Patryk Gorgol

“Pokój na Bliskim Wschodzie – szansa czy marzenie?” – zaproszenie

1 komentarz
źródło: libsyn.com

źródło: libsyn.com

Ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie nastrajają optymistycznie. Nie mamy do czynienia z impasem w rozmowach, ale z impasem w dążeniu do ich przeprowadzenia. Powstał, gdy Minister Spraw Wewnętrznych Izraela ogłosił, iż powstaną mieszkania dla 1600 osadników żydowskich we wschodniej Jerozolimie, co było ciosem nie tylko proces pokojowy, ale też administrację amerykańską. Działania izraelskie zostały skrytykowane przez ONZ, Unię Europejską, Ligę Państw Arabskich i Stany Zjednoczone. Prezydent Obama zachęcał premiera Netanjahu do zmiany decyzji w/s budowy osiedli i, przy okazji, partnera koalicyjnego. Nieskutecznie.

Kwestia osadników żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu jest jedną z kilku “nierozwiązywalnych”. Sytuacja, w której próbuje się dokonać przynajmniej częściowej zmiany charakteru miasta, które przecież jest uznawane za stolicę zarówno przez Izrael, jak, w odniesieniu do przyszłego państwa, przez Palestyńczyków, musiała doprowadzić do wycofania się Mahmuda Abbasa z deklaracji o powrotu do rozmów. Jednym oświadczeniem, zniweczono miesiące pracy Georga Mitchella, specjalnego wysłannika Baracka Obamy na Bliski Wschód. Okazało się również, jak niewielki wpływ ma Waszyngton na Izrael, pomimo miliardów dolarów pomocy dawanej temu państwu.

Problem rozbudowania osiedli an Zachodnim Brzegu Jordanu splata tu się z innym zagadnieniem – statusu Jerozolimy. Roszczą sobie do niej prawa Izraelczycy i Palestyńczycy. Jeśli do tego dodamy fakt, iż jest to trzecie najważniejsze miejscu w religii islamskiej, po Mekce i Medynie – Haram al-Szarif, miejsce z którego Mahomet miał wstąpić do niebios oraz najświętsze miejsce judaizmu, ze względu na Ścianę Płaczu, pozostałość po Świątyni Jerozolimskiej, to delikatnie mówiąc – mamy problem. Pojawiały się różne propozycje rozwiązania tej kwestii. Podział miasta, umiędzynarodowienie – nie doszło jednak do zbliżenia stanowisk pomiędzy Izraelczykami, a Palestyńczykami.

Nie mniej istotny jest brak jednolitej reprezentacji wśród Palestyńczyków. Z pewnością rządowi premiera Netanjahu można zarzucić, iż nie jest do rozmów nastawiony entuzjastycznie i nie zależy mu na negocjacjach pokojowych, ale trzeba pamiętać, iż po stronie palestyńskiej nie ma partnera, reprezentującego wszystkich Palestyńczyków. Fatah rządzi na Zachodnim Brzegu Jordanu, a w Strefie Gazy – uważany przez Stany Zjednoczone i Unię Europejska za organizację terrorystyczną – Hamas.  Nie dopuszcza on nawet myśli o rozmowach z Izraelem, a swoją popularność zbudował na antyżydowskim działaniom i retoryce. Podpisanie pokoju z Mahmudem Abbasem nie oznaczałoby więc pokoju w Strefie Gazy, bo liderzy Hamasu zaraz ogłosiliby, że jest to zdrada. W tym miejscu warto zaakcentować, iż w 2006 roku Hamas wygrał demokratyczne wybory w Autonomii Palestyńskiej, zatem część postulatów tej organizacji, jest również bliska palestyńskiemu społeczeństwu. Trudno też dziwić się Izraelowi, iż walczy z Hamasem, który za swój cel stawia sobie zniszczenie “syjonistycznego reżimu”, korzystając z poparcia Iranu.

Kością niezgody jest również prawo (lub jego brak) Palestyńczyków do powrotu. Palestyńczycy domagają się tego w odniesieniu do kilku milionów rodaków. Gdyby jednak doszło do ich powrotu na ziemie izraelskie, byłby to koniec tego państwa. Z drugiej strony, Palestyńczycy argumentują, iż powinni mieć prawo do powrotu na swoje ziemie, które często niedobrowolnie musieli opuścić. Palestyńczycy, w państwach ościennych, nie zasymilowali się. Setki tysięcy uchodźców, zamieniło się, wraz z upływem lat, w kilka milionów.

Wszystkie te powyżej wypisane aspekty będą tematem dyskusji na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie, na które serdecznie zapraszam.

Termin: czwartek, 8 kwietnia

Czas: 20:10-22.00

Miejsce: sala 207, Stary BUW (Kampus Centralny UW, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28)

Goście: Konstanty Gebert (publicysta i dziennikarz “Gazety Wyborczej”, założyciel i były redaktor naczelny miesięcznika o tematyce żydowskiej Midrasz, autor wielu książek, w tym m.in. “Wojna czterdziestoletnia” i “Miejsce pod słońcem. Wojny Izraela”), Jarosław Kociszewski (publicysta i dziennikarz, były korespondent “Polskiego Radia”, “Rzeczpospolitej”, i TVP w Izraelu).

Dyskusję będę miał zaszczyt poprowadzić autor tego bloga.

Spotkanie będzie podzielone na kilka części, tak, aby usystematyzować problemy. Naturalnie, poniższy spis nie wyczerpuje całego ich katalogu, jest to subiektywny wybór tych najważniejszych.

1. Izraelskie osadnictwo w kontekście ostatnich wydarzeń i status Jerozolimy.
2. Problem braku reprezentacji wśród Palestyńczyków.
3. Prawo do powrotu lub jego brak
4. Czy obie strony konfliktu chcą pokoju?

W ich ramach, goście w krótkim odczycie przedstawią swoje pogląd na daną kwestię i postarają się zaproponować rozwiązanie, które pomogłoby osiągnąć pokój między obu stronami. Następnie przewidziana jest debata z udziałem publiczności, podczas której zadawać będzie można pytania.

Patronat medialny nad spotkaniem objęli: Redakcja Newsweek.pl, miesięcznik Stosunki Międzynarodowe, Portal Spraw Zagranicznych – PSZ.pl, portal Polityka Globalna oraz czasopismo studenckie Notabene

Swoje przybycie potwierdzić można również na stronie wydarzenia w portalu społecznościowym Facebook.

Przy okazji, zachęcam też do zajrzenia na profil “Kącika Dyplomatycznego” na Facebooku. Dzięki temu można skuteczniej wymienić się poglądami, poznać i podzielić się ciekawymi lekturami oraz otrzymywać błyskawiczne informacje na temat nowych materiałów, pojawiających się na tym i innych blogach.

Odszedł Wiktor, niech żyje Wiktor!

1 komentarz
źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Ukraina ma nowego prezydenta. Został nim lider Partii Regionów, Wiktor Janukowycz. Dlaczego wygrał wybory? Jak przebiegała kampania? Jaką drogą pójdzie Kijów pod władzą nowego rządu i prezydenta?

Przegrany Juszczenko
Kiedy w 2005 roku Wiktor Juszczenko zostawał prezydentem, wiązano z nim wielkie nadzieje. Liczono, iż wraz z innymi bohaterami „Pomarańczowej Rewolucji” przeprowadzi reformy i poprowadzi Ukrainę w kierunku Unii Europejskiej, a może nawet NATO. Błyskawicznie jednak okazało się, że obóz „Pomarańczowych” jest niespójny wewnętrznie, a sam prezydent Juszczenko, od kolejnych sporów z premier Tymoszenko, woli pragmatycznie dogadywanie się z człowiekiem, którego pokonał w „trzeciej turze” wyborów prezydenckich – Wiktorem Janukowyczem. Po jakimś czasie role znowu się zmieniły i tym razem to Tymoszenko z Janukowyczem potrafili się porozumieć przeciwko prezydentowi, by na końcu kadencji powrócić do układu prezydent Juszczenko i premier Tymoszenko. Zabawy w tym uroczym trójkącie, w połączeniu z fatalną sytuacją gospodarczą Ukrainy i niespełnionymi nadziejami, spowodowały, iż szanse na reelekcję prezydent miał już tylko teoretyczne. W grze utrzymali się Tymoszenko i Janukowycz.

Do zgody w wśród „Pomarańczowych” nie doszło i w wyborach prezydenckich wystartowali nie tylko Juszczenko i Tymoszenko, ale też Arsenij Jaceniuk, startujący niegdyś z listy Naszej Ukrainy- Ludowej Samoobrony, bloku popierającego byłego już prezydenta. Wybory z dnia 17 stycznia 2010 roku okazały się dla Juszczenki katastrofą. Pokonali go Wiktor Janukowycz (35,32%), Julia Tymoszenko (25,06%), Sierhij Tihipko (13,06%) oraz Arsenij Jaceniuk (6,96%). Urzędujący wówczas Wiktor Juszczenko uzyskał 5,45% głosów, co w porównaniu z „dogrywką” z grudnia 2004 oznacza, iż zagłosowało na niego około 14 milionów Ukraińców mniej niż wtedy. To właśnie dla takich sytuacji stworzono takie słowo jak „kompromitacja”.

Druga tura – trudniejsza
W drugiej turze znaleźli się były premier Wiktor Janukowycz i ówczesny premier, Julia Tymoszenko. Z takiego obrotu sprawa zadowolona była Rosja, gdyż stosunek obu kandydatów do niej oceniany był jako pozytywny., chociaż sama „piękna Julia” ścigana była niegdyś przez Moskwę listem gończym. Warto tutaj podkreślić, iż „pierwszym” językiem Tymoszenko i Janukowycza jest rosyjski, a kandydat Partii Regionów po ukraińsku mówi mizernie.

Julia Tymoszenko nadal liczyła się w rozgrywce o prezydenturę, pomimo fatalnych wyników gospodarczych Ukrainy, spowodowanych kryzysem gospodarczym. W pewnym momencie ukraiński rząd wprowadził zakaz publikacji oficjalnych statystyk makroekonomicznych. Według danych podawanych przez CIA Factbook, PKB Ukrainy spadł w 2009 roku o 14,1%, inflacja wyniosła 12,3%, a eksport zmniejszył się z 78,7 mld $ do do 41,49 mld $. Jakby tego było mało, na Ukrainie wybuchła epidemia grypy, do której ten kraj był zupełnie nieprzygotowany – w pewnym momencie rząd podjął decyzję o zamknięciu szkół i kwarantannie. W normalnych okolicznościach, premier rządu „z takimi osiągnięciami” uzyskałby wynik … mniej więcej taki, jak Wiktor Juszczenko. Obdarzona zmysłem politycznym i umiejętnością obiecywania wszystkiego-wszystkim Tymoszenko, bazując na swoim talencie, elektoracie negatywnym Janukowycza i krótkiej pamięci politycznej Ukraińców, potrafiła przejąć wyborców Juszczenki z 2004 roku i podjąć równorzędną walkę.

Nie inaczej było z faworytem drugiej tury wyborów prezydenckich, Wiktorem Janukowyczem. Lider Partii Regionów, posiadający naturalne poparcie na wschodzie Ukrainy, przeszedł wizerunkową ewolucję. Okrzepł i wyciągnął wnioski ze swojej porażki z 2004 roku. Teraz już nie jest kojarzony tak jednoznacznie z Moskwą, jak podczas poprzednich wyborów. Pomimo iż był premierem w latach 2006-2007 (w koalicji z m.in. Naszą Ukrainą), rządzenie nie zaszkodziło mu tak, jak Juszczence. Należy przypomnieć, iż Sąd Najwyższy w 2004 roku uznał, iż II tura wyborów prezydenckich została sfałszowana na korzyść Janukowycza. Pomimo tego, przywódca Partii Regionów utrzymał się bez problemu na scenie politycznej, już w 2006 roku prowadząc swoją formację do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Ukraińców, podobnie jak Polaków, charakteryzuje krótka pamięć wyborców.

Pierwsza zasada: brak zasad
W walce o prezydenturę kandydaci uznali, że wszystkie chwyty są dozwolone, byleby 7 lutego zostać wybranym przez naród. Z „udziału” w wyborach nie zrezygnował Wiktor Juszczenko, który w czasie kampanii między I, a II turą głosowania, działał wyjątkowo aktywnie. Przed I turą, Julia Tymoszenko mówiła, iż w przypadku, gdyby do II tury weszli Juszczenko i Janukowycz, ona zaapelowałaby do swoich zwolenników, by ci zagłosowali za urzędującego wówczas prezydenta. Jak można się domyśleć, nie był to powiew romantyzmu (sondaże i tak nie dawały mu żadnych szans), a raczej deklaracja złożona w nadziei, iż Juszczenko zrewanżuje się podobną obietnicą. Juszczenko, podobnie jak Tihipko i Jaceniuk, nie poparli ostatecznie żadnego z kandydatów.

W słowniku Janukowycza i Tymoszenko nie istniało takie słowo jak “zaufanie”. W efekcie, na długo przed ostatecznym głosowaniem, w centrum Kijowa rozstawili się zwolennicy Janukowycza, by „przypilnować uczciwości wyborów”. Głosowania we wschodnich okręgach mieli z kolei pilnować gruzińscy obserwatorzy, (złożono 2 tysiące wniosków), a gdy im odmówiono rejestracji, na Ukrainę przyleciały czartery z Gruzinami o sportowej budowie ciała. Jak później tłumaczyli – przybyli, bo poznali w sieci Ukrainki i poumawiali się z nimi.

Sztab Janukowycza oskarżał Tymoszenko, iż zamierza zerwać głosowania na wschodzie Ukrainy i tutaj na boisko wkracza blok Wiktora Juszczenki. Błyskawicznie uchwalono poprawkę do ordynacji wyborczej, która likwiduje kworum 2/3 członków komisji wyborczej niezbędnych do podjęcia decyzji. Nad poprawką nie pracowała komisja parlamentarna, została przegłosowana głosami Naszej Ukrainy (prezydenta Wiktora Juszczenki), Partii Regionów (partia Wiktora Janukowycza) i komunistów. Prezydent momentalnie ją podpisał. Vacatio legis pozostało nieznanym. łacińskim terminem, a zmiana ordynacji wyborczej na kilka dni przed wyborami, to standard rodem z Trzeciego Świata. Sztab Tymoszenko momentalnie ogłosił, iż ludzie Janukowycza szykują się do fałszerstw i uniemożliwiają kontrolę uczciwego przebiegu wyborów.

Kandydaci starli się też na polu „Unia Europejska”. Julia Tymoszenko zapowiedziała, iż jeżeli wygra, to Ukraina przystąpi do UE w przeciągu 5 lat, co patrząc na stan ukraińskiej gospodarki i dorobek prawny, byłoby cudem porównywalnym z chodzeniem po wodzie. Janukowycz przyjął inną taktykę – zapowiedział, iż on, w przeciwieństwie do swoich oponentów, nie będzie mówił o integracji, a będzie działał ku jej realizacji, przy jednoczesnym strategicznym partnerstwie z Moskwą. Kandydaci obiecywali też, że wyprowadzą Ukrainę z kryzysu, nie precyzując sposobu, w jaki to zrobią. Tymoszenko modliła się z duchownymi o wynik wyborów, a na spotkaniach Janukowycza występowały gwiazdy estrady, co przypomina udział zespołu “Top One” w kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego z 1995 roku i legendarną już piosenkę „Ole Olek”. Do bezpośredniej konfrontacji między kandydatami nie doszło – Janukowycz obawiał się konfrontacji z elokwentną Tymoszenko, co ta skwitowała pytaniem zadanym w czasie programu telewizyjnym, do którego nie przyszedł lider Partii Regionów – „czy chcecie, żeby Ukrainą rządził tchórz?”.

Na uwagę zasługuje jeszcze wątek rosyjski. Kontrwywiad rosyjski złapał pięciu szpiegów rosyjskich i ogłoszono to – zapewne przypadkowo – w czasie kampanii wyborczej, co było wsparciem dla nieco bardziej prozachodniej Tymoszenko. Sztab Wiktora Janukowycza, ustami Mykoła Azarowa zaś ogłosił, iż Federalna Służba Bezpieczeństwa (rosyjski wywiad) szykuje przeciwko niemu prowokację. O działanie przeciwko Janukowyczowi oskarżano też Gruzinów, Litwinów i Polaków.. Kampania wyborcza była istnym festiwalem obietnic i pomówień.

Wiktoria Wiktora
Drugą turę wyborów prezydenckich wygrał Wiktor Janukowycz, osiągając przewagę ok. 900 tysięcy głosów (48,95% do 45,47%). Komunikaty o prawidłowym przebiegu szybko zostały wydane przez misje Unii Europejskiej, Rady Europy, Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz NATO.. Wzmogła się zatem presja na Tymoszenko, by uznała wyniki wyborów. „Piękna Julia” zapowiedziała, iż tego nie zrobi i oskarżyła Janukowycza o sfałszowanie głosowania. Ostatecznie, 25 marca doszło do zaprzysiężenia Janukowycza na urząd prezydenta Ukrainy. Janukowycza zgubić mogło jedynie ponowne fałszowanie głosów przez jego ludzi, ale jak już pisałem wyżej – wyciągał wnioski z przeszłości.

źródło: wikipedia.pl

Kliknij, aby powiększyć. Na niebiesko: okręgi,w których wygrał Janukowycz na żółto: okręgi, w których wygrała Tymoszenko | źródło: wikipedia

Nowa koalicja (Partia Regionów, Blok Wołodymyra Łytwyna, komuniści oraz pojedynczy deputowani należący do NU-LS, a nawet Bloku Julii Tymoszenko) uchwaliła wotum nieufności wobec premier Tymoszenko, a jej następcą został Mykoła Azarow, znany ze swoich prorosyjskich poglądów. Jednym z wicepremierów został Sierhiej Tihipko, trzeci w wyścigu o fotel prezydencki (ponad 13% głosów). Rząd zapowiada politykę pozostawania poza blokami wojskowymi, zacieśnienie współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, Rosją, próbę podwyższenia statusu języka rosyjskiego, negocjacje z Rosjanami na temat ceny gazu, a także wznowienie rozmów, zerwanych w październiku 2009, z Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

Prezydent Janukowycz dodaje jednak rzecz ważniejszą. Podkreślił już kilkakrotnie, że głównym celem polityki zagranicznej Ukrainy jest integracja z Unią Europejską, czego zwolennikiem jest też popierający go biznes. Z pierwszą wizytą zagraniczną nowy prezydent udał się do Brukseli, a nie Moskwy. Wiktor Janukowycz mówi Unii Europejskiej – tak, a NATO – nie (co nie wyklucza jednak współpracy). Na poważnie należy brać również jego zapowiedzi strategicznego partnerstwa z Rosją. Ukrainie bardzo potrzebne są dobre stosunki ze swoim sąsiadem – eksportuje tam 20% swoich towarów, a pochodzi stamtąd około 28% całego importu. Prezydent jest więc gotowy do skorzystania z jednego ze swoich atutów – przedłużenia stacjonowania na Krymie floty czarnomorskiej, co wykluczał jego poprzednik. Rozpoczęły się również pierwsze rozmowy na temat powołania ukraińsko-rosyjsko-unijnego konsorcjum kontrolującego ukraińskie gazociągi.

Wiktor Janukowycz sygnalizuje na razie, że chce iść zarówno na Wschód, jak i Zachód. Z oceną polityki zagranicznej Ukrainy trzeba będzie jeszcze z pewnością poczekać. Doszło do zamiany – teraz to Julia Tymoszenko jest w opozycji i zapowiada walkę. W nowej roli będzie czuła się jak ryba w wodzie, mogąc wykorzystać swoje talenty oratorskie. Ukraina potrzebuje stabilizacji i pragmatycznej polityki – czy nowe władze będą w stanie ją prowadzić?

Artykuł ten ukaże się w czasopiśmie “Notabene”

W poszukiwaniu winnych za zamachy w Rosji

Brak komentarzy
na zdjęciu Doku Umarow źródło: AnnaPolitkowska.blox.pl

na zdjęciu Doku Umarow źródło: NewsRu.com

Powiedzieć, że w Rosji jest niespokojnie, to jak powiedzieć o Drakuli, ze był nieco ekscentrycznym człowiekiem. Codziennie dochodzi do kolejnych wybuchów – przeniosły się one jednak z Moskwy na Kaukaz. W blogosferze nie milkną spekulację – kto za tym wszystkim stoi? Co dalej?

Oliwy do ognia dolał Doku Umarow ku, przywódca “Emiratu Kaukaskiego”, formalnie dowodzący ruchem oporu na Kaukazie. Rzecznik jego organizacji stwierdził, iż to nie oni są odpowiedzialni za zamach, a zorganizowali go sami Rosjanie – konkretniej Władimir Putin i FSB. Wieczorem jednak Umarow prawdopodobnie zorientował się, że następnego dnia jest Prima Aprilis, a jego kompan pomylił widocznie daty i oświadczył, że zamachu dokonano na “jego osobiste polecenie”. Powiedział też, że to nie koniec tego typu, a nawet nazwał je “wysłaniem pozdrowienia FSB”, nawiązując prawdopodobnie do jednego z miejsc wybuchu. Które z oświadczeń jest zatem prawdziwe? To jak z tym dylematem: czy kiedy kłamca mówi, że kłamie, to kłamie, czy może mówi prawdę?

Rozbieżność może wynikać z prostego faktu. Rzecznik Emiratu Kaukaskiego Szemsettin Batukajew, mógł nie mieć kontaktu z Umarowem i nie skonsultować swojego oświadczenia. Teza naciągana, ale nie nieprawdopodobna. Istnieje też inne wytłumaczenie – zamachu dokonali ludzie związani z “Emiratem”, ale wcale nie na “osobiste polecenie” wodza. Wszakże niektóre rebelianckie organizacje, formalnie podległe Umarowowi, posiadają autonomię. Niezależnie jednak od wszystkiego – Doku Umarow przyznał się do zorganizowania zamachów w Moskwie. Jako przeciwnik Moskwy uwiarygodnił się, ale odpowiedzialność za wybuchy w metrze nie przysporzy mu zwolenników ani wśród mieszkańców Rosji, ani na całym świecie.

Tymczasem sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej generał Nikołaj Patruszew stwierdził, iż nie wyklucza, że związek z zamachami w Moskwie może mieć Gruzja. Na wstępnym etapie śledztwa niewiele rzeczy można generalnie wykluczyć, ale Rosjanie strzelają sobie takimi oświadczeniami w stopę.

Tak, jak Rosja wspiera wszystkie siły odśrodkowe w Gruzji, tak Gruzja wspiera siły odśrodkowe w Rosji. Różnicą są jednak możliwości,  które ma każda ze stron. Saakawszwili stracił już Osetię Południową i Abchazję, a Rosjanie, uznając ich niepodległość,  ale nie dając innym narodom kaukaskim prawa do samostanowienia pokazują konsekwencje. Rebelianci kaukascy są więc logicznym sprzymierzeńcem gruzińskiego wywiadu, który co prawda niewiele może, ale jest w stanie przekazać trochę pieniędzy i przestarzałą broń. Rozumowanie jest dziecinnie proste: lepiej, gdy Rosjanie zajmują się problemami wewnętrznymi Federacji, niż problemami Gruzji. I to są te “powiązania” o których się tyle mówi. Przypomina to polską politykę w XX-leciu międzywojennym. Też jednym z jej filarów było ruchów odśrodkowych w ramach tzw. polityki prometeizmu, a że nić z tego nie wyszło – to inna sprawa.

Mówienie jednak o tym, że za zamach odpowiedzialni są Gruzini jest dla generała ośmieszające. Gruzini nie byliby w stanie zorganizować takiej akcji i byłoby prawdziwe casus beli. Poza tym – nie mieli w tym żadnego interesu. Saakaszwili miał też osobisty powód, by tego nie dokonać – już w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej Putin miał deklarować w rozmowie z Sarkozym, że “powiesi go za jaja”. Ponoć właśnie prezydent francuski go od tego powstrzymał, ale w takich okolicznościach,  premier swoją zapowiedź by spełnił.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Rosjanie oskarżyliby o zamach Gruzję. Teza jest nie do udowodnienia i w ten sposób straciliby ważny atut. Od kilku dni do rosyjskiej stolicy przychodzą kondolencje, wyrazy poparcia, a nawet deklaracje pomocy w walce z terroryzmem (np. Barack Obama). Cały świat współczuje Rosjanom i potępia zamach terrorystyczny. Nazwijmy to “Efektem Axe”. Wszystko to skończyłoby się z momentem, w którym np. Putin zapowiedziałby zemstę na Gruzinach i ogłosił, iż bez ich wsparcia nie doszłoby do zamachu. Rosjanom nie jest potrzebna kolejna wojna na Kaukazie – mają na głowie wiele poważniejszych problemów, a swoje cele w Gruzji (tj. Abchazja i Osetia Południowa) już osiągnęli.

Pozostaje jeszcze wątek indolencji służb rosyjskich. Pisałem już o nim w poniedziałek sugerując, iż na tym właśnie może polegać wina Rosjan. Później “Kommersant” poinformował, iż Rosjanie wiedzieli o planach zamachu, jednak nie byli w stanie go powstrzymać (inna możliwość: nie chcieli). Według nieoficjalnych doniesień w Rosji do ataku gotowych jest jeszcze kilkadziesiąt szachidek. W samym Dagestanie w ostatnich dniach, w wyniku podobnych ataków, zginęło kilkanaście osób. Metoda – wysadzenie w tłumie gapiów, bardzo przypomina działanie fundamentalistów w Iraku i Afganistanie.

Rosjanie obudzili się więc z ręką w nocniku. O ile wiele operacji terrorystycznych w przeszłości budziło wątpliwości, co do ich autorstwa, o tyle w tym przypadku, nie dokonali tego raczej Rosjanie. Brak im motywu (motyw gruziński wydaje się bardzo naciągany), a kompromitacja służb w Moskwie i w Dagestanie, Moskwie nie służy. Jeżeli Miedwiediew jest rzeczywiście reformatorem, to lepszej okazji do czystek mieć nie będzie.

 Nowsze artykuły12