Świat widziany na trzeźwo – Ehud Barak o polityce Iranu

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo
http://middleeasternanalysis.wordpress.com

http://middleeasternanalysis.wordpress.com

“Są radykalni, ale nie szaleni” – powiedział Ehud Barak, Minister Obrony Narodowej Izraela na temat Irańczyków. Dodał również, że mają nowoczesny proces podejmowania decyzji i rozumieją rzeczywistość. Ocenił, że mało prawdopodobne, by Iran zaatakował Izrael. Miła odmiana, w porównaniu z ogólnoświatową paniką. Zamieszanie wokół irańskiego programu atomowego najlepiej byłoby skończyć pokojowo i jak najszybciej, ale Persowie nie zbroją się po to, by wywołać III wojnę światową. Chcą znacząco poprawić swoją pozycję strategiczną w regionie.

Cóż, jak widać władze izraelskie też mają nowoczesny proces podejmowania decyzji i rozumieją rzeczywistość. W końcu ktoś potwierdził, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Izraelska opinia publiczna boi się Iranu, za co w dużej mierze odpowiadają rządzący i media. Izraelskie władze, dysponujące analitykami i jednym z najlepszych wywiadów świata, twardo trzymają się rzeczywistości, w której ewentualny atak Iranu na Izrael zakończyłby się tragicznymi konsekwencjami dla tego pierwszego. Mówienie o zagrożeniu irańskim jest elementem polityki wewnętrznej i zagranicznej. Realniejszy jest atak lotniczy Izraela na Iran, chociaż byłoby to przedsięwzięcie ryzykowne – najlepiej można by je porównać do skoku na główkę do basenu, którego głębokości się nie zna. Żydzi zrobią to tylko wtedy, gdy nie będą mieć innego wyboru

Szkoda, że my żyjemy w rzeczywistości, w której wypowiedź Baraka, jak najbardziej normalna i wynikająca z najprostszej umiejętności analizy i oceny ryzyka, uznać można ze perełkę wśród medialnego bełkotu. Ostatnio modne jest mówienie o sankcjach – Sekretarz Stanu, Hillary Clinton, jeździ po całym świecie, a nadal nie ma oficjalnych informacji, jak na ewentualny projekt rezolucji w RB ONZ zapatrują się Chińczycy i Rosjanie. Pekin za poparcie “Pustynnej Burzy” wytargował zniesienie sankcji amerykańskich nałożonych na ChRL po masakrze na Placu Tiananmen. Interesy irańsko-chińskie są warte więcej, niż iracko-chińskie z początku lat 90-tych, więc rozmowy będą trudne

Poniżej podchwytliwe pytanie dla chętnych. Które z poniższych państw nie wspierało nigdy irańskiego programu atomowego?
a) Francja b) Stany Zjednoczone c) Rosja d) Chiny

Czy prezydent powinien jechać do Katynia?

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo

źródło: gazetaprawna.pl

Od kilku dni trwa żenujące przedstawienie pt. „Wyjazd prezydenta do Katynia”. Zamieszanie bierze się z faktu, iż premier Władimir Putin zaprosił premiera Donalda Tuska na uroczystości 70-rocznicy mordu katyńskiego, o czym spekulowano już w czasie wrześniowej wizyty rosyjskiego premiera w Polsce. Prezydent Kaczyński zaproszenia nie otrzymał, jednak zadeklarował swój udział w uroczystości dodając, iż cieszy się, że premier też weźmie w nich udział. Sytuacja zaogniła się 20 lutego, gdy ambasador rosyjski powiadomił, iż nie otrzymał z Kancelarii Prezydenta żadnych dokumentów. Następnego dnia sprostował swoją wypowiedź. Polski MSZ, ustami ministra Sikorskiego, zadeklarował, iż zrobi wszystko, by wszystkie sprawy związane z wizytą prezydenta Kaczyńskiego odbyły się bez problemu. I na tym powinien zakończyć się cały „spór”.

Niestety nie u nas. W Polsce – po kompromitującej Polskę „wojnie o krzesło i samolot” i sporze wokół szczytu NATO, na którym wybierany był sekretarz generalny Sojuszu – od razu pojawiła się dyskusja. Czy prezydent Lech Kaczyński powinien jechać do Katynia? Czy Rosjanie rozgrywają nas przy pomocy sprawy katyńskiej? Czy ambasada rosyjska w Warszawie spiskuje? A może winny jest MSZ, który robi rzekomo ma robić wszystko, by do wizyty prezydenta nie dopuścić, albo przynajmniej ją utrudnić? Nasi politycy i – o czym się nie pisze – dziennikarze, niczego się nie nauczyli.

Sprawa jest zbyt poważna, aby się o nią kłócić. Konstytucja jest bezwzględna – w Art. 126 jest napisane, iż najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej jest prezydent Rzeczypospolitej. Jego polityczne prawo do wzięcia udziału w tej uroczystości jest bezsprzeczne i podwyższa ich rangę. Wydarzenia z 1940 roku są kluczowe dla historii Polski XX wieku i nieprzyzwoitością jest o nich nie wiedzieć. Odpowiedź jest zatem oczywista – prezydent ma prawo jechać do Katynia i reprezentować tam Polskę. Polska jest współorganizatorem i nikt nie będzie ustalał składu jej delegacji.

W Polsce pojawiły się apele (np. na stronie „GW”, nieśmiałe, początkowe wypowiedzi ministra Sikorskiego), by prezydent nie jechał. W podobnym tonie wypowiadali się też niektórzy inni politycy PO. Dziennikarze zatem szybko zwęszyli możliwość wywołania zamieszania. Stąd zaczęła się dyskusja pt. czy powinien jechać, czy nie, co skutkowało ping-pongiem między Pałacem Prezydenckim, Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz ambasadą rosyjską. A nuż się pokłócą, na czy ucierpi nasza polityka wschodnia, ale za to tytuł będzie imponujący!

Trzeba jednak podkreślić jedną, istotną kwestię. To, iż Rosjanie współorganizują taką uroczystość i że przybędzie premier Putin, jest zasługą polityki rządu Donalda Tuska i najgorsze, co może zrobić prezydent, to jednym, stosownym oświadczeniem, zniszczyć całą, kilkumiesięczną pracę. Rosjanom nie można się dziwić, iż wolą rozmawiać z premierem Polski, gdyż naszego prezydenta uważają za nieprzychylnego im i jednocześnie nie robiącego nic w kierunku poprawienia stosunków, a nawet, zbierającego kapitał na rusofobii. Im ciszej jest na temat polsko-rosyjskiej komisji ds. trudnych, tym lepiej. W czerwcu ma powstać wspólna książka historyczna, która pokaże nam, czy Polak i Rosjanin potrafią się porozumieć we wrażliwych kwestiach.

Prawdopodobnie uroczystość zostanie „rozegrana” w taki sposób, by jej najważniejszym punktem było spotkanie premierów – Tuska i Putina. Trudno wyobrazić sobie, by prezydent Miedwiediew nagle zmienił zdanie i pojawił się w Katyniu. Prezydent Polski – w tym przypadku – powinien zająć się godnym reprezentowaniem RP, a premier prowadzeniem polityki zagranicznej. Gdyby Kaczyńskiemu i Tuskowi udało się porozumieć, co do głównych celów i sposobu współpracy w czasie wizyty, polska polityka zagraniczna w końcu wyglądałaby profesjonalnie. Łatwo sobie wyobrazić, jaką kompromitacją byłoby, gdyby przemówienia obu panów w czasie uroczystości dramatycznie się od siebie różniły.

To Rosjanie są współgospodarzami obchodów, a reprezentować ich będzie premier Putin. W Polsce słychać głosy krytykujące taki stan rzeczy. Wyraźnie trzeba zaznaczyć. O ile komuniści nadal upierają się, iż w tył głowy polskiej inteligencji strzelali Niemcy, o tyle rząd rosyjski i Putin potwierdzają, iż czynu tego dokonał Związek Radziecki. Putinowi można wypominać jego przeszłość w KGB i dodawać, iż jego obecność obraża pomordowanych Polaków, ale mija się to z celem. Nie tylko dlatego, iż „obrażanie” jest kwestią podlegająca indywidualnej ocenie. Każdy Polak wolałby, aby Rosją rządzili demokraci w stylu zachodnim, jednak obecnie jest to nierealistyczne. Wbrew temu, czego chcieliby niektórzy – Putin i Miedwiediew nie rządziliby, gdyby nie mieli poparcia w społeczeństwie. Takich mamy partnerów na wschodzie i możemy albo się obrażać, co robiliśmy w przeszłości albo starać się porozumieć, co robimy obecnie. Organizowanie uroczystości przez Rosjan jest przełomem, a udział w nich przedstawiciela rządu rosyjskiego, w osobie premiera Putina, należy oceniać pozytywnie. Rosyjska wizja historii istotnie różni się od tej reprezentowanej przez Polaków, ale nie oznacza to, iż uroczystości staną się okazją do propagandowego ataku na nasz kraj – wręcz odwrotnie.

Siedemnastego lutego polski rząd przyłączył się do pozwu rodzin oficerów zamordowanych w Katyniu przeciwko Rosji, który został złożony do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Pokazuje to, iż rząd traktuje te kwestie poważnie. Ważne jest jednak, by – przy okazji dyskusji na temat wspólnej polsko-rosyjskiej historii – nie uciekły nam sprawy mające wyższy priorytet, jak stosunki gospodarcze czy bieżąca współpraca polityczna, w momencie, gdy z jednej strony dowiadujemy się, iż rakiety Patriot mają stacjonować niedaleko Kaliningradu, a z drugiej, Rosjanie przeprowadzają niepokojące manewry, symulujące atak na Polskę. To dwustronnie nie świadczy o istnieniu harmonijnej współpracy i zaufania.

Pracować jest więc nad czym i roboty starczy zarówno dla prezydenta, jak i premiera. „Wizyta prezydenta w Katyniu zostanie przeprowadzona tak, że damy radę pokazać, że jesteśmy jednym krajem, działamy jak jedna drużyna. Damy radę uhonorować tę rocznicę, bo ona jest tutaj najważniejsza i warto o tym pamiętać” – mówił Władysław Stasiak z Kancelarii Prezydenta w “Kontrwywiadzie” RMF FM. Oby tak było.

Więcej na podobny temat:
- Przewodnik po rosyjskich manipulacjach

Iran: w co grają Rosjanie?

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
Źródło: pbs.org

Źródło: pbs.org

Gdyby przyznawano nagrodę Oskara za najlepsze rozgrywanie swoich interesów wokół irańskiego programu atomowego, to nominowani byliby dwaj aktorzy. Federacja Rosyjska i Chińska Republika Ludowa. O ile Chińczycy stawiają na kuluarowe rozmowy, zmiękczanie ewentualnych sankcji, czyli cichą politykę, o tyle Rosjan jest wszędzie pełno i ze wszystkimi rozmawiają – zarówno za zamkniętymi drzwiami, jak i oficjalnie. Człowiek-guma może pozazdrościć parze Miedwiediew-Putin giętkości.

Dwunastego lutego doszło do kontrolowanego przecieku. W prasie ukazała się informacja, jakoby Izrael miał dostarczyć Gruzji nieoficjalnymi kanałami 50 tysięcy automatów Kałasznikowa, około tysiąca granatników przeciwpancernych RPG-7 i prawie 20 tysięcy pocisków do nich, a także ok. 15 tysięcy karabinków szturmowych 5,56 mm. Dość miły prezent (chociaż na pewno nie darmowy), jak na Walentynki, zwłaszcza, iż według Rosjan, Izrael miał już wcześniej sprzedać Gruzji bezzałogowe samoloty.

Odpowiedź rosyjska nadeszła 15 lutego - „Władimir Nazarow, zastępca sekretarza rosyjskiej rady bezpieczeństwa, stwierdził, że nie ma żadnych powodów, by nie dostarczyć do Iranu zakontraktowanych systemów przeciwlotniTransakcja budzi sprzeciw zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i Izraela, bo sprawne systemy przeciwlotnicze utrudniłyby ewentualny atak lotniczy, a ich dostawa dodatkowo usztywniłaby – i tak mało elastyczne – stanowisko irańskich władz.czych S-300” – czytamy w na stronie http://www.altair.com. Warto przypomnieć, iż umowę na dostawę S-300 podpisano w 2007 roku i Rosjanie nadal jej nie zrealizowali. Transakcja budzi sprzeciw zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i Izraela, bo sprawne systemy przeciwlotnicze utrudniłyby ewentualny atak lotniczy, a ich dostawa dodatkowo usztywniłaby – i tak mało elastyczne – stanowisko irańskich władz. Irańczycy są zresztą coraz bardziej poirytowani problemem z dostawami, gdyż ostatnio ogłosili, iż zamierzają wprowadzić do służby systemy przeciwlotnicze lepsze, niż S-300. Prywatnie uważam, iż prędzej Mahomet ponownie zejdzie na ziemię, aniżeli Teheran wyprodukuje system przeciwlotniczy na poziomie tego rosyjskiego.

Cóż, znaleźliśmy się więc w sytuacji niekomfortowej dla Rosjan i Izraela, gdyż miałyby dozbrajać państwa, z którymi druga strona – mówiąc delikatnie – nie utrzymuje przyjaznych stosunków. Od czego służy dyplomacja? Zwłaszcza, że na czele izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych stoi urodzony na terytorium Związku Radzieckiego, Avidgor Lieberman?

Szesnastego lutego miała miejsce wizyta premiera Benjamina Netanjahu w Moskwie. Już następnego dnia Rosja ogłosiła, iż dostawa systemów S-300 do Iranu opóźni się – naturalnie z powodu pojawienia się problemów technicznych. „„Kiedykolwiek mówimy o sprzedaży broni – zawsze bierzemy pod uwagę obawy wszystkich stron i oczekujemy od Rosji tego samego – by działać na rzecz stabilności w niestabilnych regionach”” – powiedział premier Netanjahu w wypowiedzi dla „Kommersanta”. Zdaje się to potwierdzać tezę, jakoby doszło do bezgotówkowej umowy – zamrożenie dostaw do Gruzji, za zamrożenie dostaw do Iranu. Problem – przynajmniej tymczasowo – udało się rozwiązać.

Ciekawy jest jednak inny wątek – czy Rosjanie nie sprzedali któryś raz z rzędu tego samego produktu – tj. wstrzymania realizacji kontraktu? Ostatnimi czasy można zaobserwować zmianę oficjalnego stanowiska Moskwy wobec polityki Teheranu. „Przypadkowo” powolną ewolucję zachowań Moskwy zauważyć można od momentu modyfikacji amerykańskiego projektu tarczy antyrakietowej. Rosjanie nie zapowiadają oficjalnie, iż poprą sankcje, ale podkreślają, iż Iran „musi udowodnić, że jego program atomowy ma tylko pokojowy charakter”. Jednym z elementów przetargowych Moskwy w tej rozgrywce są właśnie systemy S-300, które mogłyby bronić obiektów związanych z programem atomowym. Handlowi „tarcza za Iran” zaprzeczał już oficjalnie prezydent Miedwiediew, co paradoksalnie zwiększa prawdopodobieństwo istnienia takiego układu. Sam Obama oficjalnie deklarował, iż jeżeli zniknie „przyczyna” powstania tarczy (Iran), to sens jej istnienia zostanie podważony. Zakładając, iż do takich rozmów doszło – Obama na pewno naciskał na Moskwę, by nie dostarczała (albo opóźniała dostawy) systemów S-300. Grożąc realizacją kontraktu, być może bonusowo, udało się upolować broń dla Gruzji.

Administracja amerykańska dąży ze wszystkich sił do nałożenia sankcji na Iran. Sekretarz Stanu, Hillary Clinton, jeździ po całym świecie i przekonuje do takiego rozwiązania. Nic jednak nie zdziała bez akceptacji ze strony Rosji i Chin, które w Iranie mają swoje interesy. Rosjanie usztywniają swoje stanowisko, ale poza sferę werbalną to do tej pory nie wyszło. Nawet jeśli Amerykanie „przekonają” Rosję do głosowania za mocniejszymi sankcjami, to pozostaje kwestia głosu chińskiego. Tajemnicą poliszynela jest, iż Chińczycy wspólnie z Rosjanami, najchętniej by „ostrzegli”, „upomnieli”, „potępili” lub wstawili inną, równie bezsensowną formułkę, którą podsumować by można było trzema wyrazami: słowa, słowa, słowa. W tej kwestii trwają zakulisowe rozmowy i logiczny wydaje się amerykański argument, iż następne sankcje powinny być ostrzejsze niż poprzednie. Logika jedna logiką, a interesy interesami. Rosjanie mają w tej chwili wszystkie furtki otwarte.

Więcej na podobny temat:
- Rok Obamy – cz.2, Bliski Wschód
- Zlecenia na Iran – jak to się robi w Onecie?
- Izrael i Iran – a było tak pięknie…

Łosie w Szwecji, a sprawa polska

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

źródło: http://plfoto.com

Czy można porównać kradzież napisu „Arbeit macht frei” do kradzieży znaku drogowego, ostrzegającego przed łosiami? Oczywiście. To nic trudnego. Zrobił tak właśnie szwedzki policjant, szef sekcji ds. zwalczania przestępczości międzynarodowej, Bertil Olofsson. W Szwecji czyn podejrzanego Andersa Heogstroema (jak rozumiem, podżeganie) ma być traktowany jako „drobne przewinienie”. Tylko jechać do Sztokholmu i przywieźć sobie parę znaków. Znam chłopaków, którzy – po kilku setkach i za zwrot kosztów podróży – z miłą chęcią podjęliby się takiej jakże patriotycznej misji. Gdybym im to zlecił, byłbym takim samym “przestępcą”, jak aresztowany Anders Hoegstroem. Nie sądzę tylko, by Szwedzi wydali w wtedy Europejski Nakaz Aresztowania.

Szczerze mówiąc wierzyć się nie chce, że taką kwalifikacje prawną otrzymać miałby podejrzany. Stanie się tak, jeśli szwedzki sąd odmówi ekstradycji swojego obywatela. Oznaczałoby to, iż w szwedzkim prawie istnieje olbrzymia luka – złośliwie można napisać, że o szacunek do polskich dóbr kultury nie należy podejrzewać Szwedów już od czasów Potopu, ale warto mieć nadzieję, że to się zmieni. Nikogo nie będę nawet przekonywał, że legendarny napis, symbol obozu w Oświęcimiu, którego istnienie odnotowują wszystkie polskie podręczniki od historii, ma wyższą wartość, aniżeli materiał, z którego jest zrobiony, bo to obrażałoby moją i Szanownych Czytelników inteligencję.

Odmowa ekstradycji byłaby w tym przypadku policzkiem dla Polski i można przypuszczać, iż polski wymiar sprawiedliwości przyłożył się do tej kwestii od strony formalnej. Policja przeprowadziła poszukiwania z rozmachem – przecięty na trzy części napis znaleziono już po kilkudziesięciu godzinach. Polacy traktują tę kwestię bardzo prestiżowo ze względu na wartość napisu oraz fakt, iż całemu zamieszaniu przyglądał się cały świat. Już po złapaniu wykonawców zlecenia okazało się, iż nie byli to agenci pokroju tych z „Mission Impossible”, a raczej „Gangu Olsena” i gdyby nie błędy w ochronie obiektu, do kradzieży by nie doszło. W każdym razie: napis odzyskaliśmy i jest to niekwestionowany sukces policji.

Podejrzany, co naturalne, wolałby być sądzony w Szwecji (z oczywistych względów), chociaż zapowiada, iż współpracować będzie również z polskim wymiarem sprawiedliwości. Anders Hoegstroem powątpiewa jednak w polską praworządność i twierdzi, że polska policja łamała zawierane umowy. To zawsze urocze, gdy podejrzany, który nie wypiera się zarzutów, nagle zaczyna powątpiewać w praworządność wymiaru sprawiedliwości. Panie Andersie, proszę się nie niepokoić – żeby wejść do Unii Europejskiej, musieliśmy spełnić kryteria kopenhaskie, a wśród nich m.in.istnienie rządów prawa i gwarancje poszanowania praw człowieka.

Anders Hoegstroem to jedynie pionek, prawdopodobnie pośrednik. Z punktu widzenia Polski dużo ważniejsze jest, aby ustalić, kto naprawdę stał za zleceniem kradzieży. Możliwe będzie to pod warunkiem współpracy z aresztowanym Szwedem, a jeśli do tego dojdzie, nie ma co liczyć na wysoki wyrok.

Nazwisko: Janukowycz imię: prezydent

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo
źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Misje UE, OBWE, Rady Europy i NATO uznały, iż wybory na Ukrainie były demokratyczne, a kandydaci powinni uznać wyniki. Ukrainę „za postęp” w tej kwestii pochwalił również przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Jerzy Buzek. Jeżeli Julia Tymoszenko chciała podważyć wyniki wyborów, to będzie musiała to czynić bez poparcia zachodnich organizacji. Wątpliwe, by dysponując tak tępym nożem, przeprowadziła taką operację. Wyniki podane przez Centralną Komisję Wyborczą są jednoznaczne. Prezydentem Ukrainy zostanie Wiktor Janukowycz. Potwierdzają się przewidywania wszystkich sondaży przeprowadzonych w dniu wyborów (tzw. exit polls). Zaobserwowane nieprawidłowości będą badane, ale nie miały one wpływu na ostateczny wynik wyborów. Przyznać jednak muszę, iż urocze było, jak rano w telewizji posłuchałem redaktora jednej ze stacji informacyjnej, który twierdził, że zmiana ordynacji wyborczej jest „potężnym orężem”, którym będzie dysponować premier Tymoszenko, jeśli zaskarży wybory.

Zewsząd wzmogła się presja na Julię Tymoszenko, aby uznała swoją porażkę w wyborach. Za ciosem idzie też Janukowycz – domaga się dymisji pani premier. „Piękna Julia” takiego obowiązku nie ma, ale trudno oprzeć się wrażeniu, iż wniosek o jej odwołanie nie zostałby poparty przez „koalicyjną” Naszą Ukrainę prezydenta Juszczenki, który robił wszystko, żeby Tymoszenko przegrała wybory. Dużo wskazuje na to, iż między Janukowyczem, a Juszczenką, istnieje ciche porozumienie. Zastosowanie ma tutaj myśl Antoniego Czechowa, którego notabene Janukowycz nazwał ukraińskim poetą. „Żadna miłość, przyjaźń, szacunek nie jednoczy tak, jak wspólna nienawiść do czegoś.”

Julia Tymoszenko przegrała, ale aktualne nadal jest premierem i nawet jeśli zostanie odwołana, czeka ją rola przywódcy opozycji. Ukraina, jak w czasie „pomarańczowej rewolucji”, jest przedzielona na pół. Janukowyczowi łatwiej było punktować „pomarańczowych” za brak reform, kryzys gospodarczy i wszystko, co złe. Teraz jako prezydent sam zmierzy się z prozą życia i ośmielę się stwierdzić, że będzie dość wdzięcznym celem ataku. Julia Tymoszenko nie wypadła z tej łódki – ona doskonale radzi sobie w opozycji. To mistrzyni słowa i perswazji. Nawet swojego byłego męża skłoniła do publicznego, pozytywnego wypowiadania się na jej temat.

Można oczywiście gdybać, co by było, jakby obóz pomarańczowy pozostał jednolity. Procentowo – różnica jest doprawdy niewielka, ale uwagę zwraca wysoka frekwencja – około 70%. W czasie kampanii okazało się, iż nie istnieje coś takiego jak obóz pomarańczowych, a postawa Wiktora Juszczenki była ostatecznym ciosem w plecy dla tego projektu. Bilans ostatnich lat jest żenujący i dlatego Juszczenko poniósł klęskę, Tymoszenko nieznacznie przegrała, a Janukowycz zaliczył efektowny powrót.

Z punktu widzenia Polski lepiej byłoby, gdyby prezydentem została Tymoszenko, zwłaszcza w obliczu idiotycznych wypowiedzi na temat polskich bojowników, czy krytyki postawy polskich władz (co zabawniejsze – postkomunistycznych)) w czasie poprzednich wyborów prezydenckich, kiedy dowiedziono, iż obóz Janukowycza sfałszował wybory. Nie można jednak lekceważyć zapowiedzi prawdopodobnego, przyszłego prezydenta, iż oprócz strategicznego partnerstwa z Rosją, liczy na integrację z Unią Europejską. W tym drugim aspekcie – naciska na to ukraiński biznes. Do NATO Wiktor Janukowycz odnosi się z niechęcią, ale podobnie robią sami Ukraińcy. Pytanie brzmi, jaka rolę odegrają Polacy? Czy Ukraina nie będzie starała się rozmawiać z Brukselą, bez naszego pośrednictwa? Niezależnie od wszystkiego – aż do EURO 2012 Polska i Ukraina są skazane na współpracę i jeśli deklarację Janukowycza na temat współpracy z UE są prawdziwe, to Polacy mogą mu w tym bardzo pomóc.

Pajacem dnia zostaje jednak Władimir Żyrinowski, lider Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, który w zwycięstwie Janukowycza widzi szanse na „powolną reintegrację” ZSRR. Wiktor Janukowycz wygrał w – jak wszystko na to wskazuje – demokratycznych wyborach. Jest kandydatem prorosyjskim, ale nie może ignorować istnienia zachodniej Ukrainy, bo będzie miał przeciwko sobie silną opozycję, a wyborcy za 5 lat wystawią mu rachunek. Tymczasem Janukowycz prawdopodobnie przechytrzył swoich przeciwników, nie fałszując wyborów.

A poniżej moje osobiste odkrycie tej kampanii – córka Julii Tymoszenko, Jewgienia. Uprzedzając pytania – zamężna ;) .

źródło: palinstravels.co.uk/

źródło: palinstravels.co.uk/

Więcej na podobny temat:
- Ukraina – koniec czy początek cyrku?
- Ruletka wyborcza na Ukrainie
- Koniec “pomarańczowej rewolucji”?

Ukraina – koniec czy początek cyrku?

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

źródło: tokfm.pl

W niedzielę, 7 lutego, odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. Niektórym może wydawać się, iż temperatura sporu w polskiej polityce jest wysoka. Jeśli tak, to na Ukrainie mamy do czynienia z prawdziwą wojną. Julia Tymoszenko czy Wiktor Janukowycz? Możliwe, że nie poznamy odpowiedzi na to pytanie, tak szybko, jak można by tego oczekiwać. Przegrany kandydat będzie podważał ważność wyborów prezydenckich. Kontrowersje wokół działalności komisji wyborczych to taka świecka tradycja.  Jakby tego było mało – mający podjąć decyzję sąd administracyjny, również traktowany jest jako element politycznych wpływów.

Jak było w czasie poprzednich wyborów prezydenckich?

W 2004 roku w niektórych okręgach na wschodzie Ukrainy głosowało prawie (a niekiedy nawet ponad!) 100% uprawnionych do głosowania. Ukraińcy zawstydzili zatem nawet niedemokratyczne państwa z Afryki. Oczywiście – zwolennicy Janukowycza tłumaczyli to ostrym sporem politycznym i faktem, iż mieszkańcy np. Doniecka prędzej wybraliby diabła, niż Wiktora Juszczenkę – zatem poszli tłumnie na głosowanie. Wyniki zostały jednak uznane za niewiarygodne, Sąd Najwyższy uznał drugą turę wyborów za nieważną i w dogrywce (tzw. trzeciej turze) wygrał Wiktor Juszczenko. Jeżeli Janukowycz ponownie zdecyduje się na „poprawienie” swojego wyniku, to będzie recydywistą.

Podejrzana poprawka

Kandydaci oceniają siebie samych swoja miarą – są przekonani, iż ich oponent zrobi wszystko, by, korzystając z legalnych lub nielegalnych zagrywek, zostać prezydentem. Dlatego zwolennicy Janukowycza są już w Kijowie, aby przypilnować „uczciwości wyborów”, a Tymoszenko mówi o możliwości sfałszowania wyborów, na co wskazywać miałoby uchwalenie poprawki do ordynacji wyborczej. Jeśli w jej ocenie – a to przecież niemal pewne, gdy przegra wybory – doszłoby do oszustw, zapowiada protesty.

Tak ważnych przepisów, na kilka dni przed wyborami, nie zmienia się przez przypadek. Nad poprawką nie pracowała komisja parlamentarna, została przegłosowana głosami Naszej Ukrainy (prezydenta Wiktora Juszczenki), Partii Regionów (partia Wiktora Janukowycza) i komunistów. Prezydent ją momentalnie podpisał. Vacatio legis, jako zwrot łaciński oznaczający czas pomiędzy ogłoszeniem, a wejściem w życie zmian, na Ukrainie, w czasie wyborów, nie jest znany. Juszczenko wybrał: popiera Janukowycza. Ciekawe, czy to doraźny sojusz przeciwko Tymoszenko, czy początek trwalszego układu. Panowie w przeszłości potrafili się już między sobą porozumieć.

Sam przepis likwiduje kworum 2/3 członków, które było niezbędne do podjęcia decyzji w komisjach wyborczych. Partia Regionów argumentuje, iż dzięki temu niemożliwe będzie zerwanie głosowania, mając na myśli okręgi, w których ich kandydat zdecydowanie wygrywa. Tymoszenko twierdzi, iż ta poprawka tworzy sytuację, w której jej przedstawiciele w komisji stracą możliwość kontroli nad uczciwym przebiegiem wyborów. Inni pytają się – a co, jeśli komisje podzielą się na dwie podkomisje – Tymoszenko i Janukowycza? W razie sparaliżowanie pracy komisji wyborczej określonej rangi, jej kompetencje ma przejąć komisja wyższej rangi (np. okręgowa). Pojawia się kolejna wątpliwość – jak wyglądałoby to w praktyce, skoro jest to „świeży” przepis, niestosowany w praktyce? Oby nikt nie musiał tego sprawdzać.

Niesamowita kampania

Zmiana ordynacji wyborczej na kilka dni przed wyborami jest kpiną z demokracji i nie służy przejrzystości wyborów. Znamienne jest, iż zostało przegłosowane głosami Naszej Ukrainy i podpisane natychmiast przez prezydenta Juszczenkę. Tego samego, który walczył z fałszerstwami wyborczymi podczas poprzednich wyborów. Juszczenko, po przegranych wyborach, ma zresztą lekką rękę do podpisywania różnych dokumentów.

Ukraińska polityka jest jeszcze barwniejsza inż polska, na początku lat 90-tych. W tym tygodniu złapano pięciu rosyjskich szpiegów, co było operacją wywiadowczą służącą Julii Tymoszenko. Jak zareagował Janukowycz? To nieprawdopodobne, ale ogłosił, iż posiada informacje, że Federalna Służba Bezpieczeństwa (rosyjski wywiad) szykuje prowokacje wobec niego. Julia Tymoszenko obiecuje z kolei, że Ukraina w ciągu 5 lat wejdzie do Unii Europejskiej. Patrząc na stan gospodarki i dorobek prawny – Kijów musiałby przyspieszać z prędkością kilkukrotnie szybszą, niż Usain Bolt. Kandydaci obiecali już wszystko, wszystkim. Janukowycz też zapowiada zwiększenie współpracy z Zachodem, a jednocześnie podkreśla, iż Rosja stanie się dla Ukrainy partnerem strategicznym. Mówi, iż wyprowadzi Ukrainę z kryzysu, „piękna Julia” twierdzi to samo. W praktyce żaden z kandydatów nie ma programu, a zbiór haseł na każdą okazję. Taka podróbka „Czerwonej książeczki”.

Może będzie uczciwie?

Paradoksalnie, może się okazać, iż ewentualne fałszowanie wyborów byłoby z punktu widzenia Janukowycza idiotyzmem. Jest do tego zdolny i jutrzejsze “cuda nad urną” nie byłby sensacją. Na dzień dzisiejszy jest jednak faworytem i ma szansę wygrać bez uciekania się do korzystania z takich sztuczek. Janukowycz jest teraz mądrzejszy. W czasie „pomarańczowej rewolucji” prosił rosyjski Specnaz, by ten stłumił protesty opozycji, co ilustruje, jakie zdanie ma Janukowycz na temat praktycznego funkcjonowania demokracji. Teraz przeciwko sobie nie ma skonsolidowanie opozycji i jednocześnie tak jednoznacznej opinii rosyjskiego pachołka. Jeśli zacznie fałszować wyniki, może się przewrócić – na jego ręce patrzeć będą przecież wszyscy. Zwłaszcza obserwatorzy z Unii Europejskiej (w tym Polacy), dla których lepiej, by zwyciężyła Julia Tymoszenko.

Więcej na podobny temat:
- Ruletka wyborcza na Ukrainie
- Koniec “pomarańczowej rewolucji”?

Dlaczego milczymy w sprawie Bandery?

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Stepan Bandera. Źródło: http://www.dziennik.krakow.pl

Wiktor Juszczenko nadał pośmiretnie Stepanowi Banderze tytuł bohatera Ukrainy. Przypomnijmy – Bandera, jeden z liderów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, skazany został w II RP za zorganizowanie skutecznego zamachu na ministra spraw wewnętrznych, Bronisława Pierackiego. W czasie II wojny światowej banderowska OUN-B stworzyła Ukraińską Armię Powstańczą (UPA), która zamordowała około 100-120 tysięcy Polaków. Bandera siedział w tym czasie w obozie Sachsenhausen, ale to jego organizacja dokonała czystek etnicznych. Przywódca OUN nigdy nie wyraził z tego powodu żalu, działań Ukraińców na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej nie próbował również powstrzymywać. Dlatego, nadanie tytułu bohatera narodowego Ukriany przez prezydenta Jueszczenkę, należy uznać za kontrowersyjne i nieakceptowalne dla Polaków.

Niepokojący jest brak poważnej reakcji ze strony polskiej. Gdyby sprawa dotyczyła Niemiec lub Rosji, w polskich mediach napotykalibyśmy wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, premiera Tuska, ministrów z Kancelarii Prezydenta i ministra Sikorskiego. Tak wygląda dysproporcja w naszej polityce historycznej, ale również taki jest stan świadomości historycznej polskiego społeczeństwa, które wykazuje olbrzymią wrażliwość wobec Katynia i jej brak wobec wydarzeń z roku 1943.

Wiktor Juszczenko jest największym przegranym tegorocznych wyborów prezydenckich na Ukrainie. Nadanie tytułu bohatera narodowego Banderze jest próbą skupienia wokół siebie elektoratu banderowskiego, co miałoby pozwolić Juszczence i jego partii, Naszej Ukrainie, utrzymanie się na politycznej powierzchni. Równolegle, jest to cios w stosunki polsko-ukraińskie, bo walkę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów z państwem polskim można usprawiedliwić, ale masowych czystek – już nie, a jest to jeden z elementów działalności UPA.

Polacy wykazywali wobec Ukrainy niezwykłą wyrozumiałość. Podczas jednej z konferencji na temat Wołynia, na prośbę ukraińskiej ambasady, wycofaliśmy przedstawiciela Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Nie nagłaśnialiśmy sporów związanych z Cmentarzem Orląt Lwowskich. Władze Polski, czasami nawet wbrew opiniom samych Ukraińców, chcą doprowadzić do integracji Ukrainy z Unią Europejską i NATO. Prezydenci Kaczyński i Juszczenko razem lecieli również na Gruzję w sierpniu 2008, podczas konfliktu gruzińsko-rosyjskiego. Teraz, Juszczenko wymierzył Polakom soczysty policzek i trzeba się tylko cieszyć, iż przegrał wybory. Część mężczyzn uważa, że jak będzie stale uganiać się, przymilać i usługiwać wybranej damie, to zyskają jej szacunek, gdy z reguły powoduje to odwrotny efekt. Wszystko z umiarem. Ukraina jest Polsce potrzebna, ale nie bardziej, niż Polska Ukrainie.

Historia stosunków polsko-ukraińskich jest dramatyczna. Omawiając tylko XX wiek, trzeba zaznaczyć, że w czasie dwudziestolecia międzywojennego nie byliśmy wobec Ukrainy “w porządku”. Nie dotrzymaliśmy porozumień, podzieliliśmy Ukrainę, za co zresztą osobiście oficerów ukraińskich przepraszał Józef Piłsudski. W II RP dążono do polonizacji Ukrainy (ładniej mówiąc: asymilacji), narzucano polską kulturę, utrudniano edukację w języku ukraińskim, a później – pacyfikowano ukraińskie wsie. Na naszą obronę można tylko napisać, iż w porównaniu z ówczesnym ZSRR i tak byliśmy rajem na ziemi. Powstanie ukraińskich organizacji niepodległościowych nie może dziwić (chociaż finansowane były przez wrogie Polakom państwa – np. Niemcy), ale ich postawa w czasie II wojny światowej podlega jednoznacznej, negatywnej ocenie.

Tymczasem sami zamykamy sobie usta. Niektórych dziwi nieśmiała reakcja Pałacu Prezydenckiego. Tylko, co tu jest dziwnego, jeśli pod koniec stycznia odznaczeni „za zasługi” przez Wiktora Juszczenkę zostali ministrowie z Kancelarii Prezydenta – Mariusz Handzlik i Bożena Bochenek, oraz poseł Prawa i Sprawiedliwości, Marek Kuchciński? Tytuł Najlepszego Tajmingu im. Włodziemirza Szaranowicza za styczeń 2010 mają już w kieszeni.

Ostatni poważny zgrzyt polsko-ukraiński, przy okazji rajdu śladami Bandery, udało się polskiej dyplomacji rozwiązać w najprostszy z możliwych sposobów. Odmówiono im wydania wiz, tłumacząc to względami formalnymi. Uniknięto trudnej dyskusji, osiągając równocześnie cel. Tej decyzji Juszczenki nie można zignorować, bo poważnie waży na stosunkach polsko-ukraińskich. Historia nie powinna być w nich najważniejsza, ale to zbyt istotne wydarzenie, by zamiatać je pod dywan.

Tytuł bohatera Ukrainy dla Bandery jest również krytykowane na wschodzie Ukrainy oraz w Rosji. Protestuje też Centrum im.Szymona Wiesenthala, argumentując, iż Bandera kolaborował z nazistowskimi Niemcami, a jego “stronnicy byli odpowiedzialni za śmierć tysięcy Żydów”.  Decyzja Juszczenki to raczej gest polityczny, niż próba rzetelnego realizowania woli narodu. Wypada oczekiwać, że polskie władze zdecydują się na odpowiednią reakcję. Być może chwilowo powstrzymują się od niej, ze względu na trwającą kampanię wyborczą – a dzieje się wiele. Dziś aresztowano szpiegów rosyjskich, co trudno uznać za fakt przypadkowo pojawiający się w czasie kampanii. Julia Tymoszenko nie jest antyrosyjska, ale dostanie wiatr w plecy..

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się