Nie lekceważymy Iranu

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Od kilku tygodni trwa ożywiona dyskusja w sieci na temat Iranu i skutkach możliwego zdobycia przez ten kraj broni atomowej. W międzyczasie trwają negocjacje i istnieje szansa na to, że Islamska Republika Iranu pozwoli, by wzbogacanie uranu odbywało się poza terytorium jego kraju. Według doniesień prasowych podpisanie takiej umowy jest całkiem prawdopodobne, chociaż Teheran stawia jeszcze warunki – chce wysyłać mniej uranu i w mniejszych partiach. Wszystkie inne kwestie są już uzgodnione.

Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Rozmowy Iranu z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej należy oceniać pozytywnie. Oznacza to tyle, że – przynajmniej teoretycznie – istnieje pewne pole porozumienia. Zasadniczą kwestią jest tylko wątpliwość, czy Iran rzeczywiście jest w stanie zrezygnować z zamiaru posiadania broni atomowej, czy to jedynie zabawa w kotka i myszkę, wzorem Kim Dzong Ila, a zaraz pojawią się problemy z realizacją ewentualnego porozumienia.

Chciałbym powrócić do dyskusji na temat konsekwencji zdobycia przez Iran broni atomowej. Istnieją tutaj podzielone opinie. Z jednej strony sporu znajdujemy się ja oraz Piotr Wołejko. Uważamy z Piotrem, że zdobycie dostępu do w/w broni nie będzie oznaczać automatycznego ataku na Izrael z bardzo pragmatycznego powodu – agresja taka zwyczajnie się Teheranowi nie opłaca. Z drugiej strony znajdują się Witold Repetowicz oraz Michał Wiśniewski związani z Fundacją Europa 21. Ich zdaniem polityką zagraniczną Iranu kieruje ideologia i broń atomowa w rękach tego państwa prowadzić będzie w linii prostej do wojny. Przecina nas wszystkich Artur Makolągwa, który w kwestii pragmatyki polityki zagranicznej zgadza się ze mną oraz Piotrem, ale w swoim tekście pt. „Nie lekceważmy Iranu” dostrzega inne, jego zdaniem większe, niebezpieczenstwa takiej sytuacji. Do tego tekstu zamierzam się kilku zdaniach odnieść.

Ustalmy jedną rzecz dla porządku. Dyskutujemy nad konsekwencjami zdobycia przez Teheran broni atomowej, jednak nie czyni z nas to automatycznie zwolenników takiego rozwiązania. Iran z dostępem do broni nie oznacza bowiem – według mnie – niczego dobrego. Atakować Izraela nie będzie, wojny nie wywoła, ale zburzy pewien istniejący do tej pory porządek. Mimo wszystko lepiej – ze względu na pewnego rodzaju równowagę – gdy to Izrael dysponuje przewagą nad wrogimi wobec niego państwami muzułmańskimi. Trudno jednak nie reagować, gdy w w prasie i blogosferze pojawia się mnóstwo artykułów, które z Ahmadineżada czynią drugiego Adolfa Hitlera. Irańska broń atomowa jest narzędziem politycznym – lekarstwem na izraelską przewagę strategiczną oraz sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa, a nie pomysłem na drugi Holocaust, bo takowy dotknąłby jednocześnie Persów.

Polityka izraelska i irańska są zatem jak najbardziej logiczne i zgodne z racją stanu tychże państw. To normalne, że Iran dąży do umocnienia swojej pozycji, a Izrael oraz Amerykanie próbują temu zapobiec. Swoje interesy rozgrywają też Rosjanie i Chińczycy. Tak właśnie funkcjonuje polityka, która czasami uzasadniana jest ideologią. Irańczycy działają racjonalnie i pragmatycznie, ale nigdy nie twierdziłem, że jest to zachowanie odpowiedzialne. Zdobycie dostępu do broni atomowej może przyczynić się do destabilizacji w regionie, a irański prestiż i wpływy wzrosną nieporównywalnie – kosztem innych państw. Poza tym, broń atomowa to najlepsza broń defensywna na świecie. To oczywiste, że sąsiedzi irańscy czuliby się – delikatnie mówiąc – niekomfortowo. Radowaliby się za to w Libanie, a imprezę w swojej kryjówce rozkręcałby lider Hezbollahu – Hassan Nasrallah.

Artur Makolągwa uważa, że zdobycie przez Iran broni atomowej kompletnie załamałoby rezim układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT). Tego układu nie trzeba łamać, bo po co robić coś, co już zostało zrobione? Trzy państwa posiadające broń atomową nie należą do sygnatariuszy NPT – Izrael, Indie i Pakistan.. Państwa te nie wydają się cierpieć zanadto z tego powodu. Układ wypowiedziała również Korea Północna. Do tego należy dodać niejasną rolę Rosji i ChRL w irańskim programie atomowym.

W mediach europejskich przedstawiana jest tylko i wyłącznie narracja izraelsko-amerykańska. Według niej Iran dąży do wywołania wojny, a środkiem, którego może w niej użyć, jest broń atomowa. Stanowi ona śmiertelne zagrożenie dla państw regionu, a nawet Europy. Sprytne, ale na razie najbardziej narażonym na atak państwem pozostaje Iran. Ewentualne bombardowanie przedstawione zostanie jako atak prewencyjny. Nie pisze się praktycznie nic o interesach irańskich i pomysłach na ich realizację. Zamieszki w Teheranie przedstawiane były jako rewolucja, a Mir-Hosejn Musawi jako dzielny opozycjonista. Sam jestem przeciwnikiem posiadania przez Iran broni jądrowej, ale tak jednostronna narracja zawstydziłaby nawet TurboDynoMana. To nieuczciwe i ogłupiające. Już w przypadku Iraku mieliśmy do czynienia z zarzutem posiadania przez Saddama Hussajna broni masowego rażenia, a później okazało się, iż administracja amerykańska najzwyczajniej w świecie kłamała. Swój cel osiągnęła, a prawo międzynarodowe miała tam, gdzie Kim Dzong Il zasadę suwerenności narodu.

Należy mieć nadzieję, ze irańscy przywódcy bardziej niż broni, potrzebują spokoju. Irańska gospodarka wymaga podłączenia do kroplówki. Bez nowoczesnych technologii, Iran pozostanie państwem pretendującym do bycia mocarstwem. Nikt z Zachodu nie poda ręki Teheranowi, dopóki ten będzie dążył do zbudowania broni atomowej. Metoda kija się nie sprawdziła, to może zadziała marchewka? Iran, o czym się nie mówi, poddawany jest obecnie ogromnej presji. Niewyjaśniona zostaje rola Rosji, która uczestniczy w rozmowach z Iranem. Niewykluczone, że rezygnacja Obamy z pierwotnego projektu tarczy antyrakietowej spowodowała, iż Moskwa działa w bardziej kreatywny sposób, oficjalnie nie zmieniając jednak swojej linii. Jednym z elementów porozumienia ma być wysyłanie do Moskwy 75% zasobów niskowzbogacanego uranu.

Następny krok należy do Iranu. Niedługo okaże się, jaką taktykę obrał na najbliższe miesiące Teheran – konfrontacji, pokoju czy gry na czas.

Więcej na podobny temat
- Izrael vs Iran – kto kogo zaatakuje?
- I pozamiatane… – o irańskiej rewolucji

Nowy materiał

Inne Komentarze (0) » dodajdo

Dziś wieczorem odkopałem na swoim komputerze stary tekst o Organizacji Narodów Zjednoczonych, który napisałem będąc jeszcze w liceum.

Wiem, że niektórzy szukają czasem takich opracowań, więc jeżeli ktokolwiek znajdzie coś ciekawego – enjoy. Zastrzegam jednak, że pisałem go, gdy słowo kryzys kojarzyło się bardziej z ciężką sytuacją w małżeństwie, aniżeli z bezrobociem i spadkiem PKB. Aktualizacji wymaga też kwestia reform ONZ, których jak nie było, tak nie ma. Są aspekty, w których ONZ bardzo przypomina PZPN.

Jako typowy stadionowy chuligan zachęcam również do poparcia akcji organizowanej przez stronę www.koniecpzpn.pl

Izrael vs Iran – kto kogo zaatakuje?

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo

W filmie „Jutro nie umiera nigdy” agent brytyjskego wywiadu i miłośnik pięknych kobiet, niejaki James Bond, zmaga się z medialnym magnatem, Elliotem Carverem. Carver chce doprowadzić do wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, na czym jego koncern zarobiłby miliardy dolarów. Współczesne media także na konflikcie irańsko-izraelskim próbują zarobić, zaogniając atmosferę. O tyle dobrze, że przynajmniej nie pragną wywołać wojny, którą odczułby cały świat.

Rozumowanie części dziennikarzy i publicystów (Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, Eli Barbur, ludzie związani z Fundacją Europa 21) jest proste – gdy tylko Iran zdobędzie broń atomową, od razu zaatakuje Izrael. Co więcej, jest to główny cel strategiczny tego państwa, dlatego nie można wykluczyć izraelskiego ataku prewencyjnego na irańskie obiekty związane z programem jądrowym – jako konieczną samoobronę. Media bezustannie podgrzewają atmosferę – a to sugerując, że Iran dąży do „wymazania Izraela z mapy”, innym razem pisząc, że anonimowe źródło zbliżone do Ministerstwa Obrony nie wyklucza, że Izrael uderzy prewencyjnie na Iran. Ja nie wykluczam, że za 50 lat będę chodził po Marsie, chociaż raczej w to wątpię. Żaden polityk izraelski nie przyzna się nigdy oficjalnie, że Izrael rezygnuje z opcji militarnej, bo nałożyłby sobie na szyje polityczną linę. Nie oznacza to jednak, że wyśle zaraz kilkadziesiąt myśliwców nad terytorium Iranu. Irańscy i izraelscy politycy prowadzą przemyślaną politykę zagraniczną, która jest interesującą rozgrywką, a nie chaotycznym biciem się na maczugi.

Ta medialna wojna trwa już od kilku lat. Ile mogą Amerykanie i Żydzi w Iranie, pokazują nieudane próby zatrzymania programu atomowego tego państwa, a ile może Iran w Izraelu, obrazuje interwencja w Strefie Gazy. Irańczycy nie wspomogli Hamasu, ani bezpośrednio (np. militarnie), ani pośrednio (nasyłając Hezbollah). Mahmud Ahmadineżad ograniczył się do groźnych pomrukiwań. W tym momencie to wojna pozycyjna, a wrogość izraelsko-irańska jest wykorzystywana przez rządy tychże państw do celów ideologicznych oraz media, gdyż tytuł „zbliża się wojna” jest bardzo „catchy”.

Opcja militarna, ani z jednej, ani z drugiej strony, nie rozwiązuje żadnego problemu, tworząc równocześnie mnóstwo nowych. Atak Izraela na Iran nie gwarantuje zniweczenia programu atomowego, jak w przypadku Iraku. Prawdopodobnie Izrael jest w stanie go jedynie przedłużyć, bo Teheran swoje instalacje kryje głęboko pod ziemią i zabezpiecza się przed potencjalnym atakiem. Jakie byłyby konsekwencje takiego nalotu, który nie daje pewności powodzenia? Iran, w przeciwieństwie do innych państw, dysponuje środkami odwetowymi. Po pierwsze – natychmiastowe zdestabilizowanie sytuacji w Palestynie, Mahmud Abbas i jemu podobni umiarkowani politycy byliby skończeni. Iran dysponuje również “Hezbollahem”, który znacznie uprzykrzyłby życie Izraelowi na północy. Teheran może się również zdecydować na zablokowanie cieśniny Ormuz, co spowodowałoby wzrost ceny baryłki ropy do około 300 dolarów. Iran w zanadrzu ma jeszcze opcje saudyjska (atak powietrzny na złoża?) i iracką (powrót do sytuacji sprzed 2-3 lat). Pytanie – co po nalocie? Wkroczenie wojsk amerykańskich, wojna i Afganistan w wersji super hardcore? Jak zachowają się Rosjanie i Chińczycy, których interesy zostaną naruszone? Co ze światową gospodarką? Te wszystkie niewiadome powodują, że zwolennikiem opcji militarnej nie będzie raczej laureat pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama. Stany Zjednoczone nie tylko straciłyby twarz, ale po raz kolejny okazałoby się, że to ogon kręci psem.

Teraz przeanalizujmy drugą możliwość. Iran atakuje Izrael przy pomocy broni atomowej. Jeśli robi to z terytorium Iranu, to używa do tego celu rakiet. Sytuacja staje się dramatyczna zarówno dla Żydów, jak i Irańczyków. Istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że izraelski system przeciwrakietowy Arrow, a jeśli nie on, to amerykańska „nowa tarcza antyrakietowa”, poradzi sobie z zagrożeniem, a lata oraz miliardy dolarów przeznaczone na projekt atomowy okazały się bezużyteczne. Teraz można sobie wyobrazić izraelsko-amerykańską ripostę, bo przecież nikt już Iranu bronić nie będzie, łącznie z Chinami i Rosją. Jeszcze gorszy los czeka Iran w drugim przypadku, jeśli rakieta dosięgnęłaby celu – wtedy nie tylko ajatollahowie zniknęliby z powierzchni ziemi, ale i cały Teheran. Posiadanie broni atomowej ma sens do momentu, w której jej się użyje.

Tutaj pojawia się najważniejsza wątpliwość. Czy Chamanei’emu oraz Ahmadineżadowi zależy na samobójczej wojnie atomowej? Nie, ich polityka zagraniczna oparta jest na bardzo racjonalnych przesłankach, które zapoczątkował już szach Pahlavi, za którego czasów zaczęły się pierwsze prace nad programem jądrowym. Uzyskanie broni nuklearnej znacznie zwiększyłoby prestiż Teheranu oraz zniwelowałoby, przynajmniej w jakiejś części, przewagę strategiczną Izraela w tym regionie świata. Jakby nie patrzeć – to Izrael obecnie posiada monopol atomowy na Bliskim Wschodzie i rozdaje tym samym karty, będąc w dodatku pod parasolem amerykańskim.

W czasach zimnej wojny istniał system wzajemnego zastraszania, który zagwarantował pokój. Nie uważam, że posiadanie broni atomowej przez Iran byłoby korzystną sytuacją, ale nie przeceniałbym zagrożenia. Atak na Izrael najzwyczajniej w świecie Iranowi się nie opłaca, a ideologia niech pozostanie jednym z instrumentów polityki zagranicznej. Bardziej prawdopodobny jest prewencyjny atak Izraela na obiekty irańskie, ale – jak wykazałem wyżej – byłby on bardzo kosztowny i niezwykle ryzykowny, a korzyści z niego mogłyby być zerowe. W jakimś stopniu obie strony trzymają się w szachu.

Obecny Iran boryka się z olbrzymimi problemami gospodarczymi, gaz importuje, zamiast eksportować, bezrobocie szaleje, a rozbudowany sektor państwowy generuje straty. Nie można również zapominać o zacofanej infrastrukturze i coraz większym niezadowoleniu młodych ludzi. Iran stanie się potężny dopiero wtedy, gdy jego gospodarka zacznie wykorzystywać swój potencjał, a jest to bardzo mało prawdopodobne bez pomocy Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Iran, chcąc osiągnąć pozycję mocarstwową, musi pogodzić się z faktem, że współpraca z Zachodem to konieczność, a to oznacza ustępstwa. Optymalny plan zakłada, że Iran zrezygnowały z programu jądrowego, ale na to Persowie mogą być po prostu zbyt dumni.

Politycy izraelscy działają racjonalnie. Ich obawy są zrozumiałe, ale coraz trudniej będzie im zahamować pędzący pociąg o nazwie „irański program atomowy”. Tu nie chodzi o zagrożenie egzystencji, a o zmniejszenie przewagi strategicznej Izraela w regionie i spadek prestiżu. Działania Izraela są oczywiste z punktu widzenia interesu narodowego, ale to samo należy powiedzieć o Iranie. Chłodnej analizy jest dużo więcej niż niektórym się może wydawać. Izrael zaatakuje Iran tylko wtedy, gdy jego interesy będą bardzo poważnie zagrożone lub – jak w przypadku Iraku – uda się zminimalizować ryzyko fiaska operacji.

W filmie „Sierżant Bilko” tytułowy bohater, hazardzista, ustawił walkę bokserską. Umówił się z jednym bokserem, ale zapłacił nie temu, co trzeba. W efekcie obaj walczyli tak, żeby siebie nie uderzyć. Przypomina to aktualną relację Izraela z Iranem. Obie strony robią groźne miny, ale żadna z nich na razie nie decyduje się na wyprowadzenie ciosu. Medialne wieści o wojnie wydają się przesadzone.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle

Waleczny Wacław

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Prezydent Vaclav Klaus zapowiada, że nie podpisze Traktatu Lizbońskiego, jeśli Czechy nie otrzymają gwarancji zabezpieczających przed roszczeniami Niemców Sudeckich. To oficjalna wersja. Przypomnijmy – po II wojnie światowej wysiedlono półtora miliona Niemców z terenów Czechosłowacji. Prezydent gra na czas – obecnie jest ostatnią przeszkodą procesu wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego. Klaus bardzo negatywnie wypowiada się o sposobie, w jaki dokument ten zostaje ratyfikowany (m.in. o dwukrotnym głosowaniu w Irlandii).

Żadnych zmian w Traktacie Lizbońskim już nie będzie. Tym tonem mniej więcej przemawiają zwolennicy dokumentu na czele z Jose Manuelem Barroso. Powód jest oczywisty – gdyby zgodzili się na jakiekolwiek modyfikacje, to trzeba byłoby całą procedurę przeprowadzić ponownie w 27 państwach. Zajęłoby to około dwóch lat, a Irlandczycy dostaliby trzecią szansę na wypowiedzenie się w drodze referendum.

Prezydent poddawany jest nieustannej presji, a okazuje się, że kolejne tygodni zwłoki mogą dużo pozmieniać. Stanie się tak, jeśli Klaus nie podpisze dokumentu do wyborów w Wielkiej Brytanii, które odbędą się w 2010 roku. Jeśli – na co wszystko wskazuje – wygrają konserwatyści, to ich lider – David Cameron – zapowiedział, iż zorganizuje referendum w tej sprawie, a nowy rząd będzie sugerował głosowanie „przeciwko”. Trudno powiedzieć, na ile jest to realne zagrożenie dla Traktatu, a na ile retoryka, ale takie deklaracje będą zwiększać presje na Klausie, jaką wywierać będą państwa szczególnie zainteresowane wejściem dokumentu w życie, takimi jak Francja czy Niemcy.

Na razie Klaus zasłania się, czym tylko może. Pierwsze doniesienia po ogłoszeniu wyników powtórzonego głosowania z Irlandii mówiły, iż prezydent złoży podpis, gdy otrzyma wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Wcześniej zakończenie procesu ratyfikacji uzależniał od podpisania go przez … Lecha Kaczyńskiego. Obecnie nie łatwo się zorientować czego oczekuje Klaus, bo po spotkaniu z prezydentem Miedwiediewem ogłosił, że chce dodania klauzuli ograniczającej obowiązywanie Karty Praw Podstawowych.

Dalsza zwłoka spowoduje, iż nie dojdzie do obsadzenia stanowisk podczas następnego szczytu europejskiego. Chodzi zwłaszcza o posady Wysokiego Przedstawiciela ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa oraz tzw. prezydenta Rady Europejskiej, nazywanego prezydentem Unii.. Lizbona – o ile Klaus nie zrobi zwolennikom traktatu prezentu na święta – nie wejdzie w życie 1.01.2010 roku. Postępowanie prezydenta Klausa popiera 65% Czechów – wynika z sondażu gazety “Lidove noviny”. Jeśli uznać te badania za wiarygodne, to prezydent ma potężna legitymizację, ale na politycznej mapie Europy jest obecnie sam.

Trzeba podkreślić, ze niezależnie od tego, jaki mamy stosunek do Traktatu Lizbońskiego, musimy szanować czeskie prawo do posiadania własnego zdania. Vaclav Klaus jest wybranym przez parlament prezydentem Republiki Czeskiej i nikt nie ma możliwości zmuszenia go do złożenia podpisu. Aż do 2013 roku, kiedy Klausowi skończy się druga kadencja, a nowy prezydent będzie mógł postąpić według własnego uznania. Można pisać o tym, że małe Czechy nie powinny decydować o losach całej Wspólnoty, można krytykować Pragę za swoją niezrozumiałą politykę. Tylko że takie zasady ratyfikacji zostały ustalone bardzo dawno temu przez wszystkie europejskie państwa wchodzące w skład UE. Naciskanie na Czechów, a wcześniej Irlandczyków, z punktu widzenia demokracji było po prostu zaprzeczeniem wartości tej organizacji.

Niewykluczone, iż Klaus w końcu podpisze ten dokument, nawet nie uzyskując nic w zamian. Już słychać pierwsze głosy, że Czesi nie powinni posiadać własnego komisarza. Procedura w Trybunale Konstytucyjnym może potrwać jeszcze kilka tygodni, ale prawdopodobnie wyrok będzie mówił o zgodności Traktatu Lizbońskiego z konstytucją czeską. Klausowi pozostaną jeszcze jego dwa żądania oraz nowe uniki, które wymyśli w legendarnym „międzyczasie”. Nie wiadomo też, czy sprawni prawnicy europejscy nie wymyślą formuły, która zadowoliłaby wszystkie strony sporu – dawała gwarancje oraz nie oznaczała konieczności ponownej ratyfikacji dokumentu. Jest to o tyle dyskusyjne, że przecież Klausowi nie chodzi o żadne gwarancje, a o opóźnianie procesu ratyfikacji. Być może liczy na Davida Camerona i brytyjskich konserwatystów? Gdyby w najbliższych dniach lub tygodniach miał podpisać Traktat Lizboński, to rozpętywanie obecnej burzy mijałoby się z jakimkolwiek celem.

Prezydent demokratycznego państwa ma do takiej postawy prawo. Zwłaszcza, że podlega ocenie politycznej. Jeśli nie będzie odzwierciedlał poglądów swoich rodaków, to w 2013 roku prezydentem zostanie ktoś o zupełnie innych poglądach na integracje europejską, bo tak zostanie ukształtowany parlament. Możemy się z nim nie zgadzać, przekonywać, ale nie wolno odrzucać czeskiego prawa do wypowiadania własnego zdania Zwłaszcza, że obywatele Europy nie wiedzą, o co ten spór się toczy. Politycy oddalili się bardzo daleko od swoich społeczeństw, uciekając od głosowania ludowego.

Więcej na podobny temat:
- Przepchnęli. Kolanem.
- O solidarności europejskiej
- Unijna “demokracja” w Pradze

Komentarz miesiąca – wrzesień

Inne Komentarze (1) » dodajdo

Blogosfera paruje. Blogerzy, szczególni ci antyrządowi z zamiłowania, szaleją niczym byki na widok czerwonej płachty lub nastolatki pod wpływem hormonów. Z tego względu sprawy międzynarodowe znalazły się w drugim szeregu.

We wrześniu napisałem jedynie dwie notki, w związku z czym komentarzy było również zdecydowanie mniej.

Wyjątkowo postanowiłem zatem uhonorować komentarz pod tekstem innego autora. Piotra Wołejko. Zwycięzcą zostaje niezmordowany pan MarkD, który już chyba nie tylko zorientował się w tym, że moim pierwszym językiem nie jest polski, ale jest coraz bliżej wytropienia powiązań agenturalnych Piotra (FSB? Mossad?).

Pan MarkD, podobnie jak w moim przypadku, wpadł na trop niezwykle sprytnej manipulacji. Piotr w swoim tekście miał, jego zdaniem, użyć w pierwszym zdaniu słowa “agresja”. Publicysta, zaskoczony tym, iż ktoś rozwikłał jego manipulację, momentalnie miał zmienić wyraz na “inwazja”. Co prawda nikt nie potwierdza słów pana Marka (ani w żadnej publikacji Piotra nie występuje w tym miejscu wyraz “agresja”, ani logi z administracji na to nie wskazują), ale jedno jest pewne – to afera grubymi nićmi szyta. Zamieszany jest nie tylko Piotr i administracja niepoprawnych, ale też salon24, redakcja.pl, blox.pl oraz inne miejsca, gdzie mój kolega umieszcza swoje teksty. I Zbigniew Chlebowski, bo on jest we wszystko zamieszany. Dobrze, że nasz bohater wykrył spisek, bo przecież umówmy się, inwazja nie jest synonimem słowa agresja i spór toczy się o poważną rzecz.

Dlaczego jednak honoruje tego samego komentatora drugi raz z rzędu? Nasz bohater w końcu odnalazł Świętego Graala – układ!

“(…)DoktorNo jest przyjacielem P.Wołejki i każdy post Piotra Wołejki (poza ostatnim – ciekawe czemu tym razem tego nie zrobił) umieszczał na stronie głównej (czyli w strefie wyróżnionych). To samo zresztą robi regularnie z innymi postami swoich przyjaciół (Gorgola i … tu się wstrzymam, bo nie mam 100% pewności) oraz swoimi własnymi. (…)”

Cholera! Wiedziałem, że ktoś kiedyś rozgryzie nasz układ. Koniec panowie, depresja.

Co prawda ostatnio rozmawiałem z DoktoremNo przed moją sesją letnia, ale zdążyłem jeszcze wydać kilka szybkich dyspozycji. Potem zamroziliśmy kontakty, żeby nie było podejrzeń, ale i tak się wydało. Maks, Piotr, mieliście być bardziej ostrożni…. ;) .

Kto jednak jest tą czwartą osobą? Któż znalazł się w kręgu podejrzeń?

Nagroda Nobla na kredyt

Bieżące wydarzenia, Historia Komentarze (1) » dodajdo

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Barackowi Obamie stało się już obiektem żartów i kpin. Tylko, czy kogoś to tak naprawdę powinno dziwić? Jeśli prześledzimy decyzje Komitetu Noblowskiego na przestrzeni ostatnich 108 lat, to zorientujemy się, że nie jest to najgorsza decyzja w historii. Na pewno również nie najlepsza.

W dwudziestoleciu międzywojennym nagrodzeni zostali trzej ministrowie spraw zagranicznych. Brytyjski, Joseph Austen Chamberlain w 1925 roku, a w 1926 – polityk francuski, Aristide Briand i jego odpowiednik z Niemiec, Gustaw Stresemann.. Za Traktat z Locarno. Cóż takiego zrobili ci panowie dla pokoju?

Traktaty podpisane w Locarno (1925 rok), w dużym skrócie, gwarantowały granice francusko-niemiecką i niemiecko-belijską, czyli potwierdziły ustalenia traktatu wersalskiego co do zachodnich granic Republiki Weimarskiej. Nie zagwarantowano przy tym żadnych innych granic – ani niemiecko-czechosłowackiej, ani polsko-niemieckiej itd. Mocarstwa zachodnie pozostawiły zatem w tej sprawie otwartą furtkę. Oficjalny ton niemieckich polityków brzmiał więc mniej więcej tak: granice zachodnie ustaliliśmy, ale zawsze możemy porozmawiać o granicy wschodniej, bo ustalenia wersalskie były w tej kwestii niesprawiedliwe. Traktat z Locarno stał się jednym z punktów zaczepiania dla tematu rewizji granicy. Od tej chwili mieliśmy w Europie niemieckie granice zagwarantowane przez mocarstwa zachodnie oraz te, których utrzymanie nie było takie oczywiste. Łatwo wyobrazić sobie, jak przełożyło się to na koncepcje prowadzenia niemieckiej polityki zagranicznej i zwiększenie presji na państwa, których granice nie zostały dodatkowo potwierdzone.

Traktat z Locarno również znacząco wzmocnił pozycję Niemiec. Zaowocował m.in. wstąpieniem do Ligi Narodów. Na tej podstawie III Rzeszę budował Adolf Hitler, który bez problemu naruszył granicę niemiecko-czechosłowacką i niemiecko-polską. Historia może się tylko zaśmiać nad decyzją Komitetu Noblowskiego, bo wspomniane umowy raczej przybliżały wojnę i konfrontację niż im zapobiegały.

W 1929 roku nagrodę dostał Frank Kelogg, Sekretarz Stanu USA z pakt Kelloga-Brianda, w którym wyrzekano się wojny jako instrumentu polityki zagranicznej. Dokument, bardzo idealistyczny i zamknięty w sferze aksjologii, nie zakładał żadnych sankcji. Podpisało go kilkadziesiąt państw, w tym Niemcy, Włochy i Japonia. Okazało się, że był warty tyle, ile papier zużyty na jego wydrukowanie, co pokazały inwazje Japonii na Mandżurię i Włoch na Abisynię. Nagroda bardzo podobna dla tej Baracka Obamy – za deklarowane chęci.

W 1973 roku Pokojową Nagrodę Nobla przyznano Henry’emu Kissingerowi oraz Le Buc Tho. Za podpisane w Paryżu „porozumienie pokojowe”. Tak naprawdę ciągle trwała wojna, ale Amerykanie wycofywali swoje wojska głosząc koniec konfliktu. Wietnamczyk nie był jednak aż takim hipokrytą i nagrody nie przyjął. Sajgon, stolica Wietnamu Południowego, został ostatecznie zdobyty w 1975 roku i od tego czasu w całym Wietnamie rządzą komuniści. W 2007 roku nagrodę otrzymał Al Gore i Międzynarodowy Zespół do Spraw Zmiany Klimatu. Skoro Al Gore mógł zostać laureatem, to czemu nie Barack Obama?

Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych aktywnie uczestniczył w olimpijskiej kampanii Chicago. Przegrał z Rio de Janeiro, więc może Nobel jest w tym przypadku nagrodą pocieszenia?

W sprawie „wizji świata wolnego od zbrojeń” ciężko uznać zasługi tegorocznego laureata Nagrody Nobla. Oficjalnie głosi taką koncepcję, ale sam w nią nie wierzy. Jeśli Nobel jest efektem negocjacji amerykańsko-rosyjskich, to czemu nie otrzymał go również Dmitrij Miedwiediew? Należy jednocześnie pamiętać, że jednymi z najbliższych sojuszników amerykańskich są Izrael, który – co jest tajemnicą poliszynela – dysponuje bronią atomową oraz Pakistan, który oficjalnie ją posiada. Oba te kraje zdobyły ją w sposób nielegalny i nic nie będzie w stanie ich nakłonić do pozbycia się tego strategicznego złotego jajka. Co więcej, Amerykanie podpisali umowę z Indiami, która de facto sankcjonuje posiadanie przez ten kraj broni nuklearnej. Likwiduje wszelkie ograniczenia indyjsko-amerykańskie, które zostały nałożone po uzyskaniu przez New Delhi tego środka. Zakłada wymianę cywilnymi technologiami jądrowymi. Amerykanie, co jest niejako koniecznością, liczą na rozwinięcie kontaktów polityczno-gospodarczych z Indiami, państwem o niezwykłym potencjale.

W sprawie nierozprzestrzeniania broni atomowej można wspomnieć jedynie o – jak na razie nieskutecznych – próbach wpłynięcia na Iran i pewną zmianę rozumowania na takie, które dopuszcza rozmowy z Teheranem. Efektów na razie brak.

Barack Obama dał nadzieję milionom ludzi w Ameryce i na świecie na zmiany. Zmienił kurs amerykańskiej polityki zagranicznej, ale po pierwsze – na razie wszelkie pokojowe deklaracje kończą się na słowach, a po drugie – fundamentalne założenia amerykańskiej polityki zagranicznej są nadal takie same. Za oceanem Jimmy Fallon żartuje, że Obama odbierze Nobla zaraz po tym, jak skończy wojny w Afganistanie i Iraku. Obama ma do czynienia z tym, co każdy polityk głoszący w czasie kampanii idealistyczne koncepcje – z rzeczywistością.

Fakty wyglądają tak: w Iraku i Pakistanie jest niestabilnie, w Afganistanie trwa wojna. Amerykanie w swoim kraju borykają się z największym kryzysem gospodarczym od 80 lat, a pakiety pomocowe Obamy pomogły, owszem – ale głównie menadżerom, zadłużając kolejne pokolenia. Na Bliskim Wschodzie nadal bez zmian. Trudno oczekiwać, by na izraelskim premierze, Netanjahu i na Hamasie, nagroda zrobiła jakiekolwiek wrażenie. Iran z rozwagą prowadzi swoją politykę zagraniczną i radzi sobie z coraz mocniejszymi naciskami. Obama zmienił koncepcję tarczy antyrakietowej, kierując ja głównie tam, gdzie są interesy Izraela – przeciwko Teheranowi.

Nie można wykluczyć, a nawet należy życzyć, Obamie, by w przyszłości zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Na razie powoli zmienia klimat międzynarodowy na mniej konfrontacyjny, jest dużo łagodniejszy od prezydenta Busha. Nagroda przydzielona została za starania, a nie efekty.

Tylko że, jak pokazuję wyżej, nie jest to najgorszy wybór, jakiego można było dokonać. Istniała jeszcze jedna możliwość – nie przyznanie tej nagrody nikomu, co było już praktykowane. Prezydent Stanów Zjednoczonych ma jeszcze 3 lata, by pokazać, że Komitet Noblowski postąpił słusznie, dając mu nagrodę na kredyt i wzmacniając tym samym jego międzynarodową pozycję. W kolekcji Baracka Obama brakuje już chyba tylko Paszportu Polsatu.

Więcej na podobny temat:
- Tarcza z Izraelem w tle
- Wyreżyserowany spektakl – Obama w Moskwie

Szaleni dyktatorzy

Historia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo

Mieli wielki wpływ na XX wiek. Częstokroć od ich decyzji zależało życie setek tysięcy, a nawet milionów osób. Oto trzech najbardziej szalonych dyktatorów XX wieku…

W zestawieniu celowo ominąłem osoby Józefa Stalina i Adolfa Hitlera.

Idi Amin
W drugiej połowie do XX wieku do władzy w Afryce dochodzili dyktatorzy, co było bezpośrednim skutkiem dekolonizacji. Doskonałym przykładem takiego schematu był Idi Amin z Ugandy rządzacy w latach 1971-1979, nazywany „hańbą Afryki”.

Amin był bezwzględny, ale w przeciwieństwie do Pol Pota, Mao Zedonga, faszystów czy komunistów nie był inspirowany ideologią. Chciał przetrwać i rządzić. Był prymitywnym człowiekiem, który kierował się najniższymi instynktami. Już w czasie dokonywania zamachu stanu postanowił zabić wszystkich żołnierzy, którzy mogliby stanowić potencjalne zagrożenie. Uczynił to z zaskoczenia. Po przejęciu władzy rozpoczął się terror.

Cyniczny zabójca, kanibal i bokser
Wyrzucił z kraju i pozbawił wszelkiego majątku 70 tysięcy Hindusów. Rozpoczął zabijanie faktycznych i domniemanych wrogów. Mordował całe plemiona i każdego, kto mu się nie podobał. W stolicy Ugandy istniały specjalne więzienia z izbami tortur – jedna z nich naprzeciwko ambasady francuskiej.. Dyktator był bardzo ostrożny – w obawie przed zamachem nigdy nie nocował dwa razy w jednym miejscu.  Ryszard Kapuściński zwrócił uwagę na fakt, że swoje przyszłe ofiary często zapraszał na obiad. Idi Amin zamordować mógł nawet pół miliona osób. W Ugandzie znana jest historia byłej dziewczyny dyktatora, której ciało znaleziono na śmietniku.

„Po jego obaleniu znaleziono w pałacu lodówkę wypełnioną ludzkim mięsem” – napisał historyk, Andrzej Garlicki. Kanibalizm nie był wśród dyktatorów afrykańskich rzeczą wyjątkową -Jean Bedel Bokassa z Republiki Środkowoafrykańskiej, znany z tego, że kazał rozstrzelać kilkudziesięciu uczniów za sprzeciw wobec noszenia mundurków szkolnych, również podejrzewany był o jedzenie ludzkiego mięsa (sąd uniewinnił go od tego zarzutu). Według zeznania głównego świadka w procesie Charlesa Taylora, byłego dyktatora Liberii, miał on rozkazywał swoim żołnierzom jedzenie wrogów, w tym żołnierzy ONZ. Opowiadał przy tym ze szczegółami o sposobach jedzenia ludzi.

Idi Amin został bokserskim mistrzem Ugandy w wadze ciężkiej. W czasie swoich rządów próbował wykorzystać ten fakt wyzywając królową Elzbietę II na pojedynek bokserski. Następnie ogłosił się „pogromcą Imperium Brytyjskiego”. Uważał się tez za „ostatniego króla Szkocji” – na pogrzeb króla Arabii Saudyjskiej przybył w kilcie. Na pojedynek wyzwał również znanego z krępej budowy ciała prezydenta Tanzanii. To właśnie wojska tego kraju obaliły Idi Amina.

W bezwzględności i szaleństwie Idi Amin nie miał na kontynencie afrykańskim sobie równych. Znalazł się jednak człowiek, który przewyższył go pod tym względem w Azji – konkretniej w Kambodży…

Pol Pot i Czerwoni Khmerzy
W latach 1975-1979 w Kambodży rządzili Czerwoni Khmerzy pod przywództwem byłego nauczyciela i byłego studenta francuskiej uczelni technicznej, Pol Pota.

Czerwoni Khmerzy za cel postawili sobie stworzenie idealnego społeczeństwa komunistycznego. Efektem ich rządów była śmierć prawie 2 milionów osób, co stanowiło wówczas ok. 1/4 (według innych danych: ponad 1/3) populacji Kambodży.

Likwidacja miast i „pola śmierci”
Pol Pot i jego zwolennicy z Komunistycznej Partii Kambodży, zaraz po dojściu do władzy, rozpoczęli rewolucję. Zmienili nazwę państwa na Demokratyczna Republika Kampucza. Miasta zostały uznane za skażone kapitalizmem źródła zła i postanowiono je zlikwidować, a mieszkańców  deportować na obszary wiejskie. W wyniku przymusowych wysiedleń liczba ludności w stolicy, Phnom Penh, zmalała z 2 milionów do 23 tysięcy. Cały kraj miał zamienić się w wieś i utrzymywać z rolnictwa. Zlikwidowano szkoły, fabryki, pieniądze i wszelką wartość prywatną. Ludzie mieli być zorganizowani w komunach wiejskich kontrolowanych przez partię i żołnierzy.

Ludność wysiedlania z miast trafiała albo do obozów koncentracyjnych, gdzie niewolniczo pracowała i często umierała z głodu lub wycieńczenia albo była mordowana, nie rzadko przy zastosowaniu wyrafinowanych tortur. Wrogów systemu chowano  w masowo wykopanych grobach na „polach śmierci”. Z uwagi na oszczędzanie amunicji, ofiary zabijano też w brutalny sposób przy użyciu np. kijów bambusowych czy siekier. W obozach zdarzało się, że ludzie zastępowali woły w ciągnięciu pługów.

Państwo przejęło kontrolę nad całym życiem mieszkańców.  Nie istniała swoboda wyboru małżonka, a donosicielstwo stało się powszechne nawet w ramach jednej rodziny. Do „obozów reedukacji”, co oznaczało niemal pewną śmierć, można było trafić zarówno za posiadanie większej ilości jedzenia niż przepisowa 1 miska ryżu dziennie, jak i noszenie okularów mogące – zdaniem władzy – świadczyć o przynależności do inteligencji. To właśnie ona, duchowni i byli urzędnicy byli najokrutniej traktowani przez Czerwonych Khmerów.

Pol Pot został obalony w 1979 roku przez wojska wietnamskie.

Czerwoni Khmerzy byli fanatykami. Swoje pomysły czerpali jednak z nauk innego komunistycznego dyktatora….

Mao Zedong
„Wielki Sternik Narodu” rządził w Chinach w latach 1949-1976 Jego polityka doprowadziła do śmierci kilkudziesięciu milionów ludzi. Sam Wielki Skok pochłonął ponad 20 milionów osób, kolektywizacja w latach 50-tych kolejny milion, Rewolucja Kulturalna też milion. Warto zaznaczyć, że nie są to wszystko ofiary Mao.

Najgorszy z pomysłów Mao
Najwięcej ofiar spowodował wymyślony przez Mao Zedonga i ogłoszony w 1957 roku „Wielki skok”. Zakładał on błyskawiczne uprzemysłowienie Chin i 25% wzrost gospodarczy, a w dalszej perspektywie dogonienie i prześcignięcie Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych. Znawcy Mao uważają, że naprawdę wierzył w to, że Wielki Skok się uda.

Plan zakładał m.in. masowy wytop stali w prymitywnych domowych lub zakładowych dymarkach. Przetapiano wszelkie metalowe przedmioty. W czasach „Wielkiego skoku” wytapianie stali było obowiązkiem. Brakowało zatem rąk do pracy w rolnictwie, chłopi nie zebrali plonów. Dodatkowo użyteczne narzędzia rolnicze zostały przetopione. W tamtych czasach masowe były również roboty publiczne. Uzyskana stal była z reguły bezużyteczna, a produkcja rolna i przemysłowa spadała w dramatyczny sposób. Rolników organizowano w komunach wiejskich.

Program kontynuowano. W następnych latach wyznaczono bardzo wysokie dostawy obowiązkowe, z których chińskie rolnictwo nie było w stanie się wywiązać. Władze przymusowe odbierały im żywność. Ludzie ginęli z głodu, który ogarnął cały kraj, umierali z zimna, chorób lub byli mordowani za brak entuzjazmu wobec „Wielkiego skoku”. Liczba ofiar pomysłu Mao Zedonga jest trudna do oszacowania. Oficjalne informacje władz chińskich mówią o 14 milionach osób, inne źródła podają liczbę 20-30 milionów, a nawet 46 milionów „Wielki Sternik” utracił stanowisko przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej, pozostając przywódcą Komunistycznej Partii Chin.

Palenie książek i wojna z imperializmem
Pełnię władzy odzyskał w wyniku Rewolucji Kulturalnej, która wybuchła w 1966 roku. Jej oficjalnym celem było niszczenie wszelkich przejawów imperializmu. Faktycznie Mao przy pomocy Czerwonej Gwardii (tzw. hunwejbinów), złożonej z młodzieży, przywrócił swoją władzę. Hunwejbini, chronieni przez armię walczyli z kulturą i obyczajami. Grabili i niszczyli. „Kontrrewolucjonistów” napadano, poniżano, więziono, torturowano i zabijano. Przeprowadzano publiczne egzekucje, rabowano ich domy. Niszczono zabytki, palono zachodnie książki i ubrania, burzono miejsca kultu religijnego.  Czerwona Gwardia wyposażona była w  „Małe czerwone książeczki” zawierające cytaty z Mao, którymi mieli kierować się hunwejbini. Mao Zedong swój cel osiągnął i ogłosił koniec Rewolucji Kulturalnej w 1969 roku. Kosztowała ona życie milion osób. Istnieją również opinie, iż  rewolucja zakończyła się dopiero w 1976 roku.

Mao Zedong nie szanował życia ludzkiego. Podczas rozmowy z Nikitą Chruszczowem, w latach 50-tych, proponował atak atomowy na Stany Zjednoczone argumentując ,że nawet jeśli w wyniku wojny atomowej zginie połowa Chińczyków, to druga połowa przetrwa i zbuduje komunizm.

Przepchnęli. Kolanem

Bieżące wydarzenia Komentarze (3) » dodajdo

Establishment europejski w skowronkach. Unijnyi koń przeskoczył najwyższą z przeszkód, w postaci referendum irlandzkiego, i wszystko wskazuje na to, że Traktat Lizboński, będący sliftingowaną wersją Traktatu Konstytucyjnego, będzie decydował o kształcie Unii Europejskiej. Traktat, w ramach ratyfikacji, musi podpisać jeszcze Lech Kaczyński i Vaclav Klaus. Pierwszy sygnały z Polski i Czech zapowiadają, że prezydenci tych krajów złożą swój autograf i już niebawem Traktat Reformujący Unię Europejską będzie wprowadzany w życie.

Urzędnicy europejscy otwierają szampana, a co odważniejsi pewnie wódkę z bananowej skórki. Przecież trzeba będzie się przygotować na powstanie nowych etatów i realizację zmian. To wymaga stworzenia kolejnych ton dokumentów i szkoleń. Unia Europejska, jako machina, została wzmocniona i podąża w stronę swobodnego, na razie, federalizmu.

Największą niewiadomą jest rozwój Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. To zarazem szansa oraz zagrożenie. TL znacząco wzmacnia pozycję Wysokiego Przedstawiciela ds. Polityki Zagraniczne i Bezpieczeństwa. Wybierany będzie większością kwalifikowaną przez Radę Europejską, będąc jednocześnie Komisarzem UE ds. Stosunków Zewnętrznych oraz wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Wpływowe stanowisko. Jeżeli będzie w stanie pogodzić rozbieżne interesy państw UE i działać w imieniu wspólnoty w polityce wobec Chin, Rosji i Stanów Zjednoczonych, jest to gigantyczna szansa na rozwój oraz zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim członkom Unii. Otwiera to również drogę dla zwiększenia prestiżu i znaczenia organizacji na arenie międzynarodowej, a w niedalekiej przyszłości – do stworzenia z UE potężnego mocarstwa chroniącego interesy polityczno-gospodarcze swoich członków. Korzystny jest również dla Polski zapis o solidarności energetycznej. Unia powinna dążyć do zapewnienia swobodnego dostępu do surowców, w związku z tym należało by rozważyć stworzenie wspólnego rynku energii. Wymaga to zarówno inwestycji, czasu oraz wspominanej już solidarności.

TL to też zagrożenia. Rozbieżność interesów poszczególnych członków, chociażby w stosunku do Rosji, jest na tyle duża, że wspólna polityka zagraniczna, tak jak teraz, okaże się sloganem, a Unia Europejska będzie realizowała cele kilku największych państw. Taka dominacja, w wewnątrz i na zewnątrz wspólnoty, stworzyłaby podział na członków lepszych i gorszych, zastępując ten obecny – na państwa „starej” i „nowej” Europy. Możliwy byłby nawet rozłam Politycy dostaną potężną łopatę i od ich odpowiedzialności oraz zdolności do consensusu będzie zależeć, czy okażą się poważnymi budowniczymi, czy małymi chłopcami w piaskownicy.

W całej Unii Europejskiej brakowało debaty nad Traktatem Lizbońskim, jego wadami i zaletami. Poza Irlandią, nie dopuszczono do glosowań ludowych, a we Francji specjalnie zmieniano przepisy w ten sposoby, by referendum uniknąć. Martin Schulz tłumaczył w Pradze prezydentowi Czech, że Traktat Lizboński „konieczny, nieunikniony i absolutnie niezbędny” (nowomowa jakaś?) Tak jak Słowacki, u Gombrowicza, „wielkim poetą był”. Nikt z niewtajemniczonych nie wie, dlaczego należało wzmocnić kompetencje Parlamentu Europejskiego czy zmieniać systemu głosowania w Radzie Unii Europejskiej z nicejskiego na tzw. podwójną większość (ostatecznie: od 2017 roku). Przeciętny obywatel Unii Europejskiej nie wie nawet, czym zajmuje się Komisja Europejska, a legendarne pozostaje pytanie „czym rożni się Rada Unii Europejskiej od Rady Europejskiej?”. Kiedy społeczeństwa francuskie i holenderskie, w wyniku tej powszechnej niewiedzy, zagłosowały przeciwko Konstytucji europejskiej, eurokraci zmienili nazwę dokumentu i skreślili punkty mówiące o fladze czy hymnie UE. Potem postanowili ten twór przepchnąć. Kolanem. To, jakby to mogła powiedzieć Monica Lewinsky, powoduje niesmak w ustach.

Właśnie sposób ratyfikacji TL powinien, u świadomych obywateli, budzić największe kontrowersje. W Polsce tylko od decyzji PiSu/PO zależało, czy dokument ratyfikuje parlament, czy de facto dokonają tego obywatele. Irlandia, która jako jedyna zorganizowała referendum, głosowała do skutku – czyli do soboty. Europejscy politycy postępowali wobec według zasad praktykowanych przez niektórych mężczyzn – „jak kobieta mówi nie, znaczy tak”. Zielona Wyspa otrzymała więc „drugą szansę”, a gdyby ją odrzuciła, niewykluczone, że obywatele głosowaliby w myśl przysłowia: do trzech razy sztuka. Udana kampania wyborcza i kryzys doprowadziły do tego, że Irlandczycy ratyfikują Traktat Lizboński. Przypuszczam, że wiedza na temat traktatu w tym kraju jest nieporównywalnie większa niż u innych członków UE. Ludzie wiedzieli, za czym głosują. Politycy powinni dążyć do tego, by w jak największym stopniu uświadomić obywateli, bo są ich wybrańcami. W praktyce wygląda to odwrotnie i czołowi gracze Unii uznali, że im mniej debaty, tym lepiej dla reformowania Unii Europejskiej. Demokracja została na lodzie, a to – według ideologów integracji europejskiej – najważniejsza cecha wszystkich członków wspólnoty.

Co ciekawe, w całej Europie, w tej sprawie, panuje powszechna zgoda wśród rządzących, a nawet ich opozycji. Osoby wskazujące słabe strony traktatu okazywały się eurosceptykami i głównym hamulcem rozwoju. Unia Europejska, na czele z Hansem-Gertem Poetteringiem i Jose Manuelem Barroso, przedstawiała jedną wizję rozwoju Europy, z góry wykluczając alternatywne. Poparcie dla traktatu było cechą łączącą chadeków, liberałów i socjalistów, a nawet konserwatystów. Bezmyślne dążenie do ratyfikacji, unikanie „zbędnej” dyskusji oraz działanie za plecami obywateli UE to największe grzechy sposobu ratyfikacji traktatu.

Traktat Lizboński może spowodować powrót Unii Europejskiej na drogę dynamicznego rozwoju i zwiększenie jej znaczenia. Jednocześnie warto zadać pytanie. Czy właśnie taka powinna być dalsza droga Unii Europejskiej? Czy Unia Europejska, jako organizacja, nie oddala się za bardzo od społeczeństw, w których interesie istnieje?

Więcej na podobny temat:
- O solidarności europejskiej
- Unijna demokracja w Pradze
- Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się