Patryk Gorgol

O Białorusi bez Białorusi?

Brak komentarzy

źródło: fakty.interia.pl

W kampaniach prezydenckich zazwyczaj najważniejsze są różne kwestie, które maja jeden wspólny mianownik – dotyczą spraw wewnętrznych państwa. W naszych realiach oznacza to obiecywanie wielu profitów różnym grupom społecznym, nawet jeśli prezydent nie ma na to żadnego wpływu. Programów politycznych i tak nikt nie czyta, bo są nudne, niekonkretne, ale za to długie. Sprawy zagraniczne traktowane są jeszcze bardziej po macoszemu, bo z reguły słyszy się o „silnej Polsce w Europie”, „zdecydowanej polityki na Wschód” oraz „lepszym wykorzystaniu członkostwa w NATO/UE”. Te puste, niewiele znaczące frazesy, sprzedaje się następnie wyborcom.

Do tej pory było standardowo – hasła wyborcze odnosiły się przede wszystkim do wewnątrz, a te zewnętrzne, były tak skonstruowane, by zadowolić każdego, nawet najbardziej wybrednego wyborcę, którego wiedza o świecie jest odpowiada poziomowi 10-latka. Kandydaci dodali po kwiatku od siebie – Bronisław Komorowski „postanowił” wyprowadzić Polskę z NATO, zamiast z Afganistanu, a Jarosław Kaczyński zapowiadał, że mamy szansę zostać będziemy drugą Norwegią. Do tej pory krajami, którymi miała się stać Polska, szybko wpadały w kryzys (Japonia, Irlandia), także w Oslo panuje przerażenie.

Po debacie Kaczyński-Komorowski przebiły się jednak dwa tematy – jeden to bomba odpalona przez Kaczyńskiego (rozmowa o Białorusi bez Białorusi), a drugi przez Komorowskiego (Kaczyński teoretyzujący na temat Wspólnej Polityki Rolnej i „armii europejskiej”). W tej notce krótko skomentuję sprawę białoruską.

Czy można rozmawiać o Białorusi bezpośrednio z Moskwą, tak jak chce tego prezes PiSu? Przypomnijmy, iż historycznie, po wojnie polsko-bolszewickiej doszło do podziału pomiędzy nami, a Rosjanami, ziem zamieszkałych przez Ukraińców i Białorusinów na podstawie pokoju ryskiego. Skojarzenie jak najbardziej fatalne.

Drugim pytaniem pozostaje, czy Białoruś jest uzależniona od Rosji? Nie ulega wątpliwości, iż wpływ Rosji na Białoruś jest olbrzymi – wynika on fatalnego położenia gospodarczego tego państwa, zwłaszcza wobec Moskwy, a także izolacja naszego sąsiada. Nie zanosi się jednak ani na inkorporację tego państwa – Łukaszenka trzyma państwo twardą ręką i Mińsk prowadzi politykę zagraniczną w sposób autonomiczny, nie oddalając się za daleko od Rosji. Niekiedy dochodzi nawet do konfliktów np. gazowych. Rosjanie mogą zwasalizować Białoruś i traktować jak młodszego brata, ale nie mogą tego kraju zupełnie ignorować, dopóki będzie to państwo tranzytowe. Jeżeli więc mówimy o prowadzeniu polityki wobec Białorusi, to lepiej mówić o konsultowaniu i współdziałaniu z Moskwą w ramach dyplomacji wielostronnej, aniżeli ustalaniem czegoś nad białoruskimi głowami.

Problem w tym, że Moskwa nie ma na Białorusi z Polską zbieżnych interesów, a Polska nie ma wystarczającej siły, by wpływać na sprawy tego państwa i by być dla Rosji partnerem do rozmowy. Sytuacja uległaby zmianie, gdyby Unia Europejska prowadziła bardziej zdecydowaną politykę, a słaba opozycja na Białorusi, popierana przez Warszawę, urosłaby w siłę i zdobyła poparcie społeczeństwa białoruskiego. Dopóki do tego nie dojdzie, nie ma o czym rozmawiać, ani z prezydentem Łukaszenką, ani z prezydentem Miedwiediewem. Gdyby jednak udało się pozyskać Rosjan, to pod takim wpływem Białoruś nie będzie w stanie się skutecznie bronić. W tym względzie prezes Kaczyński ma rację.

Marketingowo to jednak katastrofa. Zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy białoruskich władz muszą skrytykować taką postawę, gdyż świadczy ona o traktowaniu Białorusi jako przedmiotu targu, co jest politycznym samobójstwem, niezależnie od tego, o jakim kraju mówimy. Nawet Stany Zjednoczone nie mówią w ten sposób, chociaż wielokrotnie tak postępowali, chociażby w stosunki do Polski. Jak teraz mają się tłumaczyć białoruscy politycy, popierani przeciez aktywnie przez Polskę?

Rozmawiać z Rosją jak najbardziej należy, również o Białorusi, ale Białoruś sama musi chcieć się unowocześnić – bez tego nie dojdzie do żadnych zmian, a to wymaga stałego kontaktu nie tylko z opozycją tego państwa, ale również jego władzami. Tragedią byłoby też, gdyby Polska uzyskała opinię kraju, który chciałby prowadzić politykę odbierania podmiotowości.

Wyobraźmy sobie na przykład, jak dużo łatwiej byłoby uzasadnić Łukaszence wrogą politykę wobec Związku Polaków na Białorusi. Słowa są w dyplomacji czymś, z czym należy się liczyć, a z Rosją należy jak najbardziej rozmawiać, ale afiszowanie sie z tym to błąd. To co wolno powiedzieć dziennikarzowi, nie zawsze można politykowi, który jest kandydatem na prezydenta, bo te konkretne zdanie – nawet po części prawdziwe – bardziej oddala nas od zaplanowanego celu.

Odmowa wznowienia śledztwa katyńskiego – czy prokurator ma rację?

1 komentarz
źródło: dziennik.pl

źródło: dziennik.pl

Pomimo wyraźnej odwilży w stosunkach polsko-rosyjskich w tle nadal toczy się batalia o śledztwo katyńskie, prowadzona przez organizację Memoriał, oraz trwa postępowanie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, w którym krewni zamordowanych polskich oficerów skarżą Rosje za łamanie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co istotne, posiadając poparcie rządu RP. W tym tekście zajmę się uzasadnieniem  odmowy wznowienia śledztwa katyńskiego prowadzonego w Rosji, przedstawionym przez głównego prokuratora wojskowego, Siergieja Fridinskiego. Kwestię wniosku Polaków do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka poruszę przy innej okazji, chociaż trzeba podkreślić, iż oba te aspekty mają wiele wspólnego m.in. jeśli chodzi o argumenty rosyjskie.

„Niet!” dla odpowiedzialności prawnej
Rosyjska polityka wobec Katynia może być scharakteryzowana przy pomocy wyrazu „Niet!”. W 2004 roku umorzono trwające 14 lat śledztwo, a uzasadnienie dotyczące powodów takiej decyzji, utajniono e względu na „bezpieczeństwo narodowe Rosji”. Organizacja Memoriał oraz członkowie rodzin katyńskich przegrywali po kolei wszystkie sprawy, odwołania itd. Sądowa linia orzecznicza była, delikatniej rzecz ujmując, mało przyjazna dla „walczących o Katyń”. Doskonale współgrało to z politycznym stanowiskiem Federacji Rosyjskiej za prezydentury Władimira Putina. Przeciętnego Rosjanina „jakiś tam” Katyń zupełnie nie interesował, a Moskwa uznała, iż poprawianie stosunków z Polską nie jest im zupełnie potrzebne. W 2009 roku Kolegium Sędziów Wojskowego Sadu Najwyższego podtrzymał poprzednią decyzję moskiewskiego Okręgowego Sądu Wojskowego i uznał, iż zbrodnia katyńska była zbrodnią, a ta, zgodnie z radzieckim kodeksem karnym, który wtedy obowiązywał, przedawniła się.

Tymczasem jednak klimat zaczął się poprawiać, a sam temat Katynia ponownie stał się obiektem politycznych rozmów. Putin odwiedził Westerplatte, następnie miały miejsce wspólne polsko-rosyjskie uroczystości w lesie katyńskim. W rosyjskiej telewizji wyświetlono „Katyń” Andrzeja Wajdy, a występujący tam eksperci nie dumali już nad tym, czy polskich oficerów przypadkiem nie zamordowało Gestapo. Tragedia w Smoleńsku spowodowała zmianę w sposobie przedstawiania Katynia przez władze rosyjskie, ale przede wszystkim prawdy dowiedzieli się zwykli Rosjanie, bardzo współczujący Polakom.

Brutalnie mówiąc, rosyjski trójpodział polega na tym, iż istnieje władza wykonawcza,, ustawodawcza i sadownicza, ale w istocie są one wszystkie pod kontrolą prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina. Orzeczenia sądowe wynikają więc z polityki państwa. Zaledwie kilka dni po katastrofie smoleńskiej, rosyjski Sąd Najwyższy pozytywnie odniósł się do odwołania Memoriału w/s utajnienia uzasadnienia umorzenia śledztwa katyńskiego, zwracając je do rozpatrzenia do niższej izby. Mały sukces, ale czy przypadkowy? Rosjanie historycznie nie kryją prawdy, ale nie wyrażają ochoty do odpowiadania za nią prawnie, nawet gdy chodzi o tak oczywista kwestię, jak rehabilitację ofiar.

W piątek, 18 czerwca, rosyjska prokuratura wojskowa odmówiła wznowienia śledztwa w/s zamordowania polskich oficerów, a powody takiego postępowania wyjaśnił prokurator Fridinski. Należy podkreślić, iż samo uzasadnienie umorzenia nadal jest tajne (jego przedstawienia żąda też Europejski Trybunał Praw Człowieka – o tym jednak innym razem), tak więc odnoszę się do wypowiedzi Fridinskiego dla radia „Echo Moskwy”.

Przedawnienie?
Pierwszym i najczęściej podawanym przez Rosjan argumentem jest „przedawnienie zbrodni”. Rosjanie owszem, uznają, iż wydarzenia w lesie katyńskim były złamaniem prawa, ale kwalifikują ją jako zbrodnię, a zbrodnia ulega przedawnieniu i nie można jej ścigać. Powołują się przy tym na radziecki kodeks karny, który był właściwy dla przestępstw popełnionych w tamtym czasie.

„Sprawiedliwie” trzeba oddać, iż rzeczywiście, w tamtym czasie obowiązywał radziecki kodeks karny i – według niego – mielibyśmy do czynienia ze zbrodnią, która ulega przedawnieniu (np. w Polsce zabójstwo ulega przedawnieniu po 30 latach). Odmawia się więc kwalifikacji „zbrodni” jako ludobójstwa. Na pozór wygląda to nawet wiarygodnie – jest prawo, zostało złamane, ale przedawniło się. To jednak całkowite zakłamywanie rzeczywistości.

Trybunał Norymberski i Trybunał Tokijski skazywały zbrodniarzy i Rosjanie nie mieli nic przeciwko, na podstawie prawa naturalnego i w oparciu o Pakt Kelloga-Brianda. Przyjmując dzisiejszy rosyjski punkt widzenia, nie można było tego robić, gdyż żadne z sądzonych, ani sądzących państw nie znało pojęcia „zbrodni przeciwko ludzkości”, „zbrodni wojennych”, ani „zbrodni przeciwko pokojowi”, także za co ich sądzić? Argumenty obrońców nazistowskich były więc słuszne? Przecież pakt Kelloga-Brianda nie zawierał w sobie żadnej sankcji za jego złamanie. Radzieckie postępowanie z przeszłości, a Rosja jest spadkobiercą prawnym ZSRR, dowodzi, iż można pociągnąć kogoś do odpowiedzialności, wychylając się poza radziecki kodeks karny. Nawiasem mówiąc, fakt przemilczenia radzieckich zbrodni popełnionych w czasie wojny pokazuje nie tylko, że zwycięzców się nie sądzi, ale też to, że prawo stosuje się niezwykle wybiórczo.

Najważniejsza jest jednak kwalifikacja prawna czynu. Brak upublicznienia uzasadnienia umorzenia śledztwa powoduje, iż nie znamy w tej kwestii argumentów rosyjskich. Związek Radziecki ratyfikował Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa w 1954 roku. Postanowienia konwencji dotyczą również współczesnej Rosji.

W przypadku zakwalifikowania zbrodni katyńskiej jako ludobójstwo, nie ulegałaby ona przedawnieniu. Rosjanie nie mają jednak dowolności w interpretacji, co jest ludobójstwem, a co nie…

Artykuł 19(4) rosyjskiej konstytucji
„powszechnie uznane zasady i normy prawa międzynarodowego oraz umowy międzynarodowe obowiązujące Federację Rosyjską stanowią część jej systemu prawnego. Jeżeli umowa międzynarodowa zawarta przez Federację Rosyjską ustanawia inne normy niż określone w ustawach, normy zawarte w umowie międzynarodowej mają pierwszeństwo”.

Wynika z tego, iż częścią rosyjskiego są nie tylko powszechnie obowiązujące normy prawa międzynarodowego (w tym zakaz popełniania ludobójstwa!), ale również zawarte przez nią umowy międzynarodowe, które dodatkowo mają, w razie kolizji, pierwszeństwo przed ustawami. Tak też jest w przypadku Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa

Artykuł II.
W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:
a) zabójstwo członków grupy,
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy. „

Czy zabójstwo tysięcy Polaków, bez wyroku sądowego ani zapewnienia dostępu do rzetelnej procedury sądowej, było dokonane w zamiarze zniszczenia części grupy narodowej? Odpowiedź jest oczywista – tak, zbrodnia katyńska to jak najbardziej ludobójstwo, również w myśl prawa rosyjskiego. Dlatego tak istotne jest, by dotrzeć do uzasadnienia umorzenia śledztwa, w którym Rosjanie zapewnie próbują udowodnić, że białe jest czarne, a czarne jest białe.

Prywatny mord?
Prokurator Fridinski twierdzi również, iż zbrodnia nie została popełniona w imieniu państwa i zamordowanych jeńców nie można uznać za ofiary represji politycznych. Nieprawdopodobny argument, iż Stalin, Beria i całe Biuro Polityczne partii nie działali w imieniu państwa. Oczywiście, można dowodzić, że kompetencje nie te, a także, że je przekroczono, jednakże w oczywisty sposób, zamordowano Polaków w imieniu państwa sowieckiego, a decyzję taka podjął Józef Stalin, niekwestionowany przywódca i dyktator. W państwie totalitarnym decyzje podejmowano w taki sposób oraz na jego rachunek. Wykonawcy z NKWD również nie działali w imieniu państwa?

Możemy jednak przyjąć „intelektualną” zabawę zaproponowaną przez pana prokuratora. Uznajmy, iż Stalin, Beria, Woroszyłow, Mołotow, Mikojan, Kaganowicz oraz Kalinin, a z drugiej strony, funkcjonariusze NKWD, działali prywatnie, ze zwykłej nienawiści do Polaków. Uznając zbrodnię katyńską za ludobójstwo, nie ma to żadnego znaczenia, gdyż a w/w konwencja za ludobójstwo uznaje również czyny dokonane przez osoby prywatne.

Rosjanie obawiają się, iż przyjęcie odpowiedzialności prawnej za Katyń, oznaczałoby kolejne, olbrzymie problemy. Stąd takie konsekwentne stanowisko. Polacy, uzyskując np. odszkodowanie od państwa rosyjskiego, tworzą niesamowity precedens. Jego efektem mogłyby być działania prawne przeciwko Rosji podjęte przez niemal połowę Europy, zgłaszane przez rodziny zamordowanych, samych deportowanych, wykorzystywanych, więzionych itd., w tym przez Rosjan. Perspektywa taka jest oczywiście mało prawdopodobna, ale Moskwa woli dmuchać na zimne, bo Związek Radziecki skrzywdził miliony osób. Obecne rosyjskie władze nie czują się za to odpowiedzialne, przynajmniej w kwestiach prawnych. Na razie Rosja broni się przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka przed polskimi wnioskami i jednocześnie wewnątrz swojego kraju blokuje rozwój sprawy.

Niewątpliwie potrzebne byłyby polsko-rosyjskie ustalenia, które z jednej strony, zadośćuczyniłyby rodzinom, zrehabilitowały ich krewnych, a z drugiej, nie stwarzało zagrożenia dla państwa rosyjskiego. To problem polityczny, więc powinna istnieć szansa na jego rozwiązanie.

Irański poker – kto i o co gra?

1 komentarz
źródło: alinpoker.pl

źródło: alinpoker.pl

Spór wokół irańskiego programu atomowego media przedstawiają w koncepcji czarno-białej. Zły, zacofany reżim, rządzony przez despotę (Ahmadineżad) nad którym stoi schorowany wariat (Chamanei) dąży do uzyskania śmiercionośnej broni masowego rażenia, by dokończyć dzieła holocaustu, zbombardować amerykańskie bazy n Bliskim Wschodzie, a na końcu – zaatakować Europę. Przeciwstawić temu zagrożeniu stara się grupa odpowiedzialnych państw – w skrócie, Stany Zjednoczone + Unia Europejska, które powstrzymują jednocześnie Izrael od ataku powietrznego na Iran. W charakterze wiecznie niezadowolonych dam zostały obsadzone Rosja z Chinami.

Taki uproszczony obraz z łatwością trafia do ludzi, a w serwisie Onetu czy WP dobrze sprzedają się tytuły w stylu „Iran gotowy do ataku na Europę”. Jak to mawia jeden z polityków – „ciemny lud to kupi”.

Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej złożona i rozbija się o rywalizację o pozycję na Bliskim Wschodzie, jeśli nie na świecie, jak w przypadku Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Rosji i Chin.

Najwięcej do zyskania w całej grze ma Iran. Jeżeli wybuduje broń atomową, zniweluje przewagę strategiczną Izraela oraz zostanie najpotężniejszym graczem w skłóconym świecie muzułmańskim, kosztem m.in. Egiptu i Królestwa Arabii Saudyjskiej, czyli naturalnych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Już teraz Irańczycy starają się przedstawiać jako obrońcy sprawy palestyńskiej, forując przy tym Hamas. Tak silny Iran byłby skuteczniejszy w mieszaniu w sprawach wewnętrznych Arabii Saudyjskiej i Iraku, a może nawet Afganistanu. Nawet jakby Teheran nie chciał wyprodukować broni atomowej, to – przynajmniej na razie – w jego interesie jest sprawianie wrazenia, jakby “coś bylo na rzeczy”. Wzrost potęgi politycznej Iranu zupełnie nie jest na rękę Amerykanom, a szczególnie Izraelowi, który ze swojego monopolu atomowego zrobił kluczowe, choć ciche, narzędzie polityki bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie. Amerykanie znaleźliby się w defensywie, podobnie jak zaraz po II wojnie światowej Brytyjczycy. Jakby tego było mało, Iran to ogromne zasoby surowców mineralnych, które przecież zawsze można by zagospodarować inaczej…

Jak zatem widać, najwięcej do stracenia mają Amerykanie i Izrael. Stany Zjednoczone walczą o swoją (i izraelską) pozycję w regionie. Dla Izraela Iran silny, ofensywny i z autorytetem oznacza kolejne problemy w Palestynie i potencjalne – ze strony Syrii, Libanu, a może nawet Egiptu. „Syjonistyczny reżim” traci monopol i o ile ajatollahowie wiedzą, iż samobójstwem byłoby atakowanie przy pomocy broni atomowej Izraela, o tyle łatwo wyobrazić sobie spadek respektu dla potęgi militarnej „małego szatana”. Gra z dwóch stron jest warta świeczki Izrael i Stany Zjednoczone nie stają przed zagrożeniem militarnym – jak głosi oficjalna wersja – ale politycznym. Dlatego Izrael jest zdolny zrobić wszystko i zaryzykować, byle utrzymać swoją przewagę.

Jeszcze inaczej sprawę widzi Unia Europejska, zwłaszcza Niemcy i Francja. Unia Europejska dąży do stabilizacji sytuacji w tamtym regionie i słusznie kalkuluje, iż irańska broń atomowa z jednej strony, a z drugiej, izraelski atak lotniczy, mogłyby otworzyć puszkę Pandory, co byłoby niekorzystne dla interesów UE (w tym Niemiec i Francji) w tamtym regionie. Poza tym Unii Europejskiej zależy na tym, by odgrywać istotną rolę na arenie międzynarodowej, jako podmiot kształtujący stosunki międzynarodowe. Stąd otwarta krytyka poczynań izraelskich (blokada Strefy Gazy) oraz intensywne działania w sprawie Iranu. Doskonale to widać na podstawie ostatniej decyzji o nałożeniu dodatkowych sankcji. UE potrzebuje też Iranu, chociażby ze względu na wspomniane wcześniej zasoby surowcowe oraz potencjał gospodarczy, ale zbyt silny i atomowy Iran nie jest czymś, czego europejscy przywódcy życzyli sobie w pierwszej kolejności. Na razie relacje handlowe są na tyle nieistotne, iż nałożenie sankcji Europę nie zaboli.

Ciekawą partię rozgrywają Rosjanie. Z jednej strony głośno deklarują, iż Iran powinien się wytłumaczyć ze swoich działań i nie ma prawa do posiadania broni atomowej, a z drugiej dostarczają Teheranowi niezbędnych technologii m.in. do budowy reaktora atomowego oraz chronią przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Rosjanie sprytnie wykorzystują też kwestie niezrealizowanie kontraktu na dostawę systemu S-300, co jakiś czas stwierdzając, że jest to niemożliwe (jak teraz), a innym, że dlaczego mieliby nie zrealizować legalnej, podpisanej zgodnie z prawem, umowy? Moskwa uważa Iran za przeciwwagę dla interesów amerykańskich na Bliskim Wschodzie i interesującego sojusznika. Wzrost jego znaczenia należy jednak zdecydowanie kontrolować tak, by nie stał się samodzielnym mocarstwem, zdolnym do działania bez oglądania się na Rosję. Kreml nie życzyłby sobie na pewno, by Iran żył zbyt blisko z Unią Europejską, gdyż np. wciągnięcie Persów do projektu Nabucco byłoby dla Gazpromu niemiłym, zimnym prysznicem. Normalizacja stosunków między UE/Stanami Zjednoczonymi, a Iranem nie jest w interesie Moskwy i dlatego Rosja będzie się starała trzymać ich od siebie jak najdalej, a do tego świetnie nadaje się spór polityczny.

Najlogiczniejsi są Chińczycy, dla których biznes to biznes. Po pierwsze, oznacza to chęć stabilizacji sytuacji w regionie tak, by różne niepokoje nie wpływały negatywnie na chiński handel, a po drugie, ochronę Iranu przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa, ze względu na fakt, iż Persowie są drugim co do wielkości źródłem gazu i ropy dla Chin (15% konsumpcji). Pekin sam sobie w stopę strzelać nie będzie i nie zgodzi się na żadne mocniejsze akcje wobec Iranu, dopóki nie zostaną zagwarantowane jego warte miliardy dolarów interesy. Chińczycy twierdzą zatem, iż będą namawiać do stosowania wszystkich dostępnych pokojowych metod rozwiązywania sporu, dopóki tylko będzie istniała chociażby „1-procentowa szansa” na powodzenie takich działań. Nie chcieliby przecież – cytując Stefana „Siarę” Starzewskiego z „Killerów-2” – „urwać kurze złote jaja”.

Każdy z głównych uczestników rozgrywki wokół Iranu ma wyraźnie zaznaczone interesy i cele, do których dąży, instrumentalnie traktując przy tym interesy społeczności międzynarodowej. Nie ma w tym przypadku ani dobrych, ani złych, a wszystkie te podmioty – może ze wyjątkiem Unii Europejskiej – nie zawahają się złamać prawa międzynarodowego, jeśli jego interesy będą tego wymagały. Partia Pokera trwa dalej…

W następnym tekście poruszę kwestie ostatnich sankcji RB ONZ wobec Iranu, a także tych nałożonych indywidualnie przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską.

Więcej na podobny temat:
- Bliski Wschód – fakty i mity
- Zlecenie na Iran – jak to się robi w Onecie?

Bateria rakiet Patriot a sprawa polska

Brak komentarzy
źródło: gazetaprawna.pl

źródło: gazetaprawna.pl

Bateria Patriot znajduje się już w Morągu. Przypomnijmy, iż będzie przebywać tam rotacyjnie do 2012 roku, a następnie ma znajdować się w tej miejscowości na stale. Samo rozmieszczenie tego systemu spowodowało kilka nieprzyjemnych wypowiedzi ze strony rosyjskich dyplomatów – w tym ministra spraw zagranicznych, Siergieja Ławrowa, przedstawiciela Rosji w NATO, Dmitrija Rogozina. Uważają oni, iż Patrioty są skierowane przeciwko Moskwie i mogą spowodować ochłodzenie, niedawno poprawionych, stosunków polsko-rosyjskich. Zupełnie tak, jakby instalacji Patriotów nie planowano już od kilku lat, na długo przed tragedią smoleńską…

Bateria przeciwko Iranowi?
Jeden z lepszych żartów mówi o tym, iż system Patriot ma bronić Polskę przed Iranem. Problemów jest przy tym kilka. Najważniejszy z nich brzmi, po co Iran miałby atakować Polskę i czym miałby to robić? System Patriot zestrzeliwuje pociski krótkiego i średniego zasięgu, helikoptery, samoloty i wszystko co się porusza w powietrzu. Aby zaatakować Polskę, Irańczycy musieliby się rozstawić ze swoim sprzętem w jakimś kraju, na przykład w Rosji… Irańczycy uderzyć mogliby w nas pociskiem dalekiego zasięgu, przeciwko którym Patriot nie został ustawiony. Aktualnie nie posiadają takowego, a celność dotychczaswoych pozwala przypuszczać, że celując w Warszawę, trafiliby w Płock. Sprzeczność stacjonowania systemu z deklarowanym, chociaż coraz rzadziej, celem jest oczywista.

Inną istotną kwestia jest rozmieszczenie tych rakiet w Morągu. Chcąc bronić się przed nieistniejącym zagrożeniem z Iranu, najlepiej byłoby umieścić system w południowo-wschodniej części Polski. To trochę jak z :”chińskimi ochotnikami” w czasie wojny w Korei. Tez znaleźli się na rzece Jalu zupełnie przez przypadek

Cios w stosunki polsko-rosyjskie?
Reakcja rosyjska jest wyreżyserowana i najlepiej nie zwracać na nią uwagi. Moskwie udało się przekonać Amerykanów z rezygnacji z pierwotnego projektu tarczy antyrakietowej i powinni w tej sprawie milczeć, ale kto im zabroni zgłaszanie obiekcji? W przyszłości mogą spróbować coś na tym ugrać, wykorzystać chociażby jako argument, gdyby zaszła konieczność zmiany decyzji i dostarczenia Iranowi systemu przeciwlotniczego S-300, który niewątpliwie utrudniłby ewentualny atak z powietrza na ten kraj.

System Patriot został ujęty w polsko-amerykańskiej umowie z sierpnia 2008 roku, która można przeczytać w każdym momencie w Internecie. Niewątpliwie w tej lub innej formie, zrobili to tez Rosjanie, więc stacjonowanie systemu nie powinno nikogo dziwić, a mieszanie do tego tragedii smoleńskiej jest totalnym nieporozumieniem Są to dwie niezależne od siebie rzeczy. Rosjanie w międzyczasie organizowali z Białorusinami manewry wojskowe, podczas których ćwiczono operacje przeciwko Polsce.

Rosjanom nie podoba się, iż Polacy będą zapoznawać się z najnowszymi technologiami, a także zdają sobie sprawę, iż elementy tarczy antyrakietowej w końcu mogą znaleźć się na naszym terytorium. Nasi sąsiedzi uznali widocznie, że im głośniej będą teraz krzyczeć, tym większa będzie ich siła w rozmowach, w których, nawiasem mówiąc jesteśmy raczej przedmiotem, aniżeli podmiotem.

Stosunki polsko-rosyjskie będą rozwijały się niezależnie od stacjonowania Patriotów. Powstałą obecnie szanse na normalizację należy wykorzystać, ale nie kosztem niepotrzebnych ustępstw.

Patrioty zagrożeniem dla Rosji?
Rosjanom nie podoba się, iż ktoś zakłada im na granicy nieprzyjazne instalacje wojskowe, ale tak samo trudno, by Warszawie podobały się manewry wojskowe, czy groźby instalacji Iskanderów w ramach rewanżu. Przypomnijmy, iż Rosjanie, w razie umieszczenia w Polsce elementów tarczy antyrakietowej, mieli umieścić w Obwodzie Kaliningradzkim wycelowane w Polskę rakiety typu Iskander. Po amerykańskiej zmianie planów dot. tarczy, Rosjanie zaniechali tego pomysłu. Polska ma jeszcze jeden argument – w zasadzie nie da się udowodnić tezy, iż Patrioty mają cel inny niż defensywny.

Obawy rosyjskie dotyczą więc pewnej zasady – posuwania się Amerykanów i NATO na wschód, a nie samego zagrożenie militarnego, które jest nikłe.

Warto odnotować, iż bateria stacjonująca w Morągu znajduje się tam w celach szkoleniowych, rotacyjnie (o czym już wspomniałem), a przede wszystkim – jest jedna. Oznacza to, iż bronić może obszaru o wielkości dzielnicy Warszawy (optymiści uważają, iż wielkości powiatu). Co za tym idzie, nasze możliwości obronne zwiększyły się w niemal niezauważalny sposób, aczkolwiek obeznawanie się z najnowszymi technologiami jest jak najbardziej w naszym interesie.

Jedna bateria Patriot nie stanowiłaby dla Rosjan militarnej przeszkody. Skoro postanowiliby zaatakować Polskę, pomimo stacjonowania amerykańskich wojsk i naszej obecności w NATO. Naturalnie, to political fiction, chociaż nie dużo większy niż tłumaczenie instalacji zagrożeniem irańskim czy północnokoreańskim.

Czyja to bateria?
Najlepsze na koniec. Bateria Patriot w Morągu to instalacja amerykańska i nie mam na myśli tutaj kraju pochodzenia producenta. Patriot jest amerykańskim systemem, obsługiwanym przez amerykańskich żołnierzy na polskiej ziemi. Minister Sikorski podkreślał, że będzie to element polskiej obrony, aczkolwiek łatwo można wykalkulować, czyjego interesu będą bronić amerykańscy żołnierze w razie bezpośrdniego zagrożenia i kolizji – polskiego czy amerykańskiego? Trzeba jednak przyznać, iż sama obecność amerykańskich wojsk byłaby dla potencjalnego agresora – którego w tej chwili brakuje na horyzoncie – odstraszająca.

Jeśli Polska chce system podobnego rodzaju, musi zapłacić setki milionów, jak nie kilka miliardów, dolarów, podobnie jak na przykład Japończycy. W normalnej procedurze, oznacza to konieczność zaplanowania takiego wydatku w budżecie Ministerstwa Obrony Narodowej (a jak jest z budżetem w tym resorcie w czasach kryzysu, wszyscy wiemy) i nie wiadomo, czy Polskę na chwilę obecną stać na taki wydatek.

Podziękujmy Gazpromowi!

1 komentarz

Rosyjska firma Gazprom troszczy się o środowisko naturalne w Polsce. Zauważa, iż wydobycie polskiego gazu łupkowego będzie nie tylko nieopłacalne, ale przed wszystkim może zagrażać ekosystemowi. Nikogo nie powinna dziwić ta troskliwość, wszakże Gazprom to światowy lider w proekologicznyh rozwiązaniach, bo jak wiemy – w Rosji na środowisku i zdrowiu ludzkim oszczędza się w ostatniej kolejności, a Czarnobyl to był 1986 rok i są to tereny obecnej Ukrainy. Ktoś słyszał o protestach ekoterrorystów w Rosji? Śmieszne czy nie, ale w kraju, gdzie korupcja jest niemal wpisana w kodeks postępowania administracyjnego, zawodowi ekolodzy nie prowadzą tak szeroko zakrojonych akcji jak w Unii Europejskiej. Widać nie jest to potrzebne, bo o stan środowiska naturalnego troszczy się samo państwo, które nie tylko chce uratować rosyjską przyrodę, ale również tę należącą do innych, zaprzyjaźnionych.

Gazpromowi należy również podziękować za stypendia dla polskich doktorantów, którzy teraz – wiedząc przez kogo są sponsorowani – z dumą mogli pracować nad rozwojem stosunków polsko-rosyjskich. Tutaj jednak należy być uczciwym – identycznie postępują państwa zachodnie (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja). Wygląda na to, że znowu staliśmy się interesujący z punktu widzenia rosyjskiej polityki, ale tym razem istnieje szansa, byśmy byli traktowani jako podmiot stosunków międzynarodowych.

W jednym zdaniu. Gaz łupkowy jednak kogoś w Rosji poruszył, skoro Gazprom tak zaktywizował swoją działalność. Rosyjski koncern wychodzi z założenia, iż lepiej dmuchać na zimne, dlatego monitoruje sytuację. Gdyby projekt „gaz łupkowy” w Polsce powiódł się, Polska uniezależniłaby się od dostaw rosyjskich. W tym momencie jednak to Gazprom rozdaje karty i Polacy nie posiadają innego źródła.

I to tyle w dzisiejszym, krótkim wpisie. Już niebawem skończy się sesja i powrócę do normalnej aktywności. Tymczasem idę spać, by powitać nowy dzień, z nowym kodeksem do nauczenia.

Izrael atakuje konwój z pomocą humanitarną – bez konsekwencji

6 komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

O piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii mówiło się w kontekście udziału we wszelkich dużych turniejach – grają jak nigdy, przegrywają jak zawsze. W przypadku izraelskiego przejęcia statku, można powiedzieć, że grają jak zawsze i nie przegrywają nigdy.

Nosi wilk razy kilka…

Oficjalnie w wyniku izraelskiej interwencji śmierć poniosło 9 osób. Czy jednak Izraelowi grożą jakiekolwiek konsekwencje? Jest to co najmniej wątpliwe. Omawiany wilk morski nie zostanie „poniesiony”. Niezależnie od tego, co powie prezydent Obama, Stany Zjednoczone nie pozwolą, by Izraelowi spadł włos z głowy. Tym samym jedyne niebezpieczeństwo, jakie grozi ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych, to potępienia, zalecenia itd., wyrażone w rezolucji. Oczywiście, można mówić, iż „świat potępia izraelską akcję”, ale to tylko słowa, które Izrael z konsekwencją ignoruje. Rada Bezpieczeństwa (patrz weto amerykańskie) nie nałoży żadnych sankcji, Unia Europejska nie uderzy w gospodarkę izraelską, a Amerykanie nie zmienią polityki wobec swojego mniejszego brata z Bliskiego Wschodu. Doskonale obrazuje to przyjęcie rezolucji o potępieniu przez Radę Praw Człowieka ONZ izraelskiej akcji.

Potępiono izraelską akcję, w wyniku której zranione i zabite zostały „osoby cywilne” oraz wezwano do zakończenia blokady Strefy Gazy. Przeciwko rezolucji głosowali Amerykanie, co pokazuje, w jaki sposób podchodzą do sprawy. Formalnie mamy zatem głośną i wyraźną krytykę poczynań Izraela, a materialnie – skończy się tylko na słowach.

Teoretycznie Turcja mogłaby zgłosić sprawę do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, ale tutaj drugą stroną jest Izrael, który nie uznaje jurysdykcji MTS-u – jest zobowiązany uznawać wyroki wg art. 94 Karty Narodów Zjednocoznych, ale zapowiada, że nie będzie tego robić. Poza tym to państwa decydują, jakie sprawy może rozstrzygać Trybunał. Wątpliwe również, by jakiekolwiek umowy izraelsko-tureckie określały stosowną drogę postępowania w tej sytuacji – np. arbitraż. Nie należy również przypuszczać, by Izraelowi cokolwiek groziło ze strony Trybunału Prawa Morza.

Izraela nie spotkają zatem żadne poważne, przykre konsekwencje prawne. Gwarantuje mu to ochrona ze strony Stanów Zjednoczonych. Niewątpliwie jednak atak na konwój będzie miał wpływ na pogorszenie, już fatalnych, stosunków izraelsko-tureckich oraz potwierdzi politykę Unii Europejskiej, która ustami Catherine Ashton, konsekwentnie krytykuje postawę Izraela. W samym Knessecie wybuchła awantura.

Dziwny konwój

Z tym konwojem nie wszystko było jednak w porządku. Trudno uznać za coś innego niż prowokację, obranie kursu na wybrzeża Strefy Gazy nawet jako statki transportujące pomoc humanitarną dla Palestyńczyków, bez porozumienia się w tej sprawie z Izraelem. Państwo żydowskie nie zna się na żartach, jeśli chodzi o kwestie, które uważa za priorytetowe dla swojego bezpieczeństwa narodowego.

Wysyłający powinni zadbać, by po pierwsze, dogadać się z Izraelem, a po drugie, by nie było żadnej wątpliwości, co do przewożonego transportu. Nie był on również organizowany ani przez ONZ, ani Międzynarodowy Czerwony Krzyż, a sytuację podkręcała obecność kilkuset propalestyńskich (zatem antyizraelskich) aktywistów. W dodatku Izrael od początku deklarował, iż nie wpuści transportu. Nieszczęście gotowe.

Po zachowaniu aktywistów zresztą widać, iż przewidywali możliwe pojawienie się Izraelczyków i byli gotowi do walki. Ich pokojowe nastawienie widać na tych filmikach.

Oczywiście, aby oddać sprawiedliwość, należy uzupełnić, iż filmików, na których komandosi zabijają ludzi, nie opublikowano.

“”Wykonaliście misję i zapobiegliście temu, by flota dotarła do Gazy. Musimy zawsze pamiętać, że nie jesteśmy Ameryką Północną czy Zachodnią Europą – żyjemy na Bliskim Wschodzie, miejscu, gdzie nie ma miłosierdzia dla słabych i nie ma drugiej szansy dla tych, którzy nie umieją się bronić. Walczyliście o własne życie – widziałem to, słyszałem od waszych dowódców” – powiedział Ehud Barak, Minister Obrony Narodowej Izraela, z umiarkowanej – jak mozna by sądzić – Partii Pracy.

Zatrzymanie konwoju, a prawo międzynarodowe

Cała operacja miała miejsce poza izraelskimi wodami terytorialnymi. Obowiązywało więc jedna z wolności morskich – prawo do żeglugi. Izrael w tym miejscu nie dysponował zwierzchnictwem terytorialnym i statków nie miał prawa zatrzymać oraz przejąć. Istnieją trzy ograniczenia zasady wolności żeglugi na pełnym morzu.

Pierwszym z nich jest powszechne represjonowanie piractwa, ale nawet gdyby być wygimnastykowanym jak chińscy nastoletni gimnastycy w czasie Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, nie da się wpasować działań konwoju do definicji piractwa.

Drugim jest prawo pościgu. Statek musiałby naruszyć izraelskie prawo w miejscu, gdzie państwo żydowskie posiada zwierzchnictwo terytorialne albo prawa związane z istnieniem wyłącznej strefy ekonomicznej, rybołówstwa lub szelfu kontynentalnego. To również należy z góry odrzucić, bo statki płynęły przecież na pełnym morzu i nie były wcześniej na obszarze obowiązywania izraelskiego zwierzchnictwa terytorialnego.

Trzecim jest prawo do wizyty, co jest możliwe w przypadku istnienia uzasadnionych podejrzeń, iż statek: zajmuje się piractwem, handlem niewolników, nadaje nielegalne audycje, nie posiada przynależności państwowej albo posługuje się fałszywa banderą, a jego przynależność państwowa jest identyczna, jak państwa wizytującego. Żadnego z tych przypadków nie da się przypisać do sytuacji statków płynących do Strefy Gazy. Izrael nie dysponował prawem wizyty, a tym bardziej nie mógłby się bronić, iż z niego korzystał, potem został zaatakowany, a następnie to już tylko samoobrona. Niegdyś słyszałem o takiej praktyce dresiarzy w Warszawie. Wysyłają do swojej ofiary małego chłopca, on „prosi” o oddanie telefonów i zbędnych kosztowności, po odesłaniu go z kwitkiem, sami wkraczają do akcji i organizują samopomoc, a później, w razie czego, tłumaczą, iż bronili słabszego i młodszego. Urocze.

Jeżeli byłaby to izraelska strefa ekonomiczna (ale tak nie wynika z relacji prasowych, a prawodawstwa wewnętrznego Izraela nie znam) to Izrael mógłby zareagować, gdyby doszło do naruszenia praw związanych z eksploatacją zasobów znajdujących się w niej. Pod słowem „reakcja” nie kryje się jednak desant na jednostkę i jej całkowite przejęcie, bo to tak, jakbyśmy karali karą pozbawienia wolności za śmiecenie czy przeklinanie.

Dlatego właśnie błędem Izraela była akcja kilkadziesiąt mil od brzegu. Inna byłaby interpretacja, gdyby do całej akcji doszło na wodach terytorialnych lub w strefie przyległej. W tym momencie wchodzimy już na obszary, gdzie obowiązuje prawo państwa nadbrzeżnego, tj. Izraela.

Okupacja Strefy Gazy?

W kilku zdaniach należy również wyjaśnić inne pojawiające się wątpliwości – po pierwsze, nie istnieje coś takiego jak wody terytorialne Strefy Gazy. Strefa Gazy nie jest państwem, więc nie może mieć wód terytorialnych. Nie usprawiedliwia to jednak działań Izraela, które doprowadziły do katastrofy humanitarnej i blokada narusza prawa człowieka. O ile można zrozumieć obawy izraelskie dotyczące transportu broni, o tyle trzeba pamiętać, iż w Strefie Gazy żyją przede wszystkim ludzie, a wśród nich dopiero, terroryści.

Po drugie, sama „okupacja” Strefy Gazy często nazywana jest nielegalną. Ocena blokady nie budzi wątpliwości, bo uderza w prawa człowieka, o tyle tutaj sytuacja jest bardziej złożona. Izrael zajął Strefę Gazy w 1967 roku i dokonał aneksji tego terytorium. Prawo międzynarodowe nie uznaje aneksji za legalny sposób nabycie terytorium, także wszystko byłoby oczywiste, gdyby nie fakt, iż podpisano pokój z Egiptem i można argumentować (może słusznie, może nie), iż Egipt zaakceptował w ten sposób zmianę statusu terytorium i doszło na tej drodze do cesji. Gdyby uznać taki stan rzeczy, izraelskie zwierzchnictwo terytorialne nad Strefą Gazy byłoby legalne.

Można dużo jeszcze pisać o prawie, ale fakty są takie, iż wszystkie strony konfliktu prawem międzynarodowym posługują się wybiórczo, w zależności od sytuacji. Cóż są warte normy prawne, w momencie, gdy nikt ich nie przestrzega, a jedynym obowiązującym jest prawo, owszem, ale silniejszego? Organizatorzy „flotylli wolności” wiedzieli, iż płyną prosto w mur, a Izrael postanowił mieć tam prawo morza, gdzie miał mieć paragrafy komisarz Ryba w „Killerze”.