucją w polityce historycznej Rosji względem Katynia. Jeszcze w sierpniu ubiegłego roku prof. Natalia Narocznicka z utworzonej przez rosyjskiego prezydenta komisji ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii na szkodę Rosji twierdziła na łamach rosyjskich mediów, iż w Katyniu jest też “ślad niemiecki”, a Polacy są winni śmierci tysięcy jeńców radzieckich z czasów wojny polsko-bolszewickiej, których rzekomo mieliśmy zagłodzić. W międzyczasie, w telewizji wyemitowano film pt. “Sekrety tajnych protokołów” Wadima Gasanowa, w której oskarżono Polaków o to, iż byli pierwszym sojusznikiem Adolfa Hitlera. Stopniowa ewolucja zaczęła następować od września i wizyty premiera Putina na Westerplatte. Należy zwrócić uwagę na późniejsze prace komisji ds. trudnych, która pracowała w ciszy, ale – co najważniejsze – skutecznie. Ukoronowaniem było wyemitowanie w rosyjskiej telewizji “Katynia” Andrzeja Wajdy i wspólne obchody 70-rocznicy zbrodni katyńskiej, na których byli obecni premier Tusk i premier Putin. Pierwsze kroki zostały podjęte, ale nic nie zapowiadało, by doszło do błyskawicznej zmiany polityki Kremla – wszakże społeczeństwu przez dziesiątki lat mówiono coś innego, dlatego wszystko to postępowało regularnie, aczkolwiek powoli.

Po 10 kwietnia mamy do czynienia z rewolucją. Radykalnie zmienił się sposób pokazywania Katynia. Film Andrzeja Wajdy został puszczony ponownie, ale na kanale z o wiele większą oglądalnością. Inna stacja wyemitowała materiał na temat wydarzeń z kwietnia 1940 r., w którym znalazły się fragmenty “Katynia” oraz opinia Putina, że była to zemsta Stalina za porażkę z 1920 roku. Tutaj istnieje jeszcze zgrzyt. O tezie, iż Stalin wyjątkowo zapamiętał sobie porażkę z 1920 można polemizować podając różne argumenty. Stalin był wtedy komisarzem politycznym Frontu Południowo-Zachodniego i naciskał na dowodzącego Aleksandra Jegorowa, by ten skierował swoje siły na Lwów, zamiast część nich wysłać do Tuchaczewskiego. Co stało się dalej, wszyscy pamiętamy – siły bolszewickie uciekały w popłochu, a przyszły dyktator ocalił Warszawę.  ”Soso” był mściwy, ale zabijał, przesiedlał i zsyłał, również bez osobistych motywów, miliony osób. Spór jest w innym miejscu – Rosjanie tłumaczą, iż była to zemsta nie za porażkę na froncie, ale śmierć radzieckich jeńców. Jakkolwiek należy wyrazić żal, że z powodu chorób i głodu ginęli żołnierze bolszewiccy, tak trzeba zaznaczyć, iż hiszpanka i inne epidemie zdziesiątkowały wtedy całą Europę, a śmiertelność wśród polskich jeńców w bolszewickich obozach była wyższa.

Wracając jednak do rewolucji, Polacy, z pierwszego sojusznika Hitlera, stali się ofiarami totalitaryzmu Stalina, podobnie jak miliony osób mieszkających w ZSRR. To retoryka Putina, z 7 kwietnia, który wskazywał też na radzieckie ofiary według koncepcji “wszyscy jesteśmy ofiarami”. Pokażmy, co mamy wspólne, a nie, co nas dzieli. Przyspieszyliśmy. Trzeba przypomnieć, iż sam motyw zbrodni katyńskiej pojawił się w prawie wszystkich zagranicznych relacjach, media cytowały wypowiedź Aleksandra Kwaśniewskiego, iż jest to “przeklęte miejsce” i tłumaczyły, co stało się w 1940 roku, czasem zaznaczając nawet, iż ZSRR wkroczył na terytoria polskie w 1939 roku. Jeżeli zaś chodzi o internautów, to hasło “katyn massacre” było jednym z najpopularniejszych haseł wpisywanych do wyszukiwarki Googla przez kilka dni po katastrofie (np. 10 kwietnia – 6. wynik). Wracający z miejsca wypadku Polacy wspominają również o współczuciu i sympatii zwykłych Rosjan. W tej sytuacji, zakłamywanie historii przez Moskwę, byłoby PR-owym samobójstwem.

Miła atmosfera, ale rozbieżne interesy
Klimat rozmów udało się zatem zmienić, ale część interesów pozostała rozbieżnych i ani Polacy, ani Rosjanie nie zamierzają odpuścić. Polacy z niezwykłą nieufnością spoglądają na sposób prowadzenia badania przez Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK), a część polskiej opinii publicznej nie tylko nie ufa Rosjanom, ale wręcz podejrzewa ich o zamach, zapominając, iż Rosjanie nie mieli w tym zarówno motywu, jak i interesu oraz w najmniejszym stopniu nie skorzystali na tym wypadku. Na dzień pisania artykułu raport MAK-u o przyczynach nie jest znany publicznie ciężko go w związku z tym oceniać. Polacy czekają na resztę dowodów i zakończenie zapisanej w Konwencji Chicagowskiej (zastosowaną, pomimo że dotyczy samolotów cywilnych, a nie państwowych) procedury badania daje świetną okazję Rosjanom do przekazania stronie polskiej reszty dowodów. Edmund Klich, polski akredytowany przedstawiciel przy MAK-u, podkreśla, że po ujawnieniu stenogramu z rozmów w kabinie pilotów, Rosjanie nie udostępnili mu m.in. oryginalnych zapisów rozmów z wieży kontrolnej. Można jedynie zastanawiać, czy Rosjanie mają pretensje o ujawnienie rozmów z kabiny pilotów i obawiają się przecieków z nagrań z rozmów wieży.. Bez lektury raportu MAK-u są to tylko jednak spekulacje. Trzeba też pamiętać o tym, iż strona polska ma 60 dni na odniesienie się do wniosków zawartych w tymże dokumencie i ocena Polski może być inna.

Inaczej postrzegamy kwestie bezpieczeństwa energetycznego. Polacy chcieliby dywersyfikacji dostaw gazu, po jak najmniejszej cenie. Rosjanom z kolei zupełnie nie zależy na dywersyfikacji, gdyż to osłabia ich pozycję, ani trochę nie są zainteresowani mniejszą ceną, bo to istotny składnik ich budżetu, a duże rabaty na gaz zależne są od ustępstw politycznych (jak w przypadku Ukrainy i przedłużenia stacjonowania bazy w Seawastopolu). Władze rosyjskie nie odwołają też nagle projektu Nord Stream. Rosjanie planują budowę kolejnego gazociągu, South Stream i robią, co mogą, by nie doszło do budowy omijającego Rosję, rurociągu Nabucco. Obecnie trwają polsko-rosyjskie negocjacje gazowe, które prawdopodobnie zakończą się podpisaniem kontraktu na dostawę gazu do roku 2022. Nic nie wskazuje jednak na to, byśmy osiągnęli w nich pozwolenie na reeksport, czy korzystniejszą formułę cenową. Za to przyznać trzeba, że zaufanie między Polską i Rosją jest na tyle duże, iż są oni gotowi dostarczać go nawet bez umowy, wiedząc zresztą, że polski rząd i tak ten gaz będzie musiał kupić. Polacy większe nadzieje na dywersyfikacje wiążą z budową gazoportu i i gazem katarskim (droższym niż rosyjski), a także – choć to niepewna melodia dalekiej przyszłości – złożami gazu łupkowego.

Różni nas również podejście do polityki Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza obecność amerykańskich żołnierzy na ziemi polskiej, baterii Patriot, nomen omen mających stacjonować w okolicy Obwodu Kaliningradzkiego i elementów tarczy antyrakietowej w Polsce. Polacy są jednym z najbardziej proamerykańskim państw w Unii Europejskiej. Ostatnio Sekretarz Generalny NATO zgłosił propozycję włączenia Rosji do systemu obrony antyrakietowej, czemu sprzeciwiła się Polska. Ponadto, Rosjanie nadal uważają państwa byłego bloku radzieckiego za swoją sferę wpływów. Polacy, wspierani przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone, bezwarunkowo tego nie przyjmują. Wspomnieć można o dwóch sporach – Gruzji i Ukrainie. Polacy popierają proeuropejskie aspiracje tych państw, Rosjanie nie chcą o tym nawet słyszeć. Uznawany za reprezentującego siły prorosyjskie, prezydent Ukrainy ogłosił, iż najważniejszym celem polityki zagranicznej tego państwa powinna być integracja z Unią Europejską. Zmiana prezydenta, ale nie priorytetów, może pogodzić stanowiska Polski i Federacji Rosyjskiej, ale interesy pozostaną prawdopodobnie rozbieżne, jak od niemal zawsze na Ukrainie.

W samej kwestii katyńskiej rząd polski popiera wniosek rodzin katyńskich przeciwko Rosji, który został wniesiony do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Uzasadnienie umorzenia śledztwa katyńskiego pozostaje utajnione, a w tej sprawie toczy się postępowanie w Rosji, które nabrało tempa po katastrofie smoleńskiej. Na razie Rosjanie nie chcą zaakceptować, iż zbrodnia katyńska była ludobójstwem, pomimo iż byłoby uzasadnione z prawnego punktu widzenia, a zwłaszcza po lekturze ratyfikowanej przez Federację Rosyjską Konwencji w sprawie zapobiegania i ścigania zbrodni ludobójstwa, która – zgodnie konstytucją – powinna mieć pierwszeństwo przed ustawą (więcej a osobnym artykule na ten temat)

Bilans dodatni
Jak wiec widać gołym okiem – różnic jest wiele, interesy zaś są rozbieżne. Obu stronom zależy jednak na dobrych stosunkach, bo Rosja to dla polski ważny partner handlowy i olbrzymi rynek zbytu, a także dostawca surowców naturalnych, z którym warto mieć dobre kontakty. Moskwa nie jest już zagrożeniem dla suwerenności Polski, ze względu dające nam komfort bezpieczeństwa wejście naszego kraju do NATO i Unii Europejskiej. Rosyjskie elity uznały również, że normalizacja stosunków z Warszawą, przy istnieniu poważniejszych wyzwań i zagrożeń, będzie korzystnym rozwiązaniem. Równocześnie Rosjanie, poprawiając stosunki z Rzeczpospolitą, zyskują swobodę w kontaktach z UE, które to były przedmiotem polskich podejrzeń. Teraz to Polska zamierza podpisać z Federacją Rosyjską umowę o ruchu bezwizowym dla mieszkańców obwodu kaliningradzkiego.

Poprawę stosunków świetnie widać zwłaszcza na poziomie gestów. W czasie obchodów Dnia Zwycięstwa, ówczesny p.o. prezydenta, Bronisław Komorowski, został przyjęty godnie, a nie jak niegdyś Aleksander Kwaśniewski, posadzony gdzieś w drugim rzędzie. W tegorocznych obchodach brała również udział polscy żołnierze, po raz pierwszy od 1945 roku. Głośnym echem odbiła się z kolei wizyta Siergieja Ławrowa, ministra spraw zagranicznych Rosji, w Polsce i jego udział w naradzie polskich ambasadorów, a ten rok zakończy wizyta prezydenta Miedwiediewa w Polsce, a jak pamiętamy – rosyjscy prezydenci do tej pory mieli do Warszawy bardzo nie po drodze.

Powyższy tekst ukaże się w czasopiśmie “Notabene”.

Abbas gra va banque?

1 komentarz
źródło: rp.pl

źródło: rp.pl

“Prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas oświadczył, że Palestyńczycy są gotowi zrezygnować z wszelkich historycznych roszczeń wobec Izraela, jeśli w ramach porozumienia pokojowego uzyskają własne państwo.” -“Rzeczpospolita”

To by oznaczało, że Mahmud Abbas dąży do przerwania impasu w bliskowschodnich rozmowach. Rozważa spełnienie jednego z warunków izraelskich pt. wykluczenie prawa do powrotu.

Cały urok polega na tym, że Izrael nigdy nie zgodziłby się na niepodległą Palestynę ze spełnieniem żądania do powrotu, bo to oznaczałoby, że kilka milionów Palestyńczyków mogło by się osiedlać nie tylko w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale również w Izraelu. Efekt byłby taki, że Izrael mógłby w przeciągu kilkudziesięciu lat stać się Islamską Republiką Izraela. Mahmud Abbas jest więc w tym momencie realistą, bo sugeruje możliwość finalnej (”po zawarciu porozumienia”) rezygnacji z czegoś, czego i tak by nie wynegocjował.

Prezydent Autonomii Palestyńskiej poszedł więc daleko do przodu, chcąc dostać w zamian coś tak oczywistego, jak przedłużenie moratorium na rozbudowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Tutaj znowu wiadome jest, że Izrael część osiedli w ramach porozumienia pokojowego może zostawi na swoim terytorium, ale niemal cały Zachodni Brzeg powinien stać się częścią Palestyny. Osobną kwestią jest oczywiście Jerozolima Netanjahu ma więc szanse zrezygnować z czegoś, czego i tak by nie wynegocjował, w dodatku – formalnie – tymczasowo. Czysty deal?

Nie i znowu przyczyny leżą po obu stronach. Rządząca Izraelem koalicja nie traktuje serio negocjacji z Palestyńczykami. Bardziej niż na postępie w rozmowach, zależy jej na politycznym przetrwaniu, a duża część elektoratu rządu to izraelscy osadnicy. Dochodzi do komicznej sytuacji, w której złym policjantem jest minister spraw zagranicznych, Avigdor Lieberman przedstawiający “swoją prywatną opinię” w ONZ, dobrym policjantem jest minister obrony narodowej, Ehud Barak, myślący kompromisowo, a gdzieś między nimi znajduje się premier Netanjahu. Szansą na progres byłaby zamiana radykalnych koalicjantów na umiarkowaną Kadimę, ale na to się nie zanosi. Przypomnę, że Kadima powstała w wyniku rozłamu w Likudzie, a jej założycielem był Ariel Szaron.

Sam Abbas również jest w tarapatach. Co by nie mówić – to nie Jaser Arafat ze swoją legendą i charyzmą. Prezydent nie jest tak popularny, nie ma jego cech przywódczych i ma dużo silniejszych wrogów na własnym podwórku – rządzący w Strefie Gazy Hamas. Klęska rozmów pokojowych na pewno fatalnie wpłynie na jego pozycję na palestyńskim podwórku. Wzmocni się Hamas. Abbas po części, szukając wyjścia z impasu, próbuje poprawić swoją osobistą sytuację – tragedia Izraelczyków polega na tym, że nie rozumieją, iż lepszego rozmówcy po stronie Palestyńczyków nie będą mieć. Innym problemem obecnego prezydenta jest to, że jeżeli rzeczywiście proponuje (puszcza oko?), iż Palestyńczycy są gotowi do rezygnacji z prawa do powrotu, to stanie się łatwym obiektem ataków nie tylko dla Hamasu, ale również dla dużej części palestyńskiego społeczeństwa, w tym żyjącej w fatalnych warunkach “diaspory”.

Mahmud Abbas ryzykuje więc bardzo w przypadku fiaska rozmów, Benjamin Netanjahu ani trochę. Izraelczycy wychodzą z założenia, że nic nie muszą i spokojnie badają brzegowe warunki Palestyńczyków, a patronujący rozmowom Barack Obama może jedynie uderzać głową o ścianę. Jeżeli nie jest w stanie wymóc na rządzie izraelskim przedłużenia moratorium, to pokazuje, jak słaba jest pozycja prezydenta Stanów Zjednoczonych, a równocześnie, że lider Likudu uznał, że ma ciekawsze rzeczy do roboty niż załatwienie pokoju.

Posmoleńskie rozczarowanie – niski poziom debaty publicznej

3 komentarzy
źródło: lublin.com.pl

źródło: lublin.com.pl

Minęło trochę ponad 6 miesięcy od katastrofy polskiego Tu-154 pod Smoleńskiem.  Rozumiem mnóstwo kontrowersji, emocje, a nawet polityczne kłótnie związane z tą narodową tragedią, ale nigdy nie będę w stanie pojąć insynuacji, nienawiści, a przede wszystkim – żenująco niskiego poziomu debaty publicznej.

Szumy ważniejsze od możliwego braku BOR-owców na lotnisku
Przykład pierwszy z brzegu. Reporterzy RMF FM dotarli do informacji, które przeczą oficjalnemu stanowisku Biura Ochrony Rządu – na lotnisku miało rzekomo nie być żadnych funkcjonariuszy BOR. To jest rzeczywiście oburzające, bo oni tam mieli obowiązek być, niezależnie od tego, czy prezydent leciał na oficjalną państwową wizytę, prywatną podróż, czy na grzyby. Zaniedbanie to nie było oczywiście przyczyną upadku samolotu (spadłby przecież niezależnie od obecności BOR-owców), ale pokazuje niekompetencję oraz uniemożliwiło brak błyskawicznej reakcji po katastrofie. Jeżeli okazałoby się to prawdą (a tego nie przesądzam), dymisja generała Janickiego to konieczność, nawet jeżeli nie ponosił za to osobistej odpowiedzialności.

Zamiast zajmować się wspomnianą, według mnie ważną, kwestią, nasze media i politycy bardziej przejmują się tym, że polski minister sprawiedliwości odsłuchał trochę szumów, z których nic nie wynika. Do wyjaśnienia pozostanie, czy miał do tego prawo, czy był to materiał z prowadzonego postępowania, czy materiał poglądowy (itd), ale zadajmy sobie pytanie -  ma to jakikolwiek wpływ na śledztwo? Nie. Jak w takiej sytuacji można nawoływać do dymisji Kwiatkowskiego, a Janickiego zostawić w spokoju? Czy fakt, że minister odsłuchał trochę szumów jest naprawdę ważniejszy niż to, że na lotnisku mogło nie być BOR-owców, bo tak – według dziennikarzy RMF FM – zeznali inni funkcjonariusze w warunkach odpowiedzialności prawnej za własne słowa?

Mniej polityków, więcej ekspertów? Utopia.
Kolejnym absurdem jest oburzanie się na długość trwania badania i śledztwa w tej sprawie. Od katastrofy minęło 6 miesięcy, a postępowania w sprawach o co prawda mniejszej randze, ale teoretycznie łatwiejszych, trwają od kilkunastu miesięcy do nawet kilku lat. Chcemy mieć sprawę zbadaną szybko, czy dobrze? Można krytykować zarówno polską prokuraturę, jak i MAK za złą współpracę z mediami i brak pełnej przejrzystości. Ponadto, zdecydowanie za wiele spekulacji, nie jest “gaszonych” od razu – np. plotka o tym, że autor filmiku spod Smoleńska został zastrzelony, co okazało się kompletną bzdurą, czy informacja medialna (mój faworyt do dziennikarskiej Hieny Roku), że niby któraś z ofiar dodzwoniła się swojej rodziny już po upadku samolotu i nadawała dramatyczną relację… W naszej rzeczywistości nawet takie absurdy przydałoby się zdementować.

Do mediów powinno się zapraszać nie polityków, lecz ekspertów od prawa, zwłaszcza międzynarodowego. Uniknęlibyśmy wtedy wielu głupich wypowiedzi, a uzyskalibyśmy odpowiedzi na nurtujące  pytania. Nikt nie oburzałby się z tego powodu, że to Rosjanie prowadzą śledztwo i nie powstałby argument o rozbijającym się “Air Force One”. Po pierwsze, amerykański prezydent nigdy nie lądowałby nie tylko na takim lotnisku, ale również w takich warunkach atmosferycznych, a po drugie, nie przypominam sobie sytuacji międzynarodowej, w której – pomimo nacisków – Rosjanie oddaliby jakiekolwiek śledztwo, pamiętam za to mnóstwo, w których pokazywali światu figę z makiem. Pamiętać też powinno się, że pozycja międzynarodowa Stanów Zjednoczonych, a Polski, to inny wszechświat.

Każdy znający prawo międzynarodowe publiczne wyjaśniłby nam też, że Tu-154, w myśl Konwencji Chicagowskiej (artykuł 3) nie miał prawa być traktowany jako statek cywilny (taką tezę głosi minister spraw wewnętrznych – Jerzy Miller). To był statek państwowy i stosowanie tej konwencji automatycznie byłoby niezrozumiałe z punktu widzenia prawa. W tym przypadku doszło do szybkiego polsko-rosyjskiego porozumienia. Tłumaczyłem to, jak i dużo różnych rzeczy, w artykule “Wypadek w Smoleńsku – zdrowego rozsądku ubywa”. Tutaj dopiero można byłoby rozpocząć dyskusje – jaka alternatywa, co można było innego zrobić, czy stosowanie Konwencji Chicagowskiej w tej sytuacji było dla nas korzystne? Niestety, naszych elit chyba nie stać na taką rozmowę – lepiej się babrać w błocie i z jednej strony, nie tłumaczyć stanu prawnego, a z drugiej, bredzić o możliwości przejęcia śledztwa. Powiedzmy sobie także szczerze – ludzi takie rzeczowe dyskusje nie interesują, bo są mniej przyswajalne niż kolejna polityczna awantura.

Zamach? W sensie wymach
W filmie “Killerów-2″ komisarz Ryba przesłuchuje Jerzego Killera. Podejrzewa, że za zamachem na prezydenta stoi główny bohater filmu.
- Wziąłem zamach…
- O, dobrze, że nazywasz rzeczy po imieniu Jurek, a więc jednak to był zamach.
- Ale nie to nie był zamach w sensie zamach, tylko zamach w sensie wymach, serwis, ręką.

To komedia, ale pokazuje polską rzeczywistość po 10.04. Każde słowo, zachowanie, wypowiedź rosyjskiego dysydenta ma być dowodem na zamach, filmik, na którym nic nie ma, dowodem na rozstrzeliwanie. Poseł Macierewicz już na pierwszej konferencji prasowej powiedział, że tragedia smoleńska była zbrodnią, a jak wiemy z polskiego Kodeksu Karnego – zbrodnię popełnić można tylko umyślnie (sprawę omawiałem w osobnym tekście). Gdy Jarosław Kaczyński wytłumaczył, że chodziło o “zbrodnię w sensie potocznym” to z tego zrobiła się już prawdziwa komedia, której nie wymyśliłby już sam Juliusz Machulski. Koncepcję “zamachu” omawiałem już w linkowanym wcześniej tekście, więc nie będę się powtarzał, ale generalnie nie ma na to żadnych dowodów, a Rosjanie nie mieli w tym nie tylko motywu, ale przede wszystkim, interesu.

Nie znaczy to oczywiście, że nie należy Rosjanom patrzeć na ręce. Zaufanie i kontrola – jak w dobrym małżeństwie. Oczywiście, że Rosjanom będzie zależało na tym, by wieża była jak najmniej winna, ale z krytykowaniem wstrzymajmy się, bo tak nakazuje przyzwoitość. Dlaczego?

Nie mamy raportu MAK-u i bez sensu jest komentowanie badania rosyjskiego, dopóki nie poznamy jego wyników. To tak, jakbyśmy komentowali wynik meczu, przed jego rozpoczęciem. Poza tym – po to Polska prowadzi własne śledztwo, by przejąc materiały od Rosjan i samodzielnie ocenić przyczyny katastrofy. Będziemy dysponować tymi samymi dowodami, co Rosjanie. Nasza ocena nie musi być identyczna. Główne dowody to nagrania z czarnych skrzynek, przy których otwarciu komisyjnie przebywał polski przedstawiciel, Edmund Klich. Przepisy są tak skonstruowane, by wszelkich podejrzeń o manipulację i nikomu, w przypadku czarnych skrzynek, to się jeszcze nie udało. Wiele również powinny wyjaśnić rozmowy polskich pilotów z wieżą, ale również to, czego domagają się Polacy, czyli rozmowy kontrolerów z “centralą”. Klich był obecny przy badaniu katastrofy, miał dostęp do materiału dowodowego, a sami Polacy mogą zgłaszać zastrzeżenia do rosyjskiego raportu.

Te wszystkie czynności muszą trwać i zarzucanie złej woli Polakom czy Rosjanom jest w tym przypadku nikczemnością. Jak można oskarżyć polską prokuraturę o to, że nie stara się wyjaśnić przyczyn katastrofy? Bez dowodów? Przynajmniej przed końcem postępowania? Może warto uwierzyć we własne państwo, jego organy i obywateli, bo wypadek Tupolewa był tragedią dla wszystkich Polaków.

Reforma ONZ, której nie ma…

Brak komentarzy
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Wczoraj na dwuletnią kadencję zostali wybrani nowi niestali członkowie Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodowych Zjednoczonych – Indie, Niemcy, Republika Południowej Afryki i Portugalia. Pierwszą trójkę łączy pewna wspólna cecha – domagają się dla siebie statusu stałego członka tego organu. Od kiedy interesuje się polityką międzynarodową, słyszę o “konieczności reformy ONZ”, ale też od tego samego momentu, nie było żadnych zmian. Każde co większe państwo znajduje argumenty na swoją korzyść.

Indie uważają, że z racji na dynamiczny rozwój swojej pozycji oraz potencjał ludnościowy, pozycja stałego członka im się należy.
Indonezja uważa, że takie prawo powinno jej się należeć, jako największemu państwu muzułmańskiemu.
Niemcy uważają, iż jako trzeci płatnik ONZ (po Stanach Zjednoczonych i Japonii), najpotężniejsza gospodarka w UE, a także uczestnik wielu operacji pokojowych, powinny przestać być dyskryminowane.
RPA, Egipt i Nigeria uważają, że powinny reprezentować Afrykę.
Włosi i Hiszpanie uważają, że skoro mają wejść Niemcy, to czemu nie oni? A może miejsce dla Unii Europejskiej?
Brazylia uważa, że powinna wejść jako reprezentant państw Ameryki Łacińskiej i państwo o największym potencjale w tamtym regionie.
Japonia uważa, iż jako drugi płatnik ONZ, a także trzecia potęga gospodarcza (do niedawna druga), powinna zostać stałym członkiem.

Koncert życzeń. Może i my się załapiemy?

Nie bardzo również wiadomo, jaki klucz przyjąć w przypadku reformy. Geograficzny? Ludnościowy? Religijny? Sprawę zabija jednak coś innego – obecni stali członkowie ONZ co najmniej nie palą się, by podzielić się swoim statusem. Karta Narodów Zjednoczonych nie pozostawia wątpliwości – zmiana składu RB ONZ wymagałaby poprawki KNZ, a jej ratyfikacją przez wszystkich stałych członków RB ONZ jest niezbędna w takim przypadku. De facto więc Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Chiny i Rosja dysponują w tej kwestii prawem weta.

Organizacja Narodów Zjednoczonych nie jest przystosowana do działania w dzisiejszych czasach. Obecny układ w organizacji pochodzi jeszcze z zimnej wojny, ale jego beneficjenci zazdrośnie strzegą swoich przywilejów, bo dlaczego Chińczycy mieliby wpuścić swoich politycznych przeciwników z New Delhi czy Tokio? Należy również pamiętać, że co większe państwa traktują ONZ instrumentalnie, a autorytetowi organizacji cios w plecy zadały Stany Zjednoczone, interweniując w Iraku. Największa światowa potęga, demokracja, pokazała moralność Kalego w pełnej krasie.

Trzeba pamiętać, że każda decyzja wymaga zgody (lub – w praktyce – wstrzymania się) jednego z piątki, gdyż inaczej rezolucja ląduje w koszu. Do skóry nie bardzo można więc się dobrać dyktatorom łamiącym prawa człowieka, a współpracującym z Chinami (patrz Sudan, Korea Północna), Izraelowi bronionemu przez Stany Zjednoczone, a także Iranowi, będącego pod osłoną chińsko-rosyjską, nawet jeżeli niemal cała społeczność międzynarodową ma identyczne zdanie w danej kwestii Jeżeli uda się nawet podjąć miękką rezolucję, jak w przypadku Iranu, to funkcjonuje ona nie dlatego, że taką decyzję podjęła RB ONZ, a ze względu na jej wdrożenie przez pięć potężnych mocarstw. Rezolucja staje się głównie podkładką prawną. Jeżeli któreś z państw dysponujących lub jego sojusznik zbojkotują już nawet uchwaloną rezolucję, to nie czekają go żadne konsekwencje, bo sprawa potem znowu trafia do Rady. Odrobinę demoralizujące błędne koło.

Jest jeszcze jedna kwestia. Nawet jeśli w/w państwa otrzymałyby status stałego członka RB ONZ, to nie mogłyby mieć identycznej pozycji, jak w/w piątka. Mam na myśli prawo weta. Możliwość pięciu wet jest już makabrą, a gdyby dodano kolejnych 5-6, to Rada Bezpieczeństwa zamieniłaby się w jeden, wielki bazar. Już teraz głosami się handluje – np. w przypadku pierwszej operacji w Zatoce Perskiej trzeba było “przekonać” Chińczykom do poparcia rezolucji, co odbyło się kosztem sankcji gospodarczych nałożonych po masakrze na placu Tianamnen. Istnieją naturalnie propozycje osłabienia prawa weta, ale żadne z mocarstw nie wydaje się zainteresowane oddaniem pola, a co dopiero wszystkie naraz?

Każdy ma własny folwark i dba o własną pozycję międzynarodową. Dlatego na żadne reformy Organizacji Narodów Zjednoczonych, a przynajmniej w kwestii składu RB ONZ, się nie zanosi.

Słuszny Nobel dla Liu Xiaobo?

3 komentarzy
źródlo: wikipedia

źródlo: wikipedia

W tym roku Komitet Noblowski zmazał plamę sprzed roku, gdy nagrodę otrzymał na kredyt prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama. Prawdą jest, że tegoroczne wyróżnienie nic w chińskim podejściu do demokracji i praw człowieka nie zmieni. Chińska “opinia publiczna” (o ile uznamy, że takowa w ogóle istnieje) także nie zareaguje i nie wymusi żadnych zmian w obowiązującym systemie. Pekin jest oburzony Noblem dla Liu Xiaobo, ale nie dlatego, że będzie to potężne uderzenie w Chińską Republikę Ludową, bo nie będzie, a ze względu na afront dyplomatyczny. Chińczycy podkreślają, że według ich prawa Liu jest przestępcą.

Umówmy się, że Nagroda Nobla jest prestiżowa, ale ma niewielki, jeśli nie żaden, wpływ na otaczający nas świat. Nobel dla Obamy nic nie zmienił, Nobel dla Ala Gore’a, Międzyrządowego Zespołu d/s Klimatu, Shirin Ebadi czy Grameen Banku też nie. Jakkolwiek by to fatalnie nie brzmiało – dobrze, że tym razem przynajmniej nie jest obiektem kpin, jak przed rokiem. Sam Komitet wykazał się odwagą, bo tegoroczna nagroda jest wybitnie niepoprawna politycznie. O ile reżim birmański łatwo krytykować poprzez wręczenie wyróżnienia bohaterskiej opozycjonistce Aung San Suu Kyi, bo to nic nie może kosztować, o tyle Chiny są obecnie jednym z najpotężniejszych krajów świata. Ta niepoprawność polityczna w tym roku wręcz zadziwia, jeśli przypomnimy sobie, że np. w dwudziestoleciu nagrodę otrzymywali autorzy takich projektów jak traktat z Locarno (nagroda: 1925 i 1926), czy pustych gestów jak pakt Kelloga-Brianda (nagroda: 1929), a po wojnie, w 1973 roku, za pokój paryski “kończący” wojnę w Wietnamie, Henry Kissinger i Le Buc Tho. W tym drugim przypadku, wietnamski komunista nie przyjął nagrody, a Amerykanin jak najbardziej. Sajgon padł w 1975 roku. Tym razem więc Komitet poszedł naprawdę pod prąd. Wspomniane złe noblowskie decyzje omawiałem w ubiegłorocznym tekście “Nagroda Nobla na kredyt”.

Zamiast więc mówić, że tegoroczna decyzja jest nic nieznacząca, należy zapytać – a kiedy było inaczej? Tym razem przynajmniej poruszono ważny politycznie problem – łamania praw człowieka na świecie i to w miejscu, o którym większość europejskich przywódców wolałoby nie mówić. Nobla dla Liu Xiaobo przynajmniej nikt nie wyśmieje, że jest za nic. Sami Chińczycy mają Komitet Noblowski tam gdzie komisarz Ryba miał mieć paragrafy. To oczywiste, że Pekin swojej polityki nie zmieni, dopóki będzie czerpał z niej korzyści, czyli jeszcze przez bardzo długi okres. Europejczycy burzą się na łamanie praw człowieka, ale tylko na pokaz, bo chętnie kupują tanie towary z chińskich fabryk. Kalkulacja jest prosta – gdyby zmieniono system i tym ludziom żyło się lepiej, koszty byłyby wyższe i handlowanie z Chinami nie byłoby dla jednej czy drugiej firmy takim intratnym biznesem. Prawa człowieka, demokracja i piękne szlachetne hasła kończą się tam, gdzie można zarabiać miliardy dolarów.

Nie ma co się łudzić, że jakakolwiek “opozycja’ w Chinach dostanie wiatru w żagle, coś się zmieni, a opinia publiczna cokolwiek na Chińczykach wymusi.. Nic z tych rzeczy. Pekin protestuje przeciwko nagrodzie, ogranicza zasięg tej informacji, ale nie będzie czynić żadnych dramatycznych ruchów, bo nic wielkiego się przecież nie stało. Skoro Birma może żyć z opozycjonistką, która jest noblistką, a władze, również łamiące prawa człowieka, twardo się trzymać, to jaki to będzie problem dla potężnych Chin? Sami Chińczycy nie mają problemów ze swoim prawem ze względu na zupełnie inne podejście cywilizacyjne do prawa, w tym do jednostki. Nikomu specjalnie na zmianach nie zależy.

Oceniając jednak nagrodę pod względem aksjologicznym – jest ona po prostu słuszna.

Upadek bliskowschdnich rozmów pokojowych?

Brak komentarzy
źródlo: mojeopinie.pl

źródlo: mojeopinie.pl

Wystartowali i wywrócili się na pierwszym wirażu. To nie historia lekkoatletów, a możliwy koniec bliskowschodnich rozmów pokojowych. Obecnie nie ma już żadnych oficjalnych kontaktów, Palestyńczycy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny zapowiedzieli, że nie będą prowadzić negocjacji, ale z zerwaniem rozmów czekają na opinię Ligi Państw Arabskich. Jeżeli Izrael nie ustąpi w/s osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, nieprawdopodobne byłoby, żeby LPA uznała za konieczne prowadzenie dalszych negocjacji. Na Bliskim Wschodzie jest oczywiście wszystko możliwe, ale Arabowie nie nadstawią przecież drugiego policzka.

Barack Obama, według nieoficjalnych informacji, proponował Izraelowi, w zamian za ustąpienie, szereg korzyści: za psz.pl:

“O wystosowaniu listu poinformował David Makovsky, członek Waszyngtońskiego Instytutu Polityki Bliskowschodniej i bliski współpracownik Dennisa Rossa, jednego z głównych doradców prezydenta Baracka Obamy. Według Makovsky`ego w zamian za przedłużenie moratorium o dwa miesiące, Stany Zjednoczone miałyby wetować wszelkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ dotyczące izraelsko-palestyńskiego konfliktu przez najbliższy rok.

Ponadto, przywódca USA miałby zagwarantować, że kwestia osadnictwa na terenach palestyńskich będzie włączona do rozmów nad ostatecznym porozumieniem pokojowym, a siły izraelskie będą miały prawo pozostać w regionie doliny Jordanu nawet po osiągnięciu porozumienia. Amerykanie mieliby też pomóc we wzmacnianiu sił bezpieczeństwa Izraela. Premier Benjamin Netanjahu odrzucił zawarte w liście propozycje.”

Cóż, można tylko rzec, że jak co roku “zima zaskoczyła drogowców’. Wszyscy od dawna wiedzieli, że moratorium będzie pierwszym problemem do rozwiązania, ale jednocześnie prezydent Obama nie potrafił skutecznie poradzić sobie z tą przeszkodą. Dobra mina do złej gry, piękne słowa i jednocześnie zero gestów, zero konkretów i prawdopodobne fiasko.

Rzeczywiście, mało kto wierzył, że negocjacje skończą się pełnym sukcesem w ciągu roku, ale tak poważny kryzys już po miesiącu? Zakładając, że informacja o ofercie jest prawdziwa (a są i zaprzeczenia), Barack Obama musi być już naprawdę zdesperowany, bo proponuje Izraelowi stałe korzyści, długofalowe i konkretne, za zgodę na przedłużenie moratorium o dwa miesiące (!). W tym czek in blanco w postaci wyłączności na veto w RB ONZ. Niesamowite – aż nie skomentuję tej dysproporcji.

Rozmowy mogły załamać się też przez Palestyńczyków i ich upór w sprawach, w których z założenia nie mogą zrealizować swoich postulatów – np. Jerozolimy czy powrotu uchodźców. Jeżeli jednak negocjacje zakończą się przez moratorium, wyłączną odpowiedzialność będzie ponosił premier Netanjahu, który zabiera się do pokoju, jak pies do jeża. O tym, że moratorium kończy się pod koniec września wiedzieli przecież wszyscy, a skoro prawie rok temu udało się namówić Izrael do jego ogłoszenia, to jego przedłużenie również wydawało się celem możliwym do osiągnięcia.

Zresztą, o możliwym problemie z moratorium pisałem 23 sierpnia w artykule “Bliskowschodnie rozmowy pokojowe: krok do przodu czy PR-owa zagrywka?”, na ponad tydzień przed wznowieniem rozmów.

“Negocjacje mają rozpocząć się bez warunków wstępnych, czyli w formule, jaką proponowali wcześniej Izraelczycy. Oznacza to, iż Palestyńczycy ulegli naciskom ze strony Stanów Zjednoczonych i zrezygnowali ze swojego sztandarowego żądania – złożenia przez Izrael deklaracji, że nie będzie tworzył nowych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, w tym we wschodniej Jerozolimie. Obecne moratorium na rozbudowę osiedli kończy się pod koniec września, Izraelczycy nie chcą się zobowiązać do jego przedłużenia, a w dodatku nie dotyczy ono właśnie osiedli we wschodniej Jerozolimie i okolicach. Jednocześnie palestyńska strona deklaruje, ze jeżeli po upływie moratorium, Izrael ponownie zacznie budować nowe osiedla, Palestyńczycy zerwą rozmowy.

Jeszcze nie wznowiono rozmów, a sytuacja już jest na ostrzu noża. Możliwości są dwie – albo amerykańska dyplomacja jest na tyle naiwna i nie potrafi wyciągać wniosków z historii tego konfliktu, iż nie przewiduje uderzenia o tę górę, albo istnieje cicha umowa, że Izrael nie będzie robił takich kroków, a jedynie pozostawi sobie oficjalnie taką furtkę. Nie ulega wątpliwości, że jest to podstawowy problem dla samego odbycia rozmów pokojowych, więc bez jego rozwiązania, nie ma mowy o skutecznym dialogu. Należy pamiętać, ze Mahmud Abbas zgodził się na rozmowy bez warunków wstępnych, które nie gwarantują palestyńskich interesów i dalsze jego upokarzanie byłoby fatalne w skutkach.”

To co, amerykańscy specjaliści nie przewidzieli nadciągającej katastrofy? Szybko pojawiły się sygnały, że dla premiera Netanjahu ważniejsze jest utrzymanie obecnej koalicji niż rozmowy pokojowe. Hamas zaciera tylko ręce, bo jeżeli Fatah będzie dalej negocjował w takiej atmosferze, to jego liderzy mogliby śmiało grać w sequelu “Człowieka bez twarzy”. Z drugiej strony, zerwane negocjacje pokojowe to też kolejny punkty dla ugrupowania, które czynnie atakowało je od samego początku. Niby na stole jest propozycja, że Izrael będzie “ostrożnie” postępował z osiedlami, ale zaufanie pomiędzy stronami jest obecnie zerowe. Żadnej “cichej” umowy też chyba nie było.

Rozmowy jeszcze nie upadły, ale sytuacja jest ciężka. Palestyńczycy są o krok od ich zerwania, a Netanjahu wydaje się tym nie przejmować. Manewrem ratującym negocjacje byłyby przetasowania koalicyjne i wpuszczenie do rządu Kadimy kosztem radykałów, ale tego również Waszyngton nie jest w stanie osiągnąć.

Świeczka jeszcze płonie, więc Amerykanie starają się ratować rozmowy. Może im się to uda, może nie, ale pozostawiam czytelnikom odpowiedź na pytanie, czy głownie Izraelczycy, ale też Palestyńczycy, są naprawdę gotowi do rozmów, czy tylko pozorują rozmowy i generują kłopoty? Nawet jeżeli teraz uda się przetrwać, to następne problemy będą już tylko większe.

Artykuły na temat negocjacji bliskowschodnich:
- Dwa państwa dla dwóch narodów czy jedno wspólne państwo?
- Showtime!
- Bliskowschodnie rozmowy pokojowe: krok do przodu czy PR-owa zagrywka?

Pozostało się już tylko śmiać

Brak komentarzy
źródło: Dziennik Gazeta Prawna

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

“Potęga pamięci” Eriki Steinbach większe zainteresowanie budzi do tej pory w Polsce niż u naszych zachodnich sąsiadów. Autorka stawia te same tezy co zwykle – że za wysiedlenia nie jest odpowiedzialny tylko Hitler, że Polska i Czechosłowacja “wykorzystały okazję” i tym podobne “mądrości”. Polskie media zaraz to podchwyciły i nawet pojawiły się informacje o tym jakoby Steinbach miała założyć własną partię, a ta rzekomo miałaby dysponować na starcie 15% poparcia. Szczerze mówiąc, większe szanse daje Ruchowi Poparcia Palikota. Naprawdę, wysiedlenia nie są z punktu widzenia Niemców kluczowym problemem, a młodych to już nie interesuje wcale – za wyjątkiem pewnie jakichś grup neofaszystowskich. Erika Steinbach jest trzymana przy życiu politycznie, bo ciągnie dla CDU głosy wypędzonych.

Jak Polska rozpętała II wojnę światową?
Z zakresu tez historycznych, panią Erikę zgłosiłbym do programu “Mam talent!”, gdzie mogłaby dowodzić, że w gruncie rzeczy Niemcy są ofiarami wojny, bo przecież nie napastnikiem. Nie pamiętacie kto napadł na radiostację w Gliwicach?! A że Sztab Generalny miał przy okazji całościowy plan inwazji i zmobilizowane wojska gotowe do ataku – cóż, takie przypadki też się zdarzają.

To jednak nie wszystkie argumenty. Erika Steinbach mogłaby bardziej podkreślić złożoną Francuzom ofertę wojny prewencyjnej. Zaproponował to Józef Piłsudski, po dojściu do władzy Adolfa Hitlera. Podobną wymowę miały deklaracje składane, a jakże, Francuzom, po remilitaryzacji Nadrenii (1936 rok). Czy to nie dowodzi wojennych nastrojów Polaków? Obalić demokratycznie wybrany rząd III Rzeszy? Plan pewnie wyglądał tak – Francja od zachodu, Polska od wschodu – Gdańsk, Wrocław i Szczecin do Rzeczpospolitej, a Niemców oczywiście wysiedlić! Nie dziwne, że Warszawa została słusznie ukarana.

Hitler przejrzał też Polaków w 39, gdy zwiększyli stopień mobilizacji. Co prawda polscy historycy mogą tłumaczyć, że w kwietniu była to tylko odpowiedź na niemieckie groźby wojenne, a 1 września nie udało się skutecznie zmobilizować wojsk, transport zawiódł i wielu żołnierzy zginęło, nie docierając na front, ale dla Eriki Steinbach to dowód na agresywną polską politykę. Trzeba było w tym przypadku spełnić jedno z żądań Lenina z 1920 roku, gdy jego wojska maszerowały na Warszawę – rozbroić się, a potem “zobaczymy”. Nadgorliwość Polski w czasach appeasementu, po remilitaryzacji Nadrenii, anschlussie Austrii i konferencji monachijskiej – tyle hałasu o jakiś korytarz i Gdańsk, może też Śląsk. Przecież Joachim von Ribbentrop tłumaczył Polakom, że “Morze Czarne to też morze”, ale Polacy woleli zmusić Hitlera, by ten otworzył – jak to zgrabnie pani Erika ujęła – “puszkę Pandory”. Jako ciekawostkę należy podać, ze rodzina pani Steinbach również w tamtym czasie postanowiła, wraz z biurem podróży Wehrmacht, odwiedzić Polskę.

Tym tropem dochodzimy do odpowiedzi na pytanie, kto jest winien wybuchu II wojny światowej. Historia w kursie przyspieszonym. Po wojnie zaś to oczywistość, że Polacy, gdy tylko mogli, nie tylko przejęli “ziemie odzyskane” i pozbyli się zbędnego balastu ludnościowego i kulturowego, w postaci Lwowa i Wilna. W ten sposób agresywna i nadgorliwa Polska, przez którą wybuchła II wojna światowa, stała się równocześnie jej największym zwycięzcą!

Jak to było z wysiedleniami?
Na zakończenie tekstu kilka zdań na serio. Gdyby to zależało od Polaków, wzięlibyśmy Lwów i Wilno, taki plan miał zresztą premier Mikołajczyk. Z ziemiami niemieckimi, które otrzymaliśmy mieliśmy naprawdę niewiele wspólnego, ale te zmiany terytorialne wynikały z kilku przyczyn

Po pierwsze, Polska była wtedy pod kontrolą wojsk radzieckich, a rządzili – de facto – namiestnicy. Polska nie była podmiotem rozmów, a przedmiotem – w Teheranie, Jałcie, a przede wszystkim, Poczdamie. Decyzja o wysiedleniu Niemców została podjęta przez aliantów, więc pretensji nie należy mieć w kierunku Polski, a faktem jest również, że lepiej, gospodarczo i nie tylko, było dla Niemców trafić do RFN-u niż siedzieć w komunistycznej Polsce.

Po drugie, Stalin lubił rozdawać to, co do niego nie należało. Kresy wschodnie już inkorporował i nie zamierzał ich zwracać, a rekompensata dla Polski na zachodzie miała jeszcze inny plus z jego punktu widzenia. Wbito w ten sposób klin między Polaków i Niemców, a gwarantem tej granicy stał się Józef Stalin, pozostając jednocześnie głównym rozgrywającym.

Po trzecie, przesunięcie granic Polski i kontrola nad NRD były skutkiem radzieckiego, politycznego zwycięstwa w tej wojnie. Dla Stalina nie było problemu nie do rozwiązania i jeżeli skład etniczny w danym regionie był “nieodpowiedni” – żaden problem, od czego są pociągi? Polscy komuniści działali tak, jak i Moskwa nakazała, więc mówienie o tym, że Polacy “wykorzystali okazję” brzmi mało przekonująco, bo w wyniku wojny Polska straciła niepodległość.

Nie dokarmiać Steinbach!
Papier cierpliwy, klawiatura jeszcze bardziej, więc każdy może sobie pisać to, co chce. Erika Steinbach powoli robi się naprawdę zabawna i może zniknęłaby z życia publicznego samoczynnie, gdyby nie polscy politycy i media, którzy bez przerwy podają podtopionej Steinbach rękę i wyciągają na powierzchnię – przy okazji publikacji, działalności Związku Wypędzonych czy składu fundacji mającej zbudować centrum przeciwko wypędzeniom. Tak w głębi serca, niemiecka polityk może być Polakom bardzo wdzięczna.

Więcej na podobny temat:
- “Im polnischen Vernichtungslager” – prawda leży po środku
- Steinbach poza radą fundacji. Pyrrusowe zwycięstwo?