Patryk Gorgol

I pozamiatane…

1 komentarz

Kolejna rewolucja lub – uczciwiej pisząc – prawie rewolucja zakończyła się porażką. Zanim się zaczęła. Teheran już nie powstanie, system polityczny się nie zmieni, a Mahmud Ahmadineżad utrzyma swoją prezydenturę. Co prawda takie rozumowanie nie wydaje się niczym sensacyjnym, jednakże część komentatorów popłynęła z prądem i uwierzyła, że władza ajatollahów w Iranie to domek z kart, który można przewrócić przy pomocy Twittera.

W murze, co trzeba przyznać, powstała dziura, której zalatanie będzie niemal niemożliwe. Iran będzie coraz bardziej prozachodni i konserwatyści będą musieli za kilka lat odpuścić. Ten moment zdecydowanie jeszcze nie nadszedł. To nieprzyjemne, ale im gorsza jest sytuacja gospodarcza Iranu, tym lepiej dla demokratycznych poglądów w tym kraju.

Trzeba przyznać, że Ali Chamenei postępował rozsądnie. Zdecydowany wobec demonstrantów, nie dopuścił przy tym do ich rzezi. Musawiemu zabrakło determinacji i charyzmy. Media przeceniły również poparcie dla reformatorów, bo poza bananową częścą Teheranu, zabrakło większych protestów. Rada Strażników Konstytucji już orzekła, że wyniki są wżne, a liczenie 10% głosów nie przyniosło zmian. „Ostudzająco” na kreowanych na potencjalnych liderów opozycji – Rafsandżaniego i Chatamiego – wpłynęło też aresztowanie członków ich rodzin.

Jeśli rewolucja (kontrrewolucja?) miałaby wybuchnąć, miałoby to miejsce w zeszłym tygodniu. Pomimo tego, że iranskie władze blokują media, to niewątpliwie słyszelibyśmy ogigantycznych proestach czy manifestacjach. Pomysl Mir Hosejna Musawiego zakładająy ogłoszenie strajku generalnego chyba też nie wypalił. Zresztą – miałby sens tylko wtedy, gdyby zastrajkowali pracownicy z sektora naftowego i gazowego. Musawi wydaje się być pogodzony z porażką, zresztą – nie oczekiwałbym, by na czele (kontr)rewolucji stanął funkcjonariusz systemu. Wolność tak, ale reglamentowana. Wbrew temu, co się mówi, to był bardziej pozór wyboru. Podkreślał to chociażby Barack Obama.

To właśnie prezydent Stanów Zjednoczonych może okazać się zwycięzcą tych wyborów. Nie dał się sprowokować do flirtu z irańską „opozycją” i będzie chciał doprowadzić do rozmów z Ahmadineżadem. Ten oczywiście będzie się kilka miesięcy fochał, ale w końcu doceni amerykańskie niemieszanie się w wewnętrzne sprawy Teheranu. Może się okazać, że nie zawsze skuteczna jest polityka Chucka Norrisa i „Strażnika Teksasu”. Cisza amerykańska, jakże wymowna w kontekście przemówienia kairskiego, jest elementem chłodnej kalkulacji. Administracja oszacowała, że nie ma szans na realne zmiany w Iranie, po co więc marnować zdobyte wcześniej żetony do gry?

Kwestią sporną będzie oczywiście rozstrzygnięcie problemu, czy wybory były sfałszowane? Ja przychylam się do opinii, że wynik był prawdopodobnie poprawiony o kilka-kilkanaście procent. Raczej nie warto wierzyć „newsom”, jakby stary-nowy prezydent uzyskał 12% głosów. Dotarcie do prawdy będzie niemal niemożliwe.

Opozycja odpuściła – przede wszystkim zabrakło jej armat. Mówiło się dużo o poparciu dla Musawiego, o zakulisowych „zagrywkach” Rafsandżaniego i nic z tego nie wyszło. W mediach pojawiały się nawet informacje, że wojsko zamierza przejść na stronę protestujących, ale były to czyste, poparte tylko myśleniem życzeniowym, spekulacje. To, że wojsko do kogoś nie strzeało może oczywiście oznaczać, że przechodzi na jego stronę, ale z reguły jest to przesłanka sugerująca, że generałowie nie dostali i nie wydali takich rozkazów. Niektórym trudno w to uwierzyć, ale system islamski w Iranie ma legitymizację, nawet wśród zwolenników Mira Hosejna Musawiego.

Wybory, wybory i po wyborach. Ahmadineżad jako prezydent to smutna koniecznośćć i beznadziejna polityka gospodarcza polegająca na marnotrawieniu budżetowych pieniędzy. W Iranie powstał zalążek społeczeństwa obywatelskiego. Teraz od reformatorów zależy, czy rozwiną swoją działalność. Muszą skierować do ludzi konkretną ofertę. Musawi nie przedstawił żadnych poważnych propozycji ekonomicznych. Młodzi ludzie chcą pracować i rozwijać się, a to jest możliwe, owszem, ale na razie poza Iranem. A jest to przecież kraj o niesamowitym potencjale.

Szczególnie, że w tle rozgrywa się poważniejsza gra – o stanowisko rahbara po śmierci Alego Chameneia….

Więcej o Iranie:
- Teheran – ta ostatnia środa
- Papierowa rewolucja
- Irańska reglametnacji demokracji

Teheran – ta ostatnia środa

1 komentarz

W środę Rada Strażników Konstytucji ostatecznie zdecyduje w/s ważności wyborów. Prawdopodobny werdykt wydaje się oczywisty. Ciężko przypuszczać, by Rada Strażników sprzeciwiła się Alemu Chameneiowi, przywódcy duchowo-politycznemu Iranu, który już w piątek ogłosił, że wybory odbyły się w sposób prawidłowy, a nowym-starym prezydentm został Mahmud Ahmadineżad. Jeśli w Iranie ma dojść do jeszcze poważniejszych zamieszek – to raczej wtedy. Wbrew życzeniowemu myśleniu części komentatorów, w dużo lepszej sytuacji znajduje się drużyna Rewolucji Islamskiej, która jedynie musi wykorzystać rzut karny. Opozycja nie ma prawdziwych liderów, jej program jest niejednolity, a, jeśli tego mało, brakuje jej jednej, spójnej organizacji.

Na razie protesty ograniczają się głównie do Teheranu. Żarty się skończyły. Ali Chamenei, być może z racji swojego wieku, nie ma poczucia humoru i już pojawiają się pierwsze sygnały, że nie zawaha się użyć siły. Stara się tego unknąć, gdyż wie, iż oznaczałoby długofalowe wzmocnienie opozycji i mnóstwo innych problemów. Jeśli jednak poczuje się zagrożony – wojsko, policja i wierni ochotnicy z Basidż niewątpliwie ruszą do akcji. Opozycjoniści pozbawieni są wsparcia z zewnątrz – Barack Obama wręcz dodaje, że między Ahmadineżadem, a Musawim nie ma wielkiej różnicy światopoglądowej i że funkcjonują w ramach jednego systemu politycznego. Najciekawsze jest to, że ma rację, bo Musawi jest człowiekiem tego systemu politycznego – raczej nie podważa władzy Chameneia.

Kim jest Mir Hosejn Musawi? Bardziej liberalnym kandydatem estabilishmentu, czy reformatorem? Rozstrzygnie się to w dwóch momentach. Wczoraj na Facebooku ogłosił pomysł strajku generalnego – on pokaże realne poparcie dla byłego premiera. O ile nie wierzę w 63% Ahmadineżada, o tyle równie mało prawdopodobnie wygląda taki wynik Musawiego. Drugim testem prawdy będzie reakcja po werdykcie Rady Strażników. Jeśli będzie ona, co jest niemal pewne, negatywna, to stanie przed ciężkim wyborem: rzucić rękawice Alemu Chameneiowi albo zrezygnować i zaapelować do swoich zwolenników o powrót do smutnej, irańskiej rzeczywistości, w której ludzie młodzi nie widzą dla siebie perspektyw. Nie wiadomo też, czy wszyscy ci ludzie, nakręceni wydarzeniami ostatnich dni, rozejdą się w takim przypadku. Mir Hosejn Musawi nie jest antyislamskim rewolucjonistą, ani urodzonym liderem. Nie jestem przekonany, czy ma kontrolę nad tłumem swoich zwolenników. Każda następna zabita osoba wzmacnia determinację demonstrantów.

Jeżeli dojdzie do konfrontacji, będzie ona krwawa. Nie wiadomo również, jak zachowa się bierna, jak na razie, większość mieszkańców. Warto też pamiętać, że zwolennicy Ahmadineżada to nie Yeti, o którym nikt nie widział, ale za to dużo osób słyszało, a prawdziwa siła polityczna. Państwo islamskie trzyma się przy tym bardzo dobrze, jego fundamenty pozostają nienaruszone. Co więcej, wśród protestujących istnieje pewien podział – na ludzi sprzeciwiających się rządom islamskim i na tych, którym po prostu nie podoba się wynik wyborów i uważają, że zostały one sfałszowane.

Musawi, nieoczekiwanie, znalazł się na pozycji rozgrywającego. Sam nie podważa idei państwa islamskiego, a nawet jest jego integralną częścią, ale wśród jego zwolenników zaczynają pojawiać się poglądy antysystemowe. Dopóki wszyscy idą w stronę unieważnienia wyborów, panuje spokój. Co jednak się stanie, gdy te drogi rozejdą się? Jak wielka będzie determinacja protestujących i najważniejsze pytanie – czy nie dojdzie do wydarzeń przypominających tych z 1989 roku z Pekinu, gdzie na protestujących studentów wysłano czołgi?

Ali Chamenei jest zdecydowany, ale nie wydaje się entuzjastą takiego rozwiązania. Podejmie taką decyzję tylko wtedy, jeśli uzna, że demonstracje są niebezpieczne dla jego zwierzchniej władzy. Taki dylemat pojawi się po werdykcie Rady Strażników Konstytucji. Na razie ajatollahowie kontrolują sytuację – protesty są ograniczone, media mają uniemożliwoną swobodę działania, a część opozycjonistów (w tym brata Chatamiego i córkę Rafsandżaniego – to zapewne element szantażu) i dziennikarzy najzwyczajniej w świecie aresztowano.

Jeśli w Iranie ma się wydarzyć coś nieoczekiwanego, to po środzie. Już niebawem okaże się, czy Musawi to prawdziwy lider czy wydmuszka, bo Chamenei jednostrzałowcem ewidentnie nie jest. Konserwatyści trzymają się mocno, a guberantor Teheranu nie wydaje zgody na demonstracje. Ludzie na ulicach ryzykują więc bardzo wiele, ale co zrobią, jeśli Musawi pogodzi się z wynikami wyborów?

Wydaje się przy tym, że skala tego wszystkiego trochę władze zaskoczyła. Obecnie słyszymy jeszcze apele o spokój i rozwagę. Już jednak list szefa policji do Musawiego, w którym ten pierwszy zapowiada stłumienie protestów, pokazuje, że gra wkroczyła w decydująca fazę. Siły są nierówne. Niezależnie od tego irańskie społeczeństwo jest coraz bardziej prozachodnie. W murze powstała pewna dziura, której już nie uda się wypełnić.

- Papierowa rewolucja
- Irańska reglamentacja demokracji
- Obama w Kairze – a może frytki do tego?
- “Change” w sprawie Iranu?

Papierowa rewolucja

Brak komentarzy

Najważniejsze w całym zamieszeniu wokół wyboru prezydenta Iranu nie są same wyniki, a fakt, że w tym kraju tworzy się coraz silniejsze społeczeństwo obywatelskie. Już teraz oszacowanie jego sił jest bardzo ciężkie, bo prawdziwy wybuch niezadowolenia wystąpi dopiero w przypadku odrzucenia wyborczych protestów Mira Hosejna Musawiego. Sam kandydat reformatorów to nie jest żaden rewolucjonista, ani nawet demokrata. Jeśli Ahmadineżada uznać za Władysława Gomułkę, to Musawi jest Mieczysławem Rakowskim. Obaj funkcjonują w ramach jednego systemu politycznego, chociaż ich poglądy są w wielu aspektach rozbieżne. Jeśli komuś jeszcze mało, to nad prezsydentem stoi duchowo-polityczny przywódca Ali Chamenei i to on rozdaje znaczone karty.

Wyboru prezydenta dokona właśnie Ali Chamenei. Może albo uznać wyniki wyborów albo – przy użyciu swoich wpływów – spowodować powtórzenie wyborów. Wszelkie fałszerstwa musiały mieć co najmniej jego cichą zgodę. Trwa kalkuacja zysków – Chamenei wie, że może stłumić protesty, ale odbędzie się to olbrzymim kosztem i spowoduje długoterminowo niekorzystne z jego punktu widzenia skutki – społeczeństwo obywatelskie będzie się coraz bardziej rozwijać, a on tracić popularność. Iran to nie Chiny, chociaż często media nam próbują to wmówić. Czy wyobrażacie sobie posty na Twitterze z Pekinu czy Szanghaju? Drugą możliwością jest przyznanie się do sfałśzowania wyborów i wysłanie Ahmadineżada na polityczną emeryturę. Na razie działania Chameneia wskazują na to, że będzie stał za obecnym prezydentem. Wyraża zadowelenie z wyników i przebiegu wyborów, a o zaognianie atmosfery oskarża siły zewnętrzne.

Ahmadineżad dysponuje realnym poparciem (chociaż ostatnio doklejali mu też ludzi w Photoshopie – cóż, PR), choćby dlatego, że jego rząd na biedniejszych terenach stosował politykę rozdawnictwa w ramach nielegalnej kampanii wyborczej. W dodatku dysponował wsparciem islamskiego estabilishmentu, a jego biografia według kombinacji „od zera do bohatera” powoduje, iż w jakiś sposób jest bohaterem biedniejszej i wiejskiej części społeczeństwa. Prezydent Iranu żyje skromnie i religijnie, eksponuje swoje pochodzenie. Tylko, czy jego poparcie sięga ponad 60% w I turze wyborów prezydenckich? Łatwiej mimo wszystko uwierzyć w świętego Mikołaja.

Jakby Ahmadineżad uzyskał np. 40-45% to wynik ten uznałbym za prawdopodobny. Już jednak poprzednio pisałem o tym, że 4 lata temu też pojawiały się oskarżenia o fałszowanie wyborów przez ludzi Ahmadineżada przy cichej zgodzie Chameneia. „Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Elektorat musiałby się neisamowicie przetasować, by urna głosiła takie wyniki. Do rozstrzygnięcia jest kwestia, czy wybory zostały sfałszowane czy „jedynie” poprawione. Reelekcje w pierwszej turze wygrywa się z reguły w czasach prosperity, a irańska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie i obarczany jest tym Ahmadineżad. „Gospodarka, głupcze!” – powiedział mąż obecnej Sekretarz Stanu Stanów Zjednoczonych. Ahmadineżad lekcji nie odrobił, zajmował się głównie straszeniem Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz programem atomowym, co raczej 63% by mu w pierwszej turze nie dało. Dla wyborców, a zwłaszcza młodzieży do 30 roku życia, któa stanowi 60% mieszkańców, najważniejsze są perspektywy rozwoju, a raczej ich brak. Jego wynik, przy tak wysokiej frekwencji, brzmi zatem nieprawdopodobnie, bo czy wyborcy Chatamiego (byłego prezydenta, tzw. reformatora, który udzielił poparcie Musawiemu) z 1997 i 2001 roku masowo przeszliby na stronę konserwatystów? Co takiego atrakcyjnego proponuje Ahmadineżad, by wygrać w I turze z taką przewagą?

Sytuacji nie zmienia decyzja o ponownym przeliczeniu głosów. Co to za odmiana, jeśli prawdą okażą się informacje o wymianie urn do głosowania? Ponowne przeliczenie głosów da podobny rezultat. To zatem pozorne ustępstwo.

Dziwny jest też hurraoptymizm wobec Mira Hosejna Musawiego. Resztki rozsadku zachowuje Barack Obama mówiąc, że między Musawim, a Ahmadineżadem nie ma wcale takiej różnicy światopoglądowej, jak to się może wydawać. Mir Hosejn Musawi był premierem Iranu w czasach wojny z Irakiem. Nie będę wypisywał wzajemnych okrucieństw, ale przebieżki więźniów politycznych (czy „jednostki” Basidż) po polu minowym raczej nie odbywałyby się przy sprzeciwie Musawiego. Co więcej, „liberalny” kandydat (ex-kandydat?) obecnie jest dyrektorem Irańskiej Akademii Sztuk oraz członkiem Najwyższej Rady Rewolucji Kulturalnej. Niesamowicie antyestabilishmentowy człowiek…

Sama reakcja Stanów Zjednoczonych jest bardzo ciekawa – Obama celowo unika zaangażowania i czeka na rozwój wydarzeń. Nie chce zmarnować pospieszną deklaracją szansy na rozmowy z Iranem. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wszelkie deklaracje byłyby jedynie pustymi słowami, a mogłyby się też okazać pocałunkiem śmierci.

Irańskie społeczeństwo rośnie w siłe i to jest bardzo pozytywny proces. Mamy też do czynienia z kolejną internetową rewolucją. Musawi jest dzieckiem rewolucji, ale islamskiej. Wykorzystuje pragnienia społeczeństwa. Warto przy tym zauważyć, że nikt nie podważa zasad ustrojowych kraju, a jedynie piętnuje sposób wybierania prezydenta. Niezależnie od wszelkich innych okoliczności trzeba przypomnieć, że reformatorzy (zwani też reformistami) borykali się z różnymi formami dyskryminacji wyborczej.

Prawdziwie nerwowe dni w Islamskiej Republice Iranu dopiero się zaczynają. Władze starają się odciąć media od relacjonowania sytuacji. Może to oznaczać albo jej osłabienie i chęć odetchnięcia (bo nie zastosowano pełnego arsenału dzialań ograniczająćych swobodę) albo przygotowanie do wielkiej rozprawy….

- Irańska reglamentacja demokracji
- Obama w Kairze – a może frytki do tego?
- “Change” w sprawie Iranu?

Irańska reglamentacja demokracji

1 komentarz

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Iranu podało, że na drugą kadencję wybrany został Mahmud Ahmadineżad. Reformatorzy, głównie zwolennicy Mir Hosejna Musawiego, uważają, że wybory zostały sfałszowane. Na ulicach trwają zamieszki i trudno przewidzieć, jak się to wszystko zakończy.

To bardzo znamienne, że frekwencja wyniosła ponad 80%.. W Iranie uprawnionych do głosów jest 46 milionów osób, czyli do urn poszło około 37 milionów osób. Frekwencja nie dlatego jest ważna, by pokazać, jak mocno zaangażowani są Irańczycy w wyborach i pożartować z ilości osób głosujących w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Obóz reformatorów, skazywany na porażkę, zmobilizował swoich zwolenników. W Iranie ludzie poniżej 30 roku życia to ponad połowa mieszkańców. Właśnie wśród nich Hosejn Musawi cieszył się poparciem i według zasady „w młodości siła”  prowadził kampanię pod tym kątem.

Reformatorzy szacowali, że ich szansa na zwycięstwo pojawi się, gdy do urn pójdzie minimum 30 milionów osób. Zagłosowało kilka milionów więcej. Wnioski mogą być zatem dwa – albo irańska „opozycja” zupełnie nie umie liczyć albo coś z tymi wyborami rzeczywiście było nie w porządku.

Zastanawiałbym się raczej nad stopniem fałszerstw. Protesty miałyby sens, gdyby zmanipulowano 15% głosów, czyli prawie 6 milionów głosów. Jeśli ktoś się łudzi, że takie oszustwo udałoby się zrobić bez spostrzeżeń i bez pozostawania śladu, to pora obudzić się ze snu. Teraz jest czas na zbieranie dowodów

Ahmadineżada popierali ludzie starsi, biedniejsi i z obszarów wiejskich. Najbardziej istotne jest poparcie islamskiego estabilshimentu i Alego Chameneia, który zaapelował o głosowanie na obecnego prezydenta. Reformatorzy liczyli na ludzi młodych, zniechęconych irańską rzeczywistością.

Życie w Iranie to nie bajka – rosnące bezrobocie, wysoka (ponad 25%) inflacja i brak perspektyw dla młodych ludzi. W gospodarce rządzi wszechobecne państwo, a na Iran nałożone są nadal międzynarodowe sankcje. Głównym tematem nie były stosunki ze Stanami Zjednoczonymi czy program atomowy, a właśnie kwestie z okolic gospodarki. Tak już jest, że ponura codzienna rzeczywistość jest dla ludzi ważniejsza niż stosunki międzynarodowe. Świetnie to było widać w Stanach Zjednoczonych, gdy podczas prawyborów Barack Obama i Hillary Clinton mieli problem z podaniem nazwiska prezydenta Miedwiediewa.

Ahmadineżad niemal hurtowo kupował głosy najbiedniejszych rozdając im wysoką, jak na warunki tego kraju, pomoc i sprzedając za bezcen lub oddając worki ziemniaków. Wszystko w ramach państwa, jako oficjalny program. Reformatorzy do prowadzenia kampanii używali na szeroką skalę Internet, a zwłaszcza Facebooka. W pewnym momencie władze stwierdziły, że dość tej innowacji i postanowiły Faceebooka, przynajmniej tymczasowo, zamknąć. Wskaźniki gospodarcze prezydentury Ahmadineżada są niekorzystne. To kolejny argument przemawiający przeciwko niemu. Żaden kandydat nie potrafił tego wykorzystać i nie przedstawił kompleksowego programu naprawy gospodarki irańskiej. W grze liczyło się tylko 2 osoby – Mahmud Ahmadineżad i Mir Hosejn Musawi.

Oskarżenie o sfałszowanie wyborów nie pojawiły się po raz pierwszy. Już 4 lata temu Ali Rafsandżani, ówczesny kontrkandydat Ahmadineżada, miał rozważać rezygnację ze startowania w drugiej turze, ze względu na fałszerstwa. Do dalszego prowadzenia kampanii przekonał go Ali Chamenei – prawdziwy przywódca kraju. Bez jego akceptacji i namaszczenia nie tylko trudno zostać prezydentem, ale przede wszystkim nie da się prowadzić polityki zagranicznej. Nie można przeceniać roli prezydenta w Iranie. Nawet najbardziej reformatorki kandydat nie przeprowadzi żadnych zmian bez zgody Rady Strażników oraz Ali Chameneia. Cały aparat państwowy sprzyjał Ahmadineżadowi i raczej teraz, pod wpływem zamieszek, do zmian nie dojdzie. Ahmadineżad nie jest znienawidzonym przez cały naród dyktatorem. Ma poparcie, ale trudno ocenić jego wysokość. Reformatorzy liczyli na ewentualne zwycięstwo w drugiej turze. Kwestia sporna jest tylko to, czy Ahmadineżad nie ma przesadnie wysokiego wyniku.

Protestujących ludzi szkoda, bo rzeczywistości nie zmienią. Bardzo prawdopodobne, że wybory zostały sfałszowane (albo ich wynik został  poprawiony), ale rządzić będzie i tak ten, który ma poparcie duchowego przywódcy kraju. Musawi też zresztą kandydatem na rewolucjonistę nie jest – był premierem w latach 1981-1989.  W Iranie siły polityczne funkcjonują w ramach państwa islamskiego kontrolowanego przez Radę Strażników. To system demokracji kontrolowanej, stosowany też w Egipcie, gdzie kombinuje się ze składem parlamentu czy Azerbejdżanie, w którym prezydent też „poprawił” sobie wynik. Wielbiciele makijażu.

Druga kadencja kontrowersyjnego prezydenta może pójść w różnym kierunku. Realna jest dalsza polityka konfrontacji, ale niewykluczone, że po wyborach zmieni koncepcję i zacznie rozmawiać z administracją Baracka Obamy. Wyraźnie taką propozycję akcentował prezydent Stanów Zjednoczonych podczas swojego przemówienia w Kairze.

Temperament kampanii wyborczej i wyborców (475 osób, w tym 42 kobiety zgłosiło swoją kandydaturę na stanowisko prezydenta!) pokazuje, że w Iranie istnieje społeczeństwo obywatelskie i to może zaprocentować w przyszłości. Na razie jest to demokracja reglamentowana (np. Rada Strażników wydaje zgodę na startowanie w wyborach), ale teherańska ulica staje się coraz bardziej liberalna. Wybór Ahmadineżada też ma z demokracją bardzo dużo wspólnego. 

Obama w Kairze- a może frytki do tego
Change” w sprawie Iranu

Obama w Kairze – a może frytki do tego?

4 komentarzy

Warto zapoznać się z przemówieniem Baracka Obamy wygłoszonym w Kairze. Jest długie, ale jednocześnie ciekawe. Ludzie,odpowiedzialni za jego napisanie zasługują na medal. Barack Obama nie po raz pierwszy od początku swojej kadencji wykonuje bardzo obiecujące gesty. Zasługuje na szansę, ale zamiast bezgranicznej wiary, proponuję surowszą ocenę jego dotychczasowych dokonań.

Słowa nie mają mocy czynów. Niestety. jak na razie prezydent Stanów Zjednoczonych przypomina kandydatkę na Miss World. Dużo się uśmiecha, jest charyzmatyczny (to jego talent), dla każdego ma miłe słowo, a jego marzeniami są pokój na świecie, skuteczna walka z głodem i rozbrojenie. Niewątpliwie oczaruje tym jury, ale mimo wszystko ważniejsze są efekty działań, a tych jak na razie brak.

Prezydent Obama nie urzęduje długo, zasługuje więc na jeszcze odrobinę cierpliwości. Po prawie 6 miesiącach prezydentury nie widać na poziomie faktów żadnego przełomu. Zapowiedzi, zagrania PRowe i wystąpienia są bardzo dobre i składają się na olbrzymi kredyt zaufania, jakim dysponuje Obama. Nie bez znaczenia jest kontrast wobec George W. Busha, który miał nadzieje, że „przyjdzie taki czas, gdy ludzkość wkroczy do układu słonecznego”.

Prezydent w swoim wystąpieniu skupił się na takich aspektach, jak Afganistan, Irak, konflikt izraelsko-arabski, napomknął również o demokracji, równouprawnieniu kobiet w państwach muzułmańskich i biznesie.

Konkrety jednak wyglądaja miernie. Przenalizujmy kwestie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Można powiedzieć, ze Obama „Ameryki nie odkrył”. Wszystko, co powiedział, padało już wcześniej, ale w mniej atrakcyjnej formie, chociaż to podobno ona w znacznej części znamionuje sztukę. W Kairze prezydent podkreślał prawo do własnego państwa – i Izraelczyków i Palestyńczyków. Przypomniał we wzruszający sposób historię tych narodów i zapowiedział starania na rzecz pokoju. Skrytykował też izraelskie osadnictwo na ziemiach palestyńskich, mając na myśli Zachodni Brzeg Jordanu. Jak w romantycznym filmie – tylko happy endu brakuje.

Administracja amerykańska naciska na premiera Izraela, Benjamina Netanjahu, by ten podjął rozmowy pokojowe. Problemy są jednak dwa. Pierwszy jest taki, że przywódca Likudu raczej nie zdaje się Amerykanom ustępować, a drugi jest taki, że choćby nawet bardzo chciał, to nie ma z kim rozmawiać, bo na Zachodnim Brzegu rządzi Fatah, a w Strefie Gazy Hamas. Nie widać żadnych symptomów poprawy, a przecież uznanie prawa do istnienia państwa palestyńskiego to nie autorski projekt Obamy. Cóż jest zatem przełomowego w tezie, że Izrael i Palestyna powinny pokojowe obok siebie istnieć? Czym się to różni od niegdyśniejszych wizji Szymona Peresa, Icchaaka Rabina czy Billa Clintona, a nawet oficjalnych deklaracji Mahmuda Abbasa, czy – w niektórych okresach – Jasera Arafata? Powiem więcej – pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych Organizacja Wyzwolenia Palestyny oficjalnie mówiła o możliwości wspólistnienia Palestyńczyków i Żydów w ramach jednego państwa.

Król jest nagi. Amerykanie mogą wpłynąć na Izrael, ale tego nie robią. Nie stosują magicznej i zbawczej mocy dolarów, z których tak szeroko korzysta państwo żydowskie. Obecnie istnieje oficjalna różnica stanowisk. Izrael nie ma nic przeciwko osiedlaniu się na Zachodnim Brzegu Jordanu swoich obywateli, Amerykanie owszem. Zobaczymy, czy Waszyngton będzie w stanie wyegzekwować swój postulat. Gorzej, jeśli znowu okaże się, że to ogon kręci psem. Przez same słowa nikt jeszcze pokoju nie zawarł. Na Bliskim Wschodzie, jak mało gdzie, liczą się konkretne działania, a tych do tej pory zupełnie brak.

Jakkolwiek wielkim zwolennikiem demokracji bym nie był, tak trudno nie skomentować uwagi Obamy, że żadne państwo nie powinno narzucać drugiemu systemu politycznego. To ciekawa deklaracja, szczególnie w konkteście oficjalnej doktryny Busha mówiącej o „szerzeniu demokracji”. Jak jednak nazwać amerykańskie działania w Iraku i Afganistanie? Przecież właśnie demokratyzacja tych krajów w jakimś sensie determinuje sytuację polityczną w tych państwach. Wynika to m.in. z niemal kompletnego braku tradycji demokratycznych. Nie dziwią problemy Afganistanu i Iraku, bo są to państwa etnicznie podzielone. Dopiero jakiś czas temu Amerykanie zaczęli rozumieć, jak prowadzić politykę w Iraku, ale deklaracja Obamy o „partnerskich” stosunkach nie brzmi poważnie. Partnersko to my zremisowalismy z „Lwami Mezopotamii” w meczu piłkarskim. Irak niewątpliwie będzie borykał się jeszcze wiele lat z typowymi problemami młodych demokracji, takimi jak korupcja, czy nietpowymi, takimi jak wybuchanie bomb. Jeśli zapowiedzi Obamy się sprawdzą i dojdzie do wycofania wojsk i rząd iracki przetrwa, to będzie znaczyło, że operacja zakończyła się sukcesem. Prezydent z gracją oczywiście pominął kwestię ropy i gazu mówiąc, że nie interesują Ameykanów irackie zasoby naftowe, w co mimo jak najlepszej wiary, trudno uwierzyć. Obama, wyciągając rękę do świata islamskiego, zdaje sobie sprawę, że w większości to nie ssą państwa demokratyczne, dlatego taka deklaracja nie jest przypadkowa. Zresztą, Fahdowie, Mubarakowie czy Allijewowie, to znani przyjaciele Stanów Zjednoczonych.

Barack Obama potwierdził również irańskie prawo do pokojwego rozwijania programu atomowego i propozycję swoich rozmów. Kolejny sympatyczny gest, jednak trzeba usiąść do rozmów. Tutaj należy rozgrzeszyć prezydenta, gdyż będzie to możliwe dopiero po wyborach w Iranie, po których możliwy będzie prawdziwy „change”. Do tego tańca potrzeba też dwojga i zobaczymy, czy Barack Obama będzie w stanie przekonać Iran do zmiany swojego stanowiska.

Ciekawe jest stwierdzenie prezydenta, że nie może być tak, że jedno państwo ma prawo do broni atomowej, a inne nie. Sprytne. Może rzeczywiście tak nie powinno być, ale tak właśnie jest! Przecież Izrael dysponuje bronią atomową i jest to najpotężniejszy z arsenału izraelskich odstrszaczy. Obama nawołuje do rozbrojenia, ale są to po raz kolejny tylko słowa, bo nie przekona Izraela, by ten pozbył się swoich głowic
. Chociażby dlatego, że to jeden z fundamentów jego bezpieczeństwa. To właśnie zniwelowanie tej strategicznej różnicy jest jedną z przyczyn determinacji irańskiej.

Na koniec przemówienia znalazło się dużo miejsca dla biznesu. Kolejne piękne deklaracje, ale biznesmani co prawda kierują się polityką, ale przede wszystkim interesuje ich zysk. Zawsze na koniec przemówienia należy wspomnieć o czymś, co łączy ludzi, czyli pieniądzach.

Wystąpienie Baracka Obamy zwiększy jego kredyt zaufania. Czas jest jednak nieubłagany i w końcu ktoś zacznie rozliczać prezydenta z jego obietnic i deklaracji. Kiedyś w/w kredyt przecież trzeba będzie zacząć spłacać.
Obamie należy życzyć powodzenia, bo spełnienie jego ambitnych deklaracji jest w interesie niemal całego świata. Pytanie brzmi, ile w tym wszystkim jest czystej Reapolitik i budowania swojej pozycji wokoł hasła „change”, a ile prawdziwego wizjonerstwa męża stanu? Do tej pory głównym sukcesem Obamy jest oszukanie 3 nastoletnich piratów i uwolnienie kapitana statku w Zatoce Adeńskiej. Administracja bardzo plącze się też przy okazji tarczy antyrakietowej, Polakom obiecując jej wybudowanie, a z Rosjanami negocjując wycofanie się z projektu. Interesy państw światwa są z reguły ze sobą sprzeczne i polityka „dla każdego coś miłego” nie ma szans powodzenia. Prawdziwe wyzwania dopiero przed prezydentem Stanów Zjednocoznych. Oglądaliśmy tylko rozgrzewkę.

- Licytacja o tarczę antyrakietową
- Nabucco: szansa czy marzenie?
- “Change” w sprawie Iranu

Ile jest demokracji w eurowyborach?

1 komentarz

W nawiązaniu do wczorajszych wyborów do Parlamentu Europejskiego niewielu zastanawia się nad niezwykle istotną kwestią – ordynacją wyborczą. To właśnie ona decyduje o tym, czy wybory są w istocie demokratyczne, prawie demokratyczne, czy demokratyczne jedynie z nazwy. Jak to wygląda w przypadku eurowyborów?

Naturalnie nie jest to jakieś nowe pytanie – która ordynacja jest najbardziej demokratyczna? Demokracja zakłada rządy ludu oparte na zasadzie suwerenności narodu i ordynacje demokratycznych państw z grubsza te kryteria spełniają. Poruszana kwestia jest zupełnie inna – czy w natłoku skomplikowanych matematycznych wzorów i tabelek, które sporządza się przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego (ale nie tylko – niemal identyczna ordynacja obowiązuje w wyborach do Sejmu RP), gdzieś nie podział się sens? Parlament Europejski ma bardziej demokratyczną podstawę, niż przed 1979 rokiem, gdy posłowie byłi delegowani z parlamentów krajowych, ale czy nie doszło do kartelizacji wyborów? Jaką szansę mają prawdzwi przedstawiciele regionów, a jaką politycy z dofinansowanych przez budżet partii politycznych?

Próg wyborczy w skali kraju to 5%. Tyle musi zdobyć określona lista/listy w danym państwie, by brać udział w podziale mandatów. W wyborach do PE obowiązuje elastyczna formuła przydziału mandatów do okręgów. Jeśłi 20% głosujących to ludzie z okręgu wielkoposkiego, to Wielkopolska otrzymuje 20% mandatów przyznanych Polsce. Do czego prowadzi ułożona w ten sposób ordynacja proorcjonalna?

Wyobraźmy sobie sytuację, w której lista Polskiej Partii Miłośników Sesji zdobywa po cięzkiej i wyczerpującej kampanii, obfituącej w głośne i nocne dyskusje, wszystkie głosy wyborcze w okręgu. Żaden wyborca z okręgu np. Warszawa II nie odważył zagłosować się na inną listę, Nikt też nie oddał nieważnego głosu. W okręgu Warszawa II lista ta uzyskała 100%. Niestety, w innych okręgach nie udało się zarejestrować listy ze względu na juwenalia. Niska frekwencja w okręgu Warszawa II (mniej niż 5% głosujących w skali całego kraju) powoduje, że te 100% w tym okręgu nie przekłada się na 5% w skali kraju, zatem w tym okręgu nasza sympatyczna partia – pomimo uzyskania wszystkich głosów – nie uzyska mandatu (!). Demokratyczne?

Założmy jednak, że jeden mieszkaniec wyłamał się (albo pomylił) i zagłosował na inną partię, która uzyskała ponad 5% w skali kraju. Jak myślicie, kto dostanie mandat – Polska Partia Miłosników Sesji z 99,99% głosów w okręgu Warszawa II, czy kandydat mający jeden głos, ale z partii, która przekroczyła próg wyborczy w skali kraju? Absurd? Nie jedyny…

Przykład jest oczywiście bardzo abstrakcyjny, ale łatwo można sobie wyobrazić listy regionalne, które uzyskują duże poparcie, ale takich możliwości nie mają w skali kraju, w związku z tym przepadają. W efekcie do parlamentu wchodzą ludzie z listy partyjnej, często tzw. spadochroniarze. Wspomnieć przy tym należy, że partie polityczne dysponują milionami złotych dotacji, a listy regionalne raczej nie. Efekt jest taki, że debata publiczna została zamknięta dla kilku partii.

Zagłębiamy się dalej w urocze zakamarki ordynacji wyborczej. Czy możliwa jest sytuacja, według której do parlamentu wchodzi kandydat, który uzyskał mniejszą liczbę głosów (np. Kandydat A uzyskał 500 głosów, a Kandydat B 700 i do PE wszedł Kandydat A)? Przecież to naturalne przy głosowaniu na listy! Wystarczy, że lista Kandydata A uzyska odpowiednio więcej głosów, a Kandydat B – pomimo większej liczby głosów na niego oddanych, Parlament Europejski obejrzy sobie co najwyżej w telewizji lub na wycieczce turystycznej. Sytuacja taka miała miejsce w 2004 roku na Pomorzu.

W Polsce głosuje się na listy partyjne, z reguły więc kluczowe nie jest nazwisko i dorobek, a pozycja na liście. Głosując na osobę z pozycji np. 7, de facto wspieramy osobę z numerem 1, bo głos przecież oddaje się na Komitet Wyborczy, a nie osobę. Ciekawe rozwiązanie zastosowali Francuzi w wyborach do Senatu – nie bawią się w obłudę głosowania niby to na osobę, niby to na listę. Po prostu głosuje się na daną listę jako całość i kandydaci wchodzą zgodnie z jej kolejnością. Może nie dużo lepiej, ale przynajmniej bardziej przyejrzyście.

Powyższe reguły dotyczą całej UE, a nie tylko samej Polski, więc problem ordynacji jest wspólnotowy. Prowadzi to do pewnej stabilizacji Parlamentu Europejskiego, ale jednocześnie jest to bardziej poprawiona reprezentacja parlamentów krajowych.

Kluczem do rozwiązania tego problemu byłyby wybory większościowe. Dzięki temu przynależność partyjna, w procedurze liczenia głosów, nie miałaby absolutnie żadnego znaczenia. Jeśli Kandydat A uzyskał 100 głosów, a jego rywal, 90, to wygrywa ten, który ma więcej. Okręgi jednomandatowe przyczyniłyby się również do zwiększenia wplywów poszczególnych regionów.

W przypadku wyborów do PE jest to na razie prawnie niemożliwe. Ordynacja do PE we wszystkich państwach musi spełniać poszczególne standardy, a jednym z nich jest proporcjonalność.

Obecną ordynację nazwałbym „prawie demokratyczną”, bo mamy wybór, ale ograniczony. Mielibyśmy ochotę na obejrzenie finału NBA, a pozostaje nam liga podwórkowa.

- O solidarności europejskiej
- Unijna “demokracja” w Pradze
- Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego

Komentarz miesiąca – maj

Brak komentarzy

Jak co miesiąc wśród komentarzy moich czytelników staram się wybrać coś najciekawszego. Różne obowiązki (w szczególności te związane ze studiami) spowodowały, że mam mniej czasu i nie mogę pisać tak często jak dotychczas, a zatem i komentarzy jest mniej. Z tego miejsca pragnę pozdrowić mojego serdecznego przyjaciela Gajusa i jego instytucje również.

W maju bardzo uaktywnili się spamerzy, którzy nieodpowiednio zrozumieli moje uwagi, że nie daje rady i proponują mi w komentarzach w dużej ilości – co może wynikać tylko z ich sympatii – zakup niebieskich tabetek szczęścia. Chłopaki. Dzięki za pamięć, ale zmuszony jestem odmówić.

Tym razem wyróżnienie dostaje suntsu. To bardzo dobre pytanie i odpowiem na nie, mimo że komentarz jest z 30 kwietnia.

prawo do ziemi Palestyńczyków nazywasz “prawem do powrotu”, a prawo Żydów do tej samej ziemi “prawem do istnienia”. Ewidentna manipulacja. Co ciekawe, jest to ta sama ziemia i tą ziemię Żydzi w XX wieku podbili w ramach akcji…”prawa do powrotu”. Osadnicy żywscy mają ekonomiczne plecy w USA i Europie i dla nich ziemia oznacza realizację religijno- mitycznego kaprysu. Dla Palestyńczyków Palestyna była po prostu miejscem gdzie się urodzili. Czemu z fanaberii Żydów czynisz “prawo do istnienia”, a z podstawy egzystencji Palestynczyków fanaberyjne “prawo do powrotu”?

W swoich rozważaniach nie odrzucam prawa Palestyńczyków, ani Żydów. Idę inną drogą. Zamiast skupiać się na kłótniach o każdy kilometr kwadratowy ziemi, proponuje, by spojrzeć w przyszłość. Niezależnie od tego, czy to się komuś podoba, czy nie, to Izrael jest na tyle potężnym państwem, że nigdy nie zgodzi się na powrót Palestyńczyków, gdyż oznaczałoby to jego zagładę. Jeśli Żydzi chcą pokoju, to powinni zaproponować coś w zamian i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że premier Netanjahu – delikatnie mówiąc – nie wyraża zbytniego zainteresowania takimi działaniami. We wzajemnych sporach izraelsko-palestyńskich można oczywiście wracać do czasów jaskiniowców i kłótni, kto ma większe prawo do polowania na mamuty, ale nie tędy droga.

Nie ulega wątpliwości, że Izrael musi zgodzić się na pełne osiedlanie na terenie Zachodniego Brzegu Jordanu (bo w Strefie Gazy to nie bardzo jest już, gdzie zaludniać). Oznacza to jednoczesne likwidowanie osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu. Żaden izraelski premier nie zaakceptuje “prawa do powrotu”, bo po prostu przestnie nim zaraz być. Za to możliwe byłoby pozyskanie odszkodowań, w zamian za rezygnację z tego roszczenia. Wymagałoby to wiele dobrej woli i pragmatyzmu, zarówno z jednej, jak i drugiej strony.

Dlatego postoluje, by mówić o realnych, a nie wyśnionych warunkach pokoju. Tylko, że dp jego zawarcia na dzień dzisiejszy nikt się nie kwapi….