Egipt. Słońce, plaża i deska windsurfingowa. A jak tam pogoda w Polsce?
Egipcjanie są uroczy. Najpierw zakwaterowali nas – a hotel ma “oficjalnie” 4 gwiazdki (znaczy: 3 polskie) – w pokoju o standardzie gorszym niż schronisku młodzieżowe. Po rozpętaniu wojny zgodzili się (łaskawcy) zamienić na normalne, ale następnego dnia. W ramach przeprosin mieliśmy dostać obiad.
To jednak nie rozwiązuje problemu – pomyślałem błyskawicznie. Rezydentami biura podróży, z którego pojechałem – firmy Alfa Star (bynajmniej nie jest to zatem reklama) – są rodowici Egipcjanie, mówiący po polsku. Ciekawe rozwiązanie i na pewno tańsze, niż posiadanie polskich rezydentów.
Następnego dnia poszedłem do pana rezydenta i poprosiłem o świadczenie zastępcze. Zależało mi na szybkim i pokojowym załatwieniu “sporu”. Okazało się, że nie jestem pierwszy i kilku Polaków już dopadło pana Mohammada. Polacy, jak to Polacy, z ułańską fantazją stwierdzili, że żądają zwrotu całej kwoty zapłaconej za pokoje, gdyż “towar jest niezgodny z umową” Jeden pan nawet dodał, że “sprawą zajmie się jego kancelaria prawna”. Nie muszę dodawać, że otrzymali figę z makiem – i nie mam na myśli tutaj opium. Dochodzenie tego typu roszczenia przy pomocy polskiego prawa oznacza długie błąkanie się po sądach i dość niepewny wyrok.
Wkrótce swoje negocjacje z panem Mohammadem i będącym przy tuszy panem z recepcji rozpocząłem ja. Z udawaną ciekawością pan Mohammad słuchał zawiłości polskiego prawa (świadczenie zastępcze, zobowiązania). Rozmowa ewidentnie nam się nie kleiła, ale wtedy użyłem swojej tajnej broni.
- Jak się pan nazywa?
- Mohammad
- Panie Mohammadzie! Ja się nie chcę kłócić, Bardzo lubię Egipt i Bliski Wschód. Wiem, że Waszym prezydentem jest Hosni Mubarak – po wymówieniu tego nazwiska oczy mojego rozmówcy zaiskrzyły. – Nadal obowiązuje u was stan wojenny?
- Tak, tak! Jest stan wojenny, ale prezydenta w przyszłym roku będziemy zmieniać.
- Aha, i zostanie nim prawdopodobnie syn Mubaraka? (Gamel – dop. Patryk)
- Tak, to bardzo możliwe.
- A pan popiera go?
- Tak, oczywiście
- A dlaczego? – z zaskoczenia zaatakowałem go szczegółowymi pytaniami.
- Bo to mój kolega z dzielnicy. Także spokojnie, ja jeszcze mógłbym ten hotel zamknąć, gdybym chciał!
Jak widać sympatyczna megalomania jest mimo wszystko wpisana w ich kulturę.
Później pogadaliśmy trochę o egipskiej i polskiej piłce, które znajdują się tam, gdzie słońce nie dochodzi nawet w dzień. Pocieszyłem mojego rozmówcy, że my mamy gorszych piłkarzy, chociaż pierwsza połowa meczu Egipt-Sudan była tak słaba, że zacząłem tęsknić za naszą Ekstraklasą. W rewanżu mój nowy przyjaciel chciał mnie poczęstować papierosem. Nie palę, więc odmówiłem.
Ostatecznie wynegocjowałem darmowe pół godziny internetu do końca wyjazdu w prywatnym gabinecie recepcjonisty/managera.(tego przy tuszy). Pół godziny kosztuje około 8 dolarów, czyli świadczenie zastępcze wyniosłoby około 48 dolarów.
Problem w tym, że mam własnego laptopa, a i do Internetu dostęp również mam – darmowy, po przejściu 200 metrów. Niech się wypchają
.

25 lis 2009 o 11:06
Patryk, nie pierdol!