Patryk Gorgol

Afgańska podróż za jeden uśmiech

3 komentarzy

źródło: wikipedia

Nową, niezwykle atrakcyjną pozycję wczasów dla polskich żołnierzy mieli złożyć – według spekulacji prasowych – Amerykanie. Darmowy przelot, w planie wycieczki m.in. strzelanie do talibów, przejażdżka Rosomakiem i zapierające dech w piersiach wypady na miasto z kumplami w lanserskim sprzęcie (tzw. patrol). W chwilach wolnych od zwiedzania, możliwość podziwiania niezwykle pięknych krajobrazów Afganistanu. Już dwa tysiące Polaków poznały urok relaksującego wyjazdu do Afganistanu. Potencjalna oferta będzie z gatunku „last minute”, więc jeśli ktoś chce wyjechać, to musi się pośpieszyć. Liczba miejsc ograniczona.

Jak na razie to jedynie spekulacje prasowe, ale są one niepokojące. Wszyscy pamiętamy wizytę prezydenta Kaczyńskiego w Stanach Zjednoczonych, gdy za uścisk ręki i uśmiech prezydenta Busha, obiecał wysłać do Afganistanu 1000 dodatkowych żołnierzy. Według spekulacji („Gazeta Wyborcza”, „Dziennik”) Polacy mieliby dosłać około 600 żołnierzy. Bogdan Klich twierdzi, że do końca stacjonowania obecnego kontyngentu zwiększenia ilości żołnierzy nie będzie, ale taki wariant jest rozważany w następnej zmianie.

Tylko po co mielibyśmy to robić? W Ministerstwie Obrony Narodowej brakuje pieniędzy na podstawowe zakupy, szuka się oszczędności, a jednocześnie kilkaset milionów złotych rocznie wydaje się na misje w Afganistanie – Radosław Sikorski ocenia, ze 12 miesięcy stacjonowania polskich wojsk w Afganistanie to 300 milionów złotych, czyli – przy obecnym kursie – 100 milonów dolarów. W zamian wiceprezydent Biden stwierdza, że Polska jest „championem”. Drogo kupujemy pochlebstwa, gdzie jednak konkrety?

Stosunki ze Stanami Zjednoczonymi powinny być przyjazne, ale też pragmatyczne. Polscy politycy nie mogą być ulegli wobec Amerykanów, bo ci ich po prostu nie będą szanować. Bilans korzyści jest zdecydowanie dla Polski niekorzystny. Za swój udział w misjach w Afganistanie i Iraku nie otrzymaliśmy nic, oprócz rachunków, które pokryć przecież będzie musiał polski podatnik. Skoro mamy wysyłać żołnierzy do pomocy Amerykanom, to czemu my za to płacimy? Amerykanie nawet wiz nie mogą znieść. Prywatnie dziękuję – bez łaski. Stany Zjednoczone pogrążone w kryzysie to nie żadne El Dorado, w którym większość Polaków zamierza pracować na czarno. Skoro Amerykanów nie stać na tak drobny gest, to czego możemy od nich oczekiwać? Wizy dla Polaków zniosła ostatnio Kanada.

Amerykanie obiecywali „pomoc w modernizacji polskiego wojska”. Jak na razie sprowadza się to do oddania Polakom starego Herkulesa, który w Ameryce został uznany za niezdolny do służby. Wcześniej kupiliśmy też F-16 – tzw. Jastrzębie. Ich cechą rozpoznawczą jest awaryjność, a offsetu, niewidzialność. W Polsce stacjonować ma bateria Patriotów. Kontrowersją pozostaje, czy będzie ona wchodziła w skład polskiej obrony przeciwrakietowej (to coś takiego istnieje?) – minister Sikorski twierdzi, że tak. Pojawiają się dwa problemy: po pierwsze, jeden Patriot to mógłby obronić co najwyżej moje Łomianki, a po drugie – obsługiwać Patrioty będą Amerykanie. Oni będą kontrolować baterię, Polacy wskażą jedynie miejsce stacjonowania.

W charakterze żartów można jedynie traktować marzenia niektórych polityków o Polsce jako drugim Izraelu i Turcji. Polska, w polityce amerykańskiej, odgrywa marginalną rolę i trudno nie zgodzić się z opiniami Zbigniewa Brzezińskiego, który nie widzi nas nawet wśród pierwszej dziesiątki sojuszników Stanów Zjednoczonych. Niektórzy polscy politycy (m.in. Jarosław Kaczyński) uważają, że tylko Amerykanie są w stanie nas uchronić przed zagrożeniem ze Wschodu. Jeśli nie ocali nas NATO, ani przynależność do Unii Europejskiej, to jestem przekonany, że żywotnych interesów w Polsce nie będą mieć również samotni Amerykanie. Zresztą – szczerze mówiąc – Warszawie nie grozi powtórka z roku 1920.

Sojusz opiera się na wzajemności. W przypadku stosunków polsko-amerykańskich tego nie widać. Oczywiście – ewentualną decyzję o dosłaniu polskich żołnierzy można tłumaczyć potrzebą walki z międzynarodowym terroryzmem, koniecznością ponoszenia świadczeń z tytułu przynależności do NATO, a także chęcią pomocy społeczeństwu afgańskiemu. Bardzo szlachetne.Przy tym ryzykujemy życie polskich żołnierzy za przysłowiowy talerz zupy. Nie otrzymujemy kontraktów, nasze znaczenie na arenie międzynarodowej pozostaje na podobnym poziomie, nie widać też, by ktokolwiek przejął się polskimi wątpliwościami energetycznymi. Amerykanów nawet nie stać na gest wysłania do Gdańska Hillary Clinton przy okazji obchodów rocznicy wybuchu wojny światowej, a decyzję o modyfikacji projektu tarczy antyrakietowej ogłoszono 17 września. Śmieszne, nieprawdaż?

Jeśli świadczenia w ramach tego sojuszu mają być tak niewspółmiernie rozłożone, to może lepiej prowadzić bardziej pragmatyczną politykę wobec Stanów Zjednoczonych? Przecież Europa również dysponuje olbrzymim potencjałem, a znaczenie Polski w ramach Unii Europejskiej wzrasta właśnie dzięki prowadzeniu mądrej polityki, na którą składają się analizy, rozmowy i umiejętność zawierania kompromisów. Efektem tego jest m.in, wybór Jerzego Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiej oraz nominacja dla Janusza Lewandowskiego na Komisarza ds. budżetu

W kontaktach międzynarodowych bardziej powinniśmy stawiać na chłodną kalkulację, aniżeli ułańską fantazję. Jeśli Amerykanie nie zaoferują nam korzyści w zamian za wysłanie dodatkowych żołnierzy, to po co to robić? Ustabilizowanie sytuacji w Afganistanie jest w interesie amerykańskim, w mniejszym stopniu, polskim.

Bliskowschodnia filozofia: byle się nie dogadać

3 komentarzy

Barack Obama krytykuje izraelskie osadnictwo, Hosni Mubarak krytykuje izraelskie osadnictwo, Guido Westerwelle krytykuje izraelskie osadnictwo, a Izrael ogłasza kolejny plan wybudowania 900 mieszkań w najbliższej okolicy Jerozolimy. Premier Benjamin Netanjahu tłumaczy jednocześnie, że taka decyzja jest przecież logiczna. Co więcej, to właśnie Jerozolima jest jednym z największych problemów dla procesu pokojowego. Izrael uznaje ją za swoją stolicę, podobne przeznaczenie dla niej przewidują Palestyńczycy. Netanjahu, akceptując taką rozbudowę, pokazał, gdzię Izrael ma pokojową nagrodę Nobla Obamy i wszelkie starania Unii Europejskiej. Jeżeli chciał storpedować proces pokojowy, to zrobił to może bez gracji, ale bardzo skutecznie.

O ile my w Polsce nie znamy pokoju za wszelką cenę, to filozofia Netanjahu to raczej brak pokoju nawet za minimalną cenę. Partner, którego się upokarza, nie będzie chętny do owocnych negocjacji, a jego pole manewru będzie niemal zerowe. Widoczna jest niesamowita wręcz indolencja amerykańska. Jeszcze niedawno Hillary Clinton domagała się całkowitego wstrzymania rozbudowy osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu – zatem jej stanowisko było identyczne z tym prezentowanym przez Palestyńczyków z Fatahu. Teraz amerykańska Sekretarz Stanu mówi jedynie o „ograniczeniu rozbudowy”, co już się Palestyńczykom tak podobać nie może. Netanjahu jednak nie zwalnia tempa i ostatnia decyzja jest ciosem w plecy dla koncepcji powrotu do rozmów pokojowych. To też wyciągnięcie środkowego palca w stronę Baracka Obamy, który zapewne będzie udawał, że go nie widzi. Trzeba pamiętać, że wstrzymanie rozbudowy to jest główny warunek Palestyńczyków, zapisany zresztą w „Mapie drogowej”. To żądanie jest zasadne. Polityka faktów dokonanych i dyskryminacja w Jerozolimie (burzenie domów, eksmisje etc) nie mogą doprowadzić do pokoju. Izraelscy politycy o tym wiedzą i celowo torpedują wszelkie rozmowy.

Ciekawostką jest ogłoszenie przez Hamas wstrzymania rakietowego ostrzeliwania Izraela. Ma to – tak twierdzą hamasowcy – uchronić ludność cywilną przed odwetowymi nalotami oraz pozwolić na odbudowę Gazy. Taką argumentację trudno traktować poważnie z dwóch powodów. Po pierwsze, krótkie wstrzymanie ognia nie pozwoli na odbudowanie Strefy Gazy, gdyż straty są zbyt duże, a takie zawieszenie broni może okazać się kruche. Izrael znowu zbombarduje część obiektów i będzie, co budować. I tak w kółko. Po drugie, bardziej boli Hamas bombardowanie tuneli przemytniczych między Egiptem, a Strefą Gazy. Cywile są bojownikom Hamasu obojętni, czego doskonałym dowodem jest fakt, że bojownicy Hamasu chowali się przed izraelskimi bombardowaniami – w czasie interwencji izraelskiej – w zapełnionych szpitalach. Pozostaje jeszcze jeden problem – czy wstrzymaniu ostrzeliwania podporządkują się inne organizacje islamskie? Nie jest to takie oczywiste, a Izrael nie będzie patrzył, kto strzela.

Paradoksalnie, Hamas jest najlepszym przyjacielem takich partii jak Likud czy Nasz Dom Izrael i vice versa. Dopóki sytuacja będzie niestabilna, nie muszą się one troszczyć o poparcie. Identycznie sytuacja wygląda z Hamasem. Utrzymuje swoją władzę głównie ze względu na wroga zewnętrznego, jakim jest Izrael. Kiedyś mówiono o działalności pary Szarafat (Ariel Szaron i Jaser Arafat) jako głównym powodzie kompletnego zatrzymania procesu pokojowego. Po ich zniknięciu, wszystko miało się nagle odmienić – jak na pokazach Davida Coperfielda. Rzeczywistość okazała się inna albo iluzjonista był słaby – Szarona i Arafata już nie ma, a nic nie zapowiada postępów. Ostatnią ważną decyzję podjął właśnie Szaron, o jednostronnym wycofaniu ze Strefy Gazy. Potem zapadł w śpiączkę. Izraelscy radykałowie – bez pomocy Hamasu, Hezbollahu i Iranu, mieliby poważne problemy natury politycznej. Obecnie do pokoju nie chcą doprowadzić ani Żydzi, ani Palestyńczycy. Starają się Amerykanie, Europejczycy oraz – co ciekawe – także Chińczycy. Ci ostatni wykombinowali sobie, że w ich interesie jest stabilność w tamtym regionie świata, bo dzięki temu nie ma problemów z transportami z i do Państwa Środka.

Przełomu nie będzie. Izraelczycy i Amerykanie sami zabili kurę znoszącą złote jaja. Mahmud Abbas prezentował bardzo umiarkowane stanowisko. Popularny był pogląd, że Abbas próbował za czasów Arafata rozsądnie rozmawiać, ale z jego sposobem myślenia nie zgadzał się przywódca Palestyńczyków. Przewodniczący OWP doprowadził do odwołania Abbasa z funkcji premiera Autonomii Palestyńskiej. Po śmierci Arafata prezydentem został Abbas, co wzbudziło duże nadzieje na pozytywną kontynuację procesu pokojowego. Abbas miał dobrą prasę na Zachodzie i czystą kartę.

Okazał się jednak człowiekiem bez charyzmy. Na dzień dzisiejszy, prezydent kontroluje tylko Zachodni Brzeg Jordanu, przegrał demokratyczne wybory z Hamasem . Nie wykorzystał pieniędzy z Unii Europejskiej, nie potrafił skonsolidować Palestyńczyków. Nie wiedział, jak rozmawiać z Izraelczykami oraz jak zareagować na starcia Izraela z Hamasem. Panuje chaos, który zresztą rządzącym zarówno w Strefie Gazy, jak i Zachodnim Brzegu Jordanu bardzo jest na rękę. Można mówić, ze Abbas jest dobrym człowiekiem (co podkreślają Izraelczycy i Amerykanie), ale jego osiągnięcia są zerowe. Brak mu autorytetu Arafata. Ostatnio ogłosił, ze nie będzie kandydował w następnych wyborach. Raczej mało prawdopodobne, by prezydentem został ktoś o poglądach równie umiarkowanych. Inną kwestią pozostaje, iż działania Abbasa determinują również polityką wewnętrzną.

Podział na Strefę Gazy, gdzie rządzi Hamas, oraz Zachodni Brzeg Jordanu, gdzie panuje Fatah, powoduje, że Izrael nie ma z kim rozmawiać. Nie ma jednolitej reprezentacji palestyńskiej. Nawet zawarcie porozumienie nie gwarantuje, że będzie ono realizowane.

Kto ma więc rozmawiać? Z jednej strony Netanjahu, który pokazuje, że nie chce prowadzić rozmów, czy z drugiej Fatah, nie mający władzy albo Hamas, którego celem jest zniszczenie „syjonistycznego reżimu”? Obie strony nie dążą do pokoju i lekceważąco to demonstrują. Skoro Amerykanie nie są w stanie wpłynąć na Izrael, a Unia Europejska na Autonomię Palestyńską, to zasadne staje się pytanie – kto to może zmienić? Obecnie siły rządzące w Izraelu i Palestynie wręcz wykluczają takie rozwiązanie. Najważniejsze w tym wszystko jest to, że politycy w żadnym wypadku nie reprezentują swoich społeczeństw. Życie ludzkie jest w tej rozgrywce mało cennym towarem.

Więcej na podobny temat:
- Izrael i Iran – a było tak pięknie
- Tarcza z Izraelem w tle

“Bo to mój kolega z dzielnicy” – pozdrowienia z Egiptu

1 komentarz

Egipt. Słońce, plaża i deska windsurfingowa. A jak tam pogoda w Polsce?

Egipcjanie są uroczy. Najpierw zakwaterowali nas – a hotel ma “oficjalnie” 4 gwiazdki (znaczy: 3 polskie) – w pokoju o standardzie gorszym niż schronisku młodzieżowe. Po rozpętaniu wojny zgodzili się (łaskawcy) zamienić na normalne, ale następnego dnia. W ramach przeprosin mieliśmy dostać obiad.

To jednak nie rozwiązuje problemu – pomyślałem błyskawicznie. Rezydentami biura podróży, z którego pojechałem – firmy Alfa Star (bynajmniej nie jest to zatem reklama) – są rodowici Egipcjanie, mówiący po polsku. Ciekawe rozwiązanie i na pewno tańsze, niż posiadanie polskich rezydentów.

Następnego dnia poszedłem do pana rezydenta i poprosiłem o świadczenie zastępcze. Zależało mi na szybkim i pokojowym załatwieniu “sporu”. Okazało się, że nie jestem pierwszy i kilku Polaków już dopadło pana Mohammada. Polacy, jak to Polacy, z ułańską fantazją stwierdzili, że żądają zwrotu całej kwoty zapłaconej za pokoje, gdyż “towar jest niezgodny z umową” Jeden pan nawet dodał, że “sprawą zajmie się jego kancelaria prawna”. Nie muszę dodawać, że otrzymali figę z makiem – i nie mam na myśli tutaj opium. Dochodzenie tego typu roszczenia przy pomocy polskiego prawa oznacza długie błąkanie się po sądach i dość niepewny wyrok.

Wkrótce swoje negocjacje z panem Mohammadem i będącym przy tuszy panem z recepcji rozpocząłem ja. Z udawaną ciekawością pan Mohammad słuchał zawiłości polskiego prawa (świadczenie zastępcze, zobowiązania). Rozmowa ewidentnie nam się nie kleiła, ale wtedy użyłem swojej tajnej broni.

- Jak się pan nazywa?
- Mohammad
- Panie Mohammadzie! Ja się nie chcę kłócić, Bardzo lubię Egipt i Bliski Wschód. Wiem, że Waszym prezydentem jest Hosni Mubarak – po wymówieniu tego nazwiska oczy mojego rozmówcy zaiskrzyły. – Nadal obowiązuje u was stan wojenny?
- Tak, tak! Jest stan wojenny, ale prezydenta w przyszłym roku będziemy zmieniać.
- Aha, i zostanie nim prawdopodobnie syn Mubaraka? (Gamel – dop. Patryk)
- Tak, to bardzo możliwe.
- A pan popiera go?
- Tak, oczywiście
- A dlaczego? – z zaskoczenia zaatakowałem go szczegółowymi pytaniami.
- Bo to mój kolega z dzielnicy. Także spokojnie, ja jeszcze mógłbym ten hotel zamknąć, gdybym chciał!

Jak widać sympatyczna megalomania jest mimo wszystko wpisana w ich kulturę.

Później pogadaliśmy trochę o egipskiej i polskiej piłce, które znajdują się tam, gdzie słońce nie dochodzi nawet w dzień. Pocieszyłem mojego rozmówcy, że my mamy gorszych piłkarzy, chociaż pierwsza połowa meczu Egipt-Sudan była tak słaba, że zacząłem tęsknić za naszą Ekstraklasą. W rewanżu mój nowy przyjaciel chciał mnie poczęstować papierosem. Nie palę, więc odmówiłem.

Ostatecznie wynegocjowałem darmowe pół godziny internetu do końca wyjazdu w prywatnym gabinecie recepcjonisty/managera.(tego przy tuszy). Pół godziny kosztuje około 8 dolarów, czyli świadczenie zastępcze wyniosłoby około 48 dolarów.

Problem w tym, że mam własnego laptopa, a i do Internetu dostęp również mam – darmowy, po przejściu 200 metrów.  Niech się wypchają ;) .

Izrael i Iran – a było tak pięknie…

3 komentarzy
źródło: wikipedia

źródło: wikipedia

Przekazy medialne mogą sugerować, że oficjalna wręcz nienawiść pomiędzy Izraelem, a Iranem, obowiązuje od samego początku istnienia państwa żydowskiego. To złudne wrażenie – rządy izraelski i irański za czasów szacha ściśle ze sobą współpracowały. Warto o tych relacjach napisać parę zdań.

Szach Reza Pahlavi nie widział niczego złego w powstaniu Izraela. Iran był drugim państwem muzułmańskim, po Turcji, które uznało państwowość żydowską. Miało to miejsce w 1950 roku. Przez następne 29 lat – aż do czasów rewolucji islamskiej, stosunki między tymi państwami opisać należy jako bardzo dobre, a nawet sojusznicze. Wielu premierów izraelskich – w tym Dawid Ben Gurion, Golda Meir czy Menachem Begin, odwiedzało Iran, by osobiście porozmawiać z szachem. Analogicznie postępowali Ministrowie Obrony Narodowej. Wysłannicy szacha również odwiedzali Izrael. Iran, jako państwo muzułmańskie ale niearabskie, był naturalnym sojusznikiem. Podkreślić trzeba niezwykle bliskie relacje Teheranu ze Stanami Zjednoczonymi. To one umożliwiały zbliżenie dwóch państw, które siłą rzeczy były osamotnione w regionie. Jak pokazuje historia, stosunki izraelsko-irańskie w głównej mierze zależą od stosunków amerykańsko-irańskich. Za czasów rządów „Krola królów” były one jak najlepsze.

Na szczególną uwagę zasługują relacje gospodarcze. Szach Pahlavi sprzedawał Izraelczykom ropę naftową. Iran nie czuł solidarności z Arabami, gdy ci wstrzymali sprzedaż tego surowca do Stanów Zjednoczonych i krajów europejskich. Izraelscy biznesmeni, doradcy i specjaliści (m.in. inżynierowie) zaczęli odwiedzać Persów. Ciekawostką niech będzie fakt, ze nawet po oficjalnym zerwaniu stosunków między Iranem, a „Małym Szatanem” (jak uroczo Irańczycy nazywają Izrael), okazało się, iż izraelscy biznesmeni nadal robią interesy z Irańczykami. Różnica polega na tym, iż po 1979 roku robili to w sposób nielegalny. Jeden z nich, Nachum Mambar, został w 1998 roku skazany w Izraelu na 16 lat więzienia za wysyłanie materiałów, które mogły służyć do produkcji broni chemicznej. Przy okazji śledztwa okazało się, że „tajne” stosunki z Teheranem utrzymuje wiele, różnych firm. Zapewne Persowie płacili gotówką, a takich kontrahentów należy przecież szanować.

Nie gorzej było w kwestiach wywiadowczych. Izraelski wywiad Mossad i Służba Bezpieczeństwa Wewnętrznego Izraela (SZABAK) z radością podjęły się misji szkolenia irańskich funkcjonariuszy i agentów SAWAK-u (policja, służba bezpieczeństwa i wywiad w jednym), o których brutalności, w późniejszych latach, krążyły legendy. Na miejscu przebywali izraelscy instruktorzy i eksperci. „O cokolwiek poprosiliśmy SAWAK, spełniał to” – wspomina jeden z izraelskich oficerów wywiadu, Elezer Tsafirir. Szczególnie ważna, z punktu widzenia obydwu państw, była współpraca w Iraku według starej zasady „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Izrael wspierał Kurdów w Iraku, a dzięki pomocy Iranu, mógł wysyłać m.in. broń i instruktorów wojskowych. Kurdowie odwdzięczali się informacjami wywiadowczymi.

Szach kupował broń od Stanów Zjednoczonych, ale nie tylko. Pod koniec swojego panowania Iran podpisał kontrakt z Izraelem na dostawę sprzętu obronnego o wartości 1,2 miliarda dolarów. Ponadto Teheran miał zobowiązać się do sfinansowania izraelsko-irańskich projektów wojskowych. Broń ta miała zostać następnie kupiona przez armie obu krajów.

Jak zatem widać, relacje izraelsko-irańskie, za czasów panowania Pahlaviego były przyjazne, a nawet sojusznicze. Biedny szach nie wiedział czemu społeczeństwo irańskie tak nie lubi Izraela i gwiżdże na jego piłkarzy przy okazji piłkarskich Mistrzostw Azji w 1968 roku. Kontakty izraelsko-irańskie zostały ukrócone po przejęciu władzy przez ajatollaha Chomeiniego. Wszelkie wspólne projekty – przerwane. Wszystko co piękne, kiedyś się kończy – mógłby westchnąć Szymon Peres, minister obrony narodowej Izraela z czasów negocjacji zakupów irańskich. Rewolucjoniści przejmowali władzę z hasłami propalestyńskimi na czele, co musiało oznaczać negatywny stosunek do Izraela. Co ciekawe, to w obozach Arafata szkolili się ludzie Chomeiniego.

Od 1979 roku nie istnieją formalne kontakty między Izraelem, a Iranem. Komunikacja odbywa się głównie metodą medialną. Polega ona na tym, że politycy, przy pomocy prasy lub telewizji, obwieszczają swój stosunek do Izraela/Iranu. Jedni mówią o zniszczeniu syjonistycznego reżimu i starciu go z mapy, drudzy o możliwości militarnego rozwiązania kwestii programu atomowego.

Większość informacji z powyższej notki pochodzi z ksiązki „Nuklearny sfinks” autorstwa Yossi Melmana i Meira Javedanfara.

Iran – inny punkt widzenia

Brak komentarzy

Co dalej z Iranem? Czy dojdzie do konfrontacji z Izraelem? Jaka jest irańska polityka zagraniczna? Czy tzw. “Zielona Rewolucja” ma szansę zmienić Iran od wewnątrz? Czy program atomowy Iranu jest zagrożeniem dla pokoju?

Cóż. Istnieją dwie możliwości uzyskania odpowiedzi na to pytanie. Pierwszym z nich jest przeskanowania zasobów wyszukiwarki Google w poszukiwaniu niezbędnych odpowiedzi. Drugi z nich jest dużo bardziej oryginalny.

W dniu 17 listopada odbędzie się spotkanie dyskusyjne pt. “Iran – inny punkt widzenia”, na który mam przyjemność zaprosić. Organizatorem spotkania jest Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Patronami medialnymi są miesięcznik “Stosunki Międzynarodowe” oraz portal Polityka Globalna.

Miejsce:  ul. Krakowskie Przedmieście 26/28 (Kampus Główny UW) tzw. Stary BUW, sala 107

Godzina: 18:30

Mniej więcej połowę spotkania będą trwały krótkie wystąpienia prelegentów – w tym mojej skromnej osoby. Resztę czasu poświęcimy na dyskusję ze słuchaczami, która – mam nadzieję – będzie bardzo merytoryczna oraz ciekawa. Nikt nie powinien usnąć.

Prelegentami będą:
Aleksandra Amal El-Maaytah
doktorantka na Wydziale Orientalistyki UW, szefowa działu Bliski Wschód w miesięczniku “Stosunki Międzynarodowe”
temat: “Iran a świat arabski” – o reakcjach Półwyspu na nuklearne zbrojenie, na zamieszki powyborcze etc.

Patryk Gorgol
czyli moja skromna osoba.
temat: “Izrael i Iran – fakty i mity”.

Urszula Pytkowska
studentka III roku iranistyki na UW
temat: “Zielona Rewolucja”

Piotr Wołejko
bloger z portalu Polityka Globalna, członek IKN DiP, student V roku prawa na UW
temat: “Irańska polityka zagraniczna a kwestia broni jądrowej”

Gruzja – winna czy niewinna?

3 komentarzy

źródło: gazeta.pl

„To gorzej niż zbrodnia, to błąd” – powiedział Charles Maurice de Talleyrand o porwaniu, na rozkaz Napoleona, księcia d’Enghien z Badenii. Idealną ilustracją słów francuskiego dyplomaty jest polityka Michaiła Saakaszwilego wobec Rosji, a zwłaszcza wojna gruzińsko-rosyjska z sierpnia, 2008 roku.

Kto wywołał wojnę?
Ustaleniem przyczyn i przebiegu wojny zajmowała się specjalna komisja Unii Europejskiej pod przewodnictwem szwajcarskiej dyplomatki, Heidi Taglavini. Raport komisji został opublikowany 30 września 2009 roku. “Bombardowanie Cchinwali przez gruzińskie siły zbrojne w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 oznaczało początek zbrojnego konfliktu o dużej skali w Gruzji. Jednak chodziło tylko o kulminację długotrwałego wzrostu napięcia, prowokacji i incydentów” – napisano w dokumencie. Komisja stwierdziła, że Gruzja jest odpowiedzialna za wybuch wojny, czyli jest ona wynikiem decyzji Saakaszwilego. Autorzy podkreślili jednak, że Rosjanie świadomie destabilizowali sytuację w regionie m.in. wydając rosyjskie paszporty mieszkańcom Abchazji i Osetii Południowej oraz wspierając osetyjskich separatystów. Nie ulega wątpliwości, że wszelkie incydenty przygraniczne nie służą zachowaniu pokoju. Moskwa nie była zainteresowana rozwiązaniem konfliktu, a jego eskalacją.

Hazardzista z Tbilisi
Obejmując swój urząd, prezydent Saakaszwili obiecywał, że Gruzja odzyska kontrolę nad Abchazją, Osetią Południową oraz Adżarią. Udało się porozumieć jedynie z władzami tej ostatniej. Abchazja i Osetia Południowa nie uznały zwierzchnictwa gruzińskiego. Saakaszwili przez cały czas deklarował, że wspomniane republiki separatystyczne są integralną częścią Gruzji.

To właśnie miał na myśli, gdy 7 sierpnia wydał rozkaz o „konstytucyjnym przywróceniu porządku” i w nocy z 7 na 8 sierpnia wysłał wojska na stolicę Osetii Południowej.. Tym samym, w dość niecodzienny sposób, celebrował dzień otwarcia letnich Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Atak na Cchinwali oznaczał konfrontację z wojskami rosyjskimi, które legalnie stacjonowały tam w ramach mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Reakcja rosyjska była łatwa do przewidzenia. W związku z tym, że w strefie konfliktu mieszkają obywatele Rosji, Federacja Rosyjska nie pozostanie – jak to zgrabnie ujął przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jurij Popow – obojętna.

Nie wiadomo na co liczył Saakaszwili. Trudno oczekiwać, by Rosjanie nie zareagowali z powodu Olimpiady, tak samo naiwna była myśl, że Gruzja zajmie błyskawicznie Osetię Południową i postawi Moskwę przed tzw. faktem dokonanym, a Putin z Miedwiediewem zaakceptują taką sytuację, nieznacznie jedynie grymasząc. Saakaszwili nie dysponował również poparciem NATO, ani przynajmniej Stanów Zjednoczonych, a najbardziej elitarne gruzińskie jednostki wojskowe stacjonowały wtedy… w Iraku. Element zaskoczenia się nie powiódł – siły gruzińskie zostały momentalnie wyparte z Osetii Południowej. Prezydent Gruzji postawił wszystko na jedną kartę, grał bardzo wysoko i efektownie przegrał. Swoją drogą – organizacja zarówno gruzińskiej akcji, jak i rosyjskiej odpowiedzi, nie świadczy o tym, by były to operacje improwizowane. Gruzini zrobili dokładnie to, czego życzyli sobie Rosjanie. Moskwa osiągnęła swoje cele bardzo niskim nakładem sił. „Podejrzewaliśmy, że u naszego sąsiada nie wszystko w porządku z umysłem, ale nie spodziewaliśmy, że aż do tego stopnia” – podsumował prezydent Miedwiediew.

Kosztowny błąd
Polityka ocenia się po efektach jego działań, a te, w przypadku Saakaszwilego, są fatalne. Gruzja ostatecznie straciła szanse na odzyskanie Abchazji i Osetii Południowej. Republiki separatystyczne formalnie niepodległość, ale są zupełnie uzależnione od Rosji i cały czas powracają pomysły, by przyłączyć je do Federacji Rosyjskiej. Wynikiem wojny jest tez pogłębianie się wzajemnej niechęci pomiędzy Gruzinami, a Osetyjczykami oraz Abchazami. Wystarczy postawić się w sytuacji zbombardowanego przez Gruzinów mieszkańca Cchinwali, by zrozumieć, że o żadnej reintegracji nie ma mowy. Republiki pozostaną w pełni niezależne od Gruzji. O ile przed wybuchem konfliktu można było się łudzić, że – jak w przypadki Adżarii – jest pewna szansa na porozumienie, to teraz rozpatrywać należy to jedynie w kategorii marzeń. Wcześniej można było również traktować Abchazję i Osetię Południową jako ewentualną kartę przetargowa w negocjacjach, teraz już nikt gruzińskich roszczeń do tych terytoriów nie będzie traktował poważnie. Znaleźć można wiele analogii między sytuacją Osetii Południowej i Abchazji, a Kosowa. Naraża to Unię Europejską, w razie zajęcia zdecydowanego stanowiska, na zarzut o hipokryzję.

Gruzja do dziś nie otrzymała Planu na Rzecz Członkostwa (MAP) w ramach integracji z NATO. Wojna pokazała, że Tblisi nie jest jeszcze gotowe na członkostwo w Sojuszu, a prezydent Saakaszwili stracił zaufanie głównych członków organizacji. NATO nie może sobie pozwolić na to, by państwo, które do niego należy, w tak łatwy i nieodpowiedzialny sposób wchodziło w konflikt z Moskwą. Gruzja odzyska wiarygodność dopiero wtedy, gdy obecny prezydent przestanie pełnić swoją funkcję. Saper myli się tylko raz, identycznie powinno być z prezydentem Saakaszwilim. Warto odnotować, ze wspierania Gruzji jest jak najbardziej w interesie Sojuszu.

źródło: fakty.interia.pl

Wojna skompromitowała tez Gruzję jako państwo. Wojska gruzińskie przegrały na wszystkich frontach – w Osetii Południowej, Abchazji i „Gruzji właściwej”. Rosjanie bez żadnego problemu zniszczyli infrastrukturę wojskową. Miedwiediew odmówił rozmów ze stroną gruzińska. Porozumienie, korzystne dla Moskwy, negocjował reprezentujący Unię Europejską Nicolas Sarkozy. Sytuacja w pewnym momencie była tak dramatyczna, że prezydent Saakaszwili ogłosił jednostronne zawieszenie broni (!). W czasie wojny, gdy obce wojska znajdowały się na terytorium jego państwa.

Nie usprawiedliwiać Rosji
Celem tego tekstu nie jest usprawiedliwianie Rosji. Niewątpliwie to działania rosyjskie spowodowały stały wzrost napięcia w tamtym regionie świata, co doprowadziło do wojny. Co więcej, reakcja rosyjska była nieproporcjonalna do zagrożenia, a informacje o wojnie Kreml przyjął niemal z radością.

Wojna miała pokazać, że Rosja nadal jest potężna i rozdaje karty na terenie byłego Związku Radzieckiego. Rosjanie nie zamierzali zajmować Tbilisi, ani powoływać marionetkowego rządu, który zostałby uznany przez Gruzinów za okupacyjny. To oznaczałoby komplikację, wygranego przecież, konfliktu. Zabawnie w tym kontekście brzmią wypowiedzi Saakaszwilego, że wizyta prezydentów z państw Europy Środkowo-Wschodniej (w tym prezydenta Kaczyńskiego) zapobiegła bombardowaniu stolicy Gruzji. Nie można było zrzucić bomb dzień wcześniej lub dzień później?

Rosjanie cynicznie wykorzystali błąd Saakaszwilego. Rozsądny polityk, nawet sprowokowany, nie atakuje silniejszego od siebie, bo wie, że przegra. Napoleon mawiał, że w polityce głupota nie jest przeszkodą. Może, wbrew tej opinii, należy wysłać prezydenta Saakaszwilego na przedwczesną emeryturę, dziękując jednocześnie za Rewolucję Róż?

Artykuł ukaże się w czasopiśmie “Notabene”

Grypa w Europie – podejrzane szczepionki

1 komentarz
źródło: http://gazetaprawna.pl

źródło: http://gazetaprawna.pl

W „Kropce and i”, w dniu 3.11.2009 roku, doszło do starcia pomiędzy dziennikarką TVN24, Moniką Olejnik, a ministrem zdrowia w rządzie PO-PSL – Ewą Kopacz .Pani Olejnik mocno zaatakowała minister Kopacz. Nagranie rozmowy można znaleźć tutaj.

Nie wszystko złote, co się świeci. Skoro szczepionki, bez żadnych gwarancji, kupują Niemcy, Włosi, Francuzi i Brytyjczycy, nie oznacza, że mają tak samo robić Polacy. Minister zdrowie legitymuje się cnotą, która jest tak deficytowa wśród polityków, ale jak też widać, dziennikarzy, w czasie tzw. epidemii – rozsądkiem, w dodatku – jak na nazwę resortu przystało – zdrowym.

Jeżeli producent leku nie chce wziąć odpowiedzialność za lek, który nie został do końca przetestowany, planuje utajnić skutki uboczne oraz powikłania występujące w późniejszym okresie, to może lepiej się nie szczepić? To co najmniej podejrzane, gdy firma farmaceutyczna domaga się, by to państwo odpowiadało za ewentualne szkody wyrządzone przez szczepionkę. Jeśli – pomimo deklaracji – tak się stanie i w Polsce, będę bardzo zawiedziony. Szczególnie, iż znamy amerykańską historię z lat 70-tych, gdy szczepionka na świńską grypę okazała się groźniejsza od samego wirusa. Przypuszczam, że zła szczepionka byłaby dla zdrowia dużo bardziej szkodliwa, aniżeli wirus A/H1N1, który w Polsce nie zabił jeszcze nikogo. Na marginesie trzeba dopowiedzieć, iż sposób przechodzenia świńskiej grypy jest u nas łagodniejszy, niż grypy sezonowej.

Nieciekawie to wygląda we Francji. Tam państwo przejęło odpowiedzialność za ewentualne skutki uboczne stosowania szczepionki, a firma farmaceutyczna GSK ma prawo utajnić szczegóły procesu jej opracowywania (źródło: RMF FM za mediami francuskimi). Moje rozumowanie jest bardzo proste, żeby nie powiedzieć infantylne – gdyby producenci szczepionek nie mieli nic do ukrycia, to by nie chcieli utajniać żadnych informacji ,tłumacząc się krótkim czasem przygotowywania. Minister Kopacz wskazuje, że niektóre specyfiki zaczynają negatywnie oddziaływać dopiero po długim czasie i brakuje informacji w tej sprawie. Żądanie ujawniania tych danych od producentów to zatem obowiązek rządu polskiego. Przede wszystkim – nie szkodzić. Dobrze jest posiadać szczepionki, nawet na wszelki wypadek, źle – nie wiedzieć, co się podaje ludziom.

Warto też uczyć się na błędach. Niemcy kupili 50 milionów szczepionek, ale program szczepień przechodzi poważne problemy po ujawnieniu, że co innego dostaje Bundeswehra, administracja oraz służby, a co innego przeciętny Schmidt. Niemcy nie chcą ryzykować i nie ufają zmienionej zawartości specyfiku. Łatwo wyobrazić sobie, że w Polsce reakcja może być podobna. Na razie Niemcy zostali – jak to mawiał Jan Himilsbach – jak ten ch.. z tymi szczepionkami. Może lepiej zaszczepić się po prostu przeciwko zwykłej grypie?

Koncerny farmaceutyczne zarabiają krocie na panice, która powstała w mediach. Telewizja – grypa, prasa – grypa, radio – grypa, internet – grypa. Popyt na leki i szczepionki dynamicznie wzrósł, co oznacza, że firmy takie jak Baxter AG, Roche, Novartis i GSK mają lepszą pozycję negocjacyjną wobec rządów, mogą również sterować podażą. Stąd właśnie wzięły się propozycje przejęcia przez państwo odpowiedzialności za skutki stosowania tych leków. Istnieje kolejka i wiadomo, że preferowane będą rządy chcące zabezpieczyć prawnie koncerny farmaceutyczne. Firmy nie chcą brać odpowiedzialności za swój produkt, co w naturalny sposób budzi podejrzenia. Zwłaszcza, że część problemów może pojawić się dopiero w trakcie masowych szczepień. Nikt też nie daje gwarancji na to, ze wirus nie uodporni się na szczepionkę. Znowu stosowna okaże się parafraza Jana Himilsbacha.

Ciekawą rolę w całym tym zamieszeniu odgrywa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), która rekomenduje zakup szczepionek oraz leków. Zaryzykuję tezę, że stwierdzenie pandemii było przedwczesne. Powinno mieć miejsce dopiero w sytuacji dramatycznej (obecna jest jedynie niepokojąca) i pociągać za sobą daleko idące konsekwencje dla polityki konkretnych państw (np. kwarantanna). Monitoring i kontrola – tak, straszenie nie. Na pewno inną opinię na ten temat maja prezesi wyżej wymienionych firm.

Na samej Ukrainie śmiertelność pozostaje na takim samym, minimalnym poziomie (81 osób na 450 tysięcy chorych). Tak naprawdę nikt nie wie, na co chorują Ukraińcy. WHO uważa, że to A/H1N1, ale laboratoryjnie stwierdzono to tylko w niewielkiej liczbie przypadków – 16. Wiele wskazuje na to, że w większości mamy do czynienia ze zwykłą, sezonową grypą, chociaż naturalnie trzeba stwierdzić, że jej świńska odmiana również występuje na Ukrainie. Minister Kopacz, we wspomnianym już wywiadzie, mówiła o tym, że w Polsce stwierdzono 185 przypadków świńskiej grypy na ponad 1000 podejrzanych osób. Ukraińcy sami jeszcze nie wiedzą, z czym walczą. Naszym sąsiadom nie pomaga ich, znokautowana przez kryzys, gospodarka, która utrudnia walkę z epidemią. Zobaczymy, jak będzie wyglądać sytuacja za 2-3 tygodnie, gdy zarządzona kwarantanna dobiegnie końca.

Ponownie zachęcam do obejrzenia wywiadu z panią minister Kopacz. To kopalnia wielu interesujących informacji i rozsądnych argumentów. W polskich mediach, a zwłaszcza portalach internetowych, przez cały czas straszy się Polaków. W poniedziałek albo wtorek czytałem dramatycznego newsa, że odwołuje się zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim. Z nadzieją kliknąłem, licząc, ze jako student dwóch wydziałów załapie się na jakieś godziny dziekańskie. Jak się łatwo domyśleć – dotyczyło to jedynie studentów ukrainistyki, którzy wrócili z Lwowa z objawami grypy. Decyzja opanowana i naturalna, ale nie mająca żadnego znaczenia ani dla sytuacji wewnętrznej naszego kraju, ani dla Uniwersytetu Warszawskiego. Największy portal internetowy uznał ją jednak za tak ważną, iż umieścił ją na samej górze i pogrubił.

Więcej na temat świńskiej grypy:
- “Ukraińska” grypa – suma wszystkich strachów
- Gorszego końca świata nie będzie
- Świńska ściema

“Ukraińska” grypa – suma wszystkich strachów

5 komentarzy

źródło: http://bernama.com

Sensacja. W sezonie jesienno-zimowym ludzie chorują na grypę, a niektórzy na jej odmianę, zwaną świńską. Na Ukrainie zmarły 53 osoby na całkowitą liczbę chorych szacowaną na 185 tysięcy. Trzeba zaznaczyć, że w podawanych danych nie ma rozróżnienie na ofiary „zwykłej grypy” i „świńskiej grypy”. Śmiertelność – jak dotąd – wynosi 0,03%. Epidemia dżumy z XIV wieku, podczas której umarła 1/3 populacji Europy, to przy tym pikuś. Tytuły w polskich gazetach, takie jak „Epidemia u polskich bram” (pewnie inspiracja została zaczerpnięta z produkcji „Wróg u bram” opisującej walki z Leningradzie – idealna analogia!), czy „Świńska grypa już w Polsce!”, też świadczą o nadciągającej apokalipsie.

To, że grypy zwykła i niezwykła uderzą w sezonie jesienno-zimowym jest równie zaskakujące, jak zaobserwowania śniegu w alpejskich kurortach narciarskich. Wirus A/H1N1 nie zaatakował Ukrainy dlatego, że jest wybitnie inteligentny i przewidział, iż właśnie w tym państwie epidemia rozpowszechniać się będzie równie szybko. Ukraina na przyjęcie gościa była po prostu całkowicie nieprzygotowana, co można było przewidzieć. Nie widzę paniki we Francji, Hiszpanii czy Wielkiej Brytani, gdzie A/H1N1 zaatakował m.in. drużyny piłkarskie (Olimpique Marsylia, Betis Sevilla, Blackburn Rovers). W Polsce jak dotąd zdiagnozowano 170 przypadków tzw. świńskiej grypy i 0 zgonów. Zwykła grypa oraz A/H1N1 są groźne, ale dla państw gorzej rozwiniętych. Stany Zjednoczone z ewentualnym zagrożeniem poradziły sobie bardzo dobrze, Meksyk już zdecydowanie gorzej.

Na samej Ukrainie sytuacja też nie jest dramatyczna. Nie ma, czego zazdrościć, ale grypy ani nie zniszczą ukraińskiego narodu,, ani nie zabiją jej gospodarki, bo – parafrazując znanego filozofa i byłego polskiego wicepremiera – jak można zabić trupa? Problemem związanym z epidemią grypy nie jest jego śmiertelność, a szybkość rozpowszechniania, która może sparaliżować państwo. Dlatego podjęte przez rząd Julii Tymoszenko środki, takie jak kwarantanna, odwołanie imprez masowych, zamknięcie szkół, nie są radykalne, a po prostu rozsądne. Grypa nie budziłaby tez takiej sensacji, gdyby nie brakowało lekarstw i rzeczy chroniących, takich jak maseczki. Panika jest najgorszą możliwą reakcją, bardzo charakterystyczną dla tłumów. To nienormalne, gdy premier rządu musi tłumaczyć swoim rodakom, ze Ukrainę zaatakowała grypa, a nie dżuma. Kwarantanna ma potrwać trzy tygodnie. Być może Ukraińcy będą musieli nauczyć się żyć ze swoją epidemią za pan brat. Albert Camus w „Dżumie” pokazuje, że społeczeństwo jest w stanie poradzić sobie w dużo gorszej sytuacji, niż znajduje się współczesna Ukraina.

Funkcjonowanie mediów w tej całej operacji jest bardzo proste. W Polsce lepiej sprzedają się tytuły katastroficzne, takie jak wymieniłem w pierwszym akapicie. Na Onecie, gdy piszę ten tekst, na samej górze widnieje news mówiący o wypowiedzi Juszczenki, który uważa, że zagrożone jest “bezpieczeństwo narodowe Ukrainy” i prosi o pomoc. Nastrój pogarszają też kolejne informacje, a czasem plotki, o nastepnych ofiarach. W tej całej paranoi jest plus. Gdy na ten sam temat pisałem w maju („Świńska ściema”, „Gorszego końca świata nie będzie”) nie byłem w stanie znaleźć publikowanych przez media wypowiedzi specjalistów uspokajających i zastrzegających, iż grypy nie należy się bać, ale nie wolno jej lekceważyć. Tym razem dokopałem się. Filozofia jest jednak nadal ta sama – im większa sensacja, tym lepsza. Zadaniem rzetelnych mediów jest informowanie o zagrożeniu, ale nie straszenie. Relacje „na żywo” sprzed szpitala i informacja na pasku, że u 2 kolejnych osób zdiagnozowano grypę, nie są zbyt poważne. Ufam, że tym razem nasze telewizje nie zamienią się w Szpital24.

Najgłośniej „na zdrowie” będą mówić szefowie firm farmaceutycznych, takich jak Roche czy GlaxoSmithKline (RSK). Brytyjczycy zgromadzili ilość leków, pozwalających leczyć połowę swoich obywateli (!). Pracownicy PR tychże firm zasłużyli na bardzo wysokie premie, bo zarówno Tamiflu, jak i Relenza są złotym dzieckiem, przynoszącym miliony dolarów. Wykupowanie leków zaleciła już Światowa Organizacja Zdrowia, w związku z możliwą pandemią. „The Times” w lipcu podawał, że do końca roku Roche sprzeda Tamiflu za kwotę 2 miliardów franków szwajcarskich. Zarobi również GSK, która zajmuje się produkcją leku Relenza oraz – co ważniejsze – szczepionki przeciwko A/H1N1 o dźwięcznej nazwie Pandemrix. Poza produktem firmy GSK, Komisja Europejska dopuszcza też stosowanie szczepionki o firmy Novartis oraz Baxter AG. Portal money.pl podaje, iż dotarł do dokumentu Ministerstwa Zdrowia, które szacuje, iż aby zabezpieczyć 20% Polaków przeciwko grypie, należałoby wydać 400 milionów złotych (w tym 210 na same szczepionki).

Pozostaje jeszcze kwestia – poruszana ostatnio w „Rzeczpospolitej” – bezpiecznego stosowania szczepionek. Oficjalnie doktryna głosi, iż są bezpieczne, ale znana jest historia amerykańskiej szczepionki z lat 70-tych, która spowodowała śmierć większej liczby osób niż sama choroba! Kontrowersje w Niemczech budzi tez fakt, że szczepionki podawane zwykłym ludziom będą miały inną zawartość, aniżeli te przeznaczone dla rządu i Bundeswehry. Więcej szczegółów na ten temat znajduje się w/w artykule. Lek przeciwgrypowy, Tamiflu, ma też niedobrą historię. Cytuję za swoim artykułem z maja: „W Japonii i Korei Południowej uznano, że lek firmy Roche powoduje myśli samobójcze i nadpobudliwość.Dwoje nastolatków po zażyciu Tamiflu popełniło samobójstwo, skacząc z bloku” (źródło: „Dziennik”).

Panika to najgorszy doradca. Grypa Polski nie ominie, trzeba się liczyć i przygotować na zagrożenie. Zamiast jednak oczekiwać najgorszego i wykupować zapasy leków, może lepiej przed nią chronić się za pomocą starych, dobrych, sprawdzonych i tanich sposobów – mycia rąk i zdrowej diety? Fachowcy zalecają tez szczepionkę przeciwko normalnej grypie, by nie dopuścić do sytuacji, gdy walczy się z dwoma wirusami naraz.