Zamach na moskiewskie metro – co się dzieje?

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo
źródło: wiadomosci.onet.pl

źródło: wiadomosci.onet.pl

W poniedziałkowy poranek doszło do ataku terrorystycznego w moskiewskim metrze – na dwóch stacjach, Łubianka i Park Kultury. Według doniesień – nie żyje co najmniej 37 osób, a 65 jest rannych, przy czym w większości są to obrażenia zagrażające życiu. Liczba ofiar zamachu niemal na pewno wzrośnie.

Od razu rozpoczęły się spekulacje, kto może stać za tym zamachem? Pojawiły się również inne pytania – dlaczego ładunków nie zdetonowano tak, by kilkakrotnie zwiększyć liczbę ofiar? Ataki terrorystyczne na metro nie są też nadzwyczaj innowacyjnym pomysłem, dlatego jest ono chronione w pierwszej kolejności. Przypomnieć wypada tutaj dwa takie zamachy – zorganizowane przez sektę Aum Shinrikyo w tokijskim metrze, w 1995 roku (12 zabitych i ponad 3 tysiące rannych) oraz atak na londyńskie metro z 2005 roku (52 zabitych, blisko 700 rannych). W pamięci mamy również atak z 2004 roku na podmiejskie pociągi, zmierzające do Madrytu. Efekt: prawie 200 zabitych oraz około 2 tysięcy rannych. W porównaniu z Madrytem i Londynem, zamach w Moskwie był zatem czymś na znacznie mniejszą skalę.

Kto za tym stoi?
Od razu pojawiły się dwie hipotezy. Pierwsza z nich jest oficjalnym rosyjskim stanowiskiem. Przeprowadzone zostanie śledztwo, ale znaleziono ciała dwóch szachidek, prawdopodobnie odpowiedzialnych za atak. To będzie główny trop. Ponadto, kaukascy islamiści przez cały czas odgrażali się, iż swoje operacje przeniosą poza teren Kaukazu. W listopadzie 2009 roku w zamachu na pociąg “Newskij Ekspress” zginęło 29 osób. Rosjanie uznali odpowiedzialność islamistów, a w marcu ogłosili, iż dopadli część z nich w Inguszetii.

Rzeczywiście, na terenie Federacji Rosyjskiej działają takie ugrupowania i do atakowania specjalnie ich namawiać nie trzeba. Uzbrojenie i wyszkolenie dwóch szachidek oraz wysłanie ich do Moskwy nie jest też czymś niemożliwym do zorganizowanie. Służby rosyjskie nie są przecież w stanie skontrolować wszystkich osób przyjeżdżających lub przebywających stale na terenie Moskwy, a pochodzących np. z Kaukazu. Nie po raz pierwszy wykorzystano by kobiety do przeprowadzenia zamachu terrorystycznego. Trzeba podkreślić ograniczony zasięg tego ataku – ofiar śmiertelnych mogło być dużo więcej. Podobnie było w przypadku ataku na WTC. Po pierwsze, służby wiedziały o takiej możliwości, ale nie umiały mu zapobiec, a po drugie, ta sama operacja, przeprowadzona o inny sposób, mogłaby przynieść więcej ofiar.

Druga hipoteza, która nieśmiało zaczęła się pojawiać, zakłada, że ataku dokonali sami Rosjanie, w ramach rozgrywek wewnętrznych, dążąc do ponownego zaostrzenia kursu i posiadania doskonałego pretekstu do posprzątania np. w Dagestanie. Wskazuje się też fakt, iż zamach przeprowadzono przy siedzibie FSB, co – gdyby było dziełem islamistów – byłoby totalną kompromitacją rosyjskiego wywiadu.

Należy poczekać na więcej faktów i pierwsze działania władz rosyjskich. One nam dużo powiedzą – Rosjanie często posługują się prowokacją. Jeżeli jednak zakładałbym jakikolwiek udział rosyjski to na podobnej zasadzie, co amerykański w ataku na WTC – totalna nieudolność prowadząca do śmierci cywilów. Pytanie brzmi, czy celowa? Można by to traktować jako bierną formę pomocy.

Wyróżnić należy kilka argumentów, dlaczego nie stoją za tym sami Rosjanie?

Po pierwsze, nie trafia do mnie uwaga, iż specjalnie została ograniczona liczba ofiar, co może wskazywać na działanie rosyjskiego wywiadu (zwłaszcza teraz, gdy odnaleziono kolejny ładunek) Jestem przekonany, że gdyby operację przeprowadzili Rosjanie, nie braliby liczby ofiar pod uwagę, a nawet mogliby dążyć do jej zwiększenia, by potem tacy ludzie jak ja nie pisali, iż to mały zamach, w porównaniu z tymi w Madrycie i Londynie. Rosjanie, przy okazji “odbijania” zakładników w Biesłanie i na Dubrowce, pokazali, iż życie cywilów nie jest ważniejsze od celów politycznych władz, czyli “rozprawienia się z terrorystami”, a zasadę “żadnych rozmów z terrorystami” traktują – dosłownie i w przenośni – zabójczo poważnie.. W tym drugim przypadku, w czasie szturmu zginęło kilka razy więcej zakładników niż terrorystów (a tych było 40). Znowu zadać należy sobie tylko pytanie, czy Rosjanie mogli temu zapobiec?

Po drugie – jeśli Putin z Miedwiediewem szukaliby pretekstu samego w sobie, do zdecydowanych działań na Kaukazie albo czystki w służbach, nie potrzebowaliby takiego zamachu. Co prawda, jest efektowny, bo w metrze moskiewskim, ale o ograniczonym zasięgu. Idealnym pretekstem do realizacji w/w celów byłby już zamach bombowy na “Newskij Ekspress”, chociaż niemalże na pewno władze rosyjskie wykorzystają atak do realizacji swoich celów (o czym niżej).

Po trzecie – nie jestem przekonany co do tego, iż w obecnej sytuacji politycznej Rosji, kompromitacja służb specjalnych była tym, co jest Moskwie niezbędne do szczęścia. Władza jest niezagrożona, a apele obrońców praw człowieka, Unii Europejskiej itd, trafiają do kosza.

Kto zatem skorzysta na zamachu?

Nie skorzystają na pewno islamiści, bo niezależnie od tego, czy byli organizatorami, czekają ich ciężkie dni. Zamachy ani nie spowodują, że władze rosyjskie się wycofają stamtąd, ani nie poprawią sytuacji mieszkańców np. Dagestanu czy Inguszetii, a wręcz przeciwnie.

Sytuację na pewno wykorzystają władze rosyjskie. Car-szeryf, Władimir Putin, ponownie będzie mógł działać w swoim żywiole. Wraz z prezydentem Miedwiediewem zapowiedzieli ostrą reakcję na te wydarzenia. Znowuż, w razie problemów, jest idealny pretekst do kolejnych “operacji antyterrorystycznych” na Kaukazie, a że jednocześnie łatwiej będzie kogoś wpasować w definicję terrorysty? Odciąga się uwagę opinii publicznej od innych problemów, które nie omijają Rosjan – teraz władze mają im zapewnić bezpieczeństwo. Prezydent z premierem będą mogli sobie też z większą swobodą zmieniać prawodawstwo, a jeśli będzie to niezbędne – również dokonać czystki w MSW i FSB.

Gra w statki w Korei – wojny nie będzie

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

źródło: gazeta.pl

Breaking News. Trafiony-zatopiony. Korea Północna zatopiła na spornym obszarze morskim okręt Korei Południowej. To znaczy, spekuluje się, iż mogła tego dokonać KRL-D, bo jak nie oni, to kto? Inna sprawa, że “sporny obszar” to w sumie cała Korea.  Obiekt, po zniszczeniu okrętu, miał odpłynąć w stronę Korei Północnej. W odwecie, podobno, ostrzelano bliżej nieokreśloną jednostkę północnokoreańską.

To tak, jak z informacjami podawanymi przez “Radio Erewań”. Spory na granice chińsko-radzieckiej, Chińczycy ostrzelali pracujące w polu sowieckie kombajny. W odpowiedzi, kombajny odpowiedziały ogniem rakietowym i odleciały w kierunku Moskwy. Na chwilę obecną, mamy zbyt mało informacji. Koreańczycy z południa już wiedzą co się stało – teraz pozostaje tylko kwestia tego, jak zareagują. Gdyby to był zwykły wypadek, z pewnością szybko zostało by to ogłoszone.

Jeżeli okaże się, iż okręt został storpedowany przez Koreę Północną, to ciężko będzie to wytłumaczyć pomyłką. Larum podniosło się jednak takie, jakby zaraz miała wybuchnąć wojna. Nic z tego…

Jakby nie patrzeć, Kim Dzong Il deklarował, iż “odeprze wszelką agresję”, a tak przecież – na potrzeby wewnętrznej propagandy – może zinterpretować pływanie na spornym obszarze. W sumie fakty nie mają tutaj nic do rzeczy, te Kim Dzong Il wybierze sobie sam i jego poddani dowiedzą się czegoś w stylu: po wtargnięciu na wody terytorialne Korei, byliśmy zmuszeni interweniować. Po oddaniu, powiedzmy tysiąca, strzałów ostrzegawczych i ostrzelaniu naszych jednostek przez wroga, odpowiedzieliśmy zatapiając go. Kolejny sukces północnokoreańskiej armii. Groźby pod adresem Seulu, to taka tradycja. Władze północnokoreańskie oświadczyły ostatnio, iż mogą zaatakować Koreę Południową przy pomocy broni nuklearnej.

Pokrótce przedstawię moją hipotezę. Zakładam, iż potwierdzą się informacje, że strzelali Koreańczycy z północy.

Reżim przykręca śrubę – zarządził przymusową wymianę pieniędzy, w mediach pojawiają się kolejne doniesienia dotyczące dramatycznej sytuacji humanitarnej w tym kraju. W pokazowym procesie na śmierć skazano urzędnika, rzekomo odpowiedzialnego za fatalny stan gospodarki. Ludzie – co piszę bez ironii – z sentymentem wspominają czasy Kim Ir Sena. Co zatem może zrobić Kim Dzong Il?

Byłoby czymś nieprawdopodobnym, gdyby storpedowano okręt bez wiedzy Ukochanego Przywódcy. Armia jest w KRL-D potęgą, cały kraj pracuje na żołnierzy, ale nie są oni niezależni od Kima. Co jakiś czas dochodzi do ostrzeliwania się, ale nie na taką skalę Jaki z tego wniosek?

To celowe działanie reżimu. Kim Dzong Il odsuwa tymczasem uwagę od tego, co dzieje się w jego kraju, przy okazji karmiąc jastrzębie z armii. Od dziś będzie mógł mówić – za każdym razem, jak naruszycie naszą przestrzeń, skończycie jak tamten okręt. “Narodowi” znowu pokazany jest wróg. Wiadomo tez, przez kogo źle się dzieje w państwie koreańskim.

Niewątpliwie zaraz zaczną się nawoływania do pokoju, rozmów, konsultacji itd. Kim Dzong Il może odmówić – wszakże gorszej sytuacji i tak już nie może mieć, albo zdecydować się na rozmowy, przy okazji wplatając w to inne kwestie. Nie od dziś KRL-D gra ze światem w chowanego.

Koreańczycy z południa, zapewne wspólnie z Amerykanami, naradzają się, co czynić. Zatopienie okrętu na pewno nie pomoże relacjom pomiędzy Koreą Południową, a Koreą Północną, ale wojna byłaby obustronnie bezsensowna. Kim Dzong Il to szaleniec, ale wie, iż w wojnie konwencjonalnej nie ma szans, a jeśli użyje innej niespodzianki, to będzie jego koniec i płetwy rekina w sosie kokosowym na obiad już nie uświadczy. Poza tym, przez tak zaminowane pole, jakie jest na granicy, bezproblemowo można przejść w filmie o Jamesie Bondzie, a nie w świecie rzeczywistym. Korea Południowa również nie spieszy się z “wyswobadzaniem” swoich braci, bo odbyłoby się to straszliwym kosztem, zarówno w czasie ewentualnej wojny, jak i potem. To setki miliardów dolarów, których obecnie nie mają. Amerykanie, w bieżącej sytuacji geopolitycznej, też na konflikt na półwyspie nie mogą sobie pozwolić.

Wojny nie będzie, a stosunki będą mogły, co najwyżej, przypominać grę w statki. Raz zatopi się statek, innym razem postrzela do samolotów. Koreańczycy żyją w stanie permanentnego zagrożenia ponownego wybuchu konfliktu od roku 1953, więc dlaczego to starcie miałoby być wyjątkowe?

W gruncie rzeczy, w 1953 roku podpisano jedynie rozejm, więc państwa koreańskie są w stanie wojny przez cały czas.

Polityka niezależności Turcji – wzór do naśladowania?

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (1) » dodajdo

źródło: topnews.in

W XIX i na początku XX wieku turecka dyplomacja nie była w stanie w stanie powstrzymać rozpadu Imperium Osmańskiego. Turcja była zbyt dużym państwem, ze zbyt wielką liczbą narodów pod swoją władzą. W czasie I wojny światowej opowiedziała się po niewłaściwej stronie – państw centralnych. W 1920 roku doszło do podpisania traktatu z Sevres, który likwidował imperium osmańskie. O potędze Turcy mogli sobie co najwyżej poczytać w podręcznikach od historii.

Turcja stała się republiką, a położenie geograficzne tego państwa spowodowało, iż po II wojnie światowej stało się naturalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Mało komu uśmiechało by się sąsiadowanie ze Związkiem Radzieckim, którego przywódcy łakomie patrzyli się na dostęp do cieśnin czarnomorskich, także Turcy grali z Amerykanami w jednej drużynie – stali się członkami NATO i udostępnili swoje terytorium dla działań amerykańskich. Jeśli chodzi o formę rządów, to mieliśmy do czynienia z demokracją kontrolowaną przez wojsko, strażnika świeckości państwa i odpowiedniego kursu polityki. Można jedynie domniemywać, iż operacje takie, jak zamachy stanu, nie działy się bez wiedzy Waszyngtonu i CIA.

Tymczasem upada Związek Radziecki i powstają nowe państwa. Armenia, Azerbejdżan i Gruzja. Rosja zostaje odepchnięta do cieśnin i przestaje być zagrożeniem dla Turcji. Ankara nadal jednak jest w NATO i znajduje się w bardzo bliskich relacjach z Amerykanami, którzy mają w Turcji bazy wojskowe, jak również wysyłają corocznie pomoc finansową. W nowych okolicznościach powstała szansa na prowadzenie niezależnej polityki zagranicznej i odnotowanie godny jest fakt, iż Turcy tak właśnie postanowili uczynić. Zarówno w ramach kontaktów ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie dezaktualizuje się zasada “Ameryka płaci, Ameryka wymaga”, jak też w ramach “tureckiej drogi do Europy”. Ankara dąży też do uregulowania swoich stosunków z Armenią, działając z pozycji silniejszego, a rząd Erdogana nie waha się stawać w opozycji wobec Izraela, swojego naturalnego sojusznika, kokietując jednocześnie Teheran. “Zero problemów z sąsiadami” – taką politykę starają się prowadzić obecne władze.

Integracja czy dezintegracja?

Jednym z argumentów za wejściem Turcji do Unii Europejskiej było stwierdzenie, iż kraj stałby się naturalnym pośrednikiem między Europą, a państwami muzułmańskimi. Do Azji, przez Turcję – mogłaby zakrzyknąć charyzmatyczna Catherine Ashton. Jest to koncepcja trochę podobna do tej, według której politykę wschodnią UE prowadzić miałaby Polska. Prawda jest taka, że Polska powinna dążyć do posiadania jak największego wpływu na politykę wschodnią UE, aczkolwiek nigdy nie będą to działania samodzielnie – zawsze będzie to suma określonych interesów członków Unii. Z Turcją byłoby podobnie, z tą różnicą, iż Ankara stara się pełnić funkcję lidera regionu, bez namaszczania przez kogokolwiek, z racji swojego własnego potencjału.

Sama integracja z Unią Europejską, pomimo rozpoczęcia negocjacji, będzie procesem długotrwałym i niekoniecznie zakończonym happy endem. Wiele państw UE (w tym Francja, Austria, Niemcy) nie widzą Turcji we Wspólnocie. Na razie jesteśmy na etapie “warunków koniecznych”, które musi spełnić Turcja. Wspomnijmy chociażby o konieczności przestrzegania praw człowieka, których łamanie zarzucane jest Ankarze przy każdej okazji. Nawiasem mówiąc, sam premier Erdogan nie pomaga sobie mówiąc, iż może deportować 100 tysięcy Ormian. Ponadto pozostaje kwestia Cypru Północnego, okupowanego przez Turcję. Przypomnijmy, iż Cypr (ten grecki) jest członkiem Unii Europejskiej i nie jest uznawany przez Ankarę. Jego statki nie mają dostępu do portów na północy – apelować ma o to kanclerz Angela Merkel w czasie planowanej wizyty w Turcji.

Łatwo sobie można wyobrazić, iż to nie jedyne “warunki konieczne”, bez których nie dojdzie do akcesji. Ktoś wyobraża sobie implementację unijnego prawa? “Stara Europa” nie chce na razie Turcji – lata będą upływały, a Turcja nadal będzie poza wspólnotą. Zwłaszcza teraz, gdy europejskie gospodarki mocno odczuły skutki kryzysu gospodarczego.

Przyciąganie i odpychanie Stanów Zjednoczonych

Turcy są realistami, dlatego coraz bardziej zbaczają z drogi europejskiej, formalnie prowadząc negocjacje z UE, a skupiając się na kwestiach azjatyckich. Coraz bardziej zarysowują się różnice, w poszczególnych kwestiach, między Ankarą, a Waszyngtonem.

Turecka opinia publiczna nie przepada za Amerykanami. Gdy Erdogan skrytykuje Waszyngton – punktuje, to samo dotyczy Izraela. Jednocześnie jednak nie zanosi się na rozwód, gdyż, pomimo oficjalnych rozbieżności, stosunki między tymi państwami są zbyt ścisłe. Ostatnio Turcy ogłosili, iż zamierzają kupić amerykańskie Patrioty. Ankara również wie, iż jeżeli dojdzie do wyścigu o dominacje w regionie pomiędzy Turcją, a Iranem, Amerykanie staną po stronie tureckiej. Przyjaźń opiera się również na udostępnieniu Turcji możliwości zakupu nowoczesnego sprzętu wojskowego i bezzwrotnej pomocy liczonej w setkach milionów dolarów.

Pomimo tego, identycznie jak w przypadku Izraela, Amerykanie nie potrafią kontrolować polityki tureckiej. Doskonałym tego przykładem są działania Turcji wobec Iraku. Ankara odmówiła Waszyngtonowi w 2003 roku możliwości wykorzystania baz wojskowych do ataku. Ponadto, Turkom nie podobało się, iż Kurdowie z Partii Pracujących Kurdystanu, traktowali Irak jako swoje źródło zaopatrzenia. Oficjalnie władze irackiego Kurdystanu nie popierają działań lewicowych radykałów, jednak dla swojego spokoju nie robili z nimi porządku, a ci bawili się w najlepsze przy granicy iracko-tureckiej. Skutkiem tego, Turcja wysyłała żołnierzy kilka/kilkadziesiąt kilometrów wgłąb Iraku. Skończyło się to skandalem, gdy wspomniani żołnierze zostali schwytani.

Współpraca z Iranem?

Różne jest też podejście do Teheranu. Ocena polityki irańskiej przez Stany Zjednoczone jest jednoznaczna. Turcy z kolei, korzystając z w/w zasady “zero problemów z sąsiadami” próbują z ajatollahami rozmawiać. Co więcej, Ahmadineżad jest w Turcji popularnym politykiem. “Na udział Iranu w projekcie naciska Turcja, a sprzeciwiają się Amerykanie. Związanie Iranu z projektem byłoby przecież polisą ubezpieczeniową dla Teheranu. Dla Turków najważniejszy jest biznes i wbrew Stanom Zjednoczonym lansują udział Irańczyków. Sami Irańczycy twierdzą, ze bez ich gazu projekt Nabucco nie ma szans powodzenia, co by sugerowało, iż są zainteresowani porozumieniem w tej kwestii.” – pisałem w tekście “Rok Obamy – podsumowanie cz. 1″. To ucieczka do przodu – oswojony Iran przestałby być groźny, poważnie dywersyfikując dostawy gazu dla Turcji (Ankara żąda 10-15% gazu z Nabucco “na własne potrzeby”). Przystąpienie Iranu do projektu popierają równiez Azerowie. Sam Erdogan nie popiera polityki Obamy wobec irańskiego programu atomowego podkreślając, iż skoro Izrael może mieć broń jądrową, to czemu Iranowi odmawia się takiego prawa?

Ankara podpisuje porozumienia w sprawie dostaw surowców, z Irakiem, a na boku flirtuje z Rosją, by w razie problemów, nie zostać na lodzie.  Należy zwrócić uwagę na znaczenie portu w Ceyhan, do którego transportowana ma być ropa z irackich pól naftowych. Ponadto istnieje rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC). Został uruchomiony w 2006 roku, liczy sobie 1762 kilometry, a jego przepustowość sięga miliona baryłek dziennie. Z Ceyhanu, trafiają do Europy. Czy nadal kluczowe położenie Turcji budzi u kogoś wątpliwości?

Warto rozmawiać

To drugie hasło przewodnie tureckiej dyplomacji. “Wiceprezydent Syrii Faruk al-Sharaa przyznał kilka tygodni temu, że w domu boi się otworzyć lodówkę, bo wyskoczy z niej turecki dyplomata. Turcja pośredniczy lub pośredniczyła między innymi w negocjacjach pomiędzy Syrią i Izraelem w sprawie Wzgórz Golan, pomagała się dogadać Syrii i Libanowi, irackim sunnitom i szyitom oraz przedstawicielom Hamasu i Izraela” – napisał Łukasz Wójcik w “Polityce” pod koniec listopada 2009. W świetle powyższych przykładów, ciężko byłoby zarzucić tureckiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych pasywną postawę.

Turcy zrobili jeszcze jeden krok. Podpisali porozumienie z Armenią w październiku 2009r.  Dokumenty nie zostały jeszcze ratyfikowane, ani przez stronę turecką, ani przez Ormian. Turcy tłumaczą, iż zrobią to, gdy Armenia wycofa się z Górskiego Karabachu (w proteście przeciwko jego zajęciu w 1993 roku Ankara zerwała stosunki dyplomatyczne z Erywaniem). Ormianie w odpowiedzi zdeklarowali, iż oni zagłosują, jeżeli najpierw zrobią to Turcy. “Zero progress” – jak podsumował to “The Economist”.

Jednocześnie Szwecja i Komisja Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów, uznały wydarzenia z lat 1915-1917 za ludobójstwo. Turcja zareagowała m.in. wzywając na konsultacje swojego ambasadora ze Stanów Zjednoczonych i Szwecji oraz zapowiadając,  że nie będzie tolerować takich afrontów. Przeciwko rezolucji opowiadali się m.in. Barack Obama i Hillary Clinton, którzy – jeszcze jako senatorzy – ją gorąco popierali. Uroki rządzenia, a uroki bycia w opozycji.

Turcy w sprawie “rzezi Ormian” otrzymali poparcie od azerskiego parlamentu, który uznał rezolucję Izby Reprezentantów za cios w negocjacje azersko-armeńskie dotyczące Górskiego Karabachu. Tymczasem Azerowie są zaniepokojeni rozmowami pomiędzy Turcją, a Armenią, dlatego grają znaczoną kartą pt. “Nabucco” pokazując swoje niezadowolenie i hamując rozmowy.

Turcy ochłodzili za to swoje kontakty z Izraelem. Na płaszczyźnie politycznej, są obecnie niedobre – Ankara krytykuje postawę izraelskiego rządu wobec Palestyńczyków. Wykluczono go również z manewrów wojskowych, w których dotychczas brali udział. Z drugiej strony – kontrakty wojskowe kwitną i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. W retoryce dyplomacji tureckiej widać jednak zmianę, w kierunku państw muzułmańskich, kosztem Izraela i Stanów Zjednoczonych.

Turcy pokazują, jak powinna wyglądać dyplomacja w XXI wieku. Może warto wziąć z nich przykład, przy uwzględnieniu różnicy w położeniu i potencjale?

Rozgrywka o twarz na Bliskim Wschodzie

Bieżące wydarzenia Komentarze (3) » dodajdo
źródło: mojeopinie.pl

źródło: mojeopinie.pl

Możliwości są tylko dwie. Albo twarz straci prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, albo premier Izraela, Benjamin Netanjahu. Jeden z nich będzie musiał ustąpić w kwestii budowy nowych domów we wschodniej Jerozolimie, co byłoby politycznym problemem dla premiera Izraela (wszakże uderzy we własny elektorat), a z drugiej strony – katastrofą wizerunkową dla Obamy, bo ostatecznie udowodniłoby to tezę, że Amerykanie wspierają politykę izraelską, a nie kształtują proces pokojowy.

Dlaczego rozbudowa osiedli jest problemem?
Izrael uważa Jerozolimę za swoją stolicę, podobnie wyobrażają sobie rolę tego miasta, w swoim przyszłym państwie, Palestyńczycy. Nie jest to zatem spór o kilka domów, a o charakter tego miasta. Palestyńczycy obawiają się, iż Izrael dąży do polityki faktów dokonanych, czego przykładem jest budowa muru bezpieczeństwa zagarniającego “kawałek” Zachodniego Brzegu Jordanu.

Status Jerozolimy jest jednym z największych problemów nieustannie umierającego i odżywającego procesu pokojowego. Żadna ze stron nie może ustąpić, gdyż Jerozolima jest świętym miastem dla wyznawców judaizmu oraz islamu. Tego konfliktu nie rozwiąże się, oddając miasto jednej ze stron.

Izrael uzyskał Jerozolimę w czasie wojny sześciodniowej (1967 rok) i nie zamierza się jej pozbyć. Państwo wspiera osadnictwo żydowskie i jednocześnie administracyjnie prześladuje Palestyńczyków. Dla premiera Netanjahu (i jego elektoratu) to sprawa życia i śmierci. Im więcej osadników “zainstaluje” się w tamtym miejscu, tym trudniej będzie rozstrzygnąć kwestię statusu tego miasta nie po myśli Izraela. Jeżeli Netanjahu straci władze, następny rząd również będzie musiał to wziąć pod uwagę.

Logiczne zatem, że do przeprowadzenia uczciwych negocjacji pokojowych, powinno się zatrzymać (lub inaczej mówiąc: zamrozić) rozbudowę osiedli izraelskich, nie tylko w Jerozolimie, ale na całym Zachodnim Brzegu Jordanu. Palestyńczycy rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu dostrzegają zagrożenie i nie zamierzają rozmawiać. Ci ze Strefy Gazy krytykują politykę izraelską, ale oni i tak do stołu negocjacyjnego siadać nie zamierzają. O sabotowaniu rozmów pokojowych, przez obie strony, pisałem już wcześniej.

Jak wpłynąć na Izrael?
To pytanie stawiać musi sobie codziennie rano, stojąc przed lustrem, prezydent Stanów Zjednoczonych. Już raz doszło do starcia pomiędzy administracją amerykańską, a rządem izraelskim, dotyczącego osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Obama żądał całkowitego zatrzymania budowy, premier izraelski się nie zgodził – skończyło się na 10-miesięcznym zamrożeniu, bez uwzględnienia wschodniej Jerozolimy. Na pewno nie była to wiktoria Obamy.

Teoretycznie możliwości wpływu na politykę państwa, jest wiele, w praktyce sprawdzają się tylko dwie. “Motywowanie” pozytywne i negatywne. Oznacza to, iż Stany Zjednoczone stają się świętym Mikołajem, który “grzecznym” państwom daje prezenty, a niegrzecznym rózgi albo mniejsze prezenty.

Trudno wyobrazić sobie, by Amerykanie, w obecnej sytuacji gospodarczej i politycznej, jeszcze bardziej zwiększyli swoją pomoc dla Izraela. Aktualnie wynosi ona około 2,5 mld dolarów. Do tego dodać należy preferencyjne kredyty, pomoc dla izraelskiego wojska, inwestycje w izraelską gospodarkę i rozłożenie parasolu ochronnego w każdej niemal sytuacji.   Polecam szczegółowy artykuł Piotra Wołejko analizujący tę kwestię na podstawie książki Stephena Walta i Johna Mearsheimera – “The Israel Lobby and US Foreign Policy”,.

W relacjach opartych na prostym rachunku, Barack Obama zagroziłby więc przycięciem miliarda, może dwóch, odcięciem preferencyjnych kredytów, powstrzymaniem dzielenia się najnowocześniejszymi technologiami (w tym wojskowymi) i zahamowaniem inwestycji w gospodarkę. To powinno przekonać premiera Netanjahu i jego koalicjantów do zmiany stanowiska.

Wiele wskazuje na to, iż prezydent – nawet jakby chciał – zrobić tak nie może. O ile bowiem Demokraci z Republikanami kłócą się o reformę służby zdrowia i milion innych, doraźnych kwestii, o tyle stosunek do Izraela jest ponadpartyjny i wynika z potęgi lobby żydowskiego. Skutkiem tego jest, iż Obama ma przeciwko sobie nie tylko zdeterminowany rząd izraelski, ale również wpływowych polityków amerykańskich. Na forum AIPAC (Amerykańsko-Izraelskiegi Komitet Spraw Publicznych) ma dojść do spotkania sekretarz stanu, Hillary Clinton, z premierem Izraela. Pani Clinton ponoć zrugała w 40-minutowej rozmowie telefonicznej Netanjahu, ale ostatnio podkreśliła, iż Stany Zjednoczone łączą z Izraelem “bliskie i nierozerwalne więzi”. Na wtorek zaplanowana jest rozmowa premiera z prezydentem Obamą. Wątpliwe, by “The Magic Negro” groził żydowskiemu premierowi.

Izrael pod presją
Pod taką presją rząd izraelski nie był nigdy. Rozbudowę krytykują m.in.: ONZ, Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Rosja i Brazylia. Dość doborowe towarzystwo.

Znać o sobie dała również armia amerykańska. Generał Petraus, dowódca sił amerykańskich w Azji Centralnej, skrytykował politykę izraelską, argumentując, iż jej efektem jest zwiększenie zagrożenia dla amerykańskich żołnierzy oraz wzrost nastrojów antyamerykańskich w państwach islamskich. Krótko mówiąc, polityka izraelska ma fatalne skutki dla sytuacji wojsk amerykańskich. Amerykańscy żołnierze nie chcą ginąć za osiedla w Jerozolimie, co doskonale obrazuje wypowiedź generała. Rząd izraelski może lekceważyć wypowiedzi Catherine Ashton czy Ban-Ki-Moona, ale nie przedstawiciela wojska amerykańskiego. Obama otrzymał potężne poparcie dla bardziej zdecydowanych działań – nie znaczy to, ze zechce taką operację przeprowadzić. To wymagałoby kolejnej wojny wewnętrznej, bez gwarancji zwycięstwa.

Kto się wycofa?
Ktoś będzie musiał odpuścić i przyznać się tym samym do porażki. Premier izraelski zdaje sobie sprawę, że tym razem przeszarżował i szuka kompromisu. Dlatego – według nieoficjalnych informacji – miał zaproponować Amerykanom, iż zniesie punkty kontrolne na przejściach między Izraelem, a Zachodnim Brzegiem Jordanu oraz wypuści część palestyńskich więźniów. Równocześnie, nie cofa się ani o centymetr w kwestii rozbudowy osiedli.

Amerykanie, w tej koncepcji, mieliby zadowolić się nagrodą pocieszenia. Sprawy jednak zaszły za daleko, a Amerykanie zostali upokorzeni wyjątkowo mocno – trudno przypuszczać, by zgodzili się na taką propozycję. Do rozmów trzeba przecież przekonać Palestyńczyków i Ligę Państw Arabskich, a bez cofnięcia decyzji o rozbudowie, będzie to zadanie z katalogu tych niemożliwych, bo wtedy twarz straciliby Arabowie.

Smutna konkluzja

Benjamin Netanjahu to nie Icchak Rabbin, ani nawet Ariel Szaron. “Arik”, jak na niego mówiono, był znienawidzony wśród Arabów, ale gdy był taki rozkaz – nie sprzeciwił się ewakuacji Synaju. Już w XXI, jako premier, wieku podjął decyzję o jednostronnych wycofaniu ze Strefy Gazy, co doprowadziło do podziału Likudu i powstania partii Kadima. Rabin zaś został zamordowany przez żydowskiego ekstremistę, o poglądach zbliżonych do deklarowanych przez wicepremiera i ministra spraw zagranicznych Izraela, Avigdora Liebermana.

Wśród Palestyńczyków też nie ma prawdziwych liderów. Przywódców z Zachodniego Brzegu Jordanu uważa się za “dobrych Palestyńczyków”, ale są bezradni i na własnym podwórku tolerując mnóstwo nieprawidłowości. Z kolei ci z Hamasu nie chcą słyszeć o żadnym kompromisie i do spółki z Izraelem doprowadzili do katastrofy humanitarnej w Strefie Gazy.

—-
Jednocześnie zachęcam do zajrzenia na profil “Kącika Dyplomatycznego” na Facebooku. Lista korzyści, związana z zostania fanem bloga w tym serwisie, wypisana jest tutaj.

Zakon Teorii Spiskowej – jak to działa?

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo
a to pewnie leci papierowy szybowiec? źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Tekst dotyczący zamachów z 11 września 2001 roku wzbudził wiele kontrowersji wśród czytelników mojego bloga w wielu miejscach internetu (np. 72 komentarze na salonie24). Na pierwszy rzut oka widać niezły rozstrzał – albo tekst został uznany za uczciwe i sprawiedliwe postawienie sprawy ataków terrorystycznych, albo napiętnowany jako kłamstwo i propagandę przez ludzi związanych z Zakonem Teorii Spiskowej (ZTS). Jak można spostrzec awansowali, bo otrzymali ode mnie duże literki. Także po kolei…

W co wierzy Zakon?
Członkowie Zakonu są przekonani, że cały świat jest opanowany przez spiskowców. W ich ręku są rządy, media i wielkie koncerny. Wyzwanie rzuciła im garstka internautów z całego świata, przy pomocy serwisu YouTube. Ludzie żyją w Matrixie, a ich egzystencja jest w 100% manipulowane przez “nich” – i tutaj padają różne nazwiska polityków (z reguły amerykańskich), finansistów, kostmiów etc. Jakie są przykładowe tezy?

1) Za World Trade Center stoi CIA
2) w Strefie 51 Amerykanie trzymają kosmitów i korzystają z ich technologii
3) kulą ziemską rządzi tzw. rząd światowy, a lokalni politycy są tylko ich marionetkami – w tym kontekście warto wspomnieć o masonach/Żydach
4) media służą jedynie do ogłupiania ludzi, szczególnie telewizja, a pracują w nich kukiełki

I tak dalej. Generalnie Orwell połączony z “Planetą małp”.

Przyczyny nierzetelnego dziennikarstwa
Jednym z największych osiągnięć demokratycznych społeczeństw jest wolność słowa. To właśnie dzięki niej Zakon Teorii Spiskowych może się rozwijać. Szybko można sobie wyobrazić, co stałoby się ze spiskowcami w Chinach, Korei Północnej, czy Birmie i ile osób by się o tym dowiedziało. Wymyślanie kolejnych tez, tak niezbędnych do dalszego trwania Zakonu, wymaga dostępu do informacji, komentarzy, analiz, zdjęć a to oferują media, fundacje, ośrodki badawcze, stowarzyszenia i władze. Procesy zachodzą więc w ramach społeczeństwa obywatelskiego i gdyby ono nie istniało, nie byłoby Zakonu.

Media służą często za źródło nieprawdziwej propagandy. Wymienię dwie rzeczy, którymi zajmowałem się szerzej – kwestia świńskiej grypy oraz przedstawienia irańskiego programu atomowego.  Gdy piętnowałem medialne bzdury, wyrastające jak grzyby po deszczu, krytykowałem “demokratyczność” ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego czy ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, w oczach Zakonu Teorii Spiskowej byłem poważany.  Odsłaniałem “wady” systemu. Kiedy jednak podważyłem jeden z dogmatów, okazało się, iż albo jestem głupi, albo kupiony przez Siły Zła.

Problem jednak w tym, że owszem, jestem przekonany, iż zdarzają się publikacje na zamówienie czy teksty sponsorowane, ale w większości wszelkie błędy mediów wynikają z dwóch rzeczy – ignorancji dziennikarzy oraz chęci “zabłyśnięcia”  np. inteligentnym tytułem w stylu “Iran może zaatakować Europę” lub “Świńska grypa może spowodować nawet kilka milionów zgonów”. To prawda, że w interesie firm farmaceutycznych jest podgrzewanie atmosfery, ale gdyby dziennikarze mniej słuchali specjalistów WHO mających powiązania z w/w firmami, a więcej typowego lekarza z przychodni, sprawdzali śmiertelność zwykłej i nowej grypy, tematu by nie było, a ja nie miałbym o czym pisać To często też psychologia. Większą klikalność będzie miał tytuł “Lekarze uspokajają”, czy “Kolejne ofiary niebezpiecznego wirusa”?

Żaden spisek, to skomplikowana gra interesów, gdzie najwięcej zyskuje najsilniejszy. Istotnie też mainstream jest często opanowany przez kretyńskie tematy i jeszcze głupsze tezy, które dla życia człowieka mają znikome znaczenia, ale zapewniają mediom np. oglądalność.

Wolność Kalego
W związku z moimi publikacjami, kilkukrotnie zdarzyło się, iż dostałem prośbę o przedrukowywanie moich artykułów na portalach mających wolność w adresie internetowym. Jeżeli działają non-profit, nie widzę przeszkód dla publikacji. Częstymi czytelnikami tego typu serwisów, odcinających się od mainstreamu, oficjalnych mediów (etc), są właśnie członkowie Zakonu Teorii Spiskowych. W końcu mają swój folwark, na którym mogą pisać “najprawdziwszą prawdę” i wzajemnie się w niektórych, schizofrenicznych poglądach, utwierdzać. Dyskutować mało kto z nimi tam chce, więc szybko zyskują na pewności siebie. Zresztą sam chwilę zastanawiałem się, czy podjąć dyskusję, po tym, jak zostałem obrzucony błotem po publikacji na temat 11 września, w jednym z takich serwisów.

Wracając do meritum, członków Zakonu mało kto dopuszcza do głównych mediów. Ich tłumaczenie jest bardzo proste – media, sterowane przez nie wiadomo kogo, boją się prawdy. Czują się dyskryminowani i uważają, iż “system” narusza ich wolność słowa.

Zobaczmy jednak, co się dzieje, gdy na ich folwarku ktoś napisze coś niezgodnego z “najprawdziwszą prawdą”. Czy różnią się czymkolwiek od tych, których tak zażarcie krytykują?

Czyżby zatem siły zła dotarły również na ich folwark, w mojej osobie? A może ktoś się pod pana Patyka Gorgola podszył, a jego zamknął w piwnicy, względnie w Strefie 51, wraz z kosmitami?

Jeżeli nie, to logiczne jest, iż musiał być przez kogoś sponsorowany? Żydzi? Masoni? George W. Bush? Klawiatura wszystko zniesie. To naruszenie moich dóbr osobistych, ale tak mnie rozbawiło, iż szkoda czasu na dochodzenie moich praw.

“Co za pacan to napisał brak dowodów chyba ktoś wykupił tą stronę? I robi wódę nam z mózgów.”

Jak w Matrixie. Ostatnia oaza prawdy i wolności zostaje zaatakowana. Czy bohaterski Zakon odeprze atak? Czy stronę internetową, która działa non-profit i nie jest oficjalnie zarejestrowana, można wykupić?

W obronę zostałem wzięty przez autorów serwisu. Słusznie zauważyli oni, iż drukują różnych autorów o różnych poglądach. Przyznać muszę, iż rzeczywiście ma to miejsce. Inny serwis “wolnościowy” przedrukował 95% moich artykułów, ale tego nie wziął. Obrońcy prawdy!

Karawana jedzie dalej…

“Istnieje różnica między “różnicą poglądów” a “propagowaniem kłamstwa”, gdyby redakcja nie wiedziała.”

Tak jest. Nagle okazuje się, że wolność słowa to pojęcie względne. Jeśli nas dyskryminują – to zamach, propaganda i manipulacja, jeżeli my to robimy, to obrona prawdy. Standard PRL-u albo Kalego.

“jasne… w takim razie staje się tym samym śmietnikiem i musi liczyć się z tym, że będzie traktowana jak śmietnik… wybór należy do redakcji, albo dopuszczać do głosu osoby, których jedynym celem jest powiedzenie, jak bardzo kochają kłamstwo i fałsz, i jak śmieszy ich zdrowy rozsądek albo próbować kształtować platformę dla interesujących, dojrzałych i światłych opinii…”

Zakon Teorii Spiskowych i jego kwintesencja. Chcemy czytać poglądy, ale tylko te słuszne. Przecież identycznie to wyglądało w partii komunistycznej. Wszelkie odchylenia były jak najbardziej karane. Mentalność ludzi jednak nie zmienia się tak szybko.

“(…)dlatego nikt z nas nie postuluje ukarania pana Gorgola za swoje poglądy ale poddajemy pod rozwagę, czy ewidentne kłamstwo jakie on propaguje szkodzi interesowi społeczności czy ją wzmacnia i rozwija”

Dziękuję bardzo. Kamień spadł mi z serca, że nie pójdę do więzienia. Dzięki temu możliwa będzie nadal moja ewentualna kariera w palestrze. Do tego wątku pozwolę sobie powrócić niebawem…

“Nie mówiąc o tym, że jest wielkim nieporozumieniem publicznie oskarżać domniemanych czy wyobrażonych sprawców przestępstwa bez udowodnienia winy, a nawet bez rozpoczęcia rozprawy sądowej. A ten artykuł to właśnie czyni.”

Jak zatem rozumiem, powinienem oczekiwać od prawników al-Qaidy pozwu o naruszenie ich dóbr osobistych?

W tym miejscu warto wspomnieć o dwóch kwestiach. Po pierwsze, tych Arabów bardzo chętnie Amerykanie postawiliby przed sądem, ale albo nie żyją (co jest dość logiczną konsekwencją wlecenia samolotem w wieże), albo ukrywają się. Druga sprawa jest taka, że ten pan nie czytał mojego tekstu, gdyż właśnie jak ognia unikałem przesądzania, kto dokładnie stoi za zamachami. Argumentowałem jedynie, że za tymi aktami terrorystycznymi nie stoją Amerykanie.

“Jeśli mamy stanowić społeczeństwo odpowiedzialne i demokratyczne, naszym moralnym obowiązkiem jest uczenie się eliminowania fałszu i piętnowanie ślepej demagogii propagandowej, której jedynym celem jest ośmieszanie ludzi myślących i próbujących krytycznie oceniać rzeczywistość. Klub klakierów zachodu, reprezentowany przez Pana Gorgola tworzy po prostu filozoficzną podstawę dla bezmyślnego konsumeryzmu, którego główną cechą jest wiara w sprawiedliwość władców imperium.”

Hehe, dokładnie jak na wiecu komunistycznej lub faszystowskiej partii. Trochę propagandy, potem włożyć w usta osoby krytykowanej coś, czego nie powiedziała i do przodu. Każdy, kto uważa inaczej, jest “niemyślący” i nie potrafi “krytycznie oceniać rzeczywistości”. Argument na poziomie, że jeżeli ktoś nie piętnuje homoseksualizmu, to sam z pewnością jest gejem.

Wyśledzić i napiętnować chama!
Uderzmy więc w samego autora heretyckiego tekstu.

“(…)Patryk Gorgol jest studentem II roku Wydziału Prawa i Stosunków Międzynarodowych UW i jak sam piszę o sobie…”Fotki odmładzają mnie o kilka miesięcy. Muszę dbać o swój PR”. Te słowa wiele tłumaczą… Patryk jest niewątpliwie ambitnym, inteligentnym i zdolnym człowiekiem, ale nie różni się wcale od większości swoich kolegów i koleżanek, którzy dla osiągnięcia sukcesu stają się typowymi hipokrytami i konformistami już na etapie studiów (…)”

Hipokryta i konformista – tylko dlatego, że napisałem tekst, który światopoglądowo nie pasuje członkom Zakonu. W sumie to łatwo się pogubić, bo nie wiem, czy jestem głupi, hipokrytą, konformistą, czy może sprzedawczykiem, która czeka na przelew od prawdziwych zamachowców z 11.09.01r?

Jak jednak członkowie Zakonu chcą wyśledzić światowy spisek, gdy nawet z mojej strony internetowej nie potrafią przepisać, co studiuje? Nie ma takiego czegoś jak II rok Wydziału Prawa i Stosunków Międzynarodowych.

“W ten sposób kształci się na uniwersytecie warszawskim przyszłych ekspertów prawa międzynarodowego, którzy nie widzą nic nienormalnego w masakrowaniu narodów azjatyckich na podstawie wyimaginowanego zagrożenia i nieudowodnionych oskarżeń kierowanych w stosunku do kilku niezidentyfikowanych osób.”

Tak jest! Tylko nie wiem, czy ktoś z naszej dwójki nie ma problemów z czytaniem. W moim tekście wyraźnie zaznaczyłem, iż interwencja w Iraku była, w mojej ocenie, niezgodna z prawem międzynarodowym i służyła głównie celom strategicznym Stanów Zjednoczonych. Ponownie wypada mi tylko zachęcić, by przed napisaniem komentarza, zaznajomić się z poglądami autora tekstu.

I jeszcze wmieszać do tego edukacje, system i Matrix wychodzi.
Kilka “niepodważalnych” dowodów spisku
Zakon Teorii Spiskowej zawsze ma setki tez i jeszcze większą liczbę “dowodów” na ich potwierdzenie. W praktyce, pomimo obalenia większości z nich, używają ich w każdej dyskusji, w nadziei, iż adwersarz o tym nie wie. Jako, iż członkowie Zakonu występują stadnie, wspólnie walczą o “najprawdziwszą prawdę”. Odsyłam do strony, na której wyjaśnia się niemal wszystkie wątpliwości dotyczące 11.09. Tłumaczyć z angielskiego mi się po prostu nie chce. Przepraszam.

“Na oficjalnej stronie internetowej FBI, gdzie znajduje się list gończy za Osamą Bin Ladenem wśród wszystkich zarzutów, jakie ciążą na tym człowieku nie ma oskarżenia o związek z zamachami 11 września. Dlaczego? Dlatego że, jak informuje FBI, “nie istnieje żaden dowód łączący Osamę Bin Ladena z zamachami 11 września”. KROPKA.”

Prawda, na liście zarzutów nie ma organizacji zamachów 11.09.01 roku. Nie jest to jednak odpowiedź na mój tekst, bo ja w swoim tekście nie lansowałem tezy, jakoby to konkretnie bin Laden za tym wszystkim stał. Zajmowałem się udziałem amerykańskim.

Jednakże sam bin Laden do organizacji tych zamachów się przyznał w 2004 roku. Odpowiedź Zakonu jest prosta – taśma jest nieautentyczna. Czekam na dowody.

Sam powyższy komentarz jest jednak uroczy na swój sposób. Przecież w opinii Zakonu cały amerykański rząd wziął udział w tym spisku, a za zamachami stoi George W. Bush z ekipą jastrzębi, CIA i inni. Wśród tych wszystkich wrednych, oszukańczych służb jest tylko jedna sprawiedliwa. FBI! Teraz pytanie za 100 punktów. Czy prezydent ma wpływ na FBI? Kto wie, może w agencji skutecznie tropi spiski agent Mulder?

Taka to jest dyskusja z Zakonem. Powiesz im, że sądy oddaliły wniosek, to odpowiedzą ci, że sądy są przecież kontrolowane. A FBI w takim razie nie?

“Można jeszcze tylko dodać, że plany najazdu na Afganistan były już w przygotowaniu 11 września i jak krótko później oficjalnie oświadczyła Condoleezza Rice, dowody łączące Osamę Bin Ladena z zamachami 11 września zostaną przedstawione narodowi amerykańskiemu w “stosownym czasie”.”

Przecież każe dziecko wie, że surowce naturalne, produkowane w Afganistanie, mają wręcz bezcenną wartość. Tylko dlaczego ci Amerykanie czekali aż miesiąc z interwencją, skoro plany mieli już gotowe przed 11.09.01r? Po co wysyłali jakieś ultimatum do talibów – a jeszcze któryś z nich wymyśliłby, że je spełni i klops?

“O planach strategicznych dla Ameryki pisał nie tylko Brzeziński. W roku 1998, w listopadowym numerze magazynu „Foreign Affairs” ukazał się artykuł pt. „Catastrophic Terrorism. Tackling the New Danger” („Katastroficzny terroryzm. Stając przed nowym niebezpieczeństwem”). Zawierał racjonalną analizę korzyści, jakie niosą ze sobą „okoliczności zagrożenia zewnętrznego”, o których rok wcześniej pisał Brzeziński. „Jeśli podłożone pod WTC w 1993 r. środki byłyby ładunkami nuklearnymi… – spekulowali autorzy artykułu nawiązując do dokonanego kilka lat wcześniej zamachu w WTC – trudno jest opisać horror i chaos, jakie zdarzenie to by spowodowało. Taki akt katastroficznego terroryzmu byłby wydarzeniem przełomowym w historii Ameryki. Wywołane straty ludzkie i materialne nie miałyby sobie równych w warunkach pokoju i zachwiałyby fundamentalnym poczuciem bezpieczeństwa Ameryki (…) Podobnie jak Pearl Harbor zdarzenie to wyznaczyłoby wyraźną linię podziału na przeszłość i przyszłość. Stany Zjednoczone mogłyby zareagować drakońskimi środkami, ograniczając wolności obywatelskie, zezwalając na zwiększenie inwigilacji obywateli, zatrzymywanie podejrzanych i stosowanie śmiertelnej przemocy.” Współautorem tego tekstu był Philip Zelikow, późniejszy członek administracji George’a W. Busha i przewodniczący rządowej komisji powołanej do zbadania przyczyn katastrofy 11 września 2001 r.”

Nawet tego nie sprawdzam. Zakładam, że cały komentarz jest w 100% prawdziwy.

Czego on jednak dowodzi? Niczego, to żaden dowód, a jedynie trafna analiza zmian, które zajdą w przypadku zamachu terrorystycznego.

Skomentuje jeszcze jedną, pojawiającą się hipotezę. Jedenasty wrzesień został wymyślony, by G.W. Bush mógł zaatakować Irak.

To dlaczego w samoloty nie zapakowano od razu Irakijczyków i nie sfabrykowano ich rozmów z Saddamem? Cóż to byłby za wyborny pretekst. Po co było wkraczać do Afganistanu, jak można było zaatakować od razu? Skoro Collin Powell mógł kłamać w ONZ w kwestii broni masowego razenia, to nie mógłby tego zrobić w/s udziału Iraku bezpośrednio po 11/09?

Amerykanie, przejmując Irak, skorzystali jedynie z okazji. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie było 11.09, i tak wymyślono by broń masowego rażenia i wkroczono do tego kraju. W tym przypadku 11.09 był jedynie okolicznością sprzyjającą. Pokazuje to zresztą reakcja Francji i Niemiec na inwazję.

To, że Amerykanie skorzystali z okazji, by zrealizować swoje interesy, nie jest żadnym dowodem na to, iż to oni stoją za zamachem. Tak zrobiłoby każde państwo. Na tym polega umiejętność (lub jej brak) prowadzenia polityki zagranicznej.

Ostatnia wątpliwość
Jedna rzecz nie daje mi jednak spokoju. Jeżeli Zakon Teorii Spiskowej występuje przeciwko prawdziwym władcom świata, którzy posiadają miliardy dolarów, miliony żołnierzy i technologie kosmitów, to czemu nie zamkną im serwisu YouTube, a członków Zakonu w więzieniu? Przecież to byłaby dla nich dziecinna igraszka, a media przedstawiłyby to wydarzenie, jako aresztowanie seryjnych morderców. Albo szaleńców.

Czego uczą się studenci na II roku prawa?

Historia Komentarze (5) » dodajdo
źródło: kdc.pl

źródło: kdc.pl

Obowiązkowym podręcznikiem na II roku studiów prawniczych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego jest “Prawo międzynarodowe publiczne w zarysie”. Jest to praktycznie oficjalna pozycja, polecana przez wszystkich ćwiczeniowców na WPiA. Wśród moich kolegów, studentów prawa, nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto nie uczyłby się z tej książki – zwłaszcza, że między Instytutem Prawa Międzynarodowego (WPiA), a Zakładem Prawa i Instytucji Międzynarodowych (Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, w ramach Instytutu Stosunków Międzynarodowych) istnieje spór w kilku kwestiach, wynikiem czego studentom tworzy się problemy z przepisywaniem ocen między wydziałami i nakazuje korzystać z dwóch innych podręczników. Studenci prawa uczą się ze wspomnianej wyżej pozycji, a studenci stosunków międzynarodowych – z książki Remigiusza Barzanka i Jacka Symonidesa.

Nie zamierzam porównywać tych książek – do czynienia mam zresztą tylko z jedną z nich, a do drugiej, nie zamierzam nawet zaglądać. Dysponuję 13, najnowszym wydaniem książki profesora Góralczyka i profesora Sawickiego, z roku 2009.. Przejdę do sedna.

Czego ciekawego może dowiedzieć się student z książki?

Podręcznik ten wydawany był przed 1989 rokiem, co istotnie wpływało na jego treść. Komunistyczne wstawki były wtedy częścią praktycznie wszelkich dzieł naukowych i nie powinno to nikogo dziwić. Rzeczywistość nie rozpieszczała, książki musiały przejść przez cenzurę.

Aktualnie mamy jednak rok 2010, a co mogą przeczytać studenci prawa w swoim podstawowym podręczniku?

Na stronie 123, punkt C czytamy:

“Decydujące znaczenie dla powstania państwa polskiego miała rewolucja w Rosji i uznanie prawa narodów Rosji do samostanowienia. W traktacie pokojowym podpisanym 3.III 1918r. w Brześciu Rosja Radziecka zrzekła się praw do obszaru byłego Królestwa Kongresowego a dekret Rady Komisarzy Ludowych z 29. VIII 1918 r. uznał umowy w sprawie rozbiorów Polski za uchylone jako sprzeczne z zasadą samostanowienia narodów”

Trzeba przyznać, iż wydarzenia mające miejsce w Rosji z 1917 roku (rewolucja lutowa i dwuwładza) miały istotne znaczenia dla powrotu sprawy polskiej na arenę międzynarodową, ale czy były DECYDUJĄCE dla odzyskania przez Polskę niepodległości? Czy Polska odrodziła się dzięki deklaracji bolszewików, iż mamy prawo do niepodległości, gdy nawet jeszcze nie rządzili? Czy bolszewicy, zaraz po wojnie, nie stwierdzili, iż postanowienia traktatu brzeskiego już ich nie dotyczą?

Czy powielanie takiej tezy, w 2010 roku, nie jest kompromitujące?

To dopiero jednak początek. Strona 50

“Wielka Brytania i Francja zgodnie z przyjętymi wobec Polski zobowiązaniami 3 IX 1939 wypowiedziały wojnę Niemcom. 17 IX 1939 r. na wschodnie terytoria Polski wkroczyły wojska radzieckie.”

Krótko i konkretnie, wkroczyły. Bez zbędnego komentarza, w stylu np. “łamiąc pakt o nieagresji”.  Ktoś nieznający historii nie wiedziałby, że chodzi o agresję bez wypowiedzenia wojny.

oraz strona 51 ( o koalicji antyhitlerowskiej, jak ją zgrabnie nazywa się w książce,  “Związku Radzieckiego z państwami kapitalistycznymi)

“Powstanie tej koalicji i wyniki jej działania dowiodły, że możliwa jest współpraca polityczna, gospodarcza, a nawet wojskowa między państwami o odmiennych ustrojach społeczno-politycznych, prowadzona w imię wyższych celów, odparcia agresji, obrony demokracji i podstawowych praw człowieka.”

Owszem. Związek Radziecki powszechnie znany jest z obrony demokracji i podstawowych praw człowieka, zarówno na swoim terytorium, jak i po wojnie, w Europie Środkowo-Wschodniej.

Strona 52

“Powstanie dwóch państw niemieckich i rewizjonistyczna polityka RFN utrudniły dojście do porozumienia, mimo wielokrotnie ponawianych przez ZSRR propozycji i wysiłków”

Tak, m.in. odcinając miasto od wszelkich dostaw, co skutkowało uruchomieniem olbrzymiego mostu powietrznego (I kryzys berliński), budując mur berliński (1961 r.) czy tłumiąc przy pomocy radzieckich wojsk protesty robotników (czerwiec 1953 r.). Typowe działania podjęte w celu porozumienia i pokojowego rozstrzygnięcia sporu.

Teraz może trochę o organizacjach międzynarodowych?

Strona 117 – NATO.

“NATO powstało w okresie zimnej wojny i miało umożliwić Stanom Zjednoczony prowadzenie polityki “z pozycji sił” w stosunku do państw socjalistycznych”

Celu powstania NATO lepiej się już chyba ująć nie da

Strona 317 – tym razem o ONZ

“Zasada jednomyślności wielkich mocarstw zapobiegła w okresie tzw. zimnej wojny przekształceniu ONZ w koalicję państw kapitalistycznych wymierzoną przeciwko państwom socjalistycznym, do czego dążyły wówczas Stany Zjednoczone.”

Gdyby nie prawo weta, państwa kapitalistyczne osiągnęłyby swój cel! Przewaga “państw kapitalistycznych” w Organizacji Narodów Zjednoczonych przejawiała się na przykład w tym, że Izrael prawie wyrzucono z organizacji, a syjonizm został uznany za jedną z odmian rasizmu. Zupełnie po myśli Stanów Zjednoczonych.

Ruch Państw Niezaangażowanych bardzo chętnie krytykował Stany Zjednoczone i bliżej mu było do Moskwy. Po II wojnie światowej powstało wiele państw, więc Amerykanie nie dysponowali przewagą liczebną w ZO ONZ.  W Radzie Bezpieczeństwa wpływy amerykańskie i radzieckie równoważyły się.

W tym miejscu kończę przepisywanie fragmentów podręcznika, chociaż jestem przekonany, iż gdybym szukał, znalazłbym więcej “historycznych ciekawostek”.

Dlaczego tak to wygląda?

Najczęściej spotykanym tłumaczeniem takiego stanu rzeczy jest niechęć do ingerowania w treść książki, ze względu na szacunek do zmarłego w 1994 roku profesora Góralczyka.

Należy postawić inne pytanie. Czy nieingerowanie w wyżej wspomniane fragment, nie szkodzi profesorowi jeszcze bardziej? W 2010 roku studenci bez problemu wyłapują, iż tezy przedstawione w książce, są nieprawdziwe.

Ponadto, czy studenci prawa, nie powinni uczyć się z książki, w której nie ma tak ewidentnych przekłamań, prawdopodobnie pisanych, by przejść przez cenzurę? Czy poprawienie tekstu rzeczywiście byłoby tak olbrzymim brakiem szacunku dla profesora Góralczyka? W mojej ocenie, większym problemem jest, iż duch PRL-u nadal straszy na Uniwersytecie.

——-
Część przykładów, które podałem i inne, znaleźć można w tej dyskusji na portalu grono.net

Jak szybko i profesjonalnie zerwać negocjacje pokojowe, przed ich rozpoczęciem?

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo
źródło: blogdouh.zip.net

źródło: blogdouh.zip.net

Niedawno świat obiegła informacja – Palestyńczycy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny zgadzają się na wznowienie rozmów pokojowych z Izraelem. To efekt amerykańskiego pośrednictwa, w tym pracy Georga Mitchella, specjalnego wysłannika Baracka Obamy na Bliski Wschód. Co prawda wznowienie rozmów nie równa się podpisaniu pokoju, o czym wiemy od lat kilkunastu, aczkolwiek w obecnej sytuacji to i tak zdecydowany postęp. To byłoby odległe światełko w tunelu dla bliskowschodniej polityki Obamy. Byłoby…

Wydawało się, iż prezydent Autonomii Palestyńskiej i jednocześnie przewodniczy OWP, Mahmud Abbas, zostaje postawiony w trudnej sytuacji. Jego warunki wstępne nie zostały spełnione, gdyż Izrael zapowiedział zamrożenie rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, a nie ich całkowite zatrzymanie. Rząd izraelski również zastrzegł, iż owo zamrożenie nie dotyczy wschodniej Jerozolimy. W tej sytuacji zgoda Palestyńczyków pokazuje ich słabość. Tymczasem okazało się, iż nie tylko prezydent Autonomii Palestyńskiej, ale też Stanów Zjednoczonych, nie jest w stanie wymusić na Izraelu poważniejszych ustępstw.

To, iż Izrael nie spełnił palestyńskich warunków wstępnych, a jednocześnie udało się przekonać Palestyńczyków do powrotu do stołu, dobitnie ukazuje, kto w tej rozgrywce rozdaje karty, a kto jest przyparty do muru – co w tym regionie świata ma znaczenie metaforyczne oraz dosłowne. Z punktu widzenia polityki wewnętrznej, zgoda Abbasa popularności mu raczej nie przyniesie, równocześnie stanie się wdzięcznym obiektem ataku propagandowego dla Hamasu. Inna sprawa, że nawet gdyby udało się wynegocjować pokój, to byłby to dopiero początek kolejnych problemów, bo nie zostałby zaakceptowany przez wspominany już Hamas, który niepodzielnie panuje w Strefie Gazy. Palestyńczycy mają problem z reprezentatywnością. Poddany naciskom, zapewne też finansowym, Abbas nie miał wyboru, chociaż rozmawianie w obecnych warunkach to, cytując była polską minister spraw zagranicznych, “hardcore negotiations”, z nikłymi szansami na powodzenia.

Można by przypuszczać, iż upokorzony prezydent Autonomii Palestyńskiej, ma gwarancję, iż np. Izrael nie ogłosi za chwilę planu zbudowania 1600 domów dla osadników żydowskich we wschodniej Jerozolimie, byłoby to zbyt bezczelne… Nie muszę chyba dodawać, co stało się kilka dni później, notabene w czasie wizyty wiceprezydenta Joe Bidena?

Któryś z kolei policzek dla Abbasa, policzek dla prezydenta Obamy. Izraelczycy szybko ogłosili, że przepraszają, iż decyzję o rozbudowie ogłoszono w czasie wizyty Bidena, ale jej nie zmienili. Ostatnie wydarzenia dobitnie odpowiadają na pytanie, czy rząd Benjamina Netanjahu chce rozmów pokojowych z Palestyńczykami? Z drugiej strony decyzje premiera można zrozumieć, gdyż jego elektorat wstrzymaniem budowy osiedli nie jest zainteresowany, a i do rozmów pokojowych podchodzi co najmniej sceptycznie.

Negocjacje pokojowe są zatem kłopotliwe zarówno dla obecnego rządu izraelskiego, jak i rządzących na Zachodnim Brzegu Jordanu. Miały być wznowione głównie dzięki naciskom amerykańskim. Można tutaj wręcz mówi o współpracy izraelsko-palestyńskiej. Palestyńczykom pozostało tylko zbić wystawioną piłkę, twierdząc, iż w takiej sytuacji nie będą negocjować. Amerykanie mogą budować swój domek z kart od nowa – i tak za chwile przyjdzie wichura i wszystko zwieje.

Sekretarz Generalny Ligi Państw Arabskich i prezydent Abbas ogłosili, iż dopóki Izrael nie wycofa się z koncepcji budowy domów, Palestyńczycy do rozmów nie zasiądą. Joe Biden zaapelował, by Izrael cofnął swoją decyzję. Dotychczasowa praktyka jest jednak oczywista – premier Netanjahu nie liczy się ani z Amerykanami, ani z Palestyńczykami.

Rozmowy udało się zablokować, przed ich rozpoczęciem. Joe Biden wspominał o państwie palestyńskim, ale obecnie pokój jest dużo dalej, niż w roku 1993, gdy podpisywano porozumienie w Oslo. Sam wiceprezydent to mistrz słów, wyznający słowa Talleyranda, iż uprzejmość tak niewiele kosztuje, a tak wiele można za nią kupić – zawsze ma dobre słowo, a to dla Polaków, którym mówi, iż są “czempionami”, a to dla Palestyńczyków, których zapewnia o swoim poparciu dla idei powstania niepodległej Palestyny.

—-
Zachęcam do zajrzenia na profil bloga “Kącik Dyplomatyczny” na Facebooku! Już prawie 40 osób go obserwuje ;) .

Kącik Dyplomatyczny na Facebooku

Inne Komentarze (0) » dodajdo

Nadeszła ta wiekopomna chwila, gdy mój PR-owiec rozkazał założyć mi grupę na Facebooku.  Nie zbaczając na przeciwności losu, w postaci ultraszybkiego internetu Neostrada i zajęć z prawa cywilnego w dniu następnym, zająłem się tym tematem na poważnie.

Tym samym zachęcam do dołączenia do grupy fanów “Kącika Dyplomatycznego”.

A ja nadal co jakiś czas będę pisał na poważne tematy, nie zawsze na serio. Już niebawem szykują się następne atrakcje!

11/09 – odczarować zakon teorii spiskowej

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źróło: rosetta.null-zero.com

źróło: rosetta.null-zero.com

Po wydarzeniach z dnia 11.09.2001r, poza powszechnym strachem przed terroryzmem i zwiększeniem nastrojów antyislamskich, szybko pojawiły się koncepcje, że za atakiem nie stoją ludzie Osamy bin Ladena z al-Qaidy. Całą zabawę, z dość dużym fajerwerkami, mieli zorganizować pracownicy CIA, a o wszystkim wiedzieć miał prezydent George W. Bush.

Takie bzdury, wypowiadane przez Mahmuda Ahmadineżada, mogą jedynie śmieszyć. Sam Ahmadineżad wie, kto dokonał tego zamachu, a Iran – o czym się nie mówi – jest jednym z państw, które potępiło ataki i zaproponowało swoją pomoc. Amerykanie z Irańczykami współpracować nie zamierzali i błyskawicznie Teheran trafił na “oś zła”, wraz z Irakiem i Koreą Północną. Wypowiedzi Ahmadineżada służą głownie propagandzie – to świadome przekręcanie prawdy.

Gorzej jednak, jeśli w samej Ameryce powstają ruchy, który święcie wierzą w to, iż zamach na “dwie wieże” to robota amerykańska. Produkuje się specjalne filmy, publikuje artykuły, wynajduje relacje, które mogłyby świadczyć o innym, niż oficjalny, przebiegu wydarzeń. Nasuwa się historyczna analogia do organizacji ekologicznych i pacyfistycznych działających na Zachodzie w latach 70-80-tych, sponsorowanych przez komunistyczne wywiady (KGB, Stasi), które działały w interesie Związku Radzieckiego.

Kto zorganizował zamachy 11/09 według spiskowców?

Odpowiedź jest banalnie prosta. CIA, prezydent Bush i jastrzębie z jego środowiska, naturalnie – bo jakżeby inaczej – z pomocą państwa Izrael. Cele operacji miały być oczywiste. Po pierwsze, stworzenie pretekstu dla powstania instytucji antydemokratycznych, mających wykorzystywać histerię do ograniczenia wolności. Jeden z moich dyskutantów, pan Maciej Jachowicz, był łaskaw napisać, iż sytuacja w Ameryce przypomina tą z Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Konkluzja nasuwa się tylko jedna: pan Maciej nie był ani w Ameryce, ani w NRD. Każdy Amerykanin znalazłby się w objęciach “systemu” – w skrócie, bracia Wachowscy mogą być z siebie dumni, gdyż niektórzy zaczęli widzieć świat jako “Matrix”.  Drugim celem było wykorzystanie pretekstu (tj. rzekomego ataku 11/09) do zaatakowania Afganistanu oraz Iraku.

Uczciwie trzeba napisać, iż w/w cele, są konsekwencjami ataku z 11/09. W Ameryce rzeczywiście uchwalono bardziej restrykcyjne prawo (np. Patriot Act) i społeczeństwo “straciło” trochę wolności, jednak demokracja nie została w żaden sposób zagrożona. O ile operacje w Afganistanie można traktować jako naturalną odpowiedź za ataki z września 2001 roku, o tyle inwazja na Irak, z pogwałceniem prawa międzynarodowego, była amerykańską samowolą, obliczoną nie na walkę z terroryzmem, a na realizację amerykańskich (i izraelskich) interesów strategicznych.

Słabe punkty teorii spiskowej
Podstawowym mankamentem teorii spiskowej jest brak jakichkolwiek dowodów potwierdzających tezę. Pojawiają się głównie “pytanie”, “wątpliwości”, a tezy są jedynie oparte na słabych poszlakach w stylu “World Trade Center powinno inaczej się rozpadać”, “samolot wyglądał, jakby miał rakietę” itd. Z częścią tych “kontrowersji” rozprawia się na swoim blogu lukasmaster. Zajmę się głównie rzeczami związanymi z organizacją zamachu.

Całą operację mieliby przygotować Amerykanie, którzy nie są w stanie zatuszować faktu torturowania więźniów oraz posiadania tajnych więzień CIA w Europie. To jak dopiero zorganizować kontrolowane wysadzenie dwóch wież tak, by nikt się nie zorientował? Mowa o 3 tysiącach zabitych. Przecież Amerykanie – gdyby podjęli się takiej roboty – zwyczajnie by ją zepsuli, tak jak nie byli w stanie w przeszłosci zabić Fidela Castro, czy teraz dopaść Osamę bin Ladena.

Zorganizowanie ataku na WTC wymagałoby zaangażowania setek albo nawet tysięcy specjalistów. Do przygotowania ładunków, do rozmieszczenia ich, do ukrycia dowodów, do sabotowania późniejszego śledztwa itd. I w 2010 roku żaden z nich nie puściłby pary z ust? Nikogo nie ruszyłoby sumienie? Nikt w testamencie nie zechciałby ujawnić prawdy? Dlaczego teoria spiskowa opiera się ciągle jedynie na wątpliwościach i nie tworzy całości? Czy wyznawcy teorii spisku wyznają zasadę – osławioną przez pewnego polityka – iż brak dowodu jest dowodem na to, iż dowody takie mogą istnieć albo zostały zniszczone?

Co więcej, “amerykańscy” organizatorzy mieliby przeprowadzić taką operację w celu utrzymania władzy. Jak widzimy w 2010 roku, George W. Busha i jego ekipy w Białym Domu już nie ma. Nadzieją miłośników spiskowej teorii było dojście do władzy Baracka Obamy, który ujawnić miał całą prawdę! Niestety, Barack Obama – a trudno go posądzić o sympatię do Busha – nie tylko nie wyjawił “całej prawdy”, a jeszcze kontynuuje politykę byłego prezydenta. Jaki z tego wniosek? Odpowiedź jest oczywista. Sam Obama również uczestniczył w spisku, w końcu należy do klasy politycznej! Dowód? Proszę bardzo – Obama początkowo wspierał iracką politykę Busha, a później nawoływał do zmniejszenia kontyngentu, a nie jego wycofania. Co prawda niczego to nie dowodzi (oprócz zmienności poglądów Obamy), ale brzmi przecież nieźle, a luki w teorii spiskowej trzeba przecież jakoś łatać. Pojawia się jednak kolejna, jeszcze większa – skoro wiedział o tym też Obama, to co z koncepcją, według której o całej tajnej operacji wiedzieli tylko nieliczni?

Co z czwartym samolotem, w którym rozgrywała się walka między pasażerami, a terrorystami (czyli podstawionymi amerykańskimi agentami?)? Telefony pasażerów do bliskich również były nagraną ściemą, mającą tworzyć mit? Czemu nie posłużyć się pustym samolotem? Co z czarnymi skrzynkami? Też zostały sfałszowane? Dlaczego samolot spadł w tak niespektakularnym miejscu?

Dlaczego strażacy nie natrafili na ślady ładunków wybuchowych, jeśli budynki (wieże WTC i Pentagon) miały być wysadzone? Czyżby oni też byli zaangażowani w spisek? Wcześniejsza próba ataku na World Trade Center była amerykańską próbą generalną, wymyśloną przez administrację Billa Clintona? Kto zaatakował w Londynie i Madrycie? Czy wycofanie wojsk hiszpańskich, efekt zamachu terrorystycznego w Hiszpanii, nie był skrajnie niekorzystny dla Amerykanów?

Słabe punkty teorii spiskowej można mnożyć bez końca, rozpatrując kolejne aspekty. Szkoda czasu.

Jak było naprawdę?
Najciemniej bywa pod latarnią. Wywiad amerykański nie funkcjonuje prawidłowo i w jego historii aż roi się od spektakularnych wpadek – jedną z nich są ataki z dnia 11.09.2001. Podobnie było z Pearl Harbor. Pomimo istnienia mnóstwa ostrzeżeń, nie zapobiegnięto zamachowi, który na długie lata zdeterminował politykę amerykańską. Niektórzy twierdzą, iż celowo, tylko czy radzieckich rakiet na Kubie Centralna Agencja Wywiadowcza też specjalnie nie zauważała, aż do krytycznego momentu?

Ameryka musiała określić swoje cele po 11/09 i sam atak terrorystyczny posłużył jej do realizacji swoich interesów strategicznych, w tym do zabezpieczenia olbrzymich ilości surowców naturalnych w Iraku. Trzeba też zaznaczyć, iż w wyniku tych wojen zginęło więcej niż 3 tysiące cywilów, ofiary ataków terrorystycznych z września 2001 roku. Potężna Ameryka wykorzystała prawo do reakcji na swoją korzyść – tak jednak zrobiłby każdy rozważny polityk, zwłaszcza że w 2010 roku Stany Zjednoczone nie mają już takiej swobody, co widać po indolencji wobec Iranu.

Do 2001 roku terroryzm – z punktu widzenia społeczeństw zachodnich – głównie kojarzył się z konfliktem izraelsko-palestyńskim. Atak z 2001 roku rozpowszechnił postulaty fundamentalistów oraz zwiększył ich znaczenie w świecie islamskim. Terroryści osiągnęli swój cel – na stałe pozbawili Zachód poczucia bezpieczeństwa.

Raj na ziemi

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: gazetaprawna.pl

źródło: gazetaprawna.pl

Czy wyobrażacie sobie państwo, gdzie za “nielegalne” używanie telefonu komórkowego zabija się ludzi? Gdzie posiadanie zapasów to spekulacja, za którą grozić może kara śmierci? Gdzie drogi mają kilka pasów, ale brakuje samochdów? Gdzie z głodu umierają tysiące ludzi? Gdzie przeciętny człowiek głoduje i żeby przetrwać jeść musi trawę, a nawet błoto? Gdzie do obozu “reedukacyjnego” trafić można nawet za posiadanie w rodzinie kogoś “niepewnego”? Gdzie żywnościowa pomoc ONZ trafia do armii albo na czarny rynek, aby ją drożej sprzedać? Gdzie dzieci lądujące w “sierocińcach” zostają pozbawione nie tylko rodziny, ale również dostają racje żywnościowe, a po ucieczce pozostaje im tylko żebranie? Gdzie państwo posiada fabryki, w której produkuje się amfetaminę o czystości 99%, a mak uprawia na najbardziej żyznych glebach? Gdzie wysłanym za granicę robotnikom, zabiera się praktycznie całą pensję?

Gdzie ludzie są na tyle zindoktrynowani, iż uważają – mimo to – Koreę Północną za kraj na ziemi, a winni są wszyscy, oprócz rządzącej kliki z Kim Dzong Ilem na czele. Prawdziwa bieda zaś dopiero jest, u ich braci, w Korei Południowej.

Zobaczmy np. co – według jego byłego kucharza, Fujimoto – zjadł Umiłowany Przywódca 26 marca 2001. Mieszkańcy KRL-D są przekonani, iż tak jak oni, jada głównie kaszę kukurydzianą, “cierpi” i głód również dotyczy jego osoby.

Dzień rozpoczął od sałatki z ziemniaków, bo zdrowa. Następnie – jak każdy mieszkaniec Korei Północnej – przekąsił płetwy rekina w mleku kokosowym. To jednak Kimowi nie wystarcza, więc dalej je Smażone grzyby z pulpetami rybnymi, szaszłyk wołowy i potrawkę z żółwia rzecznego. Po tych przekąskach, można zjeść potrawkę z krabów, sushi oraz poprawić zdrową zupą z pędów soi. Po tym wszystkim zostaje pożywna kolacja – pieczona słodka kapusta, pasta paprykowa i czarna herbata. Jakby chciał się napić – w swojej piwnicy ma 10 tysięcy trunków. Bez problemu mógłby zorganizować tzw. melanż ostateczny.

…. a teraz przenosimy się do Parlamentu Europejskiego, gdzie socjaliści byli bardzo oburzeni faktem, iż w rezolucji potępiającej totalitaryzm, odważono się wpisać komunizm.

Większość z powyższych danych pochodzi z książki Juliette Morillot oraz Doriana Malovica “Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków”. Autorzy rozmawiają z uciekinierami z KRL-D, pokazując, jak naprawdę wygląda życie w tym państwie. Demonstrując piekło, obalają tez część medialnych mitów na temat tego kraju. Gorąco zachęcam do lektury.

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się