Patryk Gorgol

Uznać Abchazję i Osetię Południową?

Brak komentarzy
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Minęły już ponad 2 lata od wojny rosyjsko-gruzińskiej, ale nadal nierozstrzygnięta jest kwestia dwóch (separatystycznych?) republik – Abchazji i Osetii Południowej. Rosja uznaje ich niepodległość, Gruzja naturalnie uważa, iż są to składowe części państwa i domaga się przywrócenia tam swojej – w jej opinii legalnej – władzy.

Faktycznie jednak Gruzja nie ma kontroli nad republikami i to wcale nie od 2008r. Abchazja proklamowała swoją niepodległość w 1992 roku, a Osetia Południowa – 2004. W “obronie” separatystów stawała zawsze Moskwa, która wymuszała porozumienia. Władze w Tbilisi formalnie uznawały te regiony za element swojego państwa, z reguły oferując, w zamian za wyrzeczenie się aspiracji niepodległościowych, autonomię.

Oczywiście, można dyskutować o tym, czy republiki mają prawo do samodzielnego odrywania się, podobnie zresztą jak Kosowo, czy kolejne rozejmy, w tym te rozszerzające autonomię, nie stoją w sprzeczności z wspomnianymi deklaracjami niepodległości. Omińmy te dywagacje i skupmy się na meritum.

W 2008 roku Kosowo ogłosiło niepodległość, co jest kwestią problematyczną nie tylko dla Gruzji, ale również dla części państw europejskich, w tym Hiszpanii. Kosowo jest obecnie uznawane przez 22 z 27 członków UE. W sierpniu doszło również do wojny rosyjsko-gruzińskiej, wygranej przez Rosję i przegranej, w dramatyczny sposób, przez Gruzję. Kwestię wybuchu wojny i rozdzielenia odpowiedzialności omawiałem w artykule “Gruzja – winna czy niewinna?”. Bombardując Cchinwali i wydając rozkaz “przywrócenia konstytucyjnego porządku” Saakaszwili sam, na zawsze, oddzielił republiki.

Na teraz, Abchazję i Osetię Południową uznają Rosją (co nikogo nie powinno dziwić), Nikaragua, Wenezuela i Nauru. Co ciekawe, tego samego odmówił Aleksander Łukaszenka, prezydent Białorusi. Znajdujemy się w takiej, dość osobliwej sytuacji, że Unia Europejska jest rzecznikiem Kosowa, przeciwko popierającej Serbię Rosji, a Rosja, rzecznikiem dwóch republik, przeciwko państwom nieuznającym ich niepodległości, czyli w trzech słowach: niemal całemu światu.

Tak jak wspomniałem wcześniej – Saakaszwili, chociaż sprowokowany przez Rosjan,podjął fatalną decyzję, ostatecznie tracąc republiki. Należy jednak pamiętać o tym, iż wcześniej również nie miał nad nimi kontroli. Mieszkańcy Abchazji i Osetii Południowej nie chcą i nie potrzebują unifikacji. Co więc zrobić z tym trzymanym w ręku, gorącym kartoflem?

Gruzja mogłaby odzyskać te republiki na dwa sposoby. Jednym z nich jest opcja militarna, niemożliwa, dopóki Rosjanie będą mocni na Kaukazie i obecni w republikach. Po części, prezydent Saakaszwili próbował już tego zagrania i przejechał się w sposób niesamowity, w gruncie rzeczy, tracąc twarz i ogłaszając w geście rozpaczy jednostronny rozejm. Drugą opcją jest polityczna, ale republik nic już nie będzie w stanie przekonać, że w unii z Gruzją będą miały lepiej. Podobnie jak kosowskich Albańczyków.

Zostaje inne rozwiązanie. Uznanie. Unia Europejska wysyła już do Abchazji swoje pierwsze misje, bo taktyka wszystko (powrót do Gruzji i współpraca) albo nic (nieuznawanie, stan izolacji) się nie sprawdza. Oczywiście, nikt uznawać Abchazji czy Osetii Południowej nie zamierza za darmo i oddawać walkowera Rosjanom. Dyplomacja w praktyce sprowadza się przecież do handlu. O ile Osetia Południowa jest biednym regionem, mało interesującym z punktu widzenia Europy, a jej mieszkańcy najchętniej połączyliby się z Rosjanami, o tyle Abchazowie mają nie tylko większe ambicje, ale również potencjał. Przy okazji, można by nacisnąć Rosję w Naddniestrzu.

Piękne góry i morze, a wszystko na powierzchni 10 tysięcy kilometrów kwadratowych. Kraina żyjąca z turystyki, która może stać się bogata, o ile będzie dobrze zarządzana. Obecnie jest to państwo kompletnie zdominowane przez Rosjan, co wynika z prostej kalkulacji. To jedyne, skuteczne ochrona wobec Gruzji, która z kolei, ze względów narodowych i legendarną już kaukaską dumę, zmienić stanowiska nie może. Gdyby zniknęła rosyjska ochrona, byłby to koniec separatystycznej Abchazji. Na miejscu abchaskiego polityka kalkulowalibyśmy w identyczny sposób.

Skoro odzyskanie republik jest niemożliwe, podobnie jak w przypadku Kosowa, może należy usiąść do rozmów? Najwyżej zakończą się one fiaskiem, ale zyski dla wszystkich mogłyby być olbrzymie.

Byłby to koniec problemu Abchazji i Osetii Południowej, które destabilizują Gruzję. Tbilisi w zamian za zgodę na niepodległość, mogłoby uzyskać przyspieszenie integracji z Unią Europejską i NATO. To nawet byłoby logiczne, gdyż podpisanie pokoju w tamtym regionie, wpłynęłoby pozytywnie na równowagę wewnętrzną Gruzji. Abchazowie uzyskaliby niepodległość, Osetyjczycy, jeśli by chcieli, również, zniknąłby element gruzińskiego zagrożenia, co spowodowałoby, że mogłyby otrzymać nierosyjski impuls, na przykład z Unii Europejskiej. Efektem byłoby pojawienie się kapitału i ludzi z Unii Europejskiej. Likwidując przyczynę, likwidujemy skutek. Takie porozumienie nie oznacza zniknięcia stamtąd Rosjan, bo z różnych powodów do tego ich się nie przekona, a nawet jeśli by się to udało, to się tego nie wyegzekwuje, ale umożliwiłoby władzom abchaskim na większą elastyczność. W innym przypadku – Abchazja jest stracona.

Moje rozważanie są jednak na razie tylko czysto teoretyczne, bo UE dopiero stopniowo dojrzewa do zmiany stanowiska w tej sprawie musi zobaczyć realne korzyści takiej rewolucji,, a taka operacja wymagałby również zgody Rosji, która stabilizacją w tamtym regionie jest obecnie mało zainteresowana (świetne narzędzie wpływania na Tbilisi). Konieczna jest też akceptacja Gruzji, która nie chce pogodzić się z tym, że kontroli nad republikami nie odzyska, a powinna domagać się głownie rekompensat. Również republiki nie są gotowe na tak dalekowzroczne spojrzenie, odwracając się za każdym razem w stronę potężnej Rosji, swojego protektora.

Dlatego na razie nic nie zapowiada przełamania impasu.

Idi Amin, dyktator Afganistanu?

Brak komentarzy
źródło: wikipedia na zdjęciu: Hafizullah Amin

źródło: wikipedia na zdjęciu: Hafizullah Amin

Do tej pory myślałem, że bardziej pomylić się niż Polsat, który za atak na lądzie przy pomocy moździerzy obwinił somalijskich piratów, się nie da. A jednak.

Najnowszy “Newsweek” postanowił zebrać najciekawsze liczby związane ze służbami specjalnymi. W pewnym momencie czytam:

“”54 żołnierzy radzieckiego specnazu zdobyło w 1979 roku kabulski pałac Idi Amina. W czasie 45-minutowego szturmu zabili dyktatora Afganistanu i 200 z 250 strażników. Stracili 10 ludzi”.

Przyznać trzeba, imponujące osiągnięcie, tak mało żołnierzy, tak dużo załatwionych strażników, w tym “dyktator”. Ale…

Obawiam się, że Idi Amin nie miał nigdy żadnego pałacu w Kabulu, bo po co mu? W tym czasie przebywał już w Arabii Saudyjskiej, gdyż, po rozpętaniu wojny z Tanzanią, został w Ugandzie odsunięty od władzy. W 1976 roku ośmieszyli go izraelscy komandosi, zabijając terrorystów i odbijając porwanych zakładników, ale życia wspomniany tyran nie stracił. Zachęcam do lektury o “operacji Thunderbolt”

Zatem:
1) Idi Amin nie przebywał wtedy w Afganistanie
2) Idi Amin nie miał żadnego pałacu w Kabulu
3) Idi Amin nie był dyktatorem Afganistanu
4) Idi Amin zmarł w 2003 roku.

Kim jest więc jest ten “zabity dyktator”? To Hafizullah Amin, który do końca nie wierzył, że szturmują go radzieccy żołnierze, bo sam był politykiem prokomunistycznym.

Pomyłka może redakcyjnie nie jest olbrzymia, bo dotyczy tylko jednego słowa (a wiadomo, że Idi brzmi krócej niż Hafzullah, więc i trochę druku udało się przy okazji oszczędzić), ale napisanie, że Idi Amin był dyktatorem Afganistanu oraz został zabity podczas szturmu specnazu, jest kompromitujące. To tak, jakby w gazecie pojawiła się informacja, że znany kryminalista stracił życie na krześle do masażu, zamiast na krześle elektrycznym i to nie teraz, a 24 lata temu.

Tymczasem przesyłam pozdrowienia z Egiptu – również redakcji “Newsweeka” ;) .

P.S. Jak już jesteśmy przy Idim Aminie, to polecam napisany przeze mnie kiedyś artykuł “Szaleni dyktatorzy”

Dwa państwa dla dwóch narodów czy jedno wspólne państwo?

1 komentarz

źródło: konflikty.wp.pl

źródło: konflikty.wp.pl

Jednym z głównych problemów bliskowschodnich rozmów pokojowych jest kwestia palestyńskich uchodźców, którzy opuszczali swoje miejsce zamieszkania po kolejnych, wygranych przez Izrael wojnach.  Izraelczycy nie mogą dopuścić do powrotu – obecnie już – milionów ludzi na swoje ziemie, gdyż to oznaczałoby narodowe samobójstwo Izraelczyków. Palestyńczycy z kolei mają problem około 4,5 miliona ludzi (dane ONZ z 2009 roku), którzy nie mają obecnie gdzie mieszkać, a państwa arabskie dodatkowo, z premedytacją, asymilację utrudniają. Dla przykładu, do niedawna Palestyńczycy mogli wykonywać w Libanie jedynie najprostsze prace. niewymagające kwalifikacji.

W rozmowach tego tematu nie da się przemilczeć, aczkolwiek logicznym rozwiązaniem byłoby zagwarantowanie uchodźcom możliwości zamieszkania na Zachodnim Brzegu Jordanu. O Strefie Gazy nie wspominam, gdyż panuje tam przeludnienie. Abbas, będąc realistą, grać może jedynie o odszkodowania, co i tak będzie dla niego ciosem politycznym, gdyż ludzie, nawet mniej radykalni od Hamasu, okrzykną go zdrajcą.

Aktualna formuła rozmów przewiduje, że w ich wyniku ma powstać niepodległa Palestyna, sąsiad niepodległego Izraela. Dwa państwa dla dwóch narodów. Alternatywna droga to jedno wspólne państwo. Co ciekawe, Organizacja Wyzwolenia Palestyny przez pierwszych kilka lat swojego istnienie głosiła program jednego państwa.

Profesor Stephen M. Walt na swoim blogu sugeruje, że niepowodzenie rozmów spowoduje, iż dojdzie do upadku Fatahu, istnieć będzie “państwo apartheidu”, a Palestyńczycy domagać się będą praw politycznych w ramach jednego państwa.

Tylko że na to nie zgodzi się żaden izraelski polityk. Tak, jak nie ma mowy o zgodzie na powrót, bo to byłaby demograficzna bomba, która zniszczyłaby Izrael. Izraelczycy nie chcą żyć z Palestyńczykami, dlatego budują mury i się od nich separują, a co tu dopiero mówić o przekonaniu ich do stworzenia federacji izraelsko-palestyńskiej. Od kiedy Żydzi zaczęli masowo przybywać na tereny mandatowej Palestyny po I wojnie światowej, widoczne były bez przerwy izraelsko-arabskie animozje. Rozwojowi tych kontaktów, łagodnie to ujmując, nie pomógł fakt, iż Wielki Mufti Jerozolimy, Mohammad Amin al-Husajni, popierał Adolfa Hitlera w czasie II wojny światowej. Izraelczycy czują się bezpiecznie nie dlatego, że wśród Palestyńczyków nie ma radykałów chcących się wysadzać na przystankach, bo przecież takowi nadal istnieją, ale ze względu na to, iż odizolowali się od Palestyńczyków. Szanse istnienia “wspólnego państwa” wyklucza również brak fundamentów, na których by można budować i bagnisty, a także podmokły nienawiścią teren, na którym miałby stać ten wspólny dom.

Palestyńczycy również nie są zwolennikami mieszkania pod jednym dachem z Izraelczykami, bo kojarzy im się to tylko z dyskryminacją i biedą. Fiasko rozmów pokojowych będzie wiatrem w żagle dla Hamasu, a Hamas wcale nie praw politycznych się domaga, a zniszczenia Izraela. Program jednego państwa to publicystyczna fikcja, która jest niemożliwa do zaadaptowania do rzeczywistości, czego doskonałym dowodem są lata międzywojenne oraz wydarzenia, które nastąpiły po II wojnie światowej, gdzie sąsiedzi wypędzali sąsiadów, o gorszych rzeczach już nie wspominając.

O szansach powodzenia rozmów pokojowych pisałem już w tekście “Bliskowschodnie rozmowy pokojowe: krok do przodu czy PR-owa zagrywka?” oraz “Showtime!”. Jeżeli jednak zestawić te dwie koncepcje, to pokój w formule “dwa państwa dla dwóch narodów” jest możliwy, ale niezwykle trudny i wymagający poświęceń politycznych, a w formule “wspólnego państwa” w zasadzie niemożliwy, bo Izraelczycy oddaliby walkowerem, w perspektywie kilkudziesięciu lat, swoje państwo. Żydzi mieliby zegarki, ale Palestyńczycy czas.

Zakajewa w Polsce przygody

1 komentarz
źródlo: TVP.info

źródło: TVP.info

Komedia pomyłek i nieoczekiwane zwroty akcji. To wcale nie nowy, niskobudżetowy film, a historia Ahmeda Zakejewa, premiera czeczeńskiego rządu na uchodźstwie, w przeciągu ostatnich 4 dni.

Dyskusja wzbudziła również kontrowersje na profilu “Kącika Dyplomatycznego” na Facebooku, co zainspirowała mnie do napisania tych kilku akapitów. Uporządkujmy zatem.

Przyjazd Zakejewa do naszego kraju nie był dla nas korzystny. Wiadomo, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastka, dlatego ktoś z dwójki Czeczeni-Rosjanie będzie bardzo niezadowolony. Sami też nie zaimponowaliśmy konsekwencją – najpierw dajemy czeczeńskiemu liderowi wizę, a potem grozimy mu zatrzymaniem, o ile nie aresztowaniem i – co prawda teoretyczną, ale jednak – szansą ekstradycji. Polacy podesłali więc Zakajewowi koło ratunkowe, czyli informacje o czekających go nieprzyjemnościach, licząc na rezygnację z przyjazdu. Śnieg zaczął się gromadzić, a lawina stawała się coraz większa…

Niezależnie od wszystkiego trzeba pamiętać, że świat zapomniał o Czeczenii. Po wydarzeniach z 11 września było oczywiste, że Rosjanie będą oczekiwali zapłaty za pomoc, a może po prostu nieprzeszkadzanie, w wojnie z terroryzmem. Rachunek został uregulowany i żaden poważniejszy polityk nie wspomina o tym temacie, a nawet jeśli ktoś – tak jak Angela Merkel, walcząc o poprawienie sondaży – wspomni o łamaniu praw człowieka w Rosji, zrobi to abstrakcyjnie, nie wskazując na Czeczenię.

A jest co piętnować – tysiące zabitych osób, zniszczone domy, gwałcone kobiety, torturowani ludzie i zero sprawiedliwości. Żołnierze cieszą się niemal całkowitą bezkarnością, w kraju rządzi Ramzan Kadyrow, który za swojego idola uważa premiera Władimira Putina. Jeżeli ktoś zapytałby się mnie, czy w Czeczenii łamane były podstawowe prawa człowieka, nad odpowiedzią nie zastanawiałbym się nawet przez chwilę. Jednocześnie wiadomo, że żadne państwo świata niepodległości Czeczenii nigdy nie uzna.

Czeczenię udało się spacyfikować. Walczą już głownie islamiści, którzy robią to – jak podkreśla Zakajew – nie w imię niepodległej Czeczenii, a Allaha. W dodatku ich terrorystyczne metody są jak najbardziej na rękę Rosjanom, którzy w końcu wyhodowali sobie prawdziwych kaukaskich terrorystów, a z nimi mogą walczyć, mając poparcie społeczności międzynarodowej. Ten proceder doskonale Zakajew rozumie i akcentuje w swoim wywiadzie, którego udzielił “Rzeczpospolitej”.

Na zmianę sytuacji strategicznej się nie zanosi, ale wbrew temu, co może się wydawać, Moskwa do kwestii Zakajewa podchodzi bardzo spokojnie. Jeżeli byłby rzeczywiście groźny, to zajęłaby się nim odpowiednia komórka GRU i jak to mawiał Jóżef Stalin – “nie ma człowieka, nie ma problemu”. Po co jednak Moskwie inny człowiek na czele nic nieznaczącego rządu emigracyjnego? Zakajew jest umiarkowany i wcale nie wzywa do fanatycznej walki z Rosjanami. Brytyjski sąd nie dał wiary rosyjskim dowodom w jego sprawie. Filozofia zatem wygląda tak – staramy się o ekstradycję Zakajewa, jak się uda, zrobimy mu proces, a jak nie, to trudno.

W środku tej gry znalazła się Polska. Ze względu na naszą historię, zrywy niepodległościowe z XIX i XX wieku, Czeczeni wzbudzają u Polaków wręcz naturalną sympatię. Trzeba być jednak realistą – Warszawa o wolną Czeczenię walczyć nie będzie, bo ważniejsze są dla niej coraz cieplejsze stosunki z Rosją. Jednocześnie Zakajew może czuć się spokojny, bo wydanie Czeczeńca, a przecież ostatni w kolejności decyzję podejmuje minister Kwiatkowski, byłoby samobójstwem PRowym rządu.

Co prawda prokuratura uznała, że zarzuty są poważne i potrzeba aresztu, ale sąd wyśmiał wniosek i wypuścił Zakajewa, czym wprowadził w konsternację polityków krzyczących już o “skandalu”. Zakajew jest zwycięzcą tej rozgrywki – bohater mediów, a przy okazji powrót, przynajmniej do prasy, zapomnianej kwestii czeczeńskiej. Inaczej nikt o Światowym Kongresie Czeczeńskim nawet by się nie dowiedział. Mały plus, niezmieniający jednak tragicznego położenia tego narodu. W rzeczywistości – pyrrusowe zwycięstwo.

Inną interesującą koncepcję rozwiązania “problemu Zakajewa” przedstawił Jerzy Ratajczak na wspomnianym już profilu bloga na Facebooka. Zaproponował, by układać się z Rosjanami. Dla przykładu – za obniżkę ceny gazu o x% wydamy Czeczeńca. Makiaweliczny pomysł, który mógłby zainteresować Rosjan. Wiadomo, że z respektowaniem praw człowieka, a nawet naszą konstytucją, nie ma to wiele wspólnego, ale na tym polega Realpolitik i mogłoby się okazać, że w interesie narodowym Polski jest wykorzystywanie wszystkich atutów w negocjacjach z Rosjanami. Nie dojdzie do tego jednak z innego powodu – trójpodziału władz w Polsce. Dopiero po ewentualnym wyroku sądowym sprawa trafia do ministra sprawiedliwości. Wyrok sądu zezwalający na ekstradycję Zakajewa jest prawdopodobny, jak marsza stada pingwinów przez Saharę.

Czeczeniec na kongres dotarł, ale pozostawiam czytelników z pytaniem, czy kogokolwiek jego przebieg i ustalenia interesowały?

“Tajne” więzienia CIA w Polsce

2 komentarzy
źródło: money.pl

źródło: money.pl

Co łączy premierów: Millera, Belkę, Marcinkiewicza, Kaczyńskiego i Tuska, oraz prezydentów Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego oraz Komorowskiego? Przywileje i obowiązki związane z dzierżeniem władzy, a w tym przypadku wiedza na temat “tajnych” niczym przewidywanie kto wygra wybory na przewodniczącego w czasie kongresu PO lub PiS,  więzieniach CIA w Polsce. Do tej pory konsekwentnie stosowaną taktykę pt. “o czym nie powinno się mówić, o tym powinno się milczeć”. To niebywałe, że więzienie CIA w Polsce jest bardziej ekscytujące dla zagranicznej prasy, niż dla Polaków i naszych mediów,  które wolą “analizować”, kto, gdzie i po co został zawieszony lub kto, do kogo i po co wysłał list. Tak, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Temat zatem po jednym dniu zmarł śmiercią naturalną, a sami politycy “pożywki” również nie dawali. Zbigniew Siemiątkowski, ówczesny szef wywiadu, powiedział, że nic mu o żadnym więzieniu CIA nie wiadomo, czym mógł rozśmieszyć słuchaczy RMF FM z rana, a może w przyszłości również prokuratora. Przebił go jednak premier Tusk, który zgłosił sprawę do prokuratury (tak, jakby o tym zagadnieniu nie wiedziała) i poprosił o dyskrecję. Czy jednak niespotykana solidarność klasy politycznej jest w tym przypadku zaskakująca?

Zupełnie nie, bo jak zobaczymy – o tychże więzieniach wiedzieli liderzy wszystkich formacji parlamentarnych, być może z wyjątkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego co prawda nie miało premiera, ani prezydenta, ale dwukrotnie było w koalicji rządzącej w latach 2001-2010 i również taką wiedzę mogło posiadać.

Ocena samej sprawy jest niesamowicie skomplikowana. Z prawdopodobieństwem 99% można powiedzieć, iż CIA przetrzymywała więźniów na terenie Polski. Nasi politycy nawet już nie próbują zaprzeczać, ale tę bombę udało się rozbroić, gdyż rodacy wolą się ekscytować krzyżem na Krakowskim Przedmieściu niż interesować, jak sprawa więzień, przecież “tajnych”, będzie się miała do naszej racji stanu.

Najłatwiej spojrzeć na to pod kątem prawnym. Zadajmy sobie podstawowe pytanie – po co Amerykanie przetrzymywali więźniów na terenie RP? Ładne krajobrazy, czyste powietrze, śliczne dziewczyny? Nie. Robili to dlatego, iż na terenie Polski nie obowiązuje amerykańskie prawo, które podobnie jak polskie (polecam lekturę Konstytucji) zabrania torturowania ludzi oraz zbyt długiego przetrzymywania bez zgody sądu.

Nie zmienia to faktu, że obcokrajowców w Polsce, w tym Amerykanów i przetrzymywanych więźniów, obowiązuje polskie prawo. Teoretycznie moglibyśmy podpisać z Amerykanami umowę, które tworzyłaby jakąś strefę eksterytorialną, co dałoby nam wytłumaczenie, że my przecież o niczym nie wiedzieliśmy, ale … taka umowa wymagałaby przeprowadzenia jej przez parlament, ze względu na rangę jej postanowień i sprawa niemal natychmiast by wyciekła.

Istnieje jeszcze jedno rozwiązania. Polska podpisała porozumienie o np. możliwości przewozu z chwilowym postojem, lub niejako doszło do umowy polsko-amerykańskiej “obok prawa”. W pierwszym przypadku, Polska powinna wysłać za agentami CIA listy gończe, bo nie dotrzymali umowy, a w drugim szefowie służb wywiadowczych powinni mieć wyraźne problemy z prokuraturą. Prawna ocena wydaje się zatem oczywista.

Zaznaczyć trzeba, że jak do tej pory, wszelkie przecieki są efektem działania strony amerykańskiej, a nie polskiej, więc Amerykanie nie dość, że zajmowali się działalnością o wątpliwej moralności, to jeszcze w dodatku ich urzędnicy są wobec nas nielojalni. Politycy i media w Polsce nie robią z tej sprawy afery, chociaż ma gigantyczny potencjał, ale dużo racji jest w tezie, że im mniej przecieków w tej sprawie do prestiżowych agencji prasowych za granicą, tym lepiej. Wszakże nie chcemy chyba, by talibowie mścili się w Afganistanie? Dziwi zachowanie mediów, ale solidarność polityków w tym przypadku jest korzystna dla polskiej racji stanu. Jeżeli prokuratura udowodni politykom i urzędnikom polskim przestępstwa, to nikt i nic ich nie wybroni. Więzienie i to długoletnie.

Samej dyskusji na ten temat jednak zdecydowanie brakuje. Wyobraźmy sobie sytuację, że w Afganistanie złapany został polski agent. Jak myślicie, w jaki sposób zostanie potraktowany i na ile będzie to zgodne z konwencjami międzynarodowymi? Z drugiej strony, udaje nam się złapać terrorystę i mamy niemal pewność, że planowany jest zamach w Warszawie/Paryżu/Berlinie mogący kosztować życie kilkudziesięciu/kilkuset ludzi. Co robimy? Prosimy pana Ahmeda, czy nawet Johna, który przeszedł na islam i jego idolem jest bin Laden, by nam wyjawił swoje sekrety przy pomocy herbatki i ciastka? A jeśli dojdzie do zamachu właśnie dlatego, że nie przycisnęliśmy?

Medal można też odwrócić. Zdecydowaliśmy się wyciągnąć coś z “terrorysty” siłą, a okazało się, że złapaliśmy np. nie tego człowieka albo że po prostu jest niewinny. Facet ma zniszczoną psychikę do końca życia. Przecież takie wypadki się zdarzały.

Tak naprawdę nie ma mądrej odpowiedzi na to pytanie. To, co robili w Polsce Amerykanie jest złamaniem prawa i delikatnie mówiąc, nasi sojusznicy nie powinni mieć prawa przetrzymywać bez żadnych dowodów i zgody sądu różnych ludzi w różnych miejscach świata. Wielokrotnie sytuacja nie wymagała podjęcia takich kroków. Tylko, czy służby specjalne są w stanie działać skutecznie, gdy zawsze postępują zgodnie z prawem? Znowu druga strona – kiedy dochodzi do takiego przekroczenia prawa, gdy nie można tego uzasadnić żadnymi okolicznościami? Nie wyobrażam sobie zabijania cywilów po to, by dopaść jednego terrorystę, a różne służby specjalne – owszem.

Więcej pytań niż odpowiedzi. Świat nie jest czarno-biały, podobnie jak kwestia więzień CIA w Polsce. Dopiero za kilkadziesiąt lat będziemy wiedzieć, jak rzetelnie ocenić tę sprawę.

Unia pomaga czy przeszkadza z rosyjskim gazem?

Brak komentarzy
źródło: gover.pl

źródło: gover.pl

Unia Europejska oprotestowała polsko-rosyjskie negocjacje gazowe zarzucając im niezgodność z prawem europejskim. Komisję Europejską reprezentuje w tym sporze niemiecki komisarz, Gunther Oettinger. Gazu mamy do połowy października, a dokumenty jeszcze nie zostały podpisane.

Problemem jest liberalizacja rynku gazu i próby oparcia go na mechanizmach wolnorynkowych. Jak na razie idzie to UE bardzo topornie, bo podejście większości państw to bezpieczeństwo dostaw na pierwszym miejscu, a potem ewentualnie liberalizacja. Jednocześnie chcemy prowadzić wspólna politykę energetyczną, bo to może pomóc nas uniezależnić, ale również nie chcemy, bo mamy wątpliwości, czy w Brukseli uwzględnią nasze interesy. Solidarność energetyczna, dodana przecież do Traktatu Lizbońskiego z poparciem Polski, to na razie dwa słowa, które wymagają rozbudowania i dopiero po nim, będzie można ocenić, czy zabezpiecza interesy Unii Europejskiej jako całości, czy kilku największych państw (a w tym być może Polski).

Na linii frontu polsko-rosyjsko-unijnego znajdują się kwestie niezależności operatora przesyłowego, gwarancji dostępu stron trzecich, a także zakazu reeksportu. Unia Europejska z jednej strony wchodzi między wódkę, a zakąskę, ale z drugiej – może bardzo pomóc.

Dostęp stron trzecich w szerszej perspektywie czasowej może mieć sens, gdyż wprowadzi konkurencję, ale zdaniem np. Andrzeja Szczęśniaka, polski rynek na takie rozwiązanie nie jest jeszcze gotowy. Obawy budzi też fakt, że polska byłaby w tym temacie poligonem doświadczalnym, a tego lepiej uniknąć, bo w każdym przypadku ryzykowane są pieniądze polskich odbiorców. Najzabawniejsze – co można przeczytać w linkowanym artykule – że Nord Stream został uwolniony od tej formuły, a w przypadku Nabucco, flagowym europejskim projekcie,, zagwarantowany jest 50% dostęp stron trzecich.

Inaczej wygląda kwestia z zakazem reeksportu, kolejną kwestią podnoszoną przez Unię Europejską, tym razem z pewnością na polską korzyść. Formuła “take or pay” jest dla Polski niekorzystna, bo nie uwzględnia wzrostu lub spadku zapotrzebowania na gaz w Polsce. W razie powstania nadwyżek, surowca nie wolno nigdzie odsprzedać. Nie trzeba mieć doktoratu z ekonomii, żeby zauważyć, że to nie tylko ograniczenie wolnego rynku, ale też formuła gwarantująca interesy jednej strony, a w przypadku drugiej – przynajmniej w części – loteria.

Długoletni kontrakt na dostawy gazu w tej formule oznaczałby, że polski gazoport, jak również gaz łupkowy, nie przysłużą się rozwiązaniu naszych problemów, gdyż jedynym wyjściem, o ile nie dojdzie do jakiegoś nagłego wzrostu zapotrzebowania na gaz, będzie eksport zdobytego surowca. Dywersyfikacja oddala się.

Zmiana tej klauzuli powodowałaby, że nadwyżki gazu moglibyśmy zwyczajnie komuś, np. z Europy, odsprzedawać. Nie chodzi przy tym o robienie biznesu na rosyjskim partnerze, tak jak to robili Białorusini z tanią bezcłową ropą, którą przerabiali w rafineriach. Obecny kontrakt po prostu wiąże nam ręce i odejście od tej formuły, nawet przy zachowaniu umówionych dostaw, oddaje nam jakąkolwiek swobodę ruchu. Mam jednak wątpliwości, czy Bruksela będzie walczyć o ten postulat do ostatniej kropli krwi.

Pytanie tylko brzmi, czy znajdując się coraz bliżej ściany, starczy nam determinacji? Źle byłoby podpisać niekorzystną umowę, a potem jeszcze płacić za jej niezgodność z unijnym prawem. O samo dostarczenie gazu bym się nie obawiał – Rosjanie zrobią to “na jeden telefon” – Polska i tak będzie musiała w końcu podpisać kontrakt, a Moskwa nie potrzebuje złego PR-u.

Showtime!

1 komentarz
źródło: tvn24.pl

źródło: tvn24.pl

W dniu dzisiejszym oficjalnie doszło do wznowienia bezpośrednich rozmów izraelsko-palestyńskich w Waszyngtonie. Potrwać mają około roku. “Uroczystość” została oficjalnie otworzona przez Hillary Clinton. Wypowiedzieć się również okazję mieli premier Izraela, Benjamin Netanjahu i prezydent Autonomii Palestyńskiej, Mahmud Abbas. Z panami wcześniej, oddzielnie, pogawędkę uciął sobie prezydent Obama, zachęcając do wysiłku na rzecz pokoju.

Z konkretów wiadomo tyle, że na początek, gdzieś na Bliskim Wschodzie dojdzie do dwóch spotkań między Abbasem, a Netanjahu, docelowo odbywać się one mają co dwa tygodnie, a pierwsze kroki pomogą im stawiać sekretarz Clinton i George Mitchell, specjalny wysłannik amerykański na Bliski Wschód. Szkoda, że sztabowcom Obamy zabrakło konsekwencji i np. nie namówili U2, aby zagrali “Beautiful day”. Jak z rozmachem, to na maksa.  Tak jak już pisałem w poprzednim tekście na temat bliskowschodnich rozmów pokojowych, fakt, iż udało się skłonić obie strony, aby usiadły do stołu, jest sukcesem, ale na razie technicznym, bo merytorycznie proces pokojowy znajduje się w tym samym miejscu. Od nakłonienia do rozmów do podpisania pokoju droga jest daleka i kręta, czego dowodem jest kilkunastoletni impas.

Do powodzenia rozmów potrzebne są dwa czynniki – pierwszy to wzajemne ustępstwa obu stron, które wymagają niezwykłej determinacji politycznej i dobrej woli, a drugie to najzwyklejsze szczęście. Nawet jednak podpisanie takiego pokoju wcale … go nie zagwarantuje, a może oznaczać nową wojnę – z Hamasem w Strefie Gazy, a że nie przyjmie ewentualnego pokoju, gotowy jestem się nawet założyć. Jako że Hamasowcy mają poparcie dużej części społeczeństwa palestyńskiego, nadal znajdujemy się w szachu.

Na dobry początek - Jerozolima

O samych rozmowach pisać będę pewnie nie raz. Dziś ich złożoność chciałbym przedstawić na jednym małym wycinku – kwestii statusu Jerozolimy.

W dwóch zdaniach wstępu – Do roku 1967 Jerozolima zachodnia była w rękach izraelskich, wschodnia jordańskich. Obie strony zadbały o to, by nie było w tychże częściach innowierców… Po wojnie sześciodniowej Jerozolima znalazła się całkowicie pod kontrolą Izraela. Rozpoczął się proces napływu izraelskich osadników do dzielnic arabskich, a sami mieszkający tam Arabowie zaczęli się borykać z różnymi problemami administracyjnymi, takimi jak brak pozwolenia na budowę, przymusowe rozbiórki itd. Jednocześnie, jak powszechnie wiadomo, jerozolimskie Stare Miasto to święte miejsce dla pewnych trzech religii monoteistycznych.

To zabawne, ale w Izraelu Ehud Barak, obecny minister obrony, dowódca komandosów izraelskich podczas tzw. rajdu na Bejrut, w ramach zemsty za zamordowanie ekipy izraelskiej podczas igrzysk w Monachium (drobny epizod w samym filmie Spielberga – proponuję zwrócić uwagę) i jednocześnie jeden z głównych architektów Płynnego Ołowiu, czyli interwencji Izraela w Strefie Gazy, jest jednocześnie politycznym gołębiem. To właśnie Barak proponował Arafatowi najlepsze warunki powstania państwa palestyńskiego w 2000 roku, które jednocześnie okazały się niewystarczające dla Palestyńczyków, a teraz – raczej nie przez przypadek – ogłosił, że podział Jerozolimy jak najbardziej wchodzi w grę. Przyjąć można dwie tezy – albo wypowiadał się w oderwaniu od jakichkolwiek ustaleń koalicyjnych i wtedy jest to tylko pogląd polityka Partii Pracy, albo jest to balon próbny, wysłany by sprawdzić reakcję.

Rozważmy więc dobrze treść propozycji Baraka. “Zachodnia Jerozolima i 12 żydowskich osiedli, w których mieszka 200 tysięcy osób będą nasze. Tereny arabskie, gdzie żyje blisko ćwierć miliona Palestyńczyków, będą ich“. W stosunku do miejsc świętych zaproponował tzw. specjalny nadzór, mając na myśli prawdopodobnie ich umiędzynarodowienie lub wspólną kontrolę.

Teraz proszę sobie wyobrazić, że 10 lat temu, gdy atmosfera do rozmów była dużo bardziej sprzyjająca, a na terenach palestyńskich nie panowała dwuwładza, Barak złożył podobną propozycję, która została odrzucona przez Palestyńczyków jako niewystarczająca, jak i skrytykowana przez Izraelczyków, którzy w odpowiedzi pozbawili go teki premiera. Żydzi m.in. nie wyobrażali sobie utraty kontroli nad miejscami świętymi i uważali, że poszedł na zbyt duże ustępstwa.

Na pozór kompromisowa propozycja może znowu przepaść z tych samych powodów, ale jeżeli Netanjahu poważnie myśli o pokoju, inne rozwiązanie niż te wskazane przez jego koalicyjnego partnera, nie wchodzi w grę. O tym samym wie również Barack Obama. Jeżeli Izrael nie będzie ani trochę elastyczny w sprawie Jerozolimy, o żadnym pokoju nie ma mowy, a to co się dzieje, to czysty teatr. Z drugiej strony, jak prawicowe Likud, Nasz Dom Izrael i Partia Szas mają zgodzić się na np. utratę kontroli nad miejscami świętymi? Co na to powie ich elektorat, ten sam, który w odpowiedzi na nieudane negocjacje Baraka w Camp Dawid, wybrał na premiera znienawidzonego przez Palestyńczyków Ariela Szarona?

Inną stroną medalu jest stanowisko palestyńskie, które może się domagać usunięcia osiedli zbudowanych przy wschodniej Jerozolimie, gdzie Izrael prowadzi akcję osiedleńczą. Palestyńczycy słusznie będą tłumaczyć, że nie można akceptować polityki faktów dokonanych. Zdolność manewrowania jest naprawdę niewielka, bo obie strony nie wyobrażają sobie, by ich stolica znajdowała się poza Jerozolimą, a tymczasem…

… sam premier Netanjahu podkreślał wcześniej niepodzielność miasta, a niejako w odpowiedzi na postulaty Ehuda Baraka, w prasie pojawił się przeciek – prawdopodobnie kontrolowany – że Izrael utrzymuje swoje stanowisko w tej kwestii i od niego będzie wychodził podczas rozmów. Izraelscy politycy zachowaliby się po amatorsku ujawniając, jakie ustępstwa mogą poczynić, dlatego niewykluczone, że w tym przypadku stanowisko nie jest w rzeczywistości takie sztywne. Inaczej Obama, organizując te rozmowy, z góry skazuje się na porażkę, a szanse powodzenia są mniej więcej takie, jak naszych zespołów piłkarskich awansu do fazy pucharowej Ligi Mistrzów.

Bez sprawiedliwego pokoju nie będzie spokojnie na Bliskim Wschodzie, a sytuacja, w której jeden z podmiotów zgarnia całą Jerozolimę dla siebie, będzie upokorzeniem dla drugiego z nich. Same rozmowy już teraz nie cieszą się wielką popularnością, a wspomniana kwestia Jerozolimy, jest tylko jednym z kilku olbrzymich problemów w negocjacjach. Z czasem dopiero się okaże, czy obie strony traktują te rozmowy na poważnie, czy jedynie jako przykrą konieczność, wymuszoną przez prezydenta Obamę.