Patryk Gorgol

Bliskowschodnie rozmowy pokojowe – krok do przodu czy PRowa zagrywka?

2 komentarzy
źródło: libsyn.com

źródło: libsyn.com

Od początku września wznowione zostaną bezpośrednie rozmowy pomiędzy Izraelczykami, a Palestyńczykami. Poza Amerykanami oraz tzw. Kwartetem Bliskowschodnim, w osiągnięciu pokoju pomóc mają król Jordanii oraz prezydent Egiptu, Hosni Mubarak.  Z izraelskiej strony, premier Netanjahu, a z palestyńskiej, Mahmud Abbas, pozytywnie odnieśli się do propozycji rozmów, które mają doprowadzić do powstania niepodległej Palestyny

PRowo zwycięzcą na dziś są Barack Obama i Hillary Clinton, którzy włożyli dużo energii w namowy do wznowienia rozmów pokojowych. Trzeba uczciwie przyznać, iż obecna administracja amerykańska, mające poważne problemy wewnętrzne, robi dużo więcej niż poprzednia, aby rozwiązać ten kilkudziesięcioletni konflikt. Mówienie jednak o sukcesie, w momencie gdy do zawarcia pokoju jest równie daleko, jak wcześniej, byłoby naginaniem rzeczywistości – Obama go osiągnie dopiero, gdy obie strony podpiszą układ pokojowy. Na razie nie ma się czym ekscytować, bo to tylko słowa.

Problem z osiedlami
Negocjacje mają rozpocząć się bez warunków wstępnych, czyli w formule, jaką proponowali wcześniej Izraelczycy. Oznacza to, iż Palestyńczycy ulegli naciskom ze strony Stanów Zjednoczonych i zrezygnowali ze swojego sztandarowego żądania – złożenia przez Izrael deklaracji, że nie będzie tworzył nowych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, w tym we wschodniej Jerozolimie. Obecne moratorium na rozbudowę osiedli kończy się pod koniec września, Izraelczycy nie chcą się zobowiązać do jego przedłużenia, a w dodatku nie dotyczy ono właśnie osiedli we wschodniej Jerozolimie i okolicach. Jednocześnie palestyńska strona deklaruje, ze jeżeli po upływie moratorium, Izrael ponownie zacznie budować nowe osiedla, Palestyńczycy zerwą rozmowy.

Jeszcze nie wznowiono rozmów, a sytuacja już jest na ostrzu noża. Możliwości są dwie – albo amerykańska dyplomacja jest na tyle naiwna i nie potrafi wyciągać wniosków z historii tego konfliktu, iż nie przewiduje uderzenia o tę górę, albo istnieje cicha umowa, że Izrael nie będzie robił takich kroków, a jedynie pozostawi sobie oficjalnie taką furtkę. Nie ulega wątpliwości, że jest to podstawowy problem dla samego odbycia rozmów pokojowych, więc bez jego rozwiązania, nie ma mowy o skutecznym dialogu. Należy pamiętać, ze Mahmud Abbas zgodził się na rozmowy bez warunków wstępnych, które nie gwarantują palestyńskich interesów i dalsze jego upokarzanie byłoby fatalne w skutkach.

Sceptycy czy realiści?
Premier Netanjahu zapowiada, że zadziwi wszystkich sceptyków. Historia rozmów uczy jednak, że to, co lider Likudu nazywa sceptycyzmem, jest najzwyklejszym realizmem.

Nie rozwiązano przecież problemu rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, a także obecności tam izraelskich osadników. Około 280 tysięcy Izraelczyków żyje w 121 legalnych osiedlach na Zachodnim Brzegu Jordanu (dane: BBC)‏, kolejne 190 tysięcy Izraelczyków żyje w osiedlach we wschodniej Jerozolimie (dane: UE)‏, a ponadto istnieje ponad 100 „dzikich” osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu (dane: BBC)‏. Bez rozstrzygnięcia tego problemu rozmowy nie pójdą naprzód, a obie strony mają małe pole manewru – rządząca koalicja nie może zostawić osadników, bo to naturalny elektorat nie tylko Likudu, ale przede wszystkim religijnej partii Szas oraz Naszego Domu Izrael, które są uczestnikami rządzącej koalicji. Rządowi partnerzy Netanjahu wcale nie potrzebują pokoju, bo nie na nim zbijają polityczny kapitał. Analogicznie jak Hamas.

Oczywiście, przyznać trzeba, że to właśnie prawicowi politycy, Menachim Begin (pokój z Egiptem) oraz Ariel Szaron (jednostronne wycofanie się Izraelczyków ze Strefy Gazy) potrafili przejść od słów do czynów, ale w obecnej konfiguracji politycznej będzie to niezwykle trudne. Życie podpowiada jedno rozwiązanie, które mogłoby uwiarygodnić Netanjahu – zerwanie koalicji z partią Szas i Nasz Dom Izrael oraz zawarcie jej z Kadimą, przy jednoczesnym utrzymaniu w rządzie Partii Pracy.

Zawracie pokoju wymaga bolesnych kompromistów zarówno od Palestyńczyków, jak i Izraelczyków. Palestyńczycy muszą się pogodzić z faktem, że nie otrzymają całego Zachodniego Brzegu Jordanu, a Izraelczycy z sytuacją, że nie będzie tam kilkuset tysięcy osadników. To elementarz.

Nie słychać też o możliwościach rozwiązania innych problemów, takich jak status Jerozolimy – kompromis, na dzień dzisiejszy, byłby bolesny politycznie dla obu stron. To samo tyczy się innych aspektów, takich jak połączenie Strefy Gazy z Zachodnim Brzegiem Jordanu, którego braku nie wyobrażają sobie Palestyńczycy, a który byłby ograniczeniem suwerenności Izraela (np. autostrada eksterytorialna). Co z wodą na Zachodnim Brzegu Jordanu? Izraelczycy, cierpiący na jej brak, po prostu ją odpuszczą? I jak rozwiązać kolejny “drobiazg” – Hamas w Strefie Gazy? Przecież hamasowcy nie zaakceptują porozumienia i nazwą go zdradą, a negocjujących Palestyńczyków – “syjonistycznymi pachołkami”. A co z prawem do powrotu, którego domagają się Palestyńczycy, a który byłby bombą, która wykończyłaby Izrael i właśnie dlatego nie będzie zgody na ten postulat? Jeśli odszkodowania, to jak wysokie?

To wszystko? Niestety nie. Pozostaje jeszcze kwestia neutralizacji Palestyny, bo potencjalni terroryści mogliby bez problemu ostrzeliwać z nowego państwa cały Izrael, a z drugiej strony, trudno wyobrazić sobie zgodę Palestyńczyków na to, by w ich nowym kraju nie było broni ciężkiej. Wątpliwe też, by Izraelczycy nie chcieli wpływać na system polityczny nowego państwa – woleliby coś w rodzaju oświeconej dyktatury niż demokracji, w której szybko popularność mogłyby zdobyć skrajne ugrupowania.

Przy determinacji stron, powyżej przedstawione problemy są do przeskoczenia, przede wszystkim jednak wymagają niesamowitego politycznego poświęcenia, na które politycy – z jednej i drugiej strony – mogą nie być gotowi. Tylko sprawiedliwe porozumienie doprowadzi do pokoju i jeżeli uda się je zawrzeć – mieszkańcy Izraela i Palestyny będą mieli wątpliwości, czy drugiej stronie nie oddano za dużo. Przy części problemów negocjujące strony cechuje niemal zerowa manewrowość. Sceptycyzm jest zwyczajnym realizmem, a – jak powszechnie wiadomo – lepiej się mile zaskoczyć niż nieprzyjemnie rozczarować.

PRowa zagrywka?
Być może odbywają się jakieś tajne rozmowy, a think tanki wymyśliły rozwiązania do problemów, które nakreśliłem powyżej, ale brakuje na ten temat informacji. Wznowienie rozmów można porównać do tego dowcipu o ślepym koniu, który pytany o swój udział w następnych zawodach odpowiada, że nie widzi przeszkód. Podobnie Abbas i Netanjahu, nie widzą przeszkód, by negocjatorzy się spotykali. Plus z tego taki, że zmniejszy się międzynarodowa krytyka, a i George Mitchell, wysłannik Obamy na Bliski Wschód, da im trochę spokoju. Tymczasem nie ma żadnej gwarancji, że te rozmowy przyniosą efekty, a strony konfliktu nie cierpią na nadmiar determinacji.

Ciekawa jest teza postawiona przez “Financial Timesa”, który twierdzi, ze te rozmowy to polityczna farsa, potrzebna Demokratom ze względu na zbliżające się wybory, a cała operacja zakończy się fiaskiem, bo obie strony nie są w stanie lub nie chcą osiągnąć porozumienia. Rzeczywiście, informacje, jakie posiadamy, raczej nie skłaniają do przesadnego optymizmu, jednak przyszłoroczna porażka rozmów również sprowadziłaby na administrację amerykańską krytykę, a więc na jedno wyjdzie.

Postęp jest tylko techniczny i polega na tym, że dojdzie do bezpośrednich rozmów. Merytorycznie, konflikt znajduje się w tym samym miejscu. Obama stoi przed wyzwaniem doprowadzenia do sukcesu rozmów i ma na to rok czasu. Gdyby to mu się udało, być może dostałby następną nagrodę Nobla – tym razem zasłużenie.

Rumuński Stirlitz w akcji

Brak komentarzy
żrólo: http://absoluteastronomy.com/

żrólo: http://absoluteastronomy.com/

Stirlitz szedł ulicami Berlina, coś jednak zdradzało w nim szpiega: może czapka-uszatka, może przypięty do piersi rosyjski order, a może ciągnący się za nim spadochron?” – to tylko jeden z dziesiątek dowcipów na temat Stirlitza, bohatera filmu “Siedemnaście mgnień wiosny”. Gorzej, że Rumuni wzięli te kawały na poważnie i postanowili na ich podstawie zorganizować wywiad.  Niewątpliwie czerpali również z innych źródeł – z legendarnego “Allo Allo”, gdzie  główny bohater, Rene, delikatnie kolaboruje z Niemcami, współpracuje z francuskim ruchem oporu, komunistycznym ruchem oporu, a także Brytyjczykami. Po drodze miewa jeszcze masę romansów, które udaje mu się ukryć dzięki wypowiadanej do żony sentencji “Ty głupia kobieto! Czy nie widzisz, że ….”. Innym przykładem, poza wspomnianymi bohaterami, mogą być Hans Kloss ze “Stawki większej niż życie” oraz Hans Klopss z “Halo Hans”. Po naładowaniu taką dawką informacji, Rumuni byli gotowi do rozpoczęcia akcji wywiadowczej na terenie Rosji.

Rosjanie również się nie patyczkują, ale ich skuteczność powszechnie oceniana jest za wyższą. Cały świat roi się od rosyjskich szpiegów, które coraz częściej okazują się otwartymi na nowe kontakty, kobietami. Przykładem może być żona brytyjskiego biznesmena, Anna Chapman, która robi obecnie furorę w Stanach Zjednoczonych – powstają lalki Barbie na jej wzór. Potem była Anna Fermanowa, która wpadła na … przemycie wojskowej broni (!). W dzisiejszym świecie wystarczy zostać złapanym na szpiegostwie i mieć kilka fotek w bikini na Facebooku, by stać się znanym, zatem dziewczyny szybko stały się przedmiotem zainteresowania mediów. Rosyjski wywiad jest bardzo skuteczny i działa z rozmachem, ale raz na jakiś czas państwa zachodnie robią “porządki”. Tak było w tym roku, gdy aresztowano kilku rosyjskich nielegalów w Stanach Zjednoczonych, ale rekord pobiła Wielka Brytania, która w 1971 roku wydaliła 105 radzieckich dyplomatów. W Polsce znana jest działalność Władimira Ałganowa, który kolegował się z dużą liczbą polityków lewicy.

Rosjanie zatrzymali rumuńskiego dyplomatę, a Rumuni zaprotestowali, że jest to postępowanie niezgodne z Konwencją Wiedeńską o stosunkach dyplomatycznych..  W praktyce, osobę “przyłapaną” na szpiegostwie wydala się, jeśli jest dyplomatą oraz aresztuje się, gdy nie posiada immunitetu dyplomatycznego. Z reguły rozpoznanych “legalnych” przedstawicieli wywiadu zostawia się w spokoju, jeśli są nieszkodliwi i rozpracowani, bo po co na ich miejsce ma przyjść ktoś inny, kto będzie sprawiać więcej problemów?

Rumun mógł być prowadzony przez kontrwywiad przez cały czas. Rosjanie przecież podkreślają, że złapali szpiega z państwa będącego członkiem NATO. Na jego nieszczęście, zatrzymano go na gorącym uczynku, wraz ze sprzętem. Rozmiar jego wpadki dowodzi, że Stirlitz w formie znanej z dowcipów, nie jest mu obcy. Zajrzyjmy do Konwencji Wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych.

Artykuł 3

1. Funkcje misji dyplomatycznej obejmują między innymi: (…)
b) ochronę w państwie przyjmującym interesów państwa wysyłającego i jego obywateli, w granicach ustalonych przez prawo międzynarodowe;
(…)
d) zaznajamianie się wszelkimi legalnymi sposobami z warunkami panującymi w państwie przyjmującym i z rozwojem zachodzących w nim wydarzeń oraz zdawanie z tego sprawy rządowi państwa wysyłającego; (…).

Memory… find (w innej wersji: five)… Siara i wszystko jasne“. Działania rumuńskiego dyplomaty najzwyczajniej w świecie nie było legalne, ani nie mieściło się normach prawa międzynarodowego. Nie wchodziło więc w zakres pełnienia funkcji dyplomatycznej. Wiadomo, ze każdy na świecie szpieguje, wszyscy udają niewiniątka, a siatka rosyjska w Bukareszcie, państwie będącym przed 1989 roku demokracją ludową, pewnie jest dużo bardziej rozbudowana, ale to Rumunów pierwszych przyłapano i to oni złamali konwencję.

Przedstawicieli dyplomatycznych chroni artykuł 29 konwencji.

Artykuł 29
Osoba przedstawiciela dyplomatycznego jest nietykalna. Nie podlega on aresztowaniu ani zatrzymaniu w żadnej formie. Państwo przyjmujące będzie traktować go z należytym szacunkiem i przedsięweźmie wszelkie odpowiednie kroki, aby zapobiec wszelkiemu zamachowi na jego osobę, wolność lub godność.

Na ten artykuł powołują się Rumuni, informując, że złamana została konwencja. Tradycyjnie, jak już wspomniałem, delikwenta złapanego na “szpiegowaniu z immunitetem” się wydala. Nikt nie chce problemów związanych właśnie z powyższym artykułem. W podręczniku od prawa międzynarodowego publicznego, autorstwa Wojciecha Góralczyka i Stefana Sawickiego, dodany został jednak komentarz, że zatrzymanie może być dokonane w wyjątkowych okolicznościach – np. gdy zagrożone jest bezpieczeństwo państwa. Wątpliwe, by Rosjanie chcieli zamknąć przyłapanego szpieg na dłużej. Jeżeli go nie wypuszczą, sami narażą się na strzał w przyszłości, bo wiele państw NATO nie ma wątpliwości co do działalności niektórych rosyjskich dyplomatów. Rumuni występują tutaj w roli złodzieja krzyczącego, żeby łapać złodzieja.

“Odpowiedź” Rumunii jest typowa i zwyczajowa. Momentalnie oświadczono rosyjskiemu dyplomacie przebywającemu w Rumunii i odpowiadającemu stopniem temu zatrzymanemu, że jest “persona non grata” i ma 48 godzin aby się spakować i opuścić kraj. Prawdopodobnie również nie był to “tylko” dyplomatą. Obecnie trwa dyplomatyczny przepychanka rodem z komedii – teraz to Rosjanie grożą retorsjami, czyli – de facto – wydaleniem rumuńskiego/rumuńskich dyplomatów/dyplomaty.

A co będzie z panem Gabrielem? Na pewno nie jest to najlepszy tydzień w jego zawodowej, a jeszcze to pechowiec, bo tym razem nie skończyło się tylko na wydaleniu, ale również na zatrzymaniu i utracie pewnie cennego sprzętu. Plusem jest to, iż będzie miał teraz dużo czasu, by oglądać filmy zajmujące się pracą wywiadu.

Strachy na Lachy – rosyjska krytyka święta WP

Brak komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

“Komsomolskaja Prawda”, rosyjska gazeta, piórem Andrieja Baranowa skrytykowała Polaków za huczne obchodzenie święta Wojska Polskiego, w 90-tą rocznicę zwycięstwa w bitwie warszawskiej. W skrócie, autor ma pretensje do Polaków o to, że “po Smoleńsku”, nadal obchodzą święto, które upamiętnia zwycięstwo nad Armią Czerwoną, zwłaszcza nie odpowiada mu obecność nowego prezydenta, a także przedstawia swoją wizję historii, przypominając tragiczny los bolszewickich jeńców, a wszystkie te zaszłości historyczne łącząc z pretensjami, głównie opozycji, w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy Tu-154.

Proszę się uśmiechnąć. Jesteśmy w ukrytej kamerze. Tego artykułu nie należy traktować śmiertelnie poważnie. Dziennikarz coś przecież musiał napisać na niedzielę, połączył pewne elementy układanki tj. obchodzenie święta z pretensjami (przypomnijmy: opozycji) w sosie historycznym. Efektem jest mało strawna i wyszukana populistyczna potrawa. Równie dobrze Rosjanie mogliby cytować niektórych polskich posłów (poseł Górski? Macierewicz z instrukcją Tu-154?) czy redaktorów gazet, którzy zwolennikami poprawy stosunków nie są i wyciągać z tego złe wnioski, ale po co?

Święto Wojska Polskiego obchodzone jest przecież w Polsce nie od dziś. Uroczystości również odbywały się w czasach, gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, a premierem Leszek Miller. W tegorocznych obchodach nie widziałem też żadnego wydźwięku antyrosyjskiego  – Tusk i Komorowski niemal na każdym kroku podkreślają chęć poprawy stosunków polsko-rosyjskich, a czasami nawet wbrew występującym problemom, tworzą ich idylliczny obraz. Rosyjskie władzy z pewnością wiedziały o tym, że w Polsce odbędą się – jak co roku – takie uroczystości. Prywatnie, nie utożsamiałbym Rosji bolszewickiej z 1920 roku ze współczesną Rosją, tak jak obecnej Polski z tą z 1610 roku.

To, że Rosjanie świętują wypędzenie Polaków z Moskwy dziwi mnie o tyle, że wydarzenia te miały miejsce równo 400 lat temu, a Napoleon zajął Moskwę około 200 lat temu i to jego pokonanie uznać można by za większy sukces, mający wpływ nie tylko na historię Rosji, ale również Europy. Trzeba jednak przyznać, że obecna stolica Rosji to nie polskie miasto i byliśmy w tamtym czasie agresorem i okupantem, podobnie jak Rosjanie byli nimi w XIX wieku na naszych ziemiach.

W kwestii wojny polsko-bolszewickiej należy przypomnieć, że Rosjanie nie dążyli tylko do zajęcia Polski w ramach samoobrony (!), jak twierdzi pan Baranow, ale mieli również ambitne plany dotyczące przekształcenia systemów politycznych ówczesnych państw Europy zachodniej i południowej.

Pozwolę się jeszcze odnieść do tematu jeńców bolszewickich. W tym celu zacytuję napisany przed rokiem artykuł “Przewodnik po rosyjskich manipulacjach”

1. Kwestia /40/60/100 tysięcy zamordowanych żołnierzy bolszewickich w polskich obozach w czasie wojny polsko-bolszewickiej

Skąd to się wzięło?
Informacje takie czasami ukazują się w rosyjskiej prasie jako wytłumaczenie Katynia.

Ostatnio: za tvn24.pl
„W latach dwudziestych na terytorium okupowanym przez Piłsudskiego więzionych było 100 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej. Ci żołnierze umierali z głodu: ich specjalnie nie karmili, patrzyli jak umierają… – mówi prof. Natalia Narocznicka z utworzonej przez rosyjskiego prezydenta komisji ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii na szkodę Rosji. – Dlaczego tego się nie zalicza Polakom? – pyta na łamach “Komsomolskiej Prawdy”.

Zdaniem rosyjskiej historyk, “był to pierwowzór faszystowskiego obozu koncentracyjnego”. – Polacy nie chcą o tym pamiętać, a od nas wymagają przeprosin – dodaje.”

Jeńcy bolszewiccy znaleźli się w polskich obozach w czasie wojny polsko-bolszewickiej (1919-1921). Rzeczywiście, nie wszyscy jeńcy wrócili do swoich domów.

Jak było naprawdę?

W tej sprawie nie powinno być żadnych kontrowersji. Śmierć bolszewickich była przedmiotem polsko-rosyjskich badań.. Z polskiej strony była to Dyrekcja Archiwów Państwowych, z rosyjskiej Federalna Agencja ds. Archiwów Rosji. Prezydentem w tamtym czasie był Wladimir Putin. W 2004 roku wydano dokument “Krasnoarmiejcy w polskom plenu w 1919–1922 g. Sbornik dokumentow i materiałow”.

Liczbę jeńców oszacowano na 80-85 tysięcy.
Liczbę zmarłych – wg Polaków – 16-17 tysięcy, wg Rosjan – 18-20 tysięcy.

Z ustaleń wynika również, że jeńcy ginęli nie w wyniku eksterminacji, a przyczyna ich śmierci były choroby zakaźne. Ich problem nie dotyczył tylko obozów jenieckich, a całej ówczesnej Europy. W latach 1918-1919 grypa „hiszpanka” spowodowała śmierć kilkudziesięciu milionów osób na całym kontynencie.

Powiedzieć oczywiście możemy, że jest nam przykro, gdyż przepełnienie obozów jenieckich powstrzymywaniu epidemii nie pomogło, ale podawane liczby – 40, 60 czy 100 tysięcy, nie mają z rzeczywistością nic wspólnego. Co więcej, ci żołnierze nie byli mordowani, jak to sugerują rosyjscy historycy.

Z drugiej strony trzeba odnotować, ze Rosja bolszewicka wzięła do niewoli 45 tysięcy żołnierzy, z czego do Polski powróciło 26 tysięcy. Śmiertelność w rosyjskich obozach była zatem o wiele wyższa.”

Tak na zakończenie. Poległych szeregowych żołnierzy bolszewickich należy upamiętnić w neutralny sposób – to nie jest hołd składany Armii Czerwonej (nawiasem mówiąc – byłoby to niezgodne z polską konstytucją), a życiu ludzkiemu, które zasługuje na szacunek. Tego samego wymagamy od Litwinów, Ukraińców i właśnie od Rosjan. Jeśli nie, to czemu oburzamy się za każdym razem, gdy na cmentarzu Orląt Lwowskich swoje akcje przeprowadzają antypolscy wandale?

Rosja a białoruska gospodarka – czy to sponsoring?

2 komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Zgodnie z zapowiedzią, dzisiaj zmierzymy się z drugą tezą dotyczącą Białorusi i chciałbym się nią rozprawić.  Brzmi ona banalnie – Białoruś jest niezależna gospodarczo od Rosji, co jest wynikiem skutecznej i dalekowzrocznej polityce gospodarczej światłego i genialnego prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

Zacznijmy zatem od podstaw. Nie można porównywać gospodarki rosyjskiej do białoruskiej, bo to zupełnie inna skala, jeśli chodzi o wielkość. Widać to chociażby zestawiając szacunkowe PKB tych krajów.

PKB Federacji Rosyjskiej: $ 2,116,000,000,000
PKB Białorusi: $ 116,000,000,000

źródło: CIA Factbook.

Różnicę jak widać robi ta dwójeczka z przodu. Gospodarka białoruska jest więc około 20-stokrotnie mniejsza, więc do opowieści fantasy można wsadzić tezę, że Białoruś jest w stanie szantażować Rosję gospodarczo. Pytanie, czy Rosja byłaby w stanie szantażować Białoruś?

Import, eksport i te sprawy. Panu Piotrowi Badurze dziękuję za udostępnienie danych dotyczących importu i eksportu na rok 2009. Wykorzystam je, gdyż mniej więcej pokrywają się z tymi, które sam odnalazłem w innym źródle.

Eksport towarów do Rosji: 31,5% całego eksportu
Import towarów z Rosji: 58,5% całego importu

źródło: Wydział Promocji i Handlu ambasady Polski w Mińsku

Rzeczywiście, zauważyć należy znaczne zmniejszenie eksportu i nieznaczne zmniejszenie importu w porównaniu z początkiem dekady. Czy jednak Białoruś jest niezależna?

Zacytujmy pana Piotra:

“(…)W 2009 Białoruś kupiła w Rosji 22 mld metrów sześciennych gazu w cenie po 150 dolarów za 1000 metrów sześciennych. Łatwo policzyć, że ten gaz to 3,3 mld dolarów. W 2009 Białoruś sprowadziła też z Rosji 23 mln ton ropy, prawdopodobnie za ponad 10 mld dolarów. To oznacza, że większość importu to ropa, istotne znaczenie ma też gaz, a pozostałe towary to już drugorzędna sprawa. W tym roku Białoruś planuje sprowadzić 4 mln ton ropy z Wenezueli. Import z Rosji ucierpi na tym. Jeśli w przyszłym roku z Wenezueli będzie 10 mln ton ropy, to import z Rosji poważnie stopnieje.”(..)

Zaczynamy więc zabawę.

Rosja traktuje Białoruś oraz Ukrainę jako tzw. bliską zagranicę i mówiąc wprost, surowce naturalne, głównie gaz i ropa, służą jej jako instrument polityki zagranicznej. Na zasadzie dealera – dostarcza narkotyki po dobrej, niskiej cenie. Białoruś nie tylko nie ma innego dealera (jedynie próbuje używać substytutów z Wenezueli), ale też wie, że jeśli dealer zacznie brać za działkę tyle, ile od reszty klientów, Mińsk wpadnie w poważne tarapaty finansowe.

Jak wyglądają “kontrakty gazowe” pomiędzy Rosją i Białorusią, opowiada Andrzej Szczęśniak na poniższym filmiku

Obecnie zatem Białoruś płaci około 185-186 dolarów za tysiąc m3. W 2009 roku płaciła 150 dolarów za tysiąc m3. Są to stawki preferencyjne, czy jakby to ujęli Rosjanie – nierynkowe. Kalkulacje Moskwy wobec “bliskiej zagranicy” są proste. Sponsorować będą Mińsk i Kijów wtedy, gdy będzie im się to opłacać politycznie. Zaufanie i kontrola – w razie problemów cenę gazu można momentalnie zwiększyć tak, by nawet Łukaszenka nie miał odwagi mówić o sukcesie gospodarczym. Polska płaci za gaz – według Andrzeja Szczęśniaka – około dwukrotnie więcej. Łatwo wyobrazić sobie, co stałoby się z gospodarką białoruską, gdyby Gazprom podyktował stawki “rynkowe”. To są miliardy dolarów, w porównaniu z rokiem 2009, a nie jestem przekonany o tym, że Mińsk nimi dysponuje.

Z ropą kwestia jest jeszcze inna. Czytelnicy, którzy obejrzeli zamieszczony filmik, już wiedzą, o co chodzi. Białoruś do tej pory kupowała nie tylko tanią, bo bezcłową, ropę z Rosji, ale jednocześnie jej rafinerie ją przerabiały, a następnie reeksportowały. Kolejne setki milionów dolarów nie tylko oszczędności, ale również łatwy zysk, za który płacili do tej pory Rosjanie.

“Piękna bajka kończy się straconym hajsem…” – jak to śpiewa zespół Ascetoholix w swojej romantycznej balladzie pt. “Suczki”. Podobnie tutaj, Rosjanie postanowili zakręcić kurek i nałożyli stosowne cło na ropę, przyznając jednocześnie Białorusinom 6 milionów ton “na własne potrzeby”. Sponsoring, ale ograniczony. Białorusini sprowadzają bezcłową ropę za 398 dolarów, a ocloną – za 680 dolarów. Cło robi różnicę w cenie, a potencjalnie mogłoby dotyczyć 15 milionów ton ropy.

Białoruska gospodarka odczuje więc nowe cła, które zastrzegła sobie Rosja w umowie o strefie celnej z Białorusią i Kazachstanem. Śmiesznie to dopiero będzie ze wspomnianymi preferencjami, jeśli Rosja i Białoruś wejdą do Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Wenezuelska ropa sprowadzana jest za 656 dolarów za tonę, a koszt jej transportu wynosi 60 dolarów.  Opłacalne jest to o tyle, że Łukaszenka zdobywa tym sposobem “własną ropę”. Na razie transportów jest niewiele, a jak jest napisane w linkowanym przeze mnie źródle – pojawiają się pierwsze kłopoty z portami, które mogłyby obsłużyć tankowce. Utrzymując dotychczasowe tempo, w 2010 Białoruś sprowadziłaby ułamek tego, co kupuje od Rosji w ramach bezcłowego kontyngentu (przypomnę, 6 milionów ton). Nie twierdzę, że transportu nie przyspieszą, ale panie Piotrze, odważny ten Pana optymizm mówiący o 10 milionach ton. Sam kontrakt opiewa na 4 miliony ton, a sami Białorusini uważają, że od września będą w stanie przerabiać 240 tysięcy ton miesięcznie.

Wyobraźmy sobie więc sytuację, w której Moskwa tylko zabiera bezcłowy kontyngent i znacząco podwyższa ceny gazu. Ograniczony zostaje import produktów z Rosji, poprzez np. embargo z popularnym tłumaczeniem o nieprzebadanych zwierzętach. Eksportu nie trzeba ograniczać, bo jest dla Rosji bardzo opłacalny. Kto pierwszy zmięknie w  takiej sytuacji – Moskwa czy Mińsk?

Putin z Miedwiediewem mają więc ogromne potencjalne sposoby wpływu na gospodarkę Białorusi. Sami Rosjanie szacują, iż ich pomoc wynosi kilkanaście procent białoruskiego PKB Czy to sponsoring? Na pewno jest to pomoc, bez której Białorusini znaleźliby się w niezwykle trudnym położeniu i nie można o powiązaniach rosyjsko-białoruskich zapominać, gdy dywaguje się na temat tego kraju.

Rosyjski film “Baćka Łukaszenka”

Brak komentarzy

Zapraszam do obejrzenia wielokrotnie wspomnianego przez media rosyjskiego filmu o Aleksandrze Łukaszence, prezydencie Białorusi. Napisy nie są perfekcyjne, zawierają m.in. błędy ortograficzne, ale oglądać jak najbardziej się da.

Generalnie to patrząc na te obrazki, chce się powiedzieć, iż przyganiał kocioł garnkowi. Niektóre dissy na prezydenta Białorusi – nawet niezłe.

Zapraszam do dyskusji na temat filmu. Czy jak zwykle okazuje się, że euro lub ruble są ważniejsze od praw człowieka?

Białoruska gospodarka – cud gospodarczy, którego nie ma…

3 komentarzy
źródło: forstal.pl

źródło: forstal.pl

Nie jest tak dobrze, jak głoszą białoruskie władze, ale nie jest też tak źle, jak wyobrażają to sobie przeciętni ludzie mieszkający w Polsce. Tym jednym zdaniem można by ocenić gospodarkę Białorusi. Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie komentarze pana Piotra Badury do mojego tekstu dotyczącego Białorusi na portalu Polityka Globalna. Według pana Piotra, gospodarka białoruska odniosła sukces i niedługo prześcignie gospodarkę Polski. Istnieją dwie główne osie sporu, po pierwsze, czy Białoruś odniosła sukces gospodarczy, a po drugie, czy jest gospodarcza niezależna od Rosji. W obu przypadkach ja uważam, iż nie, a pan Piotr odwrotnie. W dniu dzisiejszym zajmę się kwestią sukcesu gospodarczego.

Jedną z głównych tez pana Piotra brzmi: w 2020 roku przeciętny Białorusin będzie bogatszy od przeciętnego Polaka, a gospodarka białoruska w wysokości PKB per capita, przeskoczy polską, co będzie możliwe dzięki utrzymaniu wzrostu gospodarczego na poziomie z lat 2008-2009. “No po prostu okaz zdrowia ta białoruska gospodarka.” – podsumowuje.

Niskie bezrobocie?
Już na pierwszy rzut oka coś nie gra. Wszakże to studenci i pracownicy z Białorusi przyjeżdżają do Polski, często pracując poniżej swoich kwalifikacji. Byłoby to nielogiczne, biorąc pod uwagę, iż oficjalnie bezrobocie na Białorusi wynosi w granicach 1%. Dlaczego zatem Polacy nie szturmują Białorusi? Może to wina wrogiej propagandy?

Odpowiedzi są dwie – po pierwsze, na Białorusi, gdzie nie doszło do żadnych rewolucyjnych reform wolnorynkowych, istnieje nadal niewydolny system, w którym miejsc pracy jest za dużo. Identycznie było za czasów PRL-u w Polsce. Jedna pani liże znaczek, druga nakleja, a trzecia wysyła. Druga odpowiedź jest również prozaiczna – to są oficjalne, białoruskie dane. Były minister pracy, Aleksander Sasnou, szacował w 2006 roku, że realna stopa bezrobocia wynosi 3-4 razy więcej niż podaje się oficjalnie. Inni oceniają, że bezrobocie może być nawet wyższe (nie mniej niż 15%). Nagle rozwiązała się cała tajemnica sukcesu, a Białorusini, jeśli tylko mogą, wyjeżdżają za granicę pracować.

PKB i przeciętna miesięczna pensja
Założenie, że Białorusini do 2020 roku utrzymują 10% wzrostu gospodarczego jest naiwne. Nie tylko dlatego, że ten wzrost to znowu oficjalne dane. W 2009 roku miał miejsce spadek PKB o 0,2% (CIA Factbook, według innego źródła: -3,3%), w 2010 roku ponownie planowany jest wzrost. Tymczasem jednak, w swoich rozważaniach, mój polemista nie zwrócił uwagi na inflację, a mówienie o wzroście PKB bez inflacji, to jak kupowanie prawego buta bez lewego. Za rok 2009 wyniosła ona ponad 14% (dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego), a w tym roku wynosić ma – według CIA Factbook – 12,5%. Rząd białoruski twierdzi, iż tegoroczna inflacja nie przekroczy 10%.  Cóż im więc po wzroście PKB?

O sytuacji na Białorusi postanowiłem też zapytać jedną z moich koleżanek ze studiów, pochodzącą właśnie stamtąd Julię. Na pytanie o białoruski cud gospodarczy odpowiedziała, że o można o nim przeczytać co najwyżej “w bajkach”, a kryzys Białoruś jak najbardziej dotknął. W latach 2008-2009, o których pan Piotr z takim entuzjazmem opowiada, “dużo fabryk prawie nie pracowało. ludzie po prostu nie mieli pracy. wysyłano (ich – dop. PG)) na urlopy itd“. Dla przeciwwagi podkreśliła, że mają niezłą infrastrukturę i transport, a na ulicach jest czysto.

Jeżeli to jednak nie przekonuje, zapraszam do kolejnych liczb. Przeciętna miesięczna pensja na Białorusi wynosi 384,2 $, a sam Łukaszenka obiecuje mieszkańcom, że do końca 2010 roku, wzrośnie ona do 500 dolarów. W Polsce: 3231 zł (dane GUS), czyli około 1068 dolarów według kursu NBP. Zestawienie PKB per capita Białorusi i innych państw europejskich można znaleźć tutaj. W dodatku, 75-80% PKB Białorusi jest wytwarzane przez państwo, więc obywatele w potencjalnym wzroście wcale nie muszą partycypować.

Jak Białorusini odczuwają skutki tego “sukcesu”?
Niewątpliwie gdyby sytuacja gospodarcza Białorusi była tak korzystna, władze tego kraju nie zwróciłyby się do Unii Europejskiej z prośbą o pożyczkę i nie przymilały do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o 2,5 miliarda dolarów, a przede wszystkim - nie wzięłyby 15 miliardów dolarów od Chińczyków, oferując w zamian znaczne udogodnienia inwestycyjne. Białorusini nie ufają swojej walucie, wolą “twardą”, taką jak euro czy dolar. Czy nie przypomina to czasów PRL-u? Białoruś dokonała również dewaluacji swojej waluty o 20%, zwyczajnie okradając swoje społeczeństwo. Miało to miejsca na przełomie, podobnież cudownych, lat 2008-2009.

A jak wygląda korupcja? Według Transparency International, jeśli chodzi o postrzeganie korupcji przez mieszkańców, zajmuje 139 miejsca na 180 krajów branych pod uwagę w zestawieniu. Zapraszam również do lektury położenia Białorusi wśród innych wskaźników...

Jeśli zaś chodzi o same życie na Białorusi, zachęcam do lektury depeszy Informacyjnej Agencji Radiowej z marca 2010 roku:

“Białoruś – podwyżki cen i obniżki pensji Niezależne białoruskie media alarmują, że na Białorusi wzrastają ceny podstawowych towarów, a pensje maleją. Najszybciej drożeją produkty spożywcze i odzież. Minimalnie, ale systematycznie wzrastają ceny usług komunalnych oraz opłaty za gaz. Według ocen niezależnych ekspertów, reformy wprowadzane przez białoruskie władze są minimalne i nie odpowiadają europejskim standardom. Niezależny portal Karta-97 zastanawia się, w czym tkwi przyczyna, że w Polsce średnia płaca kształtuje się na poziomie 1500 dolarów, a na Białorusi poniżej 340 dolarów. -”Czyżby Białorusini byli głupsi od Polaków, a może przyczyna tkwi w czymś innym” – zastanawiają się dziennikarze portalu. Tylko przez pierwsze dwa miesiące roku na Białorusi wzrosły od 15 do 20 procent opłaty za mieszkanie, ogrzewanie, wodę i prąd. Białorusini o kilkanaście procent więcej płacą za cukier, makarony, warzywa i owoce. Według agencji BiełaPAN, w wielu zakładach obniżono pensje lub wysłano pracowników na urlopy. Natomiast portal informacyjny TuT.by zapowiada zwolnienia w największych zakładach, produkujących traktory i autobusy. Eksperci twierdzą, że białoruska gospodarka nie wyjdzie z kryzysu, jeśli nie zostanie przynajmniej w części sprywatyzowana. Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/Maciej Jastrzębski/Siekaj”

Panie Piotrze, skoro na Białorusi jest tak cudownie, to czemu pan tam nie wyjedzie na stałe i nie wesprze tamtejszego Produktu Krajowego Brutto?

W tym artykule specjalnie nie poruszyłem kwestii relacji białorusko-rosyjskich, gdyż zrobię to za kilka dni w osobnym tekście. Już dzisiaj zapraszam do jego lektury, bo będzie to nie tylko dalsza część polemiki, ale również niezbędne dzisiejszej publikacji, tłumaczące część problemów Białorusi. Rosjanie uważają, że gdyby nie subsydiowanie gospodarki białoruskiej przez ich państwo, Mińsk miałby nie tylko niższy wzrost, ale także spore kłopoty.

Warto też zaznaczyć, że powyższe dane wcale nie są katastrofalne, a gospodarka Białorusi “jako-tako” się trzyma – pokazują jedynie, iż o żadnym sukcesie gospodarczym nie ma mowy. Zauważyć zwłaszcza należy olbrzymie zmniejszenie się osób żyjących poniżej granicy ubóstwa - z 41,9% (2000 rok) do 10% (2010 rok). Gospodarcze relacje pomiędzy Polską, a Białorusią są całkiem niezłe. Opisuje je ambasada Białorusi w Warszawie nazywając, co jest ewidentną aluzją, pragmatycznymi. Inny artykuł traktujący o tej tematyce został napisany Andrzeja Zbuckiego. Autor podkreśla w nim zwiększające się obroty w stosunkach gospodarczych Białorusi z Unią Europejską.

Nie o wszystkim jednak naraz.

Gorący sierpień na Bliskim Wschodzie

Brak komentarzy
źródło: politykaglobalna.pl

źródło: politykaglobalna.pl

Hamas, Hezbollah, rząd Izraela, rząd Iranu, Fatah, rząd turecki i samotny jeździec, rzucający granatami (według innej wersji: petardami)  w konwój Mahmuda Ahmadineżada. Na Bliskim Wschodzie jest nadal gorąco i nie zapowiada się na ochłodzenie. Najciekawsze wydarzenia przedstawię pobieżnie, z krótkim komentarzem.

Niespokojne granice Izraela
Tylko w tym tygodniu mieliśmy do czynienia z dwoma “incydentami”, które kosztowały życie kilku ludzi. Pierwszy z nich polegał na wystrzeleniu kilku rakiet z terytorium Egiptu. Izrael o atak oskarża Hamas.

Czy Hamas mógł przeprowadzić taką operację? Oczywiście, ale nie potrzebuje tego robić z terytorium Egiptu, bo nie uda się przecież przekonać Izraelczyków, że ataku dokonali Egipcjanie. Póki co, transport z i do Strefy Gazy nie jest rzeczą trudną, gdyż nadal funkcjonują podziemne tunele. Wątpliwe jednak, by Hamas decydował się na tak bezsensowne ostrzeliwanie (które w dodatku nie spowodowało żadnych izraelskich strat), bo Izrael w rewanżu zawsze bombarduje podziemne tunele. Nie można zatem wykluczyć, iż z Egiptu strzelała jakiś inna skrajna islamska organizacja albo powiązane z Hamasem i działające w Egipcie, Bractwo Muzułmańskie.

Drugim wydarzeniem było starcie na granicy libańsko-izraelskiej, w wyniku której zginęło 3 żołnierzy libańskich i jeden izraelski. Naturalnie, obie strony uważają się za niewinne i nagle okazało się, że armia libańska ma “obrońcę” w postaci Hassana Nasrallaha, lidera Hezbollahu. Jest on “gotowy” przyjść z pomocą biednym żołnierzom. To dość zabawne, zważywszy na to, iż Hezbollah skutecznie paraliżuje państwo i nieraz pokazywał armii libańskiej, ile jest w zupełności warta – chociażby wtedy, gdy w ramach pokazu siły zablokował Bejrut czy nie wykazał jakiegokolwiek zainteresowania rozbrojeniem. Pomimo tego, iż było to prawdopodobnie największe starcie od czasów ostatniej wojny libańskiej, ani armia izraelska, ani armia libańska, ani Hezbollah, na nowe rozdanie kart nie będą mieć ochoty. Izraelowi nadal wypomina się dużą liczbę ofiar cywilnych, armia libańska w czasie takiej wojny mogłaby tyko potwierdzić swoją beznadziejność, a Hezbollah, wbrew swoim zapowiedziom, wie, iż ewentualne starcie polegać będzie na ciągłym bronieniu się, walce partyzanckiej, używaniu żywych tarcz oraz liczeniu poległych bojowników i zniszczonej broni. Znamienne jest, iż Hezbollah nie zaatakował Izraela nawet w czasie “Płynnego Ołowiu”. Być może Iran “trzyma” Partię Boga na inną okazję.

Stany Zjednoczone mają plan ataku, a Izrael ćwiczy w Rumunii
Po tym, jak Mahmud Ahmadineżad ogłosił, że Iran “gwiżdże” na sankcje (zapraszam do lektury artykułu “Irański poker: sankcje nie rozwiązują problemu“) do łask powróciły spekulacje dotyczące ataku prewencyjnego na Teheran. Generał David Petraeus potwierdził, iż Amerykanie mają opracowany plan takiej operacji.

Cóż to jednak za rewelacja? Przecież to, że Amerykanie mają taki plan, nikogo nie zdziwi, a na pewno nie Irańczyków. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ewentualny atak lotniczy się powiedzie, a nawet jeśli, czy uda się zlikwidować lub powstrzymać na jakiś czas irański plan atomowy. Pytanie również, ile taki atak kosztowałby Waszyngton? Problemy w Iraku i Afganistanie, akcje Hezbollahu, terroryzm w islamskich krajach przychylnych Ameryce, kompletny upadek poparcia, i tak niskiego, pośród islamskiej opinii publicznej a także – w ostateczności – blokada cieśniny Ormuz. Każdy z amerykańskich planów musi te czynniki wziąć pod uwagę.

Tymczasem Mahmud Ahmadineżad zaproponował Barackowi Obamie spotkanie w cztery oczy w czasie sesji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Panowie mogliby się poznać i spróbować rozwiązać kilka problemów w niedoskonałych przecież relacjach amerykańsko-irańskich. Nie wiadomo, czy prezydent Stanów Zjednoczonych przyjmie wyzwanie, jednak zgadzając się na taką prywatną rozmowę, nic nie ryzykuje. Po pierwsze, we wrześniu mają być wznowione rozmowy dotyczące irańskiego programu atomowego, a po drugie – Barack Obama potrzebuje sukcesu. W pokojowym procesie bliskowschodnim nie idzie mu tak, jak należy, może więc rozwiązaniem byłoby “change” w sprawie Iranu? W najgorszym przypadku z odrazą wyjdzie po 15 minutach. Amerykańscy prezydenci spotykali się już z gorszymi indywidualnościami.

Nie próżnuje też Izrael, który lata sobie po Rumunii. Tu i ówdzie spostrzec można izraelskie samoloty. Doszło nawet do katastrofy. “Sunday Times” donosi, że Izraelczycy trenowali potencjalny atak na Iran. Dlaczego jednak w Rumunii? Powód może być prozaicznie prosty – Turcja zablokowała swoją przestrzeń dla izraelskich samolotów wojskowych. Pogarszające się stosunki pomiędzy tymi państwami opisywałem w artykule “Stosunki izraelsko-tureckie: czy kłotnia skończy się rozwodem?”. Jeżeli izraelskie lotnictwo ma coś ćwiczyć, to właśnie atak na swoich perskich przyjaciół.

Śledztwo ONZ w/s “flotylli wolności”
Udało się również porozumieć w sprawie rozpoczęcia przez Organizację Narodów Zjednoczonych śledztwa w sprawie ataku na “flotyllę wolności”. Przewodniczącym zespołu zostanie były premier Nowej Zelandii, Goeffrey Palmer, a w jego skład wejdzie również ustępujący prezydent Kolumbii, Uribe, oraz przedstawiciele Izraela i Turcji. Nawet jeśli uda się uzgodnić wspólny raport, wątpliwe, by oznaczał on jakieś poważniejsze konsekwencje dla Izraela. W razie niekorzystnego obrotu wydarzeń, swojego człowieka zawsze można wycofać, a nawet jeśli coś pójdzie nie tak, ogłoszenie niekorzystnego dla Izraela raportu nie rodzi żadnych skutków prawnych. Zespół pracuje na swoje alibi.

Tak jak wspomniałem powyżej, to tylko pobieżny skrót wydarzeń. Na Bliskim Wschodzie non stop coś się dzieje, tak jak wczoraj, gdy ktoś w amatorski sposób chciał zranić (zabić?) Ahmadineżada. Został już schwytany i nie zazdroszczę mu, bo nie sadzę, by jego pobyt w areszcie należał do najprzyjemniejszych. Trwają również przymiarki do rozmów izraelsko-palestyńskich, ale trwa to już od kilku miesięcy i jeżeli chodzi o konkrety nie wygląda na to, by coś poszło do przodu.

Na Bliskim Wschodzie zatem bez zmian. Incydenty, starcia i możliwa eskalacja konfliktu niemal wszędzie – taka jest tam codzienność.