Patryk Gorgol

W Sylwestra pijemy z Unią Europejską?

Brak komentarzy

Wydawać by się mogło, że w Sylwestra bawić się będziemy bez jakiegokolwiek udziału Unii Europejskiej. Okazuje się jednak, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości ma bardzo bogate orzecznictwo z zakresu „spraw alkoholowych”. Kto wie, może niektórzy sędziowie ETS-u łączą pracę (wyrokowanie) z pożytecznym (zabawa sylwestrowa)? Niewiele jest gatunków alkoholi, które nie były obiektem badań i decyzji ETS-u, Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej. Prześledźmy.

źródło: minialkohol.cal.pl

Jaka wódka?
Nikodem Dyzma, grany przez Cezarego Pazurę, mawiał, że smakuje mu tylko polska „czysta”, bo jego organizm jest polski i toleruje tylko to, co polskie. Do niedawna wódką był tylko alkohol destylowany o odpowiedniej mocy, wytworzony na bazie zboża i ziemniaków. Komisja Europejska zaproponowała jednak inną definicję wódki, który pozwala na nazywanie wódką każdego alkoholu destylowanego powyżej 37,5% wytworzony z surowców rolnych. Zatem niczym sensacyjnym nie będzie wódka z bananów, winogron czy trzciny cukrowej. Polscy i szwedzcy politycy przegrali batalię w tej sprawie. Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej również opowiedziały się za takim rozwiązaniem. Warto podkreślić, że polscy europarlamentarzyści byli w tej kwestii zjednoczeni jak nigdy. Ryszard Czarnecki (PiS, wtedy Samoobrona) walczył ramię w ramię z Bogusławem Sonikiem (PO).

Dzięki UE w Sylwestra pojawiła się zatem możliwość picia nowych rodzajów wódek. Uspokaja nas jednak Andrzej Szumowski, prezes Polish Vodka Association, który w rozmowie z „Rynkami Zagranicznymi” podkreślił, że polski konsument zna się na wódce i ceni najwyższą jakość produktu, jaką proponują rodzimi producenci Nasz rynek (zatem również sylwestrowy stół) jest niezagrożony. Doskonale podsumowuje to zdanie wypowiedziane przez Pabla Picasso, które odnaleźć można na stronie PVA. „W XX wieku powstały trzy genialne wynalazki – blues, kubizm i polska wódka”.

źródło: http://pl.beeropedia.org/

Wino czy piwo?
Jeśli ktoś nie jest zwolennikiem wódki, może zdecydować się na inny rodzaj alkoholu. Bardzo popularne przy tej okazji są wina i piwa. Co na to Unia Europejska?

Unijni sędziowie również zajmowali się tą kwestią. Wydali wyrok według którego są to produkty podobne, a niższe opodatkowanie jednego z nich byłoby dyskryminacją drugiego i próbą wpływania na gusty konsumentów przez państwo, a na to nie można przecież pozwolić. Sprawa dotyczyła Wielkiej Brytanii. Pytanie tylko, czy rzeczywiście wino i piwo uznać można za produkty podobne? Posiadają one inny skład chemiczny i stężenie alkoholu Nie trzeba być doktorem prawa, by o tym wiedzieć.

Ciekawostką jest fakt, że Polska prawo do produkcji wina owocowego zastrzegła sobie w traktacie akcesyjnym. W 2008 roku Unia Europejska szykowała drugi zamach – tym razem na wina owocowe. Definicja win zostałaby zamknięta do alkoholu produkowanego na bazie winogron. Tym razem jednak udało się obronić przed niekorzystną dla naszego przemysłu alkoholowego zmianą.

Rozstrzygając dylemat, wino czy piwo, trzeba kierować się podstawową zasadą. Nie mieszać.

źródło: http://ecofriendlydaily.com

Whisky czy koniak?
Alkohol dla koneserów również był obiektem badań ETS-u.. Podobnie jak w przypadku wina i piwa, sprawdzali „podobieństwo produktu”. Sędziowie musieli dogłębnie zbadać proces produkcji.

Whisky i koniak zostały uznane za produkty podobne. Produkcja polega na destylowaniu produktów wyjściowych (koniak – winogrono lub inne owoce, whisky – zboże). Sędziowie zauważyli również, że oba te trunki mają wysoką zawartość alkoholu, a forma ich spożywanie w dużej mierze zależy od gustu konsumentów. Po zapoznaniu się z wyrokiem w końcu można się upewnić, że Unia Europejska zajmuje się sprawami naprawdę ważnymi dla obywateli.

ETS jednak nie rozstrzygnął dylematu – whisky czy koniak. Jeśli są to produkty podobne, to może bez różnicy?

źródło: http://www.freewebs.com/lesbos-eiland/Ouzo_-_plomari.jpg

Ouzo, brandy, sznaps?
Zawsze można zdecydować się na mniej tradycyjne rodzaje alkoholi. One również były przedmiotem orzeczeń.

ETS skrytykował w swoim wyroku Grecję za stosowanie niższego oprocentowanie brandy i ouzo, w momencie, gdy wyżej obciążone są whisky, rum i dżin. Sędziowie uznali to za dyskryminację.

Analogicznie sytuacja wygląda w Danii, która niżej opodatkowała sznapsa, importowanego z Niemiec. ETS postanowił również poważnie rozważyć ten problem. W tym celu m.in. zapoznał się ze strukturą spożycia alkoholu w Danii i zauważył, że jest to faworyzowanie miejscowych wytwórców sznapsa, w porównaniu z wytwórcami innych trunków.

ETS znowu nie wypowiedział się na temat jakości napojów, a jedynie nakazał ich równe traktowanie. Na całe szczęście to, czy (i jeśli tak, to ile) będziemy spożywać alkohol, znajduje się poza prawodawstwem unijnym.

Na końcu chciałbym podziękować czytelnikom za przeglądanie i komentowanie mojego bloga. Życzę wszystkim udanego Sylwestra i jeszcze lepszego, nowego roku!
——————-
przy pisaniu artykułu korzystałem z artykułu Władysława Czaplińskiego pt. “Zasada niedyskryminacji/równego traktowania w prawie wspólnotowym”

Kolejny “mur” na Bliskim Wschodzie

4 komentarzy

Potężnym ciosem wymierzonym w Hamas jest decyzja prezydenta Egiptu o budowie podziemnego „muru”, który ma uniemożliwić przemyt do Strefy Gazy. Informację dotyczącą takiego projektu podała telewizja BBC. Jeżeli to prawda, to Strefę Gazy rzeczywiście porównać będzie można do oblężonej twierdzy. Od strony Egiptu – mur i podziemna zapora, od strony Izraela granica ze Strefą Gazy jest zabezpieczona perfekcyjnie przy pomocy najnowocześniejszych technologii, morze kontroluje izraelska marynarka powietrzna, a przestrzeń powietrzną IAF (Izraelskie Siły Powietrzne).

Wolna Amerykanka. Mur graniczny oficjalnie istniał (i istnieje), ale przemytem trudziły się nawet władze Strefy Gazy. Istnieje rozbudowana sieć tuneli, którymi transportuje się wszystko – od żywności po broń. Właśnie tą drogą Hamas zbroił się na kolejne potyczki z Izraelem. Ostatnio ogłosił zawieszenie broni, by tym samym powstrzymać przeprowadzane przez Izrael bombardowania podziemnych tuneli, które były odwetem za ataki rakietowe. Izrael w końcu znalazł skuteczny sposób na ograniczenie możliwości taktycznych Hamasu.

Jak to wyglądało do tej pory?

Tunele są zarazem największym błogosławieństwem i przekleństwem Palestyńczyków. To dzięki ich istnieniu, Hamas miał łatwy dostęp do broni, co pozwalało mu na zaczepianie Izraela, a z drugiej strony – na egipskich bazarach można było kupić wszystko, czego nie ma w Strefie Gazy. Mieszkańcy często przechodzili na stronę egipską „na zakupy”. Co bardziej przedsiębiorczy Egipcjanie również wysyłali w ten sposób różne towary. Zarabiali na tym też celnicy egipscy, którzy udawali, że nic nie widzą i nawet pies przewodnik by im nie pomógł. Sam Hamas od „importowanych” produktów pobierał podatki (więcej na temat przemytu: tutaj).

Śmiało można więc powiedzieć, że gospodarka Strefy Gazy opierała się na dwóch filarach – pomocy humanitarnej oraz nielegalnym handlu przygranicznym. W trakcie interwencji Izraela w Strefie Gazy Hamas wysadził mur graniczny w kilku miejscach, co pozwoliło opuścić terytorium tysiącom uchodźców, ale pewnie też bojowników, którzy mogli się uzbroić. Egipt oficjalnie twierdził, że walczy z nielegalnym przemytem, jednak w praktyce przymykał oko na ten proceder. Teraz skończył się czas półśrodków – Egipt wspólnie z Izraelem uszczelnia blokadę Strefy Gazy.

Mubarak uderza w Hamas

Długość zapory ma wynosić 10-11 kilometrów, a fundamenty mają być wkopane na głębokości 18 (Mariusz Zawadzki w swoim artykule podaje głębokość 30) metrów. Niezwykle interesująco wyglądają informacje, jakoby Egipcjanom pomagali amerykańscy inżynierowie. Oznaczałoby to, że o całej operacji doskonale wie administracja Stanów Zjednoczonych oraz prawdopodobnie Izrael. Warto przypomnieć, że wspomniane państwa wielokrotnie naciskały na prezydenta Mubaraka, by ukrócił przemyt

Stalowa zapora ma być odporna na ładunki wybuchowe, niemożliwe ma być również jest stopienie, ani przecięcie. Nie wiadomo, czy w 100% zablokuje transporty do Strefy Gazy – wszakże rezolutni Palestyńczycy mogą wymyślić sposób, by ominąć zaporę. Będzie to jednak od nich wymagało dużo większego wysiłku, a i skala przemytu, o ile nie zostanie zlikwidowany, zmniejszy się w znaczący sposób. To przede wszystkim donośna polityczna deklaracja Mubaraka – od dziś gram przeciwko Hamasowi. Jest to kolejna istotna informacja, jeżeli zwrócimy uwagę na rolę, jaką odgrywał Egipt w podpisywanych rozejmach zawieranych pomiędzy Izraelem, a Hamasem. Egipt za każdym razem był pośrednikiem.

Mubarak, poza tym, że znajdował się pod naciskiem Stanów Zjednoczonych i Izraela, nie może sobie pozwolić na wspieranie ekstremistów – zwłaszcza związanych z opozycyjnym wobec niego Bractwem Muzułmańskim Jak łatwo można się domyśleć, stalowa zapora nie wzbudza entuzjazmu wśród samych mieszkańców Egiptu, którzy identyfikują się z Palestyńczykami. Pomoc Izraelowi w zamknięciu kordonu to cios w Strefę Gazy. Od tej pory to Izrael ponownie będzie decydował, co i kiedy przewozić będą mogli Palestyńczycy.

Problem będzie miał również Hamas, jeśli blokada okaże się skuteczna. Zniknie najważniejsze ze źródeł zaopatrzenia broni. Sytuacja humanitarna w tym momencie jest fatalna, a uszczelnienie blokady jej się nie przysłuży. Hosni Mubarak ryzykuje niezadowolenie społeczne, a na całym rozwiązaniu najbardziej wygrywa Izrael. Udana budowa zapory oznaczałaby również wzmożenie presji na Hamas, którego pozycja negocjacyjna uległaby znacznemu pogorszeniu.

Iran nie uwolni Hamasu z tej opresji. Możliwości transportu sprzętu zostały uszczuplone. Mubarak podjął odważną decyzję, która krytykowana będzie zarówno przez opinię publiczną w jego kraju (jeżeli można uznać, że coś takiego istnieje w Egipcie), jak i przez świat arabski (i Iran). Można również rozpatrywać, czy odcięcie Strefy Gazy nie jest ciosem wymierzonym w Teheran, który jest głównym sojusznikiem i sponsorem Hamasu.

Niezależnie jednak od wszystkiego, nie będzie pokoju, jeśli nie dojdzie do porozumienia między Hamasem, a Fatahem. Nic nie zapowiada, by nawet ewentualne uszczelnieni blokady spowodowało, by radykałowie zostali pozbawieni władzy w Strefie Gazy. Należy również czekać na więcej informacji dotyczących stalowej zapory. Zmiany również nie nastąpią od razu, bo budowa “podziemnego muru” ma potrwać 18 miesięcy.

Więcej na podobny temat:
- Bliski Wschód: byle się nie dogadać

Kto kompromituje się w sprawie krzyży?

1 komentarz
źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

Rzadko zabieram publicznie głos w dyskusjach dotyczących polityki wewnętrznej Polski. Tym razem uczynię to, inspirowany artykułem redaktora Łukasza Warzechy pt. „Kompromitacja Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka”. Nie zamierzam dyskutować o tym, czy krzyże mają wisieć w salach, czy trzeba je zdjąć. Przeanalizuje tekst pana Warzechy jedynie od kątem prawnym i własnych doświadczeń z LO.

Nie każdy musi być prawnikiem. Zresztą, jako student prawa mogę otwarcie powiedzieć, że grzebanie w kodeksach i orzecznictwie nie jest najciekawszą rzeczą na świecie. Dużym problemem ta niewiedza staje się dopiero wtedy, gdy jest ona szerzona, szczególnie przez dziennikarzy, którzy nie mają pojęcia, jak funkcjonuje prawo. HFPC oczywiście zajmie się tą sprawą głównie dlatego, iż jest medialna, dodatkowo można powątpiewać w to, czy wspominana trójka licealistów sama nie znalazłaby sobie prawnika (np. dzięki pomocy portalu Racjonalista.pl), ale wypowiedź prof. Legutki jest naruszeniem dóbr osobistych trójki uczniów.

Do rzeczy jednak:

„Prof. Legutko był uprzejmy nazwać awanturników z Wrocławia „rozwydrzonymi i rozpuszczonymi przez rodziców smarkaczami”, a ich awanturkę – „szczeniacką zadymą”, przez co ci poczuli się obrażeni i postanowili profesora pozwać. Ryszard Legutko miał oczywiście pełne prawo tak ich nazwać i częściowo miał rację, bo awanturkę we wrocławskiej szkole można w części zaliczyć do niegodnych większej uwagi przejawów braku emocjonalnej równowagi w okresie dojrzewania. Sam pamiętam mój licealny bunt przeciwko wprowadzanym właśnie wtedy do szkół lekcjom religii i dzisiaj patrzę na samego siebie z tamtych czasów z dużym politowaniem”

Profesor Legutko nie miał jednak prawa nazywać tak nikogo w ramach debaty publicznej. Nie poniósłby konsekwencji, gdyby uczniowie nie poczuli się urażeni. Mają prawo do złożenia pozwu. Nie widzę jednak nic merytorycznego w nazywanie kogoś „rozwydrzonym i rozpieszczonym przez rodziców smarkaczem”.

Przypuszczam, że powództwo będzie opierało się na zarzucie o naruszenie czci człowieka. Nie oznacza to naturalnie, że prawo nie zezwala na negatywne ocenianie działalności innych ludzi. Jest to możliwe, jeśli taka ocena opiera się na rzetelnej krytyce. Trudno za taką uznać nazywanie kogoś „rozwydrzonym i rozpieszczonym przez rodziców smarkaczem”. Poza tym, że zdanie to ewidentnie obraża uczniów, to nie może być oparte na rzetelnej krytyce, bo jak udowodnić zawartą w nim tezę? Ocena wypowiedzi, z punktu widzenia etycznego, też wydaje się jednoznaczna. Podlega ona również sprawdzeniu ze względu na naruszenie czci w granicach „przeciętnych ocen obecnie stosowanych w społeczeństwo”. W debacie publicznej nazywanie kogoś „smarkaczem” nie jest dopuszczalnym i powszechnie akceptowalnym zachowaniem.

Panie redaktorze, na jakiej zatem podstawie uważa Pan, że profesor Legutko miał prawo tak ich nazwać? Prawo akurat wydaje się w tej sytuacji jednoznaczne, a Pana odsyłam do książki „Prawo cywilne – część ogólna” autorstwa profesora Zbigniewa Radwańskiego, strony 158-160 (10 wydanie). Naturalnie, Zuzanna Niemier nie jest przypadkową osobą, ale to nie dyskwalifikuje jej prawa do ochronny czci oraz jako uczestnika debaty, bo wtedy wykluczyć z niej musielibyśmy również księży.

To, czy pan Warzecha patrzy na siebie z politowaniem, czy nie, nie będzie obiektem mojej refleksji. W psychologii jednak można fachowo opisać to zjawisko jako mechanizm projekcyjny.

Oto, jak pan Łukasz wspomina swoje liceum:
„Jednak prof. Legutko nie miał racji o tyle, że panienka, która wydaje się inicjatorką całego zamieszania, niejaka Zuzanna Niemier, nie jest osobą przypadkową, która szuka sposobu na zabicie licealnej nudy (jedni startują w olimpiadach, inni piją, inni dużo czytają, inni biorą prochy, niektóre panienki się puszczają, a niektórzy walczą z Kościołem)”

Kiedyś u mnie w liceum, pojawił się jeden z posłów LPR-u. Dość wysoko postawiony, młody, związany z Młodzieżą Wszechpolską. Dyskutowaliśmy z nim na temat mundurków. Również twierdził, że nie powinniśmy się na ten temat wypowiadać, ale generalnie rozumie nasz bunt, bo też chodził do liceum, a przecież, co ciekawego można w nim robić? Chapeau bas panie redaktorze, używa pan identycznych argumentów.

„ Dyrektor szkoły, zamiast zrobić to, co powinien był zrobić – wywalić towarzystwo z gabinetu na zbitą twarz wraz z ich petycją i pogonić do roboty – niepotrzebnie potraktował sprawę poważnie.”

… proponuje pan Warzecha, a z drugiej…

„Tymczasem pozew grupki z Wrocławia wpisuje się w fatalną tendencję zamykania ust oponentom w sytuacji, gdy wyrażają jedynie swoje subiektywne oceny, do czego maja pełne prawo.”

Pogratulować konsekwentnej linii.

Wracamy jednak do aspektów prawnych, pomijając już podejrzenia pana redaktora, że organizatorkę akcji poparło dwóch kolegów, ze względów czysto hormonalnych (skąd pan to wie?). Trzeba jednak przyznać, iż rzeczywiście, na Facebooku Zuzanna wypada korzystnie, jeśli wziąć za kryterium wygląd. ;)

„A teraz kwestia prof. Legutki. Profesor miał pełne prawo powiedzieć o awanturnikach, jak powiedział. Była to oczywiście wypowiedź zawierająca negatywną ocenę – i dobrze. Jeśli sądy będą nadal akceptować pozwy w takich sprawach, dojdziemy do absurdu – a już nam do niego blisko. Zaczną się procesy, w których biegli będą się zastanawiać, czy w ogóle dopuszczalne jest używania wobec kogokolwiek pojęć innych niż czysto neutralne i jakie to są, owe neutralne pojęcia. Co innego, gdyby profesor skłamał. Gdyby np. oskarżył pannę Niemier o to, że zażywa narkotyki, a byłaby to nieprawda. Wtedy mielibyśmy proces o oczywiste i weryfikowalne kłamstwo.”

Tylko sobie w głowę strzelić. Jest dokładnie odwrotnie niż pisze pan redaktor.

Wypowiedź jest obraźliwa, narusza cześć zewnętrzną (dobra sława, dobre imię) i wewnętrzną (godność osobista). Nie ma tutaj znaczenia, kogo obraził profesor Legutko. Wszyscy są równi wobec prawa.

Tak jak pisałem już wyżej. Ocena negatywna jest dopuszczalna tylko wtedy, gdy jest oparta na rzetelnej krytyce. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której użycie tego sformułowania można byłoby uzasadnić rzetelną krytyką. Sądy są związane prawem, a nie dziennikarskimi postulatami.

Nawet polskie prawo widzi różnicę między powiedzeniem „uczniowie z XIV LO niepotrzebnie próbują dyskutować, bo to i tamto” lub nawet dużo ostrzejszymi wypowiedziami ( np. „dzieciakom się nudzi i szaleją”), a „rozwydrzonymi i rozpieszczonymi smarkaczami”. Zdanie to w żaden sposób nie odnosi się merytorycznie do sporu. Typowy argument ad personam. Jakbym Łukasza Warzechę nazwał „głupim ch****” to zdecydowanie miałby prawo do złożenia pozwu przeciwko mnie, pomimo tego, że w całym tekście używam mnóstwo argumentów przeciwko jego opiniom.

Pan Warzecha totalnie nie wie, o czym pisze. Właśnie najzabawniejsze jest to, że gdyby profesor Legutko oskarżył Zuzannę Niemier o posiadanie narkotyków, ale później udowodnił, że dochował szczególnej staranności i działał w ochronie społecznie istotnego interesu, to pomimo tego, iż była to nieprawda – nie naruszyłby czci. Musiałby jedynie odwołać swoje słowa Tak wygląda polskie prawo. Można się z nim nie zgadzać, krytykować i postulować jego zmiany, ale nie można go totalnie ignorować. Wolność słowa w Polsce ma się naprawdę dobrze, spójrzmy chociażby na salon24.

„Tymczasem pozew grupki z Wrocławia wpisuje się w fatalną tendencję zamykania ust oponentom w sytuacji, gdy wyrażają jedynie swoje subiektywne oceny, do czego maja pełne prawo. Takie pozwy sądy powinny natychmiast spuszczać na bambus, wychodząc z założenia, że oceny nie podlegają procesom, a niekaranie takich wypowiedzi to kwestia utrzymania wolności słowa. Niestety, polskie sądy w tej sprawie (i w wielu innych) nie zachowują się rozsądnie.”

Urocze, bo gdyby oceny nieoparte na rzetelnej krytyce nie podchodziły pod naruszenie dóbr osobistych, to każdy mógłby każdego obrażać i później twierdzić, że przecież ma prawo do własnej opinii. Czym innym jest krytyka, nawet ostra, a jeszcze czym innym zwykłe obrażanie.

I ciekawostka na koniec. Uczniowie mają prawo do pozwu, bo zarzuty dotyczą ich bezpośrednio. Jednakże np. gdyby nazwać jakąś partię bandą przestępców, to poszczególni jej członkowie nie mieliby prawa do pozwu o ochronę dóbr osobistych. Kroki prawne mogłaby podjąć jedynie sama partia.

P.S. Kiedyś w gimnazjum wyleciałem z gabinetu dyrektorki, która – w związku z tym, że nie zgadzałem się z jej opinią na temat odpowiedzialności zbiorowej – zdenerwowała się i zaczęła mnie wyzywać od gówniarzy i smarkaczy. Co zabawne, skończyło się na obniżeniu MOJEJ oceny z zachowania ;) . Tym bardziej doceniam postawę dyrektora z XIV LO.

Zlecenie na Iran – jak to się robi w Onecie?

4 komentarzy

źródło: airpower.at

Od kilku dni w sprawie Iranu ukazują się kolejne „piorunujące” informacje. Codziennie rano spoglądam w niebo, gdyż obawiam się, że poza śniegiem, spadną gdzieś na Polskę rakiety. Wielkie zagrożenie dla Europy” – czytam wyboldowany tytuł newsa na samej górze portalu Onet. Nadchodzi nowa epoka lodowcowa? – zapytałem sam siebie w myślach. Nie, okazało się, że Iran przeprowadził kolejne testy rakietowe.

Zupełnie przypadkiem dzień wcześniej do mediów „wyciekła” (te zbiegi okoliczności) informacja, że powstał dokument według którego Iran oszukuje świat i prowadzi program atomowy, którego celem jest pozyskanie broni nuklearnej. W/w portal również zakwalifikował tę informację jako najistotniejszą tego dnia. Po prostu sensacja – jednym z celów Iranu może być zdobycie broni atomowej. Zaskakujący wniosek, kompletnie rewolucjonizujący dyskusję na ten temat! „Zachodnie źródła dyplomatyczne ujawniły w poniedziałek, że istnieje tajny dokument, z którego wynika, że Iran pracował nad zbudowaniem broni nuklearnej już w 2007 roku” – tłumaczy portal. JUŻ w 2007 roku! A to wszystkich Persowie zrobili w balona, bo jak dotąd zarzucano im, że działali od 2003, a jeszcze inni zauważają, że już szach Pahlavi rozpoczął program atomowy i raczej nie myślał tylko o jego cywilnym aspekcie.

Nie ulega wątpliwości, że plan testowania zapalnika neutronowego wskazuje na ambicje posiadania broni atomowej. Na razie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej musi zbadać wiarygodność tego dokumentu. Nie jest jednak sensacyjną informacją, że Iran może prowadzić program atomowy dla celów wojskowych. Teheran się do tego nie przyznaje, ale nie dostrzegam również specjalnego zaprzeczania. Mahmud Ahmadineżad nieraz wyraźnie sugerował, że Iran wejdzie kiedyś w posiadanie broni nuklearnej. Po co więc straszyć Iranem, podobnie jak kiedyś stonką ziemniaczaną? News jest efektem tłumaczenia Bezrefleksyjne wstawienie tekstu przez największy portal w Polsce świadczy albo o niesamowitej ignorancji albo o tym, że niektórzy zaczęli pić na długo przed początkiem imprezy sylwestrowej.. Iran jest zagrożeniem dla pokoju, podobnie jak Izrael, ale powyższy news nie jest żadnym przełomem, a sieje tylko panikę i niepotrzebnie straszy. Portal ma z tego xyz kliknięć więcej, kosztem jakiejkolwiek rzetelności, bo jakby na samej górze pojawił się porządny tekst analizujący sytuacje i wyjaśniający istotę problemu, sam bym napisał maila z gratulacjami i świątecznymi życzeniami dla redakcji.

Następnego dnia redaktorzy postanowili kontynuować cykl irański i tym razem donieśli o „Wielkim zagrożeniu dla Europy”, ponownie boldując wiadomość i wstawiając ja na samą górę. Czemu jednak się ograniczać? Tytuł mógłby być bardziej chwytliwy np. „Czy grozi nam irańska apokalipsa?” lub „Iran w każdej chwili może zaatakować Europę”. Okazało się, iż Iran przeprowadził kolejne próby rakietowe. Tym razem testowana była rakieta Sajil-2 o deklarowanym przez ministra obrony Iranu, Ahmeda Vahidi, zasięgu 2 tysięcy kilometrów.

Nowe, „wielkie zagrożenie” nie brzmi znajomo? Owszem! Irańczycy od dawna testują rakietę Shabab-3, która również ma mieć zasięg 2 tysięcy kilometrów. Poniżej znajduje mapka z zasięgiem tych rakiet.

źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Teraz zastanówmy się, czy jest to „wielkie zagrożenie” Trudno znaleźć powód, dla którego Iran miałby zaatakować np. Grecję. Oficjalnie, Ahmadineżad z Chamaneiem twierdzą, iż rakiety są w stanie dosięgnąć Izrael i bazy amerykańskie na Bliskim Wschodzie i mogą ich użyć, jeśli będą zagrożeni. Tylko, że wydając rozkaz ataku, obaj panowie podpisaliby na siebie wyrok śmierci. Co więcej skuteczność, irańskiej myśli technicznej jest co najmniej wątpliwa – rakiety są bardzo nieprecyzyjne i połowa z nich spada kilka kilometrów od celu. To, że ajataollahowie posiadają rakiety, których zasięg wynosić ma 2 tysiące kilometrów nie oznacza, że tak jest w rzeczywistości. Zakładając nawet, że zapowiedzi irańskie dotyczące zasięgu są prawdziwe, to tytułowanie newsa „Wielkim zagrożeniem dla Europy” świadczy o zwyczajnym braku kompetencji. Trzeba zauważyć że Iran już wcześniej posiadał rakiety o podobnych osiągach. A arsenał chiński i rosyjski nie są w takim razie wielkim zagrożeniem? Ponownie straszy się ludzi, zamiast wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Iran nie ma żadnego interesu w atakowaniu Europy identycznie, jak Chiny i Rosja.

„Irańska armia już we wrześniu przeprowadziła testy rakiet dalekiego zasięgu. Wywołały one falę krytyki ze strony państw zachodnich, które ostrzegły Teheran przed pogorszeniem wzajemnych stosunków i nałożeniem kolejnych sankcji” – idzie za ciosem portal. Plus za napisanie o wrześniowych testach, ale naturalnie zapomniano dodać, że sprawdzany był inny model rakiety (Shabab-3). Mały szczegół, a cieszy. Drugie zdanie to totalne pustosłowie, bo Iran straszony jest „pogorszeniem wzajemnych stosunków i nałożeniem kolejnych sankcji” przy okazji wszelkich wydarzeń związanych z działalnością tego państwa. Dopóki Chiny i Rosja nie poprą sankcji – nie będzie ich. Koniec i kropka.

Z niecierpliwością czekam na kontynuację sagi pt. „Iran na Onecie” z nowymi, sensacyjnymi wątkami i szybkim zwrotem akcji. Nikt nie wymaga od newsmanów, żeby byli specjalistami od irańskiego programu atomowego, ale nie mogą się zachowywać jak propagandyści Stanów Zjednoczonych i Izraela.

Więcej na podobny temat:
- Izrael i Iran – a było tak pięknie
- Nie lekceważymy Iranu

Catherine Ashton a granica dobrego smaku

2 komentarzy

Ludzie uczą się przez całe życie. Jeżeli jesteś młody i zdolny, to prawdopodobnie zostaniesz wysłany na szkolenie lub staż (czasem nawet coś zapłacą). Jeżeli masz znajomości (np. z Tonym Blairem), to możesz kompletnie nie wiedzieć, czym się będziesz zajmował(a), a i tak otrzymasz prestiżową posadę. Kto za to zapłaci? Obywatele UE. Gorzej, jeśli ta nauka okaże się dla nas zbyt kosztowna.

Jednym z zarzutów wobec pani Ashton jest fakt, iż jest, cytując Nigela Farrage, „politycznym pigmejem”. Można polemizować z poglądami Brytyjczyka i mówić, że co z tego, ze ktoś jest rozpoznawalny, jeśli nie ma kompetencji? Ponadto, historia zna wielu wspaniałych polityków, którzy wzięli się znikąd, a później osiągnęli sukces. Był jednak jeden warunek: znali się na tym, czym się mieli zajmować. Brak rozpoznawalności nie dyskwalifikuje kandydatury (chociaż mocno w nią uderza) pod warunkiem, ze ma się wysokie kwalifikacje. W omawianym przypadku, niestety, pani Ashton równie dobrze mogłaby zostać prezesem PZPN i jej kompetencje byłyby na podobnym poziomie

Trzeba pamiętać, iż mówimy o superstanowisku, w którym zawiera się posada Komisarza ds. Stosunków Zewnętrznych, Wspólnego Przedstawiciela do Spraw Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa oraz wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej. Zakładając, iż stanowiska powinni otrzymywać fachowcy, musimy dwukrotnie się zastanowić, zanim ktoś niewykwalifikowany otrzyma tak odpowiedzialne zadanie.

To takie proste. Gdyby ktoś zapytałby się mnie, kto powinien zajmować się zawodowo śpiewaniem, odpowiedziałbym, że piosenkarze. Tańczeniem – tancerze, Z kolei dyplomacją na najwyższym poziomie – dyplomaci lub przynajmniej osoby doświadczone w tej sferze. Stanowisko dla Catherine Ashton to jakaś paranoja, a nominację sklasyfikować można bardziej jako nepotyzm niż wybór wynikający ze zdrowego konkursu kandydatur. Być może zakończenie procesu ratyfikacyjnego dla Traktatu Lizbońskiego łączyło się z potężna libacją, na której poszczególni szefowie rządów lub państw wybrali kandydaturę w nietypowy sposób….
- Nie zrobicie tego, wymięknięcie, założę się o pół litra bananowej wódki!
- Jak to, my jej nie nominujemy? My nie damy rady?! Szykuj flaszkę.
I tak zrealizować można każdą głupotę.

Można bronić powołania na stanowisko osoby nieznanej. Powody takiej nominacji mogą być różne – chociażby faktyczne ograniczenie niezależności posady. Na nieznaną wcześniej publicznie Ashton łatwiej wpływać i zobowiązać, by konsultowała się z najważniejszymi przywódcami państw UE. To nie musi być wada, takie mogło być założenie przy opracowywaniu tej posady. Niepokojące jest jednak, że na to stanowisko powołano kogoś, kto nie ma za sobą kariery dyplomatycznej, ani sukcesów na arenie międzynarodowej.

O braku kwalifikacji przekonało nas przesłuchanie przed Parlamentem Europejskim. Do tej pory łudzić się można było, iż nie jest to tylko i wyłącznie czysta formalność i w czasie takiego posiedzenia należy wypaść przynajmniej poprawnie. A jednak…

Okazało się, że North Sttream to dla pani Astton „nowe zagadnienie”, a wojną rosyjsko-gruzińską też się pani minsiter nie interesowała. W ogóle jakaś była? Zresztą, czy to ciekawe tematy dla kobiety w średnim wieku? Partnerstwo wschodnie? To chyba daleko od Wielkiej Brytanii. Pani baronessa zaapelowała o czas do nauki i posługiwała się pustymi hasłami, które zamiast maskować niewiedzę, jeszcze bardziej ją ukazywały. Brak wizji polityki zagranicznej UE można zrozumieć, bo przecież ona będzie dopiero wypracowywana. Nie da się jednak zaakceptować braku kwalifikacji i wiedzy z zakresu stosunków międzynarodowych. Na pocieszenie dostaliśmy deklarację, iż pani Ashton będzie się spotykać z europosłami. Miło z jej strony, ale chyba za to dostaje pieniądze?

Normalnie nowa szefowa unijnej dyplomacji, po takim pokazie kompetencji, powinna zostać już eks-szefową. Prawnie rzecz biorąc, jeszcze nie została zatwierdzona przez Parlament Europejski. Nic nie zapowiada, by szykowały się w tej kwestii jakieś komplikacje. Równie dobrze powołać można by Chucka Norrisa – też mógłby trochę porzucać hasłami, a na końcu poprosiłby o czas na naukę, bo „jeszcze nie wypracował stanowiska w kilku sprawach”. A dlaczego nie Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju? Może nawet niektórych posłów by rozśmieszył?

Przywódcy unijni, wystawiając takie kandydatury, sami narażają się na ataki. Czemu nie nominowali zawodowego dyplomaty lub jakiegoś byłego ministra spraw zagranicznych, których pełno w PE? Mniejszej rozpoznawalności od Catherine Ashton by taki polityk nie miał, a niewątpliwie byłby bardziej kompetentny. Ciężko nawet dyskutować z nową szefową dyplomacji europejskiej, bo jak przekonać kogoś do poglądu w określonym temacie, jeśli baronessa nie zdaje sobie sprawy, o czym toczy się rozmowa? Jak już pisałem, okazją do nauki są staże i szkolenia, a nie np. szczyt G-8. Kontrowersje również wzbudza życiorys pani Ashton.

Następne przesłuchanie odbędzie się w styczniu. To czas dla baronessy na nadrobienie jej zaległości. Wszakże w święta jest czas, by poczytać. Nie potrafię zrozumieć filozofii powołania na tak poważne stanowisko kogoś kompletnie nieobeznanego w kwestiach międzynarodowych, zarówno jeśli chodzi o wiedzę teoretyczną, jak i praktyczną. To wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi.

Mistrzowie Negocjacji znad Wisły, a Amerykanie

Brak komentarzy

źródło: http://www.wp.mil.pl

Polacy nie potrafią negocjować z dwoma państwami – Stanami Zjednoczonymi i Rosją. Pierwsi ogrywają nas przy pomocy zaschniętej marchewki, a drudzy używają kija. Premier Tusk i minister spraw zagranicznych Sikorski, wydają się tego nie zauważać, do obrony stosunków polsko-amerykańskich posługując się głównie PRem. Rząd kompletnie nie radzi sobie też z rozmowami z Rosjanami np. w kwestiach gazowych. Z drugiej strony mamy prezydenta, któremu przez cały czas wydaje się, że jest Rycerzem Okrągłego Stołu, który niesie dziejową sprawiedliwość. Jego brat i lider polskiej opozycji uważa, że tylko Stany Zjednoczone mogą nas uchronić przed niebezpieczeństwem, które prawdopodobnie w XXI wieku już nie istnieje.

Niedobrze – jakby mógł rzec Marcin Najman po kilku sekundach walki z Mariuszem Pudzianowskim. O ile do stylu uprawiania polskiej polityki zagranicznej nie można mieć pretensji, bo wygląda profesjonalnie, o tyle jej wyniki wymagają poprawki. Polski rząd zdaje na razie egzamin z funkcjonowania w Unii Europejskiej, ale siłę będziemy mieć dopiero wtedy, gdy uda się przekonać, że nasze bezpieczeństwo energetyczne jest bezpieczeństwem energetycznym UE. Obecny rząd większą wagę przykłada do polityki wewnątrz Europy, za co należą mu się pochwały. Partycypujemy w podziale stanowisk, jesteśmy w „europejskiej grze”, a nawet potrafimy zablokować niekorzystne dla nas rozwiązania, jak w przypadku zmniejszenia emisji CO2.

Nie wszędzie jednak jest tak kolorowo. W kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi nastawieni jesteśmy na altruistyczne dawanie, a premier Tusk z prezydentem Kaczyńskim, zgodnie jak nigdy, wysyłają kolejnych polskich żołnierzy do Afganistanu, wydając kolejne miliony złotych z naszej kieszeni. Problemem nie jest samo wysłanie wojsk, ale fakt, iż w zamian otrzymujemy tyle, ile dałby nam ZSRR za czasów PRL-u – czyli deklaracje o pięknej przyjaźni. W końcu podpisano układ SOFA (Status of Forces Agreement), który ma regulować, na jakich zasadach będą stacjonować amerykańscy żołnierze w Polsce. Brakuje na razie terminów i konkretów. Polska utrzymała (a nie uzyskała) pierwszeństwo jurysdykcyjne, którego może się jednak zrzec. Skoro zapisano to w umowie, to można domniemywać, iż Polska będzie się w mniej ważnych kwestiach zrzekać tego prawa na korzyść strony amerykańskiej. Amerykanie otrzymali również przywileje podatkowe.

Wśród naszych polityków błyskawicznie powstała dyskusja – czy to dobra umowa, czy zła? Podział jest tradycyjny – koalicja uważa porozumienie za dobre, bo Polska utrzymała pierwszeństwo jurysdykcyjne, a opozycja – w tym BBN – za złe, gdyż spór o ten aspekt przedłużył rozmowy. Moim prywatnym faworytem jest Witold Waszczykowski, który prawdopodobnie za jak najszybsze porozumienie z Amerykanami oddałby duszę i jeszcze dopłacił. Ocena samego porozumienia nie może być sprowadzana do dwóch aspektów (jurysdykcji i przywilejów podatkowych). Na razie to jedynie porozumienie ramowe, dotyczące standardowych kwestii.

Dziwna wydaje się zbieżność przyspieszenia rozmów z decyzją o wysłaniu kolejnych żołnierzy do Afganistanu. Polacy są przez Amerykanów zwyczajnie wykorzystywani, a władze państwowe robią dobrą minę do złej gry. Uczciwie trzeba przyznać, że wysłanie żołnierzy to również zysk, bo wzmacnia naszą pozycję w NATO. Pozwala również na lepsze zabezpieczenie prowincji Ghazni, w której stacjonują nasi żołnierze. Polscy żołnierze nie jadą jednak na wycieczkę krajobrazowa, a na regularną wojnę, o czym oficjalnie mówił ostatnio Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych, Robert Gates. Jeżeli zdarzyłoby się, że w zamian za 600 polskich żołnierzy dostaliśmy jakieś drobne ustępstwa w kwestii Patriotów (np. że druga z rzędu Bateria stacjonująca rotacyjnie na ziemi polskiej, będzie uzbrojona) i układu SOFA, to byłaby to kompromitacja. Chyba, że nasi politycy mają inny genialny plan. Skoro, według plotek, w prowincji Ghazni ukrywa się Osama bin Laden, to czemu go nie złapać? To dopiero były hit!

W Polsce zastanawiamy się nad tym, czy bateria Patriotów, zdolna do obrony obszaru wielkości powiatu, będzie uzbrojona, czy nie? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, gdy – po pierwsze – i tak nie zwiększy ona polskiego bezpieczeństwa, a po drugie, obsługiwać będą ją i tak Amerykanie? Jeżeli chcemy mieć własne Patrioty to musimy je, podobnie jak np. Japończycy, kupić. Obecnie zatem problem tej baterii istnieje zupełnie równolegle do kwestii polskiego bezpieczeństwa. Minimalne ustępstwa amerykańskie, dotyczące uzbrojenia stacjonującej baterii nie poprawiają naszej sytuacji. Oczywiście, to wspaniale, jeśli polscy żołnierze zostaną przeszkoleni, jak funkcjonuje ten nowoczesny system i pod tym względem rotacyjne stacjonowanie Patriotów odbędzie się z korzyścią dla naszego wojska.

Koszty stacjonowania wojsk w Afganistanie są zatem niewspółmierne do zysków i nie rokują pozytywnie. Łatwo można policzyć, że jeżeli – według najniższych danych – rok stacjonowania kosztuje Polskę 400 milionów złotych (nie licząc kosztu zakupu sprzętu), a najwyższych, sięgających łącznie miliarda złotych, to nie wysyłając takiej misji moglibyśmy sobie taką baterią po jakimś czasie kupić na własność.
Żołnierze w Afganistanie nabędą bezcennego doświadczenia, ale Polska, podobnie jak w Iraku, nie otrzyma żadnych prezentów od swojego sojusznika. Tym dziwniejsze wydaje się, że polskie elity tak bezproblemowo przystają na kolejną amerykańską propozycję. Dlaczego Niemcy i Francuzi nie chcą zwiększyć swoich misji i wziąć odpowiedzialności za walkę z terroryzmem? U nich, ze względu na strukturę społeczeństwa, problem zagrożenia fundamentalizmem arabskim jest poważniejszy, niż w Polsce.

Naturalnie, nie jesteśmy Turcją, ani Izraelem, które mogą sobie pozwalać nieraz na bezczelne zagrania wobec Stanów Zjednoczonych. Państwa te, często odmawiając spełniania życzeń amerykańskich, osiągają swoje cele. Polska, pomimo tego, iż nie jest mocarstwem, posiada zasoby, które Amerykanom mogą się przydać. Utrzymując zatem stosowne proporcje, może trzeba czasem Amerykanom odmówić. Nawet po to, by w zamian za określone korzyści, później zmienić stanowisko. Dyplomacja między sojusznikami w XXI wieku nie opiera się na idealistycznych przesłankach. To gra interesów, w której niekiedy racja moralna może mieć znaczenie, ale z reguły jest tylko narzędziem (np. II wojna w Zatoce Perskiej). Nie odgrywamy wielkiego znaczenia w polityce światowej, ale w sojuszach możemy być istotnym ogniwem. Jeżeli nie będziemy się sami szanować, to kto będzie to robił?

Więcej na podobny temat:
- Afgańska podróż za jeden uśmiech
- Syzyfowa praca w Afganistanie

Komentarz listopada – Agent Specjalnej Troski

Brak komentarzy

źródło: gazeta.pl

Na miesiąc zawiesiłem wybór komentarza miesiąca, ale motyw ten powraca, wraz ze świętym Mikołajem i jego reniferami, w grudniu.

Polski rząd ogłosił, iż Polska wyśle dodatkowe wojska do Afganistanu. W zamian poklepią nas po plecach, a kto wie – może sam Joe Biden znowu powie, że jesteśmy “championem”.. Szerzej na temat ewentualnego wysyłania żołnierzy pisałem tutaj.

Do tej pory sądziłem, że krytyka jest konsekwentna. Potępiałem darmowe wysyłanie naszych żołnierzy przez SLD, PiS i PO, gdyż – jak to mawiają Amerykanie – business is business. Skoro do tej całej zabawy mamy dopłacać setki milionów złotych (minister Sikorski mówił o 400 milionach, spotkałem się też z sumą miliarda złotych rocznie), to chciałbym uzyskać coś więcej niż deklarację, że walczymy w słusznej sprawie, a nasi żołnierze nabiorą cennego doświadczenia. Droga ta nauka. Uroczo również brzmią deklaracje, iż polscy żołnierze walczą o nasze bezpieczeństwo. W domyśle – komórki talibów już działają w Warszawie i szykują się do wysadzenia Pałacu Kultury i Nauki. Sprytni Polacy jednak i to przewidzieli – już pojawiły się pierwsze głosy, by zburzyć PKiN. Załatwimy terrorystów ich własną bronią, nie będzie dla nich celów!

Jeżeli w Afganistanie walczymy o czyjeś interesy, to Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów i Niemców. Te państwa są przede wszystkim na pierwszej linii frontu. Jak to wygląda w praktyce?  Ze strony niemieckiej na razie w Afganistanie przebywają żołnierze nie uczestniczący w misjach bojowych, a prezydent Sarkozy twierdzi, że w Afganistanie trzeba walczyć, ale nie wyśle ani jednego żołnierza więcej. Ci politycy nie boją się zagrożenia, a nasz rząd z prezydentem już tak? Większość ciężaru afgańskiego biorą na swoje barki Amerykanie i Brytyjczycy.

Czas na komentarz miesiąca. W swojej karierze byłem już zatrudniany przez wywiad chiński, Mossad, FSB, KGB. Teraz zatrudnił mnie widocznie szef wszystkich szefów. Oddaje głos Harcerzowi

“Gdyby to oglądać jak obraz z perspektywy czałkiem sprawna propaganda :) Wraży Kaczor na zdjęciu z Ludobójcą – w domyśle to Oni nas wciągneli w tą kabałe – dalej Raduś użala się, ile środków pochłania akcja w Afganistanie .
Nie umknie też uwagi, to Prezydent (pfu!) wysłał 1000 woja za uścisk .Co do dalszej treści tak samo sprytnie kamuflowana propaganda zdolna uśpić Doktora :( (((
Ech, Patrząc na kobiete słuchaj jak mówi (lubo na odwrót)”

Cóż, nic nie umknie uwadze czujnego komentatora. Już jeden z byłych ministrów uważał, że harcerze idealnie nadają się do nowego kontrwywiadu, jak widać – miał rację.

Inteligentnie zauważone – dobierając fotkę do tekstu wiedziałem, iż większość osób kojarzy Busha nie z faktu, że był prezydentem Stanów Zjednoczonych, a ludobójcą (a może nawet ludożercą?)! Pytanie zatem – czy to zdjęcie to nie wredna, peowska propaganda, a moja krytyka polityki ministra Sikorskiego to jedynie sprytny kamuflaż? Przecież podając liczbę 400 milionów złotych chciałem – zapewne – zwrócić uwagę nie na fakt, iż w czasie kryzysu wydaje się setki milionów złotych na nierentowne projekty, wskazując jednocześnie możliwości oszczędności. Autor tekstu, czyli ja, chciał zaznaczyć, jak troskliwym ministrem jest pan Radosław, który to wszystko policzył i przedstawił.

Ewidentny PR tego tekstu zmylił nawet osobę tak szlachetną, jak DoktorNo. Jak jednak wiadomo, moje kontakty z nim mają również nieformalny charakter ;) ).

- Komentarz miesiąca – wrzesień
- Komentarz miesiąca – sierpień

Syzyfowa praca w Afganistanie

3 komentarzy
źródło: easterncampaign.wordpress.com

źródło: easterncampaign.wordpress.com

W dniu 19 listopada 2009 roku zaprzysiężony na drugą kadencję został Hamid Karzai. Będzie piastował urząd prezydenta Afganistanu przez następne 5 lat. Nic nie wskazuje na to, by okazał się prawdziwym mężem stanu i doprowadził do stabilizacji sytuacji w swoim kraju. Już sam sposób, w jaki wygrał wybory, może budzić niesmak.

Demokracja made in America?
Głównym przeciwnikiem Karzaia był dr Abdullah Abdullah, minister spraw zagranicznych Afganistanu w latach 2001-2006. W przeszłości mudżahedin walczący ze Związkiem Radzieckim. Należał również do głównych współpracowników Ahmada Masuda, legendarnego dowódcy wojskowego z wojny w Afganistanie z lat 80-tych oraz przywódcy walczącego z talibami Sojuszu Północnego.

Tegoroczne wybory prezydenckie pokazały po raz kolejny, że demokracja jest jedynie fasadą. Amerykanie, mimo oficjalnego kultu demokracji, zamykają oczy. Wybory należało przeprowadzić, a ich wiarygodność jest bez znaczenia, gdyż wygrał prawidłowy kandydat. To nic nowego w polityce amerykańskiej – podobnie dzieje się w Azerbejdżanie i Egipcie, państwach zaprzyjaźnionych ze Stanami Zjednoczonymi. Larum podnosi się dopiero, gdy wątpliwości pojawią się wobec wyborów w takim kraj jak np. Iran. Tylko jaka jest różnica między „poprawianiem” wyników w Iranie, a Afganistanie?

Niezależna Komisja Wyborcza ogłosiła 16 września wstępne wyniki I tury wyborów. Według nich Hamid Karzai uzyskał 54,6%, głosów, żaś Abdullah Abdullah 27,8%. Oznaczałoby to już w pierwszej turze wybrany zostałby dotychczasowy prezydent. Natychmiast pojawiły się oskarżenia o fałszerstwa – Unia Europejska zakwestionowała ważność 1,5 miliona głosów, czyli mniej więcej co czwartą kartę wyborczą. Pracownik Organizacji Narodów Zjednocoznych, Peter Galbraith, został wyrzucony z pracy za forsowanie zbyt stanowczego stanowiska względem fałszowania wyborów w Afganistanie. Pierwotne wyniki wyborów zostały uznane przez Stany Zjednoczone, późniejsze wypowiedzi administracji były już bardziej wstrzemięźliwe.

Ostatecznie 20 października Niezależna Komisja Wyborcza opublikowała oficjalne wyniki. Hamid Karzai uzyskał 49,67%, a Abdullah Abdullah – 30,59%. Komisja ds. Skarg wyborczych rozpatrzyła okołó 2,5 tysiąca skarg wyborczych. Na tej podstawie, Niezależna Komisja Wyborcza unieważniła tysiące głosów oddanych na obecnego prezydenta. Zarzucono m.in. dorzucanie głosów do urny, wielokrotne głosowanie, głosowanie przez nieletnich, a podejrzenie budził fakt rejestracji nadspodziewanie dużej liczby ludności (zwłaszcza kobiet) w porównaniu z poprzednimi wyborami. Co ciekawe, kwestionowano głosy oddane zarówno na Karzaia (1,1 miliona), jak i Abullaha (300 tysięcy). „Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Ogłoszono, iż II tura wyborów prezydenckich odbędzie się 7 listopada. Początkowo kandydaci zgodzili się na takie rozwiązanie, jednak później Abdullah Abdullah swój udział w wyborach uzależnił od spełnienia dwóch warunków. Odwołania przewodniczącego Niezależnej Komisji Wyborczej, Azizullaha Lubina oraz trzech ministrów, którzy jego zdaniem nie dotrzymali zasady bezstronności aparatu państwa w czasie wyborów – spraw wewnętrznych, oświaty i spraw etnicznych. Warunki Abdullaha nie zostały spełnione, co spowodowało rezygnację ze startu w drugiej turze. Wybory stały się farsą – komisja wyborcza miała do wyboru dwa rozwiązania, albo przeprowadzić wybory z jednym kandydatem albo ogłosić zwycięstwo Karzaia. Zdecydowano się na to drugie, by nie narażać wyborców na niebezpieczeństwo represji ze strony talibów. W czasie pierwszej tury zginęło 9 cywilów.

Trudno uznać Abdullaha Abdullaha za modelowego przedstawiciela demokratycznego sposobu myślenia, ale nie ulega wątpliwości, że przynajmniej jego pierwszy warunek był zasadny. Skoro doszło do fałszerstw na tak olbrzymią skalę, to logiczną konsekwencją powinna być dymisja przewodniczącego Niezależnej Komisji Wyborczej, który przecież był odpowiedzialny za organizację wyborów. Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Organizacja Narodów Zjednoczonych zaakceptowały bezboleśnie taki rozwój sytuacji, co pozwala sklasyfikować Afganistan jako tzw. demokrację kontrolowaną. Abdullah postąpił racjonalnie. Ze względów etnicznych, jako Tadżyk, był w dużo gorszej sytuacji, niż Pasztun Karzai, co równałoby się prawie pewnej porażce w wyborach. Ponadto nie można wykluczyć, że ponownie doszłoby do nieprawidłowości. Rezygnując zwrócił przynajmniej uwagę świata na to „jak to się robi” w Afganistanie. Jego szanse i tak były tylko teoretyczne.

Syzyfowa praca
Nowego-starego prezydenta czeka nieprawdopodobnie cięzkie wyzwanie. Określenie sytuacji Afganistanu jako tragicznej byłoby łagodnym określeniem na to, co dzieje się w tym kraju. Rząd kontroluje tylko część kraju i utrzymuje się tylko i wyłącznie dzięki obecności sił NATO.

Afganistan to biedny kraj z PKB per capita wynoszącym 800 dolarów. Średnia życia mieszkańców wynosi 44 lata. Społeczeństwo afgańskie jest bardzo młode – średnia wieku mieszkańca to prawie 18 lat. Aż 42% społeczeństwa żyje poniżej granicy ubóstwa. Notuje się za to zdecydowany postęp w dostępie do podstawowych programów służby zdrowia i alfabetyzacji kraju.

Największą i zaraz naturalną przeszkodą w rozwoju kraju jest toczona od 30 lat wojna, w której nie ma zwycięzcy. Początkowo wydawało się, iż operacja afgańska zakończy się szybkim sukcesem. Wspierany przez Amerykanów Sojusz Północny błyskawicznie wygrał wojnę z wojskami mułły Omara. Afgańczycy uważali Amerykanów za wyzwolicieli – talibowie wprowadzili restrykcyjne prawo, m.in. burzyli szkoły i ograniczali prawa kobiet. Amerykanie nie wykorzystali poparcia, nie szanowali również życia cywilów. Doprowadziło to do spadku zaufania. Od kilku lat liczba ataków na wojska NATO stale wzrasta. Zwycięstwo z talibami będzie możliwe tylko, jeśli ludność cywilna poprze siły NATO. Amerykanie, w ostatnim czasie, zmienili taktykę w Afganistanie. Zamiast burzyć, zajmują się budowaniem. Tylko czy nie za późno?

Afgański rząd próbuje porozumieć się z władcami plemiennymi. To strategia budowania społeczeństwa od dołu. Hamid Karzai apelował nawet do „braci talibów” o rozmowy, jednak muła Omar oświadczył, że to pułapka, zaś Amerykanie dążą do kolonizacji Afganistanu. Samego Karzaia uważają za amerykańską marionetkę. Odnotować jednak należy, że zdarzają się już pierwsze przypadki złożenia broni przez rebeliantów. Na razie to wyjątek od reguły. Plan bardzo przypomina ten z Iraku, gdzie obecnie jest spokojniej. Brak uwzględnienia specyfiki kulturowej Afganistanu był największym błędem taktycznym Amerykanów. Teraz starają się go naprawić.

Jest jeden ranking, w którym Afganistan znajduje się na podium. To drugie miejsce od końca pod względem korupcji według Transparency International Afgańczycy przegrali tylko z Somalią, którą uznać można za państwo-widmo. Barack Obama naciskał na Karzaia, by ten ograniczył korupcję, ale prezydent Afganistanu nie dysponuje narzędziami niezbędnymi do zwalczania tego procederu. Poza tym, nie chce tego zrobić, gdyż oznaczałoby to duże kłopoty z administracją oraz przeciwstawienie się potężnemu lobby narkotykowemu. Brat prezydenta oskarżany jest o czerpania dochodu z narkobiznesu. Jeden z ministrów Karzaia – według doniesień „Washington Post” – został oskarżony o wzięcie od Chińczyków 30 milionów dolarów łapówki za ustawienie przetargu na kopalnie miedzi. Karzai nie ma autorytetu do walki z patologiami.

Studnia bez dna
Nic nie zapowiada, by wojna w Afganistanie miała się zakończyć. Amerykanie stoją przed nieprzyjemnym wyborem – wycofać się szybko z Afganistanu przesądzając losy rządów Karzaia albo dosłać dodatkowych żołnierzy, których misja nie będzie ani łatwa, ani przyjemna. Barack Obama zdecydował się na to drugie wyjście, ale nie ma gwarancji powodzenia operacji. Strata Afganistanu mogłaby być dla Stanów Zjednoczonych nie tylko prestiżową porażką, którą porównać można by było do Wietnamu. Taka sytuacja doprowadziłaby również do destabilizacji sytuacji w Pakistanie oraz Iraku.

Jak dotąd w Afganistanie zginęło około 850 żołnierzy amerykańskich. Organizacja badawcza badająca wydatki rządu federalnego, National Priorities Project , ocenia, iż wojna w Afganistanie kosztowała dotychczas 228 miliardów dolarów. Aktualnie rząd amerykański wydaje około 3,6 mld dolarów miesięcznie n wojnę w Afganistanie, a zwiększenie kontyngentu spowoduje wzrost kosztów. Niewątpliwie, nie jest to najlepiej ulokowana inwestycja.

Prezydent Stanów Zjednoczonych podkreśla, że gdy tylko będzie taka możliwość, wycofa wojska z Afganistanu. Na razie zdecydował o wysłaniu dodatkowych żołnierzy, co czyni z niego bezpośredniego kontynuatora polityki prezydenta Busha. Nie wiadomo również, kiedy (i czy w ogóle) rząd afgański uzyska na tyle silną pozycję, by Amerykanie mogli się wycofać bez narażania prezydenta na bezsenne noce. Hamid Karzai nie daje takich gwarancji. Nie radzi sobie z korupcją w swoim najbliższym otoczeniu, nie dysponuje autorytetem, a jego legitymacja społeczna również budzi wątpliwości. Trzeba jednak zaznaczyć, że z zadaniem, jakie przed nim postawiono, mógłby nie poradzić sobie nawet Herakles, dla którego łatwiejsze byłoby sprzątanie stajni Augiasza, aniżeli próba ustabilizowania sytuacji w Afganistanie.

Więcej na podobny temat:
- Afgańska podróż za jeden uśmiech

Artykuł ukaże się w czasopiśmie “Notabene”