Patryk Gorgol

Izraelska “interwencja humanitarna”

Brak komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

“Twój dzień, Twoja woda’ – głosiło kiedyś hasło reklamowe jednego z napojów. Podobny slogan przyświecał zarówno twórcom pomysłu “przełamania” blokady z pomocą dla Strefy Gazy, jak i Izraelczykom, którzy ów samoistny konwój postanowili zatrzymać z charakterystycznym dla siebie rozmachem.

“Złaoał Kozak Tatarzyna…”
Konwój z pomocą humanitarną płynął z wód cypryjskich, prowadzono był przez jednostkę turecką i miał na pokładzie 10 ton różnego rodzaju materiałów. Zapomniano tylko o jednym – zgodzie Izraela. Izraelczycy od razu zapowiedzieli, iż ewentualny transport zablokują, bo utrzymują blokadę Strefę Gazy.

Działa ona w taki sposób, iż Izrael blokuje transport morski (jak widać na załączonym obrazku), lądowy (pilnuje granic) i powietrzny. Prowadzi skrupulatne kontrole dostarczanej pomocy i jednocześnie dba, by nie było jej zbyt dużo. Palestyńczycy z Gazy ratują się przy pomocy tuneli wykopanych pod granicą z Egiptem. Transportowane jest tamtędy wszystko, od samochodów, urządzenia budowlane, po viagrę, żywność i broń. Złote lata mogą skończyć się już niebawem, jeśli powstanie budowany przez Egipcjan “podziemny mur” (pisałem o nim tutaj). Hamas nawet zaprzestał/ograniczył ostrzeliwanie Izraela, gdyż powoduje to bombardowanie podziemnych tuneli. Strefa Gazy blokowana jest od 3 lat. Izrael tłumaczy, iż to represja wobec Hamasu, a Hamas utrzymuje się u władzy, bez problemu wykorzystując nastroje antyizraelskie.

W wyniku akcji izraelskich komandosów śmierć poniosło kilkanaście osób. Czy jednak wina Izraela jest tak oczywista, jakby się to mogło wydawać?

Nie ulega wątpliwości, iz Izrael wiedział o transporcie. Pewne jest, iż nie musiał decydować się na operacje komandosów. Wystarczyło nie przepuścić statków (zgodnie z zapowiedzią), utrzymać blokadę i byłoby po kłopocie. To znaczy, podniosłoby się larum, że Izraelczycy nie przepuścili samozwańczego konwoju z pomocą humanitarną, ale Jerozolima mogłaby odpowiedzieć, iż określiła, na jakich warunkach przepuści transport (uprzednia konfiskata i sprawdzenie transportu), poza tym, to jej wody terytorialne, a polityka izraelska w tym zakresie to żadna nowość. Netanjahu dodałby, to co teraz, czyli o prawdziwych lub też nie, związkach ludzi z konwoju z terrorystami z Hamasu oraz że Izrael nie może pozwolić na to, by transportowano nieznane mu towary, – potencjalnie np. broń. Palestyńczycy, Turcy i ich przyjaciele pokrzyczeliby, ale nic wielkiego by tego nie wynikło. Konwój zostałby zawrócony.

Teraz juz tak łatwo nie będzie. Catherine Ashton zażądała “międzynarodowego śledztwa” (na które przecież Izrael prawdopodobnie się nie zgodzi), śmierć poniosła określona liczba osób, która zginąć wcale nie musiała, a Izrael tym razem “delikatnie” się pospieszył. Błyskawicznie pojawią się kolejne oświadczenia potępiające to wydarzenie. Nikt poważnie tez nie będzie traktował sugestii, iż zabito terrorystów lub osoby z nimi powiązane.

Zauważyć jednak trzeba, iż sposób wysyłania “humanitarnego konwoju” budzi poważne wątpliwości. Po pierwsze, obecność jednostki tureckiej raczej świadczy o tym, iż była to – cytując klasyka – “akcja zorganizowana”. Taktyka prosta – konwój płynie, Izrael go zawraca, podnosi się międzynarodowy krzyk o zawróceniu konwoju, a Turcy mówią o kolejnym ciosie w niegdyś tak wspaniałe stosunki izraelsko-tureckie. Teraz to dopiero będzie zadyma, bo sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ankara już mówi o wydarzeniu, które będzie miało “niewyobrażalne skutki” dla wzajemnych stosunków. Pachnie prowokacją.

Warto tez zaznaczyć, iż nie trzeba mieć trzycyfrowego IQ, ażeby zrozumieć, że Izrael priorytetowo traktuje kwestie swojego bezpieczeństwa, co znaczy, że ten konwój miał w założeniu nie dotrzeć do celu. Z punktu widzenia interesów Izraela przepuszczenie konwoju z “nieznaną zawartością” byłoby totalną kompromitacją. Blokada była dla wszystkich oczywista i jeśli ktoś uważał, że ją ominie lub wystarczy jednostki izraelskiego marynarki wojennej informacją, iż to konwój z pomocą humanitarną, to powinien uczyć dzieci tabliczki mnożenia, a nie zajmować się konfliktem bliskowschodnim. Obecna polityka izraelska wobec Strefy Gazy i postępowanie tamże Hamasu doprowadziło do sytuacji katastrofy humanitarnej.

Jednym zdaniem – to była planowana prowokacja, która wymknęła się spod kontroli. Organizatorzy nie przewidzieli skutków, a Izraelczycy przesadzili, nawet jak na swoje standardy.

Co teraz? To co zwykle…
Reakcje na wydarzenie nie są w żaden sposób zdumiewające. Netanjahu wyraził ubolewanie z powodu całego zajścia, być może Izrael przyjmie na siebie jakąś odpowiedzialność finansową. Turcy konsekwentnie dążą do ochłodzenia stosunków z Izraelem, kosztem wzmacniania kontaktów z Iranem. Mahmud Abbas potępia atak i ogłasza trzydniową żałobę narodową, a Hamas – jak niemal co dzień – wzywa do walki z “małym szatanem”. Syria chce zwołać nadzwyczajny szczyt Ligi Państwa Arabskich.

Prawdopodobnie również Barack Obama niedługo wypowie się o całej sytuacji i skrytykuje operację izraelskich komandosów, co jednak – poza sferą werbalną – nie zakończy się żadnymi konkretami. Światowa “opinia publiczna” i tak o samym Izraelu ma fatalne zdanie, od czasów interwencji w Strefie Gazy. Nie oczekiwałbym, że Izrael poniesie jakiekolwiek konsekwencje.

Kolejny szalony dzień minął na Bliskim Wschodzie…

Generał Błasik w kabinie pilotów, a naciski – morze malkontentów

10 komentarzy

Według różnych informacji w kabinie Tu-154 przed katastrofą miał znajdować się ówczesny dowódca sił powietrznych, generał Błasik. Od razu rozpoczęło się, z jednej strony sugerowanie, iż wojskowy mógł naciskać na pilotów, a z drugiej strony wykluczanie takiej możliwości. Polskie piekiełko, gdzie o racji nie decydują argumenty, a emocje, które nam przyświecają.

Wyjaśnijmy zatem kilka rzeczy. Tym razem w punktach.

1) Fakt, iż generał Błasik przyszedł do kabiny nie świadczy ani o tym, iż doszło do nacisków, ani również nie wyklucza tej tezy. Wszystko stanie się oczywiste po odsłuchaniu i zbadaniu sprawy przez polską komisje. To, iż nagrania mają zostać zbadane przez psychologów pod kątem stopnia zdenerwowania pilotów, jest czymś naturalnym i niespotykane byłoby, gdybyśmy z tego zrezygnowali. Dowodzenie, że zaangażowanie w całą operację psychologów ma na celu udowodnienie tezy, że miały miejsce naciski jest potężnym nadużyciem. Psycholodzy równie dobrze mogą to wykluczyć, a w dodatku doskonale pokazuje to filozofię pt. “zbadajmy sprawę i szukajmy spisku, ale presji nie było na pewno i trzeba to wykluczyć”. Brak konsekwencji się kłania, a wpis na ocenę bdb. z tego przedmiotu mógłby dać legendarny Kali.

2) Można oczywiście twierdzić, iż mogło dojść do wywierania presji, nawet nieświadomie przez obecność generała czy pamięć o historii z Tblisi, ale również – bez wnikliwej analizy zawartości czarnych skrzynek, na “chłopski rozum”, to mija się z celem. W zasadzie oczywiste jest, iż profesjonaliści takiej ewentualnej presji nie powinni się poddać, niezależnie od okoliczności. Na razie brakuje jakichkolwiek dowodów, że taki fakt miał miejsce.Nie ulega wątpliwości, iż rozstrzygające w tej kwestii będzie odczytanie rozmów z kabiny pilotów. Generał mógł równie dobrze rozmawiać z nimi o różnych, przyziemnych sprawach, związanych z uroczystością, sytuacją w wojsku, ich służbą itd.

3) Polska powinna jak najszybciej doprowadzić do ujawnienia zawartości czarnych skrzynek. W tym przypadku spełnia się- w mojej ocenie – warunek konwencji chicagowskiej, iż trzymanie tegoż tajemnicy powoduje dużo większe, negatywne skutki, aniżeli ich ujawnienie. Rosjanie nie powinni oponować.

4) Nadal potężne wątpliwości budzi zastosowanie konwencji chicagowskiej, niewątpliwie jednak przejęcie badania – w przypadku postawienia takiego wniosku – byłoby bardzo mało prawdopodobne, bo Rosjanie zgadzając się na takie rozwiązanie, wyzbyliby się części swojej suwerenności, gdy sytuacja ich do tego nie zmuszała. Nie można wykluczyć kompromisu, tj. zastosowanie konwencji chicagowskiej w zamian za niepodejmowanie przez Polskę próby przejęcia badania (i tak skazanej na porażkę). Tym samym zapewniono wspólną kontrolę nad śledztwem, która uniemożliwia wszelkie fałszerstwa (co nie oznacza możliwości wystąpienia np. odmiennej oceny faktów). W każdym razie stawianie tych pytań ma sens, bo rząd powinien to ludziom tłumaczyć, o ile nie próbuje się wywołać przy okazji awantury politycznej.

5) To urocze, w jaki sposób Edmund Klich, polski przedstawiciel w komisji badającej przyczyny katastrofy, z bohatera stał się złoczyńcą. Gdy postawił się Rosjanom, mówił o problemach ze współpracą, był wspaniałym urzędnikiem, patriotą, a gdy z nimi współpracuje, jest kolejnym uczestnikiem spisku. Niebywałe.

6) Zacytujmy Zbigniewa Brzezińskiego z wywiadu dla “Rzeczpospolitej”:

Spora część Polaków nie ufa jednak Rosjanom i w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu domaga się międzynarodowego śledztwa, obawiając się, że władze w Moskwie mogą zataić niektóre istotne informacje. Pan się z nimi zgadza?

Nie zgadzam się, chociaż mogę zrozumieć, skąd biorą się ich obawy. Tego rodzaju podejście opiera się na przekonaniu, że w ten czy inny sposób rząd Rzeczypospolitej Polskiej będzie współpracować z Rosjanami w ukryciu prawdy. Wykluczam taką możliwość i uważam ją za nierealistyczną, nieuzasadnioną i właściwie obraźliwą dla całego społeczeństwa polskiego.

D-o-k-ł-a-d-n-i-e.

Rosjanie owszem, mogą np. inaczej oceniać rolę wieży kontrolnej. Pewna ostrożność w stosunku do Moskwy nie zaszkodzi, ale otwarta nieufność i oficjalne oskarżenia – bez dowodów – nastawiłyby nas na śmieszność, doprowadziłoby do zmarnotrawienia całego zdobytego kapitału w stosunkach polsko-rosyjskich, a ponadto podkopało zaufanie do Polaków, jako poważnego partnera.

Zbigniew Brzeziński trafia w sedno mówiąc, iż twierdzenie, że polskiemu rządowi mogłoby zależeć na ukryciu prawdy jest obrazą dla większości polskiego społeczeństwa. Emocje niektórych poszły już za daleko i według nich Polską rządzi namiestnik Władimira Putina. Dla nich, im gorsze stosunki z Rosją, tym lepiej. Łatwiej burzyć niż budować.

Wiele osób rządzących i będących w opozycji, straciło w czasie tej katastrofy swoich przyjaciół. I oni mieliby chcieć ukryć prawdę? Sam Jarosław Kaczyński również nie wierzy w spisek, czego dowodem jest jego przesłanie do narodu rosyjskiego (szkoda, że wysłane w rosyjski długi weekend), które należy ocenić bardzo pozytywnie. Dlaczego jego zwolennicy, piszący u mnie na blogu, że trzeba “brać kałachy i głosować na Jarka” nie pójdą drogą wytyczoną przez prezesa?

P.S. Informacje medialne, jakoby Łomianki były/zostaną zalane, są “nieco” przesadzone. Wydaje mi się, iż wiem, co mówię, bo mieszkam jakieś 1000 metrów od Wisły. Jakoś dziwnie się składa, że rzeczywistość faktyczna, a rzeczywistość medialna, znacząco się od siebie różnią.

Steinbach poza radą fundacji. Pyrrusowe zwycięstwo?

1 komentarz
źródło: gazetaprawna.pl

źródło: gazetaprawna.pl

Niemiecki Bundestag uchwalił nowelizację ustawy dotyczącej stworzenia muzeum wypędzonych. Zarządzać nim ma rada fundacji “Wypędzenie. Ucieczka. Pojednanie”.  Tym samym – przynajmniej w oczach rządzącej koalicji (CDU/CSU-FDP) sprawa muzeum została zamknięta i przystąpić można do budowania.

Pierwsze problemy – na ratunek SPD?
Polacy od początku niechętnie patrzyli się na tę koncepcję. Obawiali się, że owe “centrum wypędzeń” nie będzie obiektywnie przedstawiać historii – przeglądający zdjęcia, filmy, eksponaty etc, dowie się, że po II wojnie Niemcy byli wypędzeni, ale już opowieści Polaków, Ukraińców czy innych narodów uszczęśliwionych w ten sposób przez ZSRR lub narzucone przez niego satelickie władze, nie usłyszy. Rząd Donalda Tuska wycofał swój opór w myśli “to sprawa Niemiec, zobaczmy, jak bardzo są dojrzali”. Po tym geście można było oczekiwać, iż w zamian do organu zarządzającego, który pilotuje ten projekt, nie wejdą osoby Polsce nieprzychylne.

Rzeczywistość jak zwykle odbiegała od wymarzonego rozwiązania. Pierwotnie rada miała składać się z 13 członków, z czego 3 z nich miało reprezentować niemiecki Związek Wypędzonych. Politycy chadecji nie od dziś przecież wiedzą, że około 2 milionów głosów piechotą nie chodzi, a Steinbach jest przecież posłanką CDU. Władze Związku Wypędzonych postąpiły tak jakby zrobił każdy realista. Zastosowały zasadę “brać i nie kwitować”, miejsca w zarządzie wzięły, ale bez szczególnych zobowiązań. Po chwili ogłoszono, że niby dlaczego Erika Steinbach miałaby nie wchodzić do fundacji?

Dopiero wtedy do gry wkroczyli Polacy, zdecydowanie zareagował Władysław Bartoszewski, a Warszawa z dużą niechęcią odnosiła się do osoby Eriki Steinbach. Trudno, byśmy mieli zaufanie do kogoś, dla kogo kilkanaście lat wcześniej nie do zaakceptowania była granica na Odrze i Nysie Łużyckiej. W mediach również nie pisze się zbyt często o tym, iż część członków Związku to byli naziści, którzy teraz próbują występować w roli poszkodowanych. Jeden z byłych przywódców Związku Wypędzonych miał w młodości – wg “Der Spiegela” ciekawe hobby. Lubił chodzić na różne zgromadzenia (np. pucz monachijski) oraz sędziować. Niestety nie sędziował meczów piłkarskich, a Polaków będących pod niemiecką okupacją. Wyjątkowa hipokryzja być odpowiedzialnym za śmierć ludzi, a teraz powoływać się na prawa człowieka. Tak się szczęśliwie składa, iż zawsze koalicjant CDU/CSU staje po stronie polskiej. Idealnym tego przykładem jest wywiad z Markusem Meckelem (SPD) z zeszłego roku. Erika Steinbach, chociaż została nominowana, do rady fundacji nie weszła ze względu na postawę SPD. Związek Wypędzonych musiał pogodzić się z tą decyzją, ale ogłosił, iż ostentacyjnie nie zgłasza trzeciego członka rady.

Związek Wypędzonych słusznie argumentował, iż skoro ma delegować przedstawicieli, to ma prawo wybierać, kto nim będzie. W tym miejscu objawia się wspomniana zasada “brać i nie kwitować”. Niemiecki rząd sam wpakował się w ten dół. Z jednej strony znajdują się postulaty Związku Wypędzonych, wpływowej posłanki oraz znajomej – chociażby właśnie z partii – Angeli Merkel, Eriki Steinbach, a z drugiej, opór Polaków. Posłanka CDU (i jej związek) momentalnie zaczęli mówić, iż sprzeciwianie się autonomicznemu prawu BdV do decyzji jest antydemokratyczne, autorytarne, a Polacy nie powinni mieszać się do tej kwestii. Cóż, kolejny raz zastosowanie miała zasada, iż dać komuś palec, będzie chciał całej ręki.

Wydawało się, iż w ramach koalicji CDU/CSU-SPD udało się dojść do porozumienia i Erika Steinbach nie tylko nie wejdzie do rady fundacji, ale jej prestiż polityczny opadnie, jak Mariusz Pudzianowski w II rundzie walki z Tonym Sylvą.. Wszakże koalicja ma większość i przegłosować może wszystko, co chce, o ile jest to zgodne z konstytucją Republiki Federalnej Niemiec. Sama Steinbach znalazła się w nieciekawej sytuacji.

Steinbach wraca do gry
W międzyczasie w Niemczech odbyły się wybory, wygrane przez CDU/CSU. Zawiązano nową koalicję – CDU/CSU-FDP. Nie trzeba być geniuszem, żeby odkryć, iż poza rządem znalazła się SPD, zatem po pierwsze, nowy partner, liberałowie, ma zdecydowanie słabszą pozycję w rządzie, niż socjaldemokraci, a po drugie, na znaczeniu traci opór SPD wobec Eriki Steinbach.

Lider FDP owszem, mówił, iż jest z druhami Polakami, rozumie ich sprzeciw, ale jednocześnie zgodził się na uchwalony kompromis – do rady fundacji nie wejdzie Erika Steinbach, ale liczba członków delegowanych przez Związek Wypędzonych zwiększy się z 3 do 6, przy zmianie liczby wszystkich osób wchodzących w jej skład, z 13 do 21. Każde dziecko – nawet te znające słabo matematykę  wie,- iż 3/13 to mniej niż 6/21. Polacy i FDP “odnieśli sukces” – Erika Steinbach będzie poza radą fundacji! Na marginesie, wyliczenie zwiększenia znaczenia Związku mogłoby być zadaniem na maturze z matematyki na poziomie podstawowym.

Sam sprzeciw wobec osoby Steinbach trzeba jak najbardziej zrozumieć – Polacy (a z nimi część niemieckich partii) mają prawo się domagać, by ta konkretna, niemiecka polityk nie wchodziła w skład rady fundacji, zwłaszcza, że do definicji wypędzonego wpasowują się też tzw. koloniści, którzy do Polski przybyli razem z Wehrmachtem, Luftwaffe (w którym służył ojciec Steinbach) i Gestapo, z hasłami Wodza na ustach.

Propozycja zgłoszona przez Erikę Steinbach, rezygnacji z ubiegania się do zasiadania do rady fundacji, w zamian za wzmocnienie pozycji Związku Wypędzonych można było wyśmiać. Nikt (w znaczeniu Bundestag) nie zamierzał jej zatwierdzać, a jej propozycja “kompromisu” wydawała się łabędzim śpiewem.

Tymczasem po zmianie koalicji doszło do zawarcia kompromisu, który wzmacnia pozycję Związku Wypędzonych. Momentalnie Erika Steinbach stała się tryumfatorem. Co z tego, iż do rady fundacji nie wejdzie Steinbach, skoro będzie w niej zasiadać 6 osób, prominentnych działaczy BdV, o identycznych poglądach, którzy niewątpliwie będą słuchać rad posłanki CDU, w liczbie większej niż ustanowiono w poprzedniej wersji ustawy?

Związek uzyskał trwałe profity, w zamian za rezygnację z czegoś tymczasowego. Dlaczego bowiem nie mógłby on za kilka lat ogłosić, iż ponownie wystawia Erikę Steinbach? Czemu pani Erika miałaby za jakiś czas nie zmienić zdania? Ponadto, Bundestag będzie wybierał do rady metodą en bloc, to znaczy nad wszystkimi 21 kandydatami wspólnie, w ramach jednego głosowania. Jest to również rozwiązanie korzystne z punktu widzenia Związku Wypędzonych, bo owszem, będzie istniała możliwość utrącenia kandydata, ale kosztem dwudziestu innych. Do tej pory kandydatów zgłaszał rząd federalny, więc można było blokować niestosowną osobę (tak postępowała SPD i do niedawna FDP).

Ciężko wskazać jakieś szczególne powody, dla których koalicja była zmuszona do zawarcia takiego kompromisu. Pokazuje to tyle iż bardziej nad relacje z Polską, cenią sobie spokój na własnym podwórku. Erika Steinbach topiła się, jednakże ktoś podrzucił jej koło ratunkowe.

Na zakończenie polecam lekturę artykułu Piotra Wołejko pt. “Wypędzeni już dawno zwyciężyli”, w którym opisuje swoją wizytę w muzeum w Bonn i zdziwienie, gdy zobaczył, w jaki sposób przedstawiana jest kwestia wysiedleń.

Powódź w Polsce – stan klęski żywiołowej?

5 komentarzy

źródło: wiadomosci.onet.pl

Pojawiają się spekulację, że rząd mógłby, w drodze rozporządzenia wprowadzić stan klęski żywiołowej. Jako, iż prawo konstytucyjne jest przedmiotem mojego niezwykłego zainteresowania, przynajmniej do jutra, wyjaśnijmy, kiedy należy wprowadzić stan wyjątkowy.

Podstawowe dwie przesłanki:
- katastrofa naturalna
- awaria techniczna.

“których skutki zagrażają życiu lub zdrowiu dużej liczby osób, mieniu o wielkich rozmiarach albo środowisku na znacznych obszarach, a pomoc i ochrona mogą być skutecznie podjęte tylko przy zastosowaniu nadzwyczajnych środków” (ustawa o klęsce żywiołowej)

Oczywiście, mamy do czynienia z katastrofą naturalną. Jednak czy wprowadzenie stanu klęski żywiołowej jest nieuniknione? Nie każda katastrofa naturalna wymaga wprowadzenia od państwa stanu nadzwyczajnego.

Sprawa jest uregulowana w Konstytucji RP – Artykuł 228.

1) zasada wyjątkowości – stan nadzwyczajny może być wprowadzony tylko w wyjątkowych okolicznościach, gdy środki konstytucyjne okażą się niewystarczające.

Pytanie: czy obecne środki konstytucyjne są niewystarczające?

2) zasada legalności – polecam art. 228, ustęp 2, 3 ,4. Dla tego omówienia są one bez różnicy, z punktu widzenia prawa, to podstawa.

3) zasada proporcjonalności – ograniczenia wolności i praw jednostki muszą być adekwatne do zagrożenia, a jakie ograniczenia dopuszcza ustawa o stanie klęski żywiołowej?

Dotyczyć one mogą m.in. wolności działalności gospodarczej, wolności osobistej, nienaruszalności mieszkania, wolności przemieszania się i prawa własności. Nie ulega wątpliwości, iż w stanie nadzwyczajnym, zawieszenie niektórych prawo i wolności jednostki może stać się konieczne, aczkolwiek w tym przypadku sytuacja nie wydaje się aż tak dramatyczna, jak chociażby w 1997 roku.

4) zasada ochrony systemu prawa RP – to mniej istotne, określa jakie akty normatywne nie mogą być zmieniane w czasie trwania stanu nadzwyczajnego.

5) zasada celowości

I najważniejszego z naszego punktu widzenia

6) zasada ochrony organów przedstawicielskich – m.in. zakłada, iż przedłużeniu ulega kadencja prezydenta RP na czas trwania stanu klęski żywiołowej, a wybory mogą być przeprowadzone najwcześniej 3 miesiące po zakończeniu stanu nadzwyczajnego. Dwudziestego czerwca nie odbyłby się zatem wybory prezydenckie.

Wątpliwe zatem, by Rada Ministrów zdecydowała się wprowadzić stan klęski żywiołowej. Sytuacja tragiczna i fatalna, ale nie wymagająca podjęcia aż tak drastycznych kroków.

Zainteresowanych odsyłam do Konstytucji (rozdział XI – Stany nadzwyczajne) oraz ustawie o stanie klęski żywiołowej. Dla chętnych – “Prawo konstytucyjne”, podręcznik autorstwa Leszka Garlickiego, w którym wszystkie te kwestie są wyjaśnione.

Dyskretna różnica… – “przejęcie śledztwa”

Brak komentarzy

W kwestii prawnej w/s wypadku samolotu w Smoleńsku.

Czym innym jest przejęcie badania w/s przyczyn katastrofy samolotu – na podstawie konwencji chicagowskiej (tutaj trzeba zaznaczyć, iż umowa ta nie dotyczy samolotów państwowych i jej stosowanie budzi wątpliwości, aczkolwiek takie są uzgodnienia polsko-rosyjskie)

Czym innym jest przejęcie śledztwa od rosyjskich prokuratorów – na podstawie stosownej umowy bilateralnej z 1996 roku oraz Europejskiej konwencji o pomocy prawnej w sprawach karnych z 1959. W nawiasie dodam, iż nie ma takiej formuły prawnej, która pozwalałaby przejąć całość kompetencji Rosjan przez Polaków na terytorium rosyjskim. Jednocześnie oznaczałoby to zrzeknięcie się części swojej suwerenności przez Moskwę. Możliwa jest współpraca i z tej ewentualności skorzystano.

Postanowiłem to w kilku zdaniach opisać, bo media bez przerwy błędnie piszą o “przejęciu śledztwa” zarówno w kwestii przyczyn katastrofy (patrz: np. wniosek PiSu), jak i przejęcie śledztwa i zbadania go pod kątem odpowiedzialności karnej (mówił o tym wczoraj prokurator generalny Andrzej Seremet, wykluczając taką możliwość).

Gaz łupkowy – aby nie zapeszyć

1 komentarz
źródło: biznes.interia.pl

źródło: biznes.interia.pl

W zeszłym roku, około czerwca-lipca, mediami wstrząsnęła informacja – polscy naukowcy z Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej są bliscy przełomowego odkrycia. Zamienią CO2 w wysokooktanowe paliwo, a i nie wykluczają, iż uda się uzyskąc również gaz. Nie wdając się już w opis reakcji chemicznych, zdaniem profesora Dobiesława Nazimka koszt produkcji jednego litra takiego paliwa kosztowałby kilkadziesiąt groszy.  Dysponowalibyśmy zatem nie tylko tańszym paliwem, ale również – w zamyśle pomysłodawców – z fabryk zabieralibyśmy dwutlenek węgla i tym samym wspomogli ochronę środowiska oraz moglibyśmy sprzedawać prawa do emisji CO2. Państwo zarabiałoby też na akcyzie.  Sprawą żywo interesowało się Ministerstwo Gospodarki.

Wszystko ładnie, pięknie, ale temat równie szybko, jak się pojawił, zniknął z mediów. Nie twierdzę, że w przyszłości nie wróci, ale to, co udaje się w laboratorium, często nie udaje się osiągnąć w warunkach przemysłowych. Z zapowiadanego przełomu na razie mamy tyle, co z obietnicy polskich piłkarzy, że dostaną się na Mundial 2010 w RPA.

Od kilku miesięcy pojawiają się informacje dotyczące gazu łupkowego. Polska ma posiadać niekonwencjonalne zasoby tego surowca, jak szacują amerykańskie koncerny, w wysokości od 1 do 3 bln m3. Ostrożniejsze rachunki mówią o mniejszych złożach. Ministerstwo Gospodarki ogłasza, iż jest to “energetyczna szansa dla Polski”, a minister Sikorski, że to nadzieja na uniezależnienie od dostaw rosyjskich.

Polska zużywa rocznie około 13,5-14 mld m3 gazu. Warto poczekać na potwierdzenie/zaprzeczenie informacji na temat wielkości złóż niekonwencjonalnego gazu. Na razie Polacy wydali kilkadziesiąt koncesji na poszukiwanie. To dopiero rozgrzewka, do której powoli zaczęły przyłączać się polskie firmy – PGNiG oraz Orlen. Jeżeli byłoby zatem 1,5 bln m3 gazu (jeden z szacunków), to mielibyśmy tego surowca na 100 lat naszego zapotrzebowania. Czy to takie proste?

Niestety, nie. Zawsze lepiej przyjemnie się zaskoczyć niż niemile rozczarować. Nie jest wcale powiedziane, że szacunki amerykańskich koncernów się sprawdzą. Może się okazać, że gazu łupkowego jest mniej niż początkowo przypuszczano. Drugim problemem jest opłacalność wydobycia – nie została ona jeszcze określona. W dodatku, tylko Amerykanie dysponują stosownym know-how i, postępując według swojego motta business is business, za darmo się z nami nie podzielą. Ostatnią kwestią jest czas – po spełnieniu wszystkich warunków i pozytywnej ocenie opłacalności wydobycia, budowa infrastruktury, rozpoczęcie interesu to nie tylko zainwestowania dziesiątek milionów złotych, ale również co najmniej kilku lat.

To prawda, że potwierdzenie informacji medialnych zmieniłoby sytuację geopolityczną Polski, ale nie staniemy się zaraz drugim Kuwejtem czy Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Wydobycie gazu niekonwencjonalnego jest droższe niż konwencjonalnego, a ręce po lwią część zysku na pewno wyciągną Amerykanie (w Polsce są już m.in. Chevron i Exxon Mobil) i polski rząd będzie musiał się z nimi podzielić. Polacy mieliby jednak własne złoża i np. gra tzw. szantażem gazowym przez Moskwę, byłaby dużo trudniejsza.  Rosjanie straciliby wobec nas kartę przetargową, a Nord Stream zacząłby bawić, a nie straszyć.

Gaz łupkowy nie wygląda na tanią sensację rodem z tabloidów, ale zamiast snuć dalekosiężne plany o Polsce eksportującej gaz, lepiej poczekać na wyniki analiz ekspertów. Łatwo bowiem można sobie wyobrazić sytuację, iż Polsce bardziej będzie się opłacało kupować gaz od Gazpromu, a nasz, łupkowy, wysyłać za granicę.  Rozpoczęcie wydobycia,  doprowadziłoby do ziszczenia się marzenia polskich polityków – dywersyfikacji.

O opinię w sprawie gazu łupkowego poprosiłem Karola Wieczorka z serwisu cng.auto.pl :

Gaz łupkowy to wielka szansa na dywersyfikację źródeł energii dla polskiej gospodarki oraz podniesienie bezpieczeństwa dostaw paliw. Obserwując sytuację w USA, eksploatacja tego źródła metanu pozwoliła na zmniejszenie uzależnienia od eksportu drogą morską w postaci LNG – znaczna część gazu pochodzi aktualnie z pokładów eksploatowanych na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. Należy jednak pamiętać, że do dzisiaj nie udało się nikomu poza amerykanami wdrożyć opłacalnej technologii wiercenia kierunkowego, niezbędnego do eksploatacji metanu uwięzionego w łupkach skalnych. Decydując się zatem na rozwój tego typu wydobycia w Polsce, przez długi czas będziemy musieli polegać wyłącznie na know-how amerykańskich inwestorów. Otwartą kwestią pozostaje więc, czy i kiedy amerykanie zdecydują się zainwestować w polskie złoża – nieoficjalnie mówi się nawet o perspektywie 10 lat.


Przypadek Ameryki Północnej jest wart zainteresowania również ze względu na modernizację sektora energetycznego, jakiej dokonuje się bazując na tanim i pewnym gazie ziemnym. Metan w porównaniu do paliw pochodzenia naftowego emituje zdecydowanie mniej CO2, istniejące technologie pozwalają również na wytwarzania biometanu jako paliwa odnawialnego. Zauważalna jest tendencja do przechodzenia transportu na paliwo gazowe, gdzie wykorzystuje się go w postaci sprężonej (CNG – Compressed Natural Gas) lub skroplonej (LNG – Liquefied Natural Gas).”

Byle nie zapeszyć!

Taką wojnę na Bliskim Wschodzie można zaakceptować!

Brak komentarzy
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Jest jeden rodzaj wojny, który można bez problemu zaakceptować na Bliskim Wschodzie. Jest to bitwa pomiędzy kucharzami libańskimi i izraelskimi o największy talerz z hummusem i falafelem. Na razie górą są Libańczycy .

Newsem dnia jest niewątpliwie rozpoczęcie pośrednich rozmów pokojowych pomiędzy Izraelem, a Palestyną. Będzie to wyglądało według wcześniej ustalonego scenariusza – Amerykanie będą jeździć to do przywódców izraelskich, to do palestyńskich i przekazywać informacje, stanowiska oraz uwagi. Po jakimś czasie, planowo, dojść może do rozmów bezpośrednich.

Warto rozmawiać, jak mawia jeden ze znanych w Polsce dziennikarzy. Lepiej gdy toczą się jakiekolwiek konsultacje, negocjacje itd, aniżeli panuje marazm i chaos, charakterystyczne dla ostatnich miesięcy.

Znowu jednak trudno oprzeć się wrażeniu, iż karty rozdają Izraelczycy. Nie odstąpili oni do tej pory (nie można wykluczyć, iż zrobią to w przyszłości) ani o krok od swojego pierwotnego stanowiska, a powracają do rozmów we wcześniejszej pozycji, z zachowaniem obecnego statusu quo, czyli m.in. decyzji o rozbudowie osiedli we wschodniej Jerozolimie. Zaskakuje zgoda na taki obrót sprawy ze strony Ligi Państw Arabskich i samych Palestyńczyków. Być może jednak Izraelczycy dopiero mają poczynić tzw. gesty dobrej woli. Przede wszystkim trzeba pamiętać, iż w różnej formie, rozmowy toczą się od kilkunastu lat i nie doszło do zawarcia pokoju.

Nie przeceniałbym jednak znaczenia pośrednich rozmów odbywanych na zasadzie głuchego telefonu. To dobry początek, ale droga jest wyboista i skomplikowana, a sam pokój wymaga od obecnej koalicji rządzącej w Izraelu dużych wyrzeczeń, kompletnie niezgodnych z jej programem wyborczym. Można rozmawiać, ale aby doszło do przełomu, Izraelczycy muszą ustąpić m.in. w kwestii osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Poważniejszym sukcesem będzie zamienienie owego “głuchego telefonu” w bezpośrednie rozmowy pokojowe. Nawet to jednak nie będzie przełomem. Prawdziwy punkt zwrotny nastąpi, gdy uda się pokonać nierozwiązywalne do tej pory problemy – statusu Jerozolimy, osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, “prawa do powrotu”, a także innych kwestii, takich jak m.in. jak integralność terytorialna Palestyny oraz np. kwestie dostępu do wody.

Tylko sprawiedliwy pokój może okazać się w tamtym regionie trwały.

Zmiany w panelu bocznym

11 komentarzy

Jak pewnie zauważyliście, po prawej stronie pojawił się “Like Box’” z Facebooka.

Umożliwia on:

1) dostęp do profilu “Kącika Dyplomatycznego” na Facebooku;

2) możliwość kliknięcia “lubię to!” i dołączenia do ponad 100 osób, które obserwują “Kącik Dyplomatyczny” na Facebooku.

3) dostęp do polecanych (lub komentowanych) przeze mnie materiałów, które można skomentować na samym Facebooku.

Przypominam również, iż profil “KD” jest miejscem, w którym można polecić własny artykuł,  skomentować tekst czy nawet zalinkować interesujący demotywator lub zabawną animację/filmik z YouTube’a. Na stronie pojawi się on wtedy w bocznym pasku.

W najbliższym czasie szykuję publikację dotyczącą Iranu albo/i gazu łupkowego. Także nie zapominajcie o blogu ;) .

Gorzej, iż niebawem dosięgnie mnie podwójna SESJA (System Eliminacji Studenta Jest Aktywny)  i wtedy moja aktywność znacząco spadnie, za to wzrośnie obecność w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.

Tymczasem!

Wypadek w Smoleńsku – zdrowego rozsądku ubywa

23 komentarzy
źródło: politykaglobalna.pl

źródło: politykaglobalna.pl

Kiedy czytam w kolejnych komentarzach, iż jestem rosyjskim agentem FSB, moim idolem jest Władimir Putin i kolejny “prośby” o to, bym napisał w końcu swoją “prawdziwą narodowość” tylko dlatego, iż wykluczam, że tragedia w Smoleńsku to celowa robota Rosjan, nie przejmuję się. Trudno, żebym traktował ludzi, którzy mnie w tak wyrafinowany sposób obrażają, poważnie.

Teorie spiskowe, wyrażane w komentarzach, tekstach, wypowiedziach budzą u mnie zażenowanie połączone z rozpaczliwym śmiechem. Od tego jednak jest wolność słowa, by ją szanować. Panie, panowie, głoście sobie dalej swoje niepoparte dowodami hipotezy.

Problem zaczyna się wtedy, gdy dziennikarze – mający ambicje być opiniotwórczymi, a nawet niejednokrotnie nimi będącymi – zaczynają pisać w podobnym (na całe szczęście: jeszcze z hamulcami) tonie. Wypowiadali się m.in. Tomasz Terlikowski, Bronisław Wildstein i Łukasz Warzecha i działalnością tego ostatniego zajmę się w tym tekście, bo publicysta “Faktu” jest najbardziej aktywną postacią.

Pan redaktor ma zaskakujące hobby – lubi zadawać pytania, nawet gdy odpowiedzi są w zasięgu ręki.

Wyznacznikiem koncepcji nie jest poparcie dla polityki prezydenta, a zdrowy rozsądek
Oddaje głos panu Łukaszowi:

“Niektórzy w gorącej wodzie kąpani zwolennicy Prezydenta Kaczyńskiego wydają się mieć już pewność, że zamach miał miejsce. Jego przeciwnicy z kolei a priori uznali, że na pewno mieliśmy do czynienia z wypadkiem; no, może jeszcze z niewielkim udziałem samego Lecha Kaczyńskiego, który na pewno zmuszał pilotów do lądowania. Obie postawy są nieracjonalne.”"

Odniosłem wrażenie, iż pan Warzecha wielokrotnie prosił, aby nie generalizować i nie wrzucać ludzi do jednego worka – np. nie chce być uważany za kogoś, kto występuje w jednym szeregu z osobami twierdzącymi, że to robota Marsjan, współpracujących z Putinem, wspólnie strzelających do Tupolewa z działa jonowego. Jego ocena filmiku z miejsca zdarzenia, jest podobna do mojej.

Pan Łukasz zapomina jednak, że w samolocie nie zginął tylko prezydent Lech Kaczyński, ale również 95 innych osób, często niezwykle wpływowych. Dlaczego jednak wszyscy przeciwnicy śp. prezydenta mają twierdzić, iż to był wypadek z niewielkim udziałem prezydenta w postaci nacisków? Owszem, pojawiały się takie spekulacje, z reguły w komentarzach, obok tych o Marsjanach, filmiku czy intelektualnych analizach wskazujących “kto to zrobił i dlaczego byli to Rosjanie?”. Mówiąc wprost: nie ma dowodów na to, iż prezydent wpływał na pilotów, a jeżeli tak było, to na pewno zapisało się to na czarnych skrzynkach. Zamiast insynuacji, zajmijmy się faktami.

Wsadzanie w ustach przeciwnikom prezydenta poglądów, których nie wypowiedzieli, nie jest uczciwą metodą w żadnej dyskusji. Chociażby dlatego, iż wśród zwolenników Lecha Kaczyńskiego są osoby, którzy wykluczają zamach, ale również ludzie deklarujący się jako jego “nie-zwolennicy” piszą o zamachu. Upraszczanie jest bezsensowne w tym przypadku.

Cui prodest?
Publicysta przedstawia swój bilans strat i zysków.

Zaczynamy znowu od cytatu:

“Uprawnia nas do tego nie tylko zasada, że zamach powinien być jedną z hipotez niejako z automatu, ale też czysto hipotetyczne rozważenie zysków i strat, jakie mogłyby dotyczyć potencjalnych sprawców. Polska, przez swoje zaangażowanie choćby w Afganistanie, może się teoretycznie stać celem klasycznych islamskich terrorystów i również tej hipotezy nie można wykluczać.”

Na pozór jest to logiczne. Polska angażuje się w Afganistanie i Iraku = islamscy terroryści atakują Polskę. Nie ma to jednak sensu.

Islamscy terroryści atakują obiekty cywilne i państwowe w Europie nie po to, by zabijając jakiegoś przywódcę i pozorując wypadek, wyeliminować go ze sceny politycznej. Wtedy, poza prezydentem, trzeba byłoby pomyśleć o zabójstwie premiera i ministra obrony narodowej (którzy również wysyłali wojska do Afganistanu).

Terroryzm to środek do zastraszania społeczeństwa i wywierania na niego nacisku. W skrócie – zaraz po zamachu przyznaliby się do jego popełnienia dla zdobycia rozgłosu w mediach, a służby momentalnie odtworzyłyby przebieg wydarzeń (np. zestrzelenie samolotu przy pomocy pocisku przeciwlotniczego). Podstawową wątpliwością jest jednak, czy np. iraccy rebelianci byliby w stanie coś takiego zorganizować? Bardzo, bardzo, bardzo wątpliwe. Poza tym, istnieje co najmniej kilkudziesięciu polityków, których zabicie byłoby z ich punktu widzenia ważniejsze.

Inna kwestia, że gdyby to była jakaś organizacja terrorystyczna, to prawdopodobnie od razu pojawiłby się głosy, że to tak naprawdę Rosjanie, a tylko upozorowali atak terrorystyczny, więc i tak wrócilibyśmy do punktu wyjścia…

Idziemy dalej. Pan Łukasz nie przesądza, co jest przyczyną wypadku, jednocześnie puszcza jednak oko do zwolenników teorii zamachu, rozpisując się na ten temat na kilka akapitów Jak argumentuje “interes” Rosjan?

“Po pierwsze – małe nie oznacza: żadne. Wynik wyborów nie był w żadnym stopniu rozstrzygnięty.”

To prawda, sondaże nie dawały prezydentowi szans, ale uważam, iż to bez znaczenia. Lech Kaczyński nie był groźny z punktu widzenia Rosji, chociażby dlatego, iż wpływy Polski w NATO nie są zbyt wielkie. W praktyce, jego poparcie dla Gruzji nie było niebezpieczne dla Rosjan, a śmierć nie dawała żadnej gwarancji zmiany polskiej polityki. Identycznie w kwestii Ukrainy, która – z punktu widzenia Kremla – została “odzyskana”. Protesty w sprawie Czeczenii? Nie bądźmy śmieszni, Polacy milczą w tej kwestii, podobnie jak większość rządów europejskich, a nawet gdybyśmy zgłaszali jakieś uwagi, Rosjanie mieliby je tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Pozostaje jeszcze inny argument. Skoro nie wyeliminowali Saakaszwilego (co obiecywał kiedyś Putin), to czemu mieliby zabijać prezydenta Polski? Zero w tym nie tylko korzyści, ale i sensu.

“Po drugie– wraz z prezydentem zginęła znaczna część jego współpracowników, ludzi, którzy mieli do odegrania w polskiej polityce znaczącą rolę, a podzielali poglądy Lecha Kaczyńskiego na politykę zagraniczną oraz innych uczestników polskiego życia publicznego, którzy z rosyjskiego punktu widzenia mogli być problematyczni.”

Tak, zwłaszcza politycy Platformy Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. To prawda, że wraz z Lechem Kaczyńskim zginęło szereg jest współpracowników, ale sam prezydent nie był dla Moskwy problematyczny. Doskonale to widać m.in. po tym, jak nas kiwają na Litwie przy Możejkach, czy budowie rurociągu Nord Stream, a także przy kompletnym ignorowaniu zdania polskiego w czasie konfliktu gruzińsko-rosyjskiego.

To straszne, ale ci ludzie, z punktu widzenia interesów Rosji, są zza grobu dużo bardziej niebezpieczni.

A teraz wcielmy się w postać Władimira Putina i zastanówmy się w jakiej sytuacji zdecydowalibyśmy się na tak dramatyczną decyzję, jak celowe spowodowanie wypadku samolotu państwowego? Putin musiałby przegrywać na wszystkich frontach, czego przyczyną byłaby postawa osób lecących samolotem, co więcej, byłaby to jedyna metoda eliminacji, nie można byłoby kogoś otruć (jak np. Litwninienkę) czy nawet wyeliminować politycznie (np. wywołując fałszywą aferę korupcyjną). Istnieje kilkaset sposób na zabicie kogoś, po co powodować wypadek samolotu, który nie daje 100% pewności sukcesu? Zamachowcy musieliby myśleć w ten sposób – podejmują ogromne ryzyko, bo jak się wyda, Rosja będzie skończona jako partner na arenie międzynarodowej, a NATO powinno (ale nie musi) w takim przypadku uruchomić artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego, Wspomnieć można jeszcze o innych konsekwencjach, związanych z Unią Europejską itd.

Trudno wskazać, jak wielkie zyski, przy takim ryzyku, musiałyby się wiązać z zamachem, by zdecydowano się go przeprowadzić. Niech sam czytelnik oceni, czy decyzja o przeprowadzeniu takiej operacji, miałaby sens.

“Po trzecie– na pokładzie miał być także Jarosław Kaczyński, który wycofał się w ostatniej chwili. Wszystko to wystarczyłoby jako odpowiedź na pytanie cui prodest.”

A korzystna jest informacja idąca w świat, że na rosyjskich lotniskach rozbijają się samoloty rządowe? Czy korzystne dla Rosjan jest nagłośnienie sprawy Katynia? Po co wybierać taki termin? Czy korzystna dla Rosji jest fala spekulacji, że to nie musiał być wcale wypadek?

Czy naprawdę Rosja była w aż tak wielkim zagrożeniu, a atak to był aż tak wielki zysk, by się decydować na taki krok? Co takiego zyskali Rosjanie po wypadku?

“Trzeba też pamiętać, że fizyczna likwidacja politycznych przeciwników – coś, co w naszych europejskich głowach może się dzisiaj nie mieścić – nie jest dla rosyjskich elit rządzących niczym niezwykłym. To wręcz część rosyjskiej tradycji politycznej. Mój znajomy powtórzył mi słowa pewnego eksperta od terroryzmu, którego spytał o katastrofę: „Zrób coś tak bezczelnego, żeby nikt nie uwierzył, że to ty zrobiłeś”. W Tu 154M wszyscy byli podani jak na tacy. Gdzieś w Moskwie mogło paść pytanie, czy wolno zmarnować taką okazję.”

Tak jest, pan Warzecha niczego nie przesądza, ale trudno uwierzyć w to, iż nie faworyzuje jednej z tez. Później powołuje się na anonimowego eksperta, którego wypowiedź mieści w w koncepcji “brak dowód jest dowodem na to, iż Rosjanie dokonali zamachu” i do przodu. Ile to ma wspólnego z rzetelnością – pozostawiam czytelnikowi do samodzielnej oceny.

Później pan redaktor stawia trzy tezy – pierwszy, iż do wypadku przyczyniło się rosyjskie niedbalstwo (z którą nie polemizuje, bo nie uważam tego za nieprawdopodobny scenariusz), drugi, że Rosjanie “chcieli tylko” utrudnić lądowanie, ale wyszła z tego katastrofa. Druga teza jest niezwykle mało realistyczna. Nie można oczywiście wykluczyć, iż Rosjanie chcieliby zrobić na złość prezydentowi, ale musieliby m.in. wyprodukować sztuczną mgłę, a jak wiemy, to raczej sfera fantazji niektórych zwolenników teorii zamachu. Trzecia teza mówi o bezpośrednich zamachu i jest niedorzeczna.

Następnie krytykuje filmik, za co mu chwała.

Kto pyta, nie błądzi?
Czas na główną część programu artystycznego, czyli pytania.

Zadaniem dziennikarza jest nie tylko ich zadawanie, ale również poszukiwania odpowiedzi. Czy pan Łukasz się tego podjął? Zastanówmy się.

Pracuje w “Fakcie”. Każdy ma swoją ocenę tej gazety, aczkolwiek nie ulegają wątpliwości dwie rzeczy – tabloid ma duży nakład oraz – o co mogę się założyć – potężną i rozbudowaną bazę kontaktów do różnych ekspertów – lekarzy, prawników, wojskowych, pilotów, meteorologów, polityków, w tym członków rządu, ministerstw, historyków i tak mogę wymieniać w nieskończoność. Jeśli nie ma ich w redakcji “Faktu”, to są do pozyskania z innych źródeł – stron internetowych, przez znajomych, przez wydawcę, a czasem nawet kogoś po imieniu i nazwisku można wyszukać poprzez Naszą Klasę, GoldenLine czy Facebooka. Jednym zdaniem: dla znanego dziennikarza to pestka.

Co robi w takiej sytuacji poważny dziennikarz mający olbrzymie wątpliwości, co do okoliczności zamachu?

Dla mnie to oczywiste – używa wszystkich swoich kontaktów i możliwości, by wyjaśnić nieścisłości, bombarduje polityków e-mailami, telefonami, zaprasza ich na wywiady, molestuje ekspertów lotniczych, pyta meteorologów, a prawników nęka o uregulowania prawne (zwłaszcza konwencję chicagowską). Próbuje też dotrzeć do ludzi ze służb specjalnych – a nuż mu coś nieoficjalnie powiedzą? Prokuratorzy, w tym pan Seremet, nienawidzą go już, bo wiedzą, że jak tylko ogłoszą konferencję prasową, pan redaktor na niej będzie i zacznie zadawać swoje niewygodne pytania. Jest inteligentny i wie, że jeżeli mu nie odpowiedzą jako dziennikarzowi, wyśle zapytanie jako obywatel, powoła się na odpowiedni przepis konstytucji i ministerstwo będzie ZOBLIGOWANE odpowiedzieć mu na zapytanie. A jeżeli pomimo tego, nie zrobią tego? Jest dziennikarzem, napisze o swoich działaniach świetny artykuł. Uparty jak Tommy Lee Jones w “Ściganym”.

Czy tak postępuje redaktor Warzecha? Niestety, robi dokładnie odwrotnie.

Najpierw publicznie stawia pytania, nie próbując dotrzeć do odpowiedzi. Przy okazji ignoruje prośby polskich i rosyjskich prokuratorów, by nie sugerować się nieoficjalnymi doniesieniami ze śledztwa, bo mogą być nieprawdziwe. Po co czekać, skoro jakaś bzdura powiedziana przez np. “anonimowego członka komisji” lub “osobę powiązaną z prokuratorami” czy “rosyjskiego świadka” może okazać się świetną okazją do spekulacji i pytań, które nie mają sensu?

Co się dzieje dalej? Czy pod wpisem pana redaktora powstaje rzetelna dyskusja na temat okoliczności, czy jednostronne pochwalanie dla tekstu i obwinianie Rosjan o zamach? Pan Warzecha “nie wyklucza żadnej możliwości”, ale jednocześnie nie ma nic przeciwko wpisom jednoznacznie przesądzającym sprawę i obrażających osoby uważające inaczej. Jeżeli ktoś go wykpi, że jest w jednej drużynie z osobami mówiącymi o namagnetyzowaniu (!), czy przejęciu sterowania nad samolotem, czy zwolenników teorii, że to wspólna operacja Tuska i Putina, z pewnością odpowie – zgodnie z prawdą – że on nic takiego nie napisał.

Tylko czy pan redaktor napisał ten tekst właśnie dla nich – to zwolennicy zamachu nabijają mu komentarze i wejścia. A potem dodaje, że to świetnie, iż jego wpis stał się miejscem wymiany poglądów i spostrzeżeń (!). Jakie były to poglądy i spostrzeżenia, każdy może sobie przeczytać. Powyższe i fakt, iż pan redaktor nie szuka odpowiedzi na pytania, upoważnia mnie to postawienia tezy, iż zależy mu nie na wyjaśnieniu sprawy, a na tzw. biciu piany.

Inne zdanie – agent wpływu?
Co jednak z tymi, którzy mają inne zdanie? Zacytujmy komentarz pana Łukasza.

“(…)Napisał do mnie dzisiaj kolega, że jego zdaniem w Polsce uaktywnili się na potęgę rosyjscy agenci wpływu. A kolega nie jest wariatem ani laikiem: zna Rosję, był tam niedawno przez pięć miesięcy i jeździł po różnych jej regionach, czyta biegle po rosyjsku, siedzi na tamtejszych forach. Jeszcze kilka dni temu powiedziałbym, że ma zwidy, ale dzisiaj?
Inna sprawa, że polieznyje idioty Lenina też byli swego rodzaju agentami wpływu, o tyle lepszymi od normalnych, że nie trzeba ich było werbować ani im specjalnie płacić. Robili, co robili, z głupoty i naiwności.”

Wniosek? Jak ktoś wyklucza zamach, jest albo agentem wpływu albo pożytecznym idiotą. To cenię najbardziej – uczciwie postawiona sprawa, a jak coś – zawsze można się wyprzeć, ze po pierwsze, to kolega, a po drugie, nie to miał na myśli. Przekaz do “wiernych czytelników” wydaje się jednak oczywisty. Pan redaktor się z nimi – oficjalnie – nie utożsamia, ale nie reaguje, gdy rzucają takie oskarżenia w stosunku do oponentów. Niebywałe.

Szukajcie, a znajdziecie…
W końcu przyszedł czas na odniesienie się do niektórych pytań. Pan Warzecha postanowił nie czekać na oficjalne informacje (opierał się na tych prasowych), ani również nie szukać samemu odpowiedzi. Wygodne, ale od poważnego dziennikarza należy oczekiwać więcej. Chyba, że interesuje go takie tam pitu-pitu.

Moim faworytem jest pytanie o mgłę. Pełen troski redaktor zastanawia się, czy z meteorologicznego punktu widzenia, była możliwa mgła w godzinie wypadku? Coś niesamowitego. Nawet jeżeli pan redaktor ma jakiekolwiek wątpliwości (to żenujące, iż muszę to pisać), to przecież do wyjaśnienia tej kwestii wystarczy jeden telefon do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, ewentualnie innego miejsca.

Jaki jednak idzie przekaz w tym niezwykle obiektywnym pytaniu? Naturalność mgły ma rzekomo budzić wątpliwości, a jeśli nie było jej ze względów pogodowych, to co, może Rosjanie rozpylili? A Putin stał z odpowiednią rurką, a Tusk kręcił korbką?

Inne błyskotliwe pytanie – dlaczego pilot krążył nad lotniskiem? Doprawdy, to zachowanie w szczególności dziwi wszystkich ekspertów lotniczych. Po co on, w czasie fatalnych warunków atmosferycznych, gdy nie miał pełnego oglądu sytuacji, krążył nad lotniskiem?

Idziemy dalej – “Jak wygląda elektroniczna mapa lotniska w Smoleńsku, zawarta w systemie TAWS?” – dopytuje pan redaktor.

Znowuż, żaden ekspert lotniczy mu na to pytanie nie odpowie. Ani z “Raportu”, ani “Skrzydlatej Polski”. A może wystarczyłoby, nawet nie dzwonić do np. pana Hypkiego, a wejść na stronę producenta i sprawdzić to osobiście? Wtedy okazałoby się, iż takiej mapy nie ma w systemie TAWS Nie, to byłoby zbyt proste!

Trudno traktować pytania pana Łukasza Warzechy poważnie nie tylko dlatego, iż nie szuka odpowiedzi, ale również ze względu na ich infantylność.

Ignorantia iuris nocet
Na specjalne potraktowanie zasługuje wiedza (a więc także i pytania) Łukasza Warzechy z zakresu prawa. Redaktor “Faktu” jest żywym dowodem na przenikliwość rzymskiej paremii “nieznajomość prawa szkodzi”. Już w grudniu miałem okazję komentować kompetencje pana redaktora w tym zakresie, gdy chodziło o ochronę dóbr osobistych.

Ponownie, nie wymagam od przeciętnego człowieka, by wczytywał się w podręczniki od prawa międzynarodowego publicznego. Jeżeli jednak jest się dziennikarzem, chce się napisać na ten temat, to możliwości są dwie. Można albo zdecydować się na lekturę, albo zadzwonić do np. Instytutu Prawa Międzynarodowego. Teraz pytanie konkursowe – które z rozwiązań wybrał pan Łukasz?

a) przeczytał odpowiednie rozdziały z podręczników, a potem konwencję chicagowską
b) zadzwonił do Instytutu, jego pracownicy udzielili mu niezbędnych informacji
c) i tak wie lepiej, rzuci kilka pytań w eter, ludzie się podburzą, będzie miał xyz wejść i kilkaset komentarzy.

Zacznijmy więc od wyjaśnienia, że istnieją statki powietrzne cywilne i statki powietrzne państwowe. Polski Tu-154 był niewątpliwie samolotem państwowym, w rozumieniu konwencji chicagowskiej. Czy to ważne?

Artykuł 1 a) konwencji chicagowskiej
Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś do statków powietrznych państwowych.

Polska i Rosja nie posiadają również (albo ja nie znalazłem) umowy bilateralnej regulującej tę kwestię.

Efekt? Konwencja chicagowska nie powinna mieć zastosowania w przypadku katastrofy Tu-154. Przynajmniej nie z automatu. Sytuacja prawna Polski staje się w tym momencie fatalna – wygląda na to, iż kwestia ta powinna, zgodnie z zasadą zwierzchnictwa terytorialnego, podlegać jedynie rosyjskiemu prawu.

Ze względów politycznych problemu nie można było pozostawić w ten sposób, dlatego Polacy i Rosjanie postanowili o zastosowaniu odpowiednich norm prawnych zawartych w konwencji chicagowskiej, tak, jakby ten statek był cywilny. Jest to ustępstwo Rosjan, którzy mogli powołać się na zwierzchnictwo terytorialne i pokazać nam drzwi, chociaż spowodowałoby to olbrzymią krytykę i rzeczowe pytania o to, czy nie mają czegoś do ukrycia. Rosjanie starają się udowodnić tym samym, że są świętsi od papieża i ich intencje są jak najbardziej czyste. Dlatego Polacy biorą udział we wszystkich czynnościach.

Stosujemy zatem konwencję (powołuje się na nią rząd), aczkolwiek budzi to zrozumiałe wątpliwości.

Tutaj odpowiedni załącznik do konwencji

I w końcu  pojawia się nasz ekspert ze swoimi niezwykle rzeczowymi pytaniami…

” Dlaczego nie było ani jednej sekcji zwłok? Dziś wiemy, że sekcje zwłok były, tyle że przeprowadzili je Rosjanie, nie informując o tym zresztą rodzin ofiar. Wyników sekcji oczywiście nie znamy.”

Rosjanie mieli obowiązek przeprowadzić sekcję.

Zacytujmy konwencję:
5.9 Państwo, prowadzące badanie wypadku z ofiarami w ludziach, organizuje przeprowadzenie pełnej autopsji zwłok członków załogi statku powietrznego i w szczególnych okolicznościach, zwłok pasażerów i załogi pokładowej przez anatomopatologa posiadającego doświadczenie w badaniu wypadków. Badanie takie należy prowadzić sprawnie i w pełnym zakresie.

Co do ujawnienia wyników sekcji zwłok, polecam zajrzeć do punktu 5.12 i 5.12.1, gdzie jest określone, w jakim przypadku należy je ujawnić i kiedy należy włączyć do tzw. Raportu Końcowego.

Nie oczekiwałbym więc publikacji wyników sekcji zwłok. Jeśli zaś chodzi o prawo Rosjan – posiadali je.

Kolejne pytanie:
“Jak ścisłą kontrolę strona polska sprawowała nad czarnymi skrzynkami? Czy hipotetycznie strona rosyjska mogła dokonywać w nich manipulacji? Dlaczego skrzynki trafiły do Moskwy, a nie do Warszawy? Według słów przedstawicieli prokuratury i rządu, Polacy sprawowali kontrolę nad skrzynkami przez cały czas przed ich otwarciem. Nie oznacza to jednak, że mieli nad nimi nieustającą kontrolę od momentu znalezienia na ziemi obok lotniska. Nadal jestem zdania, że przywłaszczenie sobie przez Rosjan – bo trudno to inaczej określić – czarnych skrzynek z polskiego samolotu jest jednym z najbardziej skandalicznych elementów śledztwa.”

Z tego, co mi wiadomo, czarne skrzynki są skonstruowane w ten sposób, by nie można było nimi manipulować. Poza tym otwiera się je komisyjnie. Historia nie zna jeszcze przypadku sfałszowania czarnej skrzynki. Zresztą, byłaby to niedorzeczność, bo taka ingerencja od razu by się wydała ze względu na synchronizację z pozostała dwójką. Odkodywanie danych to też nie podłączenie pendrive’a do komputera.

Jeżeli pan redaktor zna sposoby manipulacji czarną skrzynką otwieraną komisyjnie, zapraszam do podzielenia się nimi. Uważam, iż rozumowanie w stylu “na pewno da się to jakoś zrobić” świadczy o nieprofesjonalizmie.

A przywłaszczenie? Konwencja chicagowska jest w tej kwestii bezwzględna. Wszelkie dowody należą do komisji i ona jest ich dysponentem. Przypominam, iż przy wszystkich czynnościach, przesłuchaniach, odczytywaniach czarnych skrzynek, badaniom zwłok, identyfikacji, byli obecni Polacy.

Czy jakby strona rosyjska się uparła, mogłaby nam oddać te skrzynki? Oczywiście. Jak już mówiłem, konwencja chicagowska ma tutaj umowne zastosowanie. Chciałbym, aby Polacy przywieźli z Rosji czarne skrzynki – będzie to możliwe po publikacji raportu końcowego. Problem jest jednak polityczny, więc może uda się go przeskoczyć.

Kolejne…
“Dziś zasadniczym pytaniem jest, dlaczego polska strona nie wnioskowała natychmiast do strony rosyjskiej o przejęcie śledztwa lub o powołanie międzynarodowej komisji. “

Oczywiście, wnioskować można o wszystko, ale przypominam o tym, iż zastosowanie konwencji chicagowskiej jest już i tak ukłonem w stronę Polski.

“5.1 Państwo miejsca zdarzenia, podejmuje badanie okoliczności wypadku i ponosi odpowiedzialność za prowadzenie takiego badania. Może ono jednak przekazać, w całości lub w części, prowadzenie badania innemu państwu na podstawie dwustronnej umowy. W każdym przypadku Państwo miejsca zdarzenia, powinno wykorzystać wszelkie dostępne środki pomocy w prowadzeniu tego badania”

Naturalnie, żadnej umowy bilateralnej z Rosją nie ma, a podpisanie stosownej to nie kwestia 15 minut. Nie znam rosyjskiego prawa, więc nie wiem, czy Rosjanie mają taką możliwość. Generalnie to pole do zabawy dla większych profesjonalistów niż student II roku prawa. W konwencji rzeczywiście taka możliwość jest zapisana.

Oczywiście, mowa o przejęciu badania od komisji, a nie śledztwa od prokuratury, bo mam wrażenie, iż pan redaktor tych rzeczy nie rozróżnia…

Kolejne…
“Dlaczego polski rząd nie zaproponował powołania międzynarodowej komisji ds. zbadania katastrofy?”

Ten pomysł popieram, ale dopiero w przypadku pojawienia się poważnych wątpliwości po opublikowaniu raportu końcowego. Trzymajmy się jakichkolwiek procedur.

” Dlaczego strona polska nie postawiła żądania, aby wszystkie odnalezione ciała zostały natychmiast przetransportowane do Polski, gdzie równie dobrze można by – przy współudziale rosyjskich śledczych – dokonać ich identyfikacji? To oczywiście pochodna pytania o brak próby przejęcia śledztwa”

Zapraszam do konwencji chicagowskiej. Jej tłumaczenie jest zrozumiałe po polsku.

” W jakim zakresie przedstawiciele Polski mogli mieć kontrolę nad tym, jak przebiegało poszukiwanie ciał oraz nad tym, jaki był los tych już odnalezionych?”

Dlaczego nie wybierze się Pan na konferencje prasową?

Przecież wie pan, iż polskie służby pojawiły się na miejscu i współuczestniczyły.

” Jak wytłumaczyć niespójne i rozbieżne wypowiedzi rosyjskiego kontrolera lotów ze Smoleńska na temat przebiegu lądowania?”

Może źle pamięta? Może był zdenerwowany? Może ma coś do ukrycia? Przecież zeznania świadków w niemal każdej sprawie różnią się od siebie w detalach. Są czarne skrzynki i ich zapis będzie decydujący.

“Jak wyglądały procedury kontroli rządowych samolotów po wizytach remontowych w Rosji? Czy strona polska brała pod uwagę możliwość ingerencji w jakiekolwiek układy i instalacje samolotu przez Rosjan? (Te wątpliwości były w przeszłości podnoszone wiele razy, ale po katastrofie jakoś zamilkły.)”

Przecież samolot sprawdzali polscy fachowcy dziesiątki razy. Zresztą remont skończył się kilka miesięcy przed katastrofą, a samolotem nie latał tylko prezydent. Tu-154 to radziecka produkcja, więc gdzie go mieli remontować?

Zakamuflowana teza, jakoby Rosjanie przejęli sterowanie nad samolotem i rozbili się o drzewa, nadaje się do szpitala psychiatrycznego, a nie do dyskusji.

” Pasażerowie samolotu mieli przy sobie rozmaity sprzęt elektroniczny, mogący zawierać informacje ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Dlaczego strona polska pozwoliła na to, aby Rosjanie ten sprzęt skrupulatnie pozbierali i zabrali bez naszego udziału?”

Tak, to jest problem, aczkolwiek Polacy nie mieli warunków, ani możliwości (fizycznych i prawnych) do zabezpieczenia wypadku. Jeżeli do czegoś złego tam doszło, nie obwiniałbym polskiego rządu. Podzielam jednak w tym punkcie obawy, iż niektóre informacje mogły zostać – potencjalnie – przez Rosjan przejęte. Co jednak można było na to poradzić? Proszę pamiętać, iż zabezpieczenie miejsca wypadku było obowiązkiem Rosjan.

” Czy jest prawdą, że status wizyty prezydenta został zmieniony z oficjalnego na nieoficjalny przez ministra Arabskiego, wskutek czego przygotowania do przyjęcia prezydenckiej maszyny były mniej staranne oraz nie zapewniono transportu z lotniska rezerwowego?”

Wydaje mi się, iż status wizyty prezydenta nie jest ustalany przez Kancelarię Premiera, a decyzyjny tym bardziej nie jest jeden z ministrów. To byłoby niedorzeczne.

Transport z lotniska rezerwowego ponoć był, to też problem Polaków, a nie Rosjan.

Zapraszam do lektury wywiadu na temat aspektów prawnomiędzynarodowych przeprowadzony przez “Gazetę Polską”. To, co jest w podręczniku i konwencji, podane w innej formie.

Może należy skończyć zadawanie pytań, a rozpocząć poszukiwanie odpowiedzi?
Oczywiście, nie odniosłem się do wszystkich pytań zadawanych przez pana redaktora. Rząd polski popełniał również błędy i należy mu je wypominać, ale nie widzę powodu do wściekłych ataków.

Największą wadą teorii spiskowej jest brak jakichkolwiek dowodów. Konstruowanie jej, przy pomocy spekulacji i zestawiania niepewnych informacji, często zmanipulowanych, nie może przynieść pozytywnych efektów, a jedynie chaos.

Na krytykę zasługuje też wiara w zasadę cui prodest. Po pierwsze, mam nadzieję, iż przekonałem osoby czytające ten długi tekst, iż nie ma ona w tym przypadku racji bytu (Rosjanie nic nie zyskują), a po drugie, jest to metoda jak najbardziej zawodna. Jeżeli założymy, że pan X nie żyje, to możemy twierdzić, że np. zyskała jego żona, bo może w końcu wyjść za swojego kochanka, syn, który odziedziczył majątek, ale wcale nie oznacza to, iż doszło do zabójstwa, a nawet jeśli, to że popełnił je ktoś z powyższej dwójki.

Na koniec chciałem wyrazić swoje rozczarowanie postępowaniem części inteligentnych osób, które zamiast szukać odpowiedzi, wolą bić pianę. Nie mam monopolu na prawdę, jako śledczy również rozważałbym “udział osób trzecich”, ale oficjalne podejrzewanie Rosjan byłoby straszną głupotą, bo stracilibyśmy cały ugrany wcześniej kapitał polityczny, nie zyskując nic w zamian. Inaczej sytuacja wyglądałaby, w momencie zdobycia dowodów. Tych, jak jednak wiemy, nie ma i pewnie nie będzie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż był to wypadek, a jego przyczyny powinniśmy poznać niebawem. Być może np. to kombinacja winy pilota i wieży?

Teksty pana Łukasza Warzechy, z których korzystałem:
- Pytań nie ubywa
- “Zamach” – słowo tabu

Stosunki izraelsko-tureckie: czy kłótnia skończy się rozwodem?

2 komentarzy
źródło: israel.foreignpolicyblogs.com

źródło: israel.foreignpolicyblogs.com

Nieśmiały flirt, romans, małżeństwo, a potem rozważanie rozwodu. To jedna z możliwych ścieżek życiowych, spotykana również, jak widać, w stosunkach międzynarodowych. Do tej pory Izrael i Turcja byli jak stare dobre małżeństwo, nie zawsze zgodne, ale idące tą samą ścieżką, a teraz ich relacje bardziej przypominają te charakterystyczne dla Ala i Peggy Bundych, z serialu “Świat według Bundych”.

Izrael, Turcja – dwa bratanki
W 2010 roku to może wydawać się nieprawdopodobne, ale przez długie lata trzy “odmienne” państwa w regionie, czyli Izrael, Turcja i Iran ściśle ze sobą współpracowały. Kres współpracy izraelsko-iranskiej położył dopiero upadek szacha, a znaczne ochłodzenia stosunków izraelsko-tureckich, obserwujemy od czasu interwencji Izraela w Strefie Gazy, chociaż pierwszym symptomem tego procesu była wizyta lidera Hamasu, Chaleda Meszala w Turcji, w 2006 roku. Turcja była pierwszym państwem muzułmańskim, które uznało Izrael. Iran zrobił to w 1950 roku.

Izrael dzięki kontaktom z Ankarą przełamywał izolację w regionie – przecież aż do pokoju z Eigptem (1979 rok!) Izrael nie był uznawany przez żadnego ze swoich sąsiadów Turcji, co trzeba odnotować, zdarzało się krytykować politykę izraelską, a nawet nazwać zabójstwo szejka Jasina “aktem terrorystycznym”, czy głosować w ONZ za uznaniem syjonizmu za jedną z odmian rasizmu. To wynik ochłodzenia, którego początkiem była wojna sześciodniowa, jednak – od początku lat 90-tych – wzajemne kontakty zaczęły się ocieplać. Turcja świetnie odnajdowała się w roli mediatora – zarówno jeśli chodzi o kwestie palestyńskie, jak również konflikt izraelsko-syryjski. Ankara zaznaczała swoją obecność w regionie, a Izrael posiadał lojalnego – naturalnie poza sferą werbalną – sojusznika. Izraelczycy również ze swojej strony, są na tyle uprzejmi, iż nie uznają rzezi Ormian za ludobójstwo i nie rozważają takiego wariantu. Oba państwa łączą też specjalne relacje ze Stanami Zjednoczonymi, które sprzyjały integracji.

Integracja ta, poza sferą polityczną, dotyczyła też kwestii wywiadowczych, co przez jakiś czas funkcjonowało w ramach wspomnianego już trójkąta Izrael-Iran-Turcja. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć kwestie militarne. Izrael, z ogromną ochotą, dostarczał Turcji nową, nowoczesną broń (czołgi, pociski izraelskiej produkcji, pojazdy, skomplikowaną elektronikę, bezzałogowe samoloty mające pomóc w walce z Kurdyjską Partią Pracyujących) oraz modernizował starą, naturalnie nie darmo, a za setki milionów dolarów, przy jak najbardziej przychylnym spojrzeniu Waszyngtonu. Turcja pozwoliła również korzystać Izraelskim Siłom Powietrznym za swojej strefy powietrznej, organizowano wspólne manewry wojskowe itd.

Jeżeli zaś chodzi o kwestie gospodarcze, to dynamiczny ich rozwój nastąpił wraz z podpisaniem umowy o strefie wolnego handlu (1996), która weszła w życie w roku 2000. Obroty między tymi państwami momentalnie wzrosły kilkakrotnie. Z punktu widzenia Izraela ważna jest też podpisana w 2004 roku umowa o dostawie 50 milionów litrów wody. Istnieje nawet projekt powstania specjalnego rurociągu, który miałby dostarczać m.in. wodę i gaz.

Symptomy ochłodzenia
Sytuacja wcale nie zaczęła pogarszać się wraz z dojściem do władzy Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Rządzący ośmielali się na krytykę poczynań izraelskich, jednakże nie miało to decydującego wpływu na stosunki bilateralne. Słowa, słowa, słowa.

Pierwszym poważnym policzkiem było zaproszenie na rozmowy lidera Hamasu, Chaleda Meszala, po wygraniu przez jego ugrupowanie wyborów w Autonomii Palestyńskiej w 2006 roku. Niewątpliwie nie ucieszyło to władz izraelskich, które uznaje Hamas za organizację terrorystyczną, ale podobnie postąpili Rosjanie. Potencjalne “wpuszczenie na salony” tej organizacji na pewno nie byłoby w interesie izraelskim. Smutna prawda jest taka, iż Hamas tamte wybory wygrał demokratycznie, więc zachowanie Ankary, zaangażowanej w proces pokojowy, ma swoje racjonalne przyczyny.

To też jednak nie miało decydującego znaczenia. Dopiero izraelski rajd na Strefę Gazy (2008-2009) spowodował niezwykłe pogorszenie stosunków dyplomatycznych. Premier Erdogan dyplomatycznie operację nazwał “zbordnią przeciwko ludzości”.. Do awantury, ponownie w związku z operacją w Strefie Gazy, doszło też w Dawos. Skończyła się ona ostentacyjnym opuszczeniem sali przez Erdogana, który następnie dodał, iż wszystko, co powiedział prezydent Szymon Peres, było kłamstwem. Rezolutny premier upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu – po pierwsze, zaznaczył reorientację polityki zagranicznej Turcji, a po drugie, jego wypowiedzi entuzjastycznie przyjęli wyborcy.

Mimo to, byłoby to bez znaczenia, bo jak wiadomo, wiele gorzkich słów wypowiedziano w przeszłości, gdyby nie pewne ruchy tureckie. Pierwszym z nich jest niekrytykowanie polityki irańskiej. Turcy podkreślają, iż nie widzą powodu, dla którego świat inaczej miałby traktować posiadanie broni atomowej przez Iran i przez Izrael. Spekuluje się, iż Ankara miałaby, jako członek RB ONZ, zagłosować przeciwko ewentualnym sankcjom nałożonym na Teheran. Turcja eksponuje również swoje dobre stosunki z Teheranem, próbując włączyć Iran do projektu Nabucco (wbrew woli Stanów Zjednoczonych), a Mahmud Ahmadineżad jest wśród Turków bardzo popularnym politykiem. Obecne stosunk Turcji z Izraelem na tym polu doskonale obrazują wydarzenia z kwietnia tego roku, gdy premier Netanjahu odwołał swoje przybycie na tzw. “szczyt atomowy” (wysyłając jednego z ministrów i obniżając rangę delegacji), a jedną ze spekulowanych przyczyn, była możliwość podniesienia kwestii izraelskiego arsenału nuklearnego przez dwóch przyjaciół z regionu – Turcję i Egipt. Ankara jednocześnie oferuje mediację w kontaktach z Teheranem.

To nie koniec uprzejmości – Turcja zamknęła również dla Izraelskich Sił Powietrznych swoją przestrzeń lotniczą, służącą do ćwiczeń oraz przeprowadziła z Syrią wspólne ćwiczenia wojskowe. Ciekawostką w tym kontekście jest fakt, iż w ubiegłym roku Turcja wykluczyła Izrael z manewrów Anatolian Eagle, tłumacząc, iż te same maszyny, które miały wziąć w nich udział, mogły uczestniczyć w bombardowaniu Strefy Gazy.

Jak zatem widać, ochłodzenie stosunków przełożyło się na konkrety. Izraelczycy już teraz zauważają, iż Turcja traci – z jego punktu widzenia – atuty mediatora, angażując się w konflikt. Oczywiście, można cytować kolejne wypowiedzi Erdogana i Liebermana, Opisywać serial, w którym Izraelczycy są przedstawiani jako mordercy dzieci i staruszków, a także upokorzenie, jakiemu został poddany turecki ambasador. Są to jednak skutki ochłodzenia, a nie jego przyczyny.

“Nie wszystko złote, co się świeci”
Wszystko, co zostało pisane powyżej wskazuje na pogorszenie stosunków izraelsko-tureckich, jednakże w żadnym wypadku nie oznacza zerwania wszystkich kontaktów. Oba państwa wzajemnie siebie potrzebują, będąc przeciwnikami islamskiego radykalizmu. Turcy wielokrotnie wcześniej krytykowali politykę izraelską, chociaż trzeba przyznać, iż rządząca w Izraelu prawica i rządzący w Ankarze, “umiarkowani islamiści” to wybuchowa mieszanka.

Dlaczego Izrael i Turcja mieliby nagle przestać ze sobą handlować (obroty wynoszą obecnie około 2,5 miliarda dolarów)? Nieprzyjemne wypowiedzi nie powodują też dezaktualizacji kontraktów na dostawę broni. Izraelczycy gdzieś przecież muszą mieć możliwość spędzania wakacji, a Turcy pozyskiwania nowoczesnych technologii. Nie zanosi się też na uznanie rzezi Ormian za ludobójstwo.

Ochłodzenie tak, ale nie mamy jeszcze do czynienia z rozwodem. Na razie to “tylko” mocna małżeńska kłótnia, z czynieniem sobie ograniczonych nieprzyjemności i straszeniem. Turcja demonstruje swoją niezależność, ale nie staje się wrogiem Izraela.

Zapraszam również do przeczytania artykułu dotyczącego polityki zagranicznej Turcji