Patryk Gorgol

“im polnischen Vernichtungslager” – prawda leży po środku

1 komentarz
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Z mocnym akcentem polskie media poinformowały o tym, iż Niemcy z tygodnika “FOCUS” fałszują historię i ogłaszają, że obóz zagłady w Bełżcu, był “polskim obozem”.  Redakcja ponadto podtrzymuje to kłamstwo, gdyż nie chce sprostować błędu oraz zgadza się jedynie “ubolewać” i wydrukować list od czytelników.  O tym wszystkim informują kolejno: Gazeta.pl, Gadu-gadu.pl, Newsweek.pl, Wprost.pl, Onet.pl, Interia.pl i zapewne wiele innych mediów, których nie sprawdziłem. Ton pod tytułem: rewizjoniści z RFN atakują, niemal jak za czasów PRL-u. “Najinteligentniej do tematu podszedł serwis “wpolityce.pl”, który w tytule pyta, “czy to już kolejny etap?”. Do połowy sierpnia jestem w Berlinie, ale po tej lekturze mogę tylko ze zdenerwowaniem rozglądać się po ulicy, czy w kierunku granicy polskiej nie wyjeżdżają jakieś czołgi,a na ulicach nie rozpoczęły się już pierwsze łapanki skierowane przeciwko polskim pracownikom.

W ciekawy sposób na temat “polskich obozów zagłady” pisał Thomas Urban w “Forum” Zacytuję (za portalem Polityka.pl) fragment z jego niezwykle interesującego artykułu:

“Niewiele skuteczniejsza była do tej pory akcja „przeciwko polskim obozom”, którą polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zainicjowało w 2004 r. i którą sążnistymi artykułami wspiera „Rzeczpospolita”. Akcja polega na monitorowaniu całej prasy światowej w poszukiwaniu sformułowania „polskie obozy” na określenie obozów założonych przez Niemców w okupowanej Polsce. Jeśli taka fraza zostanie znaleziona, redakcja otrzymuje od polskiej ambasady list protestacyjny i jest piętnowana przez „Rzeczpospolitą” jako „fałszerz historii”, bo sformułowanie „polskie obozy” sugeruje podobno, że Polacy są odpowiedzialni za Holocaust. Jednak w wielu językach, także w niemieckim, pojęcie to można rozumieć w kategoriach wyłącznie geograficznych. W rzeczywistości nie ma ani jednego przykładu w prasie światowej i mediach niemieckich, aby na Polaków zrzucano odpowiedzialność za obozy zagłady.

Także pod względem statystycznym temat praktycznie nie istnieje. Kwerenda w elektronicznym archiwum niemieckiej prasy ponadregionalnej wykazała, że w około 10 tysiącach artykułów o obozach koncentracyjnych, opublikowanych w latach 2004-2009, inkryminowane sformułowanie ukazało się sześć razy. Pięć z tych tekstów przedstawia Niemców jako sprawców, a Żydów, Polaków i inne narodowości jako ofiary. Określenie jest więc ewidentnie użyte w znaczeniu geograficznym. Szósty artykuł omawia konflikt na terenie Palestyny. Czyli innymi słowy: tylko 0,01 procent niemieckich publikacji o obozach w ostatnich pięciu latach nie podaje expressis verbis, że założyli je Niemcy. Tymczasem akcja „przeciwko polskim obozom” sugeruje polskiej opinii publicznej, że chodzi o zjawisko masowe. Nawiasem mówiąc, niemieccy redaktorzy naczelni zalecili podwładnym, aby kategorycznie unikali określenia „polskie obozy” ze względu na jego dwuznaczność.(…)”

Czy jednak można się w 100% zgodzić z niemieckim autorem?

Będąc aktualnie w Berlinie momentalnie udałem się do kiosku i wspomniany numer gazety kupiłem. Przejrzałem i znalazłem jedną, krótką notkę na temat Bełżca. Wersja internetowa niewiele różni się od tej papierowej, więc do niej odsyłam. Spójrzmy na fakty.

Redaktor Urban tłumaczy, że przymiotnik “polski” ma znaczenie tylko geograficzne, bo w samym tekstach taki jest właśnie kontekst. Zgoda, z punktu widzenia kogoś znającego historię, nie ulega wątpliwości. Dla kogoś jednak, kto nie zna historii, interpretacja nie jest tak oczywista i może on uznać, że chodzi o “polskie obozy koncentracyjne”. Polacy są nadwrażliwi, ale po co wprowadzać dwuznaczność, skoro można napisać wprost, że mowa o obozie położonym w Polsce i żadnych protestów nie będzie?

Sam omawiany tekst również w rzetelny sposób przedstawia historię. Napisane jest, że oskarżony był SS-mannem, co samo w sobie wyklucza jakikolwiek udział Polaków, bo jak wiadomo, Polska nie miała żadnej własnej dywizji SS. Nikt z Niemcami nie chciał kolaborować. Autor artykułu zauważa też, że 88-letni Samuel K. pochodzi z Prus Wschodnich oraz brał udział w “Akcji Reinhard”, w ramach której zabijał i pomagał w zabijaniu Żydów. Dla tych, którym jest jeszcze mało, pojawiła się jeszcze informacja, że robił to na terytorium Generalnej Guberni, położonej w okupowanej Polsce. Po lekturze tego tekstu nie mam wątpliwości, że nikt winy za ludobójstwo na Polaków zrzucać nie zamierza.

Niemcy powinni jednak powstrzymać się od używania tej konstrukcji, bo nie prowadzi to do niczego dobrego, a osoby zupełnie nieznające historii (np. kilkuletnie dzieci), może rzeczywiście niechcący wprowadzić w błąd. Brakuje mi też w tekście jakiegoś zaznaczenia, że to były niemieckie obozy, a Samuel K. jest obywatelem Republiki Federalnej Niemiec. Owszem, pojawia się informacja, że jest to nazista, pochodzący z Prus Wschodnich, ale wyraz przymiotnik “niemiecki” nie pada ani razu w artykule. Nie twierdzę, że to próba zakłamywania historii, bo tak nie jest, ale w tych kilku akapitach brakuje mi typowo niemieckiej precyzyjności. Czemu można napisać, że obóz był położony w Polsce/był polski, a nie można, że w Bełżcu zabijali Niemcy, co w sumie jest oczywiste dla przeciętnego mieszkańca naszego sąsiada, czytającego ze zrozumieniem ten tekst?

Prawda w tym przypadku jest po środku. Polacy mogli się powstrzymać od siania paniki – np. króluje w tym nowy serwis, wpolityce.pl: “I do diaska: co niemieccy redaktorzy – a więc nie zwykli przechodnie – mają w głowach, co wiedzą o wojnie, i co myślą w sercu, skoro coraz częściej piszą „polskie obozy koncentracyjne?” – to chyba pisało jakieś dziecko. Z drugiej strony, Niemcy widząc naszą wrażliwość, mogliby poważniej podchodzić do tej drażliwej kwestii.

P.S. Te same uwagi odnoszą się do drugiego tekstu na ten temat, tego z obrazka. W gazecie go nie znalazłem

Kosztowny przeciek

1 komentarz
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

“Wyciek” ponad 91 tysięcy dokumentów dotyczących sytuacji w Afganistanie to dzieło kogoś, kto bardzo chce zaszkodzić Stanom Zjednoczonym. Jak można sobie wyobrazić, to równoważność kilkuset grubych książek , materiały o objętości odpowiadającej kilkudziesięciu moim sesjom egzaminacyjnym, na dwóch kierunkach. Całość trafiła nie tylko do WikiLeaks, ale uroczy donosiciel poinformował niemiecki “Der Spiegiel”, brytyjski “Guardian” i amerykański “New York Times”.  Spragnionych lektury – zapraszam tutaj.

Miltion Friedman mawiał, że nie ma darmowych lunchów. Identycznie jest z przeciekami – ten będzie niezwykle kosztowny. Nie trzeba czytać tak olbrzymich zasobów, aby dojść do wniosku, że Amerykanie są w poważnych tarapatach. Obama jest zakładnikiem własnych deklaracji dotyczącej wycofania wojsk i innych, pacyfistycznych, kampanijnych haseł. Amerykanie ciągle tracą nie tylko miliardy dolarów (polecam licznik “live”), ale również żołnierzy – łącznie 1115 według danych BBC z 5 lipca. Kończy się cierpliwość amerykańskich sojuszników, którzy najchętniej już dawno zawinęliby się do domu. Amerykanie ponadto są jeszcze osłabieni awanturą wokół generała McChrystala, a ich “partnerem” w Afganistanie jest Hamid Karzai, który sfałszował 1/4 głosów w czasie wyborów prezydenckich. Demokratyczną mentalnością, podobnie jak charyzmą, nie grzeszy. O samym prezydencie Karzaiu pisałem w artykule “Syzyfowa praca w Afganistanie”.

Przeciek jest kolejnym i skoordynowanym ciosem w amerykańską administrację. To nie skan jednego dokumentu, znalezionego na śmietniku, to też nie efektowna sprzedaż kilku papierków dla mediów przez jakiegoś podstarzałego i sfrustrowanego pracownika, który chce zarobić na swoją emeryturę. Tysiące dokumentów ujawniła osoba (lub grupa osób) dysponująca szerokim dostępem do różnego rodzaju materiałów i otwarcie sprzeciwiająca się amerykańskiej polityce wobec Afganistanu.

Dokumenty potwierdzają oceny porównujące sytuację w Afganistanie do tej z Wietnamu, a także wiele rzeczy, o których piszą przecież media, a władze niechętnie się do tego odnoszą – o problemach z cywilami, nielojalności Afgańczyków, czy pakistańskiej i irańskiej pomocy dla grup, które umownie nazywa się talibami. Wszystko to, co można podsumować zdaniem “o czym nie powinno się mówić, o tym powinno się milczeć”. Wartość tych materiałów z pewnością docenią też analitycy z wywiadów m.in. rosyjskiego i chińskiego, bo to istna skarbnica wiedzy operacyjnej na temat sposobów działań Amerykanów w Afganistanie. Opublikowane materiały na pewno ułatwią im pracę.  Teraz okazało się, że Amerykanie mają również wroga wewnętrznego, który dokumentuje ich działania i nie zawaha się przed wykorzystaniem opinii publicznej  na całym świecie. Dlatego przecież poza WikiLeaks, poinformowano trzy poczytne gazety z różnych krajów, które łączy to, iż posiadają w Afganistanie spory kontyngent.

Opinia, że Stany Zjednoczone nie dają sobie rady nie jest zatem nowa – różnica polega teraz na wykazaniu “samoświadomości” Amerykanów w tej kwestii. Nie ma też co ukrywać – publikacja ponad 90 tysięcy tajnych dokumentów, to zwyczajna kompromitacja amerykańskiej władzy, demonstrująca nie tyko niemoc, ale również demoralizację. Wszystkie te informacje dotrą nawet do tego kręgu odbiorców, których zbytnio wojna w odległej Azji nie interesuje.  Przeciek podważa również zaufanie własnych żołnierzy, nie tylko amerykańskich, do państwa i oddaje za darmo mnóstwo bezcennych informacji, za które talibowie powinni wysłać podziękowania – naturalnie zaraz po zakończeniu wnikliwej lektury.

Jednym z możliwych scenariuszy jest “afganizacja” (na wzór “wietnamyzacji”). Presja na Obamę będzie się zwiększać, a on sam stanie przed dramatycznym pytaniem – co będzie więcej kosztowało, wycofanie się czy dalsze prowadzenie wojny? Na razie zadanie opanowania Afganistanu otrzymał człowiek od misji specjalnych, generał Petraus, który poradził sobie w Iraku i od samego początku zaczął posługiwać się marchewką w postaci afgańskich złóż naturalnych. Sama “afganizacja” to olbrzymie ryzyko – w Wietnamie się nie powiodła, a Amerykanie zaraz po wycofaniu opuścili swojego sojusznika, odmawiając mu wszelkiej pomocy. Kongres nawet wydał w tej sprawie administracji zakaz! Nie widać żadnych przekonujących argumentów na udowodnienie tezy, że władze afgańskie poradzą sobie bez Amerykanów, a historia – w końcu nauczycielka życia – uczy, że rzeczywistość może okazać się okrutna. W dłuższej perspektywie czasu nie ma jednak innego wyjścia.

Utrata Afganistanu byłaby niezwykle dotkliwa, bo natychmiast przełożyłaby się na sytuację w Pakistanie i Iraku. Byłby to również dotkliwy propagandowo cios dla amerykańskiej polityki zagranicznej, a także wiatr w plecy dla dżihadystów. Skoro pokonali “wielkiego szatana”, to kto ich zatrzyma? Z punktu widzenia Polski lepiej jednak, żeby to państwa NATO wygrały wojnę, dlatego ze szkodliwego przecieku nie ma, co się cieszyć.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w/s Kosowa – to tylko opinia doradcza!

Brak komentarzy
źródło: http://www.crossed-flag-pins.com/

źródło: http://www.crossed-flag-pins.com/

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości wydał opinię doradczą w sprawie Kosowa i stwierdził w niej, iż ogłoszenie niepodległości nie było niezgodne z prawem międzynarodowym. „Wyrok” taki nie zostanie zaakceptowany przez Serbię. Zmieni się niewiele – spór o prawo do samostanowienia pozostanie, a Belgrad nie zmieni swojego stanowiska. Formalnie ta opinia doradcza nie będzie wiązać nawet MTS-u przy kolejnych orzeczeniach, chociaż w praktyce byłoby nonsensem, gdyby sędziowie sami sobie zaprzeczali.

Dlaczego o tym piszę? W polskich mediach podano nie tylko, że jest to wyrok, ale także, iż sprawę rozpatrywano na wniosek Serbii. Ponadto, przyjmując rozumowanie MTS-u, możemy pozwolić sobie na interesujące, teoretyczne rozważania.

Zacznijmy od początku. Nie jest to wyrok, a opinia doradcza. Wyrok wiąże strony, opinia doradcza nie, jedynie sugeruje, wskazuje proponowany sposób rozwiązania danej kwestii, jest głosem autorytetu w sprawie danego konfliktu itd. Jakby tego było mało, MTS wcale nie rozważał tej sprawy na wniosek Serbii, jak podają media (państwo nie ma prawa żądać opinii doradczej), a Zgromadzenia Ogólnego ONZ, do którego taką propozycję złożyła Serbia . Wbrew pozorom to istotna różnica, bo gdyby Serbia zgodziła się na jurysdykcję MTS-u w tej kwestii, co byłoby logiczne, gdyby złożyła wniosek bezpośrednio do Hagi, opinia doradcza byłaby wiążącym prawnie wyrokiem. To brzmi medialnie, że Serbia zgłosiła wniosek, przegrała „proces” i się nie zastosowała do „wyroku”, ale to byłaby po prostu nieprawda (i absurd prawny), dlatego postanowiłem to sprostować.

Serbowie nie wyciągną żadnych konkluzji ze wspomnianej opinii doradczej. Słusznie będą argumentować, iż orzeczenie MTS-u nie jest prawnie wiążące, a z drugiej strony, zwolennicy niepodległości Kosowa, słusznie będą posługiwać się jednym argumentem więcej, pomimo iż samo Kosowo członkiem ONZ, ani sygnatariuszem statutu MTS-u nie jest. W kwestii rozwiązania konfliktu nie ma jakiegokolwiek postępu, co nikogo nie powinno dziwić. Opinia doradcza, która byłaby odwrotnością tej obecnej, odniosłaby taki sam skutek, czyli niemal żaden.

Przyjmując linię Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości musimy jednocześnie zaakceptować, iż niemal każdy naród ma prawo do ogłoszenia swojej niepodległości i „nie jest to niezgodne z prawem międzynarodowym”. W ten sposób legitymizować swoje poczynania mogliby Abchazowie i Osetyjczycy wobec Gruzji, jak również Baskowie i Katalończycy wobec Hiszpanii, a przede wszystkim Kurdowie. Wspomnieć oczywiście można o dziesiątkach innych narodów. Tylko czekać aż kolejne z nich ogłoszą swoje deklaracje niepodległości.

W praktyce jednak funkcjonują dwie, zupełnie odmienne zasady. Prawo Kalego i prawo dżungli. Konsekwencje są następujące: w imię pierwszego z tych praw za „zgodne z prawem międzynarodowym” uznajemy samostanowienie naszych przyjaciół (np. Kosowo), a za „niezgodne” naszych wrogów (np. Abchazja, Osetia Południowa). Państwa w nawiasach z czystym sumieniem można między sobą zamienić. Drugie prawo również ocenia „zgodność”, ale post factum. Jeżeli dany naród wywalczył sobie powszechnie uznawaną niepodległość, to miał do tego prawo, a jeśli nie, to cóż, nie miał. Powyższe kryteria są brutalne, ale przynajmniej sprawdzają się w praktyce i są nieskomplikowane.

Spór o prawo do samostanowienia pozostaje nierozstrzygnięty. Politycy nie wypracowali precyzyjnych i stosowanych powszechnie zasad, co nie dziwi przy rozbieżności interesów poszczególnych państw. Zgodne postępowanie pozbawiłoby, zwłaszcza mocarstwa, możliwości rozgrywania swoich spraw. Serbowie kontroli nad Kosowem już nie odzyskają, ale prawnie nie zmieniają swojego stanowiska. Presję na Belgrad mogłaby wywierać Unia Europejska, gdyby nie fakt, że wśród jej członków też zdania są podzielone (22 z 27 państw uznaje Kosowo). Orzeczenie ciekawe, bo precedensowe, ale jesteśmy w tym samym miejscu.

Zespół “ekspertów” z rozmachem zaczął pracę w sprawie tragedii smoleńskiej!

2 komentarzy

źrodło: wiadomosci.onet.pl

źrodło: wiadomosci.onet.pl

Jest! Nareszcie! Tragedią smoleńską zajął się ktoś kompetentny – powołano specjalny (ten przymiotnik pragnę podkreślić) parlamentarny zespół pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza. Skoro pan Macierewicz był w stanie całkowicie rozmontować polski wywiad, to tym bardziej sprosta nowemu wyzwaniu – „najważniejszemu w życiu” – jak dodaje, poprowadzeniu zespołu.

Oczywiste, że śledztwo smoleńskie, zarówno polskie jak i rosyjskie, trwa zbyt długo. Przenikliwy śledczy, z którym porównania nie wytrzymuje Tommy Lee Jones ze „Ściganego” już po kilku minutach obradowania komisji rozwikłał zagadkę. Na konferencji prasowej powiedział zatem: „10 dni temu pan wicepremier Iwanow, który jest jednocześnie wiceprzewodniczącym komisji rosyjskiej do zbadania tej zbrodni (…) oświadczył, że wszystkie materiały już przekazał i że więcej materiałów strona polska już nie otrzyma” (za Onet.pl), a następnie: „nie mam wątpliwości, że w trakcie tych wydarzeń mieliśmy do czynienia także do czynienia z takimi (wydarzeniami), które na to miano (zbrodni) zasługują.” ( za tvn24.pl).

To lubię – żadnych zbędnych oględzin, przesłuchań, profesjonalnych analiz (naturalnie – poza tymi robionymi przez „internautów”, za które pan minister podziękował). Śledztwa w sprawie katastrof lotniczych trwają zazwyczaj ponad rok, jednak my nad Wisłą już wiemy, ze 3-4 miesiące to opieszałość i próba wykręcenia się od odpowiedzialności przez Rosjan/rząd. Janusz Palikot pewnie właśnie pije zdrowie nowego przewodniczącego zespołu, który nie tylko zapewni mu niezły ubaw, ale również nietykalność w ramach partii rządzącej.

Wyjaśnijmy znaczenie słowa zbrodnia. Posłużmy się do tego polskim Kodeksem Karnym i podręcznikiem do prawa karnego autorstwa Lecha Gardockiego, Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. W tejże książce znajdujemy definicję zbrodni – jest to czyn zagrożony kara pozbawienia wolności na czas nie krótszy od 3 lat albo karą surowszą. Gdyby w tym miejscu kończyły się niezbędne informacje dotyczące zbrodni, minister Macierewicz może by się jakoś wybronił. Decydujący cios zadaje jednak sam Kodeks Karny, a mianowicie jego 8 Artykuł:

„Artykuł 8
Zbrodnię można popełnić tyko umyślnie, występek można popełnić nieumyślnie, jeżeli ustawa tak stanowi”

Czyli, tłumacząc na język ludzki, samolot spadł w wyniku popełnienia przestępstwa, w dodatku umyślnego.
Typową zbrodnią jest np. zabójstwo. Minister Macierewicz wykluczył w takim razie wszelkie nieumyślne spowodowanie wypadku – przez pilotów, wieżę, czy nie wiadomo kogo. Jeżeli to wina pilotów, to rozbili się specjalnie niczym japońscy kamikaze, jeżeli wieży lotniczej, to celowo źle naprowadziła samolot, a jeżeli to wina zarówno pilotów, jak i wieży, to wtedy mamy do czynienia ze współsprawstwem – piloci chcieli się rozbić, a wieża im w tym pomogła.

Witamy w świecie absurdu, gdzie nowy przewodniczący czuje się wyśmienicie. Można podnosić argument, iż Antoni Macierewicz nie jest prawnikiem – to prawda, ale w takim razie niech odpuści sobie posługiwanie się terminologią prawniczą i zwraca uwagę na to, co mówi, bo wszystko zdaje się potwierdzać teorię, że zespół został powołany by udowodnić tezę, a nie znaleźć odpowiedź. Ciekawe czy argumenty będą równie rzeczowe jak dotychczas. Kiedy okazało się, że ostatnimi słowami pilotów było staropolskie „kurwa mać”, podniosły się nawet głosy, iż jest to dowód na rosyjską manipulację, bo pierwsze przecieki mówiły o „Jezusie”. Już to sobie wyobrażam. Rosyjskiej FSB, jako pierwszej służbie świata i pomimo obecności Polaków, udaje się zmienić treść nagrań pobranych z „czarnej skrzynki”. Zastanawiają się, które ze słów zmienić. Fachowcy od razu wiedzą, iż kluczowe jest usunięcie „Jezu!” i wstawienie „kurwa mać”, bo to uwiarygodni ich oszustwo! Notabene, jeden z moich kolegów, głosujący w wyborach na Jarosława Kaczyńskiego, opowiadał mi, jak kiedyś jadąc niedużym autem zdecydował się na wyprzedzanie i nagle spostrzegł szybko nadjeżdżającego z naprzeciwka tira. Również, pomimo obecności rodzicielki, zdecydował się na staropolskie „kurwa!”. Przypuszczam, iż ja znajdując się w podobnej sytuacji, bardziej intelektualnie swoich uczuć też bym nie ujął.

Pretensje do prokuratury można mieć nie o rzekomą opieszałość, ale o niestosowne przecieki. Jeżeli z prasy dowiadujemy się, iż pilot miał coś powiedzieć, co sugeruje, że odczuwał presję, to prokuratura powinna jak najszybciej potwierdzić lub zaprzeczyć, a najlepiej podać datę publikacji odczytanych fragmentów nagrań. Inaczej znowu pogrążymy się w morzu insynuacji. Takie informacje do mediów również nie przeciekają bez przypadku – niech politycy nie rozgrywają śmierci 96 ludzi! Konieczne jest również zbadanie postawy rosyjskiej „wieży kontrolnej”, bo budzi ona poważne możliwości i w tym miejscu zespół Macierewicza miałby pole do popisu, gdyby się samodzielnie nie zdyskwalifikował w dniu rozpoczęcia pracy.

Jeżeli gdzieś można będzie znaleźć rozbieżności polsko-rosyjskie, to właśnie w ocenie pracy obsługi naziemnej. Na pewno te aspekty są analizowane przez prokuraturę i niezbędne jest otrzymanie od Rosjan nagrań z wieży. Nie przesądzając o niczyjej winie, chciałbym zaznaczyć, iż mówienie o zbrodni bez dowodów, nawet przez pomyłkę, jest przerażająca nieodpowiedzialnością.

Same uprawnienia w/w zespołu są mizerne. Mają takie same prawa, jak każdy poseł z osobna. Mogą prosić świadków o pojawienie się, co oznacza, że świadkowie mogą się pojawić, ale mogą także powiedzieć, że tego dnia bardziej interesuje ich zbieranie grzybów. Z niecierpliwością czekam na raport zespołu, bo coś przecież trzeba będzie napisać i opublikować. Na pewno pozwolę sobie na lekturę, nawet jesli publikacja powstanie w środku sesji egzaminacyjnej. Poprzednie dzieło pana Macierewicza czytało się szybko i z przyjemnością, jednak prokuratura nie doceniła walorów literackich dzieła przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej, i umorzyła kilkaset jego zawiadomień.

Morskie szachy koło Strefy Gazy

1 komentarz

źrodło: gazeta.pl

Syn Muammara Kaddafiego, Saif al-Islam, zorganizował transport 2 tysięcy ton żywności i pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków. Całość wysłał statkiem “Amalthea”, pływającym pod banderą mołdawską. Nikogo nie powinno zaskoczyć, iż momentalnie pojawiły się cztery okręty izraelskiej marynarki wojennej. W zupełności wystarczyłby jeden, ale Izraelczycy wolą dmuchać na zimne i trzy jednostki pływają “dla pewności”, monitorując każdy ruch libijskiego statku. Kapitan statku zapowiada, iż dowiezie towar do Strefy Gazy, pomimo blokady. O co w tym wszystkim chodzi?

Libijczycy z gracją będą opowiadać o tym, jak to wysłali statek z pomocą humanitarną i Izrael doprowadza do katastrofy humanitarnej w Strefie Gazy. Jeśli jednak miałbym się z czymś zgodzić, to na pewno nie z tym pierwszym, bo gdyby synowi łagodnego baranka, znanego z humanitarnych akcji, pułkownika Kaddafiego, zależało na dostarczeniu pomocy humanitarnej, zatrzymałby się w którymś z portów egipskich - które zresztą są bliżej – a następnie, najlepiej po konsultacjach dyplomatycznych z Egiptem, przetransportowali całą pomoc przez jedno z przejść granicznych. Izrael nic by nie mógł zrobić – voila.

Alternatywa dla dostarczenia pomocy jest nieco gorsza, bo należałoby ją wypakować w izraelskim porcie Aszdod, gdzie zostałaby poddana kontroli i później przetransportowana do Strefy Gazy. Tutaj jednak można zrozumieć, iż ze względów prestiżowych na takie rozwiązanie Libijczycy nie chcą się zdecydować – wszakże nie utrzymują stosunków dyplomatycznych z Izraelem i delikatnie mówiąc, nie jest to ulubiony kraj tamtejszych władz. Jeżeli priorytetem byłoby dostarczenie pomocy to rozwiązanie “przez Egipt” jest najkorzystniejsze.

Na ostatniej pozycji w hierarchii celów wyznaczonych statkowi, jest dostarczenie pomocy. Kolejny transport ma przetestować Izrael, który z poprzednią “flotyllą wolności”, postąpił niewłaściwie, zabijając 9 członków załogi i zajmując konwój na wodach międzynarodowych, co było złamaniem zasad prawa międzynarodowego i było powszechnie krytykowane na całym świecie. Poruszałem ten temat w artykule “Izrael atakuje konwój z pomocą humanitarną – bez konsekwencji”. Nie zanosi się na to, by Izraelczycy popełnili ten sam błąd i zajęli statek poza swoimi wodami terytorialnymi. Jednocześnie wyraźnie demonstrują siłę i sugerują, iż “piłka może przejść, ale zawodnik nie” – tj. że statek nie zacumuje w Gazie. Libijczycy liczą się z tym, podobnie jak poprzednio Turcy – akcja jest przeprowadzana głownie w celach propagandowych. Atak na “flotylle wolności” spowodował kolejne ochłodzenie, mocno zmrożonych stosunków izraelsko-tureckich. Ankara zapowiedziała zerwanie stosunków dyplomatycznych, jeśli Izrael jej nie przeprosi i nie wypłaci odszkodowań. Premier Izraela odpowiedział jedynie, że mu przykro, ale żołnierze się bronili i o żadnych przeprosinach nie ma mowy. Tylko, czy Turcy naprawdę wierzyli, ze Izrael wpuści flotyllę do Gazy? Raczej nie – mogli co najwyżej nie spodziewać się zajęcia jej na wodach międzynarodowych.

Statek libijski sobie pływa, a za nim cztery okręty izraelskie – to próba nerwów. Podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych premier Netanjahu twierdził, iż istnieje szansa na rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego w przeciągu roku. Nie podzielając jego optymizmu (m.in.ciągle nierozstrzygnięta kwestia statusu Jerozolimy, granicy, osiedli izraelskich na Zachodnim |Brzegu Jordanu) albo cynizmu, trzeba dodać, iż kolejna wpadka Izraelczyków zgasiłaby i te oddalone światełko w tunelu. Paradoksalnie, to Libijczycy chcieliby zostać np. ostrzelani przez jednostki izraelskie, bo uzyskaliby propagandowe pociski globalnego rażenia, a Izraelczycy podejmą akcję dopiero wtedy, gdy statek będzie chciał sforsować blokadę, gdyż w przeciwnym wypadku popełniłby drugi raz ten sam błąd.

Transport pomocy humanitarnej to element rozgrywki politycznej, a nie chęć pomocy biednym Palestyńczykom, którzy rzeczywiście żyją w przerażających warunkach, za co przecież również odpowiedzialny jest Izrael. Po prostu syn Kadafiego, zapewne za wiedzą ojca, bawi się w politykę.

“TAK” dla rotmistrza Pileckiego

Brak komentarzy
źródło: polandpolska.org

źródło: polandpolska.org

Po ponad roku na forum Parlamentu Europejskiego wraca temat uczynienia z Witolda Pileckiego patrona Europejskiego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Zabiega o to Fundacja Paradis Judaeorum, która jednocześnie prowadzi akcję społeczną “Przypomnijmy o Rotmistrzu” (”Let’s Reminisce About Witold Pilecki”). Obie sprawy pilotowane są przez pana Michała Tyrpę, którego determinacja jest godna podziwu. Pan Michał niczym “Terminator” ostrzeliwuje wszystkie urzędy, biurokratów, eurokratów oraz polityków – za amunicję służą mu pisma. Relację zdaje na swoim blogu.

Należy rozróżnić jednak dwie rzeczy – samo ustanowienie dnia oraz wybór patrona. W oczywisty sposób bez jednego, nie będzie drugiego. Sprawa rotmistrza jest w tym momencie zawieszona (tj. nie została ostatnio rozpatrzona przez Konferencję Przewodniczących), a o wydanie opinii w tej sprawie poproszona została Komisja Europejska. Z polskiej strony, popiera go większość naszych polityków, w tym przewodniczący PE Jerzy Buzek. Matematyka w głosowaniach jest jednak nieubłagana, zatem bez zdobycia określonej liczby głosów, sprawy nie uda się wygrać. W praktyce – poparcie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów oraz Europejskiej Partii Ludowej nie daje większości. Trzeba przekonać inne frakcje, najlepiej Socjalistów i Demokratów lub liberałów z ALDE. Wszystkie szczegóły można przeczytać na linkowanych przeze mnie blogach.

Dlaczego jednak właśnie rotmistrzowi należy powiedzieć “TAK”? Podaję trzy główne argumenty.

1) bohater walki z totalitaryzmem

Rotmistrz Witold Pilecki aktywnie walczył z nazistowskimi mordercami (nie potrafię znaleźć neutralnego określenia – myślę, że takich nie ma) w Auschwitz-Birkenau, sercu zbrodni reżimu Adolfa Hitlera. Pracował dla Polskiego Państwa Podziemnego, werbował, wysyłał informacje o ludobójstwie mającym miejsce w obozie, zdobywał informacje oraz napisał “Raport Witolda”, który opisywał te wszystkie przerażające przeżycia. Sam rotmistrz kilkukrotnie cudem uniknął śmierci, a w obozie zagłady znalazł się na własne życzenie, chcąc zweryfikować informacje na jego temat. Zapraszam do tekstu, bo żadne moje słowa nie oddadzą tego, co robił Witold Pilecki w Auschiwtz-Birkenau. Długie, więc warto rozłożyć sobie na kilka części, ale warto. Co najważniejsze -to nie jest żadna fikcja ani film z serii o Jamesie Bondzie, a raport państwowca. Nawiasem mówiąc, historia na film jest to również doskonała i gdybym był reżyserem, podjąłbym działania zmierzające do powstania takiej produkcji.

2) ofiara walki z totalitaryzmem

To, czego nie zrobili Niemcy w obozie zagłady, udało się zrobić komunistom, którzy zabili go w swój ulubiony sposób – strzałem w tył głowy. Rotmistrz przed śmiercią był torturowany. Oczywiście, rezolutne władze robiły wszystko, aby o Pileckim zapomniano. Do dziś widać to w podręcznikach do historii, gdzie o rotmistrzu nie odnalazłem żadnych informacji, a kilka z nich przekopałem, bo byłem finalistą Olimpiady Historycznej, ze specjalizacją XX wiek.

3) odczucie na własnej skórze dwóch totalitaryzmów

Jako patron Europejskiego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem Witold Pilecki nadaje się nie tylko ze względu na swoje bohaterstwo, ale również zasięg jego działalności. Rotmistrz miał styczność zarówno z nazistowskim ludobójstwem, jak również został ofiarą drugiego z totalitaryzmów, komunizmu, zamordowany przez Polaków, ale jeszcze, gdy “Slońce Narodów” Józef Stalin miewał się zupełnie nieźle.  Styczność z dwoma totalitaryzmami robi z niego najlepszego kandydata na patrona w/w dnia.

Popierając akcje “Przypomnijmy o Rotmistrzu” chciałbym jednak zgłosić jedno zastrzeżenie. Z mojego punktu widzenia dużo ważniejsze jest, aby przetrwała pamięć o Witoldzie Pileckim. Europejskie święto to naturalnie dobry pomysł, ale jakie w praktyce znaczenia mają owe dni w naszym życiu oraz kto o nich pamięta? Rozumiem, ze byłby to dobry punkt wyjściowy np. do obchodzenia rocznicy śmierci rotmistrza i szerzenia wiedzy o nim, jednak prawdopodobnie zgodziłbym się zrezygnować z tego, gdyby “Raport Witolda” stał się obowiązkową lekturą szkolną i to najlepiej nie tylko w Polsce.

Panie Michale, powodzenia!

Irański poker: sankcje nie rozwiązują problemu

1 komentarz

źródło: topnews.in

Nałożone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ sankcje to jedynie listek figowy, bo nie przenoszą one nawet o milimetr punktu równowagi. To nadal rozgrywka pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską, a Iranem, chronionym przez Rosję i Chiny. Sankcje są zbyt słabe, by powstrzymać Iran przed wybudowaniem bomby atomowej oraz jednocześnie zbyt mocne, by je zignorować. Tym razem bowiem nie skończyło się jedynie na potępieniu, a rezolucja zakłada m.in. inspekcję statków płynących do Iranu,  rozszerzenie “czarnej listy” firm irańskich o kolejne, mające związki z Radą Strażników Rewolucji, a także zakaz sprzedaży ciężkiego uzbrojenia do Iranu. Nie są to nadzwyczaj ostre środki, aczkolwiek Teheran powinien je odczuć. W poprzednim tekście na temat Iranu (“Irański poker: kto i o co gra?”) opisywałem interesy poszczególnych państw, teraz przyszedł czas na  przeanalizowanie sytuacji, jaka powstała w wyniku nałożenia sankcji.

Problemy z treścią rezolucji
Od początku w sprawie Iranu ścierały się dwa stanowiska – “amerykańsko-europejskie”, które zakładało jak najsurowsze potraktowanie Teheranu, co miałoby zmusić władze irańskie do rozmów, oraz “chińsko-rosyjskie”, które pomimo wielu różnic, sprowadza się do wspólnego mianownika – jest nim łagodzenie na drodze negocjacji charakteru sankcji. Wydanie rezolucji przeciwko Iranowi było zwłaszcza dla Amerykanów sprawą honoru, bo wraz z początkiem roku minęło ultimatum, jakie Waszyngton postawił Iranowi w sprawie jego programu atomowego. Teheran ultimatum amerykańskie zignorował, czego logiczną konsekwencją powinna być kolejna runda sankcji. Amerykanie grali więc o swoją twarz.

Próbowano również, w różnej konfiguracji, rozmawiać z Iranem. W rozmowach brali udział m.in. Amerykanie, Rosjanie i Francuzi. W pewnym momencie doszło nawet do parafowania umowy dotyczącej wzbogacania uranu. Jej efektem byłoby przejęcie uranu i przesłanie Iranowi gotowego paliwa do reaktora. Brzmiało to nieźle – Iran dostaje paliwo, a państwa biorące udział w rozmowach przejmują tyle uranu, że daje im to pewność, iż z pozostałej części, ajatollahowie bomby nie wyprodukują. Teheran, robiąc przy okazji dużo szumu, najpierw próbował zmienić warunki umowy, a gdy to się nie udało, zrezygnował z jej podpisania.

Wspominam o tym nie przez przypadek, bo Brazylia i Turcja porozumiały się z Iranem w/s przejęcia 1200 kg uranu i wymianie go na paliwo do reaktora w Teheranie. Zaproponowany przez te państwa plan nie zyskał jednak aprobaty Zachodu i nie zapobiegł nałożeniu sankcji. W odpowiedzi, Brazylia i Turcja głosowały przeciwko uchwaleniu rezolucji, a z samego porozumienie nic nie wyjdzie, jeśli nie dogada się Iran z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, a na to się w tej chwili nie zanosi. Ciekawostką jest fakt, iż Liban wstrzymał się od głosu, prawdopodobnie ze względu na wpływy Hezbollahu, który posiada tam “państwo w państwie”.

Ostatecznie 9 czerwca doszło do uchwalenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, nakładającej sankcje na Iran.

Jest cios, nie ma nokautu
Barack Obama podkreślał, iż nałożone sankcje są “najostrzejsze w historii”. Ma rację pod tym względem, iż są to pierwsze sankcje, które w poważniejszy sposób dotykają Iran (a to już czwarta rezolucja!), jednakże Teheran mocno trzyma się na nogach, a Mahmud Ahmadineżad dyplomatycznie stwierdził, iż jego kraj “gwiżdże na sankcje” i będzie prowadzić swój program atomowy nadal. Nie jest przy tym gołosłowny, bo Iran nadal wzbogaca uran do 20%, ostatnio tworząc w tym celu kolejny zakład, który próbowano ukryć przez ONZ.

Zaraz po uchwaleniu rezolucji Stany Zjednoczone i Unia Europejska nałożyły własne sankcje. Daleko jednak Iranowi do przerażenia. O ile np. skuteczne zmuszenie koncernów do zaprzestania kontaktów z Teheranem, na pewno wpłynie negatywnie na irańską gospodarkę, jednak Persowie sobie poradzą, płacąc więcej komuś innemu – np. Chińczykom czy Rosjanom. Wyżej wymienione sankcje byłyby skuteczne, gdyby UE i Stany Zjednoczone były głównymi partnerami handlowymi, a tak przecież nie jest. Jeśli chodzi o eksport (dane CIA Factbook) to pierwsze trzy miejsca zajmują Chiny, Japonia i Indie. Lepiej – z punktu widzenia sankcji nałożonych przez UE – wygląda to z irańskim importem, bo trzecie miejsce, po Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Chinach, z 9% udziałem zajmują Niemcy, a niewiele dalej znajdują się Włosi i Francuzi. Warto też przypomnieć, ze na takich sankcjach np. dotyczących transportu czy bankowości, nie traci tylko Iran, ale także przedsiębiorca, świadczący poprzednio określone usługi. Amerykanie, wobec braku oficjalnych kontaktów gospodarczych, zastosowali nieco inną taktykę – gnębią firmy współpracujące z Iranem proponując im, że albo będą się bawić z nimi, albo z Teheranem. Jednocześnie uderzają w firmy powiązane z Radą Strażników Rewolucji, którzy poza władzą, kochają również pieniądze.

Sama rezolucja została napisana w wygodny dla każdej strony sposób – ktoś, kto będzie chciał działać przeciwko Iranowi, odnajdzie w niej podstawę prawną, a ktoś, komu jest to obojętne – pozostanie bierny. Nawet złamanie rezolucji ONZ nie będzie czymś niebezpiecznym, bo mało prawdopodobne będzie uchwalenie kary, gdyż wymagałoby kolejnych negocjacji i rezolucji RB ONZ. Doskonałą wykładnię prawną pokazali Rosjanie, którzy w przeciągu kilku dni najpierw ogłosili, iż rezolucja nie oznacza fiaska realizacji kontraktu na dostawę do Iranu systemu S-300, by następnie zmienić zdanie i stwierdzić coś całkowicie odmiennego. Nie ulega wątpliwości, że jeżeli narodowy interes Chin i Rosji będzie ważniejszy, państwa te również będą gwizdać na sankcje.

Brak progresu
Optymistycznie na temat rezolucji wyrażał się “The Economist” słusznie zaznaczając, iż wywrze ona nacisk na Iran i jest najlepszym obecnie rozwiązaniem. Konstatacja jest jednak realistyczna – niezależnie od wartości rezolucji, przed zdobyciem bomby przez Iran świata nie uchroni.

Wątpliwe również, by Iran przejął się oburzeniem światowej opinii, której stanowisko zostało wyrażone w rezolucji. Irańczycy odczują sankcje, jednak są one zbyt mało dotkliwe, by spowodować zmianę ich stanowiska. Mają one jeszcze jedną wadę – irańskie władze mogą doskonale je wykorzystać w ramach swojej polityki wewnętrznej. Irańska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie, a sam system gospodarczy jest niezwykle nieudolny, czego skutkiem jest wysoka inflacja, bezrobocie i absolutny brak perspektyw dla młodych ludzi, stanowiących większość w tym kraju. Sytuacja się nie poprawi, ale władzom łatwiej będzie wskazać “winnego”.

Nowy prezydent, te same wyzwania w polityce zagranicznej

Brak komentarzy
źrodło: wiadomosci.gazeta.pl

źrodło: wiadomosci.gazeta.pl

Prezydentem został Bronisław Komorowski i teraz władze nie unikną pełnego rozliczenia, skończą się wymówki, a miejmy nadzieję, zacznie czas pracy. Zobaczmy, jakie przykładowe wyzwania stoją w zakresie polityki zagranicznej przed prezydentem i rządem

1) Do zmiany pozostało bardzo wiele, bo Polska potrzebuje reform, niekiedy bolesnych. To, co nas interesuje w sferze polityki zagranicznej, to nasza Prezydencja 2011. Do jej sprawowania należy się przygotować i im lepsza współpraca rządu z prezydentem tym lepiej. Polsce musi zależeć na tym, aby nasze półroczne przewodnictwo zostawiło po sobie trwały ślad, chociażby poprzez rozwinięcie czegoś, co niektórzy próbują nazywać “unijną polityka wschodnią”. Jej ujednolicenie, wraz z rozwinięciem definicji zapisanej w Traktacie Lizbońskim “solidarności energetycznej”, to dwa przykładowe cele dla naszej dyplomacji.

2) Rząd z prezydentem rozliczyć również będzie można z obietnicy wycofania naszych żołnierzy z Afganistanu. Ten temat słusznie podczas debaty podnosił redaktor Jarosław Gugała – Polacy nic nie otrzymali w zamian za udział w misji, a decyzję o ich wysłaniu jeszcze niedawno, bo w zeszłym roku, odejmowali wspólnie premier Tusk z prezydentem Kaczyńskim. Miłe słowa od Hillary Clinton, kolejne obietnice dotyczące tarczy antyrakietowej, która w zamyśle ma bronić amerykańskie interesy, czy też rotacyjne (żeby nie powiedzieć wakacyjne) stacjonowanie systemu Patriot w wersji szkoleniowej, raczej 9—letniego pobytu naszych żołnierzy na wojnie nie spłaci. Skoro mamy dopłacać do tego interesu, to a korzyści gospodarcze zgarniać Rosjanie z Chińczykami, to niech nasi chłopcy wracają do domu.

3) Prezydent Komorowski będzie na pewno zapamiętany z powodu swojej fatalnej wypowiedzi na temat gazu łupkowego, ale należy wyrazić nadzieje, iż Amerykanie nadal będą prowadzili badania, odwierty, a w przyszłości – jeśli rachunek ekonomiczny pozwoli – zaczną wydobywać gaz w Polsce. Rząd polski podchodzi do tego z umiarkowanym optymizmem, co należy cenić, aczkolwiek na temat gazu łupkowego mówiła przy okazji ostatniej wizyty i spotkania z ministrem Sikorskim, sekretarz Clinton. Amerykanie nie lekceważą tego tematu – nie zróbmy tego też my.

4) Tusk z Komorowskim będą również musieli prowadzić aktywną politykę wobec Rosji i wykorzystać szanse, jaka dała tragedia smoleńska. To, iż z łatwiej będzie teraz rozmawiać o wspólnej historii, a atmosfera spotkań powinna być przyjaźniejsza, nie oznacza darmowych ustępstw ze strony Moskwy. Z Rosjanami będzie rozmawiało Sie równie trudno, jak dotychczas, z tą różnica, że na premiera i prezydenta wszyscy będą patrzeć ze zdwojoną uwagą. Przemiana dobrej atmosfery w konkretne, korzystne dla Polski porozumienia, będzie zadaniem niezwykle trudnym,  z którego rządzący Polską tandem będzie, nawet wbrew swojej woli, rozliczany. Bilans otwarcia wygląda następująco: z jednej strony niezłe stosunki polityczne, czego doskonałym przykładem są obchody rocznicy Dnia Zwycięstwa, gdzie Komorowski otrzymał odpowiednie miejsce, a polscy żołnierze biorący udział w defiladzie, zostali docenieni, ale z drugiej, powstający gazociąg North Stream, niekorzystna umowa na dostawy gazu (chociaż alternatywnie palić moglibyśmy chyba jedynie miłością) oraz rozbieżne interesy na Ukrainie i Białorusi

5) Właśnie wyżej wspomniana Ukraina. Co prawda Wiktor Janukowycz jest konsekwentnie przedstawiany jako chłopiec na posyłki, względnie dostawca mleka, prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina, ale Kijów wcale nie zamierza uzależniać się od Rosji. Podpisano umowę na przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie – stało się to obiektem powszechnej krytyki. W zamian Ukraina otrzymała olbrzymi rabat na gaz (ok. 2 mld dolarów rocznie), a więc jest to jedna z najdrożej opłacanych baz wojskowych świata (pod warunkiem, iż Rosjanie ponownie nie zwiększą ceny gazu). Jednocześnie nowy prezydent nie dał Rosjanom niczego, czego nie posiadali dotychczas, a także przy każdej możliwej okazji powtarza, iż jego celem jest przystąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej. Zadaniem polskich władz powinno być ocieplenie stosunków polsko-ukraińskich i wspieranie aspiracji Kijowa, bo jeżeli chcemy osłabić wpływy rosyjskie, to musimy przede wszystkim związać w większym stopniu gospodarkę ukraińską z gospodarką europejską, a najlepszym sposobem na to będzie integracja europejska. Ukraina widzi to nieco inaczej i chce czerpać z dwóch źródeł, jednak na pewno pewien stały poziom stosunków ukraińsko-rosyjskich zostanie utrzymany. Im bliżej ich charakter będzie zbliżony do biznesowego, a nie politycznego, tym lepiej.

Jest o czym rozmawiać i na jakich polach wykazywać się aktywnością. Przecież nie wspomniałem jeszcze o innych aspektach polityki zagranicznej UE, naszym udziale w NATO, a także o Białorusi i Gruzji, gdzie również mamy swoje interesy. Good luck Panowie!

P.S. Teraz znajduje się w Berlinie, skąd wszystkich serdecznie pozdrawiam. Przepraszam za brak aktualizacji, ale mam problemy sieciowo-sprzatowo-logistyczne i odwlekam w czasie m.in publikację dotyczącą sankcji nałożonych na Iran. Jak zwykle zapraszam wszystkich na profil “Kącika Dyplomatycznego” n Facebooku, gdzie przeczytać moszna polecane przeze mnie materiały, zobaczyć wybrane newsy, jak również samemu polecić coś od siebie (artykuł, wideo itd), do czego serdecznie zachęcam! ;)