Patryk Gorgol

Rok Obamy – cz.3. Irak, Afganistan i Chiny

Brak komentarzy
http://www.topnews.in

http://www.topnews.in

Przyszedł czas na trzecią, ostatnią część podsumowywania rocznego urzędowania Baracka Obama na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zapraszam również do zapoznania się z pierwszą i drugą częścią. Kwestiami, które wezmę pod uwagę tym razem są: Irak i Afganistan, stosunki z Chinami i różne kwestie na pograniczu PR-u. Doskonale wiem, iż przedstawione przeze mnie zagadnienia nie wypełniają w całości tematu. Są one w moim mniemaniu najistotniejsze. Do dyskusji zapraszam w komentarzach, również na tematy, których nie poruszałem.

Irak i Afganistan – niezapłacone rachunki za poprzednika

Na dzień dzisiejszy koszt wojny w Afganistanie i Iraku wynosi, łącznie, prawie 955 miliardów dolarów. Ile wydaje amerykański budżet wg wyliczeń National Priorities Project , można zobaczyć dzięki tej aplikacji. W 2009 roku Amerykanie „na Irak” miesięcznie wydawali średnio 7,3 mld $, co jednak jest postępem, gdyż w 2008 roku suma ta wynosiła średnio 12 mld $. W przypadku Afganistanu wydawano średnio 3,6 mld $ miesięcznie, ale są to informacje sprzed wydania decyzji o wysłaniu żołnierzy Łatwo sobie policzyć, że dziesiątki tysięcy następnych żołnierzy znacząco zwiększą koszty.

Irak stabilizuje się. Taktyka podzielenia władzy przez Amerykanów zaczęła zdawać egzamin. Zamachy nadal są stałym elementem bagdadzkiej ulicy, ale obecnej sytuacji nie można porównywać z czasami działalności Armii Mahdiego pod przewodnictwem Muktady as-Sadra?Wojska amerykańskie ostatecznie z kraju wycofać mają się do końca 2011 roku, ale za bezpieczeństwo w miastach ponownie odpowiedzialni są – przynajmniej oficjalnie – wyłącznie Irakijczycy. Barack Obama decyzji o rozpoczęciu wojny nie podejmował, nie prowadził jej również. Jego decyzje jednakże sytuacji w tym kraju nie zdestabilizowały, co jest dużym plusem. Czas, by Irak „zaczął się spłacać”, chociaż to akurat będzie ciężkie, jeśli wziąć pod uwagę, iż Amerykanie wydali dotąd ok. 700 mld $. Rozpoczęły się pierwsze przetargi na pola naftowe, a premier Iraku zgłosił akces tego kraju do rurociągu Nabucco. Za kilka, kilkanaście lat może się okazać, że interwencja w Iraku była dobrą decyzją strategiczną. Przed Irakijczykami i pomagającymi im Amerykanami nadal mnóstwo roboty. To dopiero początek drogi.

Inaczej wygląda to w Afganistanie. Barack Obama miał do wyboru dwie drogi. Całkowite wycofanie żołnierzy z tego kraju i jednoczesne spisanie go na straty, co byłoby bliskie jego filozofii przedstawianej w czasie kampanii wyborczej, albo dosłanie dodatkowych żołnierzy. Ponownie, to nie prezydent Obama podejmował decyzję o interwencji i nie on ją prowadził. Mimo to, będzie zmuszony wypić to piwo. Decyzja o wysłaniu kolejnych żołnierzy jest niekorzystna, bo oznacza kontynuację wojny, w której Amerykanie nie opracowali jeszcze skutecznej strategii. Jakby tego było mało – zaprzepaścili zaufanie społeczne, jakimi zostali obdarzeni przez Afgańczyków w 2001 roku. Dla nich różnica między talibem, a żołnierzem amerykańskim jest niewielka. Obama już wie, ze walcząc z cywilami nie wygra tej wojny. Gdyby wycofał żołnierzy byłoby jeszcze gorzej, bo rządu Karzaia daleko poza Kabul nie sięgają, a przełożenie miałoby to również na wzmocnienie sił antyrządowych w Pakistanie. To zbyt cenny region, aby go poświęcić. Wysłanie kolejnych żołnierzy to przykra konieczność, która może – ale nie musi – stać się punktem zwrotnym. Krytycy zarzucają Obamie, iż powinien albo wycofać wojska, albo wysłać ich dwa razy więcej.

Kto inny stworzył te problemy, ale z tym, jak sobie z nimi poradzi, rozliczany będzie prezydent Obama. Zadania są ekstremalnie trudne, ale nikt nie obiecywał, iż prezydentura w Stanach Zjednoczonych to przyjemna praca. Jak dotąd w Iraku zginęło ponad 4 tysiące amerykańskich żołnierzy. W Afganistanie – około tysiąca.

Chiny – śmiertelny uścisk

Barack Obama, podobnie jak jego poprzednik, nie potrafi rozwiązać problemu deficytu handlowego. Z drugiej strony, Chiny nadal są największym wierzycielem Amerykanów. Chińska Republika Ludowa i Stany Zjednoczone jadą na tym samym wózku i jeśli jedno z niego spadnie, to pociągnie ze sobą drugiego, a przy okazji również światową gospodarkę. Przed wizytą w Pekinie, Barack Obama odmówił spotkania Dalajlamie. Sposób, w jaki nowy prezydent traktuje Chiny wskazuje na to, iż Amerykanie czują się uzależnieni od Pekinu, chociaż w istocie ten stosunek jest dwustronny.

Barack Obama nawet nie próbuje poruszać takiego tematu jak „prawa człowieka”. Nie zapowiada się tez na zmniejszenie deficytu handlowego. Chiny przejmują również Afrykę, udzielając kredytów (czasem je umarzając), inwestując i handlując. Roczne obroty z państwami Czarnego Lądu osiągnęły sumę 100 miliardów dolarów. Afryka staje się również zapleczem surowcowym dla Chin. Pekin ma niezwykle dużo zalet, jeśli chodzi o formę płatności. Może to robić przy pomocy twardej waluty, niekiedy podrzucając coś na boku, albo przy pomocy towaru bardzo szanowanego, zwłaszcza np. w Sudanie, tj. broni. W przeciwieństwie do instytucji finansowych, Chińczycy nie pytają o prawa człowieka, reformy i nie sprawdzają, na co zostały wydane pożyczone pieniądze.

Prezydent Obama nie realizuje żadnej sensownej strategii wobec Chin, pozwalając im na rozszerzanie swoich wpływów w Afryce i Azji. Nie tak te relacje widział Richard Nixon, gdy nawiązywał stosunki z Państwem Środka na początku lat 70-tych

Przebłyski geniuszu PR-owego

Obamie nie można zarzucić, iż nie próbuje zmieniać stylu uprawienia polityki międzynarodowej. W istocie, rozmawia z Rosjanami i Chińczykami w łagodniejszym tonie. Energicznie realizuje też hasło “multilateralizmu” w odniesieniu do Iranu i konfliktu bliskowschodniego między Izraelem, a Palestyną. Na razie to przypomina pięknie grającą drużynę, która ma jeden mankament – nie potrafi strzelać bramek. Jesteśmy w “połowie pierwszej połowy” kadencji prezydenta, więc do końca meczu pozostało dużo czasu. Efektowne zagrania PR-owe, takie jak list do Miedwiediewa, negocjacje rozbrojeniowe czy przemówienie kairskie, są dobrze odbierane przez opinię publiczną, ale mają sens tylko, jeśli prowadzą do odpowiednich skutków. Inaczej są pustymi gestami. Nagrodę Nobla też prezydent Obama otrzymał na kredyt, którego, jak dotąd, nie spłaca.

Należy docenić pomoc amerykańską dla Haiti, ale Obama czyni to, co zrobiłby każdy amerykański prezydent na jego miejscu. Prezydent, korzystając ze swojej naturalnej charyzmy, próbuje przypominać bohatera z hollywoodzkich filmów, o dzielnym przywódcy, kierującym pomocą dla bratniego narodu. Obama jest politykiem XXI wieku i dlatego pokonał Johna McCaina. Nie potrafił przy tym poradzić sobie z jednym problemem – jak uporać z mitem cudotwórcy, który wytworzył i uwierzyli w niego ludzie? Upływający czas działa na jego niekorzyść.

Na niskie notowania sztab Obamy reaguje, stosując kolejne ciekawe zabiegi marketingowe. Problem w tym, że produkt już został wylansowany, teraz nabywca musi się przekonać o jego użyteczności. Na to ma jeszcze 3 lata.

Rok Obamy- cz. 2. Bliski Wschód

2 komentarzy

źródło: zeit.de

W poprzedniej części podsumowania zajmowałem się stosunkami amerykańsko-rosyjskimi. W tym zamierzam ocenić pierwszy rok Baracka Obamy wobec problemów Bliskiego Wschodu – Iranu oraz konfliktu izraelsko-palestyńskiego

Brak postępu w sprawie Iranu

Wiele obiecywano sobie w sprawie rozwiązania problemu irańskiego programu atomowego. Barack Obama posługiwał się innym językiem niż jego poprzednik i deklarował gotowość do dialogu z Teheranem. Rozważano, iz w zamian za rezygnację z programu, którego celem jest zdobycie broni nuklearnej, Irańczycy uzyskać mogą wymierne korzyści gospodarcze (m.in. w ramach wejścia do WTO i napływu hi-techu). Plan w swojej prostocie mógł wydawać się genialny – zamiana programu na pieniądze w wersji win-win, gdyż na gospodarczym otwarciu Iranu skorzystaliby niemal wszyscy.

Obamie nie można zarzucić, iż nie próbował doprowadzić do zmiany. Wyróżnić należy tutaj dwa istotne wydarzenia – przemówienie kairskie oraz stonowaną reakcję w czasie wyborów prezydenckich w Iranie. W czasie tego pierwszego powiedział, iż Iran ma prawo do posiadania pokojowego programu atomowego i pomimo iż historia stosunków amerykańsko-irańskich nie jest najlepsza, liczy na dialog. Podkreślił przy tym, iż rozumie sprzeciw państw wobec faktu, iż jedne państwa posiadają broń nuklearną, a inne nie, a celem Stanów Zjednoczonych jest osiągnięcie stanu, w którym żadne państwo takiej broni nie będzie posiadać. To wygląda na populizm, zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, iż na Bliskim Wschodzie istnieje monopol na broń nuklearną, która jest w posiadaniu Izraela, przy pełnej akceptacji i świadomości Ameryki. W każdym razie – takim językiem, przyjaznym i zapraszającym do rozmów, do Irańczyków jeszcze żaden prezydent Stanów Zjednoczonych nie mówił. Barack Obama w trakcie zamieszek po wyborach prezydenckich podkreślał, iż Mir-Hosejn Musawi wcale nie jest kandydatem prozachodnim i starał się dystansować od wydarzeń w Teheranie. Jego gra obliczona była na przyszłe negocjacje.

Do rozmów udało się doprowadzić. Media donosiły, iż po raz pierwszy od dawna, doszło do nieformalnych konsultacji amerykańsko-irańskich. Pomimo zaangażowania Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, Unii Europejskiej, a nawet – chociaż w ograniczonym zakresie – Rosji, do porozumienia nie udało się doprowadzić.

Obecnie sytuacja jest coraz bardziej groteskowa. Roczne ultimatum, postawione Iranowi, minęło. Kilka dni wcześniej zostało przez władze irańskie odrzucone. Ahmadineżad nie traci jednak fason i poczucia humoru, gdyż ogłosił, iż teraz to Iran stawia „Zachodowi” miesięczne ultimatum. Albo świat zaakceptuje ich warunki wzbogacania uranu w porozumieniu z Grupą 5+1 (pięciu stałych członków RB ONZ + Niemcy), albo Iran zacznie to robić własnymi siłami.

Obama zostaje postawiony przed nieprzyjemnym wyborem. Negocjacje z Iranem nie wyszły tak, jak tego oczekiwał. Po upływie terminu ultimatum, Iran musi ponieść konsekwencje – od tego zależy prestiż Stanów Zjednoczonych. Prezydent Obama rozmawiał już na ten temat z Grupą 5+1. Podobno istnieje zgoda, co do tego, iż Iran należy ukarać. Do nałożenia skutecznych sankcji potrzebna jest zgoda Federacji Rosyjskiej i Chińskiej Republiki Ludowej, a wiadomo, iż państwa te w Iranie mają swoje interesy. Doświadczenie uczy, iż Rosja i Chiny najchętniej potępiłyby Iran w sferze werbalnej, ale kolejne upomnienie, czy symboliczne sankcje, wystawiłyby na słuszne kpiny nie tylko administrację amerykańską, ale również całą Radę Bezpieczeństwa ONZ. Kontrpropozycja Iranu w/s wzbogacania uranu są nie do przyjęcia, bo nie gwarantuje zablokowania możliwości uzyskania broni atomowej, a to jest przecież celem Stanów Zjednoczonych i ich partnerów.

Ciekawie, w kontekście omawianego zagadnienia, brzmi deklaracja Angeli Merkel. Niemiecka Kanclerz zapowiedziała, iż jeżeli nie uda się nałożyć sankcji w ramach ONZ, to trzeba pomyśleć o innym sposobie ukarania Teheranu, z pominięciem organizacji. Oznaczać to może, iż w ramach Grupy 5+1, pomimo pozornej zgody, co do konieczności uchwalania rezolucji RB ONZ, spór budzi dotkliwość potencjalnych sankcji.

„Change” w sprawie Iranu nie udał się, jak dotąd Obamie. Podkreślenia wymaga, iż podjął w tym celu wiele innowacyjnych działań i za dotychczasowe fiasko, nie należy winić tylko administracji amerykańskiej. Obecność Obamy również hamuje ewentualną operację militarną Izraela. Prezydent nie wspomoże takiego działania, dopóki nie będzie pewien tego, iż inne środki zostały wyczerpane. Obama wie, iz – niezależnie od powodzenia takiego bombardowania – w jednym momencie zrujnuje to jego wszelkie dyplomatyczne działania na Bliskim Wschodzie. Izrael, wbrew oficjalnym deklaracjom,  nie wyrywa się do przeprowadzenia takiej operacji. Przeprowadzi ją w ostateczności.

Izrael i tak robi po swojemu...
Ciekawą i zarazem monotonną pracę ma George Mitchell, specjalny wysłannik prezydenta Obamy na Bliski Wschód. Jako były prezes firmy Walt Disney, musi posiadać wyobraźnię. W realiach bliskowschodnich okazało się, iż to nie wystarcza. Jego celem na teraz jest wznowienie procesu pokojowego. Ciekawie jest, bo pracuje w interesującym regionie świata, zapewne nieźle zarabia oraz spotyka się z różnymi osobliwościami, monotonnie, bo w swoich raportach może napisać, co próbował osiągnąć i dlaczego to mu nie wyszło.

Barack Obama, we wspomnianym już przemówieniu kairskim, potwierdził konieczność powstania państwa palestyńskiego oraz skrytykował osadnictwo Izraela na Zachodnim Brzegu Jordanu. Premier Izraela, Benjamin Netanjahu i jego minister spraw zagranicznych, Avigdor Lieberman, nie przejęli się jednak apelami. Do wznowienia rozmów pokojowych nie doszło, gdyż Izrael nie tylko nie zatrzymał rozbudowy osiedli, a wręcz ją nasilił. Zwłaszcza akceptacja takich działań w zachodniej Jerozolimie, uważaną przez Palestyńczyków za stolicę przyszłego państwa, jest ewidentnym policzkiem wymierzonym w Mahmuda Abbasa i Autonomię Palestyńską.

Doszło do sytuacji, w której to Amerykanie, a nie Izraelczycy, skorygowali swoje stanowisko i przestali żądać bezwzględnego zatrzymania rozbudowy, mówiąc jedynie o wstrzymaniu, na które – oczywiście w ograniczonym zakresie – zgodził się Netanjahu. Proces pokojowy nadal stoi, gdyż „wstrzymanie budowy”, w dodatku nie mające obejmować Jerozolimy, nie może być zaakceptowane przez Fatah, bo to oznaczałoby polityczne samobójstwo. Zresztą – mówienie o procesie pokojowym jest trochę naiwne, w momencie, gdy w Strefie Gazy rządzi Hamas, któremu obecny stan jak najbardziej służy.

Obama poległ w starciu z Izraelem, jego położeniem na Bliskim Wschodzie i prawdopodobnie looby żydowskim w Stanach Zjednoczonych. Gdyby było inaczej, warunki gry dyktowałby prezydent Stanów Zjednoczonych, a nie premier małego, dotowanego miliardami dolarów przez Amerykanów, Izraela.

Stany Zjednoczone nadal naciskają na wznowienie procesu pokojowego. W pierwszym roku urzędowania Obamy nie udało się. Na Bliskim Wschodzie konflikt trwa od ponad sześćdziesięciu lat, dlatego prezydent zasługuje na cierpliwość. Sytuacja polityczna w tym rejonie świata nie sprzyja stabilizacji – słaby i lekceważony zarówno przez Palestyńczyków, jak i Izraelczyków, Mahmud Abbas, obecne, niechętne wobec pokoju władze izraelskie na czele z Netanjahu i Liebermanem oraz Hamas rządzący w Strefie Gazy.

Cdn.

Rok Obamy – podsumowanie – cz. 1

3 komentarzy
źródło: fakty.interia.pl

źródło: fakty.interia.pl

Dwudziestego stycznia minęła pierwsza rocznica rządów Baracka Obamy w Stanach Zjednoczonych. Po spektakularnej kampanii wyborczej pod hasłem „Yes we can”, Amerykanie oczekiwali długo zapowiadanych zmian („change”). Obama musiał zmierzyć się z własnym wyobrażeniem plasującym go w okolicach cudotwórcy, które wytworzył w umysłach Amerykanów. Miesiąc miodowy skończył się błyskawicznie i nowy prezydent musiał stawić czoła dziesiątkom codziennych problemów, do których rozwiązania potrzeba czegoś więcej niż głoszenia pięknych haseł. Prezydent Obama zasługuje jeszcze na cierpliwość, bo to dopiero ¼ jego kadencji, ale to, co do tej pory osiągnął, nie budzi respektu – zwłaszcza w polityce międzynarodowej. Tymi aspektami zajmę się w tekście. Podsumowanie będzie podzielone na trzy części.

Jeżeli chodzi o politykę wewnętrzną to Obama przechodzi powolną ewolucję – od wpompowania w gospodarkę miliardów dolarów i ratowania „zbyt dużych przedsiębiorstw, by mogły upaść”, po stopniowe ograniczenie samowoli banków. Recesja gospodarcza jest obecnie największym problemem Amerykanów. Z punktu widzenia Amerykanów, kluczowa dla oceny Baracka Obamy okaże się reforma systemu zdrowotnego. Może ona okazać się trampoliną albo – cytując jednego z polskich polityków – gwoździem do politycznej trumny. Sytuacja jeszcze bardziej skomplikowała się kilka dni temu, gdy Demokraci utracili tzw. superwiększość (60 na 100 Senatorów) przy okazji zwycięstwa republikańskiego kandydata, Scotta Browna, To wydarzenie znacząco może utrudnić ostateczne przyjęcie reformy w kształcie proponowanym przez administrację Obamy i jego zwolenników w Kongresie.

Rosyjski duet ogrywa nowicjusza
W czasie jednej z debat telewizyjnych pomiędzy Barackiem Obamą, a Hillary Clinton, jeszcze z czasów prawyborów, przy okazji omawiania spraw międzynarodowych, żaden z ówczesnych kandydatów nie potrafił wymienić nazwiska nowego prezydenta Rosji, Dmitrija Miedwiediewa. Tak się złożyło, że kilka miesięcy później Obama został prezydentem, a Clinton Sekretarzem Stanu.

Co prawda amerykański prezydent otoczony jest armią doradców i specjalistów, ale to on podejmuje decyzje. Obama podszedł do rosyjskich przywódców, jak do premiera Wielkiej Brytanii, gdy dla Rosjan najważniejsze są siła i konkrety. Spekuluje się, iż wycofanie tarczy antyrakietowej z Polski i Czeech, w pierwotnej wersji, podyktowane było nie tylko oszczędnościami, ale również handlem wymiennym z Moskwą – tarcza za poparcie dla Stanów Zjednoczonych w sprawie irańskiego programu atomowy. Jak wiadomo, Moskwa ma w nim technologicznie istotny udział. Zostało to oczywiście zdementowane, co może wskazywać, iż coś jest na rzeczy.

Rosja zmieniła swój język wobec Iranu, ale nie musi to oznaczać zgody np. na nałożenie następnych sankcji, które przecież w Radzie Bezpieczeństwa ONZ wymaga zgody Kremla. Moskwa nie wpłynęła (albo zrobiła to nieskutecznie) na irańskich przywódców, by ci zrezygnowali z programu atomowego. Nie widać również pęknięcia w stosunkach rosyjsko-irańskich. Rosjanie wiedzą, kiedy milczeć, a Obama został z projektem tarczy antyrakietowej, która bronić będzie mogło głównie jedno państwo – Izrael.

W stosunkach z Rosją nie widać też energicznego zaangażowania administracji amerykańskiej w kwestii ukraińskiej i gruzińskiej. Jest to na rękę Moskwie. Kandydat korzystny dla Rosji wygra wybory prezydenckie, a Gruzji obecnie nikt nie traktuje poważnie. Urzędowanie Barack Obama powinien rozpocząć od silnych nacisków na skompromitowanego gruzińskiego prezydenta Saakaszwilego, by ten zrezygnował z zajmowanego stanowiska.

Trwa walka o Nabucco. Nie udało się pozyskać „bezpiecznych i stabilnych” źródeł gazu. By ocalić projekt, trzeba będzie do niego włączyć Irak i Iran. Irak zadeklarował, że jest w stanie dostarczyć gaz. Problemem w tym przypadku będą tarcia wewnętrzne o podział zysków z tego tortu. Gaz wszakże pochodzić będzie z Kurdystanu. Z Iranem kwestia jest bardziej złożona. Na udział Iranu w projekcie naciska Turcja, a sprzeciwiają się Amerykanie. Związanie Iranu z projektem byłoby przecież polisą ubezpieczeniową dla Teheranu. Dla Turków najważniejszy jest biznes i wbrew Stanom Zjednoczonym lansują udział Irańczyków. Sami Irańczycy twierdzą, ze bez ich gazu projekt Nabucco nie ma szans powodzenia, co by sugerowało, iż są zainteresowani porozumieniem w tej kwestii.

Na koniec omawiania stosunków z Rosją zauważyć należy główny listek figowy czyli negocjacje w sprawie rozbrojenia. Media donoszą, iż jest coraz bliżej porozumienia, ale nie zmieni ono sytuacji taktycznej żadnego z tych państw. Redukcja jest korzystna dla Amerykanów i Rosjan z dwóch powodów. To doskonałe narzędzie PRowe oraz przede wszystkim, to cięcia niepotrzebnych kosztów. Obecnie ani Stany Zjendoczone, ani Federacja Rosyjska, nie potrzebują tak wielkich arsenałów. W porozumieniu nie biorą również udziału inne państwa powiadające broń atomową: Chiny, Francja, Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael itd, a to obniża znaczenie przyszłego traktatu.

Optymistycznie kończąc ten wątek trzeba wspomnieć, iż Obamie w stosunkach z Moskwą udało się jeszcze zdobyć zgodę na tranzyt sprzętu wojskowego do Afganistanu. Sami Rosjanie jednak nie pomagają Amerykanom w stabilizowaniu sytuacji w tym państwie.

Barack Obama uczył się przez ostatni rok, jak postępować z Rosjanami. W przyszłym roku okaże się, czy prezydent Stanów Zjednoczonych potrafi wyciągać wnioski. Na razie dawał się ogrywać.

W następnej części m.in: Stany Zjednoczone wobec Bliskiego Wschodu.
Cdn.

Ruletka wyborcza na Ukrainie

2 komentarzy

źródło: http://fakty.interia.pl

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich na Ukrainie okażą się prawdopodobnie identyczne z tymi, które prezentowano w sondażach, z jednym małym zastrzeżeniem. Julia Tymoszenko okazała się niedoszacowana, podobnie Wiktor Juszczenko. Różnica między nimi polega jednak na tym, iż Tymoszenko nie jest bez szans w drugiej turze, a Juszczenko może powoli wziąć się za pisanie pamiętników i objeżdżanie świata z cyklem wykładów na temat “pomarańczowej rewolucji”. Ukraińcy już go nie chcą słuchać. Zwycięzcą pierwszej tury jest Wiktor Janukowycz

Teraz dopiero zacznie się dziać. Już dotychczas sytuacja przypominała komedię rodem z niskobudżetowego filmu, a obecnie rywalizacja tylko się zaostrzy. Ostatnią perełką jest wniosek o zarejestrowanie 2 tysięcy gruzińskich obserwatorów oraz przybycie czarterem kilku setek Gruzinów, którzy – jak tłumaczyli – poumawiali się z Ukrainkami poznanymi w sieci. Miłość nie ma granic, a że przy okazji można poobserwować wybory? Czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? W końcu Gruzini zostali akredytowani przez rząd gruziński jako dziennikarze. Sam Saakaszwili naturalnie zarzeka się, ze nie popiera żadnego z kandydatów. Tymoszenko zaś ogłosiła, że niezarejestrowanie kandydatów było spowodowane względami korupcyjnymi. Sztab Janukowycza zarzucił w odpowiedzi Tymoszenko, że dąży ona do „zerwania głosowania w okręgu donieckim”. W jednym miejscu na pewno leje już się szampan lub inny, popularny w tym kraju trunek – to Rosja.

Strategia na najbliższe dwa tygodnie będzie prosta, stosowana w niemal każdej demokracji. Kandydaci będą obrzucać się błotem (chociaż jakość tego nakazywałaby użyć innego rzeczownika) z nadzieją, że coś się na stałe przylepi do konkurenta. Doszło do sytuacji, gdy Janukowycz oskarżył premier Tymoszenko o to, iż przez nią spowolniona została współpraca z Unią Europejską, a kandydat Partii Regionów deklaruje, iż on, zamiast dużo i głośno o tym mówić, zacznie działać. W dodatku jego deklaracji nie można traktować mniej wiarygodnie niż tych składanych przez sztab Tymoszenko, bo obecna pani premier, jak również aktualny jeszcze prezydent, działali w ten sposób na tyle nieudolnie, że gdyby w ich miejscu znajdował się kandydat Partii Regionów, zarzucano by mu, iż robi to celowo.

Rosja tym razem oficjalnie dystansuje się od wyborów, bo jej zaangażowanie było poprzednio jednym z czynników, przez który przegrał kandydat Partii Regionów. Ukraina ze swoją gospodarką, nieważne pod czyimi rządami, jest uzależniona od Moskwy, o czym pamiętać będzie każdy z kandydatów. Warto w tym kontekście wspomnieć, iż „naturalnym” językiem Tymoszenko i Janukowycza jest rosyjski. Zresztą, Janukowycz ukraińskim posługuje się na słabym poziomie.

„Niebiescy” odrobili lekcję z poprzednich wyborów i tym razem nie można ich kojarzyć tylko i wyłącznie z interesami Moskwy. Janukowycz dysponuje obecnie silniejszą pozycją polityczną niż w 2004 roku, autonomią. Przeciwko sobie ma słabszy niż poprzednio obóz, charakteryzujący się tym, że w jego ramach pokłócił się już chyba każdy z każdym, przeżarty korupcją i z fatalnym bilansem gospodarczym swoich rządów. Na godzinę 21 polskiego czasu, w poniedziałek, zaplanowane jest przemówienie Juszczenki. Jeżeli poprze Julię Tymoszenko, to prawdopodobnie z największą wewnętrzną obrazą. Reszta kandydatów zapowiedziała, że nie poleca głosowania na żadnego kandydata i skłania się do zakreślenia opcji „przeciwko wszystkim”.

O tym, że kampania i wybory będą niespokojne przekonują również dwa inne powody. Po pierwsze, brak dostępu do głosujących w swoich domach ze strony obserwatorów może stać się przyczyną protestów wyborczych, a głosowało w ten sposób 5% uprawnionych – w tym szczególnie dużo osób na wschodzie kraju. Łatwo wyobrazić sobie, jak przegrany kandydat ogłasza fałszerstwo swojego przeciwnika. Po drugie, na ostrą kampanię szykują się już zwolennicy Janukowycza, którzy rozbili namioty już w „strategicznych punktach Kijowa” i zapowiadają, iż zamierzają pilnować uczciwości wyborów. Nie przypomina to dramaturgii z czasów “pomarańczowej rewolucji”, gdy obawiano się starć zwolenników Juszczenki z górnikami z Doniecka, ale napięcie jest zauważalne.

Trzeba też podkreślić pewien postęp. Tym razem nie mamy do czynienia z rozgrywką Zachodu z Rosją, a co prawda ostrą, ale walką wewnątrz ukraińskiej sceny politycznej, w ramach której Juszczenko został wyeliminowany w drodze selekcji naturalnej. Nie istnieje opcja antyrosyjska, ale należy zaznaczyć niepopularny fakt – nie da się być dobrym prezydentem Ukrainy, bez korzystnych kontaktów z Moskwą, chociażby ze względów kulturowych i gospodarczych. Ani Tymoszenko, ani Janukowycz nie są „ludźmi Moskwy”. Pytanie brzmi, czy zwycięzca będzie w stanie przeprowadzić niezbędne reformy? Budzi to poważne wątpliwości.. Kluczową kwestią pozostanie jednoczesne ułożenie stosunków z Unią Europejską i Rosją oraz podjęcie działań mających poprawić katastrofalną sytuację gospodarczą Ukrainy.

Sami Ukraińcy są zniechęceni do polityków, ale prezydentem musi przecież zostać któryś z kandydatów. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.

Więcej na podobny temat:
- Koniec “pomarańczowej rewolucji”?

Bliski Wschód: Nowy Rok, nowy mur!

2 komentarzy
źródło: http://wiadomosci24.pl

źródło: http://wiadomosci24.pl

Jeśli ktoś zapytałby się mnie, jakie zawody są najbardziej perspektywiczne na Bliskim Wschodzie odpowiedziałbym, że handlarz bronią, gdyż każdy podmiot w tamtym regionie świata nie szczędzi pieniędzy na ten cel, oraz murarz. Benjamin Netanjahu ogłosił projekt wybudowanie muru na granicy izraelsko-egipskiej. Izrael powoli zamienia się w prawdziwą fortecę.

Pod koniec grudnia pojawiła się informacja o budowie „podziemnego muru” przez Egipt, który tym samym ma spełnić oczekiwania izraelsko-amerykańskie dotyczące kontroli na granicy Egiptu ze Strefą Gazy. W założeniu – ma uniemożliwić przemyt produktów na tereny palestyńskie. W tym miejscu warto zaznaczyć, iż Palestyńczycy „importują” tym sposobem zarówno broń, jak również żywność, a nawet produkty takie jak viagra. Skuteczne zablokowanie nielegalnego przemytu będzie zatem ciosem nie tylko w Hamas, ale przede wszystkim w ludność Strefy Gazy, która znajduje się nadal w dramatycznej sytuacji humanitarnej, co jest winą bezsensownej polityki Hamasu i energicznego działania izraelskiego. „Podziemny mur” może jednak spełnić pożyteczną funkcję, o ile Egipt otworzy przejścia graniczne, weźmie odpowiedzialność za granicę i umożliwi handel, ale jedynie produktami niezbędnymi dla ludności, a do takich – jak można przypuszczać – nie należą wyrzutnie rakietowe.

W najlepsze trwają prace nad ukończeniem innego muru, zwanego „murem bezpieczeństwa”. Ma oddzielić terytorium Izraela od Zachodniego Brzegu Jordanu. Bynajmniej nie w wyniku pomyłki izraelski mur „zabiera” Palestyńczykom ok. 10% terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu, w tym Wschodnią Jerozolimę. Budowę muru Izraelczycy tłumaczą względami bezpieczeństwa.. Liczba zamachów od początku budowy muru (2002 r.) spadła. Mur ma mieć długość 790 km (dane wg Jerusalem Post) i jego większość (ok. 70%) została już zbudowana. Oczywiście, istnieją przejścia umożliwiające przedostanie się na drugą stronę muru, jednak część z nich jest zamknięta dla Palestyńczyków. Niektórzy nazywają ten projekt „murem apartheidu”. W tym miejscu trzeba wspomnieć, że podobne mury wybdowali m.in. Amerykanie (na granicy z Meksykiem) czy Hiszpanie (w Melilii, swojej enklawie w Maroku). Warto odnotować również wyrok Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, z 2004 roku, który uznał, że budowa „muru bezpieczeństwa” jest niezgodna z prawem międzynarodowym, a jego tworzenia nie mogą usprawiedliwiać względy bezpieczeństwa. Nakazał zaprzestanie budowy, rozebranie muru i wypłacenie odszkodowań. Izrael do wyroku odniósł się tak, jak zazwyczaj robi to również wobec rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Zignorował. Władze izraelskie uznały też, że w tej kwestii państwo żydowskie nie podlega jurysdykcji MTS-u. Amerykanie poparli stanowisko izraelskie.

Teraz Benjamin Netanjahu postanowił zabezpieczyć kolejną granicę – izraelsko-egipską. Nowy „mur bezpieczeństwa”, jego długość będzie oscylowała w graniach 250 km, a koszt budowy wyniesie od miliarda, do półtora miliarda dolarów. Jak łatwo się można spodziewać, mur zostanie naszpikowany elektroniką i rożnego typu “gadżetami”, takimi jak rowy, które uniemożliwić mają staranie go samochodem. Granica egipsko-izraelska uważana jest za najgorzej chronioną. Rząd izraelski, w czasie interwencji w Strefie Gazy obawiał się, iż bojownicy Hamasu, którzy uciekli/wyruszyli na zakupy do Egiptu, przedostaną się do Izraela tą drogą, a następnie uderzą, powodując dużo większe straty w ludności cywilnej, aniżeli nieskuteczne rakiety wystrzeliwane przez Hamas i inne ugrupowania palestyńskie.

Granica przebiega przez tereny pustynne. Co ciekawe, forsują ją również afrykańscy imigranci. Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Izraela, obecnie na terenie tego państwa znajduje się około 300 tysięcy nielegalnych imigrantów. Państwo żydowskie chce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Budowane mury są doskonałym symbolem tego, jak wielki dystans istnieje między Izraelczykami, a Palestyńczykami. Pragmatyczną politykę – jeśli wierzyć doniesieniom prasowym – prowadzi również Egipt, który wyżej ceni amerykańską pomoc gospodarczą niż solidarność z Palestyńczykami, co w gruncie rzeczy nie powinno dziwić. Państwa arabskie oraz Iran, zawsze kwestie palestyńską traktowały instrumentalnie.. Należy też zaznaczyć, że gdyby nie zamachy terrorystyczne organizowane w Izraelu, rządy izraelskie nie miałyby tak oczywistego powodu, do budowania murów. Murarze i handlarze bronią nadal mogą zacierać ręce. Przez następne lata pracy im nie zabraknie.

Więcej na podobny temat:
- Kolejny “mur” Na Bliskim Wschodzie

Koniec “Pomarańczowej Rewolucji”?

3 komentarzy

źródło: http://portalwiedzy.onet.pl/

W eliminacjach do piłkarskiej Ligi Mistrzów Legia Warszawa grała z Szachtarem Donieck. Rezolutni kibice z Warszawy, chcąc zdenerwować swoich ukraińskich odpowiedników, zaczęli skandować „Juszczenko, Juszczenko”. Był to 2006 rok. W 2009 roku poparcie dla Juszczenki jest na tyle niskie, że kibiców z Doniecka bardziej by to bawiło, niż złościło.

Sondaże publikowane w grudniu są jasne. Do drugiej tury wyborów wejdzie Wiktor Janukowycz (mający poparcie około 30%) i Julia Tymoszenko, z dwukrotnie gorszym wynikiem. Obecny prezydent, Wiktor Juszczenko może szykować się już na emeryturę. Jego szanse na reelekcję są minimalne – znajduje się aktualnie na 5 pozycji z wynikiem rzędu 3,5%. Zakładając nawet, że w sondażach jego poparcie jest zaniżone, trudno oczekiwać, by nagle pokonał Julię Tymoszenko.

Pomarańczowi pokonali się sami. Jedna z koncepcji dotyczącej polskiej transformacji głosi, iż PZPR oddała władzę, bo jej liderzy sądzili, że opozycja solidarnościowa – nieprzygotowana do rządzenia – skompromituje się w społeczeństwie i nomenklatura szybko powróci do stołków. Realizacja takiego planu w Polsce powiodła się tylko częściowa, bo postkomuniści dochodzili dwa razy do władzy, jednak nie byli w stanie utrzymać poparcia społecznego.

Wyborcy Juszczenki mają prawo być niezadowoleni. Miała być rewolucja, a było to samo, co wcześniej, tylko pod pomarańczowym sztandarem. Zamiast reformować państwo, prezydent zajmował się wojnami podjazdowymi z Julią Tymoszenko. Miewał również okresy flirtu z Wiktorem Janukowyczem. Pierwszy raz, gdy Partia Regionów poparła kandydaturę technokraty, Jurija Jechanuorowa na stanowisko premiera, a za drugim razem, gdy w sierpniu 2006 roku ugrupowanie Juszczenki, „Nasza Ukraina” poparło powołanie rządu Janukowycza.

„Rewolucjoniści” zaproponowali Ukraińcom korupcję, kolesiostwo i nepotyzm. W dodatku wszystkie te cechy zostały przypisane głównie Juszczence, który przez cały ten czas sprawował urząd prezydenta, nieraz współpracując z Partią Regionów i symbolicznie pokazując, iż nie istnieje coś takiego wśród Pomarańczowych, jak solidarność. Juszczenko bezpardonowo atakował Tymoszenko (słynna dymisja), a „piękna Julia” nie była mu dłużna, negocjując nawet z Janukowyczem ustawę ograniczającą uprawnienia prezydenta. Oficjalnie Julia Tymoszenko zadeklarowała, że jeżeli nie wejdzie do II tury, to poprze Juszczenkę, ale to raczej gest, aniżeli poważna deklaracja. Obecny prezydent do niej przecież nie wejdzie. Komicznie tez wyglądają działania Juszczenki, który w grudniu złożył wniosek do OBWE o wysłanie dodatkowych misji do obserwowania wyborów – tym razem nikt nie będzie musiał fałszować wyborów, by prezydent przegrał.

Moskwa ma prawo być zadowolona. Obecny prezydent co prawda stara się grać antyrosyjską kartą, jednak robi to nieskutecznie. Jakby tego było mało, gospodarka ukraińska znajduje się w dramatycznej sytuacji gospodarczej, a integracja z UE i NATO została ograniczona. Warto podkreślić, że same społeczeństwo ukraińskie jest w tej kwestii podzielone. Prawie pewne jest zatem, że wygra kandydat dużo bardziej prorosyjski niż Juszczenko. Janukowycz był od zawsze popierany przez ludność powiązaną z Rosją. Obiecuje również, iż uda mu się poprawić stosunki z Rosją. Trudno również przypuszczać, by kandydat Partii Regionów kontynuował prozachodnią politykę Wiktora Juszczenki. W przypadku jego zwycięstwa raczej pewne będzie pozostanie Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu (Juszczenko chce, by rosyjska flota opuściła go do 2017 roku). Także Julia Tymoszenko nie będzie traktowana jako intruz przez Moskwę, na co wskazuje podpisanie umowy gazowej pomiędzy rządem ukraińskim, a Rosją. Retoryka premier Ukrainy daleka jest od tej prezentowanej przez Wiktora Juszczenkę. Zapowiada walkę z wszechobecną korupcją, co jednak brzmi mało wiarygodnie w ustach obecnej premier.

Rosja nie zrezygnuje z Ukrainy, a przewagę w tym momencie osiągnęła opcja otwarcie prorosyjska (Partia Regionów) i przyjazna Moskwie (Julia Tymoszenko i siły ją popierające). Fakt, iż byli przyjaciele z Majdanu, Tymoszenko i Juszczenko, startują między sobą najlepiej pokazuje demoralizację i upadek “rewolucji”. Nawet jeśli wygra w drugiej turze Julia Tymoszenko (na co nie wskazują sondaże) to pewne jest, iż będzie to symboliczny koniec „Pomarańczowej Rewolucji”. Miało być pięknie, a ideały rewolucji umarły wraz z dojściem do władzy byłych opozycjonistów. Juszczenko i Tymoszenko okazali się politycznymi pragmatykami, zresztą – nie są to ludzie, którzy wzięli się znikąd i nie funkcjonowali w systemie politycznym stworzonym przez Leonida Kuczmę.

Czy to koniec Pomarańczowej Rewolucji?

Tekst jest bardzo ogólny. W niedalekiej przyszłości zamierzam zająć się tym zagadnieniem bardziej szczegółowo.